Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

Interpretacja życia według Pi

Ostatnio piszę raczej o książkach niż filmach. Powód jest prosty - oglądam głównie seriale, programy kulinarne i stare komedie, które wszyscy znają. Ostatnio jednak zrobiliśmy wyjątek - w kinie widziałam zwiastun, później we wszystkich sklepach ogromnie plakaty, że już na dvd! Nie mogłam się oprzeć, i któregoś wieczoru zasiedliśmy przed telewizorem, żeby obejrzeć Życie Pi

Do Pi przyjeżdża pisarz poszukujący ciekawy historii. Od wspólnego znajomego usłyszał, że Pi może opowiedzieć mu coś, co zmieni jego poglądy na religię i wprawi go w zdumienie. Zaintrygowany, doprowadził do spotkania. Przez cały film będziemy skakać między teraźniejszością, gdy mężczyźni rozmawiają, jeden zadaje pytania, a drugi odpowiada; a przeszłością, która każdego wprawi w drżenie.

Pi miał poważny problem ze swoim imieniem od samego początku - nazwany na cześć francuskiego basenu nie może wytłumaczyć kolegom, że Piscine nie ma nic wspólnego z oddawaniem moczu. W końcu bystrzak wpada na pomysł, żeby przekształcić je w proste pi, które wszyscy znają i szanują. 
Pi dorasta w nie do końca typowej hinduskiej rodzinie - jego rodzice bowiem są właścicielami zoo. Chłopaka fascynuje najbardziej dostojny mieszkaniec - tygrys bengalski, zwany Richard Parker. Jego ojciec jednak postanawia mu udowodnić, że to tylko zwykły drapieżca, że w jego oczach nie można dojrzeć duszy. Pi widząc, jak Richard pożera bezbronną kozę staje się ostrożniejszy, choć w głębi serca wierzy, że tygrys jest niezwykły. 
Niestety, sielanka kończy się, gdy rodzicie postanawiają sprzedać zoo i wyemigrować do Kanady. Zabierają na statek synów i wszystkie zwierzęta, i wyruszają w podróż ku lepszemu życiu. 
Już na statku załamany Pi - w Indiach zostawił swoją pierwszą, nastoletnią miłość - pewnej nocy wychodzi na pokład, żeby obserwować burzę. W pierwszych chwilach czerpie z chwili ogromną radość, ale w pewnym momencie dochodzi do tragedii, w wyniku której statek tonie. Pi przeżywa jako jedyny człowiek. Towarzyszą mu zebra, małpa, hiena i tygrys. Na tratwie dochodzi do masakry - hiena morduje zebrę i małpę, a wtedy tygrys rzuca się na padlinożercę. Przerażony Pi najpierw nie wie, co robić, ale w końcu z zimną krwią postanawia tygrysa wytrenować. Przez długie tygodnie żeglugi powoli dochodzą do jako takiego porozumienia.

Brzmi banalnie? Absolutnie nie dajcie się zwieść! Historia jest porywająca, a pod koniec wywołuje łzy (przynajmniej u mnie, ale C. też był mocno poruszony). Cudowne obrazy - ten film mogłabym oglądać w kółko dla kilku niesamowitych scen, zrobionych po prostu perfekcyjnie. Jestem zachwycona - siłą woli przeżycia głównego bohatera, jego relacją z tygrysem, która nabiera zupełnie nowego, szokującego znaczenia pod koniec filmu. Jeśli jeszcze nie widzieliście - obejrzyjcie koniecznie! Film robi wrażenie, i naprawdę ciężko pozostać wobec niego obojętnym.

Chyba nie potrafię przelać na klawiaturę emocji, jakie wywołał u mnie ten film. Dawno nic nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia - ludzie bywają niesamowici. Szczególnie, jeśli za jedynego towarzysza mają tygrysa bengalskiego.

Życie Pi
2012
reżyseria: Ang Lee
scenariusz: David Magee
Pi: Suraj Sharma
dorosły Pi: Irrfan Khan

sobota, 16 marca 2013

Tim Burton i Johnny Depp - czy to może nie być dobre...?

Jak już wcześniej wspominałam, mieliśmy z C. wolny weekend. Co się robi w takich rzadkich okolicznościach, kiedy oboje możemy się lenić, siedzieć pół nocy przy butelce czerwonego wina, wylegiwać się w łóżku, dopóki Ptysia nie zdecyduje, że już pora na spacer? Otóż, moi drodzy, filmy się ogląda. Tym razem nie mieliśmy filmowych planów sprecyzowanych, stwierdziłam więc, że poszukam czegoś z Johnnym Deppem - on bowiem gwarantuje dobrą zabawę. Kiedy znalazłam jego Mroczne cienie i odkryłam, że reżyserem jest Tim Burton nie mogłam uwierzyć, że mi ten film umknął. Uwielbiam bowiem ich obu, a ich obu razem już w ogóle! Wszystkie filmy, w czołówce których można przeczytać te dwa nazwiska zrobiły na mnie ogromne wrażenie, bardzo mi się podobały i uważam je za godne polecenia. Nie inaczej było i tym razem.

Mroczne cienie to historia rodziny Collinsów, których poznajemy w XIX wieku. Barnabas rozkochuje w sobie Angelique, która przypadkiem jest czarownicą. Kiedy ona wyznaje mu miłość, i okazuje się, że on nie odwzajemnia jej uczuć, Angie rzuca na niego klątwę. Ukochana Barnabasa rzuca się z klifu, czym doprowadza go niemal do szaleństwa. W akcie rozpaczy mężczyzna również skacze, jednak przeżywa upadek i zamienia się w wampira. Mieszkańcy pobliskiego miasteczka, za namowami Angelique, zamykają go w trumnie i zakopują na zawsze.

200 lat później rodzina Collinsów nie jest już tak potężna. Zamek popada w ruinę, interes rodzinny niemal nie istnieje. Kiedy przypadkiem trumna Barnabasa zostaje odkopana, a on uwolniony, postanawia sprowadzić rodzinę na właściwe tory. Z pomocą Elizabeth sprawia, że interes powoli odżywa. Barnabas zakochuje się w niani, która pracuje w zamku, a która przypomina jego tragicznie zmarłą ukochaną sprzed wieków. Wszyscy w domu mają jednak swoje tajemnice, które powoli wychodzą na jaw i nieco utrudniają sprawy. Dodatkowo na drodze znów staje mu Angie - wiedźma stworzyła bowiem imperium i nie da go sobie łatwo odebrać. Jak tym razem zakończy się ich osobista wojna...?

Historia jest bardzo w stylu Burtona - postacie są wyraziste, nietuzinkowe, kolorowe. Dla kontrastu opowieść jest mroczna, trup sieje się gęsto, całość jednak niepozbawiona jest specyficznego, charakterystycznego, momentami nieco czarnego humoru. Obsada jest imponująca - Depp, Pfeiffer, Bonham Carter - te nazwiska robią wrażenie. Gwarantuję, że film warty jest uwagi - nietuzinkowy, zapewnia naprawdę dobrą zabawę.

Mroczne cienie
2012
reżyseria: Tim Burton
scenariusz: Seth Grahame-Smith
Barnabas Collins: Johnny Depp
Elizabeth Collins: Michelle Pfeiffer
dr Julia Hoffman: Helena Bonham Carter
Angelique Bouchard: Eva Green

wtorek, 12 czerwca 2012

"Dziewczyna z tatuażem"

Jak wspomniałam ostatnio, poprzedni weekend z C. spędziliśmy raczej leniwie. Chcieliśmy chyba trochę nacieszyć się sobą na zapas - dzisiaj spędziliśmy razem dokładnie siedem minut, tuż przed moim wyjściem do pracy. A zobaczymy się... Już jutro (choć to zaledwie kilka godzin jeszcze). W związku z tym uważam nasze rozleniwienie za w pełni usprawiedliwione (tym bardziej, że kolejna okazja, czyli przynajmniej jeden wolny wspólny dzień, trafi nam się, przy sprzyjających wiatrach, za mniej więcej dwa tygodnie).
Efektem nienierobienia (i paskudnej pogody) było oglądanie filmów, między innymi Dziewczyny z tatuażem, na który już od dawna miałam ochotę. Wiem, wiem - najpierw książka. Staram się kierować tą zasadą, ale zanim sobie kupię... To może potrwać. A filmu byłam naprawdę bardzo ciekawa. Zrobiłam wyjątek - i nie żałuję. Muszę przyznać, że zrobił na mnie pozytywne wrażenie (choć było już późno i trochę spać mi się chciało). 

Bohaterami Dziewczyny z tatuażem są Mikael Blomkvist, znany dziennikarz, który dostaje nietypowe zlecenie - właściciel koncernu przemysłowego, Henrik Vanger chce, aby Mikael odnalazł mordercę Harriet. A ponieważ zbrodnia miała miejsce w latach 60tych, sprawa nie jest prosta. Co sprawiło, że Henrik wybrał akurat Mikaela? Sprawdziła go Lisbeth Salander, wyizolowana, nieco aspołeczna, samotna dziewczyna, która jednak jest najlepszą śledczą, jaką mógł znaleźć. Dziewczyna pomaga Mikaelowi rozwikłać zagadkę, przy czym oboje pakują się w niemałe kłopoty. Na wyspie bowiem, na której doszło do zbrodni, mieszka większość członków rodziny Vanger, i każdy z nich skrywa jakieś tajemnice. Kto okaże się winny śmierci Harriet? Co przy okazji odkryją Mikael i Lisbeth? Na te pytania odpowie film.


Muszę przyznać, że niektóre sceny były jak na moje wrażliwe usposobienie nieco zbyt brutalne, ale z drugiej strony - pewne rzeczy trzeba pokazać takie, jakimi są. A niestety wykorzystywanie dziewczyny, którą powinno się opiekować, nie jest sprawą, którą przekazać łatwo. Dlatego należy przygotować się na pewną dozę okrucieństwa, a także nagości i dziwnych uczuć, łączących bohaterów. 

Mam nadzieję, że już niedługo uda mi się sięgnąć po książkę. Póki co mogę z czystym sumieniem polecić film - skomplikowany, trzyma w napięciu aż do końca, zmusza do poświęcenia mu uwagi. I mimo, że dość długi, mija naprawdę szybko. Poza tym moją uwagę przykuła gra Rooney Mary - nie znam tej aktorki, ale uważam, że poradziła sobie świetnie. Była wiarygodna, wzbudziła we mnie wiele emocji (a przypuszczam, że o to chodziło).

Dziewczyna z tatuażem
2011
reżyseria: David Fincher
scenariusz: Steven Zaillian
Mikael Blomkvist: Daniel Craig
Lisbeth Salander: Rooney Mara
Henrik Vanger: Christopher Plummer

poniedziałek, 7 listopada 2011

Black Sabbath i Iron Man

Ostatni tydzień był tak wypełniony wszystkim, że kompletnie nie miałam czasu dla bloga. Byliśmy w Ikei i na targu warzywnym, i w jeszcze kilku sklepach - zaopatrzyłam się oczywiście w mnóstwo warzyw i owoców, a także kilka świątecznych drobiazgów. Zasadniczo wiem, że to za wcześnie, ale po prostu nie mogłam się oprzeć! Mam kompletnego bzika na punkcie Świąt, i po prostu nie umiem nad nim zapanować. Póki co jeszcze się trzymam, bo to dopiero listopad, ale co będzie w grudniu... Tego nie wie nikt.
Odwiedziłam też Najlepszą Sąsiadkę, która jest szczęśliwą właścicielką Wii - po grze w tenisa, ping-ponga, boksie, walce na miecze, strzelaniu z łuku i kręglach przez trzy dni myślałam, że ręka mi w końcu odpadnie. Na szczęście nie odpadła, i już nawet przestała boleć. Bawiłam się rewelacyjnie, mówię Wam - takie zabawki są świetne! A ile przy tym śmiechu...
Są jeszcze pewne problemy, ale o nich pisać nie będę, bo nie są moje. A przynajmniej nie powinny być. Więc przejdę do rzeczy - wcześniej obiecałam filmy, i słowa dotrzymuję.



Udało nam się obejrzeć obie części Iron Mana - i cóż, podobało mi się. Ale tajemnicą nie jest, że takie filmy lubię. Coraz bardziej doceniam Roberta Downey'a Jr. za niesamowite postacie, które kreuje. Najpierw Sherlock Holmes, który był genialny, a teraz Tony Stark - geniusz, a przy tym niesamowity luzak! I choć momentami lekko się gubi (postać, nie aktor), to wzbudza sympatię i cały czas zawzięcie mu kibicowałam.

Bratu bardziej podobała się część druga, mi pierwsza - wniosek jest prosty - obie są dobre. Bo są. Na podstawie komiksu, więc trzeba być przygotowanym na bardzo złe czarne charaktery, choć te pozytywne nie są krystaliczne. Tony ma kupę kasy, którą przeznacza na zbrojenie armii USA. Chce dobrze - żeby jego kraj mógł wygrywać. Kiedy jednak zostaje porwany i odkrywa, że nie tylko jego rodacy korzystają z broni jego firmy, ale także ludzie, którzy absolutnie nie powinni jej mieć, zaczyna wątpić w sens swojej pracy. W akcie desperacji i chęci ucieczki buduje prototyp kostiumu Iron Mana - konstrukcję, która pozwala mu latać i czyni go niemal niezniszczalnym. Kiedy już wraca do domu, udoskonala projekt, i zmienia się w Iron mana - obrońcę ludzkości.



W drugiej części musi walczyć z Ivanem - synem byłego współpracownika swojego ojca, który chce się na nim zemścić. Geniuszem niemal dorównuje Starkowi, i stwarza naprawdę niebezpieczną broń. Czy Iron Man sobie z nim poradzi? 
W tym wszystkim mamy Pepper, graną przez Gwyneth Paltrow, która moim zdaniem w tej roli sprawdziła się rewelacyjnie. Dziewczyna jest oddana Starkowi i stara się mu pomóc ze wszystkim, nawet, kiedy musi włożyć mu dłoń niemal do serca. Praktycznie znikąd pojawia się też Nick Fury, który chce zwerbować Iron Mana do tajemniczego projektu - ale o tym dowiecie się sami, oglądając film. Jeśli lubicie tego typu produkcje, naprawdę warto.

Całość wspiera genialna muzyka Black Sabbath - i choćby dla nich warto spędzić wieczór z Iron Manem.

Iron man
2008
reżyseria: Jon Favreau
scenariusz: Hawk Ostby, Mark Fergus
Tony Stark: Robert Downey Jr.
Jim Rhodes: Terrence Howard
Pepper Potts: Gwyneth Paltrow
Obadiah Stane: Jeff Bridges

Iron man 2
2010
reżyseria: Jon Favreau
scenariusz: Justin Theroux
Tony Stark: Robert Downey Jr.
Jim Rhodes: Don Cheadle
Pepper Potts: Gwyneth Paltrow
Natasha Romanoff: Scarlett Johansson
Ivan Vanko: Mickey Rourke

wtorek, 1 listopada 2011

Sherlock Holmes

Z tych kilku filmów, które obejrzałam, zdecydowanie Sherlock Holmes zrobił na mnie największe wrażenie. Po pierwsze Robert Downey Jr. w roli głównej sprawdził się kapitalnie. Jego Sherlock był wnikliwym geniuszem, lekko zwariowanym, niekonwencjonalnym, potrafiącym znaleźć wyjście z każdej opresji i znającym odpowiedź na każde pytanie. Bez stymulacji, jaką były dla niego kolejne sprawy, popadał w obłęd, zupełnie niechcący uprzykrzając życie swojemu najlepszemu przyjacielowi, Watsonowi. Jude Law świetnie wykreował postać doktora - poważny, twardo stąpający po ziemi, odpowiedzialny i... Zakochany, a jednocześnie oddany pracy i Sherlockowi. Bardzo przyjemnie patrzyło się na ten duet, a ich słowne potyczki rozbawiały do łez. 



W wyreżyserowanym przez Ritchiego filmie Sherlock ma do rozwiązania wyjątkowo trudną zagadkę. Jeden z lordów, po odkryciu jego czarnoksięskich praktyk, zostaje skazany na śmierć przez powieszenie. Jednak po egzekucji i pogrzebie zmartwychwstaje i dość stanowczo próbuje przejąć władzę. Za pomocą czarnej magii (a przynajmniej tak wszyscy sądzą) podporządkowuje sobie tajne zgromadzenie lordów. Następnie wkracza do senatu. Czy Sherlockowi uda się rozwiązać tą mroczną tajemnicę? 
W grę wplątana jest również niejaka Irene Adler - piękna złodziejka, którą Holmes darzy wyjątkowym uczuciem. Jak słusznie zauważa Watson - jako jedyna potrafi wywieść go w pole, czym kompletnie zawróciła w głowie detektywowi. Jej rola jest niejasna - niby pomaga naszym bohaterom, ma jednak pewną misję, której zleceniodawcą jest... Pewien mężczyzna, którego tożsamości Sherlock nie potrafi rozgryźć. Jak się to wszystko skończy? Po czyjej stronie stanie Irene? Czy Watson w końcu się ożeni i wyprowadzi od Holmesa? Na pytania znajdziecie odpowiedź w tym rewelacyjnym filmie.

Tak, wyrażam się w samych superlatywach, ale ten film jak najbardziej na nie zasługuje. To majstersztyk w swojej klasie - dowcipny, lekki, wciągający; zagadka, wątki poboczne równie interesujące co główny i niebanalni bohaterowie składają się na rewelacyjną całość. Zdecydowanie - warto obejrzeć.

A ja nie mogę się doczekać drugiej części - ponoć ma trafić w grudniu do kin. Kto wie, czy nie dane będzie mi się wybrać...

Sherlock Holmes
2009
reżyseria: Guy Ritchie
scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg
Sherlock Holmes: Robert Downey Jr.
dr John Watson: Jude Law
Irene Adler: Rachel McAdams
lord Blackwood: Mark Strong

sobota, 29 października 2011

Kilka słów o nie do końca świętych


Uwielbiam oglądać filmy! Zresztą - kto nie lubi...? A jak film jest dobry, albo nawet świetny, to już w ogóle jestem w siódmym niebie. W poprzedni weekend zdarzyło mi się obejrzeć film zdecydowanie z górnej półki, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Choć nie najwnowszy, bo z 1999 roku, to jednak ma w sobie coś, co nawet po tylu latach wciska w fotel (lub kanapę) i nie pozwala odejść sprzed ekranu.

Mowa o Świętych z Bostonu. Wydaje mi się, że większość ludzi ten film widziała, a przynajmniej co nieco słyszała. Swego czasu był całkiem głośny, choć mnie dziwnie ominął. Widziałam fragmenty, ale całośći jakoś nie miałam okazji. Więc kiedy Brat oświadczył, że oglądamy, byłam jak najbardziej pozytywnie nastawiona.



Film opowiada historię dwóch braci, którzy niechcący wpątują się w dość dziwną i bardzo niebezpieczną historię. MacManusowie, typowi Irlandczycy, wiele czasu spędzają z kumplami w ulubionym barze. Kiedy pewnego wieczoru przychodzą trzej niezbyt kulturalni goście, chcący zamknąć bar tu i teraz, nasi bohaterowie nie tylko stawiają opór, ale robią im kilka nieprzyjemnych dowcipów (kto chciałby, żeby podpalić mu tyłek...?). Niedługo później wyżej wymienieni odwiedzają braci w ich mieszkaniu i chcą się zemścić. Zdesperowani MacManusowie zabijają napastników, po czym zgłaszają się na policję. Traf chce, że zajmuje się nimi Paul Smecker - policjant z powołania, próbujący rozwikłać tajemnicze morderstwo. MacManusowie zostają puszczeni wolno, a w ich głowach narodził się plan. Skoro udało się raz, może uda się kolejny...? Postanawiają zabijać przestępców, którzy zatruwają życie uczciwym Bostończykom. Jak skończy się ten proceder? Po czyjej stronie stanie policja i społeczeństwo? Co na to mafia, której bossowie zaczęli ginąć jeden po drugim? Uwierzcie mi - to wciąga.

Nasi Irlandczycy to bardzo wyraziste postaci, ciekawe, wiedzące, czego chcą. Rozumują prosto i logicznie, nie komplikują spraw. Robią to, co robią, bo uważają to za słuszne. I tyle.
Razem z nimi do kolejnych akcji wkracza Rocco - Włoch, który stoi na krawędzi szaleństwa. Od najmłodszych lat pracował dla mafii, wie o nich więcej, niż oni sami. I nagle postanawia się z nimi rozprawić! Co z tego wyniknie...?
Smecker to policjant z krwi i kości. Doskonale potrafi odtworzyć bieg wydarzeń, nie potrafi jednak rozgryźć sprawców. Szuka ich zaciekle, wysilając wszystkie zmysły i poświęcając każdą wolną chwilę. Czy jego starania przyniosą oczekiwany skutek? Złapie Irlandczyków, czy mu się wywiną?

Rocco i Smecker to postacie zgarane genialnie - tak wyraziste i nietuzinkowe, że nie można przestać na nich patrzeć. Zupełnie inni, ale to właśnie oni sprawiają, że film ma tak niesamowity klimat. Duffy naprawdę wiele osiągnął. Bardzo jestem ciekawa, czy druga część jest równie dobra. Mam nadzieję, że wkrótce się przekonam.

Święci z Bostonu
1999
reżyseria: Troy Duffy
scenariusz: Troy Duffy
Conner MacManus: Sean Patrick Flanery
Murphy MacManus: Norman Reedus
Rocco: David Della Rocco
Paul Smecker: Willem Dafoe

środa, 12 października 2011

Weekend z Justinem

Po przeprowadzce nie mieliśmy jeszcze czasu, żeby sobie spokojnie usiąść i coś obejrzeć.No, poświęciliśmy chwilę na dwa odcinki serialu, ale bez odpowiedniego namaszczenia się to wszystko odbyło. Także otwarcie wieczorów filmowych uważam za wydarzenie przyszłe, do którego musimy się odpowiednio przygotować. Mam nadzieję jednak, że nastąpi zanim w końcu zdecydujemy się na zakup telewizora (na razie moi Panowie spędzają zaskakująco dużo czasu wpatrując się w ekrany w sklepach i zawzięcie debatują na temat, choć, póki co, nic konkretnego jeszcze nie ustalili). Dlatego dzisiaj chciałabym się cofnąć do czasów przedprzeprowadzkowych, i opowiedzieć o filmie, który mieliśmy okazję oglądać w towarzystwie Najlepszego Sąsiada. Nie tak dawno wspominałam o To tylko seks z Justinem Timberlake'm w roli głównej. Tym razem trafiła mu się nieco bardziej drugoplanowa i... Dziwna...? Muszę przyznać, że świetnie wykreował postać totalnego dziwadła, ale w takiej wersji pociągający nie był ani trochę.



Mówię o Złej kobiecie, w którą wcieliła się Cameron Diaz. Jej postać to osoba pozbawiona jakichkolwiek skrupułów, dążąca zdecydowanie do postawionego sobie celu - wyjścia za mąż za bogatego faceta, dzięki któremu już nigdy nie będzie musiała uczyć. Kiedy okazuje się, że jej wybranek, którego niemalże już zaciągnęła przed ołtarz, pod wpływem mamusi nagle zmienia zdanie, Elizabeth musi wrócić do znienawidzonej szkoły. Traf chce, że w tym roku nowym nauczycielem jest Scott Delacorte - porzucony, nieszczęśliwy, a przy okazji obrzydliwie wręcz bogaty. Widząc zdjęcia jego byłej, Elizabeth dochodzi do wniosku, że jak tylko powiększy sobie biust, z pewnością uda się jej zwrócić na siebie uwagę Scotta. Wszelkimi możliwymi sposobami stara się zdobywać fundusze, jednak na jej drodze staje Amy Wiewiórka - nauczycielka idealna, całym sercem oddana swoim dzieciom. Czy Elizabeth uda się osiągnąć swoje cele. Czy znajdzie prawdziwą miłość? Usidli Scotta, czy może da szansę nauczycielowi wychowania fizycznego, który nieprzerwanie zapewnia ją o swoim uczuciu i pasuje do niej bardziej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać? 
Na te pytania znajdziecie odpowiedź w Złej kobiecie właśnie.

Moje wrażenia? Szczerze mówiąc - mieszane. Z jednej strony zabawne, dobrze zagrane, choć momentami mocno przerysowane postacie, z drugiej absolutny brak zaskoczenia w przewidywalnej, momentami drętwej fabule. Wszystko zależy od gustu i nastawienia - jednym się spodoba, innym nie. Można się pośmiać, choć wydaje mi się, że nietrudni będzie znaleźć jednak lepszą rozrywkę. Obejrzałam, bawiłam się całkiem nieźle, ale raczej tego nie powtórzę. Choć scena seksu na sucho, muszę powiedzieć, zrobiła na mnie piorunujące wręcz wrażenie...

Zła kobieta
2011
reżyseria: Jake Kasdan
scenariusz: Lee Eisenberg, Gene Stupnitsky
Elizabeth Halsey: Cameron Diaz
Scott Delacorte: Justin Timberlake
Amy Squirrel: Lucy Punch
Russell Gettis: Jason Segel

wtorek, 20 września 2011

Tylko dla dorosłych

Nie mamy za bardzo czasu na filmy. I nie wiem w sumie, jak to się stało, że w weekend obejrzeliśmy aż trzy (i dodatkowo trzy odcinki jednego z moich seriali). Dwa z nich łączy osoba znanego chyba wszystkim Justina Timberlake'a, który jakoś nigdy nie zrobił na mnie wrażenia swoją muzyką (tak, tak, ma kilka niezłych kawałków... Ale tylko kilka!), za to w obu filmach zagrał naprawdę dobrze. Aż miło się na niego patrzyło (przynajmniej w jednym...)! 

Najpierw o tym, który zdecydowanie zrobił na mnie najlepsze wrażenie. Mianowicie - komedia romantyczna tylko dla dorosłych, z dużą dawką seksu, sprośnych tekstów i nagich ciał. 



Dylan to przystojny dyrektor artystyczny z Los Angeles. Jamie to śliczna dziewczyna, łowca głów z Nowego Jorku. Poznają się, kiedy ona stara się zwerbować go do pracy dla firmy w jej mieście. Zgodził się, a kilka biznesowych spotkań przerodziło się w przyjaźń. Oboje mają problemy z uczuciami - Jamie to niepoprawna romantyczka, marząca o miłości jak z filmu, Dylan szukając tej jedynej, dostaje kolejne kosze. Dochodzą do wniosku, że seks bez uczuć będzie dla nich idealnym rozwiązaniem. Każde dostanie to, czego szuka, bez zawirowań i niepotrzebnych przykrości. Jednak perfekcyjny układ nie trwa długo - bo czy seks bez uczuć jest możliwy...? 

To tylko seks obejrzałam z prawdziwą przyjemnością - jest śmieszny, ale też nie taki całkiem głupi. Bez rzewnych scen charakterystycznych dla komedii romantycznych, ale o poszukiwaniu prawdziwej miłości. Jest też wielki gest, po którym każda kobieta by uległa. Każda...? Jamie też...?
Polecam bardzo - komedia z jajem, przy której nie można się nudzić. A niektóre sceny, hmm... Bardzo przyjemne wizualnie.

To tylko seks
2011
reżyseria: Will Gluck
scenariusz: Will Gluck, Keith Merryman
Dylan: Justin Timberlake
Jamie: Mila Kunis

wtorek, 6 września 2011

Babski wieczór

Urlop, jak to urlop. Przyjemności staramy przedkładać ponad obowiązki, czego owocem jest fakt, że nie mam nic, czym mogłabym pochwalić się na blogu. Od czasu sernika do kuchni nie weszłam (choć mam zamiar to zmienić). Za to usiadłam ostatnio z Mamą i obejrzałam film. Ona zmęczona po pracy, ja rozleniwiona odpoczywaniem, zdecydowałyśmy się na coś lekkiego i bardzo babskiego. Wojny ślubne wybrałyśmy właściwie przypadkiem, nieco zaniepokojone, czy aby na pewno warto, jednak zostałyśmy przyjemnie zaskoczone. Film jest zabawny, z ciekawą i spójną fabułą, wciągnął nas aż do ostatniej minuty.


Liv i Emma przyjaźnią się od najmłodszych lat. Jako małe dziewczynki były świadkami ślubu w hotelu Plaza i postanowiły, że kiedyś one wyprawią tą najważniejszą w życiu kobiety uroczystość właśnie tam. Zrządzeniem losu ich partnerzy - kilka lat później rzecz jasna - oświadczają im się w niemal tym samym czasie. Zachwycone dziewczyny umawiają się z najbardziej rozchwytywaną organizatorką wesel, która załatwia im dwa terminy w czerwcu. Sielanka się kończy, gdy okazuje się, że sekretarka popełniła błąd, i nasze bohaterki mają brać ślub tego samego dnia. Kiedy żadna nie chce odpuścić terminu, rozpoczyna się między nimi zimna wojna - której wesele będzie większe, który tort bardziej reprezentacyjny, która suknia piękniejsza? Z najlepszych przyjaciółek Liv i Emma zmieniają się w najzacieklejszych wrogów. Ich złośliwości przechodzą ludzkie pojęcie, a przy tym momentami bawią wręcz do łez.

Nam film się podobał - lekki, niewymagający skupienia, wciąga zabawnymi dialogami i sytuacjami. Oczywiście można by się czepiać, że fabuła nie jest specjalnie wymyślna (choć moim zdaniem całkiem oryginalna), a niejeden Pan z pewnością przymknąłby oko, jednak na babski wieczór w sam raz - ku radości i przestrodze. Polecam razem z Mamą!

Ślubne wojny
2009
reżyseria: Gary Winick
scenariusz: Greg DePaul, June Diane Raphael
Liv: Kate Hudson
Emma: Anne Hathaway
Marion St. Claire: Candice Bergen

poniedziałek, 5 września 2011

Polska, czyli kino

Tak już mamy - każdą wizytę w Polsce musi wieńczyć kino. Teraz przyjechaliśmy na całe dwa tygodnie, możliwe więc, że wybierzemy się raz jeszcze... Póki co obowiązkowy film zaliczony, i bardzo się cieszę, że dałam się namówić. D., jak tylko zobaczył zwiastun, oczka mu się zaświeciły i stwierdził, że musi. Mi do tej pory Conan kojarzył się z głupkowatym filmem ze Schwarzeneggerem, i ochoty aż tak wielkiej nie miałam. Mimo wszystko jednak w kinie lubię oglądać filmy, które robią wrażenie na dużym ekranie - pełne efektów, scen walki, akcji, gdzie mogę się właśnie tymi aspektami zachwycać. I cóż - Duży miał rację. Nowy Conan mnie nie zawiódł.



Głównego bohatera poznajemy jako młodego chłopca, który chcąc zrobić wrażenie na ojcu, wraz z innymi młodzieńcami z wioski, staje do wyścigu wokół wzgórza. Żeby nie było za łatwo, każdy z nich dostaje przepiórcze jajo, które musi donieść w całości. Kiedy zostają zaatakowani, wszyscy poza młodym Conanem zawracają. Ten jednak staje do walki, którą wygrywa, i pod nogi wodzowi wypluwa całe jajko (a przy okazji przynosi kilka głów). Niedługo po tym wioska Cymeryjczyków zostaje zaatakowana przez wojska Khalar Zyma, który w poszukiwaniu części magicznej maski morduje wszystkich mieszkańców. Conanowi udaje się przeżyć, i przysięga zemstę mordercy ojca. 
Kilka lat później Conan jest piratem, ma oddanych przyjaciół, i gdy spotyka Khalara, postanawia się zemścić. Przy okazji ratuje życie Tamarze - mniszce, której poszukuje Zym wraz z córką czarownicą. I tu zaczyna się walka o życie i zemstę.

Historię Conana zna każdy, dlatego nie jest ona zaskakująca. Za to ciekawie przedstawiona, z rewelacyjną oprawą graficzną. Film jest pełen akcji, walk, nie można ani na chwilę oderwać wzroku od ekranu. Oglądało mi się naprawdę dobrze - bo to jest dokładnie to, czego oczekiwałam. 3D nie było tak spektakularne jak w Avatarze, ale kilka momentów zaparło mi dech w piersiach (szczególnie przepaść pod kołem, do którego przywiązali Tamarę). Polecam fanom tego typu filmów - nie będziecie rozczarowani!

Conan Barbarzyńca
2011
reżysera: Marcus Nispel
scenariusz: Thomas Dean Donnelly, Joshua Oppenheimer
Conan: Jason Momoa
Khalar Zym: Stephen Lang
Tamara: Rachel Nichols

Marique: Rose McGowan

piątek, 19 sierpnia 2011

Filmowy weekend

Mieliśmy w panie oglądnie filmu z Najlepszymi Sąsiadami, ale niestety nie doszło ono do skutku. Nie zrażeni, stwierdziliśmy, że nasze własne towarzystwo też jest przyjemne i jak najbardziej do oglądania filmu się nadaje. Wybór nie był trudny, gdyż na ten kawałek wszyscy mieliśmy chętkę od jakiegoś czasu. Po obejrzeniu mogę powiedzieć, że chętka była jak najbardziej uzasadniona - na mnie film zrobił duże wrażenie, a dla D. stał się źródłem inspiracji, która od soboty nie ustaje. 

Jestem Bogiem to historia Eddiego, którego życie diametralnie się zmienia pod wpływem niewielkiej, przezroczystej pigułki.
Eddie Morra to niespełniony pisarz, którego zostawiła żona, a później ukochana dziewczyna. Nie potrafi niczego skończyć, żyje w zagraconym, brudnym mieszkanku, gdzie dni spędza nad maszyną do pisania, zawalając kolejne terminy. Pewnego dnia spotyka byłego szwagra, który proponuje mu tabletkę. Przekonany, że Vernon pracuje dla koncernu farmaceutycznego, Eddie przyjmuje jedną próbną pigułkę. Stwierdzając, że przecież gorzej już być nie może, łyka ją, i nagle staje się kimś innym. W błyskawicznym tempie przyswaja wiedzę, pisać książkę kończy w kilka godzin; czuje, że może wszystko. Gdy narkotyk przestaje działać, Eddie umawia się z Vernonem, aby kupić kolejną dawkę. Na miejscu okazuje się, że szwagier nie żyje, jednak nasz przerażony bohater zachowuje na tyle przytomności umysłu, że zabiera ze sobą jego zapas tabletek. 
Tak zaczyna się jego droga do sławy i pieniędzy, która jednak nie jest usłana różami. Pojawił się znikąd, i nagle zaczął zarabiać miliony - czym ściąga na siebie uwagę wielu ludzi, niekoniecznie mu przychylnych. Do tego dochodzą skutki uboczne zażywania narkotyku - zawroty i bóle głowy, zaniki pamięci. Jak sobie poradzi z tym wszystkim Eddie? Czy odnajdzie siebie?



Film jest naprawdę wciągający, fascynujący wręcz. Co może osiągnąć człowiek, kiedy nagle odkrywa wszystkie możliwości swojego mózgu? To pytanie przyświecało twórcom filmu, na nie szukamy odpowiedzi wraz z bohaterem. Eddie z nieudacznika przeistacza się w fenomen, i musi zacząć sobie z tym radzić. 
Jestem Bogiem to obraz oryginalny, inny od tego, co oglądałam do tej pory. Spodobał mi się, na te kilkadziesiąt minut zapomniałam o otaczającym mnie świecie, trzymając kciuki za poczynania Eddiego i zastanawiając się, do czego jeszcze jest zdolny. Polecam z czystym sumieniem.

Jestem Bogiem
2011
reżyseria: Neil Burger
scenariusz: Leslie Dixon
Eddie Morra: Bradley Cooper
Carl van Loon: Robert De Niro
Lindy: Abbie Cornish
Vernon: Johnny Whitworth

środa, 17 sierpnia 2011

Bohaterowie dawnych czasów

Przedwczoraj, zupełnie spontanicznie, obejrzeliśmy z D. film. Szanowny Brat gdzieś znalazł fragmenty, i po kilku scenach miałam ochotę zobaczyć całość. I powiem Wam, że nadal jestem w lekkim szoku. Film jest przezabawny, ale trzeba do niego odpowiednio podejść. Jest to satyra na, bądź co bądź niewesołą, rzeczywistość. Dziś możemy się śmiać z absurdów tamtego okresu, ale wtedy było to zadanie trudne, które się autorom filmu wyjątkowo udało. Gra jest nieco sztuczna, wyreżyserowana do granic możliwości, bohaterowie typowi, wręcz karykaturalni; całość sprawia wrażenie snu wariata. Ja zaśmiewałam się do łez.



Głównym bohaterem Hydrozagadki jest Jan Walczak, okularnik pracujący w biurze i podkochujący się, jak większość kolegów, w zgrabnej pannie Joli. Janek jednak skrywa drugą twarz - jest Asem, największy bohaterem ówczesnej Warszawy. To właśnie jego o pomoc prosi profesor Milczarek, kiedy w stolicy w tajemniczy sposób znika woda. As z profesorem odkrywają mroczny plan doktora Plamy i księcia maharadży Kaburu, małego pustynnego państewka. Muszą ich powstrzymać, zanim woda wyparuje i będzie za późno. 

Jak to brzmi? Dziwnie? Znajomo? Gwarantuję - czegoś takiego nie dane Wam było oglądać. Już początek daje wiele do myślenia - nie ma napisów, za to Iga Cembrzyńska w bardzo ciekawy sposób recytuje czołówkę. Nienawiść wręcz Asa do alkoholu jest przyczyną do kilku zabawnych scen, a teksty typu Zdejm kapelusz! na stałe wejdą do mojego repertuaru. Tego nie da się opowiedzieć - to trzeba po prostu zobaczyć. Według mnie godzina poświęcona na obejrzenie Hydrozagadki z pewnością nie jest czasem straconym. Absurd, komizm sytuacyjny - znajdziemy tego mnóstwo w obrazie Kondratiuka. Serdecznie polecam - żeby odpocząć od kina współczesnego.

Hydrozagadka
1971
reżyseria: Andrzej Kondratiuk
scenariusz: Andrzej Kondratiuk, Andrzej Bonarski
Jan Walczak/As - Józef Nowak
doktor Plama - Zdzisław Maklakiewicz
książę maharadża Kaburu - Roman Kłosowski
panna Jola - Ewa Szykulska
profesor Milczarek - Wiesław Michnikowski
prezenterka czołówki/kelnerka - Iga Cembrzyńska

wtorek, 9 sierpnia 2011

Z efektami

W piątek rano Szanowny Brat wyjechał na cały weekend, a my wieczór i pół nocy spędziliśmy na kanapie. D. wygrzebał skądś film, i przekonał mnie do obejrzenia. Po na chybił trafił wybranej scenie walki spodziewałam się czegoś zupełnie innego. A może tylko trochę...? Sama nie wiem. Ogólnie mam mieszane uczucia jeśli chodzi o ten film, choć naprawdę mi się podobał.

Mowa o Sucker punch, najnowszym dziele Zacka Snydera. Nazwisko kojarzące się przede wszystkim z 300, który widziałam, i też mi się podobał. Dla obu filmów charakterystyczna jest muzyka - niby nie w klimacie, ale jednak świetnie uzupełniająca obrazy; oraz świetne efekty, które robią wrażenie. Nie jestem pewna, czy w Sucker punch nie mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią, ale o tym później...
Główną rolę powierzono Emily Browning, która radzi z nią sobie całkiem nieźle. Choć na mnie największe wrażenie zrobiła Vanessa Hudgens, która do tej pory kojarzyła mi się tylko z High school musical, czyli filmem dla dzieciaków, przesłodzoną, niezbyt rozgarniętą dziewczyną. Tutaj pokazała, że potrafi coś więcej, i mam nadzieję, że wybierze jeszcze jakieś ciekawe role, które dadzą jej szansę zaprezentowania swojego talentu.



Bohaterką filmu jest Babydoll, której matka umiera, a ojczym się nad nią znęca. Kiedy nie może dobrać się do Baby, atakuje jej młodszą siostrę, która zostaje zamordowana. Po tych dramatycznych chwilach Baby trafia do szpitala dla psychicznie chorych, gdzie ojczym płaci jednemu z pielęgniarzy, aby ten poddał dziewczynę lobotomii (mamy lata 50-te XX wieku, kiedy ten rodzaj leczenia był niezwykle popularny). 
Baby, nie mogąc odnaleźć się w sytuacji, kreuje swój własny świat. W swych fantazjach jest więziona w domu publicznym, gdzie za pięć dni ma zostać oddana High Roller'owi. Razem z innymi dziewczynami, postanawia uciec. W poszukiwaniu pięciu niezbędnych do ucieczki rzeczy przeżywa mrożące krew w żyłach przygody, które nie zawsze kończą się szczęśliwie.

Poruszana jest kwestia anioła stróża. Gdzie jest, kiedy jest najbardziej potrzebny? Co robi, kiedy znajdziesz się w tarapatach? Jak pomaga, kiedy nie ma już wyjścia z sytuacji? 

Przy oglądaniu tego filmu przypomniałam sobie jeszcze jedno zagadnienie, które dręczy mnie od czasu do czasu. Czytając lub oglądając, utożsamiamy się z głównym bohaterem, przeżywamy z nim przygody, to w jego skórę wchodzimy. Później, przed snem, również jesteśmy głównymi bohaterami. A co, kiedy tak naprawdę okazuje się, że giniemy w pierwszej minucie filmu, na drugiej stronie książki...? Na to pytanie też musi sobie odpowiedzieć jedna z bohaterek.

Efekty są naprawdę rewelacyjne, całość ogląda się jak bajkę. Szczególnie początek zrobił na mnie ogromne wrażenie - praktycznie bez słów, z muzyką, która elektryzuje, obrazy, które trzymają w napięciu i nie dają odwrócić głowy.
Ale nie mogę przestać się zastanawiać, czy gdyby zrezygnować z tej konwencji, pójść w stronę bardziej psychologiczną, zamiast pięciu super lasek uczynić główne bohaterki zwykłymi dziewczynami, czy nie powstałby drugi Lot nad kukułczym gniazdem? Moim zdaniem, jeśli przebijemy się przez tą całą powłokę, która momentami jest aż zabawna, znajdziemy naprawdę głębokie przesłanie. To nie jest film o niczym. I warto go obejrzeć. Trzeba tylko wiedzieć, czego i gdzie szukać.

Sucker punch
2011
reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: Zack Snyder, Steve Shibuya
Babydoll: Emily Browning
Sweat Pea: Abbie Cornish
Rocket: Jena Malone
Blondie: Vanessa Hudgens
Amber: Jamie Chung
dr Vera Gorski: Carla Gugino
Blue Jones: Oscar Isaac
Mędrzec: Scott Glenn

poniedziałek, 18 lipca 2011

Sposób na niedzielę

Dawno już nic nie oglądałam. Jakoś nie było czasu, żeby na te dwie godziny odpłynąć w jakiś inny, wymyślony przez kogoś świat. A to trzeba się było zdrzemnąć po południu, bo dzień ciężki, albo nad morze pojechać, bo akurat ładna pogoda, albo ogródek wypielić, bo biedne buraczki zarosły niemożliwie. A czasem po prostu sobie posiedzieć, pogadać, leniwie pić kawę czy herbatę z sokiem malinowym.
Wczoraj wieczorem, po obchodzie miasta coś nas jednak tknęło, i postanowiliśmy sobie coś obejrzeć. Po sobotnim przemeblowaniu teraz jest zdecydowanie wygodniej - ale żeby się przekonać, zaczęliśmy odkrywać sekretne zakamarki dysków. I w końcu D. przeczytał tytuł, który mnie zelektryzował. Od dłuższego już czasu miałam ogromną chęć na ten właśnie film, Młoda była w kinie i twierdziła, że jest świetny (a, jak już kiedyś pisałam, poza tym, że jest fanką krwawych masakr nawet w Walentynki, to ma gust zbliżony do mojego), od kilku innych osób też słyszałam jak najlepsze opinie. Panowie nie byli oporni, więc zasiedliśmy przed laptopem.

Tytułem, który usadził nas na ponad dwie godziny, jest Incepcja w reżyserii Christophera Nolana. Główna rola została powierzona Leonardo DiCaprio, który, moim zdaniem, odnalazł się w niej znakomicie. Pozostali aktorzy również spisali się świetnie - byli wiarygodni, nieprzerysowani, ale charakterystyczni. Do tego skomplikowana fabuła, której trzeba poświęcić sto procent uwagi - i czas mija bardzo szybko.



Główny bohater, Dom Cobb, jest złodziejem. Nie kradnie jednak samochodów czy dzieł sztuki, ale najgłębiej skrywane myśli. Szpiegostwo przemysłowe w tej nietypowej postaci stało się jego sposobem na życie. W pewnym momencie jednak dostaje propozycję nie do odrzucenia. Nie ma myśli wykraść, ale ją zaszczepić. W zamian za to będzie mógł wrócić do Stanów, gdzie czekają na niego dzieci.
Zaszczepienie myśli, czyli tytułowa incepcja, wcale proste nie jest. Nasz bohater musi zebrać grupę specjalistów, która pomoże mu stworzyć sen we śnie, który będzie wiarygodny  i skuteczny. Szuka więc fałszerza, a o pomoc w znalezieniu architekta prosi ojca. Ten poleca mu Ariadne - dziewczynę, która tworzy niesamowite labirynty i potrafi dowolnie zaginać senną rzeczywistość, bardzo szybko się uczy, a w dodatku okazuje się świetnym psychologiem, który zmusza Cobba do zwierzeń i stawienia czoła swoim traumom. 
Poza głównym wątkiem - incepcją - mamy też tajemniczą żonę Cobba, która pojawia się w najmniej odpowiednich momentach, rujnując misterny plan. Jak to się stało, że utkwiła w podświadomości męża? Jak długo można śnić? Jakie niesie za sobą ryzyko taki świadomy sen? I wreszcie - jak odróżnić jawę od snu? Te pytania zadają bohaterowie filmu, a później żmudnie szukają odpowiedzi.

Film jest pełen napięcia i zaskakujących zwrotów akcji. Bohaterowie coraz głębiej wchodzą w podświadomość, dążąc do celu. Fabuła jest naprawdę świetnie pomyślana, a do tego całość bardzo dobrze wygląda - korytarze bez grawitacji to jest coś... Do tego odpowiednio wyważona dawna humoru. Gwarantuję, że wciągnie każdego.

Incepcja
2010
reżyseria: Christopher Nolan
scenariusz: Christopher Nolan
Dom Cobb: Leonardo DiCaprio
Arthur: Joseph Gordon-Levitt
Ariadne: Ellen Page
Eames: Tom Hardy
Saito: Ken Watanabe
Mal: Marion Cotillard

środa, 15 czerwca 2011

W robotowym świecie

Jestem dużym dzieckiem, i co więcej, wcale się tego nie wstydzę. Wręcz przeciwnie - przyznaję głośno, wszem i wobec. Uważam, że to nic złego, kiedy wychodząc na spacer w deszczu skaczę po kałużach (mam czerwone kalosze, które świetnie się do takich akcji nadają). Po deszczu zawsze szukam tęczy i zastanawiam się, co jest na drugim końcu (albo na pierwszym, bo to też interesujące zagadnienie). Lubię siedzieć na środku chodnika i obserwować ludzi, którym ciągle się gdzieś spieszy. Głośno śpiewam, kiedy nikogo nie ma w domu. Biegam z psem po parku do utraty tchu. A przede wszystkim - uwielbiam bajki! Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Choć tak naprawdę, w tej chwili dużo animacji jest przygotowywanych z myślą o dorosłych - żadne dziecko nie zrozumie pewnych aluzji czy tekstów w Shreku chociażby. Będą się śmiały z wielkiego, zielonego ogra, który wyciąga świece z uszu, ale wiele subtelności im umyka. Może dlatego rodzice w kinie bawią się tak samo dobrze, jak ich pociechy.

Ostatnio z Dużym nas natchnęło - nałożyłam dwie miseczki lodów czekoladowych, przygotowałam herbatę i zasiedliśmy przed naszym kinem domowym (które składa się z osiemnastocalowego laptopa wygodnie usadowionego u D. na kolanach). A na ekranie - Roboty. Animacja z 2005 roku może nie robi wrażenia super efektami, ale jest nieźle pomyślana, a robotowa stolica jest miejscem co najmniej magicznym. Kiedy główny bohater przyjeżdża do miasta i odbywa podróż kolejką, siedziałam z otwartą buzią i zastanawiałam się, czy kiedyś zbudują rollercoaster oferujący takie atrakcje.



Głównym bohaterem jest Radek Dekiel - robot, którego rodzice nigdy nie mogli pozwolić sobie na nowe części dla swojej pociechy (różowy korpus z godnym pozazdroszczenia biustem po kuzynce z pewnością nie był najlepszym rozwiązaniem). Radek jednak nie narzeka. Fascynuje go niejaki Spawalski - najmądrzejszy robot, który ma ogromną fabrykę i zajmuje się wprowadzaniem przeróżnych wynalazków w życie. Nasz bohater rusza do stolicy, aby go spotkać i zaprezentować swoje dzieło.
Na miejscu okazuje się jednak, że Spawalski jest nieosiągalny, a jego miejsce zajmuje okrutny Brzeszczot, który chce zniszczyć wszystkie starsze modele. Radek się nie poddaje - naprawia tych, którzy nie mają szans na nowe części, poszukuje Spawalskiego, a w międzyczasie zdobywa nowych, zwariowanych przyjaciół i robotkę swojego życia. 

Brzmi banalnie? Ale wcale takie nie jest! Świat robotów jest tak inny od naszego, zabawny, trochę straszny, bardzo spójny. Autorzy przyłożyli się do pracy i sprawili, że łatwo w to wszystko uwierzyć, nie szuka się niedociągnięć. Historia porywa i można popłynąć z jej nurtem, dać porwać się przygodzie. Półtorej godziny mija błyskawicznie, pozostawiając po sobie bardzo dobre wspomnienia.

Polecam dzieciom - małym i dużym.

Roboty
2005
reżyseria: Chris Wedge, Carlos Sandanha
scenariusz: Lowell Ganz, Babaloo Mandel

piątek, 27 maja 2011

Byłam w kinie

Dzisiaj tak popularne i ogólnie dostępne, kino cały czas ma w sobie jakąś magię. Obojętne, czy jest to maleństwo z jedną salą ledwo wiążące koniec z końcem, czy też anonimowy multipleks - wchodząc do środka czuję się jak małe dziecko. Choć dobrze znane, otoczenie sprawia, że cieszę się każdą chwilą. Z uśmiechem kupuję bilety, popcorn i colę, żartuję z panem z obsługi, a wreszcie siadam w fotelu i czekam niecierpliwie na początek filmu. 
Zazwyczaj wychodzę cały czas w radosnym nastroju. Dlatego, że dość uważnie wybieram filmy, które chcę obejrzeć w kinie. W tej chwili psychologiczne na przykład zdecydowanie wolę oglądać w domu. Nikt nie szeleści papierem, mogę włączyć pauzę czy cofnąć kilka minut, kiedy tego potrzebuję, mogę się cała skupić na akcji i wszystkich skomplikowanych wątkach. W kinie chcę się bawić. Lubię patrzeć na efekty specjalne, kręcą mnie walki na dużym ekranie, wyścigi, akcja. Trudną fabułę i pogmatwanych bohaterów wolę poznawać w zaciszu własnego salonu. 



Tym razem wybraliśmy się na Thora. Reklamy zrobiły na nas odpowiednie wrażenie, 3D zachęciło jeszcze bardziej. Wypad był bardzo spontaniczny, udał się znakomicie, a film naprawdę mi się spodobał.
Akcja dzieje się (jakżeby inaczej) w Ameryce, w stanie Nowy Meksyk. Na ziemię podczas burzy spada Thor, syn Odyna wygnany z jego królestwa. Traf chce, że nasz bohater ląduje na aucie dzielnej Jane Foster, astrofizyku, która prowadzi badania nad zjawiskami meteorologicznymi. Kilkadziesiąt kilometrów dalej w ziemię wbija się Mjollnir - młot Thora, który daje mu siłę i inne boskie umiejętności. Sprawą zaczyna interesować się tajemnicza organizacja rządowa, a w Asgardzie Loki przejmuje władzę grając nie do końca fair. Mamy więc trudną sytuację, przeszkody do pokonania, miłość, nienawiść, przyjaźń. I choć fabuła może nie wydawać się porywająca, a całość zalatuje przewidywalnością, gwarantuję dobrą zabawę. Efekty robią wrażenie, dialogi są zabawne w niewymuszony sposób, a Chris Hemsworth postarał się o naprawdę dobrą sylwetkę. Jeśli ktoś lubi filmy lekkie, pełne akcji, w pewnym sensie niewymagające - będzie z Thora zadowolony.

Ogólne wrażenia - bardzo pozytywne. Bohaterowie nie są przerysowani, uwierzyłam w nich. Anthony Hopkins jak zawsze świetny, a Rene Russo wygląda świetnie. Pozostali nie zostają w tyle - odtwórca roli Lokiego jest naprawdę przekonujący, Natalie Portman zachwyca. Jeśli wybierzecie się do kina - nie wychodźcie, gdy zapalą światło. Po napisach jest jeszcze jedna scena, która zdecydowanie zmienia postać rzeczy. 

Polecam Thora na popołudnie, kiedy chcecie odpocząć od świata - przeniesiecie się do zupełnie innych krain, gdzie Lodowi Olbrzymi stanowią realne zagrożenie, gdzie prawdziwa przyjaźń pokona wszystko, a bohater jest na wyciągniecie ręki zwyczajnej dziewczyny. Czego chcieć więcej?

Thor
2011
reżyseria: Kenneth Branagh
scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne
Thor: Chris Hemsworth
Jane Foster: Natalie Portman
Loki: Tom Hiddleston
Odyn: Anthony Hopkins

środa, 4 maja 2011

Na dobranoc

Wczoraj mieliśmy w planie film z NS, ale niestety nic z tego nie wyszło. Dlatego zagłębiliśmy się w przepastność dysku w poszukiwaniu czegoś tylko dla nas. Coś niezbyt ciężkiego, z komediowym akcentem, koniecznie bez napisów (bo późno i nie chciało mi się czytać).
Ostateczny wybór padł na Kołysankę Juliusza Machulskiego. Muszę powiedzieć, że nie zawiodłam się. Ktoś, kto wyreżyserował Kilera, nie mógł przecież stworzyć nic niezjadliwego...

Do pewnej wioski na Mazurach wprowadza się rodzina - rodzice z trójką dzieci (czwarte w drodze) i dziadkiem. Dziwnie bladzi, stronią od sąsiadów. W tym samym czasie w niewiadomych okolicznościach znikają listonosz, ksiądz, pani z opieki społecznej, Niemiec z tłumaczką, a potem kolejni mieszkańcy i przyjezdni. Komendant lokalnej policji ma nie lada problem, ale jeden z policjantów postanawia sprawę rozwiązać na własną rękę. Niestety - jego również nie można odnaleźć. Jaki mroczny sekret skrywa rodzina Makarewiczów? Co się dzieje z zaginionymi? Jak ważną rolę we wszystkim odgrywają ksiądz i jego stopy? Na te pytania znajdziecie odpowiedź w Kołysance.



Bardzo podobała mi się scena, kiedy Makarewiczowie grali. Taka... Magiczna. Świetna po prostu.
Ta, kiedy Wojtek oglądał zdjęcia i wybierał tego, który jest bardziej do niego podobny, też niezła.
I jeszcze kilka, kiedy szczerze się śmiałam.

Całość utrzymana w konwencji, bez sztuczności, za to z jajem (jeśli mogę się tak wyrazić). Machulski nie zawiódł, film ogląda się z przyjemnością, zwroty akcji trzymają w napięciu, i z pewnością nie jest to stracony czas.

Ach, i oczywiście zakończenie. Jeśli potraktować je mniej dosłownie, to tak naprawdę przestaje być śmieszne... Ale nie wiem, czy o to reżyserowi chodziło.

Kołysanka
2010
reżyseria: Juliusz Machulski
scenariusz: Adam Dobrzycki
Michał: Robert Więckiewicz
Bożena: Małgorzata Buczkowska-Szlenkier
Dziadek: Janusz Chabior
ksiądz Marek: Michał Zielińki

niedziela, 27 marca 2011

Chwile romantyczne

Sobota. Słoneczna, spędzona w ogródku na cięciu gałęzi i pakowaniu ich do worków. Pokaleczone dłonie od pnączy róż, które średnicą bardziej przypominały niewielkie drzewa. O wyjątkowo kłujących i ostrych kolcach. Kiedy przed ósmą Najlepsza Sąsiadka zaproponowała oglądanie filmu, w pierwszej chwili chciałam odmówić. Strasznie chciało mi się spać, i nawet nie potrzebowałam patrzeć na poduszkę, żeby oczy mi się zamykały. Ale tytuł zrobił swoje. Od dawna marzyło mi się obejrzenie tego filmu, więc stwierdziłam, że jakoś wytrzymam. 
Wytrzymałam. I nie żałuję.



Sophie jedzie z Victorem do Werony na miesiąc przedślubny - za sześć tygodni ukochany bohaterki otwiera własną restaurację i już teraz jest sprawą bez reszty pochłonięty. Dlatego w mieście najsłynniejszych kochanków spędzają czas osobno. On odwiedza winnice, zachwyca się aukcjami najlepszych win i regionalną kuchnią. Ona zwiedza i marzy o choćby odrobinie zainteresowania ze strony narzeczonego. Przypadkiem trafia na plac, gdzie na murze kobiety z całego świata zostawiają listy do Julii - z prośbą o pomoc w miłości. 
Sophie zawodowo zajmuje się sprawdzaniem faktów dla gazety, kiedy więc zauważa młodą brunetkę zbierającą do kosza wszystkie zostawione kartki, nie może się powstrzymać, żeby za nią nie iść. Poznaje cztery kobiety, które są sekretarkami Julii - zajmują się odpisywaniem na listy. Pozwalają Sophie do siebie dołączyć. Kiedy kolejnym razem zbierają pozostawione na murze skrawki miłości, Sophie znajduje list zostawiony pięćdziesiąt lat wcześniej. Nie byłaby sobą, gdyby na niego nie odpisała.
Po tygodniu przyjeżdża Claire ze swoim wnukiem, który pilnuje porywczej babci. Pozwalają Sophie towarzyszyć im w poszukiwaniach Lorenza - ukochanego Claire z młodości, którego porzuciła ze strachu przed rodzicami i obowiązkami. Podróż przez malownicze tereny Wenecji Euganejskiej wywołuje w bohaterach wiele uczuć, budzi uśpione emocje, daje możliwość odmiany losu.

Film jest śliczny ze względu na obszary, gdzie był kręcony - z przyjemnością ogląda się włoskie krajobrazy. Historia jest ciekawa, choć oczywiście przewidywalna. Nie przeszkadza to jednak w delektowaniu się całością, uśmiechach przy kilku zabawnych scenach i oczywiście wzruszeniu na końcu. 
Po obejrzeniu Listów do Julii można uwierzyć, że prawdziwa miłość jest w stanie przetrwać wiele, i tak na prawdę każdy może taką miłość znaleźć. Wystarczy wiedzieć, kiedy nie można odpuścić.

Sentymentalny, lekki, momentami zabawny, chwilami wzruszający. Ot, do obejrzenia w sobotni wieczór - w sam raz.

Listy do Julii
2010
reżyseria: Gary Winick
scenariusz: Jose Rivera, Tim Sullivan
Sophie: Amanda Seyfried
Victor: Gael Garcia Bernal
Charlie: Christopher Egan
Claire: Vanessa Redgrave
Lorenzo: Franco Nero

niedziela, 27 lutego 2011

W domu nad jeziorem

Niedziela. Już? Tak naprawdę w tej chwili wszystko mi jedno, jaki mamy dzień tygodnia. Wszystkie zimne, kończone gorącą herbatą z miodem, zaczynane spokojną kawą z mlekiem. Bez presji, kombinowania, czas przelatujący przez palce obserwuję z przyjemnością. Czegokolwiek bym nie robiła, skutek będzie taki sam, a to przynajmniej sprawia mi przyjemność. Stanie w kuchni i przyglądanie się zatopionemu pod śniegiem ogrodowi, w którym już niedługo - mam nadzieję - będą rosły marchewki i rzodkiewki, słoneczniki będą kłaniać się słońcu, a róże pachnieć oszałamiająco. W rogu posadzimy kwaskowy rabarbar, zaraz obok słodkich malin i truskawek. Ciekawe, ile wtedy będę miała czasu?



Ostatnio miałam możliwość obejrzenia pewnego filmu - po raz trzeci. Nie nudził mnie - wręcz przeciwnie. Znając zakończenie, emocjonowałam się historią. Zwolennicy ambitnego kina pokiwają teraz nade mną z politowaniem głowami, ale jestem kobietą i lubię filmy dla kobiet. Nie wszystkie, ale Dom nad jeziorem zdecydowanie kwalifikuje się do kategorii obejrzeć jeszcze raz z pewnością nie zaszkodzi. Dlaczego? Ha! Chyba tak po prostu - mi się podoba. Bo jest romantyczna miłość, trudna z powodu różnicy czasu, skradająca się małymi kroczkami, a w końcu pukająca do drzwi i nie dająca o sobie zapomnieć, mimo ukierunkowanych starań. 

Fabuła kręci się wokół tytułowego domu nad jeziorem, z którego Kate właśnie się wyprowadziła, a Alex wprowadził. Piszą do siebie listy, zostawiając je w skrzynce przy domu. Próbują się spotkać, jednak okazuje się, że to nie był ten właściwy moment. 
Moja ulubiona scena to ta, w której tańczą. Kiedy Alex próbuje powiedzieć dziewczynie, w której się zakochał, że ona też obdarzy go uczuciem. Jednak to też nie była ta chwila.

Tak, wiem, że związki przyczynowo-skutkowe w tym filmie właściwie nie istnieją. Że przeszłość nie ma na przyszłość takiego wypływu, jaki mieć powinna. Że scenarzyści prawdopodobnie sami nie wiedzieli, jak pewne rzeczy wyjaśnić, więc po prostu zostawili je takimi, jakie są. Widzu, może sam się domyślisz. Albo inaczej: może lepiej wcale się nad tym nie zastanawiaj? 
I choć analityczna część mojej duszy burzy się okropnie, za każdym razem oglądając Dom nad jeziorem uciszam ją i pozwalam się delektować tej wrażliwej, podatnej na sugestie i romantyczne gesty. Na film patrzy się po prostu przyjemnie, a tak naprawdę  która kobieta nie kryje w sobie marzeń o mężczyźnie, który jest w stanie czekać na nią tak długo? 


Dom nad jeziorem
2006
reżyseria: Alejandro Agresti
scenariusz: David Auburn
Kate: Sandra Bullock
Alex: Keanu Reeves