Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 lutego 2018

Wyjątkowe tiramisu na wyjątkowy dzień

Czas pędzi. I to tak na złamanie karku; doprawdy, gdzie on się tak spieszy...? Że niby do wiosny...? Na jutro zapowiadają minus piętnaście stopni! No naprawdę, nie ma ku czemu tak biec...

Niedawno uświadomiłam sobie, że wczoraj minęło pół roku do naszego wesela. Pół roku! Dacie wiarę...? Nie wiem, kiedy to minęło. Gdy myślę o weselu, mam wrażenie, jakby było wczoraj. No, może trochę przesadziłam... Ale pamiętam szczegóły nie gorzej niż tydzień po. Ciągle się śmieję na myśl o niektórych momentach i wzruszam na wspomnienie siąkającego w kościele Taty. Pamiętam nasz pierwszy taniec (totalna porażka, ale było ciemno, to nikt nie widział), ustawianie się do zdjęć i sakramentalne tak. Boskie danie główne, toasty i piosenkę, która chwyciła mnie za serce. Zdenerwowanie przed przemową, a potem głośne wybuchy śmiechu gości i oklaski. Ach, cóż to był za dzień!

Z tej okazji w miniony weekend przygotowałam nasz ulubiony deser w nieco innej odsłonie. Klasyczny krem do tiramisu na jajkach wzbogaciłam o dodatek ajerkoniaku, a pomiędzy warstwy kremu i biszkoptów dołożyłam truskawek. Efekt - zniewalający! Delikatny, leciutki krem, mocno kawowe biszkopty i całkiem smakowite (jak na koniec lutego) truskawki. Aj, zajadaliśmy się, aż nam się - niezbyt romantycznie - uszy trzęsły. To było coś!

Tiramisu z ajerkoniakiem i truskawkami


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 3 jajka
  • 40 g cukru pudru
  • 250 g serka mascarpone
  • 75 g ajerkoniaku
  • 80 g podłużnych biszkoptów
  • 200 ml mocnej kawy
  • 2 łyżki kakao
  • 250 g truskawek
Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać ajerkoniak, zmiksować. Dodać mascarpone, miksować, aż krem zacznie gęstnieć. Ubić białka, delikatnie wmieszać do kremu.

Biszkopty maczać krótko w kawie. Ułożyć połowę na dnie szklanek, następnie wyłożyć połowę kremu. Oprószyć kakao, wyłożyć połowę pokrojonych w ćwiartki truskawek. Na owoce położyć namoczone w kawie biszkopty, przykryć pozostałym kremem. Schłodzić.

Przed podaniem wierzch oprószyć kakao i udekorować pozostałymi truskawkami.

Smacznego!


Tymczasem ja znów wylądowałam na Zelandii. Póki co - fajnie jest. Miło jest zobaczyć znane, dawno niewidziane twarze, pogadać o wszystkim i o niczym, i pośmiać się do rozpuku. 
Od razu odmłodniałam, przynajmniej o kilka lat.

piątek, 16 lutego 2018

Deser kasztanowo-kawowy i powrót do codzienności

Dzisiaj skończyłam kolejny etap szkolny - piąty. Teraz już tylko powrót do domu, i jutrzejsza pobudka o wpół do pierwszej w nocy... Brutalny powrót do rzeczywistości. 
Mam jednak wrażenie, że codzienność nie da mi się we znaki za bardzo - w końcu to tylko tydzień... Bo później znów wracam do szkoły; tak, żeby się na Zelandii za mną stęsknić nie zdążyli. 

Tym razem było bardzo kameralnie - nauczyciel i my trzy. Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie; bez sztywnego planu, całe dnie robiłam croissanty, kransekage, musy i polewy lustrzane... Udoskonalałam techniki, znajdowałam nowe, warte uwagi przepisy, bawiłam się karmelem i czekoladą - jednym słowem, aż żal, że to już koniec. Bo przy kolejnej okazji będzie nas znów piętnaścioro - co oczywiście ma swoje plusy, ale... Sami wiecie, jak jest. 

Moją największą dumą jest pokonanie lęku przed możliwością wylosowania na egzaminie końcowym marcepanowego rożka. Brzmi niewinnie, ale uwierzcie - to prawdziwe wyzwanie! Wszystko musi do siebie idealnie pasować, paseczki lukru muszą być cieniutkie i w idealnie równych odległościach, a całość nie powinna odchodzić od pionu. W końcu mi się udało! Oczywiście, nie jest idealnie, ale... Blisko. Wystarczająco blisko, żebym nie wpadała w bezdech na samą o nim myśl.
Ta szkoła jednak czegoś mnie uczy...

Dzisiaj mam dla Was natomiast przepis na naprawdę wyjątkowy deser. Bardzo prosty; raptem kilka składników, w dodatku niespecjalnie wyszukanych (no, może poza kasztanami, które poza sezonem ciężko kupić. Okazuje się jednak, że można znaleźć je mrożone - już obrane i podgotowane, gotowe do użycia - genialny pomysł!). Mamy więc krem kasztanowy z dodatkiem ricotty, warstwę intensywnie kawowej galaretki, delikatny mus kawowy i migdałowo-kasztanowy nugat. C. się w tym deserze zakochał, szczególnie przypadł mu do gustu chrupiący wierzch, który bezczelnie podjadał z miseczki, zanim zdążyłam udekorować nim desery. Dzięki dodatkowi sody do karmelu staje się on niemal puszysty - choć może to nienajlepsze określenie. Soda napowietrza karmel, dzięki czemu jest dużo przyjemniejszy w jedzeniu - taki prosty, a jakże efektowny trik!

Całość jest świetnie wyważona i lekko zaskakująca, pięknie wygląda i smakuje po prostu bosko!
I tak, ja wiem, że już po Walentynkach, ale w myśl zasady, że kochać trzeba na co dzień, a nie tylko od święta, przygotujcie taki deser w weekend i zjedzcie w doborowym towarzystwie. Nie pożałujecie - gwarantuję!

Deser kasztanowo-kawowy


Składniki:
(na 4-6 porcji)

mus kasztanowy:
  • 100 g słodzonego kremu z kasztanów
  • 50 g sera ricotta
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

galaretka kawowa:
  • 150 ml kawy
  • 2 listki żelatyny

mus kawowy:
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki cukru
  • 45 ml mocnej kawy
  • 2 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

Przygotować mus kasztanowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Białka ubić na sztywną pianę.
150 ml kremówki ubić na pół sztywno.
Pozostałą kremówkę podgrzać, dodać do niej odciśniętą żelatynę. 
Krem kasztanowy zmiksować z ricottą. Dodać żelatynę, zmiksować. Dodać ubitą kremówkę w dwóch partiach, delikatnie mieszając łyżką.
Przełożyć krem do szklanek, schłodzić.

Przygotować galaretkę:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Odcisnąć, dodać do gorącej kawy, ostudzić. Gdy galaretka zacznie tężeć, przelać na mus kasztanowy. Schłodzić.

Przygotować mus kawowy:
Żelatynę namoczy c w zimnej wodzie.
Żółtka z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Do ciepłej masy jajecznej dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przestudzić. 
Kremówkę ubić na pół sztywno. Delikatnie wmieszać do letniej masy jajecznej. Przelać na zastygniętą galaretkę, schłodzić.

Kasztany i migdały grubo posiekać, wysypać na papier do pieczenia.
Cukier skarmelizować. gdy nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy, dodać sodę, wymieszać. Natychmiast przelać karmel na migdały i kasztany, wymieszać. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem posypać deser posiekanymi kasztanami i migdałami w karmelu.

Smacznego!


Ja tymczasem zbieram się do domu; jeśli się pospieszę, jest szansa, że dostanę spóźnionego walentynkowego całusa!

środa, 14 lutego 2018

Ciasto z kasztanami, wiśniami i kruszonką. Nie tylko dla zakochanych

W poniedziałek na zajęciach byłyśmy we dwie. Muszę przyznać, że taki system niemal prywatnych lekcji bardzo przypadł mi do gustu. Nauczyciel nie patrzy nam na ręce przez cały czas, zajmując się swoimi sprawami (wypiekaniem wyjątkowo apetycznie pachnących bochenków, jeśli ktoś by się zastanawiał), ale jest do naszej dyspozycji na każde zawołanie; można więc pytać i się radzić dowoli, tylko chwilami narażając się na buraczane aluzje. W dodatku odkryłam, że niemal cała kulinarna wiedza, jaką zgromadziła ludzkości przez wieki, w wypadku mojego nauczyciela nie ma zastosowania, bo niemal wszystko jest - tutaj cytuję - ble! Albo brr!, jeśli to coś wyjątkowo paskudnego, jak na przykład owsianka. Albo kapusta kiszona. Lub wieprzowina.
Koty też są brr!, chociaż ich akurat nie jada. Ale to pewnie dlatego, że są brr!

Wracając do poniedziałku - musiałam wydrukować kartkę. Właściwie to pół, bo tylko jedną stronę. Zostałam więc odesłana do informatyków z informacją, że mają mi umożliwić dostęp do drukarki o tajemniczej nazwie C39, znajdującej się w pokoju nauczycielskim. Dotuptałam więc z trudem do pokoju przez nich zajmowanego, wyjaśniłam, na czym rzecz polega, oddałam laptopka i czekałam. Przez prawie czterdzieści minut! Gdyby mój Tato zobaczył, co chłopaki wyrabiali, wyłysiał by na miejscu (bo siwawy to już ździebko jest). Było ich trzech; oglądali ten mój biedny komputer w trybie zmianowym - jak już coś się któremuś udało, to za chwilę tracił rezon i wątek, i wołał kolegę. I tak w kółko!
Na ich usprawiedliwienie muszę jednak dodać, że pewnym utrudnieniem mógł być fakt, że mój laptopek nadal trwa w zawieszeniu lingwistycznym pomiędzy językiem polskim a duńskim, nie mogąc się zdecydować, który jest bliższy jego procesorowi (chciałam napisać sercu, ale to w końcu bezduszna maszyna jest). 

W końcu się udało. Mogłam wydrukować potrzebny mi świstek, chłopcy załapali się na świeżutkie croissanty, a wszystko stanęło na tym, że w walentynkowy wieczór wylądowałam w moim pokoju z butelką whisky. I deserem, o co zadbał jeden z miłych kucharzy z kantyny. W sumie, to mogło być gorzej... Chyba.

Dzisiaj mam dla Was przepis na bardzo zwykłe, a jednocześnie lekko zaskakujące ciasto. Myślałam o przygotowaniu czegoś wystrzałowego, ale po tych wszystkich cudnych ciastach, których miałam okazję próbować w szkole, naszła mnie ochota na coś prostego. Ciasto ucierane - oto moje marzenie.
Przygotowałam więc puszyste, maślane i lekkie ciasto, wypełnione słodkimi kasztanami i kwaskowatymi suszonymi wiśniami, a wszystko pod warstwą chrupiącej, kasztanowej kruszonki. Prawdziwa uczta! C. był zachwycony; wcinał, aż mu się uszy trzęsły. A chyba właśnie o to chodzi w taki dzień jak dziś, prawda...?

Ciasto ucierane z kasztanami, suszonymi wiśniami i kasztanową kruszonką


Składniki:
(na formę serce o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 115 g cukru
  • 4 jajka
  • 230 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka likieru amaretto
  • 75 g obranych pieczonych kasztanów
  • 100 g suszonych wiśni

kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 30 g mąki kasztanowej
  • 30 g cukru
  • 40 g zimnego masła

Mąkę pszenną i kasztanową przesiać, dodać cukier, wymieszać. Dodać pokrojone w kosteczkę zimne masło, szybko zagnieść kruszonkę.
Odstawić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślanej, miskując tylko do połączenia składników. Wlać amaretto, zmiksować.
Na końcu dodać pokrojone na mniejsze kawałki kasztany i wiśnie, wymieszać.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem, równomiernie posypać kruszonką.

Piec w 170 st. C. przez 50-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ja tymczasem szybciutko idę pod prysznic, żeby spokojnie zaszyć się pod kołdrą z książką i herbatką w zasięgu ręki.
Bo - jak mnie dzisiaj uświadomił facebook:
- Wszystko, czego ci trzeba, to...
- Miłość.
- Co? Nie, nie. Książki!

niedziela, 11 lutego 2018

Makaroniki malinowe z hibiskusem (w wersji mini)

Obudził mnie C. przed wyjściem do pracy. Nie, żeby tak złośliwie; nawet zaproponował, żebym sobie jeszcze pospała, w końcu wcześnie jest... Jednak jutro muszę wstać o czwartej, i jako człowiek myślący perspektywicznie doszłam do wniosku, że lepiej wstać dziś trochę wcześniej, żebym wieczorem nie miała problemów z zasypianiem. Wyczołgałam się więc spod kołdry i udałam do łazienki. Z niejakim zdziwieniem zerknęłam przez dachowe okno... Nie było widać niemal nic. Z miną niezwykle podejrzliwą, upodabniającą mnie do inspektora Gadgeta, udałam się do salonu, żeby obiektywnie ocenić sytuację. Moim oczom ukazał się śnieg nie tylko okrywający puszystą kołdrą meble, krzewy i żywopłot, ale nadal padający zawzięcie. Wielkie płatki przypominające bardziej pierze niż śnieg wirowały w szaleńczym, wietrznym tańcu. Stałam tak i patrzyłam, z niezbyt mądrze rozdziawioną buzią, na ten krajobraz jak z bajki. Szczerze mówiąc nie myślałam, że przyjdzie jeszcze prawdziwa zima. Jest pięknie! 
Tyle, że jutrzejsza poranna podróż na Zelandię przyprawia mnie w tej chwili o dreszcze...

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo urocze makaroniki. Przygotowałam je już jakiś czas temu, w ramach smakołyków na ostatni dzień pracy przed wakacjami (jak okres szkolny określa mój szef). Oczywiście, idealnie nadadzą się na Walentynki - makaroniki mają w sobie coś romantycznego...
Te zebrały mnóstwo pochwał. Słodkie, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, wypełnione lekko kwaskowatym kremem z białej czekolady, malin i hibiskusa. Dzięki niemu nie są za słodkie i da się ich zjeść zdecydowanie więcej niż jeden czy dwa... Przygotowałam je w rozmiarze mini, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby upiec je nieco większe; wtedy wyjdzie około dwudziestu pięciu gotowych makaroników.

Makaroniki malinowe z hibiskusem


Składniki:
(na około 60 złożonych mini makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • różowy lub czerwony barwnik w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 65 g śmietany kremówki (38%)
  • 75 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
dodatkowo:
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. Połowę makaroników posypać zmielonym w młynku do kawy hibiskusem.
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Maliny i hibiskus umieścić w garnuszku, podgrzać, aż maliny zaczną się rozpadać. Przetrzeć przez sitko.
Czekoladę ze śmietaną podgrzać w kąpieli wodnej, aż czekolada się rozpuści. Dodać puree z malin, dokładnie wymieszać. Przełożyć do rękawa cukierniczego, wstawić do lodówki.

Gdy makaroniki całkowicie ostygną, a nadzienie zgęstnieje, sklejać je po dwie połówki tak, żeby jedna z pary była posypana hibiskusem.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Wczoraj kopnęłam krzesło. Nie ze złości; ot tak, przez przypadek. Efekt - palec u lewej stopy w kolorze lila. Trochę się boję, że jet złamany, bo boli jak nie wiem co. 
I co ja mam teraz zrobić...?

wtorek, 6 lutego 2018

Tiramisu z malinami

Gdy po skończonych zajęciach wyszłam dzisiaj na dwór, ze zdziwieniem zaobserwowałam powoli opadający płatek śniegu. Jeden. Ale za to ogromny! (W kategorii płatków śniegu, rzecz jasna.) Później, gdy szłam zjeść i wyjrzałam przez okno, zauważyłam ich zdecydowanie więcej. W idealnej ciszy, która wręcz świdrowała w uszach, stałam i patrzyłam jak urzeczona. Śnieg prószył, coraz gęstszy, przykrywając świat białym dywanem. Uwielbiam to widowisko; może dlatego, że widuję je coraz rzadziej? Mam wrażenie, że kiedyś zimą śniegu było więcej. I częściej.
Chyba opanowała mnie lutowa nostalgia...

W ogóle z tym lutym coś jest w tym roku nie tak (aż boję się myśleć o tym, że to dopiero początek!). W niedzielę dopadła mnie lutowa depresja; po powrocie z pracy i dwóch z rzędu nieprzespanych nocach, usiadłam przy stole w kuchni i miałam ochotę po prostu się rozpłakać. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem, dlaczego! Zmęczenie, niewyspanie, nadmiar pracy i innych obowiązków związanych ze szkołą i dwudniowym pobytem w domu, a może po prostu wiatr, deszcz i ogólna szaruga...? Chyba jednak wszystko razem... Na szczęście na pomoc przybyły Ptysia i Pączusia, rozdając całusy, przytulając się i stanowczo żądając rzucania piłeczką. I jak tu się nie śmiać, gdy jeden pies wpakowuje się na kolana, a drugi aż burczy z zazdrości...?

Jeszcze przed rozpoczęciem szkoły, będąc na zakupach, kupiłam całe pół kilo mascarpone (było w promocji, nie mogłam się więc oprzeć; ricottę też kupiłam, a dopiero później zaczęłam się zastanawiać, co ja z tym wszystkim pocznę...). Z połowy przygotowałam nadzienie do pączków, z reszty - tiramisu. Co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem, bo to mój ulubiony deser. Tym razem postawiłam na wariację malinową; jest więc kawa, malinowy likier i trochę owoców. Muszę przyznać, że jest to zaskakująco udane połączenie; kto nigdy nie próbowałam malin z kawą, powinien jak najszybciej nadrobić braki! Delikatny, puszysty krem, mocno nasączone kawą biszkopty, orzeźwiające całość maliny i odrobina kakao zamiast wisienki. Jest pysznie!

Deser jest banalnie prosty, więc może skusicie się i przygotujecie taki na Walentynki...? Bo w końcu kto ma czas na przesiadywanie w kuchni w środku tygodnia...

Tiramisu z malinami


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 3 żółtka
  • 2 białka
  • 60 g cukru pudru
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 200 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 250 g malin
  • 2 łyżki likieru malinowego
  • 2 łyżki kakao

Maliny zalać likierem, wymieszać.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, dodać do masy serowo-żółtkowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać likier z odcedzonych malin.

Biszkopty maczać krótko w kawie, połowę rozłożyć do szklanek. Na to wyłożyć połowę kremu, oprószyć kakao i wyłożyć większą część malin. Następnie na malinach ułożyć pozostałe biszkopty i krem, oprószyć kakao i udekorować malinami.
Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!


Tymczasem wczoraj moja szalona współlokatorka zaprzęgła mnie do prasowania dwóch gigantycznych obrusów. Śmiechu było co niemiara, chyba obie się trochę odprężyłyśmy. A dzisiaj będziemy dalej liczyć; wczoraj w pewnym momencie przestałam rozumieć duńskie cyferki, więc zrobiłyśmy sobie dłuższą, dwudziestoczterogodzinną przerwę. Najwyższy czas jednak zabrać się do pracy; mam bowiem mocne postanowienie, że w końcu się wyśpię. Bo kiedy, jak nie teraz...?

czwartek, 1 lutego 2018

Kawa malinowo-różana z białą czekoladą

Mój Mąż pracuje.
Wiem, jak każda normalna, rozsądna żona, powinnam być z tego faktu zadowolona. W końcu co za pożytek z męża niepracującego...? Problem polega jednak na tym, że mój pracuje za dużo. W dodatku w zupełnie nieodpowiednich porach, czyli kiedy ja mam wolne i nie muszę akurat spać (co zdarza się stosunkowo rzadko). W zasadzie, to występuje tutaj klasyczny przypadek obrazujący stare powiedzenie przyganiał kocioł garnkowi, bo skoro sama spędzam w pracy po dziesięć, dwanaście godzi na dobę i trzy na dojazdach i powrotach z tejże, to jakim prawem denerwuję się na C. za postawę identyczną (poza dojazdami. On do pracy ma pięć minut. Piechotą)? Mówiąc szczerze, to nie wiem. Ale jestem kobietą zamężną i mam odgórnie ustanowione prawo denerwowania się na męża z niewyjaśnionych/nieistniejących/nie leżących w jego gestii przyczyn. Tak już po prostu jest. 

Denerwuję się więc trochę, a jednocześnie staram się ten czas bez niego wykorzystać jak najlepiej. Sprzątam i piorę, żebyśmy, gdy już uda nam się wyrwać razem kilka chwil, mogli spędzić je na czymś przyjemniejszym. Piekę ciasta i przygotowuję desery, żeby chłopakowi (i sobie też - nie oszukujmy się) osłodzić to ciężkie życie. A w między czasie robię sobie kawę...
Żeby nie było wątpliwości - C. też kawę lubi. Bardzo. Może nawet bardziej ode mnie...? Ale mam wrażenie, że ostatnio popadłam w, niegroźne póki co, uzależnienie. Dzień bez kawy jest dniem straconym, tudzież przeżytym na pół gwizdka, bo chodzę jak śnięta ryba, nie rejestrując połowy wydarzeń mających miejsce tuż obok mnie. Sięgam wtedy po kubek kawy z mlekiem (no dobrze - mleka z kawą), i od razu wchodzę na wyższe obroty. W pracy taki klasyk mi wystarcza; w domu, gdy mam nieco więcej czasu i chęci, zaczynam kombinować.

Tak powstała kawa malinowo-różana z białą czekoladą - prawdziwa uczta, tylko dla koneserów. Ta kawa smakuje obłędnie! Nie jest zbyt mocna, trochę słodka, lekko kwaskowata, cudownie owocowa, z delikatną kwiatową nutą. Żadna kobieta się jej nie oprze! Jeśli więc chcielibyście zaskoczyć swoją lepszą połówkę kawką o piątej po południu, szczególnie w środę za dwa tygodnie, ta nada się idealnie. Obiecuję!

Kawa malinowo-różana z białą czekoladą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 ml mleka
  • 20 g białej czekolady
  • 100 ml mocnej kawy
  • 30 g malin
  • 1 łyżeczka przecieru z płatków róży
  • 30 ml śmietany kremówki
  • suszone płatki róży

Maliny rozgnieść widelcem, dodać przecier z róży, wymieszać.
Czekoladę posiekać.
Mleko podgrzać, dodać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia.

Na dni szklanki wyłożyć maliny z różą, zalać gorącą kawą i mlekiem. Na wierzch wyłożyć ubitą kremówkę, posypać płatkami róży.

Smacznego!


Tymczasem ja wczoraj skończyłam książkę. A z domu nie zabrałam następnej naiwnie sądząc, że ta mi wystarczy (no w końcu gruba jest jak się patrzy!). No i wystarczyła... Ale tylko do środy. A co z czwartkiem...? Gdybym była w Polsce, po prostu poszłabym do księgarni i coś sobie kupiła, choćby i z przeceny. Ale tutaj? Mam czytać w wolnym czasie po duńsku...?
Idąc za przykładem mojej imienniczki z Zielonego Wzgórza, jestem na dnie rozpaczy.
Czarnej.

wtorek, 30 stycznia 2018

Wiem, że nic nie wiem, czyli siódme urodziny bloga

Im więcej się uczę, tym mnie wiem - a przynajmniej takie mam wrażenie. Ogrom wiedzy, której nigdy nie opanuję, mnie przeraża.
Ale może zacznę od początku...

Swoją przygodę z pieczeniem, a później z blogowaniem, zaczęłam z przypadku. W nowym miejscu, sama jak palec, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą robić. Bo ile można czytać czy oglądać seriale...? Najpierw nieśmiało oglądałam inne blogi, piekłam jakieś plaskate cuda i byłam z nich nieziemsko dumna (mówię to ja - osoba, które w wieku lat dwudziestu potrafiła zrobić sobie herbatę i kanapkę. Szczytem inwencji było przyrządzenie zupy z proszku). Później, z jednym okiem zamkniętym z wrażenia, założyłam bloga i skakałam z radości przy każdym komentarzu. Ach, cóż to były za czasy...
Później (dużo później, jeśli mam być szczera), gdy zobaczyłam postępy, a pieczenie sprawiało mi coraz większą frajdę, zaczęłam szkołę cukierniczą. I wiecie co...? Te dwa lata otworzyły mi oczy i pokazały, jak niewiele wiem. Zauważyłam też, że są rzeczy, których człowiek, choćby nie wiem, jak się starał, w domu się nie nauczy. Dopiero praca w cukierni pokazała mi, co to naprawdę znaczy być cukiernikiem, a nie tylko się w cukiernika bawić. To ciężka praca - fizycznie, bo dwudziestopięciokilogramowe worki z cukrem same się nosić nie chcą, ale też umysłowo, bo, powiedzmy to sobie szczerze, klienci są różni, i nie zawsze jest to łatwa współpraca. Człowiek nieźle się musi nagłowić, żeby co niektórych zadowolić. Ale gdy później przychodzą z uśmiechem i podziękowaniami - bezcenne. Dla takich chwil warto się starać.

Już za cztery miesiące będę zdawać końcowe egzaminy. Strasznie się denerwuję, ale jednocześnie nie mogę się doczekać - bo znów zacznie się coś nowego. Jeszcze nie wiem co i jak, ale już się cieszę, bo z pewnością nudno nie będzie.
Tymczasem blog dryfuje sobie gdzieś obok mnie; nie mam dla niego tyle czasu, co kiedyś. Posty bywają zdecydowanie krótsze i piszę je rzadziej, ale staram się, jak mogę. Tym bardziej, że dziś Pożeraczka kończy siedem lat - warto więc chyba nad nią pracować, skoro mi ciągle chce się pisać, a Wam czytać.

Dziękuję, że nadal tu ze mną jesteście; bez Was już dawno bym się poddała. A jednak, mimo krótszych i dłuższych przerw, ciągle wracam. Bez motywacji, którą dla mnie jesteście, z pewnością by mi się nie udało.

Na te huczne urodziny mam... Tartę. Nie tort; niestety, ale nie miałam czasu na bardziej skomplikowane wypieki. Tarta jednak jest urocza i pyszna, więc w tym roku musi wystarczyć. Jeśli dotrwamy do urodzin dziesiątych, obiecuję tort prawdziwie wystrzałowy; no, ale do tego zostało jeszcze parę chwil.

Kruchy spód bez jajek jest niesamowicie kruchy i nie nasiąka wilgocią, co jest jego dużym plusem. Kisiel malinowo-hibiskusowy jest kwaskowy i wyrazisty, świetnie równoważy go delikatny i słodki krem z białej czekolady. Całość smakuje wybornie, połączenie smaków jest wyjątkowo harmonijne. Dekoracja to urocze mini makaroniki i świeże maliny - prosta, a jednocześnie efektowna.
Na C. zrobiła wrażenie; mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Tarta malinowo-hibiskusowa z kremem z białej czekolady


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
kisiel malinowo-hibiskusowy:
  • 185 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
krem z białej czekolady:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 120 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3-4 mm, wyłożyć nim formę, formując brzeg o wysokości około 3 cm.
Nakłuć ciasto widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 190 st. C. przez 12 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 12-15 minut w 190 st. C.
Ostudzić.

Maliny, hibiskus, cukier i 40 ml wody przełożyć do rondelka, zagotować. Gdy maliny się rozpadną, a cukier rozpuści, przetrzeć przez sitko. Przelać z powrotem do rondelka, dodać mąkę rozpuszczoną w pozostałej wodzie, zagotować.
Gorący kisiel przelać na spód tarty, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, czekoladę drobno posiekać. 100 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Dodać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do czekolady w 3 turach, delikatnie mieszając łyżką.
Wylać krem na kisiel, schłodzić w lodówce.

Przed podaniem udekorować malinami, makaronikami, bezikami i suszonymi kwiatami hibiskusa.

Smacznego!


A co byście powiedzieli na taką tartę z okazji Walentynek...? W końcu czternasty lutego już za chwilkę!

wtorek, 14 lutego 2017

Czekoladowo-różany sernik na Walentynki

I tak, po cudownie leniwym weekendzie (nie licząc dwunastu godzin w pracy w sobotę, uff), znów wylądowałam w internacie. Wczoraj, korzystając z wyjątkowo pysznej pogody: lekki mróz, mnóstwo słońca i niebo w odcieniach najczystszego błękitu, wybrałam się na spacer. Ot tak, bez celu. Odprężywszy się zupełnie, zachłysnąwszy wręcz refleksami tańczącymi na wodzie, oddychając głęboko czystym, zimnym powietrzem, nagle wpadłam na temat mojej pracy. A potem po kolei przyszły mi do głowy wszystkie przepisy na chleby, musy i ciasta, które mam zamiar wykorzystać. Teraz tylko pozostaje mi to wszystko spisać i sprawdzić, czy jest szansa na dostanie tych wszystkich wymyślnych składników, które znikąd pojawiły się w mojej głowie...

Tymczasem mamy Walentynki. Jak ten czas szybko leci! 
Oczywiście, C. jest ponad dwieście kilometrów ode mnie; dzieli nas morze, wyspa, dwa długie mosty i całe kilometry autostrad. Takie to już nasze szczęście...

Żeby choć trochę osłodzić mu ten samotny dzień, przed wyjazdem upiekłam sernik. Tak obłędnie czekoladowy, że, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak niby miałabym upchnąć w nim więcej czekolady. Jest więc miękki, rozpływający się w ustach spód brownie na mące gryczanej (dzięki temu cały wypiek jest bezglutenowy i ma delikatny posmak orzechów), a na nim gęsta, ciężka masa serowa. To takie konkretne ciasto, którego nie da się zjeść na raz za dużo, ale po chwili człowiek i tak ma ochotę na więcej. O tym, że czekolada to najlepszy z afrodyzjaków, z pewnością nie muszę Wam przypominać. A żeby było jeszcze bardziej słodko i romantycznie, dodałam akcent różany w postaci cienkiej warstwy konfitury. Troszkę się bałam, że zniknie wśród tej czekoladowości, ale nie; bez problemu można go wyczuć, choć to czekolada dominuje w tym deserze. Całość udekorowałam różowymi, bezowymi serduszkami z wodą różaną i różanymi płatkami. Jestem tą dekoracją szczerze zachwycona; mam ochotę wykorzystać ją ponownie. Jest banalnie prosta w przygotowaniu, a prezentuje się naprawdę wspaniale.

Oczywiście, sernik bardzo malowniczo pękł, ale... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Smakuje obłędnie!

Sernik czekoladowo-różany na spodzie brownie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)

spód brownie:
  • 65 g mąki gryczanej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 55 g cukru
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 60 g czekolady (60%)
  • 25 ml śmietany kremówki (38%)

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 125 g ciemnej czekolady (60%)
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g konfitury z płatków róż

bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki wody różanej
  • odrobina czerwonego lub różowego barwnika spożywczego w paście
  • suszone płatki róż

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać.
Masło, czekoladę i kremówkę rozpuścić, przestudzić.
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać czekoladę, wymieszać. Partiami dodawać mąkę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wylać ciasto do tortownicy, wyrównać wierzch.

Podpiec w 160 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową.
Czekoladę i kremówkę umieścić w garnuszku, podgrzewać na małej mocy palnika, cały czas mieszając, aż czekoladą się rozpuści. Przestudzić.
Serek, czekoladę, jajko, żółtko i cukier zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika, posmarować konfiturą różaną. Na nią wylać masę serową, wyrównać wierzch.

Piec w 140 st. C. przez 55-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier, a następnie przesiany cukier puder. Dodać wodę różaną i barwnik, połączyć.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wyciskać bezy w kształcie serc, posypać pokruszonymi suszonymi płatkami róż. 

Suszyć w 100 st. C. przez 45-60 minut. 
Ostudzić.

Przed podaniem sernik udekorować bezami.

Smacznego!

A ja, cóż... Na walentynkową kolację udaję się dzisiaj z koleżankami z internatu. Ależ będzie romantycznie!

niedziela, 12 lutego 2017

Definicja miłości. I krem czekoladowy z wasabi

Miłość... 
Skomplikowana sprawa. Z natury - niedefiniowalna. Bo jak tu w kilku zdaniach zamknąć coś, czego pragniemy całe życie? Bo przecież nawet gdy już ją znajdziemy, nadal jej chcemy. To nie pierścionek, który można schować w szkatułce i mieć pewność, że zostanie tam już na zawsze. Miłość jest delikatna. A przecież jednocześnie tak mocna. 
Sama powoli już się plączę, a przecież nawet nie zaczęłam. Choć znam tyle słów w kilku różnych językach, brakuje mi ich, gdy mam opowiedzieć o miłości. 

Może więc powinnam podejść do sprawy od innej strony? Od szczegółu do ogółu. Owszem, to niepopularna metoda, ale kto wie? Może tutaj się sprawdzi...?

Czym jest więc miłość dla mnie? 
To coś, bez czego ciężko żyć. Kiedyś jej szukałam, później dałam sobie spokój, zadowalając się ówczesnym stanem rzeczy. Spokój i równowaga. Czy potrzeba więcej...? Okazało się, że tak. I choć nie zawsze było różowo, to teraz już jest. 
W międzyczasie odkryłam też, że miłość nie jedno ma imię. Że Mama, Tata i Dziadek to też miłość. Może nawet ważniejsza...? Ta bowiem przez długie lata mi wystarczała, otaczała mnie, gdy szukałam czegoś innego; nie zdawałam sobie sprawy, ile dla mnie znaczyła. Teraz patrzę na to inaczej; dojrzalej - tak lubię sobie mówić. Doceniam i szanuję całą tę miłość, która mnie otula niczym najcieplejszy koc. Moszczę się w nim, zwijam w kłębuszek, i mogę tak spędzać całe dnie, tygodnie... A może i lata? O ile los na to pozwoli...


Dzisiaj mam dla Was cudowny, wybitnie walentynkowy deser. Czerwone truskawki to idealny walentynkowy owoc; niedawno kupiłam całą skrzynkę. Zaskoczona intensywnym zapachem, nie mogłam się oprzeć. I muszę przyznać, że to jedne z lepszych truskawek, jakie jadłam. Owszem, brakuje im tej słodyczy, którą mogą zyskać tylko wygrzewając się w promieniach czerwcowego słońca, ale i tak smakują dokładnie tak, jak truskawki smakować powinny. Z braku tej odrobiny szczęścia, użyjcie mrożonych. Nie ma to większego znaczenia, bo i tak przerabiać będziemy wszystko na gładki mus...

Na dnie szklanek znajduje się krem czekoladowy. Gdyby podgrzać mniej śmietanki, a więcej ubić, wyjdzie mus. Tymczasem mamy niezbyt ciężki, ale kremowy... Krem. Po prostu.
Na niego wylewamy cienką warstwę ganache z dodatkiem wasabi, które jest tak zaskakujące, że ciężko się zdecydować, czy się je lubi, czy nie. Ja ciągle jestem w rozterce... Smak jest bardzo oryginalny; z pewnością nie jest to połączenie dla każdego. Ale jeśli lubicie czekoladę z chilli, a w kuchni z ochotą przystępujecie do eksperymentów i poszukujecie nowych wrażeń, to jest to jedno z tych połączeń, których powinniście spróbować. Nie łatwo o nim zapomnieć, oj nie...
Wierzch to zmiksowane z odrobiną cukru pudru i soku z cytryny truskawki; ożywiają całość (biała czekolada jest przecież nieco mdła) i łagodzą ostrość wasabi.
Niebanalne połączenie na niebanalny dzień. Spróbujcie.

Przepis znalazłam u Ani, i od kiedy go zobaczyłam, czułam przymus spróbowania.
A czekoladowe smakołyki na Walentynki znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Krem z białej czekolady z truskawkami i wasabi


Składniki:
(na 4-6 porcji)

krem z białej czekolady:
  • 375 ml śmietany kremówki (38%)
  • 225 g białej czekolady
  • 3 listki żelatyny
ganache z wasabi:
  • 115 ml śmietany kremówki (38%)
  • 12 g pasty wasabi
  • 105 g białej czekolady
mus truskawkowy:
  • 300 g truskawek
  • 30 g cukru pudru
  • sok z 1/4 cytryny
dodatkowo:
  • 2-3 truskawki
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Połowę kremówki na krem zagotować, zdjąć garnuszek z palnika. Do śmietany dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać kremówką posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, partiami dodawać do czekolady, delikatnie mieszając łyżką. Krem rozłożyć do szklanek, wstawić do lodówki na 1 godzinę.

Kremówkę na ganache zagotować, dodać wasabi, wymieszać. Zalać śmietaną posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić, następnie wylać na schłodzony mus. Wstawić do lodówki na 1 godzinę.

Truskawki umyć, osuszyć, usunąć szypułki. Zmiksować z cukrem pudrem i sokiem z cytryny na gładki mus. Wylać na ganache, każdą porcję udekorować połową truskawki. Schłodzić.

Smacznego!

Z podanego przepisu spokojnie można przygotować sześć porcji; przy czterech wychodzą może nie imponująco duże, ale za to konkretnie sycące.

czwartek, 9 lutego 2017

Śnieg, spacery i smsy o niestosownej porze. Oraz tarta z czerwonymi pomarańczami

Nagle budzi mnie dźwięk telefonu. Wyrwana z głębokiego snu, zdezorientowana, z przerażeniem myślę, że to już wpół do siódmej. Zerkam na zegarek; nie, dopiero dwie minuty przed północą. Oddycham z ulgą. Co to jednak w takim razie było...? Zmrużonymi oczami wpatruję się w zbyt jasny ekran. Sms. Od szefa. I jak tam? Brakuje ci czegoś...?

Z głębokim westchnieniem odkładam telefon na nocny stolik, odwracam się na drugi bok i zapadam w te dziwne krainy, na których opisanie brakuje mi słów.

Rano myślę o tym, że tak, wiem doskonale, że o tej porze jest już w pracy i być może mu się nudzi, ale żeby tak zaraz do ludzi pisać...? Oj, będziemy musieli poważnie porozmawiać...

Między zajęciami, croquembouche, tortem Sachera i klasycznym czarnoleskim, a obiadami, które nieznacznie różnią się wyglądem, za to smakiem zupełnie nie, wychodzę na spacery. Szuram butami w śniegu po kostki, z lubością wdycham świeże, mroźne powietrze. Obserwuję na wpół zamarznięty strumień i psy hasające po polu. Każdego kolejnego dnia zaczynam w miejscu, w którym poprzednio przerwałam. Ciekawe, jak daleko zajdę? I co powstrzyma moją dalszą wędrówkę...?

Dzisiaj mam dla Was przepis bardzo prosty, a jednocześnie niezwykły. Zadziwiające, jak tak banalne składniki, jak masło, jajka i cukier, dzięki odrobinie wyobraźni, mogą zmienić się w coś tak pysznego.
Kruche ciasto na bazie palonego masła jest niesamowite. Lekko orzechowe, niesamowicie chrupiące i po prostu doskonałe. Z tego przepisu skorzystam jeszcze nie raz. 
Nadzienie to zwykły, banalny curd, najczęściej podawany w wersji cytrynowej. Tu kwaśne cytrusy zastąpiły ich krwistoczerwone, słodkie kuzynki. Dzięki temu tarta zyskuje piękny, różowy kolor i wprost uwodzicielski smak. Nie mogłam oprzeć się dokładce...

Ze względu na swoją uroczą barwę, świetnie nada się na zbliżające Walentynki. Ale jeśli macie już plany, nic straconego - mazurek też z niej będzie doskonały.

Przepis z bloga White on rice couple.

Tarta z kremem z czerwonych pomarańczy na spodzie z palonym masłem


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 110 g masła
  • 50 g cukru
  • 185 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli

curd z czerwonych pomarańczy:
  • 20 g mąki kukurydzianej
  • 150 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 6 jajek
  • 2 żółtka
  • skórka otarta z 3 czerwonych pomarańczy
  • 300 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • 110 g zimnego masła

dodatkowo:
  • cukier puder

Najpierw przygotować spód:
Masło pokroić w kostkę, włożyć do garnka. Rozpuścić, a następnie podgrzewać, aż zrobi się jasno brązowe i zacznie pachnieć orzechowo. Dodać cukier, wymieszać, aż niemal całkowicie się rozpuści. Dodać sól i mąkę, dokładnie połączyć. 
Ciastem wylepić formę, formując brzegi. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

W tym czasie przygotować krem:
Mąkę, cukier, sól, jajka, żółtka, sok i skórkę z pomarańczy umieścić w garnku. Podgrzewać, często mieszając, aż się zagotuje i nabierze konsystencji budyniu. Po kawałeczku dodawać zimne masło, cały czas mieszając.
Przetrzeć przez sitko.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem. Położyć na cieście papier do pieczenia, wysypać fasolkami. 

Piec w 175 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 175 st. C.

Na gorący spód wyłożyć krem, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez około 15 minut.
Ostudzić.

Schłodzić tartę w lodówce, najlepiej przez całą noc.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przede mną ostatnie popołudnie w internacie. Jutro o tej porze myślami już będę w domu...

czwartek, 2 lutego 2017

Tyraj, misiu, na tę miłość. Tiramisu chałwowe

Kiedy człowiek się zakochuje, czuje motyle w brzuchu, a na świat patrzy przez różowe okulary. Wszystko staje się lepsze, piękniejsze i bardziej interesujące, gdy przebywamy w towarzystwie tej jedynej, najważniej osoby. Przestaje liczyć się praca, której przecież nawet nie lubimy, szef - zgred, na którego temat mogliśmy narzekać godzinami; przyjaciele zostają zepchnięci na dalszy tor, a jedyne, na czym naprawdę nam zależy, to wyrwać światu jeszcze tylko jedną godzinę razem.
Kto twierdzi inaczej, nigdy nie był zakochany. Pierwszy etap to czyste szaleństwo, burza hormonów, nad którą ciężko zapanować. Wtedy wszystko przychodzi łatwo i jakby samo z siebie - bukiet krwistoczerwonych róż, złota bransoletka, słodki pluszach z sercem w wciągniętych łapkach. Wstajemy dwie godziny wcześniej niż zwykle, rześcy jak skowronki, i przygotowujemy naleśniki na śniadanie, bo to przecież jego/jej ulubiony sposób na rozpoczęcie dnia. Zdarza się, że chodzimy jak zombie, ledwo przytomni i otumanieni, a mimo to weseli, jakbyśmy właśnie opróżnili butelkę najlepszego szampana. Bąbelki uderzają nam do głowy z taką siłą, że nie da się ich zatrzymać. 

Z czasem jednak wszystko to mija. Ten, kto twierdzi inaczej, nigdy nie przetrwał w jednym związku dłużej niż parę miesięcy. Tak to już jest, że rzeczywistość dochodzi do głosu; szef - tyran nie pozwala na bujanie w obłokach, przyjaciółka stanowczo domaga się uwagi, bo właśnie rozpadł się jej związek, a stos nieprzeczytanych książek przy łóżku nagle objawia się w zupełnie innym świetle. Potrzeba snu wygrywa z potrzebą bliskości. Jest to naturalna kolej rzeczy; życie, chciałoby się powiedzieć.

W tym momencie stajemy przed wyborem: czy mimo wszystko ta osoba, która jawiła nam się niczym najromantyczniejszy bohater, a okazuje się, że zostawia brudne skarpetki na podłodze w łazience i nigdy, ale to nigdy nie wstawia kubka po kawie do zmywarki, jest jednak warta zachodu? Czy chcemy się trochę wysilić, zrezygnować z zakupów z psiapsiółką na rzecz wspólnego sprzątania? Czy jesteśmy gotowi porzucić nasze donkiszotowskie marzenia i wspólnie stawić czoła realności?
Wiele osób na te pytania odpowiada: tak. I to bez chwili wahania. Bo przecież skarpetki można podnieść, kubek przemyć, a na zakupy wybrać się razem po sprzątaniu. W dodatku zahaczając o ulubioną kawiarnię, gdzie stolik przy oknie tylko czeka, żeby przy nim usiąść. Od tej chwili zaczyna się jednak zupełnie nowy etap; to już nie tylko chodzenie z głową w chmurach, ale dzielenie się codziennością, znoszenie wzajemnych wad i niedoskonałości, pielęgnowanie uczuć, które niepodsycane zgasną. Nic bowiem nie dzieje się samo, a o miłość trzeba dbać tak samo jak o ulubiony sweter: prać z delikatnymi, nie wirować i nie suszyć w suszarce bębnowej. Bo skurczy się, zmechaci, zrobi się brzydki i niewygodny. A wyrzucić go będzie ciężko, bo przecież to ten ulubiony...

Praca nad związkiem musi stać się odruchem, codziennością. To drobne gesty, które wywołują uśmiech i przypominają stare, dobre czasy. To kremowe, lekkie tiramisu, które obudzi wspomnienia z wakacji we Włoszech, gdy po nieoczekiwanej burzy wróciliście do hotelu przemoknięci do suchej nitki, a szef kuchni mimo, że był już gotowy rzeczoną kuchnię zamknąć, przygotował dla Was najlepsze tiramisu, jakie kiedykolwiek jedliście.

Tym razem wzbogaciłam smak klasycznego kremu dodatkiem chałwy. Nie bójcie się - deser wcale nie jest przesłodzony. Słodycz chałwy doskonale równoważą biszkopty namoczone w mocnej, gorzkiej kawie. Całość jest lekka, kremowa i delikatna. Poderwie niejedne uczucia, które zaległy na dnie serca.

Chałwowe tiramisu


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 jajka
  • 50 g cukru pudru
  • 70 g biszkoptów
  • 100 ml mocnej, zimnej kawy
  • 50 ml likieru kawowego
  • 150 g chałwy waniliowej

dodatkowo:
  • 2 łyżki kakao
  • 4 kiście czerwonej porzeczki
  • chałwa

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować do połączenia składników. Białka ubić na sztywna pianę, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Kawę wymieszać z likierem. Maczać w niej biszkopty, układać na spodzie szklanek. Wyłożyć połowę kremu, następnie znów namoczone biszkopty i pozostały krem. Schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny.

Przed podaniem oprószyć kakao i udekorować porzeczkami oraz pokruszoną chałwą.

Smacznego!

Za chałwą przepadam, i nie jest to moje ostatnie słowo w kwestii tego połączenia. Do głowy przyszedł mi kolejny pomysł; w końcu tiramisu to deser idealny na Walentynki, prawda...?

poniedziałek, 30 maja 2016

Z okazji narodzin - ciasteczka

Tydzień temu pojechaliśmy oglądać małą Astrid, najnowszego członka rodziny. Miała zaledwie pięć dni, i sprawiła, że moje serce niemal się rozpuściło. Szeroko otwarte oczka, patrzące niby z wielką uwagą, stópki z niesamowicie długimi palcami; malutkie, ale w stosunku do równie małego ciałka, całkiem słusznych rozmiarów. Lekko rudawe włoski i najrozkoszniejszy uśmiech, jaki w życiu widziałam. Nie mogłam się na nią napatrzeć; te słodkie minki i rączki, uporczywie zaciskające się w piąstki; sama rozkosz. 
Małe dzieci są cudowne!

Bardziej dla jej rodziców, niż dla niej samej, przygotowałam ciasteczka. Niby takie zwykłe, kruche, ale jednak zupełnie wyjątkowe za sprawą dekoracji z lukru królewskiego. I owszem - to zabawa na długie, wieczorne godziny (niepolecana, gdy następnego dnia trzeba wstać o czwartej nad ranem), ale warto było poświęcić ten czas dla zachwyconych min siostry C. i jej rodziców. 
Napisy na ciasteczkach, które poza imieniem sprawcy całego zamieszania, informowały również o dniu i godzinie narodzin, długości, wadze i wszelkich innych szczegółach, wykonałam białą czekoladą. Dostałam z pracy garstkę czekolady, której nie trzeba temperować, ale jeśli takiej nie macie, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zatemperować kilka kostek zwykłej.

A jeśli w rodzinie nie zanosi się na żadne powiększanie, zawsze można poczekać na Walentynki, i upiec takie cudeńka dla ukochanej/ukochanego. Efekt murowany!

Ciasteczka cytrynowe z lukrem królewskim


Składniki:
(na 40-50 sztuk)
  • 100 g cukru pudru
  • 350 g mąki pszennej
  • 180 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 2 cytryn

lukier królewski:
  • 60 g białek
  • 300 g cukru pudru
  • czerwony lub różowy barwnik spożywczy w paście
  • odrobina wody

Cukier puder i mąkę przesiać, dodać skórkę z cytryny, wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać jajko i żółtko, zagnieść gładkie ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Ciasto rozwałkować na grubość 3 mm, wycinać foremkami koła i serca. Ciastka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachwując odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Cukier puder i białka utrzeć na gładki, gęsty lukier. Nie ubijać.
Podzielić na 3 części, do 2 dodać barwnik tak, aby uzyskać 2 znaczącą się różniące odcienie różu. 
Przełożyć część lukru do trzech woreczków cukierniczych, odciąć końcówki tak, aby powstał małe dziurki i wycinąć lukier na brzegach, formując kant. 
Do pozostałego lukru dodać odrobinę wody, aby był nieco lejący. Wypełniać lukrem środki.
Ewentulanie na mokrym lukrze robić kropeczki lukrem innego koloru, przecignąć po nich wykałaczką, aby powstały serduszka.
Odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Zostałam też poproszona o przygotowanie tortu na chrzciny, może jakichś ciasteczek i babeczek...
Będzie się działo!
Ale to już w mojej nowej kuchni.

czwartek, 26 maja 2016

Tort różano-truskawkowy dla Mamy

Spacerując dzisiaj z Ptysią, uzbierałam wyjątkowy uroczy bukiet. Kilka bzowych odcieni: od bieli, poprzez coraz intensywniejsze fiolety, aż do tego głębokiego, który zawsze wprawia mnie w zachwyt; a do tego białe i różowe kwiatki z drzew, których nazw nie znam. Po powrocie do domu wstawiłam kwiaty do plastikowego, fioletowego kubka; wszystkie wazony bowiem leżą już bezpiecznie zapakowane w kartonach. Przyłożył do tego nie tylko jedną, ale obie ręce C. we własnej osobie; nie ma więc najmniejszej szansy, żeby udało mi się cokolwiek znaleźć. 
Niemniej, patrząc na ten polny, prosty bukiecik pomyślałam, że taki właśnie kubek całkiem do niego pasuje.

Myślę, że mojej Mamie też by się taki bukiecik spodobał. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam rozmyślać o wiankach, które dla mnie plotła, gdy jeszcze nie potrafiłam zrobić ich sama. Wydaje mi się, że wszystkie były z chabrów, ale oczywiście, mogę się mylić. Może to tylko zawodna pamięć płata mi figle... 
W każdym razie doskonale pamiętam te chabrowe wianki, które z dziecięcą radością i dumą nosiłam. Nie musiałam się ich nawet zbytnio domagać; wystarczyło, że nazbierałam trochę kwiatków, a zręczne palce Mamy robiły z nich cuda. 

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy, Mamo.

Oczywiście, taki dzień nie mógłby się obyć bez tortu. Albo chociaż jakiegoś porządnego ciasta z kremem. Ja pomysł znalazłam w Indulgent cakes wydawnictwa The Australian women's weekly - książce, która za każdym razem, gdy po nią sięgam, wywołuje u mnie niepowstrzymany ślinotok. Absolutnie cudowne zdjęcia i niesamowicie kuszące receptury - oto, czego oczekuję od książki kucharskiej. Ta spełnia wszystkie moje wymagania; z nawiązką
Nie bez trudu w końcu wybrałam odpowiedni wypiek. Idealne ciasto na sezon truskawkowy, pełne jest bowiem tych pysznych owoców. Do tego wyraźna, ale nie dominująca nuta różana, przewijająca się niczym refren w cieście i frużelinie. 
To taki kobiecy, delikatny tort. Romantyczny trochę nawet.
Myślę, że wprawiłby w błogostan niejedną mamę.

Torcik różany z truskawkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 6 jajek
  • 150 g cukru
  • 2 łyżeczki wody różanej
  • 80 g masła
frużelina:
  • 375 g truskawek
  • 75 g cukru
  • 1,5 łyżki wody różanej
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 1 listek żelatyny
krem:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • kilka świeżych truskawek
  • suszone pączki róży
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
4 jajka utrzeć ze 100 g cukru. Wlać 2/3 wody różanej, zmiksować. Pariami dodawać 2/3 mąki, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu wlać powoli 2/3 masła, połączyć.

Dna 2 foremek wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Równomiernie rozłożyć masę do foremek.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, do suchego patyczka.

Ciasta przestudzić przez 10 minut w foramch, następnie wyłożyć do góry spodem na lekko posmarowany masłem papier do pieczenia.

Jedną z form umyć, osuszyć, ponownie przygotować do pieczenia.

Z pozostałych składników przygotować ostatnią porcję ciasta, przelać do formy, upiec.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Truskawki pozbawić szypułek, pokroić na ćwiartki. Włożyć do rondelka z cukrem i wodą różaną, gotować przez 5 minut, aż truskawki puszczą sok, a cukier się rozpuści. Gdy sok zacznie przybierać konsystencję syropu, dodać mąkę rozrobioną w 1 łyżce zimnej wody. Wymieszać, chwilę pogotować, zdjąć z palnika. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać, ostudzić.

Kremówkę ubić z cukrem wniliowym.

Na paterze ułożyć pierwszy blat ciasta. Na nim połowę frużeliny i połowę bitej śmietany. Następnie znów blat ciasta, frużelina i śmietana. Przykryć ostatnim biszkoptem.
Wierzch ciasta oprószyć cukrem pudrem, udekorować truskawkami i pączkami róż.

Smacznego!

A Wy, pleciecie swoim córkom wianki...?

środa, 30 marca 2016

Krwiste tiramisu. Nie tylko dla odważnych

Czasami się zastanawiam, czym jest odwaga. Kiedyś bardzo łatwo było stwierdzić, czy dany człowiek się nią cechuje, czy raczej wręcz przeciwnie. Rycerze dzielnie stawali na polu bitwy i ruszali do boju bez najmniejszych oznak wahania, królowie podbijali sąsiednie państwa, szlachcianki wdawały się w romanse, za które groziła sroga kara z ręki męża. Z natury lękliwi chłopi pochylali głowy i plecy przed trudami codziennego życia; co jakiś czas jednak rodził się ten wyjątkowy, odważny. Potrafił sprzeciwić się panu, za co najczęściej kończył na szubienicy. Ale odwagi nikt mu odmówić nie mógł.

Dzisiaj odważni młodzi ludzie walczą w nie swoich wojnach albo uprawiają sporty ekstremalne. Ci, którzy mają pieniądze, odważnie stawiają wszystko na jedną kartę. Tym, którzy nie mają czego stawiać, dużo trudniej wykazać się odwagą. Bo czy stanięcie w obronie kopniętego psa można komuś policzyć za czyn odważny...? Taki drobiazg, który przecież nic nie zmieni...
W dzisiejszych czasach, i tak już niewyraźna, linia między odwagą i głupotą zatarła się niemal zupełnie. Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie...? Nie mnie to oceniać.

Dzisiaj mam dla Was jeden z najlepszych deserów, jakie ostatnio jadłam. Ba! Kwalifikuje się do pierwszej piątki najcudowniejszych pyszności, jakich dane mi było spróbować. Gdyby nie resztki zdrowego rozsądku, zjadłabym wszystko. Sama. Na raz!

Przepis podpatrzyłam u Pomidorowej Ani i od razu przepadłam. Wszelkie wariacje na temat tiramisu są u nas bardzo mile widziane; gdy zobaczyłam połączenie tego pysznego, włoskiego deseru z moimi ukochanymi, krwawymi pomarańczami wiedziałam, że też muszę takie mieć. Nie czekałam długo... Zaraz po Świętach, gdy choć trochę minęło mi babkowe szaleństwo, zabrałam się do rzeczy. Deser jest banalnie prosty w przygotowaniu, a jedynym ekskluzywnym składnikiem są sezonowe czerwone cytrusy. Bez gotowania, bez pieczenia, na upartego - da się nawet bez miksera (tylko po co...?). Efekt - delikatny, rozpływający się w ustach krem z biszkopcikami o intensywnym smaku pomarańczy. Do tego plasterki cytrusów w obłędnie pysznym syropie i chrupiące, zieloniutkie pistacje. Czysta poezja. Przysięgam - mogłabym jeść ten deser codziennie do końca życia, i nigdy by mi się nie znudził.

Tiramisu sanguinello


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 250 g serka mascarpone
  • 25 ml amaretto
  • 60 g cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 białka

nasączenie:
  • 50 ml delikatnej czarnej herbaty (aromatyzowanej pomarańczą)
  • 50 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 2 łyżki amaretto

pomarańcze w syropie:
  • 3 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 3 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 75 g podłużnych biszkoptów
  • niesolone pistacje

Ostudzoną herbatę wymieszać z sokiem z pomarańczy i cytryny, skórką pomarańczową, miosem i amaretto. Odstawić.

Pomarańcze obrać, odkrawając dokładnie białe albedo. Pokroić je na plastry grubości 4-5mm, posypać cukrem, zalać alkoholem i odstawić do lodówki.

Białka ubić na sztywną pianę. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać alkohol, zmiksować. Dodać mascarpone, połączyć. Na końcu partiami dodać pianę z białek, delikatnie mieszając łyżką.

W herbacie z sokiem maczać biszkopty, ułożyć na dnie szklanek. Na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce 3 godziny.

Przed podaniem tiramisu udekorować plastrami pomarańczy, polać syropem z ich macerowania i posypać posiekanymi pistacjami.

Smacznego!


W stosunku do oryginalnego przepisu nieco zmieniłam proporcje. I po pierwszym kęsie zaczęłam żałować - te dziesięć porcji z pewnością by się nie zmarnowało...

sobota, 13 lutego 2016

Panna cotta. Na Walentynki

Kilka miesięcy temu kupiłam piękne granaty. Rzadko kupuję te owoce, bo mam mało pomysłów na ich wykorzystanie. Ich charakterystyczne pesteczki nie do wszystkiego się nadają i ciężko nimi po prostu zastąpić coś innego. Tym razem jednak skusiły mnie intensywną barwą skórki.
Już w drodze do domu przyszedł mi do głowy prosty, aczkolwiek interesujący pomysł. Wtedy nie udało mi się wcielić go w życie, a granaty wylądowały w sałatce z kuskusem. Zbliżające się Walentynki przypomniały mi o tamtej idei, kupiłam więc ponownie dorodny owoc granatu i zabrałam się do rzeczy.

W czasie przygotowań pomysł nieco ewoluował. Najpierw przygotowałam galaretkę owocową: tylko sok i żelatyna. Sama w sobie kwaskowata, idealnie komponuje się ze słodką, kremową panną cottą. A ta jest zupełnie wyjątkowa: nie tylko mocno waniliowa, ale też intensywnie jogurtowa w smaku. Gdy mój wzrok padł na jogurt naturalny, stwierdziłam, że muszę spróbować dodać właśnie jego zamiast klasycznego mleka. Dzięki temu deser zyskał bardzo ciekawą nutą; panna cotta wydaje się nieco lżejsza. Całość nie tylko świetnie smakuje, ale też naprawdę znakomicie prezentuje się na talerzu.

I to już ostatni pomysł na Walentynki w tym roku. Podoba się Wam...?

Jogurtowa panna cotta z galaretką z granatu


Składniki:
(na 6 porcji)

galaretka:
  • 1 granat
  • 1 listek żelatyny

panna cotta:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 laska wanilii
  • 50 g cukru
  • 5 listków żelatyny
  • 250 ml jogurtu naturalnego

Wyłuskać pestki granatu. Zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Sok podgrzać; zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przelać do foremek, schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Laskę wanilii przeciąć wzdłuż na pół, wyskrobać ziarenka. Laskę i ziarenka dodać do kremówki, zagotować. Odstawić na 30-60 minut.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Do kremówki dodać cukier, zagotować. Gdy cukier się rozpuści, zdjąć garnuszek z palnika, wyjąć laskę wanilii i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać, ostudzić do temperatury pokojowej. 
Kremówkę wymieszać z jogurtem. Przelać do foremek na zastygniętą galaretkę.

Schłodzić przez noc w lodówce.

Przed podaniem wyjąć na talerzyki, odwracając do góry spodem.

Smacznego!


Jak już wspominałam, weekend w znakomitej części spędzam w pracy; czas wolny poświęcam na spanie, bo na nic innego nie mam siły. Może w niedzielę się bardziej postaram, gdy w perspektywie będzie poniedziałkowy luksus spania do czwartej...