Pokazywanie postów oznaczonych etykietą figi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą figi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Sen o fidze

Przyśniło mi się, że kupiłam figi.
Zdałam sobie z tego sprawę w momencie, gdy przeglądałam plik ze zdjęciami do przepisów; w oko wpadło mi to z ciastem czekoladowym i dorodną figą na wierzchu, i nagle przypomniałam sobie swój sen. Nie pamiętam szczegółów; tylko to, że stałam w kuchni, a na blacie obok deski do krojenia i noża leżały soczyście fioletowe figi. Później wzięłam jedną do ręki i oglądałam z zaskakującą uwagą... I tyle. 

To z kolei skłoniło mnie do zastanowienia się nad zjawiskiem deja vu. Bo wiecie co? Mam wrażenie, że zdarza mi się ono dość często. 
Dzień jak co dzień, nic niezwykłego się nie dzieje, aż tu nagle mam nieodparte wrażenie, że... To już kiedyś było. I wiem, co wydarzy się za chwilę, co ktoś powie albo zrobi. Doskonale wiem, że to niemożliwe; że to tylko mój mózg płata mi figle, ale i tak przeszywają mnie dreszcze. I tak sobie myślę, że może jednak nie powinnam o tym pisać, bo jeśli przeczyta to jakiś psychiatra, to jeszcze będzie chciał się za moją psychikę zabrać... A przecież ze mną wszystko w porządku; prawda...?

A skoro już o figach mowa; skoro mi się śniły i później wkroczyły w moje myśli niezwykle wręcz stanowczo, będzie i ciasto z figami. Taki mały torcik, niemalże...

Przepis na ciasto z ciemnym piwem znalazłam u Agaty; akurat miałam butelkę na zbyciu, więc czym prędzej zabrałam się za pieczenie. Miałam jednak ochotę jakoś je urozmaicić; przygotowałam więc krem budyniowy w dodatkiem masy krówkowej, a dodatkowo przełożyłam je karmelizowanymi figami. Efekt jest oszałamiający! Ciasto czekoladowe jest dość ciężkie i obłędnie wyraziste w smaku, wilgotne i mięsiste - wprost idealne na styczniowe, szare dni. Krem budyniowy z bitą śmietaną zamiast masła jest lekki i delikatny, a jego krówkowy smak świetnie komponuje się z czekoladowym ciastem. Figi są tu kropką na i - można je pominąć, ale lepiej zastąpić jakimiś innymi owocami. Może świeżą żurawiną...? Wyjdzie wtedy ciasto z pazurem.

Czekoladowe ciasto na ciemnym piwie z kremem krówkowym i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 250 ml ciemnego piwa
  • 150 g masła
  • 145 ml śmietany kremówki (38%)
  • 70 g ciemnego kakao
  • 200 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

budyniowy krem krówkowy:
  • 250 ml mleka
  • 25 g budyniu krówkowego
  • 20 g cukru
  • 50 g masy krówkowej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru
  • 2 figi

dekoracja:
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 figa

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z piwem i śmietaną.
Kakao przesiać, wymieszać z cukrem, dodać do mokrych składników, połączyć. Wlać ekstrakt z wanilii, wbić jajka i dokładnie wymieszać.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą. Dodać do mokrych składników, wymieszać tylko do ich połączenia.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Wlać ciasto.

Piec w 170 st. C. przez 50 minut.
Przestudzić w formie, a następnie odłożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

200 ml mleka zagotować wraz z cukrem. W pozostałym mleku rozpuścić budyń, wlać do gotującego się mleka, gotować jeszcze chwilę, aż budyń zgęstnieje. Dodać masę krówkową, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Kremówkę ubić, partiami dodawać do budyniu, delikatnie mieszając łyżką.

Na patelni skarmelizować cukier. Figi pokroić w plasterki, skarmelizować. 
Przestudzić.

Ciasto przekroić na pół. Na paterze ułożyć spód, wyłożyć krem i plasterki fig, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Ewentualnie wyrównać brzegi.

Przed podaniem ciasto oprószyć cukrem pudrem i udekorować świeżą figą.

Smacznego!

A tymczasem, choć dopiero co wróciłam ze szkoły, już za dwa tygodnie czeka mnie kolejna tura... Ależ ten czas pędzi!

piątek, 3 listopada 2017

Opowieść o Czerwonym Rycerzu. I tarta obłędnie czekoladowa

Młoda Piekareczka, jak niemal co dzień, na długo przed świtem ruszyła w daleką podróż do pracy. Jej rączy, mechaniczny rumak, nieodłączny i wierny towarzysz, tym razem jednak zaniemógł. Stanął uparcie w miejscu najmniej odpowiednim, zapierając się wszystkimi czterema kołami. Bezsilna, zaciskając zęby, próbowała wszystkiego - ułagodzić bestię, przekonać, zmusić podstępem, aż wreszcie - o zgrozo! - przemocą. Nic nie podziałało - rumak jak stanął, tak stał.
W międzyczasie z pomocą przyszedł inny podróżny, będący - wnioskując z wielkości wozu - w równie co ona dalekiej, podróży.
Ów nieznany jej mężczyzna, mimo szczerych chęci, nie zdołał przekonać rumaka do dalszej jazdy, jednak siłą własnych mięśni pomógł sprowadzić go na pobocze, aby nie tarasował drogi innym, ewidentnie o tak wczesnej porze rozdrażnionym, podróżnym. Pożegnał się z uśmiechem i życzył powodzenia.
Piekareczka, zmuszona przez okrutne okoliczności, zdecydowała się na kroki drastyczne - obudzenie Małżonka. Ten, zdecydowanie niezadowolony z takiego obrotu sprawy, wskazał  jednak jedyną w takiej sytuacji możliwość - wezwanie na pomoc Czerwonego Rycerza. Ten zjawił się już po półgodzinie, w czerwonej zbroi z odblaskowymi paskami. Popatrzył, pomyślał, postukał gdzie trzeba, nakarmił rumaka odrobiną prądu, po czym ten, radośnie parskając, ruszył, jakby nic się nie stało. Piekareczka, uradowana do granic możliwości, pożegnała swego Czerwonego Rycerza z uśmiechem wiedząc, że prędzej czy później spotkają się znowu...

Wystąpili:
rumak - prawie nowy samochód;
Czerwony Rycerz - pracownik pomocy drogowej;
Małżonek - C.;
Piekareczka - ja we własnej osobie.

Wypadałoby nadmienić, że na moje potrzeby Falck (duńska pomoc drogowa) trzyma chyba specjalnego pracownika, bo za każdym razem przyjeżdża do mnie ten sam pan, który nawet już nie kręci głową z politowaniem dla mojej niewiedzy...
A jeden z kolegów z pracy, przejeżdżając tuż obok mojego rozkraczonego auta, nawet pomyślał, jakie to przykre...

Po tak ekscytującym początku dnia, na uspokojenie zdecydowanie przyda się kawałek mocno czekoladowej tarty.
Przepis znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 9/2017 i wiedziałam, że go sobie nie odpuszczę. Lekko migdałowy, cudownie kruchy spód, czekoladowy ganache, który wręcz zniewala intensywnością, a do tego pieczone w cukrze muscovado, lekko karmelowe śliwki i figi. Określenie niebo na talerzu to zdecydowanie za mało, żeby oddać ten cudowny smak. Mimo, że nie da się jej zjeść zbyt dużo na raz, gdyż czekoladowe wypełnienie jest konkretne i syte, nie mogłam oprzeć się dokładce.
Idealne dla czekoholików, szczególnie na początku listopada, gdy za oknami tylko szaruga i deszcz.

Tarta czekoladowa z pieczonymi śliwkami i figami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 100 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 25 g mielonych migdałów
  • 25 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 160 g mąki pszennej
  • 1 jajko

ganache:
  • 250 g ciemnej czekolady (58%)
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka miodu
  • 1/4 łyżeczki soli

pieczone śliwki i figi:
  • 3 świeże figi
  • 5 śliwek
  • 50 g ciemnego cukru muscovado

dodatkowo:
  • 15 g niesolonych pistacji, bez łupinek

Masło, cukier, wanilię, sól, migdały i mąki umieścić w malakserze. Zmiksować. Dodać jajko, połączyć.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy, wyłożyć nim formę i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchym grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Dopiekać jeszcze 15 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Śmietanę, miód i sól umieścić w garnuszku, zagotować.
W tym czasie posiekać czekoladę. Zalać czekoladę wrzącą kremówką, wymieszać do jej całkowtego rozpuszczenia. Przelać ganache do formy, schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić w ćwiartki, śliwki na połowy, usunąć pestki. Ułożyć owoce w formie, równomiernie posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Owoce ułożyć na zastygniętym ganache, polać powstałym podczas pieczenia sosem. Posypać posiekanymi pistacjami, podawać.

Smacznego!


Jako, że przepis znalazłam w duńskiej gazecie, a wypełnianie ciast gęstym, czekoladowym kremem to zdecydowanie coś, co Duńczycy wręcz uwielbiają, dodaję go do akcji Ani: 

wtorek, 24 października 2017

O prądowych pieszczotach, czyli lepsze coś niż nic. I placuszki z figami

Z C. widujemy się rzadko. Niby razem mieszkamy, niby nawet jesteśmy po ślubie, ale wszystko zostało po staremu. On pracuje popołudniami, ja nocami i porankami, i tak się w tym naszym wspólnym życiu mijamy. Ale nie narzekam; przynajmniej trochę potrwa, zanim się sobą znudzimy. 
Ostatnio w pracy z zakamarków zaplecza wyciągnęliśmy podgrzewacze do czekolady. Nie mam pojęcia, czy tak to się naprawdę po polsku nazywa (ale to już temat na inny wpis); chodzi mi o garnki z wbudowaną grzałką. Podłącza się taki do prądu przed pójściem do domu, na nim ustawia miskę z czekoladą, a rano czekolada o temperaturze czterdziestu pięciu stopni czeka cierpliwie na zatemperowanie. Problem pojawił się w momencie podłączania... Ja wtyczkę do gniazdka, a gniazdko: bzzzt! Przepływający prąd poczułam aż w łopatce! Szczerze mówiąc, nie pamiętam, żeby kiedyś mi się coś takiego przytrafiło. Dla tych, którzy mają jakieś wątpliwości: zdecydowanie nie polecam.
Choć ponoć zawsze lepsze coś niż nic...

W domu zrzędziłam przez dwa dni tak, że w końcu C. zaproponował wizytę u lekarza. Ale wiecie, jacy są duńscy lekarze; polecają picie gorącej herbaty w dużych ilościach i spanie przy otwartym oknie, a jeśli pacjent jest w stanie niemal agonalnym - penicylinę. Odpuściłam więc temat, jęczeć przestałam, a następnego dnia i tak samo przeszło.

Choć, muszę przyznać, do naszych podgrzewaczy podchodzę teraz bardzo nieufnie.

Tymczasem, jako że tradycja wolnego wtorku obowiązuje, mam dla Was propozycję na pyszne, leniwe śniadanko.
Przygotowałam je z ostatnich już chyba w tym roku fig (wszystko, co dobre, szybko się kończy...). I choć ten sezon wykorzystałam w pełni, to i tak, myślę sobie, mogłabym przygotować coś jeszcze... Wracając jednak do placuszków; dzięki dodatkowi karmelowego budyniu i ciemnego cukru mają cudowny, karmelowy posmak, świetnie się z figami komponujący. Są puszyste, delikatne i nie bardzo słodkie, co nadrabia daktylowo-orzechowy syrop, który został mi po budyniu ryżowym. Całość wyszła naprawdę znakomita; jeśli macie pół godziny na przygotowanie śniadania, polecam Wam ogromnie!

Placuszki budyniowo-maślankowe z figami i syropem daktylowo-orzechowym


Składniki:
(na około 15 placuszków)
  • 200 g mąki pszennej
  • 65 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 35 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 jajko
  • 300 g maślanki
  • 30 ml oleju
  • 2-3 figi

dodatkowo:

Mąkę przesiać z sodą, wymieszać z budyniem i cukrem.
Jajko roztrzepać, dodać maślankę i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać.
Figi umyć, osuszyć, pokroić na średniej grubości plastry.

Na rozgrzaną patelnię wykładać porcje ciasta (około 1 łyżki), smażyć na złoty kolor. Na wierzchu układać po plasterku figi, obracać na drugą stronę, również smażyć na złoty kolor.

Podawać z syropem daktylowo-orzechowym.

Smacznego!


Ja tymczasem czekam, aż nieco się rozjaśni; na popołudnie zapowiedzieli się goście, więc muszę posprzątać. Ale jak niby mam umyć podłogę w tych październikowych ciemnościach...?

środa, 11 października 2017

Odcienie fioletu - sernik z czarnym bzem i figami

Jestem uzależniona od pogody.
Nie mogę się przez to ogarnąć; kto by pomyślał, że kilka promyków może wprawić mnie w stan bliski euforii...?

Pogoda jest, jaka jest. Nikt nie ma na nią wpływu, za to ona ma wpływ na nas. Kiedy pada i wieje, jest szaro i ponuro, zaparzam cały seledynowy dzbanek gorącej, aromatycznej herbaty, zawijam się w koce i siedzę na kanapie z książką na kolanach. Mimowolnie wędruję wzrokiem do okien; a tam ciemności i fruwające po ogrodzie, bure liście. W dach bębni deszcz, a ja czuję, że niechęć do świata pęcznieje mi w żołądku.
Wystarczy jednak, że zaświeci słońce, a wstępują we mnie ilości energii, o które bym się nie podejrzewała. Odkurzę, zrobię pranie, wyjdę na długi spacer z psami, z którego wrócę z kieszeniami pełnymi kasztanów i żołędzi. Zrobię ciasto, ugotuję rozgrzewającą zupę-krem, którą zjemy w kuchni w promieniach zachodzącego słońca. Mogę góry przenosić!
Bo zaświeciło słońce...
Też tak macie? Czy ja już zupełnie zwariowałam...?

Dzisiaj mam dla Was kolejny z figowych przepisów. Zupełnie zawróciły mi w tym roku w głowie; po prostu nie mogę się od nich opędzić! Kupuję kolejne pudełeczka, zanim jeszcze wykorzystam zawartość tych czekających cierpliwie w lodówce. Sezon na figi zawsze kończy się za szybko, chcę więc nacieszyć się na zapas.

Tym razem przygotowałam sernik, na który przepis znalazłam na stronie Cakes and coffee. Niedawno przygotowałam parę buteleczek syropu z czarnego bzu, był to więc niemal oczywisty wybór.
Sernik wyszedł boski! Spód jest lekko chrupiący i kleisty; taki inny od zwykłych ciasteczkowych, które zazwyczaj przygotowuję. Masa serowa ma wyraźny smak owoców czarnego bzu; dałam zdecydowanie więcej syropu niż zakłada oryginalny przepis, zupełnie za to pominęłam dodatek cukru. Karmelizowane figi na wierzchu to czysta rozpusta; całość smakuje obłędnie! I wygląda pięknie. Ale mi wszystko, co z figami, podoba się wręcz szalenie...

Sernik z czarnego bzu z karmelizowanymi figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 50 g ciastek digestive
  • 10 g kakao
  • 40 g migdałów
  • 20 g orzechów włoskich
  • 90 g suszonych fig
masa serowa:
dodatkowo:
  • 5 fig
  • 2 łyżki cukru
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
Ciasteczka, kakao, migdały, orzechy włoskie i figi zmiksować w malakserze na grudkowatą, lepką masę. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać do formy masę, ugnieść dłońmi, schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić.
Syrop podgrzać, dodać do niego odciśniętą żelatynę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Mascarpone zmiksować z serkiem kremowym, dodać żelatynę z syropem, połączyć. Dodać ubita kremówkę, selikatnie wymieszać łyżką.
Przelać masę na schłodzony spód, wyrównać. Schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić na połówki lub ćwiartki.
Na patelni skarmelizować cukier, dodać śmietanę, podgrzewać jeszcze chwilę aż do połączenia składników. Na patelnię włożyć figi, smażyć kilka minut - owoce powinny lekko zmięknąć, ale nie mogą się rozpadać.

Ostudzone figi wyłożyć na sernik, polać powstałym sosem.

Smacznego!


Moje myśli powoli wędrują ku Halloween; przecież to już najwyższy czas, żeby wymyślić jakieś straszne słodkości!

piątek, 6 października 2017

Figi i kawa. Muffinki

Przytłacza mnie fakt, że o dziewiętnastej jest już niemal zupełnie ciemno. Przeżyję jakoś te nieustanne wichury i ulewy tak intensywne, że czasami mam wrażenie, że dach mam w domu ze szkła. Jakoś dam radę wstawać i dojeżdżać do pracy w egipskich ciemnościach, jeśli będę miała świadomość, że po powrocie do domu czeka mnie jeszcze przynajmniej parę godzin dziennego światła. Ono dodaje energii; nawet, jeśli niebo zasnute jest grubą warstwą chmur, to i tak jest jakoś raźniej...
Tymczasem już za trzy tygodnie zmiana czasu; z godziny trzeciej w niemal magiczny sposób zrobi się druga. Będzie można godzinę dłużej pospać! A takie rzeczy są w cenie, szczególnie, gdy to pracujący weekend...
Niestety, efekt będzie taki, że ciemność spowije świat zanim zdążę w ogóle wrócić do domu. A ja tak lubię jesienne światło do zdjęć! Jest ciepłe, rozproszone; znikają ostre krawędzie, a fotografie zyskują jesienną głębię. 

I choć październik dopiero się zaczął, ja już myślami jestem w listopadzie. I wiecie co...? W weekend chyba zagniotę ciasto na piernik staropolski. 
Uwierzycie, że to już ten czas...?

Dzisiaj mam dla Was przepis na muffiny z przypadku. Po ostatnim torcie została mi mała miseczka kremu maślanego; nie przepadam za nim, ale ten z dodatkiem kawy wyszedł naprawdę niezły. Szkoda było wyrzucić...
Przygotowałam więc błyskawiczne muffinki w wersji mini, z dodatkiem fig, które w mojej kuchni w tym sezonie rozgościły się na dobre, spychając na dalszy plan inne jesienne smakołyki. Wierzch udekorowałam kremem i świeżymi figami; wyglądają uroczo, a smakują naprawdę rewelacyjnie.
Przez swój rozmiar doskonałe są na raz czy dwa, przez co znikają w zastraszającym tempie.
Skusicie się...? Póki ciągle można znaleźć figi na sklepowych półkach...

Inne przepisy na muffiny znajdziecie dziś u Ani, Emilii oraz Pati. Koniecznie sprawdźcie, co pysznego przygotowały dziewczyny!

Kawowe mini muffinki z kremem kawowym i figami


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 170 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/8 łyżeczka soli
  • 100 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżka kakao
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 50 ml oleju
  • 2 łyżki mocnej kawy
  • 1,5 figi
kawowy krem maślany:
  • 1 białko
  • 65 g cukru
  • 85 g miękkiego masła
  • 1 łyżka mocnej kawy
dodatkowo:
  • 3 figi
  • 2 łyżki kakao
Mąkę przesiać z proszkiem, sodą i kakao, dodać sól i cukier, wymieszać.
Jajko roztrzepać, dodać maślankę, olej i kawę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać szybko, tylko do ich połączenia.

Formę na mini muffinki wyłożyć papilotkami.
Ciasto przełożyć do rękawa cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać do formy.

Figi pokroić w ósemki, a następnie w poprzek na pół. Ułożyć kawałki owoców na cieście, delikatnie je w nie wciskając.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.
Na końcu dodać kawę, połączyć.

Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki. Wyciskać na babeczki, następnie oprószyć je kakao i udekorować figami pokrojonymi w ósemki.

Smacznego!

A za niecałe dwa miesiące znów jadę do szkoły. Ależ ten czas pędzi...

środa, 4 października 2017

Pudding chia z czarnym bzem i figami

Kiedy już wygodnie usadowiliśmy się w karecie i cali w uśmiechach przejechaliśmy przez kościelną bramę, upiłam łyk szampana i odetchnęłam z ulgą. Udało się! Nie potknęłam się w drodze do ołtarza, a C. stał przed nim niemal na baczność i powiedział tak (dwa razy!) bez dodatkowych perswazji. 
Kareta powoli jechała, stukot podków rozlegał się echem niemal po całym miasteczku, dzieci do nas machały, a kierowcy trąbili. Zaskakująco piękna pogoda w połączeniu z niejaką ulgą i szampanem wprawiły mnie w błogostan.
Zajęci żywiołowym omawianiem uroczystości, niemal nie zauważyliśmy, jak znaleźliśmy się tuż obok naszego domu. C. nie omieszkał poinformować o tym stangreta, który z tajemniczym uśmiechem stwierdził, że wie. A skąd...? Szybko rozwikłaliśmy zagadkę; jeden z sąsiadów, mający znajomości tu i ówdzie szepnął słówko, gdzie trzeba. W tym momencie uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, choć myślałam, że to już niemożliwe...

Tymczasem, wracając do rzeczywistości (bo jak tylko zaczynam myśleć o tym cudownym dniu, rozanielam się i tracę z nią kontakt), mam dzisiaj dla Was pomysł na proste i wyjątkowo pyszne śniadanie.
Jeśli macie już syrop z czarnego bzu, grzechem byłoby go nie wykorzystać. Szczególnie teraz, w sezonie figowym; te dwa składniki komponują się bowiem ze sobą idealnie.

Pudding chia na mleczku kokosowym, z dodatkiem syropu z owoców czarnego bzu. Na wierzch pokrojona w plasterki figa, i pełnia szczęścia z samego rana gwarantowana. Nawet o wpół do czwartej nad ranem!

Pudding chia z czarnym bzem i figami


Składniki:
(na 3-4 porcje)

dodatkowo:
  • 3-4 figi

Mleko, mleczko kokosowe, syrop i nasionka umieścić w misce. Dobrze połączyć, najlepiej trzepaczką. Gdy płyn zacznie gęstnieć, wstawić miskę do lodówki na całą noc.
Schłodzony pudding przelać do miseczek. Podawać ze świeżymi figami.

Smacznego!

Jakiś czas temu, w promocji, kupiłam ekologiczne mleczko kokosowe. I wiecie co...? To najlepsze, najbardziej kremowe mleczko, jakie zdarzyło mi się jeść! Jest tak cudownie delikatne i pyszne, a puddingi chia wychodzą na nim idealnie kremowe. Spróbujcie i koniecznie powiedzcie, czy też widzicie różnicę!

czwartek, 28 września 2017

Ach, co to był za ślub! I figi w miodowym karmelu z miodowym semifreddo

W dniu ślubu wstałam o `szóstej rano. Mimo krótkiego snu - zaskakująco wypoczęta. Chyba emocje wzięły górę; czułam się bowiem dość dziwnie. Wiedziałam, że ten wielki, miesiącami wyczekiwany dzień właśnie nadszedł. A mimo, że - jakby nie patrzeć - byłam centralnym punktem całego dnia, miałam wrażenie, że wszystko dzieje się jakby obok mnie. Nie byłam nerwowa czy zestresowana; tak naprawdę ten dziwny spokój niemal mnie przerażał. 
Umyłam zęby, ubrałam się w getry i wygodną koszulkę, narzuciłam sweter i poszłam sobie zrobić herbaty. Bo czy można by ten dzień rozpocząć w jakiś inny sposób...? Trochę pogawędziłam z Tatą, żeby o siódmej rano oddać się w ręce siostry C. Układanie fryzury, z zegarkiem w ręku, zajęło dwie godziny. Nigdy w życiu nie spędziłam tyle czasu na fryzjerskim fotelu! Niemniej, efekt był zniewalający. Serio; byłam absolutnie zachwycona. I chociaż wiedziałam, czego się spodziewać, bo czesała mnie na próbę i dokładnie wiedziała, czego chcę, byłam w szoku, że z moich włosów można zrobić coś tak pięknego. A gdy do wszystkiego doszedł makijaż - niemal nie poznawałam się w lustrze.
Później wszystko nabrało tempa. Wkładanie sukni to, moi drodzy, droga przez mękę. Pamiętacie tę słynną scenę z Przeminęło z wiatrem, gdy Scarlett trzyma się łóżka, a służąca zaciąga jej gorset? Dokładnie tak wyglądałam tego ranka, tyle, że zamiast ciemnoskórej, porządnie zbudowanej damy zabrała się za mnie moja, przypominająca z figury gałązkę, Siostra. Była jednak tak samo brutalna i bezwzględna; skończyło się to przysłowiową talią osy i niemal zupełnym brakiem możliwości oddychania. Ale, jak mawia Babcia: żeby być piękną, trzeba cierpieć. Włożyłam więc buty na obcasie i uważając, żeby o nic nie zahaczyć, ruszyłam w najważniejszą z dróg.

Oczywiście, dojazd do kościoła, w normalnych warunkach zajmujący niecałe pięć minut, przedłużył się do ponad dwudziestu. Zanim zostałam zapakowana, a później wypakowana z auta, zanim dobyliśmy bukietu odkrywając, że bukiecik dla C., zamiast w butonierce, ciągle jest razem z moim w papierze, zanim tren został odpięty i odpowiednio ułożony, a ja ujęłam podane mi ramię Taty, C. zdążył się już poważnie zaniepokoić moją przedłużającą się nieobecnością. Nie mam bowiem w zwyczaju się spóźniać... Ale przecież pannie młodej wolno, prawda...?

Cała w uśmiechach, wsparta na ramieniu Taty kroczyłam przez kościół. Patrzyłam na moich uśmiechniętych, eleganckich gości, na już ocierającego łezkę niemal Teścia, ale przede wszystkim na C., który dumnie wyprostowany czekał pod ołtarzem, mnąc w palcach rąbek marynarki. W tajemnicy Wam powiem, że był chyba bardziej zdenerwowany ode mnie, co na co dzień się nie zdarza. A minę miał jak, nie przymierzając, najszczęśliwszy mężczyzna na świecie. 

Ceremonia przebiegła pomyślnie, niemal bez wpadek. W kluczowym momencie bowiem, po sakramentalnym tak, gdy nadszedł moment wymiany obrączek, C. w stanie pełnego podekscytowania moją po prostu wcisnął mi do ręki, zamknął mi dłoń i... Czekał. Gdy zorientował się, że dał mi obrączkę przeznaczoną dla mnie, szybko odebrał ją i już powoli i z należytą uwagą włożył mi ją na palec. 
A ja, jak to ja; nie mogłam powstrzymać śmiechu. I choć jego przyczyny nikt prawie nie zauważył, to już sam wybuch nie przeszedł bez echa i musiałam się później gęsto tłumaczyć.

Z kościoła wyszliśmy powoli, zerkając to na gości, to na siebie i z zachwytem obserwując czekającą na nas... Karetę. Po królu (nie pamiętam już jakim). Ryż sypał się gęsto, nie brakowało też dowcipnisi celujących w dekolt. Gdy już udało mi się wdrapać na miejsce i zasiąść w miarę godnie, gdy wręczono mi kieliszek szampana, konie ruszyły a goście klaskali, nadal miałam wrażenie, że śnię. 
I nie mogłam przestać się uśmiechać.

Figi. Zgrabne, o intensywnie fioletowej skórce i różowo-czerwonym wnętrzu, pełne drobnych, pękających pod zębami pesteczek. Uwielbiam! Za ich kształt, kolor i smak. I za to, że sezon na nie jest tak krótki, że nigdy nie zdążę się nimi nasycić ani znudzić.
Pierwsze w tym roku figi podałam z miodowym semifreddo, skąpane w miodowym karmelu. Wyszło coś tak pysznego, że gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku, która gdzieś się tam jeszcze w zakamarkach mojego umysłu ostała, zjadłabym wszystko. Sama. 
Podobne semifreddo możecie znaleźć u Nigelli; moje ma nieco inne proporcje. Zamiast orzechów z oryginalnego przepisu podałam je ze świeżymi figami. Bo czyż istnieje coś doskonalszego, niż gorące, karmelizowane figi z lodami...?

Miodowe semifreddo z figami w miodowym karmelu


Składniki:
(na 1,2 l lodów)
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 białka
  • 4 żółtka
  • 100 g miodu
  • 1 łyżka miodówki

figi w karmelu:
(na 2 porcje)
  • 2 figi
  • 40 g cukru
  • 1 łyżka miodu
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

Najpierw przygotować lody:
Żółtka z miodem ubić na parze na puszystą, jasną masę. Zdjąć miskę z garnka z wodą, ubijać, aż masa całkowicie ostygnie. Dodać miodówkę, połączyć.
Osobno ubić kremówkę i białka. Dodać śmietanę do masy żółtkowej, delikatnie wymieszać łyżką. Na końcu dodać białka, połączyć.
Przełożyć lody do pojemnika, zamrozić.

Figi pokroić na ćwiartki, odłożyć.
Na patelni skarmelizować cukier. Dodać miód, wymieszać. Wlać kremówkę (może pryskać), wymieszać. Podgrzewać, aż wszystko się ładnie połączy. Dodać figi, podgrzewać, aż nieco zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Nałożyć lody do miseczek, na wierzch wyłożyć figi. Polać pozostałym syropem.

Smacznego!

Lodów wychodzi oczywiście więcej niż na dwie porcje; figi jednak trzeba przygotowywać za każdym razem od początku; świeżo skarmelizowane są bowiem najlepsze.

czwartek, 21 września 2017

Psie historie. I zdrowe śniadanie figowo-orzechowe

Psa pierwsza ma bzika na punkcie swoich łapek. Nikt nie może ich dotykać, nawet C. A musicie wiedzieć, że C. to dla niej bóstwo nad bóstwami, najlepszy, najcudowniejszy i jedyny pan. I choć jest moja, i moja była, zanim w ogóle go jeszcze poznałam, zdradziła mnie bez mrugnięcia okiem, wesoło merdając ogonkiem. Wzięła mnie z zaskoczenia; normalnie bowiem dłuższą chwilę zajmuje jej zaznajomienie się z nowymi ludźmi. Nie ma tak, że od razu buźki i daj łapkę, nie nie... Najpierw powarkiwanie, później obszczekiwanie, następnie niepewne obchodzenie wielkim łukiem, a na końcu ewentualnie zgoda na miźnięcie. Jedno. Może dwa, jeśli osobnik wyjątkowo przypadnie jej do gustu.
C. tylko zobaczyła, obwąchała, po czym bez jakiegokolwiek przymusu wskoczyła mu na kolana. Jest w niego wpatrzona jak w obrazek, a mnie niechybnie za pięć groszy by sprzedała.

Ale łapek nawet jemu nie pozwala dotykać.
Kiedy więc znów podjęliśmy się karkołomnego wyzwania, jakim jest strzyżenie Ptysi, zaczęliśmy od grzbietu. Poszło zadziwiająco łatwo. Później główka i pyszczek - kilka podejść, ale obeszło się bez dantejskich scen. Przycięcia ogona nawet nie zauważyła, zostały już tylko łapki... I tak, tu własnie zaczęły się schody. Do tylnych kilka podejść, na raty, myląc tropy - ale w końcu się udało. Przednie - jak puchate były, tak puchate są.
Wyobraźcie więc sobie Ptysię w aktualnym stanie: przycięta trochę krzywo, ale z gracją, króciutko, żeby nie trzeba było za chwilę całej procedury powtarzać, mała główka, małe ciałko, i dwie wielkie, włochate łapki...
Myślę, że żaden pudel by się nie powstydził.

Tematem kolejnego wspólnego gotowania było śniadanie z dodatkiem fig. Tym razem troszkę się spóźniłam ze względu na wakacje, ale odmówić sobie przecież nie mogłam. Figi, moje ukochane... To je pierwsze włożyłam do koszyka przy okazji pierwszej wizyty po powrocie. nie umiem oprzeć się ich kuszącej, fioletowej barwie... Działają na mnie jak narkotyk; po prostu muszę je mieć!
Zaczęłam od skarmelizowania ich w miodzie i podania z domowymi lodami; ale o tym innym razem. Gdy za oknem cztery stopnie, takie śniadania w grę nie wchodzą.

U Pomidorowej Ani znalazłam jednak przepis na pudding chia. Z dodatkiem kakao. I fig. Czy można się oprzeć takiemu połączeniu...? Szczególnie zaintrygował mnie syrop daktylowo-orzechowy; nie jestem wielką fanką klasycznego masła orzechowego z fistaszków, ale od czasu do czasu miewam na nie chrapkę. Tak ja teraz.
Okazuje się, że rzeczony syrop bardziej przypomina dość gęsty krem. Smakuje... No cóż, daktylami i masłem orzechowym (w końcu tak naprawdę to tylko te dwa składniki). Najpierw zdecydowanie czuć smak orzeszków, później dochodzi słodycz daktyli. Po pierwszej łyżeczce stwierdziłam, że to chyba jednak nie mój smak. Po drugiej, że chyba jednak coś w nim jest. Po trzeciej, że właściwie to nawet mi smakuje. Po czwartej, że połączenie daktyli i masła orzechowego to naprawdę dobry pomysł. Po piątej... Że muszę przestać jeść, bo do puddingu nie starczy!
Myślę, że fani masła orzechowego będą zachwyceni. Ja myślę tymczasem o nieco delikatniejszym połączeniu daktyli z masłem migdałowym... Ale póki co - tylko myślę.
Pudding zrobiłam po swojemu, na maślance, przez co nie jest specjalnie słodki. Ale nie martwcie się - syrop nadrabia. Całość smakuje wyśmienicie ze świeżymi figami, ale inne sezonowe owoce też się sprawdzą (gruszki, mmm...).

Jeśli jednak macie apetyt na figi właśnie, koniecznie sprawdźcie śniadaniowe propozycje Mirabelki i Ani.

Kakaowo-maślankowy pudding chia z syropem daktylowo-orzechowym i figami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 300 ml maślanki
  • 100 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki kakao
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2-3 łyżki syropu z agawy
dodatkowo:
  • 2 figi
syrop:
(na ok 500 g)
  • 200 g suszonych daktyli (bez pestek)
  • 200 ml wrzątku
  • 75 g masła orzechowego
Przygotować syrop:
Daktyle zalać wrzątkiem, przykryć, odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać masło orzechowe, zmiksować blenderem na gładki krem. W razie potrzeby dolać nieco wody.
Schłodzić.

Maślankę, mleko i chia dobrze wymieszać (najlepiej trzepaczką), odstawić na 15 minut. Po tym czasie dodać kakao, sól i syrop, dobrze połączyć. Odstawić na noc do lodówki.

Rano pudding przełożyć do szklanek, polać syropem. Podawać z ćwiartakami fig.

Smacznego!


Syropu wychodzi więcej, niż potrzeba. Ale nie martwcie się; następnym razem powiem Wam, co zrobić z resztą (o ile po prostu nie wyjecie jej łyżeczką...).

piątek, 14 października 2016

Sernik z musem z owoców czarnego bzu

Piałam Wam już o tym, że w tym roku ogarnęło mnie prawdziwe figowe szaleństwo. Bardzo lubię te charakterystyczne w smaku i strukturze owoce, coraz bardziej - na szczęście! - popularne. 
Gdy więc przyszedł czas na urodzinowe przyjęcie, nie mogłam się powstrzymać, i coś z figami na stole po prostu musiało się znaleźć. Szczególnie, że początek września (mam małe opóźnienie z dodawaniem przepisów, wybaczcie; na osłodę powiem, że przed Wami ciągle jeszcze mój urodzinowy tort, z którego jestem niezwykle wręcz dumna) to szczyt figowego sezonu. Przed Wami więc ostatni figowy przepis w tym roku - no chyba, że jednak się skuszę i kupię na weekend te ostatnie figi, które wiercą mi dziurę w brzuchu za każdym razem, gdy w sklepie spoglądam w ich stronę.

Jak już wspomniałam wyżej - był plan na tort. I to całkiem okazały - ale w końcu przyjęć na trzydzieści osób nie organizuje się codziennie. Dla tych, którzy za tortowymi ciastami nie przepadają, albo po prostu mają chęć na coś innego, przygotowałam sernik - a jakże! Moje urodziny bez sernika byłyby przecież nieważne...
Miałam na niego na początku zupełnie inny pomysł. Mus miał być jeżynowy, z jeżyn zebranych na polance nieopodal domu. Okazało się jednak, że ktoś mnie ubiegł, i niemal wszystkie owoce wyzbierał! Dla mnie została garstka - dosłownie! Niewiele się z tego dałoby zrobić, a już na pewno nie mus na mój całkiem sporych rozmiarów sernik. Co robić...? 
Poszłam do sklepu w nadziei, że dostanę jeżyny mrożone. Oczywiście, wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, i na stanie były tylko truskawki, maliny i jagody. Nawet mieszanki owoców leśnych zabrakło. Obraziłam się więc na sklep, i w drodze powrotnej do domu dumałam, co by tu teraz zrobić. Aż tu nagle w oczy wpadła mi gałązka intensywnego w kolorze, idealnie dojrzałego czarnego bzu.
Ha!
Weszłam w krzaki, nazbierałam niewielki woreczek dobroci, i podniesiona na duchu wróciłam do domu. Oczywiście w ferworze pieczenia zapomniałam o dżemie, który zamiast pod masą sernikową, wylądował pomiędzy nią a musem. Nic się jednak nie stało - ciasto wyszło tak pyszne, że zniknęło niemal całe, a ja usłyszałam tyle pochwał, że na te trzydzieste urodziny urosłam dobre dwa centymetry!

Chrupki, ciasteczkowy spód, idealnie kremowa i rozpływająca się w ustach masa serowa, dżem figowo-winogronowy o bajecznym kolorze i intensywnym smaku, a to wszystko wieńczy bogaty i zaskakujący mus z owoców czarnego bzu. No powiedzcie sami - czy to nie coś wspaniałego...?
Wiem, że nieładnie się tak chwalić, ale ten sernik wyszedł naprawdę fenomenalny. Spróbujcie koniecznie!
I nie martwcie się, że już po sezonie na czarny bez. Jeśli macie sok - wykorzystajcie go do zrobienia musu. Będzie tak samo pysznie!

Sernik z musem z owoców czarnego bzu i dżemem figowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 190 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 800 g serka kremowego
  • 500 g serka mascarpone
  • 250 g cukru
  • 350 ml śmietany kremówki (36%)
  • 4 jajka
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii

mus z owoców czarnego bzu:
  • 120 g owoców czarnego bzu
  • 75 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 ml wody
  • 3 listki żelatyny
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

dekoracja:
  • 3 figi
  • 12 ciemnych winogron

Ciastka dokładnie pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, a następnie masą ciasteczkową, ugniatając ją dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, cukrem, kremówkę, jajka i wanilię zmiksować na gładki krem, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 70-80 minut, aż wierzch sernika będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Owoce czarnego bzu zagotować z cukrem, sokiem z cytryny i wodą. Gotować na małej mocy palnika przez około 15 minut.
W tym czasie namoczyć żelatynę w zimnej wodzie.
Owoce zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Dodać żelatynę, dokładnie wymieszać, aż do jej rozpuszczenia.
Ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do ostudzonych owoców.

Na serniku rozsmarować dżem, następnie wyłożyć mus, wyrównać wierzch.
Schłodzić w lodówce przez kilka godzin, najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem udekorować figami i winogronami.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Dobrze było wrócić do pracy, ale już ten pierwszy tydzień dał mi się we znaki. Odzwyczaiłam się od stania po dziesięć, dwanaście godzin dziennie... 

czwartek, 13 października 2016

Dżem z fig. I kilka słów o powrocie

Wróciłam do domu, i nie ruszam się stąd przez najbliższe cztery miesiące. Oczywiście, będę jeździć do pracy, może nawet czasem kogoś odwiedzę ot tak, dla przyjemności; wybiorę się od czasu do czasu na spacer czy na zakupy. Jednak co wieczór będę wracała, będę spała we własnym łóżku i jadła śniadanie przy stole w kuchni, z widokiem na pobliskie pola, jarzębiny i śliwę sąsiadów. Internat zostawiłam za sobą z westchnieniem ulgi i szczerą radością. Poczucie zamknięcia w czterech ścianach (dosłownie!) mocno dawało mi się we znaki. Brakowało mi przestrzeni, własnego piekarnika, w którym mogłabym upiec ciasto, na które akurat mam ochotę, a nade wszystko - prywatności. Obcy ludzie co chwilę pukający do moich drzwi, posiłki jedzone wśród dziesiątek podobnych mi, zagubionych dusz i obowiązek wkładania butów za każdym razem, gdy chciałam iść zaparzyć sobie herbaty. Nie jestem pewna, czy zniosłabym kolejny miesiąc tak od razu. Chyba nie...

Teraz siedzę przy stole w jadalni, zupełnie sama w wielkim, cichym domu. Te wszystkie metry kwadratowe, po których mogę spacerować, nie niepokojona przez nikogo! Moje bajeczne łóżko, z włączonym już ogrzewaniem (kiedy zrobiło się aż tak zimno...?), czajnik, który czeka tylko na mnie, kanapa, na której mogę się wygodnie rozłożyć bez obawy, że zabieram komuś miejsce. Oj tak - własne cztery kąty (symboliczne tym razem) to moja świętość i ostoja. Lubię ludzi (czasami), ale jednak mam duszę samotnika. Introwertyka - że się tak skomplikowanie wyrażę. Lubię budować swój własny świat i nie lubię, gdy ktoś wpada mi weń nieproszony. 

Wykorzystując możliwości, jakie daje posiadanie kuchni, zabrałam się za pieczenie i kolejne przetwory. Sezon na te drugie powoli się kończy; coraz zimniej, coraz ciemniej, coraz mniej sezonowych warzyw i owoców. Trzeba więc korzystać, póki się da!

U mnie znowu figi - w tym roku sięgałam po nie wyjątkowo często. Uwielbiam ich delikatny, słodki smak i miliony drobnych pesteczek pękających między zębami. Tym razem zamknęłam je w słoikach w doborowym towarzystwie jabłek z pobliskiej jabłonki i aromatycznego kardamonu. Kardamon do jabłek pasuje znakomicie (według mnie tak samo dobrze jak cynamon, a może nawet lepiej), z figami również komponuje się wybornie. Gdy więc szukałam odpowiedniego akompaniamentu dla owoców, nie wahałam się długo.
Dżem wyszedł boski! Cudownie aromatyczny, delikatny i słodki. Do naleśników nadaje się idealnie, do nadziewania słodkich, drożdżowych bułeczek chyba jeszcze bardziej.
Jeśli macie ochotę zamknąć takie cudo w słoiczkach, spieszcie się! Figi bowiem zaraz znikną ze sklepowych półek...

Dżem figowo-jabłkowy z kardamonem


Składniki:
(na 4 słoiki)
  • 700 g świeżych fig
  • 850 g jabłek
  • 400 g cukru
  • 2 łyżeczki mielonego kardamonu

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Od fig odciąć twarde końcówki, pokroić owoce w ósemki. 
Przełożyć owoce do garnka, dodać cukier i kardamon, wymieszać. Gotować około 60 minut, mieszając od czasu do czasu, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków, zakręcić, odwrócić do góry spodem i zostawić do ostygnięcia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Tak mi się jakoś na jesień zebrało na robienie przetworów. Mam jeszcze kilka planów, choć nie wiem, czy uda mi się ze wszystkim zdążyć... Trzymajcie kciuki!

środa, 5 października 2016

O cieple domowego ogniska. I cynamonowe ciasto ze śliwkami

Gdy zdecydowaliśmy się z C. na kupno domu, przeglądając ogłoszenia szybko stwierdziliśmy, że musimy ustalić jakieś kryteria. Ogłoszeń bowiem jest cała masa; większość zupełnie nas nie interesowała, nie było więc sensu tracić na nie czasu. Tym sposobem stworzyliśmy dość długą listę naszych wymagań; niektóre z domów, które zdecydowaliśmy się obejrzeć, nie spełniały ich wszystkich, ale miały w sobie coś czarującego, co sprawiało, że i tak mieliśmy ochotę zapoznać się z nimi bliżej. Jeden miał cudowne półokrągłe okna, ale okazał się niesamowicie brudny i za mały, a jedna łazienka po prostu nie ma racji bytu. Kolejny był piękny, z drzwiami i ramami okiennymi z ciemnego drewna, rustykalny i przytulny. Jednak znów tylko jedna łazienka i schody na piętro, które mogłyby konkurować z niejedną drabiną. Mogłabym tak wymieniać długo, bo całkiem sporo wycieczek w celu oglądania domów odbyliśmy. 
Skupmy się jednak na naszej liście: dwie łazienki, w tym jedna z wanną lub możliwością jej wstawienia; duża, jasna kuchnia, koniecznie z miejscem na stół; duży, a jednocześnie przytulny salon, obowiązkowo z kominkiem. Dom, który po miesiącach dylematów w końcu kupiliśmy ma to wszystko. A nawet więcej. Jednak to kominek był tym, co intrygowało mnie najmocniej.

Wychowałam się w bloku, nigdy kominka nie miałam. 
Przeprowadzaliśmy się w czerwcu; upały moje myśli od kominka skutecznie odsunęły. Gdy jednak w ostatni wrześniowy weekend pogoda nagle się zepsuła, deszcz nie pozwalał na dłuższy spacer z Ptysią, a wiatr szumiał wśród ostatnich liści na naszej jabłonce, namówiłam C. na rozpalenie w kominku. Tak naprawdę określenie namówiłam nie oddaje w pełni zaistniałej sytuacji; ja tylko wspomniałam, że mógłby to być całkiem niezły pomysł, a C. już biegł do szopki po drewno. Tym sposobem popołudnie spędziliśmy na sofie, opatuleni kocykami, z kubkami gorącej herbaty w zasięgu rąk, wpatrując się w wesoło trzaskający w kominku ogień. Gratulowałam nam obojgu gorąco nieustępliwości w szukaniu domu idealnego; kominek bowiem zapewnia zupełnie inny rodzaj ciepła niż kaloryfery. To ciepło, które rozgrzewa duszę. Nie można go porównać z niczym innym; no może z ciepłem piekarnika, gdy w środku piecze się cynamonowe ciasto ze śliwkami...

Sezon na śliwki trwa w najlepsze, ten na figi powoli się kończy. W międzyczasie zobaczyłam u Komarki przepis na bajecznie proste i niesamowicie kuszące ciasto z letnimi owocami. Przerobiłam go więc po swojemu, dodałam nieco cynamonu, żeby nabrało bardziej jesiennego charakteru, a na wierzchu ułożyłam fioletowe dary jesieni. Pachniało tak, że nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie je pokroić. Okazuje się, że połączenie cytryny z cynamonem jest zaskakująco trafione - mimo, że pozornie do siebie nie pasują, uzupełniają się w nieopisywalny sposób. Do tego soczyste owoce, i uwierzcie - nie można się od tego ciasta oderwać.
Po prostu musicie tego spróbować!

Cytrynowo-cynamonowe ciasto ze śliwkami i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 jajka
  • 150 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 200 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 3 świeże figi
  • 3 śliwki

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cynamonem.
Jajka ubić z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, a następnie partiami dodawać mąkę.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół figi i śliwki bez pestek.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!


Nie wiem, jak to się dzieje, że niektóre przepisy, choć kuszą mnie ogromnie, czekają całymi latami na wypróbowanie. Inne po prostu rozgaszczają się w mojej kuchni natychmiastowo, robią się wręcz same. Tak było z tym ciastem - kilka minut roboty, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Spróbujecie...?

czwartek, 29 września 2016

Tymianek i figi. Tarta

Wszyscy bezustannie pytają mnie o to, jak mi jest w tej szkole. Dobrze - odpowiadam; bo jak ma być? Można wylegiwać się w łóżku do niemal siódmej, co oznacza, że nie muszę się kłaść spać o dwudziestej (najpóźniej!) i mam czas poczytać przed snem. Karmią - nie najlepiej, ale z tym nic się zrobić nie da. Z głodu nie umrę, a może niechcący trochę schudnę...? Nie byłoby źle. Zajęcia są przyjemne; wszystko toczy się w leniwym tempie, jest czas na wszystko i dla wszystkich. Z chlebami uwinęliśmy się w trzy dni; od dzisiaj więc zaczynamy przygodę z rzeźbami z czekolady i karmelu. Szczególnie na myśl o tym drugim niecierpliwie przebieram łapkami; do tej pory bowiem z karmelu robiłam co najwyżej nitki... Oj, będzie się działo!

Jednocześnie (a odkrycie to wprawiło mnie w stan niekłamanego zdumienia) nie mogę się doczekać, żeby wrócić do pracy. Do domu, już na stałe, a nie tylko na weekend, oczywiście też. Przede wszystkim właściwie. Okazuje się jednak, że w środowisku pracowniczym jest mi po prostu lepiej. Z natury jestem nieśmiała; dużo czasu zajmuje mi przyzwyczajenie się do nowych ludzi. W piekarni wiem, na czym stoję, znam wszystkich i wiem, czego się mogę spodziewać. Tutaj nowi koledzy są ciągle wielką niewiadomą; tęsknię za tym, co znam, za utartymi schematami; za codziennością. 

I za C. Niby dorosła ze mnie kobieta, a tu proszę - zachowuję się jak zakochana nastolatka, codziennie rano wysyłam smsa z serduszkiem i wieczorem gadam przez telefon całymi godzinami. No kto by się spodziewał...? Ja na pewno nie. 
Takie spojrzenie z dystansu (dosłownie) sprawia, że człowiek zaczyna inaczej patrzyć na sprawy; zaczyna bardziej doceniać to, co ma. Hmm... Może nie bardziej, ale bardziej świadomie. Tak, to dobre określenie. Zobaczyłam, ile mam, i jak okropnie byłoby to stracić.

Ale nie popadajmy w melancholię. Jesień jesienią, ale trzymać się przecież jakoś trzeba.
Dziś mam dla Was fantastyczne ciasto, które na blogu Cioccolato Gatto urzekło mnie już cztery lata temu. Absolutnie bajeczna tarta wręcz uginająca się pod świeżymi figami - sami powiedzcie, czy można się temu oprzeć...? Ciągle jednak brakowało mi jednego, kluczowego składnika: dżemu figowego. Krem z mascarpone jest obłędnie pyszny i kremowy, ale jednocześnie dość konkretny; ciężki. Z łatwością mógłby przyćmić delikatny smak fig. Żeby temu zapobiec, potrzebny jest najlepszej jakości figowy dżem, który cały wypiek ożywi. Ja zrobiłam własny, z dodatkiem winogron, ale możecie użyć dowolnego rodzaju. Odradzałbym jednak te kupne - brakuje im pazura; tego czegoś, co wyniesie tę tartę na zupełnie nowy poziom.
Całość nie jest trudna w przygotowaniu; subtelna tymiankowa nuta pasuje tutaj zaskakująco dobrze. Jeśli chcecie uzyskać wyraźniejszy kontrast, postawcie na rozmaryn - być może wyjdzie nawet lepiej...? 
Tak czy inaczej - polecam Wam to ciasto ogromnie. Korzystajcie z sezonu na figi - jest taki krótki! Za chwilę znowu będzie trzeba czekać rok...

Tarta z kremem tymiankowym i figami


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 175 g mąki pszennej
  • 50 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 żółtko
krem tymiankowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 6 gałązek tymianku
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 łyżka płynnego miodu
dodatkowo:
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi. Schłodzić w zamrażarce 15-20 minut.

Ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.

Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Piec w 200 st. 6-8 minut, aż ciasto nabierze złotego koloru.
Ostudzić.

Kremówkę przelać do rondelka, dodać tymianek i zagotować. Zdjąć z palnika, przykryć i odstawić na 30-60 minut. Odcedzić, schłodzić w lodówce przez noc.

Kremówkę ubić z mascarpone i miodem na sztywny krem.

Kruchy spód posmarować dżemem, na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce przez 15 minut.
Na kremie ułożyć pokrojone w ósemki figi, udekorować świeżymi gałązkami tymianku.

Smacznego!

Tymczasem moje autko jest już prawie jak nowe; w dodatku mój budżet nie został nadszarpnięty aż tak dotkliwie, jak się spodziewałam. Kto choć raz próbował naprawiać samochód w Danii ten wie, że w pewnym momencie w głowie pojawia się nieproszona myśl: A może lepiej oddać na złom i kupić nowy...? 
Oczywistą odpowiedzią jest nie, ale czasem zdarza się inaczej.
To już jednak zupełnie inna historia...

czwartek, 22 września 2016

Jesienny sernik z figami

Pierwszy dzień jesieni. W tym roku kalendarzowa wyjątkowo zgrała się z tą rzeczywistą, którą niepewnie obserwuję przez szyby zasnute cienkimi nitkami pajęczyn. Kaledarz nie kłamie; od dzisiaj nie możemy obrażać się na mgły, deszcze, chłodne poranki i wieczory. Pogodziłam się z tym w tym roku wyjątkowo bezboleśnie; wrzesień rozpieszczał nas słońcem i letnią pogodą; cudownie było ciągle móc nosić sandały i letnie sukienki. Jednocześnie zdążyłam się już stęsknić za ciepłymi swetrami i puchatymi skarpetkami w paski i gwiazdki; zakładam je z prawdziwą przyjemnością, wtulam się w ich kojące ciepło i miękkość. 

Atrybutów jesieni jest wiele - liście zmieniające barwy, a później ścielące się pod nogami kolorowym, szeleszczącym dywanem; coraz krótsze dni i długie wieczory zachęcajce do umoszczenia się w wygodnym fotelu pod ulubionym kocem, a także gruntowne zmiany na straganach. Ostatnie późne odmiany malin, jeżyny i morele ustępują miejsca dyniom, gruszkom, jabłkom, śliwkom i, oczywiście, figom. Te ostatnie, ciągle jeszcze dość drogie, stają się coraz bardziej popularne w naszym kraju. Dla mnie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia; początkowo figi wydały mi się mdłe, irytujące z tą niezliczoną ilością drobniutkich pesteczek uporczywie wchodzących między zęby, choć jednocześnie zachwycające niecodziennym kształtem i pięknym, intensywnym kolorem. Chyba właśnie dlatego nie poddałam się, ale dałam im jeszcze jedną szansę. Skarmelizowane na patelni z lodami waniliowymi podbiły moje serce. Dzisiaj nie wyobrażam sobie jesieni bez fig; czekam na nie niemal tak samo tęsknie jak na dynie. W tym roku puściłam wodze fantazji, i nie bacząc na zawartość portfela, namiętnie kupowałam te fioletowe kule. Był jeden dżem, potem drugi; jeden sernik, i następny. A także ucierane ciasto i obłędnie pyszna tarta. Od czego mam więc zacząć...?

Od sernika, oczywiście. 

Ten jest rezultatem mojej radosnej twórczości; chciałam w nim połączyć smaki bliskowschodnie tak, żeby znalazły uznanie także w europejskich podniebieniach. Jest więc kardamon i konfitura z róży, które z figami komponują się wybornie.
Sernik wyszedł niesamowicie kremowy i delikatny, po prostu rozpływa się na języku. Pięknie pachnie i delikatnie smakuje kardamonem. Do tego kwiatowa nuta, i oczywiście figi w karmelu. Jest uroczy i obłędnie pyszny. 
Spróbujecie...?

Sernik kardamonowy z różą i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 500 g serka kremowego
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 4 jajka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 100 g konfitury różanej

wierzch:
  • 400 g świeżych fig
  • 50 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)

Ciastka dokładnie pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciastka, dokładnie ugnieść. Schłodzić w lodówce 15 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, cukier, kardamon, jajka i śmietanę zmiksować tylko do połączenia składników.
Na podpieczonym spodzie rozsmarować konfiturę, na wierzch wyło¿yć masę serową.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut. 
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec około 1 godziny, aż wierzch sernika będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku.

Figi pokroić w plastry grubości 4 mm. 
Na patelni skarmelizować cukier. Na karmelu ułożyć figi, zalać wodą. Podgrzewać z każdej strony przez około 1/2 minuty - owoce mają być miękkie, ale nie mogą się rozpadać. Ułożyć figi na serniku.
Do gorącego sosu dodać kremówkę, wymieszać, podgrzewać jeszcze chwilę. Sos przelać do garnuszka, polewać nim kawałki ciasta na talerzykach.

Smacznego!

Ostatnio w ogóle stawiam na serniki (nie tylko z figami). Uwielbiam je jeść, a jeszcze bardziej piec - możliwości wariacji smakowych przyprawiają o zawrót glowy! A wychodzą... Zawsze. Nie wierzcie tym, którzy przekonują Was, że serniki piecze się trudno. Owszem, wymagają naszej uwagi i wyczucia odpowiedniego momentu na wyjęcie z piekarnika; i choć pieką się długo, to pracy właściwej przy nich niewiele. 
Upieczcie sobie sernik, koniecznie!

poniedziałek, 19 września 2016

Złośliwość rzeczy martwych i dżem figowo-winogronowy

Zapewne pamiętacie (a jak nie, to zaraz Wam przypomnę), że już od ponad tygodnia mieszkam w internacie. Jest to niezwykłe wręcz doświadczenie dla osoby, która takiego stanu rzeczy doświadczyła po raz pierwszy krótko po okrągłych, trzydziestych urodzinach. Zamiast w nowo kupionym domu, gdzie można się gonić lub bawić w chowanego (jeśli ktoś ma taki kaprys), przesiaduję w pokoiku z łazienką, gdzie z założenia tylko połowa metrów kwadratowych przeznaczona jest dla mnie. Tym razem się udało i współlokatora nie mam, ale i tak jest mi dziwnie. Siedzę więc sobie sama, w dziwnie dzowniącej w uszach ciszy, gdzie dźwięk pracującego laptopa wydaje się być ogłuszający, i... Czytam. Bo rzeczony laptop już we wtorek, czyli dzień po przyjeździe, stanowczo odmówił współpracy. Czarny ekran był nieprzejadnany: ani prośby, ani groźby, ani klikanie gdzie popadło nie pomogły. Po dłuższej rozmowie z Tatą i organoleptycznym sprawdzeniu stanu nieszczęsnego urządzenia przez C., postawiono diagnozę: trup. Znaczy coś by się tam dało zrobić, ale z ekonomicznego punktu widzenia bardziej opłaca się pójść do sklepu i nabyć nowy. Tak też zrobiliśmy - po konsultacji z panem sprzedawcą C. wybrał dla mnie coś zupełnie innego. Czy jestem zadowolona? Szalenie! Działa!
Nie mam dużych wymagań w tej kwestii, a póki co mogę sobie oglądać przepisy, sprawdzać pocztę i pisać bloga. To ostatnie jest swego rodzaju wyzwaniem, gdyż, wbrew woli, zostałam szczęśliwą posiadaczką laptopa z duńską klawiaturą i systemem operacyjnym w tymże języku (pytanie dla obytych: da się to jakoś zmienić...?). Pisanie po polsku jest więc swego rodzaju wyzwaniem. Ale czego się dla bloga nie robi...

Tym samym wytłumaczyłam tygodniową ciszę i kolejne opóźnienia w publikacjach: z nowym sprzętem musimy się dotrzeć, poznać i zrozumieć. I jestem pewna, że nie uda nam się to w jeden wieczór. Ani dwa. Cierpliwości więc życzę - przede wszystkim sobie.

Tymczasem mam dla Was absolutnie obłędny dżem. Kupiłam sobie fig w promocji, i pierwszy raz postanowiłam przeznaczyć je na dżem właśnie. Do tej pory bowiem nijak mi się to nie opłacało.
Porcja nie jest duża - ot, żeby posmakować, co i jak. A jak już spróbujecie, gwarantuję - będziecie chcieli więcej. Dżem ten bowiem ma nie tylko przepiękny kolor, ale smakuje wprost wyśmienicie. Figami, winogronami; wakacjami. Coś wspaniałego!

Przepis znazałam w magazynie Bage og sylte, nr 2/2016, z którego, jestem pewna, skorzystam jeszcze nie raz, bo przepisy kuszą niesamowicie.

Dżem figowo-winogronowy


Składniki:
(na 3 słoiczki)
  • 400 g fig
  • 400 g ciemnych winogron bez pestek
  • 300 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny

Figi pokroić w ósemki, winogrona wzdłuż na połowy. Przełożyć do garnka, zasypać cukrem, dodać sok i skórkę z cytryny. Wymieszać. Odstawić na 2 godziny do lodówki.
Po tym czasie gotować przez 30-40 minut, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji. 
Przełożyć dżem do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcić i odstawić do góry spodem do wystudzenia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


Razem ze starym komputerem w zapomnienie odeszły kolekcjonowane przez lat siedem zakładki. Najpierw wpadłam w panikę, później w lekką rozpacz, a na końcu stwierdziłam, że może to i lepiej...? I tak niemal z nich nie korzystałam, bo tyle ich było. I bałagan miałam w nich potworny. Teraz zaczynam z czystą kartą, od nowa. 
Czasem przydaje się takie oczyszczenie. 
Choćby w kwestii zakładek...

czwartek, 8 października 2015

Figi raz jeszcze. W duecie z malinami

Jak pewnie zauważyliście (a może i nie; skąd ja mam to właściwie wiedzieć...?), na blogu zaszły małe zmiany. Od dawna już nosiłam się z zamiarem przemeblowania, ale że tego typu zajęcia nie są moją mocną stroną, zwlekałam, jak tylko się dało. W końcu jednak przyszła jesień, samotne wieczory zaczęły się dłużyć niemiłosiernie, zebrałam więc w sobie całą motywację, jaką tylko potrafiłam znaleźć, i zabrałam się za zmianę szablonu.
Może nie jest szałowy i zupełnie inny niż wszystkie, ale mi się podoba. Bardziej od poprzedniego. Jest prosty i przejrzysty, taki... Bo ja wiem? Elegancki chyba. I prezentuje się nieco bardziej profesjonalnie od poprzedniego (niech żyje minimalizm!).

I teraz mam do Was, moje Robaczki, pytanie. Co o tym myślicie? Jest lepiej, gorzej, a może bez różnicy? Podobają Wam się większe zdjęcia, czy uważacie, że nie powinnam nimi zbytnio epatować? Powinnam coś jeszcze zmienić, dodać, usunąć?
Będę wdzięczna za wszelkie sugestie; skoro już zabrałam się do działania, chciałabym wszystko dopracować, jak najlepiej się da. Żeby blog cieszył oczy, ale żeby był też funkcjonalny (to drugie jest chyba nawet ważniejsze...). 
Więc: co myślicie...?

Żeby Was zachęcić do odpowiedzi, podzielę się przepisem na ciasto, które skradło nasze serca.
Przepis znalazłam na blogu Taste food, prowadzonym przez Amerykankę, która po podróży przez Francję, Anglię, Szwajcarię i Danię (z tej ostatniej przywożąc sobie męża), wróciła do rodzinnego kraju. W jej przepisach mieszają się więc wszystkie te kultury, chyba dlatego łatwiej mi znaleźć coś dla siebie. Choć dawki cukru z pewnością są typowo amerykańskie! Zmniejszyłam więc jego ilość, dopasowując ją do naszych, bardziej europejskich, podniebień. 

Dzięki dodatkowi mąki kukurydzianej, ciasto ma piękny, żółty kolor. Wyszło niesamowicie mięciutkie i puszyste, jak gąbeczka! Dzięki pieczeniu do góry nogami, mogło sobie spokojnie wyrosnąć... Wierzch (choć w zasadzie spód) stanowi mieszanina fig i malin zatopionych w słodkim karmelu. Poezja, mówię Wam!

Ciasto nie tylko bajecznie smakuje, ale też pięknie wygląda. Naprawdę, z przyjemnością się na nie patrzy. Śmiało możecie podać je gościom do popołudniowej kawy, nikt nie będzie rozczarowany.

Odwracane ciasto z figami i malinami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 230 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 4 jajka
  • 120 ml maślanki
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 245 g mąki pszennej
  • 60 g mąki kukurydzianej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 60 g masła
  • 150 g cukru
  • 4 figi
  • 150 g malin
Dodatkowy cukier skarmelizować w garnku o grubym dnie. Gdy nabierze złoto-brązowej, dość głębokiej barwy, dodać pokrojone w kostkę masło. Wymieszać, aż powstanie gładka masa.
Przelać karmel do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. 
Figi pokroić na grube plastry. Poukładać je na karmelu, przestrzenie pomiędzy wypełnić malinami.
Odstawić.

Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i skórką z cytryny.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. 
Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miksując na najniższych obrotach miksera.

Gotowe ciasto wylać na owoce.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.

Przestudzić w formie przez 10-15 minut, następnie zdjąć obręcz tortownicy. Na cieście położyć talerz, szybko obrócić tak, żeby spód formy znalazł się na wierzchu. Zdjąć z ciasta papier, zostawić do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!


Tymczasem październik postanowił pokazać swą prawdziwą twarz: pada, wieje i zupełnie już nie chce wychodzić się z domu. 
A czasem trzeba, niestety...