Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Placki i naleśniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Placki i naleśniki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

Racuchy na leniwe śniadanie. Z gruszkami

Jak się człowiek wyśpi, to od razu zaczyna mu się chcieć.
Ja przynajmniej właśnie tak mam. Dziesięć godzin nieprzerywanego niczym snu, zakończone wygramoleniem się z pościeli z własnej i nieprzymuszonej woli - oto, czego było mi trzeba. Od rana czułam, że mogę góry przenosić. Ponieważ mieszkam w Danii, a tu nawet o pagórki ciężko, zamiast dźwiganiem, zajęłam się odkurzaniem, zmienianiem pościeli, ogarnianiem i na nowo brudzeniem kuchni. Szczególnie to ostatnie zajęcie sprawiło mi dużo przyjemności i zaowocowało pyszną kawą, pączkami i tartą. Ach, jak mi było dobrze! W końcu mogłam zrealizować pomysły, które chodziły już za mną od jakiegoś czasu i wykorzystać zawartość mojej ulubionej szuflady w lodówce - tej przeznaczonej na owoce. Plany na jutro też mam - bardzo ambitne. C. w pracy od dziesiątej do dziewiętnastej, więc czasu mam sporo; dom jest czysty i pachnący, więc bez wyrzutów sumienia będę się mogła oddać przyjemnościom. 

Tymczasem już w poniedziałek zaczynam kolejny okres szkolny. Dziwne jest to, że na stronie nie ma jeszcze planu. A jest sobota wieczór. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieli... Cóż, dowiem się już niedługo.

Z racji wolnej soboty i długiego, leniwego poranka, postanowiłam przygotować na śniadanie coś ekstra. Miałam resztę opakowania drożdży (znaczy się rano miałam jeszcze całe opakowanie, ale trzydzieści gram było odgórnie przeznaczone na pączki), dwie gruszki i chęci do działania. Przygotowałam więc racuchy - rzecz prosta i w zasadzie niewymagająca, ale jak to drożdżowe ma w zwyczaju, bez czasu na wyrastanie się nie uda. Zanim więc jeszcze umyłam zęby, przygotowałam rozczyn i zmiksowałam ciasto. Gdy ono wyrastało w ciepełku, ja poddałam się porannym ablucjom, C. wyprasował sobie koszulę do pracy, a psy uważnie obserwowały ogród w oczekiwaniu na stałego gościa - kota białego w czarne łaty - którego by można obszczekać. 
Później już tylko smażenie, oprószenie cukrem pudrem (ewentualnie polanie syropem klonowym - co kto lubi), i można się było cieszyć ciepłym, słodkim śniadaniem. 

Racuchy są mięciutkie i puszyste, soczyste od owoców, z lekkim aromatem cynamonu w tle. Same w sobie niezbyt słodkie, doskonale smakują z dodatkami. I choć wymagają czasu, w wolny weekend zdecydowanie warto podjąć to wyzwanie - są pyszne! Idealny sposób na rozpoczęcie efektywnej soboty.

Cynamonowe racuchy z gruszkami


Składniki:
(na około 15 racuchów)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 20 g cukru
  • 175 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 2 gruszki

dodatkowo:
  • olej do smażenia
  • cukier puder

Mąkę przesiać do miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i zalać połową mleka. Odstawić do wyrośnięcia na 10-15 minut.
Po tym czasie dodać pozostałe mleko i cukier, jajko i cynamon. Wyrobić ciasto - będzie się mocno lepiło. 
Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kosteczkę. Dodać do ciasta, wymieszać łyżką lub dłonią, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie na patelni rozgrzać tłuszcz. Ciasto nabierać mokrą łyżką (dzięki temu nie będzie się kleić), wykładać porcje na rozrzaną patelnię. Smażyć na średniej mocy palnika przez około 90 sekund z każdej strony.
Podawać gorące, oprószone cukrem pudrem.

Smacznego!


A jutro znów muszę się pakować... Szczerze mówiąc, nieco mi się już to ciągłe pakowanie i rozpakowywanie znudziło.
Na szczęście niedługo koniec...

wtorek, 14 listopada 2017

Psi sposób na listopad i placuszki z syropem mandarynkowym

Pączusia, znana też jako Pożeracz Niewinnych Krasnali (kiedy nie było nas w domu, dorwała mojego najnowszego pluszowego renifera i... Ujmijmy to tak: po tym spotkaniu stracił chłopak całą swoją reniferowatość), ostatnio zapałała niesamowicie intensywnym uczuciem do starego swetra C. Właściwie wcale nie jest taki stary; po prostu mój Małżonek najwspanialszy utytłał rękawy kawą (chyba; pewności żadne z nas nie ma) i wrzucił rzeczony sweter do kosza na brudną bieliznę. Ja plam nie zauważyłam, sweter wyprałam w gorącej wodzie... I nie udało się go uratować. Swetra. C. żyje i ma się dobrze, choć został ofukany z każdej możliwej strony. 
Na całym zdarzeniu zyskała Pączusia; dostałą sweter do przytulania. W jej przypadku bowiem w grę nie wchodzą jakiekolwiek pluszowe psie zabawki; wszystkie rozkłada na części pierwsze z szybkością błyskawicy. A ja później muszę zbierać puchate, białe farfocle po całym domu. Powiedziałam więc dość. Sweter okazał się być dużo bardziej odporny na rozrywanie, miętolenie i ciamkanie, a przez to też zdecydowanie ciekawszy. Chodzi więc z nim teraz wszędzie, plącze się jej między łapami, ale w ogóle jej to nie zniechęca. W tej chwili próbuje mi go wetknąć do ust; chyba uważa, że skoro jej gryzienie tak bardzo umila czas, to ja też powinnam spróbować. 
Hmm... W takich chwilach naprawdę się cieszę, że Ptysia i Pączusia są stosunkowo małe; nie wiem, czy z większymi potworami z takim charakterkiem potrafiłabym sobie poradzić...

Chwilę po ósmej obudziły mnie gęste krople deszczu zaciekle zacinające w szyby i dach. Leżałam w łóżku między dwoma ciepłymi, równo oddychającymi ciałkami. Bardzo się cieszyłam, że mogę pozwolić sobie na chwilę nic nierobienia, słuchania deszczu i cieszenia się chwilą. Na co dzień brakuje mi momentów totalnego spokoju i rozluźnienia; ciągle jest coś do zrobienia, do załatwienia, do nie-zapomnienia...
Kiedy już wydostałam się spod kołdry i psów, przywdziałam puchate, różowe skarpetki i gruby sweter, stwierdziłam, że pora na śniadanie. Ale nie takie na szybko, w biegu. Jedyny wolny dzień w tygodniu należy zacząć odpowiednio; celebracja śniadania wydaje się być doskonałym pomysłem.
Przygotowałam więc delikatne placuszki z tartym jabłkiem i syropem korzenno-mandarynkowym. Czyż nie brzmi to wyjątkowo kusząco...? Placuszki wyszły mięciutkie i soczyste, a syrop jest tak aromatyczny, że planuję przygotować większą porcję, zamknąć w buteleczce i dodawać do herbaty w te mroczne, listopadowe popołudnia. Już sam jego optymistyczny, intensywnie pomarańczowy kolor poprawia humor, a jeśli dodać do tego słodki,mandarynkowy smak z korzenną nutą, po prostu trzeba się uśmiechnąć.

Placuszki z jabłkami i syropem korzenno-mandarynkowym


Składniki:
(na około 15 placuszków)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 45 g cukru
  • 2 jajka
  • 80 ml oleju
  • 200 ml mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jabłka
syrop:
  • 40 g miodu
  • sok z 3 mandarynek
  • laska cynamonu o długości 5 cm
  • 2 goździki
  • 3 kapsułki kardamonu
  • 1 gwiazdka anyżu
Najpierw przygotować syrop:
miód, sok z mandarynek, cynamon, goździki, anyż i lekko zgnieciony kardamon umieścić w rondelku. Zagotować, zmniejszyć ogień i podgrzewać syrop, aż osiągnie pożądaną konsystencję - około 10 minut.

W tym czasie przygotować placuszki:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą i cukrem.
Jajka roztrzepać, dodać olej, mleko i ekstrakt. 
Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać do jajek i mleka, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszac łyżką.

Smażyć placuszki na rozgrzanej patelni z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać polane syropem.

Smacznego!

Ja tymczasem zabieram się do pieczenia; drożdżówka na jutro do pracy nie zrobi się sama...

wtorek, 24 października 2017

O prądowych pieszczotach, czyli lepsze coś niż nic. I placuszki z figami

Z C. widujemy się rzadko. Niby razem mieszkamy, niby nawet jesteśmy po ślubie, ale wszystko zostało po staremu. On pracuje popołudniami, ja nocami i porankami, i tak się w tym naszym wspólnym życiu mijamy. Ale nie narzekam; przynajmniej trochę potrwa, zanim się sobą znudzimy. 
Ostatnio w pracy z zakamarków zaplecza wyciągnęliśmy podgrzewacze do czekolady. Nie mam pojęcia, czy tak to się naprawdę po polsku nazywa (ale to już temat na inny wpis); chodzi mi o garnki z wbudowaną grzałką. Podłącza się taki do prądu przed pójściem do domu, na nim ustawia miskę z czekoladą, a rano czekolada o temperaturze czterdziestu pięciu stopni czeka cierpliwie na zatemperowanie. Problem pojawił się w momencie podłączania... Ja wtyczkę do gniazdka, a gniazdko: bzzzt! Przepływający prąd poczułam aż w łopatce! Szczerze mówiąc, nie pamiętam, żeby kiedyś mi się coś takiego przytrafiło. Dla tych, którzy mają jakieś wątpliwości: zdecydowanie nie polecam.
Choć ponoć zawsze lepsze coś niż nic...

W domu zrzędziłam przez dwa dni tak, że w końcu C. zaproponował wizytę u lekarza. Ale wiecie, jacy są duńscy lekarze; polecają picie gorącej herbaty w dużych ilościach i spanie przy otwartym oknie, a jeśli pacjent jest w stanie niemal agonalnym - penicylinę. Odpuściłam więc temat, jęczeć przestałam, a następnego dnia i tak samo przeszło.

Choć, muszę przyznać, do naszych podgrzewaczy podchodzę teraz bardzo nieufnie.

Tymczasem, jako że tradycja wolnego wtorku obowiązuje, mam dla Was propozycję na pyszne, leniwe śniadanko.
Przygotowałam je z ostatnich już chyba w tym roku fig (wszystko, co dobre, szybko się kończy...). I choć ten sezon wykorzystałam w pełni, to i tak, myślę sobie, mogłabym przygotować coś jeszcze... Wracając jednak do placuszków; dzięki dodatkowi karmelowego budyniu i ciemnego cukru mają cudowny, karmelowy posmak, świetnie się z figami komponujący. Są puszyste, delikatne i nie bardzo słodkie, co nadrabia daktylowo-orzechowy syrop, który został mi po budyniu ryżowym. Całość wyszła naprawdę znakomita; jeśli macie pół godziny na przygotowanie śniadania, polecam Wam ogromnie!

Placuszki budyniowo-maślankowe z figami i syropem daktylowo-orzechowym


Składniki:
(na około 15 placuszków)
  • 200 g mąki pszennej
  • 65 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 35 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 jajko
  • 300 g maślanki
  • 30 ml oleju
  • 2-3 figi

dodatkowo:

Mąkę przesiać z sodą, wymieszać z budyniem i cukrem.
Jajko roztrzepać, dodać maślankę i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać.
Figi umyć, osuszyć, pokroić na średniej grubości plastry.

Na rozgrzaną patelnię wykładać porcje ciasta (około 1 łyżki), smażyć na złoty kolor. Na wierzchu układać po plasterku figi, obracać na drugą stronę, również smażyć na złoty kolor.

Podawać z syropem daktylowo-orzechowym.

Smacznego!


Ja tymczasem czekam, aż nieco się rozjaśni; na popołudnie zapowiedzieli się goście, więc muszę posprzątać. Ale jak niby mam umyć podłogę w tych październikowych ciemnościach...?

piątek, 4 sierpnia 2017

Placuszki z ricotty. Z (prawie) jagodami

Wtorek (też wolny; aż sama nie wierzę we własne szczęście) rozpoczęłam od zrobienia czarnych kresek na powiekach i ubrania się w jedną z letnich sukienek; bez rajstop i swetra. Zachwycona zaistniałym stanem rzeczy, razem z C. wręcz frunęłam na kolejne z licznych przedślubnych spotkań. Tym razem ustalaliśmy kolor obrusów, sposób złożenia serwetek, strategię rozmieszczenia stołów, ilość i wielkość bukietów, miejsce, gdzie będzie nas można obsypać ryżem, godziny spotkania, zwiedzania i toastów, zainstalowanie muzyków, bezglutenowego gościa, i tak dalej, i tym podobnie... Godzina minęła, zanim się spostrzegliśmy, ale przynajmniej - takie mam wrażenie - mamy wszystko pod kontrolą. Przynajmniej w kwestii stołów. Teraz pozostaje tylko usadzenie gości; jeśli posadzimy na zmianę raz Polaka, a raz Duńczyka, to wesele będzie bardzo ciche i spokojne... Ale obawiam się, że skończy się na więcej niż jednym pijanym gościu.

Po powrocie do domu, gdy C. natychmiast ruszył do swoich pracowniczych obowiązków, czyli wybył na resztę dnia, zmieniłam czym prędzej sukienkę na szorty i koszulkę, a baleriny na wygodne adidasy, po czym przypięłam psom sznurki i ruszyłyśmy cieszyć się słonkiem. Po drodze Pączusia rzuciła się na jeden z krzewów dalszego sąsiada, a ten niespodziewanie buchnął motylami. W jednej chwili poderwało się z niego chyba z pięćdziesiąt kolorowych owadów, ogarniając nas cicho szumiącą chmurą. Muszę przyznać, że stałam na środku ulicy z lekko rozchylonymi ustami, chłonąc ten niecodzienny widok i zastanawiając się, jakby to było unieść się w powietrze razem z nimi...

Gdy w końcu wróciłyśmy do domu, zachwycone i lekko zasapane (to drugie głównie Ptysia i ja; Pączusia nadal miała chęć gonić za piłką po ogrodzie) stwierdziłam, że najwyższy czas na śniadanie. Tylko co by tutaj zjeść...? Nie miałam chęci na kanapki; mam wrażenie, że ostatnio jem ich zdecydowanie nie dużo, i to na wszystkie posiłki w ciągu dnia. Zajrzałam do lodówki; wodziłam oczami po jej zawartości, a synapsy pracowały na najwyższych obrotach; co z czym, jak, i czy aby na pewno...? W końcu wyjęłam ricottę i borówki amerykańskie (w Danii czarne leśne jagody to towar luksusowy niedostępny zwykłym śmiertelnikom nawet za cenę porzeczek) i stwierdziłam, że będą placuszki.

Muszę przyznać, że to najdelikatniejsze pancakes, jakie przyszło mi jeść. Dzięki ricotcie i ubitym białkom są lekkie jak chmurki, co niestety sprawia, że przy obracaniu ich na patelni trzeba wykazać się niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Jednak kiedy już się uda, nagrodzą nas nie tylko uroczym wyglądem, ale też bajecznym smakiem. Dzięki dodatkowi borówek są soczyste i zyskują nieco bardziej wyrazisty charakter; z dodatkiem świeżych owoców i syropu klonowego smakują wybornie!
Gdybym rankami miała więcej czasu, mogłabym je jeść codziennie aż do Bożego Narodzenia i jestem pewna, że by mi się nie znudziły.

Placuszki z ricotty z jagodami/borówkami


Składniki:
(na 9 placuszków)
  • 1 jajko
  • 100 g serka ricotta
  • 60 ml mleka
  • 2 łyżki oleju
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 40 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g jagód/borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • syrop klonowy
  • jagody/borówki amerykańskie
  • olej do smażenia

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Żółtko, ricottę, mleko, olej, cukier i cukier waniliowy zmiksować na gładką masę. Dodać mąkę, zmiksować.
Białko ubić. Dodać do ciasta, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać jagody.

Smażyć małe placuszki na niewielkiej ilości oleju z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać ciepłe z syropem klonowym i świeżymi owocami.

Smacznego!


Gdy pisałam tego posta, Pączusia ni z tego ni z owego, nagle postanowiła mi pomóc. Z zacięciem zaczęła wciskać na zmianę alt i spację, nie osiągnąwszy jednak pożądanych rezultatów (jakiekolwiek by one nie były) stwierdziła, że zdecydowanie bardziej produktywne będzie ułożenie się na stosie koców i poduszek i poświęcenie swojego jakże cennego czasu na drzemkę. 
A ja, muszę przyznać, miałam ogromną ochotę pójść w jej ślady...

sobota, 12 listopada 2016

Placuszki dyniowe z jabłkami na leniwe śniadanie

W pracujące weekendy wstaję o zupełnie nieludzkiej porze, czyli wpół do pierwszej nad ranem. A właściwie to w środku nocy - dosłownie! Nie ma wtedy mowy o wymyślnych śniadaniach. Po pierwsze, za bardzo cenię dodatkowe piętnaście minut snu, po drugie - i tak nie mam apetytu. Zresztą, to podobno niezdrowo objadać się o takiej porze...
W końcu jednak doszłam do wniosku, że te śniadania muszę zacząć jeść. Dla własnego dobra. Inaczej w samochodzie skręca mi kiszki, i zaraz po przyjeździe do pracy łapię, co mi pierwsze w ręce wpadnie. Dla niewtajemniczonych dodam, że pracuję w cukierni, więc sami rozumiecie... Trochę tam ciężko o sałatki.
Robię więc solidne zapasy granoli; piekę drożdżówki w dużych ilościach, które mrożę z myślą o tych dziwnych śniadaniach, robię puddingi z szałwii hiszpańskiej, które zaskakująco dobrze sycą i wchodzą gładko, niemal bez gryzienia. Bo kanapki, które trzeba solidnie przeżuć przed połknięciem, to zdecydowanie zbyt duże wyzwanie...

W końcu jednak nadchodzi wolny weekend, i wtedy z C. śniadania celebrujemy. Często siedzimy przy stole ponad godzinę, jedząc i wymieniając wrażenia z minionego tygodnia (tak na co dzień nie widujemy się bowiem zbyt często). Nie liczymy kalorii, ale cieszymy się smakiem. Robimy więc kanapki w najbardziej kolorowych wersjach, jak tylko się da, zimą często jemy owsianki, czasem C. robi naleśniki, a ja - gofry. Bywa też, że piekę puchate placuszki w amerykańskim stylu, które polewamy miodem lub syropem klonowym i zajadamy się nimi, aż miło.

Tym razem do przygotowania placuszków z jabłkami zmotywowały mnie dziewczyny propozycją wspólnego pichcenia. Jabłka akurat miałam (rzadko kiedy nie mam), w lodówce czekało puree z dyni, które przyrządziłam w ilości przerażającej dla każdego, kto nie ma totalnego bzika na punkcie tych pomarańczowych kul; dodałam więc dwa do dwóch i na blogu Kuchenny bałagan znalazłam przepis łączący te dwa składniki w placuszkach właśnie. 
Ich przygotowanie zajmuje chwilę (o ile macie gotowe puree), a smak... Moi drodzy, ten smak! Wyraźnie jabłkowy, trochę dyniowy, niesłodki, więc koniecznie z jakimś słodkim dodatkiem. Tym razem syrop klonowy zastąpiłam miodem, z banalnej przyczyny - buteleczka z syropem zakleiła się na amen. Nie mam pojęcia, jak ja ją w ogóle otworzę...
Jabłuszka robią się miękkie, a placuszki są zaskakująco puszyste i delikatne. W dodatku przygotowujemy wszystko bez dodatku jajek - przepis w sam raz dla alergików.

Placuszki z jabłkami przygotowała również Ania; koniecznie zajrzyjcie, co wymyśliła!

Placuszki dyniowe z jabłkami


Składniki:
(na 10-12 placuszków)
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 200 ml mleka
  • 125 g puree z dyni
  • 1 łyżka miodu
  • 1 jabłko
dodatkowo:
  • syrop klonowy, miód lub cukier puder do podania
  • olej do smażenia
Mąkę, sodę i cynamon wymieszać. Mleko roztrzepać z dyniowym puree i miodem. Wlać mokre składniki do suchych, dobrze wymieszać. Odstawić.
Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w plastry. 

Na rozgrzaną patelnię z olejem nakładać łyżką porcje ciasta. Smażyć, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Na wierzchu układać plastry jabłka, przewracać na drugą stronę i smażyć jeszcze kila minut.
Podawać gorące z miodem, cukrem pudrem lub syropem klonowym.

Smacznego!

Nie ma się co oszukiwać - listopad to nie październik. Ciemno, zimno, wietrznie, i już nawet mrozić zaczyna! Odpowiedniego światła do robienia zdjęć nie ma; z przepraszającym uśmiechem wróciłam więc do sztucznego oświetlenia. Wybaczcie więc jakość zdjęć - braku słońca nie umiem bowiem obejść.

niedziela, 31 lipca 2016

Siła wyższa i naleśnik. Z piekarnika

O włosach pisałam już nie raz. Pewnie dlatego, że są one ważnym elementem kobiecej urody i samopoczucia. Nieudana wizyta u fryzjera potrafi doprowadzić niejedną damę o słabych nerwach do histerii, za to idealny odcień kasztanowego - do ekstazy.
Sama plasuję się gdzieś po środku; od Taty nauczyłam się prostego podejścia: przecież odrosną. W związku z tym nieustraszenie eksperymentuję; z lepszym lub gorszym skutkiem. Od krótkich, na chłopaka, aż do takich za pas; z wszelkimi możliwymi długościami pomiędzy. Kolory też mi nie straszne: były brązy, czernie i czerwienie; od kilku lat wierna jestem rudym, choć nadal zmieniam odcienie jak rękawiczki.
Jakiś czas temu ciepłe jesienne barwy na głowie mnie znużyły; odezwała się dusza wiecznego poszukiwacza. Postanowiłam więc: blond! Do tej pory się lękałam; mam ciemną oprawę oczu i boję się, że nijak to pasować nie będzie... Niemniej, do odważnych świat należy; kupiłam więc blond farby i przystąpiłam do działania.
Z miodowego blondu wyszedł mi rudy. Ze złotego - kasztanowy. Który po kilku myciach sprał się do... Rudego.
Koniec świata!
Chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie i siłę wyższą, która nie ma nic pilniejszego do roboty, niż pilnowanie odcienia moich włosów.

Znów kupiłam rudą farbę. 
Z pewnymi zjawiskami nie warto dyskutować...

Ostatnio wertowałam Scandilicious baking Signe Johansen. Wszystkie moje książki nadal leżą w kartonach (jeszcze nie kupiliśmy półek, bo nie mogę się zdecydować, czego tak naprawdę chcę); ta akurat leżała na wierzchu - to wzięłam. W oko wpadł mi przepis na pieczony naleśnik; od razu mi się przypomniało, że to temat wspólnego gotowania, więc wyciągnęłam składniki z lodówki i szafek, i przystąpiłam do działań.
Sprawa jest prosta: mokre składniki, suche składniki, wszystko razem mieszamy - i czekamy pół godziny. Następnie wylewamy ciasto do blaszki, pieczemy, czekamy chwilę, aż lekko przestygnie, i zajadamy się z rozkoszą. Naleśnik wyszedł delikatny, mocno owocowy i lekko słodki. Creme fraiche i słodki syrop klonowy to do niego idealne dodatki. I może jeszcze garść świeżych jagód...?
Spróbujecie zabarwić i Wasze języki na fioletowo...?

Skandynawskie naleśniki znajdziecie też dzisiaj u Mirabelki i Marty.

Fiński pieczony naleśnik z jagodami i maślanką


Składniki:
(na formę 22x30 cm)
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 25 g płatków owsianych
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 285 ml maślanki
  • 215 ml wody
  • 2 jajka
  • 25 g masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 200 g jagód lub borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche (18%)
  • syrop klonowy

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z płatkami, cukrem, proszkiem, sodą i solą.
Maślankę dokładnie wymieszać z wodą.
Jajka roztrzepać, dodać maślanę, masło i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchuch, dokładnie wymieszać.
Odstawić na 30 minut.

Formę wysmarować masłem i oprószyć mąką. Na dno równomiernie wysypać jagody. Zalać ciastem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30, pod koniec ewentualnie przykrywając folią, jeśli zbytnio się zrumieni.

Podawać na ciepło z creme fraiche i syropem klonowym.

Smacznego!

Dziś ostatni dzień akcji Ani. Jest to więc ostatni przepis, który dodaję.
Dziękuję za świetną zabawę i motywację do wyszukiwania przepisów na skandynawskie dania!

środa, 17 czerwca 2015

Katayef - arabskie placuszki

Pogoda, znów, typowo duńska, czyli przez cały dzień leje. Wypatrzyłyśmy z Ptysią raptem pięć minut nieco mniej ulewnego deszczu, ale i tak po szybkim załatwieniu potrzeb od razu chciała wracać do domu. A ja, muszę przyznać, skwapliwie na to przystałam, bo na spacery przy takich warunkach pogodowych to chyba nikt ochoty nie ma.
Gdy już rozebrałam się ze wszystkich kurtek i swetrów, a Ptysi wytarłam łapki, udałam się do kuchni. Bo co może lepiej poprawić humor, niż pół godzinki spędzonej w otoczeniu ulubionych sprzętów i cudownych aromatów...? Ano nic. Przynajmniej ja tak uważam. Razem z dziewczynami umówiłyśmy się na wspólne smażenie arabskich placuszków, i to właśnie za ich przygotowanie się zabrałam.

Nie są trudniejsze od zwykłych naleśników, za to wyglądają naprawdę ciekawie. Smażymy je tylko z jednej strony, w związku z czym wierzch jest pełen uroczych bąbelków. Dodatkowo sklejamy je delikatnie w kształt rożka, następnie wypełniamy nadzieniem, i można się zajadać. A są pyszne - leciutkie i delikatne. Truskawki i serek z wodą różaną świetnie do nich pasują, przy czym ta ostatnia zdecydowanie podkreśla ich arabskie pochodzenie. Do tego chrupiące płatki migdałów i odrobina miodu, i pyszne śniadanie gotowe. Później dzień, mimo deszczu, po prostu musi być udany.

Jeśli placuszki nie będą Wam się chciały sklejać, nic nie szkodzi, ale głównym powodem może być zbyt duża moc palnika. Przez to spód robi się zbyt chrupki, placuszki będą pękać i się prostować. Mi się tak zdarzyło z pierwszą partią; kolejna wyszła idealnie.

Razem ze mną katayef przygotowała Ania
Moje pochodzą z przepisu Malwinny; podobno można przygotować je również na drożdżach - z pewnością niedługo usmażę również taką wersję.

Katayef z serem i truskawkami

Składniki:
(na 10 placuszków)
  • 85 g mąki pszennej
  • 155 ml mleka
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

nadzienie:
  • 85 g serka kremowego
  • 40 g jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1 łyżeczka wody różanej
  • 125 g truskawek
  • 50 g miodu
  • 10 g płatków migdałowych

Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać z proszkiem. Dodać mleko, dokładnie wymieszać trzepaczką, żeby nie było grudek. Odstawić na minimum 15 minut.

W tym czasie serek, jogurt, cukier puder i wodę różaną wymieszać na gładką masę. Truskawki umyć, odciąć szypułki, pokroić na połówki lub ćwiartki.
Płatki migdałowe lekko podrpażyć na suchej patelni.

Ciasto wykładać małymi porcjami na rozgrzaną patelnię, smażyć na małej mocy palnika tylko z jednej strony, aż wierzch będzie ścięty. Usmażone placuszki zdejmować z patelni, ściskać palcami z jednej strony, formując rożki.
Ciepłe placuszki wypełniać kremem i truskawkami, posypać migdałami i polać miodem.

Smacznego!

Paskudna pogoda ma zasadniczo jeden plus - nie chce się człowiekowi z domu wychodzić, więc mój projekt znacząco posunął się na przód. Mam nadzieję jutro go skończyć, a potem pozostanie już tylko stresowanie się poniedziałkiem...

Przepis bierze udział w V Festiwalu Kuchni Arabskiej organizowanym przez Pannę Malwinnę.

V Festiwal Kuchni Arabskiej

wtorek, 17 lutego 2015

Zapiekane naleśniki na Tłusty Wtorek

Dzisiaj, jakby ktoś nie wiedział (nie uważam, że taka niewiedza to coś, czego należy się wstydzić - sama do niedawna nie miałam o tym pojęcia), jest Dzień Naleśnika. W sumie, to się nie dziwię, że taki dzień istnieje - w końcu naleśniki wszelkiej maści to prawdziwy przysmak. Można je przygotować na tyle różnych sposób, że trafią w gusta chyba każdego. Są więc cieniutkie, francuskie crepes, pulchniutkie, angielskie pancakes, a także nasze polskie, duże, ale nieco grubsze od francuskich. Mogą być słodkie lub wytrawne, klasyczne, kakaowe czy szpinakowe. Możliwości jest bez liku - tak naprawdę można by jeść naleśniki przez okrągły rok, i się nimi nie znudzić. Nie szalejmy jednak - wystarczy, że sięgniecie po nie dzisiaj. 

Naleśnikowa tradycja pochodzi z Irlandii, jeszcze z XV wieku, gdy przed postem należało zużyć resztę niepostnych składników, czyli jajek i mleka. A gdzie wykorzystuje się te rzeczy w ilościach hurtowych? Oczywiście, w naleśnikach. Ostatni wtorek karnawału pachniał więc w Irlandii przepięknie. Dzisiaj mniejszą wagę przywiązuje się do postu, tradycja smażenia naleśników jednak pozostała. W tym roku razem z Justinką, Panną Malwinną, Martynusią, Mirabelką i Sianko postanowiłyśmy dzielnie w tym wydarzeniu uczestniczyć, przygotowując nasze ulubione naleśniki.

Tutaj musiałam się chwilę zastanowić. Bo które lubię najbardziej...? Sama nie wiem. Postanowiłam więc spróbować czegoś nowego, czyli naleśników zapiekanych na słodko. Inspirację znalazłam u Gosi, i według jej wskazówek usmażyłam naleśniki. Wyszły! Ach, jak mnie to ucieszyło... Dla niewtajemniczonych - naleśnikowym mistrzem jest w naszym domu C. Zawsze on przygotowuje te cuda, a ja się tylko delektuję, ewentualnie zmywam później talerze. Tym razem jednak postanowiłam przygotować mu niespodziankę, i z duszą na ramieniu zabrałam się do pracy. Na szczęście poszło gładko, i tylko jeden się porwał przy przewracaniu. Misja wykonana, może jeszcze kiedyś spróbuję, bo całkiem mi się to smażenie spodobało.

Wracając do sedna, czyli naleśników. Nadzienie przygotowałam z twarogu, który przywiozłam sobie z Polski, z dodatkiem rodzynek namoczonych w herbacie. Mmm... Jakie to dobre... Całość polałam sosem waniliowym - kremowym, delikatnym i słodkim. Wyszło obłędnie pysznie, choć słodko (można zredukować nieco ilość cukru). Niemniej z wielkim zapałem zjedliśmy całkiem spore ilości, jeszcze zanim C. poszedł do pracy. Polecam Wam ogromnie taką naleśnikową kombinację - może na weekend...? Bo do kolejnego Tłustego Wtorku naprawdę czekać nie warto...

Zapiekane naleśniki z twarogiem i rodzynkami

Składniki:
(na 13-15 naleśników)
  • 500 ml mleka
  • 2 jajka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 ml oleju

nadzienie:
  • 300 g twarogu, raz zmielonego
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 20 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 100 g rodzynek
  • 200 ml mocnej, gorącej herbaty

sos:
  • 3 żółtka
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Naleśniki:
Jajka roztrzepać, dodać mleko i olej. Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem waniliowym i solą. Dodać do jajek, dokładnie połączyć, żeby nie było grudek.
Odstawić ciasto na 30 minut.

Po tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni smażyć cienkie naleśniki. Ostudzić.

Sos:
Kremówkę zagotować. Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać śmietanę, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać (nie gotować!), aż nieco zgęstnieje. Zdjąć z palnika, przetrzeć przez sitko, dodać ekstrakt, wymieszać. Ostudzić.

Rodzynki zalać gorącą herbatą, odstawić na 30 minut.

Nadzienie:
Twaróg utrzeć z kremówką, cukrem i cukrem waniliowym na gładką masę. 
Rodzynki dobrze odcisnąć, połowę dodać do nadzienia, wymieszać.

Naleśniki smarować nadzieniem, zwijać w ruloniki, układać ciasno w naczyniu do zapiekania wysmarowanym masłem. Wierzch posypać pozostałymi rodzynkami, polać całość sosem.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut, aż wierzch się przyrumieni.

Podawać gorące.

Smacznego!

Koniecznie zajrzyjcie do dziewczyn - ja już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, co przygotowały.

piątek, 3 października 2014

Na śniadanie zamiast chleba - pancakes. Z karmelizowanymi jabłkami

Coś mam ostatnio lenia, jeśli chodzi o pieczenie chleba czy bułek. Co znajdę jakiś ciekawy pomysł, to albo nie mam wszystkich składników, albo wyrastanie trwa dwa dni (dosłownie!), albo całość jest zbyt skomplikowana. Albo może po prostu szukam wymówek, sama już nie wiem... Rano, i owszem, mam ochotę na pyszną, mięciutką, pachnącą bułeczkę, ale kiedy przychodzi moment przygotowań... Rezygnuję. Nie wiem, dlaczego. 
Chociaż... To chyba dlatego, że codziennie gotuję obiady. Kiedyś to C. się tym zajmował, a jak był w pracy, po prostu jadłam tosta. Teraz, gdy wraca do domu późno, zmęczony, mam ochotę podać mu coś ciepłego i smacznego. Więc gotuję - zupy, makarony z sosami, ostatnio nawet upiekłam kurczaka. Tyle, że to mnie aż tak nie kręci, robię to trochę z przymusu, a nie dlatego, że bardzo mi się chce. I ten czas, który spędzam w kuchni na gotowaniu obiadów, mi wystarcza. Nie mam ochoty siedzieć tam kilku godzin dłużej, żeby upiec chleb. I jestem w kropce...
Mam nadzieję, że mi przejdzie. Albo jakoś przekonam się do tego gotowania. Albo C. przejdzie na dietę, na której będzie mógł spożywać tylko kanapki. Zobaczymy.

Póki co, mam jeszcze jeden pomysł na załatwienie sprawy śniadania. Owszem, czasem chodzę do piekarni naprzeciwko, ale częściej, jeśli nie ma chleba, stawiam na pancakes.
Kiedy zobaczyłam, jak długo na blogu nie było żadnych placuszków, włosy stanęły mi dęba. Jak to możliwe...? Przecież robię je od czasu do czasu... No tak, tylko że zjadamy je szybciutko, póki są gorące, i nie zostaje nic do obfotografowania. A rano jesteśmy głodni, i nikomu się czekać nie chce. Niemniej, tym razem szybciutko zrobiłam kilka zdjęć, zanim C. dorwał się do talerza. Bo te placuszki wyszły wyśmienite!
Orzechowe, z karmelizowanym jabłkami. A jabłka smakują zupełnie wyjątkowo, bo do karmelu dodałam sporo miodu. Dzięki temu mają jego wyraźny smak i aromat. Są pyszne; mięciutkie i pachnące, dosłownie rozpływały się w buzi. Tak rozpoczęty dzień musi być udany, prawda...?

Orzechowe pancakes z jabłkami w miodowym karmelu

Składniki:
(na 12-15 sztuk)
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 80 ml oleju
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 40 g cukru
  • 20 g mielonych orzechów laskowych

dodatkowo:
  • 3 jabłka
  • 50 g cukru
  • 50 g miodu
  • 2 łyżki wody

Najpierw przygotować jabłka:
Jabłka obrać, przekroić na ćwiartki, wykroić gniazda nasienne i pokroić w cienkie plasterki.
Na patelni skarmelizować cukier z wodą. Gdy nabierze złotego koloru, dodać miód, karmelizować jeszcze chwilę, aż miód się rozpuści i wszystko się połączy.
Dodać jabłka, dusić pod przykryciem, aż zmiękną.
Odstawić.

Jajka lekko ubić, wymieszać z mlekiem i olejem.
Mąkę przesiać, wymieszać z sodą, solą, cukrem i orzechami. Dodać do mokrych składników, dokładnie wymieszać.
Smażyć placuszki na rozgrzanej patelni bez tłuszczu z obu stron, aż nabiorą jasnobrązowego koloru.

Jabłka podgrzać, lekko odparować.

Pancakes podawać gorące z jabłkami i sosem, który się wytworzył.

Smacznego!

Chleba piec mi się nie chce, ale zawsze znajdę w sobie energię do przygotowania czegoś słodkiego. Pysznego. I z dynią!

piątek, 24 maja 2013

Śniadanie wyciągające z łóżka

Czasami możemy pozwolić sobie na leniwe śniadanie w środku tygodnia. Kiedy ja mam wolne, a C. idzie do pracy raczej później niż wcześniej. Z niego jest typowy nocny Marek - potrafi pół nocy przesiedzieć przed komputerem, żeby położyć się nad ranem. Ja, choćbym nie wiem, jak się starała, nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Zazwyczaj padam w okolicach północy, na kanapie, z głową pod kołdrą, żeby mnie światło z ekranu nie raziło w oczka. Później C. lekko potrząsa mnie za ramię albo zanosi do łóżka, jeśli wszelkie próby dotarcia do mojej świadomości zawodzą. Rano z kolei budzę się rześka jak skowronek w okolicach ósmej, kiedy on jeszcze śpi w najlepsze. I wtedy żadne całuski i słodkie słówka nie pomagają - odwraca się do mnie plecami, pies przyjmuje strategiczną pozycję z uszami na jego twarzy, i tyle mam z ich towarzystwa. Idę wtedy najpierw do łazienki, później wracam na kanapę i sobie czytam godzinkę albo dwie. Jeśli z pokoju obok nadal nie dochodzą żadne odgłosy jakiejkolwiek aktywności, wędruję do kuchni. Najpierw skomplikowany proces uruchamiania ekspresu, który zawiera w sobie mielenie kawy. Patrzę wyczekująco na drzwi - nic. No trudno. Następnym razem kupię młynek wydający odgłosy młota pneumatycznego, może będzie działał lepiej. 

Kiedy ekspres powoli robi swoje, zaglądam do lodówki. Co my tutaj mamy...? Rabarbar...?
Najpierw na patelnię trochę cukru z sokiem pomarańczowym. Gdy przybiera ten cudownie złoty kolor, wrzucam pokrojony na kawałki rabarbar i smażę kilka minut. O mamuniu! Jak ja to lubię! Obezwładniający wręcz zapach, i ten obłędny smak - słodko-kwaśny, idealnie wyważony, z pomarańczową nutą. Nie można się nie zakochać... Do tego pancakes, czyli jedyne naleśniki, które potrafię przygotować. Tych kilka sztuk smaży się błyskawicznie, a naprawdę dobrze komponują się z karmelizowanym rabarbarem, szczególnie, jeśli i w nich przewija się pomarańczowa nuta.
W tym momencie czuję ciepły oddech na karku, Det dufter godt, skat. No ba! Pewnie, że ślicznie pachnie.

Niezawodny sposób na wyciągnięcie śpiocha z łóżka.

Pomarańczowe pancakes z karmelizowanym rabarbarem


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 80 ml oleju
  • sok z 1/2 pomarańczy
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 40 g cukru

dodatkowo:
  • 250 g rabarbaru
  • 55 g cukru
  • sok z 1/2 pomarańczy

Rabarbar umyć, pokroić na 1centymetrowe kawałki. Na patelni skarmelizować cukier z sokiem. Kiedy zacznie nabierać złotej barwy, dodać rabarbar. Smażyć, aż rabarbar zmięknie, ale nie jeszcze nie będzie się rozpadał.

Jajka roztrzepać, wlać olej, sok i mleko, dodać skórkę i dokładnie wymieszać. Do drugiej miski przesiać mąkę, wymieszać z sodą, solą i cukrem. Dodać do mokrych składników, dokładnie połączyć (w masie nie może być grudek).

Na dobrze rozgrzaną patelnię wykładać porcje ciasta (około 2 łyżek), smażyć na złoto-brązowy kolor z dwóch stron.

Podawać ciepłe z karmelizowanym rabarbarem.

Smacznego!

Zdjęcie jest, jakie jest - jak już śpioch wynurzył się spod kołdry, to mi się rzucił na talerzyk, więc błyskawicznie pstryknęłam cztery fotki, z których raptem jedna nadaje się do upublicznienia. 
Hmm... Tak naprawdę jakość tego zdjęcia jest dowodem na pyszność naszego śniadania, więc jeśli macie akurat jakiegoś śpiocha w zanadrzu, koniecznie wypróbujcie mój sposób.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Zima, zima, zima, pada, pada śnieg... A ja... Jem naleśniki!

Nadzieja na nadejście wiosny powoli zamieniała się w pewność przez ostatnie dni - pełne słońca, choć nadal chłodne. Przyjemnie było otworzyć okna, bo zamiast szalejących przeciągów wpadał tylko cudowny zapach świeżego, pachnącego promieniami słońca, powietrza. Ptysia skakała wyżej niż zazwyczaj widząc, że schylam się po smycz. Odważyłam się wyjść na dwór w tylko jednym swetrze pod płaszczem i bez czapki, co zaowocowało rozwianym włosem i zaczerwienionymi policzkami, ale nawet śladu kataru nie zanotowałam. 
Wczoraj po południu ucięliśmy sobie z C. przyjemną drzemeczkę (jak najbardziej pożądaną z uwagi na niezwykle aktywny dzień rozpoczęty o godzinie piątej rano). Kiedy się obudziłam z przerażeniem zauważyłam, że okno znów przykryte jest śniegiem... Czym prędzej pobiegłam je otworzyć, żeby rozejrzeć się w sytuacji, i moje przerażenie sięgnęło zenitu - moim oczom ukazał się widok, który absolutnie by mnie zachwycił... W grudniu! Z nieba powoli spływały ogromne, białe płatki, tańcząc i wirując w świetle latarni. Niebo miało charakterystyczny dla miast zimą różowawy odcień, a chodniki przykryte były nienaruszoną ludzką stopą warstwą białego puchu. Delikatnego, zimnego... 
I ta cisza... 
Zatrzasnęłam okno z naburmuszoną miną. 

Dziś rano śnieg zdążył w dużej mierze stopnieć, ale niebo ma ciągle ten złowrogi, szary odcień wieszczący kolejne opady. Ptysia śpi zwinięta w kłębek na oparciu kanapy, a ja mam ogromną ochotę zwinąć się piętro niżej, głowę schować pod poduszkę i obudzić się dopiero, kiedy wiosna naprawdę już do nas przyjdzie.

Na pociesznie będą naleśniki.

Nie umiem smażyć naleśników. Ta trudna sztuka udała mi się raptem kilka razy w życiu, i choć się nie poddaję, zazwyczaj i tak lądują w koszu. Rwą się bowiem niemiłosiernie, nijak nie chcą zachować właściwego naleśnikom kształtu, i choć smakują nie tak tragicznie, jak wyglądają, to wstyd je podać komukolwiek... Mam w domu jednak naleśnikowego mistrza - ciasto przygotowuje w kilka minut, smaży naleśniki z zamkniętymi oczami, przewracając je w powietrzu bez użycia szpatułki jednym, zgrabnym ruchem. Za każdym razem patrzę na niego z podziwem i zachwytem w oczach, bo jest dla mnie niedoścignionym wzorem i inspiracją do podejmowania kolejnych, póki co nieudanych, prób. Skąd ma przepis...? Wydaje mi się, że znalazł go w internecie, na jakiejś duńskiej stronie, ale pewna być nie mogą. Działa jednak za każdym razem, i jeśli nie została na Was rzucona naleśnikowa klątwa, z pewnością udadzą Wam się znakomicie. Dzięki dodatkowi prawdziwej wanilii smakują i pachną obłędnie, są chrupkie przy brzegach i mięciutkie w środku; zwijają się bez najmniejszych problemów. Z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną lub lodami to po prostu niebo w buzi... Musicie spróbować!

Waniliowe naleśniki


Składniki:
(na 8-10 dużych naleśników)

ciasto:
  • 3 jajka
  • 400 ml mleka
  • 200 g mąki pszennej
  • 2 łyżki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 laska wanilii

dodatkowo:
  • masło do smażenia
  • dżem truskawkowy
  • bita śmietana

Jajka roztrzepać w misce. Wlać mleko, dokładnie wymiszać. W drugiej misce wymieszać przesianą mąkę z cukrem, solą i ziarenkami wanilii. Mieszankę partiami wsypywać do masy jajecznej, cały czas mieszając (można mikserem). Odstawić na 15 minut.

Po tym czasie smażyć na niewielkiej ilości masła z obu stron na złoty kolor.

Podawać na ciepło z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną.

Smacznego!

Dlaczego te naleśniki są wyjątkowe...? Bo C. przygotowuje mi je zawsze, kiedy mam zły humor i chce mnie pocieszyć. Bo smakują miłością i spokojem, które w nie wkłada. Bo pachną niesamowicie i smakują wspaniale za każdym razem. Zjedzone o wpół do drugiej w nocy sprawiają, że świat jest zdecydowanie bardziej warty uwagi. Spróbujcie, a nie pożałujecie. 

piątek, 14 września 2012

Jego puchatość omlet

Hmm... Tak sobie myślę, że zacznę od początku, więc post może być przydługi. Lojalnie ostrzegam, żeby później nie było.

Wstałam za pięć piąta. Nie dlatego, że lubię mieć długi dzień (lubię, ale raczej w drugą stronę), ale dlatego, że o szóstej musiałam być w pracy. C. musiał być o dziesiątej, ale zrażony ostatnim autobusowym doświadczeniem (masa krzyczących i rzucających bliżej niezidentyfikowanymi przedmiotami dzieci) stwierdził, że mnie odwiezie. W związku z tym dziesięć po piątej wygrzebał się z pościeli z bardzo kwaśną miną. Humoru nie poprawiła mu mżawka, która po drodze zamieniła się w całkiem przyzwoity i warty swojej nazwy deszcz. Mrucząc pod nosem duńskie niezrozumiałe i, podejrzewam, obelżywe słowa pod adresem wyżej wspomnianej mokrości, odjechał w ciągle ciemną noc, zostawiając mnie biedną, zmarzniętą, pod hotelem. 
Jakoś tak się złożyło, że nie było ekstremalnie dużo pracy, więc już po dwunastej z uśmiechem od ucha do ucha dreptałam na autobus. Przyjechałam do domu z zamiarem pójścia do łóżka teraz, zaraz, od razu. Tyle, że tego typu postanowienia niemal nigdy nie znajdują realizacji w rzeczywistości. Zamiast zalec w nagrzanej przez psę pościeli, zasiadłam przed laptopem. A jak już naprawdę chciałam iść do łóżka, moi cudowni nowi sąsiedzi zaczęli grać na perkusji (co nijak ma się do ostatnich rewelacji C., który z wyraźnym entuzjazmem poinformował mnie ostatnio, że widział ową perkusję spakowaną). Niemożność przyjęcia wygodnej pozycji horyzontalnej skierowała moje myśli na zawartość żołądka, a raczej zawartości brak. Przed oczami stanęły mi piękne omlety, które wcześniej widziałam u Kasi i Kerali. Darzę omlety płomiennym uczuciem, niestety, nieodwzajemnionym. Za każdym razem rozpadają się na patelni i choć smakują przyzwoicie, wyglądają jak niezidentyfikowane... Coś... Ech... Tym razem bez zbędnych nadziei ruszyłam do kuchni, żeby zrobić sobie takie coś... Właśnie, z dżemikiem, przygotować. Coś mnie podkusiło, żeby dać nieco mąki więcej niż zazwyczaj, i wiecie co...? Podziałało! Bez problemu przerzuciłam omlet na drugą stronę, a on zachował swój pierwotny i zamierzony przeze mnie kształt. Nie mogąc wyjść z podziwu od razu przystąpiłam do robienia zdjęć (bo nie wiadomo, kiedy taki cud znów się zdarzy), a zaraz potem do konsumpcji, bo jednak omlecik to musi być cieplutki. 

Niezbyt słodki, z delikatnym aromatem kardamonu i dżemem agrest-kiwi - pychotka. I taki śliczny, okrągły... Mam nadzieję, że na zdjęciu widać w pełnej krasie jego puchatość - a zdjęty prosto z patelni był jeszcze bardziej imponujący. 
Placuszkowo się tutaj zrobiło, ale cóż... Jak mus, to mus, i placki być muszą.

Omlet biszkoptowy z kardamonem


Składniki:
(na 1 omlet)
  • 2 jajka
  • 3 łyżki mąki
  • 2 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki kardamonu

dodatkowo:
  • masło do smażenia
  • dżem do podania

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier. Po jednym dodać żółtka, dodkładnie miksując po każdym dodaniu. Przesiać mąkę z kardamonem, całość zmiksować na najniższych obrotach miksera na gładką masę. 

Smażyć na rozgrzanej patelni z masłem na rumiano z obu stron.
Podawać zaraz po przygotowaniu z ulubionym dżemem.

Smacznego!

Perkusji nie słychać, więc idę do łóżka - może uda mi się zdrzemnąć z godzinkę czy dwie, a jak C. wróci do domu, to go namówię, żeby uruchomił magiczną maszynę, i zrobił mi kawy. I chociaż będzie się krzywił, wypiję ją z cukrem i mlekiem. I dzięki temu prawdopodobnie jakoś wytrwam do wieczora. Inaczej - nie ma szans...

Jutro C. ma ranną zmianę, więc mam w planie przygotować dla niego pierwszy obiad (po tylu miesiącach mieszkania razem w końcu by wypadało...). Trzymajcie kciuki za powodzenie misji!

poniedziałek, 10 września 2012

Pierwsza gorąca herbata w zimny wieczór. I placuszki

Tak, tak, jesień nadchodzi nieubłaganie. W czwartek pierwszy raz od dłuższego czasu po wieczornym spacerze z psem zrobiłam sobie gorącej herbaty z cytryną. W lecie herbaty praktycznie nie pijam (chyba, że mrożoną), za to jesienią i zimą pochłaniam hektolitry - nic tak nie ogrzeje zmarzniętych palców jak kubek z gorącym płynem (kakao sprawdza się całkiem nieźle w tej roli) i nie poprawi nadszarpniętego aurą nastroju. Z nastawieniem do życia wszystko było w porządku, ale dłonie miałam przeraźliwie zimne, w związku z tym w ulubionym czarnym kubku zaparzyłam herbatę, posłodziłam i wrzuciłam plasterek cytryny. W całym domu zrobiło się jakby cieplej i przytulniej. 

W sobotę zmieniła mi się cyferka w tej magicznej liczbie, na pytanie o którą kobiety zazwyczaj udzielają wymijających odpowiedzi. Z tej okazji do całej fury prezentów, które skutecznie wyłudzałam od C. przez cały tydzień doszła śliczna, fioletowa, bezprzewodowa myszka (jupi!); była też wspaniała kolacja składająca się między innymi z szampana, czerwonego wina (w umiarkowanych ilościach, bo w niedzielę musiałam wstać o piątej), przepysznej sarniny z sosem na bazie czerwonego wina, gotowanych warzyw i lodów w nieograniczonej ilości na deser. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że takie rzeczy będę jadła na własnym stole, i że ktoś je dla mnie w mojej kuchni przygotuje. 
Dobrze jest mieć urodziny.
Za wszystkie życzenia serdecznie dziękuję - miło, że pamiętaliście (tym bardziej, że ja jestem okropna, i zazwyczaj nie pamiętam...).

Wczoraj natomiast znów siedziałam po południu sama w domu, z tym, że przed wyjściem do pracy C. obiecał mi naleśniki po powrocie. Tylko że ja byłam głodna już. Naleśników zrobić nie umiem, za to wszelakie placuszki i tym podobne wytwory nie są mi obce. Patrząc na ulubioną zieloną miskę pełną jabłek przypomniały mi się placuszki mojej Babci - trochę inne niż wszystkie. Tak właściwie to bardziej jabłka w cieście. Jabłka obieramy, wykrawamy gniazda nasienne i kroimy w dość grube plastry, które następnie należy zanurzać w cieście i takie cuda usmażyć na patelni. Owoce nabierają tej cudownej miękkości i aromatu - ach, uwielbiam... 
Moje placuszki są waniliowe, bo akurat miałam taki jogurt. Można dać naturalny, lub po prostu mleko. Konsystencja ciasta zależy od gęstości użytego płynu - przy mleku trzeba dodać zdecydowanie więcej mąki. Mój jogurt był pitny, przy gęstszym mąki trzeba dać mniej, lub dolać mleka. Proporcje są więc raczej orientacyjne - ciasto powinno być dość gęste, żeby ładnie oblepiało kawałki owoców. Zamiast smażyć na patelni posmarowanej masłem, można dodać trochę tłuszczu - masła lub oleju - do masy. Wszystkie chwyty dozwolone. A z reszty ciasta można usmażyć puste placuszki - mi tym razem wyszły takie dwa. 
I, uwaga, to nie błąd - w przepisie nie ma cukru. Z tego względu, że uwielbiam placuszki ze słodkimi dodatkami, ciasto zazwyczaj robię bardziej neutralne w smaku - dzięki temu efekt finalny nie jest przesłodzony. Poza tym mój jogurt był już troszkę słodki...

Mi te placuszki przypomniały śniadania dzieciństwa, kiedy budząc się czułam ten niesamowity aromat w całym domu. Wtedy podawane były z cukrem pudrem - teraz najbardziej lubię dodatek złotego syropu. Polecam - są wspaniałe, nie tylko na śniadanie, ale też na przykład podwieczorek.

Waniliowe placuszki z jabłkami


Składniki:
(na około 20 sztuk)
  • 100 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 250 g jogurtu waniliowego (0,1%)
  • 3 jabłka

dodatkowo:
  • masło do smażenia

Jabłka obraż, wydrążyć gniazda nasienne. Owoce pokroić w 3-5 mm plastry.

Jajko roztrzepać w misce. Wlać jogurt, połączyć. Dodać przesianą mąkę z sodą i solą, dokładnie wymieszać trzepaczką.

Plastry jabłek maczać w cieście, smażyć na rozgrzanej patelni z masłem z obu stron na złotobrązowy kolor. 
Podawać ciepłe z cukrem pudrem lub złotym syropem.

Smacznego!


Dzisiaj, mimo przelotnych opadów, pogoda całkiem dopisuje, więc mam nadzieję, że lato pobędzie z nami jeszcze trochę, a ukochany kubek poczeka w szafce na swój czas.

Tak się zastanawiam - podobno zdjęcia jedzenia na niebieskim tle są nieapetyczne. Jeśli chcesz się odchudzić - jedz na niebieskich talerzach, bo z nich tak dobrze nie smakuje i zjesz mniej. Myślicie, że to prawda...?

piątek, 31 sierpnia 2012

Kolacja samotnika

Plany miałam piękne - wrócić do domu, obejrzeć jakiś przyjemny film, trochę Pingwinów (na których punkcie mam ostatnio lekkiego fiołka, ale o tym może innym razem), poprzytulać się do C. i psy. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że do tulenia została mi tylko Ptysia, Mężczyzna bowiem wybył z domu w celach zarobkowych. Cóż - jakoś przełknęłam tą wątpliwej jakości niespodziankę i stwierdziłam, że w takim razie dobrze wykorzystam ten czas - włączyłam laptopa i przez półtorej godziny przeglądałam zaległe przepisy na znajomych blogach. W okolicach osiemnastej żołądek zaczął wysyłać ostrzegawcze sygnały. Padło więc nieuniknione pytanie: co by tu zjeść...? W lodówce głównie światło i trochę alkoholu, co, nawet razem, nie daje zbyt świetlanych perspektyw na obiad. Do sklepu iść...? Eee, nie chce mi się... No więc: co by tu zjeść...?
I wtedy nagle mnie oświeciło. U Oli już dość dawno widziałam cudo, które nazwała volcano pancakes. Zamiast smażyć na patelni, piecze się toto w piekarniku. Nie za długo, bo mi zabrało to raptem kwadrans. Do tego mój ukochany złoty syrop, i obiad jak marzenie. Co prawda porcja jest średnio obiadowa, nawet dla jednej osoby (zrobiłam z jednej trzeciej porcji podanej przez Olę, bo miałam tylko jedno jajko, a jak już wspomniałam wcześniej, wyjście do sklepu nie wchodziło w grę), i musiałam to zajeść tostem, ale smak... Bajka! W dodatku cynamonowo-gałkomuszkatołowa (wątpię, żeby takie słowo istniało w jakimkolwiek języku, jednak świetnie oddaje charakter tego dania). Ciasto ma śmieszną konsystencję - środek mięciutki, lekko gąbczasty, brzegi cudownie chrupiące. Choć nie jest słodkie, polane syropem smakuje świetnie - zakochacie się, mówię Wam! Przepis jest łatwy i szybki, więc naprawdę, warto się skusić.

Ola twierdzi, że najlepiej przygotować je w formie z zaokrąglonymi brzegami, co też uczyniłam. Jak sprawdzi się inna - nie mam pojęcia. Brzegi foremki powinny też być dość wysokie - ciasto mocno rośnie. I tak jak Ola napisała - tylko micha z popcornem i można się zagapić, co też w tym piekarniku za cuda się wyczyniają... 

Volcano pancakes


Składniki:
(na formę o wymiarach 15x10 cm)
  • 30 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 45 ml mleka
  • 1 jajko
dodatkowo:
  • 20 g masła
Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cynamonem, gałką i solą.
Jajko zmiksować z mlekiem na jednolitą masę, wsypać mąkę i wymieszać, żeby nie było grudek.

W czasie rozgrzewania piekarnika umieścić w środku formę z masłem (żeby się rozpuściło).
Do formy przelać masę.

Podpiec w 220 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmiejszyć temperaturę do 190 st. C. i piec jeszcze 5-10 minut, do zrumienienia.
Podawać na ciepło ze złotym syropem, ulubionym dżemem lub posypane cukrem pudrem.

Smacznego!


A jutro... Jutro upiekę ciasto. Ze śliwkami i orzechami. W cudownym towarzystwie. Ach, jak się cieszę!

wtorek, 14 czerwca 2011

Połączenie niecodzienne

Wczoraj mieliśmy wolne oboje, więc znów był czas na celebrowanie śniadania. Wstałam troszkę wcześniej, i przygotowałam to, co D. lubi najbardziej - czyli słodkie pancakes. Nie wiem, w czym tkwi tajemnica, ale zawsze, kiedy je zrobię, znikają momentalnie, a mój Mężczyzna jest w lepszym nastroju. Przygotowanie tego rodzaju śniadania nie jest skomplikowane, a gdy nie jest gorąco, nawet stanie nad patelniami (zawsze smażę na dwie) nie jest aż taką udręką.
Przy okazji poprzednich wspomniałam, że najbardziej lubię te na jogurcie. Tym razem nie znalazłam w lodówce naturalnego, dałam więc o smaku owoców leśnych. Można oczywiście wybrać ulubiony, ale - moim zdaniem - najlepsze są te z kawałkami owoców. Takie niespodzianki w placuszkach są naprawdę pyszne.
Od wczorajszego ciasta zostało mi jeszcze trochę truskawek, postanowiłam je więc wykorzystać. Na wielu blogach czytałam o połączeniu ich z octem balsamicznym. Szczerze mówiąc, jakoś niespecjalnie mnie ta mieszanka do siebie przekonywała. Z własnej i nieprzymuszonej woli pewnie bym takiego octu nie kupiła, ale tak się akurat złożyło, że dostałam butelkę w świątecznej paczce. Stała zapomniana na półce i czekała na lepsze czasy. Raz kozie śmierć, pomyślałam. Wymieszałam truskawki z miętą i rzeczonym octem. Odrobiną, na wypadek, gdyby jednak mi nie smakowało. Cóż za niespodzianka! Połączenie rzeczywiście jest oryginalne, a przy tym... Po prostu smaczne.

Jogurtowe pancakes z truskawkami



Składniki:
(na 15-18 placuszków)
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 130 ml jogurtu o smaku owoców leśnych, najlepiej z kawałkami owoców
  • 200 ml mleka
  • 70 ml oleju

dodatkowo:
  • 300 g truskawek
  • 2 gałązki świeżej mięty
  • 1 łyżeczka octu balsamicznego

Mąkę przesiać do miski z sodą. Wsypać cukier i sól, wymieszać.
W drugiej misce roztrzepać jajko, wlać olej, mleko i jogurt, wymieszać.
Wlać płynne składniki do suchych, dokładnie wymieszać na jednolitą masę bez gródek.

Smażyć placuszki na patelni z obu stron, na złoto-brązowy kolor.

Truskawki pokroić na połówki lub większe na ćwiartki. Z gałązek oberwać listki, drobno posiekać. Dodać do truskawek wraz z octem balsamicznym, wymieszać.

Ciepłe pancakes podawać z sałatką truskawkową.

Smacznego!



Dzisiaj robię za tłumacza - trzymajcie kciuki, żeby dobrze mi poszło.

piątek, 3 czerwca 2011

Wolny czwartek

Wczorajszy dzień był naprawdę cudowny. Najpierw wylegiwanie się w łóżku do pory wręcz nieprzyzwoitej, potem dłuuugi spacer z D. i jużniepuchatym potworem, grill w ramach obiadu (ach, ta karkówka!), a wreszcie finał w postaci... Odrobiny pracy, żeby nie było tak zupełnie lekko.
Pogoda dopisała, było słonecznie, ale nie gorąco, tylko wiatr trochę przeszkadzał, kiedy próbował nam porwać obrus spod talerzy. Mimo wszystko bawiłam się świetnie i mam nadzieję, że tego lata spotka nas jeszcze wiele takich dni.

W tak zwanym międzyczasie, kiedy już wyszłam z łóżka prawie zupełnie obudzona, a D. jeszcze troszkę drzemał, przygotowałam nam na śniadanie pancakes. I o ile nasze tradycyjne naleśniki nie są moją mocną stroną, bo się zazwyczaj rwą i zdecydowanie nie wyglądają tak, jak powinny (udały mi się raz, pod czujnym nadzorem Mamy Dużego, i mimo, że później, w domu, dokładnie odtwarzałam wszystko krok po kroku, efekty nie były zadowalające); to amerykańskie pancakes wychodzą mi świetnie. A D. uwielbia je na śniadanie, kiedy nigdzie się nie spieszymy i mamy czas spokojnie porozmawiać przy kawie. Także były obowiązkowym punktem dnia takiego jak dzisiejszy.
Właściwie stale używam jednego przepisu, modyfikując go ze względu na zawartość lodówki lub aktualne zachcianki smakowe. Najlepsze moim zdaniem są z dodatkiem jogurtu, który nadaje im delikatniejszej struktury; oraz te na sodzie a nie proszku do pieczenia, gdyż są bardziej wyrośnięte i puchate. A poza tym? Wszelkie wariacje dozwolone. Z wanilią, owocami, sokami - co dusza zapragnie. Z niezbyt dużą ilością cukru, za to obowiązkowo polane złotym syropem. Słodkie śniadanie na wolny dzień.

Pomarańczowo-imbirowe pancakes



Składniki:
(na około 14 placuszków)
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 60 ml oleju
  • 140 ml jogurtu naturalnego
  • 100 ml mleka
  • sok z 2 pomarańczy (około 110 ml)
  • 1 cm świeżego imbiru

Mąkę przesiać do miski z sodą. Wymieszać z cukrem i solą.
Jajko roztrzepać. Wymieszać z olejem, jogurtem mlekiem oraz sokiem. Imbir obrać i zetrzeć na tarce o małych oczkach. Dodać 

do płynnych składników, połączyć.
Wlać masę mleczno-jajeczną do mąki, wymieszać na gładką masę, bez gródek. 

Smażyć krótko z obu stron na złoty kolor, na średnim ogniu.

Smacznego!

Dzisiaj za to mam dzień dla siebie. Poza tym, że muszę sprawdzić, czy może poczta jest otwarta, mam zamiar posiedzieć w kuchni i przygotować coś dobrego na jutrzejszy deser, bo naszym gościem będzie Smok. Ostatnio wspomniał, że zjadłby coś z jabłkami... Kupiłam kilka, teraz pozostaje tylko trudny wybór - co konkretnie...? Jakieś pomysły?