Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbata. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Mrożona herbata. Z rabarbarem i bzem

Nie wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Krzak malin usechł, zanim jeszcze zdążył się na dobre zadomowić - chyba wybraliśmy dla niego złe miejsce. Krzew czerwonej porzeczki nie przetrwał kilku letnich nawałnic i kilka gałęzi się złamało, pozostawiając dwa smętne kikuty. Cukinie nawet nie zakiełkowały, a szczypiorek został pochłonięty przez rukiew. Było też jednak kilka pozytywnych zaskoczeń: mięta truskawkowa, po przesadzeniu do innej donicy, odzyskała wigor i wygląda na to, że nie da o sobie zapomnieć. Trzeci rodzaj rabarbaru, który myślałam, że nie przetrwa, wypuścił nowe, malutkie gałązki. W tym roku już z niego pożytku nie będzie, ale w przyszłym, kto wie...? Być może doczekacie się przepisów na ciasta z rabarbarem truskawkowym. Jagody goji w końcu wykiełkowały, wprawiając mnie w stan bliski euforii, a leszczyna wypuściła kilka zielonych listków, więc teraz dmuchamy na nią i chuchamy z wielkim zapałem. Mięta imbirowa i zwykła, a także szałwia ananasowa wybujały ponad wszelkie oczekiwania (jeśli macie jakieś pomysły na ich wykorzystanie, koniecznie podzielcie się w komentarzach), a w żywopłocie znaleźliśmy czerwoną porzeczkę wynagradzającą straty. 

Tak więc choć nie wszystko poszło tak, jak planowaliśmy, jesteśmy naszym małym ogródkiem zachwyceni i bardzo przejęci. Ekscytacja sięga zenitu, gdyż jabłonka, po odcięciu na wpół martwego konara, w tym roku zasypana jest wręcz malutkimi, póki co, owocami. Mam nadzieję, że delikatne gałązki wytrzymają ciężar...

W międzyczasie czarny bez przestał kwitnąć. Deszcze zmyły z gałązek ostatnie kwiatki; na szczęście zanim to się stało, przygotowałam solidną porcję syropów. Malinowy, truskawkowy i klasyczny; rozchodzą się szybciej, niż się spodziewałam!

Tego ostatniego użyłam do przygotowania mrożonej herbaty. Trzy tygodnie temu trafił nam się słoneczny weekend, nie zwlekając więc, czym prędzej ukręciłam lody i przygotowałam chłodzący napój. W końcu nie wiadomo, kiedy znów trafi się okazja...

Tak naprawdę przygotowanie mrożonej herbaty jest banalnie proste, wymaga jedynie odrobiny cierpliwości, aż całość mocno się schłodzi. Do delikatnej, czarnej herbaty dodałam sporo rabarbaru, dzięki któremu stała się kwaskowata i orzeźwiająca, a całość osłodziłam syropem z kwiatów czarnego bzu. Proporcje są tutaj umowne, możecie regulować je według własnego uznania, dopasowując do indywidualnego smaku.

Inny pomysł na mrożoną herbatę znajdziecie dzisiaj również u Ani.

Mrożona czarna herbata z rabarbarem i bzem


Składniki:
(na około 1,5 l napoju)
dodatkowo:
  • lód w kostkach
Rabarbar pokroić w cienkie plastry, przełożyć do dzbanka. Włożyć do niego torebkę herbaty, zalać wrzątkiem. Po 5-10 minutach usunąć torebkę z herbatą, ostudzić. Dodać syrop, wymieszać, schłodzić w lodówce.
Podawać z kostkami lodu.

Smacznego!

A rabarbaru z herbaty nie wyrzucajcie; świetnie nadaje się do porannej owsianki.

sobota, 16 lipca 2016

Dżem wiśniowo-herbaciany

Ciągle jestem na etapie przystosowywania się do nowego trybu życia. Niby niewiele się zmieniło, ale dwanaście godzin dziennie poza domem (przy sprzyjających wiatrach), potrafi człowieka zupełnie oszołomić. Skandalicznie wręcz brakuje mi czasu; a jednocześnie mam wrażenie, że ten, który jednak mam, wykorzystuję w niewłaściwy sposób. Chyba muszę zacząć lepiej wszystko planować.
Jak tylko porządnie się wyśpię...

Dlatego dzisiaj, bez owijania w bawełnę i zawracania głowy: przepis. Nie byle jaki, bo na obłędnie pyszny dżem wiśniowy. Zrobiłam go w Polsce, bo w Danii, niestety, ale wiśni brak. Pogodziłam się z zaistniałą sytuacją, jednak gdy jeżdżę do kraju w sezonie, nie potrafię się oprzeć tym lekko kwaśnym kulkom. Tak jak czereśnie uwielbiam zjadać prosto z drzewa (lub w wersji miejskiej - z miski), tak wiśnie idealnie nadają się do wszelakich wypieków i deserów ze względu na swój wyrazisty smak. No i ten piękny kolor... Czy ktoś potrafi oprzeć się tym ciemnoczerwonym kuleczkom...?

Tym razem do dżemu dodałam herbaty. Mocnej, czarnej, esencjonalnej. Koniecznie wybierzcie dobrą jakościowo, najlepiej liściastą - jej smak jest tutaj bowiem bardzo ważny. Dżem zaskakuje niezwykłą nutą; idealnie wprost pasuje do naleśników. Ja jestem nim oczarowana!

Dżem wiśniowo-herbaciany


Składniki:
(na 4,5 słoiczka)
  • 2 kg wiśni
  • 4 torebki czarnej herbaty aromatyzowanej wiśniami
  • 600 ml wrzątku
  • 700 g cukru
  • sok z 1 cytryny

Herbatę zalać wrzątkiem, przykryć, zostawić do ostudzenia. Wyjąć torebki.
Wiśnie wydrylować, włożyć do garnka. Dodać cukier, herbatę i sok z cytryny. Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


Przepis, oczywiście, dodaję do akcji Mirabelki:

środa, 30 marca 2016

Krwiste tiramisu. Nie tylko dla odważnych

Czasami się zastanawiam, czym jest odwaga. Kiedyś bardzo łatwo było stwierdzić, czy dany człowiek się nią cechuje, czy raczej wręcz przeciwnie. Rycerze dzielnie stawali na polu bitwy i ruszali do boju bez najmniejszych oznak wahania, królowie podbijali sąsiednie państwa, szlachcianki wdawały się w romanse, za które groziła sroga kara z ręki męża. Z natury lękliwi chłopi pochylali głowy i plecy przed trudami codziennego życia; co jakiś czas jednak rodził się ten wyjątkowy, odważny. Potrafił sprzeciwić się panu, za co najczęściej kończył na szubienicy. Ale odwagi nikt mu odmówić nie mógł.

Dzisiaj odważni młodzi ludzie walczą w nie swoich wojnach albo uprawiają sporty ekstremalne. Ci, którzy mają pieniądze, odważnie stawiają wszystko na jedną kartę. Tym, którzy nie mają czego stawiać, dużo trudniej wykazać się odwagą. Bo czy stanięcie w obronie kopniętego psa można komuś policzyć za czyn odważny...? Taki drobiazg, który przecież nic nie zmieni...
W dzisiejszych czasach, i tak już niewyraźna, linia między odwagą i głupotą zatarła się niemal zupełnie. Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie...? Nie mnie to oceniać.

Dzisiaj mam dla Was jeden z najlepszych deserów, jakie ostatnio jadłam. Ba! Kwalifikuje się do pierwszej piątki najcudowniejszych pyszności, jakich dane mi było spróbować. Gdyby nie resztki zdrowego rozsądku, zjadłabym wszystko. Sama. Na raz!

Przepis podpatrzyłam u Pomidorowej Ani i od razu przepadłam. Wszelkie wariacje na temat tiramisu są u nas bardzo mile widziane; gdy zobaczyłam połączenie tego pysznego, włoskiego deseru z moimi ukochanymi, krwawymi pomarańczami wiedziałam, że też muszę takie mieć. Nie czekałam długo... Zaraz po Świętach, gdy choć trochę minęło mi babkowe szaleństwo, zabrałam się do rzeczy. Deser jest banalnie prosty w przygotowaniu, a jedynym ekskluzywnym składnikiem są sezonowe czerwone cytrusy. Bez gotowania, bez pieczenia, na upartego - da się nawet bez miksera (tylko po co...?). Efekt - delikatny, rozpływający się w ustach krem z biszkopcikami o intensywnym smaku pomarańczy. Do tego plasterki cytrusów w obłędnie pysznym syropie i chrupiące, zieloniutkie pistacje. Czysta poezja. Przysięgam - mogłabym jeść ten deser codziennie do końca życia, i nigdy by mi się nie znudził.

Tiramisu sanguinello


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 250 g serka mascarpone
  • 25 ml amaretto
  • 60 g cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 białka

nasączenie:
  • 50 ml delikatnej czarnej herbaty (aromatyzowanej pomarańczą)
  • 50 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 2 łyżki amaretto

pomarańcze w syropie:
  • 3 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 3 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 75 g podłużnych biszkoptów
  • niesolone pistacje

Ostudzoną herbatę wymieszać z sokiem z pomarańczy i cytryny, skórką pomarańczową, miosem i amaretto. Odstawić.

Pomarańcze obrać, odkrawając dokładnie białe albedo. Pokroić je na plastry grubości 4-5mm, posypać cukrem, zalać alkoholem i odstawić do lodówki.

Białka ubić na sztywną pianę. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać alkohol, zmiksować. Dodać mascarpone, połączyć. Na końcu partiami dodać pianę z białek, delikatnie mieszając łyżką.

W herbacie z sokiem maczać biszkopty, ułożyć na dnie szklanek. Na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce 3 godziny.

Przed podaniem tiramisu udekorować plastrami pomarańczy, polać syropem z ich macerowania i posypać posiekanymi pistacjami.

Smacznego!


W stosunku do oryginalnego przepisu nieco zmieniłam proporcje. I po pierwszym kęsie zaczęłam żałować - te dziesięć porcji z pewnością by się nie zmarnowało...

wtorek, 15 marca 2016

Babka herbaciana z pigwą i pierwsze ptasie trele

Wielkanoc już niemal za progiem. Gorączkowo planuję kolejne wypieki i zastanawiam się, kiedy zdążę wypróbować te wszystkie przepisy. Na świąteczne śniadanie, brunch właściwie (ach, jak to modnie brzmi!), zostaliśmy zaproszeni do brata C. Jako, że posiłek jest składkowy, każdy dostał listę tego, co ma ze sobą zabrać. Na mojej wylądowały desery... Ciekawe dlaczego...?

W każdym razie mam pewien pomysł, który powinien zachwycić dzieci, o ile uda mi się go zrealizować. Biorąc pod uwagę, że w Święta wypada akurat mój pracujący weekend, muszę się naprawdę dobrze zorganizować.

Ostatnio jednak zaobserwowałam pewną zmianę, która napawa mnie otuchą i nadzieją na lepsze, cieplejsze jutro. Otóż gdy rano wychodzę do pracy, nie witają mnie przerażająca cisza lub głuche podmuchy wiatru. Radosne, ptasie trele wypełniają nocne powietrze sprawiając, że nie mogę się nie uśmiechać. Do pracy przychodzę w wyjątkowo radosnym nastroju.
Przedwczoraj tuż przed drzwiami spotkałam Grethę. Kazała mi się zatrzymać i słuchać. Idzie wiosna - szepnęła, nie chcąc zakłócać ptasiego koncertu.

W tym jakże optymistycznym klimacie pragnę Wam dzisiaj zaproponować babkę. Nieco inną niż wszystkie, ale naprawdę pyszną i wartą upieczenia. Mocno wilgotna i cięższa od klasycznych, maślanych puszków, zaskakuje wyjątkowym, herbacianym smakiem i wyczuwalnymi kawałeczkami startej na tarce pigwy. To moja pierwsza przygoda z tym owocem. Mam jeszcze kilka sztuk, które planuję przerobić na marmoladę. Jakieś sugestie...?

Pomysł na herbaciane ciasto z pigwą zaciekawił mnie na blogu Zucchini Blues, ale tytuł nastawił mnie na coś innego. Znalazłam więc przepis na babkę herbacianą u Edytki, i połączyłam te dwa pomysły w jeden. Wyszło zaskakująco dobrze; herbata nadaje intrygującego aromatu, a pigwa soczystości. Pod grubą warstwą herbacianego lukru babka prezentuje się naprawdę elegancko.
Babeczce ciężko się oprzeć, i we trójkę na jedno posiedzenie zjedliśmy połowę. 
Polecam!

A po inne pomysły na babki zajrzyjcie koniecznie do Ani i Malwinny

Babka herbaciana z pigwą


Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2 l)
  • 200 ml mleka
  • 2 torebki herbaty earl grey
  • 80 g miękkiego masła
  • 80 g cukru
  • 2 żółtka
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 owocu pigwy (200 g)
lukier:
  • 130 g cukru pudru
  • 2 łyżki mocnej herbaty earl grey
Mleko zagotować, zdjąć z palnika. Włożyć torebki z herbatą, przykryć i odstawić do wystygnięcia.
Pigwę obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbić żółtka, dokładnie mieszając po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem i solą. Partiami, na zmianę z mlekiem, dodawać do masy, miksując na najniższych obrotach.
Na końcu dodać pigwę, połączyć.

Masę przełożyć do oprószonej mąką formy.

Piec w 180 st. C. przez 45-50 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie, a po 15 minutach wyłożyć na talerz. Zostawić do całkowitego wystudzenia.

Cukier puder przesiać, utrzeć z herbatą na gładki lukier. Polać nim babkę.

Smacznego!


Do ciasta użyłam herbaty Lipton, Imperial Earl Grey. Nie jest to żadna reklama, po prostu uważam, że jej cytrusowo-kwiatowy smak idealnie tutaj pasuje. Oczywiście, użyjcie swojej ulubionej.

wtorek, 17 lutego 2015

Zapiekane naleśniki na Tłusty Wtorek

Dzisiaj, jakby ktoś nie wiedział (nie uważam, że taka niewiedza to coś, czego należy się wstydzić - sama do niedawna nie miałam o tym pojęcia), jest Dzień Naleśnika. W sumie, to się nie dziwię, że taki dzień istnieje - w końcu naleśniki wszelkiej maści to prawdziwy przysmak. Można je przygotować na tyle różnych sposób, że trafią w gusta chyba każdego. Są więc cieniutkie, francuskie crepes, pulchniutkie, angielskie pancakes, a także nasze polskie, duże, ale nieco grubsze od francuskich. Mogą być słodkie lub wytrawne, klasyczne, kakaowe czy szpinakowe. Możliwości jest bez liku - tak naprawdę można by jeść naleśniki przez okrągły rok, i się nimi nie znudzić. Nie szalejmy jednak - wystarczy, że sięgniecie po nie dzisiaj. 

Naleśnikowa tradycja pochodzi z Irlandii, jeszcze z XV wieku, gdy przed postem należało zużyć resztę niepostnych składników, czyli jajek i mleka. A gdzie wykorzystuje się te rzeczy w ilościach hurtowych? Oczywiście, w naleśnikach. Ostatni wtorek karnawału pachniał więc w Irlandii przepięknie. Dzisiaj mniejszą wagę przywiązuje się do postu, tradycja smażenia naleśników jednak pozostała. W tym roku razem z Justinką, Panną Malwinną, Martynusią, Mirabelką i Sianko postanowiłyśmy dzielnie w tym wydarzeniu uczestniczyć, przygotowując nasze ulubione naleśniki.

Tutaj musiałam się chwilę zastanowić. Bo które lubię najbardziej...? Sama nie wiem. Postanowiłam więc spróbować czegoś nowego, czyli naleśników zapiekanych na słodko. Inspirację znalazłam u Gosi, i według jej wskazówek usmażyłam naleśniki. Wyszły! Ach, jak mnie to ucieszyło... Dla niewtajemniczonych - naleśnikowym mistrzem jest w naszym domu C. Zawsze on przygotowuje te cuda, a ja się tylko delektuję, ewentualnie zmywam później talerze. Tym razem jednak postanowiłam przygotować mu niespodziankę, i z duszą na ramieniu zabrałam się do pracy. Na szczęście poszło gładko, i tylko jeden się porwał przy przewracaniu. Misja wykonana, może jeszcze kiedyś spróbuję, bo całkiem mi się to smażenie spodobało.

Wracając do sedna, czyli naleśników. Nadzienie przygotowałam z twarogu, który przywiozłam sobie z Polski, z dodatkiem rodzynek namoczonych w herbacie. Mmm... Jakie to dobre... Całość polałam sosem waniliowym - kremowym, delikatnym i słodkim. Wyszło obłędnie pysznie, choć słodko (można zredukować nieco ilość cukru). Niemniej z wielkim zapałem zjedliśmy całkiem spore ilości, jeszcze zanim C. poszedł do pracy. Polecam Wam ogromnie taką naleśnikową kombinację - może na weekend...? Bo do kolejnego Tłustego Wtorku naprawdę czekać nie warto...

Zapiekane naleśniki z twarogiem i rodzynkami

Składniki:
(na 13-15 naleśników)
  • 500 ml mleka
  • 2 jajka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 ml oleju

nadzienie:
  • 300 g twarogu, raz zmielonego
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 20 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 100 g rodzynek
  • 200 ml mocnej, gorącej herbaty

sos:
  • 3 żółtka
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Naleśniki:
Jajka roztrzepać, dodać mleko i olej. Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem waniliowym i solą. Dodać do jajek, dokładnie połączyć, żeby nie było grudek.
Odstawić ciasto na 30 minut.

Po tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni smażyć cienkie naleśniki. Ostudzić.

Sos:
Kremówkę zagotować. Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać śmietanę, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać (nie gotować!), aż nieco zgęstnieje. Zdjąć z palnika, przetrzeć przez sitko, dodać ekstrakt, wymieszać. Ostudzić.

Rodzynki zalać gorącą herbatą, odstawić na 30 minut.

Nadzienie:
Twaróg utrzeć z kremówką, cukrem i cukrem waniliowym na gładką masę. 
Rodzynki dobrze odcisnąć, połowę dodać do nadzienia, wymieszać.

Naleśniki smarować nadzieniem, zwijać w ruloniki, układać ciasno w naczyniu do zapiekania wysmarowanym masłem. Wierzch posypać pozostałymi rodzynkami, polać całość sosem.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut, aż wierzch się przyrumieni.

Podawać gorące.

Smacznego!

Koniecznie zajrzyjcie do dziewczyn - ja już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, co przygotowały.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Morele w syropie. I plaża

W piątek pojechaliśmy nad morze. Decyzja okazała się jak najbardziej słuszna, bowiem był to ostatni dzień prawdziwie letniej, upalnej pogody. Nie zrozumcie mnie źle - nadal o godzinie jedenastej wieczorem wychodzę z psem na spacer w letniej sukience i sandałach, i nie marznę (a ci, którzy mnie znają wiedzą, że marznę niemal zawsze). Zaczął się jednak sezon burz - jedna obudziła mnie w sobotę nad ranem, kolejna zwaliła się na nas w niedzielę po południu. Choć nadal jest ciepło, jest też parno i wilgotno, a plaża nie jest już tak kuszącym miejscem, jak była jeszcze kilka dni temu.

Pojechaliśmy więc na plażę. Uważam się za prawdziwą szczęściarę - od morza dzieli mnie około 25 kilometrów, od najbliższej plaży - 30. Od tej, na którą lubimy jeździć, mniej więcej 50. Nie są to zbyt wielkie odległości, wycieczka nie zajmuje więcej niż 45 minut. A ja morze wręcz uwielbiam! Piasek, woda, lekki wietrzyk... 
Oczywiście wybraliśmy się w nasze ulubione miejsce. Plaża na skraju miasteczka, gdzie nie chodzi aż tak wiele osób i można mieć psa. Trochę cienia dla Ptysi, słoneczne miejsce dla nas. I wszystko byłoby jak w bajce, gdyby nie setki meduz w wodzie (która swoją drogą była naprawdę ciepła). Weszliśmy do wody do pasa, i weszłabym dalej, gdyby nie śliskie, galaretowe ciałka ocierające się o moje nogi przy każdej fali. Brrr... Nie mogłam się przemóc. Za to Ptysia pływała dzielnie - chyba coraz bardziej jej się to podoba.

Tym wpisem otwieram sezon przetworowy na Pożeraczce. Będąc w Polsce (już o tym wspominałam) przygotowałam 61 słoiczków z owocami w różnej postaci. Część dałam Mamie, większość przyjechała ze mną do Danii. Będę się mogła teraz nimi cieszyć aż do następnego lata.
Nie wszystkie pokażę teraz: większość jest bowiem z truskawek, które się już, tak naprawdę, skończyły. Zachowam więc zdjęcia i przepisy na przyszłe lato, może się komuś przydadzą (a wyszły naprawdę dobre, nie chwaląc się). 
Mamy jednak aktualnie czas na morele, i to na ich zagospodarowanie chcę Wam pokazać sposób. Dżemy oczywiście są pyszne, szczególnie z dodatkiem lawendy lub rozmarynu - morele, same w sobie lekko mdławe w większych ilościach, nabierają zupełnie nowego charakteru w ich towarzystwie. Tym razem jednak zrobiłam coś zupełnie innego. W gazetce Moje gotowanie lipiec-sierpień 2014 znalazłam przepis na brzoskwinie Lorda Grey'a. Bardzo mi się ten pomysł spodobał, choć oczywiście przerobiłam go po swojemu. Zamiast brzoskwiń - morele. Zamiast słynnej herbaty Earl Grey - morelowa z wanilią. Efekt - wspaniały! Morele pachną cudownie, poza tym zachowują niezmieniony kształt - zalane gorącym syropem się nie gotują, więc zachowują strukturę. Będzie można je ułożyć na przykład na wierzchu sernika, a z syropu przygotować galaretkę. Ja chcę zrobić z nich lody - z pewnością będą smakowały wyjątkowo!

Morele w syropie herbacianym

Składniki:
(na 8 słoiczków)
  • 2 kg moreli
  • 500 g cukru
  • 4 torebki herbaty brzoskwiniowej lub morelowej z wanilią
  • sok z 1 cytryny
  • 600 ml wody

Morele naciąć na krzyż, sparzyć, zalać zimną wodą, obrać ze skórki. Pokroić na połówki, wyjąć pestki, ułożyć ciasno w słoiczkach.

Do garnka wsypać cukier i zawartość jednej torebki herbaty, włożyć pozostałe trzy, wlać wodę i sok z cytryny. Zagotować, po czym redukować około 20-30 minut. 
Bardzo gorącym syropem zalać morele, dobrze zakręcić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

A teraz czas się zebrać w sobie, i ruszyć do lasu. Chcemy nazbierać malin - już zrobiliśmy rekonesans: są słodkie i pyszne, choć malutkie. Zobaczymy, ile znajdziemy, ale już mam kilka ciekawych pomysłów na ich zagospodarowanie.

niedziela, 8 grudnia 2013

Grudniowe wyzwanie blogerek - ciasteczka na choinkę

Wczorajszy dzień był pechowy. W piątek upiekłam pierniczki, w sobotę z samego rana zostały polukrowane. Następnie miała się odbyć kolejna partia pieczenia, ale nic z tego nie wyszło, gdyż przekrojenie bułki okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Z raną ciętą na długość dwóch centymetrów zasiadłam na kanapie, oczekując ratunku. Zostałam profesjonalnie oklejona plastrem, po czym przystąpiłam do robienia zdjęć pierniczkom. Wszystko na szybko, bo wychodziliśmy z domu. Dopiero po powrocie przypomniałam sobie, że na zdjęciu miała być karteczka... A niestety, większość pierniczków wyjechała z nami, nie było więc już czemu robić powtórki... Na szczęście organizatorki zabawy wykazały się zrozumieniem i wybaczyły mi to uchybienie. Uff... Mogłam odetchnąć z ulgą.

Kiedy tylko Marta zaproponowała mi wspólne pierniczenie, zgodziłam się bez chwili wahania. Pieczenie ciasteczek to ogromna frajda, szczególnie w dobrym towarzystwie. Wybrałam herbaciane pierniczki z bloga Ciastkarnia na kruchym spodzie, bo zaciekawił mnie właśnie dodatek herbaty. Okazało się, że w smaku jej nie czuć - choć zaparzyłam prawdziwą siekierę. Domowa przyprawa do piernika zdecydowanie zdominowała smak tych ciasteczek, ale to nic złego - smakują bowiem wybornie. W dodatku są cudownie mięciutkie od razu po upieczeniu - dlatego sądzę, że dziurki okażą się zbędne - do Świąt nie będzie już po nich śladu...
Przepis na lukier królewski wzięłam z niezawodnego bloga Moje wypieki. Wyszedł idealny - śliczny, biały, a kiedy zastygł, nie sposób było go zepsuć. Wszystkie ozdoby znakomicie się go trzymają. Z pewnością jest lepszy od tradycyjnego lukru na wodzie.

Ja już więcej pierniczków dekorować nie będę - przy tych spędziliśmy z C. jakieś pół godziny, i choć śmialiśmy się przy tym jak przedszkolaki, w końcu mieliśmy dość. To zdecydowanie nie jest zabawa dla mnie... A szkoda, bo pięknie udekorowane pierniczki wzbudzają we mnie niekłamany zachwyt.

Marta i Paulina do zabawy zaprosiły całe mnóstwo dziewczyn: Monikę, Magdę, Gosię, Iwonę, Justynę, Bożenę, Justynę, Magdę, Ewę i Judytę. Koniecznie zajrzyjcie, jakie cuda zawisną na ich choinkach.

Pierniczki herbaciane

Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 250 g mąki pszennej
  • 75 g miodu
  • 50 g cukru
  • 75 g masła
  • 1 jajko
  • 1 łyżka kakao
  • 2 łyżki domowej przyprawy do piernika
  • 30 ml mocnej, ostudzonej herbaty
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

lukier królewski:
  • 30 g białek
  • 150 g cukru pudru
  • 1/6 łyżeczki białego octu winnego

Miód z masłem rozpuścić, przestudzić. 
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem, kakao, przyprawą do piernika i sodą. Wlać herbatę, miód z masłęm, wbić jajko. Zagnieść gładkie ciasto. Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3 mm, wycinać dowolne kształty. 

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut, ostudzić.

Przygotować lukier:
białko, cukier puder i ocet umieścić w misce. Mieszać na najniższych obrotach miksera przez około 10 minut, aż masa będzie zupełnie gładka i bardzo gęsta. Przełożyć do rękawa cukierniczego z małą, okrągłą końcówką, dowolnie dekorwać pierniczki. Przykleić ozdoby, odstawić do wysuszenia.

Gdy lukier zastygnie, przełożyć pierniczki do puszki.

Smacznego!

Wichury, sztormy i ulewne deszcze na szczęście już się skończyły. Dziś nawet zaświeciło śliczne słonko, i aż chciało się wyjść z domu. Lekki przymrozek, resztki śniegu, zdecydowanie czuć, że to już grudzień.

czwartek, 28 listopada 2013

Jesienne tiramisu - z jabłkami

Grudzień już niemal puka do drzwi. Słyszę, jak powoli skrada się po schodach. Mrozem drapie w okna, lodowatym językiem szronu oblepia źdźbła trawy w parku. Włóczkowa, fioletowa czapka i ciepły szal są nierozłącznymi towarzyszami najkrótszych nawet spacerów. Czasu nie da się oszukać - za niecały miesiąc zasiądziemy przy wigilijnych stołach. Uśmiechnięci, w towarzystwie najbliższych - czego Wam oczywiście z całego serca życzę.
Póki co jednak, chciałabym jeszcze pozostać w temacie jabłek. Ale z cynamonem, żeby przyjemnie rozgrzewał i otulał swoim ostrym ciepłem.

Gdy u Pomidorowej Ani zobaczyłam ten deser, od razu się w nim zakochałam. Sami zresztą do niej zajrzyjcie - nie można mu się oprzeć. Miałam jeszcze trochę jabłek, więc czym prędzej przystąpiłam do działania.
Pozmieniałam proporcje, dostosowując je do zawartości lodówki i szafek. Tym sposobem wyszła mi warstwa biszkoptów mocno nasączonych alkoholem, które nadają pazura każdej porcji. Na nich chrupiące migdały, które są zaskakującym, cudownie chrupiącym elementem. Później soczysty, bardzo intensywnie jabłkowy mus, a na wierzchu warstwa rozpływającego się w ustach, delikatnego kremu. Całość oprószona kakao z cynamonem.

To taki bardzo jeszcze jesienny deser. Bez pieczenia, a najwięcej czasu zabiera oczekiwanie, aż jabłkowy mus ostygnie. Jest prosty i niewiarygodnie pyszny. Nie mam pojęcia, czy Włosi zaaprobowaliby taką wariację - ja nie potrafiłam się oprzeć.

Jabłecznikowe tiramisu

Składniki:
(na 6 porcji)

masa jabłkowa:
  • 1,3 kg jabłek
  • 50 g miodu
  • 100 ml amaretto
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka cynamonu

spód:
  • 200 g podłużnych biszkoptów
  • 40 g płatków migdałowych

nasączenie:
  • 80 ml herbaty owocowej (niezbyt mocnej)
  • 35 ml amaretto

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 180 ml śmietany kremówki
  • 2 łyżki cukru pudru

dodatkowo:
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżeczka cynamonu

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę. Włożyć do garnka, lekko podprażyć. Miód, amaretto, sok z cytryny i cynamon wymieszać. Gdy jabłka lekko się uprażą, zalać je mieszanką. Gotować na średnim ogniu przez 20-30 minut, dopóki nie zrobią się zupełnie miękkie, a część się nie rozpadnie. Ostudzić.

Herbatę wymieszać z amaretto. Moczyć w niej krótko biszkopty, pokruszyć i rozłożyć rónomiernie na dnie szklanek. Posypać uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałowymi.

Mascarpone, kremówkę i cukier puder zmiksować na puszystą masę. Dodać 8-10 łyżek całkowicie ostudzonych jabłek, delikatnie wymieszać.

Na migdały wyłożyć jabłka, na wierzch krem.
Schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Przed podaniem wierzch oprószyć kakao wymieszanym z cynamonem.

Smacznego!

Zaczyna ogarniać mnie nostalgia i tęsknota. Przede mną kolejne Święta daleko od Domu, od Rodziny, tradycji, pierogów i makowca. Choć w gronie fantastycznych ludzi, to jednak w obcym kraju. Brakuje mi... I tęsknię.

piątek, 2 sierpnia 2013

Coś na kształt depresji i sernik herbaciany

Ostatnio z przerażeniem zauważyłam, jak szybko robi się ciemno. Nawet w słoneczny dzień o godzinie dwudziestej pierwszej robi się szaro, a o dwudziestej drugiej jest już niemal zupełnie ciemno. Chcąc zrobić zdjęcie przy dziennym świetle, muszę się wyrobić do godziny dziewiętnastej, inaczej, niestety, ale cudów nie ma, i lepiej zapalić lampę. Doprawdy, czuję się rozczarowana. Ledwo co sierpień się zaczął, a dni już takie krótkie...? Dlaczego byłam przekonana, że jeszcze we wrześniu będę się cieszyć wieczornymi spacerami w pełnym słońcu...? 
Chyba dopada mnie późnoletnia depresja pogodowa...

Na pocieszenie - sernik. Ach, jaki dobry! C. nawet stwierdził, że może śmiało konkurować o tytuł najlepszego ciasta, jakie mu zrobiłam. Od razu mi się humor poprawił.

Odkąd zobaczyłam go w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2012 wiedziałam, że muszę go zrobić. Po pierwsze, samo zdjęcie mnie oczarowało - jagody delikatnie zatopione w masie serowej, całość przykryta kawałkami ciasteczek z czekoladą, podana na czekoladowym, chrupkim spodzie. Mmm... A kiedy przeczytałam, że do masy sernikowej dodajemy mnóstwo bitej śmietany i mocną herbatę, przepadłam. Kiedy więc w końcu wpadły mi w ręce borówki amerykańskie (o jagodach to mogę sobie pomarzyć...), od razu zabrałam się do dzieła.
Ciasto przygotowuje się szybko i prosto, bez włączania piekarnika (czyli idealne na aktualne upały). A smak...? Moi drodzy, tego po prostu trzeba spróbować! Spód jest naprawdę przyjemnie chrupiący i mocno kakaowy, masa serowa jest delikatna i puszysta, o delikatnym zapachu i aromacie herbaty - doprawdy wyjątkowa. Do tego soczyste, orzeźwiające owoce i chrupiące ciasteczka, które wspaniale współgrają z kremową masą. Całość zdecydowanie godna polecenia.

Herbaciany sernik z borówkami amerykańskimi

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 2 łyżki kakao
  • 75 g masła

masa serowa:
  • 3 torebki czarnej herbaty
  • 200 ml wrzątku
  • 200 g serka kremowego
  • 100 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • sok z 1/2 cytryny
  • 8 listków żelatyny
  • 400 g śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

Ciastka na spód dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło rozpuścić, lekko przestudzić i wymieszać z ciastkami.
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia, na to wyłożyć ciastka, dokładnie docisnąć palcami lub łyżką.
Schłodzić w lodówce w czasie przygotowywania masy serowej.

Herbatę zaparzyć w 200 ml gorącej wody. Po pięciu minutach wyjąć torebki, ostudzić.
Serek zmiksować z cukrem, cukrem waniliowym, sokiem z cytryny i herbatą.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, a następnie rozpuścić na parze. Wymieszać z kilkoma łyżkami masy serowej, a następnie dodać do masy i dokładnie połączyć.
Kremówkę ubić na sztywno, wymieszać z masą serową, kiedy ta tylko zacznie tężeć.

Masę serową przełożyć do tortownicy, wyrównać powierzchnię. Ułożyć na wierzchu borówki, delikatnie wciskając w masę. 
Schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.
Przed podaniem udekorować połamanymi ciasteczkami.

Smacznego!

A teraz Wam się przyznam do małego bubla... Gdybym ten sernik robiła dla gości, byłabym podłamana. Kiedy bowiem wkładałam go do lodówki nie zauważyłam, że mi się półka lekko obsunęła, i tortownica stała pod lekkim kątem. Przez to jest odrobinę wyższy z jednej strony, co widać na zdjęciu...
Oczywiście, żadna to tragedia, ale jednak... Ku przestrodze: trzeba uważać na najmniejsze drobiazgi, jeśli chce się mieć ciasto idealne.

poniedziałek, 8 października 2012

Sernik w wersji mini

Nie lubię poniedziałków...? Hmm... W zasadzie to nie mam nic przeciwko nim. Dzień, jak co dzień. Dziś jednak jestem na nogach od godziny piątej (rano, jeśli ktoś miałby wątpliwości, chociaż do tej po południu jeszcze chwilka brakuje), punktualnie kwadrans po dwunastej udało mi się wyjść z pracy (cud jakiś, bo ostatnio rzadko się to zdarza), a wróciwszy do domu dostałam szybkiego buziaka od C., zanim on wyszedł. A potem w spokoju usiadłam na kanapie starając się nie myśleć, jak strasznie dzisiaj zimno, i zajadałam się serniczkiem.
Kiedy zobaczyłam to cudo u Asi wiedziałam, że szybciej niż później coś podobnego pojawi się i u mnie. Jej zdjęcia kompletnie mnie oczarowały, a że sernika u nas dawno nie było... Trzeba się było zabrać za pieczenie.

Po kilku poważnych modyfikacjach powstało coś niemal zupełnie innego. Tworząc swoje mini serniczki (zauważyłam, że jakoś nam lepiej wchodzi wszystko w wersji s lub xs), krążyłam wokół rodzynek namoczonych w herbacie earl grey. Ogromnie mi się ten pomysł spodobał, a po deklaracji C., że rodzynki lubi, ale w serniku ich sobie nie wyobraża wiedziałam, że muszę mu pokazać, że to będzie działało. 
Dla tych, którzy nie lubią rodzynek w sernikach: ja też nie przepadam. Ale te smakują zupełnie inaczej. Są napęczniałe od herbaty, i pasują po prostu świetnie. 
Dałam białą czekoladę, ale żeby nieco zrównoważyć jej słodkość, dodałam też sok z cytryny. Konfiturę wiśniową, choć prezentuje się u Asi obłędnie, zastąpiłam słodką kremówką z dodatkiem herbaty. Z mazistym, lekkim, ale konkretnym (ciężko ten smak wytłumaczyć, naprawdę) ciastem komponuje się wspaniale. Całość zgrała się po prostu idealnie. Jeden z najlepszych serników na tym blogu - musicie spróbować! Gwarantuję, że nikt nie pozostanie obojętny.

A teraz, wypełniwszy swój blogerski obowiązek, zmykam poćwiczyć - serniczki takie pyszne, ale kalorie w powietrze nie idą (niestety...).

Mini serniczki z rodzynkami earl grey


Składniki:
(na 15 sztuk)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 50 g masła

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 ml śmietany kremówki (38%) 
  • 60 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 70 g białej czekolady
  • sok z 1 cytryny
  • 2 jajka

dodatkowo:
  • 100 g rodzynek
  • 150 ml mocnej herbaty earl grey

krem:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 15 g cukru pudru

Masło rozpuścić i ostudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem.
Formę na muffiny wyłożyć papilotkami. W każdą włożyć 1-2 łyżeczki masy ciasteczkowej, ugnieść na dnie.

Podpiec w 190 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Rodzynki zalać gorącą herbatą, zostawić do ostygnięcia.
Odcisnąć, zachowując płyn.

Serek utrzeć z kremówką, cukrem i mąką na gładką masę. Dodać startą na drobnych oczkach czekoladę i sok z cytryny, zmiksować. Wbić po jednym jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać 3/4 rodzynek, wymieszać łyżką.
Masę serową przełożyć do foremek.

Piec w 130 st. C. przez 30 minut.
Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.
Całkowicie ostudzone serniczki schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej całą noc.

Kremówkę ubić z cukrem pudrem i 150 ml herbaty od rodzynek. Udekorować serniczki. Na wierzchu ułożyć pozostałe rodzynki.
Przechowywać w lodówce, podawać schłodzone.

Smacznego!


Wiem, że wczoraj wspomniałam o wykorzystaniu białek, ale... Nie dam rady ich wykorzystać, gdyż nieszczęśliwie i zupełnie przypadkiem zakończyły swój krótki żywot. Jednak nic straconego - jak tylko nadarzy się okazja, odłożę kilka i przygotuję to, co przygotować chciałam. Co mnie jednocześnie fascynuje, i przeraża. Domyślacie się...?

piątek, 2 września 2011

Bomba. Kaloryczna...


Co za wstyd! Mama Chłopaków była u nas cały tydzień, a ja dla niej nic nie upiekłam! Poza tym, że pracowałam, ciągle byliśmy w rozjazdach, i jakoś tak nie było czasu na szaleństwa kuchenne. Chyba będę musiała to jakoś nadrobić przy innej okazji... A jeszcze pewnie niejedna się znajdzie.

Póki co, zrobiłam sernik dla mojej Rodziny. Kupiłam mascarpone, miałam też maliny od Mamy Dużego, w związku z czym w mojej głowie powstała wizja pięknego, różowego serniczka pełnego malin. Niestety, kiedy zabrałam się do dzieła, miałam tylko trochę owoców, i moja wizja legła w gruzach. Szczerze mówiąc, nie bardzo byłam na to przygotowana, improwizowałam więc na całego. A wiecie, jak takie działania wyglądają w nieswojej kuchni... Po pierwsze nie bardzo wiem, gdzie co Mama ma. Po drugie nie wiem też, co ma w ogóle. Tak więc grzebałam w szufladach, przetrząsnęłam lodówkę, pozaglądałam do szafek, wymieszałam, co zdobyłam - i jest! A właściwie to już nie ma, bo zjedliśmy dziś z Tatą resztę. 
No i muszę przyznać, że jak na tak mało zorganizowane działania, wyszło coś naprawdę smacznego. W serniku czuć kalorie, więc pewnie można by go mniej procentową śmietaną odchudzić, ale nam taki właśnie smakował bardzo. Kremowy, nie za sztywny, ale też nie rozpływający się, miękki i słodki, idealnie kontrastował z kwaskowymi malinami i orzeźwiającą galaretką, które sprawiły, że całość nie jest mdła. Mówię Wam - bajka! Ale dla odważnych, bo jak ktoś się boi kalorii, to niech lepiej dalej nie czyta... Choć jak wszyscy wiemy, maliny to samo zdrowie.

Sernik na zimno z malinami



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 120 g okrągłych biszkoptów

nasączenie:
  • 100 ml mocnej herbaty

masa serowa:
  • 500 g mascarpone
  • 500 ml śmietany kremówki (30%)
  • 170 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 100 ml gorącej wody

wierzch:
  • 500 ml malin
  • 1 opakowanie galaretki wiśniowej
  • 400 ml gorącej wody

Spód formy wyłożyć folią aluminiową. Biszkopty zanurzać na sekundę w herbacie, po czym układać ciasno w tortownicy.

Mascarpone króko zmiksować. Wsypać cukier i cukier waniliowy, utrzeć. Wlewać śmietanę, cały czas ubijając. Dodać sok z cytryny, wymieszać. Masa powinna być gęsta, ale nie sztywna.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Wlać gorącą, wymieszać aż do całkowitego rozpuszczenia żelatyny. Ostudzić.
Wlewać żelatynę do masy serowej wąskim strumieniem, cały czas miksując.
Delikatnie wyłożyć na biszkopty, wyrównać powierzchnię. 
Poukładać na wierzchu maliny, delikatnie wciskając w masę.

Wstawić do lodówki na 1-2 godziny.

Galaretkę rozpuścić w gorącej wodzie. Ostudzić. 
Wylać delikatnie na wierzch sernika, wstawić do lodówki na 2-3 godziny, aż do całkowitego stężenia.

Smacznego!

Cztery dni urlopu uciekły nie wiem kiedy. Czas leci błyskawicznie, ale też ciekawie i przyjemnie. W najbliższym czasie na blogu będzie ciszej - zaraz po powrocie do Danii będziemy się pakować, przeprowadzać i rozpakowywać. Może to zająć dłuższą chwilę, ale mam nadzieję, że potem wrócę z nową energią w nowej kuchni!

środa, 10 sierpnia 2011

Woodstock'owe ciasteczka

Ostatnio miałam dziką chęć na ciasteczka. Nie tyle jeść, co upiec. Nie wiem w sumie, dlaczego. Zabieram się za nie rzadko, bo kojarzą mi się z mnóstwem pracy - zagniatanie, wałkowanie, wycinanie, pieczenie kilku partii, studzenie, delikatne przenoszenie, a potem zmywanie tony naczyń i skrobanie blatu z resztek ciasta. W zeszłym tygodniu jednak odczułam nieodpartą chęć upieczenia ciastek, która trzymała mnie długo, bo aż do skutku. Sięgnęłam po przepis Marthy Stewart z jej Cookies, które to dostałam od Panny Malwinny. Receptura nie była skomplikowana, bez zagniatania, a przede wszystkim wałkowania, które w mojej małej kuchni zazwyczaj doprowadza mnie do szału lub czarnej rozpaczy (w zależności od układu gwiazd). Tym razem po prostu uformowałam wałeczek, a później pokroiłam go w plastry. I już! 
Ciasteczka wyszły mega kruche, dość sypkie, ale jednak trzymające formę. Herbata nie jest specjalnie wyczuwalna (D. pytał, czy to mak). Za to skórka nadaje bardzo przyjemny pomarańczowy posmak. Ogólnie smakują dobrze, i jestem z nich zadowolona. Teraz pewnie znów przez dłuższy czas będzie cisza w kwestii drobnych wypieków, aż znów najdzie mnie chęć na ich pieczenie. 

Większość ciasteczek pojechała z Szanownym Bratem na tegoroczny Woodstock. Impreza ponoć była przednia, choć wyjazd, z powodu korków, był nieco uciążliwy. Mimo wszystko wrócił opalony i szczęśliwy, i teraz powoli wraca do normalności (choć jeszcze nie do końca udało mu się odespać...).

Ciasteczka pomarańczowo-herbaciane



Składniki:
(na 50-55 niewielkich ciasteczek)
  • 325 g mąki pszennej
  • 2 łyżki liściastej herbaty Earl Grey
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 225 g miękkiego masła
  • 120 g cukru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy

Do miski przesiać mąkę, wsypać sól i posiekaną na mniejsze kawałki herbatę. Wymieszać.
Miękkie masło zmiksować z cukrem i skórką z pomarańczy na puszystą, jasną masę (około 3 minut na najwyższych obrotach). Wsypać mąkę i zmiksować na najniższych obrotach tylko do połączenia składników.
Powstałą masę podzielić na pół. Każdą część uformować w wałeczek o średnicy 3-4 cm, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przynajmniej przez 2 godziny (można całą noc).

Schłodzone ciasto odwinąć z folii, pokroić na 0,5 cm plastry. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach (nie rosną).

Piec 12-14 minut w 180 st. C.
Ostrożnie zdejmować z blachy po lekkim przestudzeniu.

Smacznego!

My weekend spędziliśmy mniej spektakularnie, ale równie przyjemnie - film, goście, spacery. Cicho i spokojnie, czyli tak, jak lubimy najbardziej.