Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serek kremowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serek kremowy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 grudnia 2017

Chlebek z łososiem wędzonym

Długo wzbraniałam się przed kontem na twarzoksiążce, ale... I na mnie przyszedł ten czas. W końcu dobrze jest być na czasie i trzymać rękę na pulsie, a z fb można dowiedzieć się naprawdę wielu zaskakujących rzeczy. 

Ostatnio przeczytałam dość długi post o tym, jak najlepiej sprawdzić, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. Otóż należy odciąć się od świata, zrezygnować z jakiegokolwiek kontaktu poprzez social media czy telefon, nie odzywać się do nikogo - jednym słowem zamknąć się w domu i nie wyściubiać z niego nosa. I czekać. Na tych, którzy się zainteresują, stęsknią i staną u drzwi, pukając i i prosząc o uwagę. 
Przeczytałam raz i drugi, doszukując się choćby najmniejszego znaku ironii - i nic. Bo wiecie co? Tacy, co tylko czekają, aż inni się nimi zainteresują, a sami nie robią nic, żeby znajomości podtrzymywać, zupełnie mnie jako ludzie nie interesują. Jeśli coś ci leży na sercu - przyjdź z tym do mnie, powiedz, o co chodzi, a ja spróbuję ci pomóc. Ale nie mam zamiaru w wolnym czasie (którego nie mam zbyt dużo) siedzieć i głowić się nad tym, czy przypadkiem nic ci się złego nie przytrafiło. Jeśli nagle przestałeś się do mnie odzywać, nie odpowiadasz na smsy i zamykasz się w swoim świecie, to znaczy, że tego właśnie potrzebujesz - chwili oddechu i samotności. I masz do tego prawo. Ale nie oczekuj, że będę chodzić za tobą dzień u dnia i pytać w kółko, czy aby nie potrzebujesz pomocy. W dzisiejszym zabieganym świecie - stety-niestety - nikt nie ma czasu na takie podchody. 
A jeśli zapomniałam o twoich urodzinach, to znaczy... Że zapomniałam. Nic więcej i nic mniej; nadal cię lubię, nadal mi na tobie zależy, ale... Zapomniałam. Jeśli dam ci prezent spóźniony o tydzień, nadal będzie to prezent od serca. Więc nie rozpaczaj i nie rób wideł z igły; nie ma to najmniejszego sensu.

Być może brzmi to dość wyrachowanie, ale nauczyłam się unikać egoistów szukających zainteresowania za wszelką cenę. 
A jaki jest Wasz sposób na sprawdzenie, komu tak naprawdę na Was zależy?
I czy uważacie, że w ogóle trzeba to sprawdzać...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który powstał przypadkiem, a udał się tak dobrze, że nie mogę o nim nie wspomnieć.
C. wyciągnął z zamrażarki łososia z jakimś zmyślnym planem, o którym, oczywiście, zapomniał. Rybka więc leżała, a wiadomo, że zbyt długie leżenie rybkom nie służy. Zakasałam więc rękawy, zagniotłam drożdżowe (no dobrze - Walle zagniótł), przygotowałam krem serowy, zapakowałam go w ciasto razem z łososiem - i upiekłam. Wyszło pysznie! Co prawda najlepszy jest w dniu pieczenia (następnego warto lekko go podgrzać), ale znika niesamowicie szybko. Idealny jako dodatek do zupy kremu, na szybkie śniadanie (nie trzeba robić kanapek), czy na kolację. 
Spróbujecie...?

Drożdżowy warkocz z wędzonym łososiem


Składniki:
(na 2 chlebki)
  • 600 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniego mleka
  • 150 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
  • 55 g masła
nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 1 białko
  • 300 g wędzonego łososia z koperkiem
dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżeczka płatków woli morskiej
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać mlekiem. Odstawić na 10-15 minut.
Do zaczynu dodać wodę i jajko, zagnieść. Dodać masło i sól, wyrobić. 
Odstawić ciasto na 45-60 minut do wyrośnięcia w ciepłe miejsce.

W tym czasie zmiksować serek z pieprzem, papryką i białkiem.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na kwadrat o boku 40 cm, przekroić na pół. Każdą część złożyć wzdłuż na pół, brzegi naciąć po skosie na głębokość 2 cm, znów rozłożyć. Środek każdego paska posmarować serkiem, równomiernie rozłożyć łososia. Zawinąć nadzienie w ciasto, zaplatając ze sobą nacięte kawałki ciasta.
Przełożyć na blachę, odstawić do napuszenia na 20-25 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować żółtkiem roztrzepanym z jajkiem, posypać solą.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Następnym razem dodałabym do nadzienia świeżego koperku; świetnie się bowiem komponuje z łososiem. A może odrobinę musztardy, żeby całość zyskała nieco ostrości...?
Możliwości jest dużo, a każda warta wypróbowania.

środa, 11 października 2017

Odcienie fioletu - sernik z czarnym bzem i figami

Jestem uzależniona od pogody.
Nie mogę się przez to ogarnąć; kto by pomyślał, że kilka promyków może wprawić mnie w stan bliski euforii...?

Pogoda jest, jaka jest. Nikt nie ma na nią wpływu, za to ona ma wpływ na nas. Kiedy pada i wieje, jest szaro i ponuro, zaparzam cały seledynowy dzbanek gorącej, aromatycznej herbaty, zawijam się w koce i siedzę na kanapie z książką na kolanach. Mimowolnie wędruję wzrokiem do okien; a tam ciemności i fruwające po ogrodzie, bure liście. W dach bębni deszcz, a ja czuję, że niechęć do świata pęcznieje mi w żołądku.
Wystarczy jednak, że zaświeci słońce, a wstępują we mnie ilości energii, o które bym się nie podejrzewała. Odkurzę, zrobię pranie, wyjdę na długi spacer z psami, z którego wrócę z kieszeniami pełnymi kasztanów i żołędzi. Zrobię ciasto, ugotuję rozgrzewającą zupę-krem, którą zjemy w kuchni w promieniach zachodzącego słońca. Mogę góry przenosić!
Bo zaświeciło słońce...
Też tak macie? Czy ja już zupełnie zwariowałam...?

Dzisiaj mam dla Was kolejny z figowych przepisów. Zupełnie zawróciły mi w tym roku w głowie; po prostu nie mogę się od nich opędzić! Kupuję kolejne pudełeczka, zanim jeszcze wykorzystam zawartość tych czekających cierpliwie w lodówce. Sezon na figi zawsze kończy się za szybko, chcę więc nacieszyć się na zapas.

Tym razem przygotowałam sernik, na który przepis znalazłam na stronie Cakes and coffee. Niedawno przygotowałam parę buteleczek syropu z czarnego bzu, był to więc niemal oczywisty wybór.
Sernik wyszedł boski! Spód jest lekko chrupiący i kleisty; taki inny od zwykłych ciasteczkowych, które zazwyczaj przygotowuję. Masa serowa ma wyraźny smak owoców czarnego bzu; dałam zdecydowanie więcej syropu niż zakłada oryginalny przepis, zupełnie za to pominęłam dodatek cukru. Karmelizowane figi na wierzchu to czysta rozpusta; całość smakuje obłędnie! I wygląda pięknie. Ale mi wszystko, co z figami, podoba się wręcz szalenie...

Sernik z czarnego bzu z karmelizowanymi figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 50 g ciastek digestive
  • 10 g kakao
  • 40 g migdałów
  • 20 g orzechów włoskich
  • 90 g suszonych fig
masa serowa:
dodatkowo:
  • 5 fig
  • 2 łyżki cukru
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
Ciasteczka, kakao, migdały, orzechy włoskie i figi zmiksować w malakserze na grudkowatą, lepką masę. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać do formy masę, ugnieść dłońmi, schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić.
Syrop podgrzać, dodać do niego odciśniętą żelatynę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Mascarpone zmiksować z serkiem kremowym, dodać żelatynę z syropem, połączyć. Dodać ubita kremówkę, selikatnie wymieszać łyżką.
Przelać masę na schłodzony spód, wyrównać. Schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić na połówki lub ćwiartki.
Na patelni skarmelizować cukier, dodać śmietanę, podgrzewać jeszcze chwilę aż do połączenia składników. Na patelnię włożyć figi, smażyć kilka minut - owoce powinny lekko zmięknąć, ale nie mogą się rozpadać.

Ostudzone figi wyłożyć na sernik, polać powstałym sosem.

Smacznego!


Moje myśli powoli wędrują ku Halloween; przecież to już najwyższy czas, żeby wymyślić jakieś straszne słodkości!

czwartek, 15 czerwca 2017

O imionach. I drożdżówkach z morelowym twarożkiem

Imiona... Dziwna jest z nimi sprawa. Kiedy kogoś poznajemy, pierwszą rzeczą, którą na temat tej osoby słyszymy, jest jej imię. Czasem utrwala nam się od razu; bywa, że ulatuje w rejony, z których ciężko jest je później ściągnąć. 
Moja ostatnia współlokatorka z internatu miała na imię Monica. Gdy mi się przedstawiała, imienia nie dosłyszałam; lub też coś rozproszyło moją uwagę, i go nie zakodowałam. Za to ubzdurałam sobie, że nazywa się Julie, i kiedy w końcu ktoś mnie litościwie po tygodniu z błędu wyprowadził, zrazu nie mogłam się przestawić. Bo jak to tak...? Przecież Julie pasowało do niej znacznie bardziej!

I o ile ta sytuacja jest krępująca, ostatnio doświadczyłam podobnej, ale w dużo większym natężeniu. W poniedziałek wyręczałam w pracy zaproszenia na ślub; wszystko poszło gładko, koledzy się cieszyli i dziękowali, ja się uśmiechałam i rumieniłam. W środę natomiast uświadomiono mi, że Mads, który pracuje z nami od niemal roku, tak naprawdę ma na imię Bas! (Nie pytajcie; niech wystarczy jedno słowo: Holender. Ale nie latający.)
Najpierw zrobiło się strasznie głupio i wstyd, no bo jak to tak...? Później przypomniałam sobie sytuację, która nastąpiła krótko po jego przybyciu; jedna z koleżanek (już z nami nie pracuje) nie mogła się nadziwić, że Mads jest z Holandii, a ma typowo duńskie imię! I tak utkwiło mi to w głowie, że chociaż Bas słyszałam kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie przez ponad pół roku, w magiczny sposób między moich uchem a mózgiem zamieniało się w Mads. 
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię się przestawić. Bas już chyba zawsze pozostanie dla mnie Madsem... Ale to dobry chłopak i się na mnie o to nie gniewa. 

Ja natomiast nie mogę wyjść z szoku, jak zadziwiający potrafi być ludzki mózg...

Pogoda w Danii po powrocie z wakacji zdecydowanie nie dopisywała - pochmurno, deszczowo; trzynaście kresek powyżej zera to już był prawdziwy cud. I choć prognozy nadal nie są zbyt obiecujące, to dzisiaj nagle zrobiło się w miarę ciepło i słonecznie. Zachęcona takim obrotem sprawy, nabrałam ochoty na piknik. Nie mam pojęcia, czy się uda, bo aura w weekend z pewnością będzie kaprysić, nie mniej mam dla Was przepis idealnie na piknik się nadający. Pyszne, mięciutkie drożdżówki z owocowym twarożkiem.
Przez dodatek moreli nadzienie jest dość rzadkie i ciasto trochę ciężko się kroi i zawija, ale za to wynagradza te niedogodności smakiem. Delikatna nutka pomarańczy świetnie się bowiem z morelowym smakiem komponuje. Należy też pamiętać, że drożdżowe na maślance jest bardziej wilgotne i dłużej zachowuje świeżość; choć oczywiście, najlepsze i tak jest zaraz po upieczeniu.
Słodkie, owocowe, drożdżowe bułeczki z pewnością wzbudzą wiele achów.

Przepis bazowy znalazłam u Doroty, po czym nieco go zmodyfikowałam według własnego widzi mi się.

Drożdżówki z morelowym twarożkiem


Składniki:
(na 12sztuk)
  • 765 g mąki pszennej
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 230 g letniej maślanki
  • 90 g masła
  • 3 jajka

nadzienie:
  • 60 g serka kremowego
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g cukru
  • 150 g moreli
  • 1,5 łyżki mąki pszennej

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 4-5 łyżek soku z pomarańczy

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać 2 łyżki maślanki i 2 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, pozostałą maślankę, jajka i sól. Zagnieść ciasto. Wlać przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Przykryć miskę ściereczką, odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce.

W tym czasie przygotować nadzienie. 
Morele przekroić na połowy, wyjąć pestki i zmiksować owoce na gładki mus. Dodać serek, masło, żółtko, skórkę z pomarańczy, cukier i mąkę. Wymieszać.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60x30 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie złożyć w poziomie trzy razy. Przekroić na 12 kawałków. Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skręcając każdą na środku.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. c. przez 25-30 minut.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem z pomarańczy. Polukrować jeszcze ciepłe drożdżówki.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Nie macie pojęcia, z jaką niecierpliwością na niego czekam...

środa, 10 maja 2017

Truskawki i tymianek. Drożdżówki

Niedziela. Wstałam o zawstydzająco późnej godzinie (choć należy wziąć poprawkę na fakt, że co drugi weekend budzik wyrywa mnie z łóżka o wpół do pierwszej w nocy, w związku z czym godzina ósma, dla innych zupełnie normalna, mi wydaje się niesamowitym luksusem), a po wejściu do rozświetlonej porannym słońcem łazienki stwierdziłam, że to będzie dobry dzień.
Ubrałam się w czarne skarpetki, czarne getry (zwane modnie legginsami) oraz czarną bluzkę z rękawem trzy czwarte (kolor bielizny pominę, nie jest istotny dla sprawy). Zadowolona z siebie, wyszłam do ogrodu, gdzie C. już czekał rozłożony na sofie. Popatrzył na mnie spod oka i spytał, gdzie ja się tak ubrana wybieram. Nigdzie - odparłam zgodnie z prawdą, nie rozumiejąc uszczypliwości. Zjedliśmy śniadanie (boskie gofry z poprzedniego wpisu), zaparzyłam sobie herbaty i rozsiadłam się na tarasie, obserwując nieśmiało kiełkującą cebulkę i zdecydowanie śmielsze rzodkiewki. Po pięciu minutach wstałam, udałam się do sypialni, zrzuciłam wszystko, co czarne, żeby nałożyć - uwaga! - letnią sukienkę w paski! Skarpetki zastąpiłam klapkami, zajęłam uprzednie miejsce w fotelu i udawałam, że nie widzę wymownego spojrzenia C.

Dzień minął nam na spacerach z psami, pieleniu ogródka i otwarciu sezonu grillowego, przy czym sukienkę zamieniłam na spodnie o godzinie dziewiętnastej. Było bosko! 
I tak, nie krępujcie się - możecie mi zazdrościć. Tak naprawdę sama sobie zazdroszczę, bo okazało się, że niedziela była jakimś cudownym wyjątkiem. Teraz jest znów chłodno i pochmurnie, a gdy piszę te słowa, ewidentnie zbiera się na deszcz. 

Nie tracący optymizmu i ducha C. stwierdził, że lato w tym roku już zaliczyliśmy (co jest odniesieniem do jednego z ulubionych zdań Duńczyków: Uwielbiam duńskie lato. To najpiękniejszy dzień w roku), więc nie mam zrzędzić, tylko cierpliwie czekać do przyszłego roku.

I tak, wiem, że na najlepsze truskawki trzeba poczekać jeszcze miesiąc. Nic z tymi czerwcowymi równać się bowiem nie może. Jednak po zimie, która w tym roku nie mroźna, ale szara i błotnista była, przez co zmęczyła mnie bardziej niż gdyby zasypała nas śniegiem po dachy, mam nieodpartą ochotę na truskawki właśnie. Sięgnęłam po przepis Beaty, który wypróbowałam już wcześniej, i okazał się prawdziwym hitem. Ponieważ jednak nie lubię powtarzać przepisów, postanowiłam coś zmienić. Tym razem była to zmiana niewielka, bo bazylię zastąpiłam tymiankiem. Pozostał ten sam delikatny, ziołowy aromat, ale jednak nieco inny. Z truskawkami oba dodatki komponują się idealnie, a połączenie jest tak oryginalne, że naprawdę warto je wypróbować. Nawet dwukrotnie!

Drożdżówki z truskawkami i lukrem tymiankowym


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 75 g cukru
  • 2 jajka
  • 70 g masła
  • 600 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 300 g serka kremowego
  • 40 g cukru
  • 500 g truskawek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 15 gałązek tymianku
  • 170 g cukru pudru
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 100 ml mleka i trzy łyżki mąki. Wymieszać, żeby nie było grudek, odstawić na 15-20 minut.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, jajka, pozostały cukier i mleko. Zagnieść ciasto. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości około 50 cm. 
Serek wymieszać z cukrem, posmarować nim ciasto. Na wierzchu rozłożyć pokrojone w plasterki truskawki. Ciasto zwinąć ciasno jak roladę, pokroić na 12 plastrów. Ułożyć je blisko siebie w formie wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte drożdżówki posmarować mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, aż nabiorą ładnego koloru.
Ostudzić.

Listki tymianku zemleć w młynku do kawy z 1-2 łyżkami cukru. Wymieszać z pozostałym pudrem, a następnie z mlekiem. Polukrować bułeczki, zostawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Drożdżówki są puszyste i mięciutkie, a serowe nadzienie i soczyste truskawki sprawiają, że dłużej zachowują świeżość. Będą idealne na piknik, kiedy w końcu pogoda na nie pozwoli...

poniedziałek, 8 maja 2017

Letnie gofry

Mam ostatnio długi ogon do pisania postów. Sporo pracuję, a w wolnym czasie... No cóż, piekę ciasta. Mam więc w zanadrzu trzy ciekawe torty, ale o nich opowiem Wam bliżej weekendu. Dzisiaj mam dla Was coś na idealne, wtorkowe śniadanie. O ile macie wtorki wolne, jak ja.

Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje. Taki mały urlop na duże zakupy. Niemniej, obiecałam sobie, że nie będę kupować owoców, bo mam ich pełną zamrażarkę i muszę najpierw je zużyć. Oczywiście wiecie, jak to się skończyło: w piątek wróciłam do domu z kilogramem truskawek, kolejnym rabarbaru i sześcioma pudełeczkami z malinami i jeżynami. Mmm... Pyszności!

Zaczęłam od wyjadania ich tak, po prostu, ale stwierdziłam, że żal byłoby nie zrobić z nich czegoś bardziej specjalnego. Na weekendowe śniadanie przygotowałam więc gofry z przepisu Beaty na serku kremowym (odrobinę tylko zmieniłam proporcje), a do nich obłędnie pyszną owocową sałatkę. W zasadzie jest to chyba bardziej surówka, bo nic się nie gotuje, ale... Owocowa surówka jakoś głupio brzmi.
Truskawki, maliny, jeżyny, czerwone porzeczki i jagody zamacerowałam w mieszaninie miodu, soku z cytryny i ekstraktu z wanilii, a smak podkręciłam odrobiną mięty z ogródka. Do tego lody truskawkowe i, uwierzcie, wyszło tak dobrze, że nie mogłam powstrzymać się przed kolejnym i kolejnym... 
Spróbujcie koniecznie!

Gofry serowe z sałatką owocową


Składniki:
(na 13 gofrów)
  • 340 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 50 g cukru
  • 375 ml mleka
  • 30 ml oleju
sałatka:
  • 125 g jeżyn
  • 125 j malin
  • 200 g truskawek
  • 50 g czerwonych porzeczek
  • 100 g borówek amerykańskich
  • kilka listków mięty
  • 30 g miodu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. 
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. 
Żółtka utrzeć z serkiem, następnie na zmianę dodawać mąkę i mleko. Wlać olej, połączyć. Dodać pianę z białek, delikatnie wymieszać.

Smażyć gofry w gofrownicy, aż będą chrupiące.

Owoce umyć i osuszyć. Truskawki pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki. Jeżyny, jeśli są duże, przekroić na pół. Wszystkie owoce przełożyć do miski, dodać posiekane listki mięty.
Miód, sok z cytryny i ekstrakt dokładnie wymieszać. Polać owoce, delikatnie połączyć, odstawić.

Ciepłe gofry podawać z lodami i sałatką owocową, polane powstałym sosem.

Smacznego!

Moje psy udały się na popołudniową drzemkę. Poważnie rozważam pójście ich śladem...

wtorek, 18 kwietnia 2017

Powielkanocny śnieg i wieniec drożdżowy. Truskawkowo-pistacjowy

Nie uwierzycie, na co właśnie patrzę. Tak naprawdę, sama w to nie wierzę. Śnieg.
Siedzę na kanapie, nogi opatuliłam wełnianym kocem, bo w końcu mamy już prawie koniec kwietnia, za nami kilka prawdziwie wiosennych dni i jakoś tak głupio palić w kominku. A od rana dzisiaj chłodno i pochmurnie; na spacer z psami włożyłam czapkę i rękawiczki, zupełnie się tego nie wstydząc. Szukając natchnienia w żywopłocie za oknem, spostrzegłam najpierw pojedyncze i nieśmiałe, a po chwili otwarcie już sypiące, białe płatki. Wpatrywałam się w nie z lekko i niezbyt mądrze rozchylonymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Przecież mamy już wiosnę!
Proszę, powiedzcie, że to tylko zły sen...

Pamiętam Wielkanoc, podczas której w Lany Poniedziałek ubrałam się w granatową, letnią sukienkę (żeby po pięciu minutach wrócić do domu kompletnie przemoczona i z bielizną, kiedyś białą, teraz w gustownym odcieniu chabrowym); dzisiaj, po zimie, której tak naprawdę nie było, obserwuję prószący leniwie śnieg.
Świat staje na głowie.
A posty piszą się niemal same.

Przed i w trakcie Świąt miałam prawdziwie urwanie głowy. Zupełnie nie ogarnęłam się z przepisami, życzenia składałam na ostatnią chwilę. Dlatego dzisiaj jeszcze pokażę Wam ciasto, które stworzyłam z myślą o Wielkanocy, ale które równie wspaniale sprawdzi się w roli smakołyku na czerwcowy piknik, kiedy truskawki są najsmaczniejsze.
Zamiast puszystej, dorodnej baby stworzyłam równie efektowny, drożdżowy wieniec. Kiedy po długich poszukiwaniach kremu pistacjowego odkryłam, że mogę go kupić w markecie w mojej mieścinie, zaopatrzyłam się (na zapas) w kilka słoiczków, i teraz namiętnie dodaję go do wszystkiego. Drożdżowemu też się dostało.
Ciasto wyszło mięciutkie i przyjemnie przyjemnie maślane, a nadzienie ze słodkiego kremu i całkiem już smacznych truskawek pasuje tutaj idealnie. Słodka, cukrowa skorupka i chrupiące kawałki orzeszków tylko dodają mu atrakcyjności.
Wygląda ślicznie, a smakuje jeszcze lepiej.
Nie czekajcie na kolejną Wielkanoc, żeby wypróbować ten przepis.

Drożdżowy wieniec z kremem pistacjowym i truskawkami


Składniki:
(na tortownicę z kominem o średnicy 26 cm)
  • 375 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 230 g truskawek

dodatkowo:
  • 20 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostały cukier oraz mleko, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Dodać masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 60-90 minut. 

Serek wymieszać z kremem pistacjowym na gładką masę.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić w plasterki.
Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Rozwałkować na oprószonym mąką blacie na prostokąt o długości 40 cm. Posmarować kremem, równomiernie rozłożyć truskawki. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, następnie rozciąć wzdłuż ostrym noże. Zawinąć ze sobą oba końce.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto do formy, łącząc końce.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym z mlekiem jajkiem, posypać posiekanymi pistacjami i cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A jutro zabierają mnie na kurs czekoladowo-glazurowy. Cieszę się ogromnie! Czekolada to mój konik, ale w kwestii glazur lustrzanych muszę się jeszcze dużo nauczyć... 
A egzamin już za rok!

piątek, 7 kwietnia 2017

Kwiecień - plecień i sernik z musem pistacjowym

Tak się nachwaliłam tej wiosny, a tu proszę - za pasem weekend, wolny w dodatku, a pogoda płata figle. Zrobiło się zimno i tak wietrznie, że Ptysi i Pączusi na spacerach uszy powiewają niczym bandery pirackich statków, a okna w sypialni otworzyć nie mogę, bo boję się, że nas wszystkie trzy wywieje do Kansas. Drzwi na taras, ku wyraźnemu niezadowoleniu futrzaków, pozostają zamknięte. Żeby im tę niewygodę wynagrodzić, siadam w bujanym fotelu, biorę je na kolana i bujam nas powoli i rytmicznie. Po chwili wiercenia Ptysia układa mi się na kolanach, Pączusia wciska nos pod ramię i tak celebrujemy spokojne, leniwe popołudnie. Gdyby C. był w domu, namówiłabym go na rozpalenie w kominku. W końcu to dopiero kwiecień...

Dwa tygodnie temu mieliśmy gości. Kuzyn C. przyjechał do nas z dziewczyną. Na początku planowaliśmy wspólny lunch; skończyło się na lunchu, obiedzie i deserze w dwóch odsłonach. W międzyczasie opróżniliśmy dwie butelki wina i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... I chociaż nie jestem zbyt towarzyska, a ludzi z zasady nie bardzo lubię, to muszę przyznać, że spędziłam niesamowicie przyjemny dzień. Normalnie odmłodniałam!

J. jest wielkim fanem serników, wiedziałam więc, że właśnie sernik dla niego przygotuję. Pozostawało tylko pytanie: jaki? Odpowiedź znalazłam u Doroty; od dawna w szufladzie czekał słoiczek kremu pistacjowego; niedawno przygotowałam creme brulee i musiałam zużyć resztę, zanim stanie się z nią coś niedobrego. Przygotowałam więc idealnie kremowy, waniliowy sernik z pistacjowym musem. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła bubla. Podpiekłam sernik, zmniejszyłam temperaturę i poszłam się kąpać. Już pod prysznicem miałam złe przeczucia; gdy tylko nieco się ręcznikiem osuszyłam, pobiegłam do kuchni, znacząc drogę śladami mokrych stóp. Oczywiście, ustawiłam zegar na kolejne pięćdziesiąt minut, ale o zmniejszeniu temperatury tylko pomyślałam... Efekt był taki, że sernik wyrósł jak szalony, żeby później spektakularnie opaść. Złapał też nieco złoto-brązowego koloru, co w przypadku serników amerykańskich pożądane zdecydowanie nie jest. Nie miałam już czasu na przygotowanie nowego; przełknęłam więc łzy (takie rzeczy zdarzają mi się tylko, gdy spodziewam się gości), przygotowałam mus i zastanawiałam się, co z tego będzie...
Na szczęście sernik był zjadliwy. Nie był tak kremowy, jak być powinien, ale w połączeniu ze słodkim, intensywnie pistacjowym musem nikt nie zwrócił na to uwagi. Nasłuchałam się komplementów, goście byli zachwyceni, a sernik zniknął cały już następnego dnia.

To jak - skusicie się...? W wiosennie zielonym kolorze będzie piękną ozdobą wielkanocnego stołu.

Propozycje ciast na wielkanocny stół znajdziecie również u Ani i Chantel.

Sernik z musem pistacjowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 40 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 g serka mascarpone
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 4 jajka
mus pistacjowy:
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 125 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
  • niesolone pistacje bez łupinek
  • kilka bez
Ciasteczka pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić. Wlać do ciastek, dobrze wymieszać.

Masą ciasteczkową wyłożyć dno tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ugnieść.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, kremówkę, cukier, ekstrakt i jajka zmiksować tylko do połączenia składników. Wylać na spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec 50-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.

Sernik wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia. 
Krem pistacjowy zmiksować z mascarpone, dodać żelatynę, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do kremu, delikatnie wymieszać.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce 3-4 godziny.
Przed podaniem posypać posiekanymi pistacjami i pokruszonymi bezami.

Smacznego!


Wygląda na to, że z prac ogrodowych nici... Ale, jak mawia Babcia, co się odwlecze, to nie uciecze
Póki co, zadowolę się zieleniącymi się jarzębinami...

wtorek, 28 marca 2017

Ciasto na wiosnę. Różowe

W weekend mieliśmy gości. Jak zawsze w tego typu sytuacjach, po dwóch pięknych, słonecznych dniach, przyszła szarawa sobota i deszczowo-mglista niedziela. W planie był długi spacer, z którego, wbrew pogodowym przeciwnościom, nie zrezygnowaliśmy. W pewnym momencie co prawda utknęliśmy, i mimo szczerych chęci, próby off-roadu na nic się zdały. Ptysia, czarna jak święta ziemia, zaraz po powrocie wylądowała pod prysznicem. Pączusi się upiekło - krótkie futro ma jednak swoje zalety.

Zmęczeni i zdyszani, zasiedliśmy przy okrągłym stole kuchennym, popijając ciemne piwo i obserwując ciężko pracującego nad posiłkiem C. Żeby nie było - swój wkład w rzeczony posiłek miałam, w postaci domowych bułek do burgerów. C., poza kwintesencją, czyli mięsem, przygotował też sos grzybowy z porto, który zdetronizował wszystko inne. Był tak pyszny, że - jestem pewna - nie tylko mi śni się po nocach.
Później przenieśliśmy się na kanapę, i przy dźwiękach muzyki rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W międzyczasie raczyliśmy się zielonkawym sernikiem i gulaszem przygotowanym nad ogniskiem (smak nie do podrobienia), a spać poszliśmy późno... A raczej wcześnie. Zależy, z której strony spojrzeć.

Tymczasem z pracy dostałam zadanie domowe. Tak, tak, okazuje się, że uczeń ma się uczyć. Ha! To dopiero nowość...
Niemniej, miałam przygotować ciasto inspirowane wiosną. I przygotowałam.
Najpierw kombinowałam z czymś zielonym, ale gdy koleżanka wspomniała o herbatce z hibiskusa, którą niedawno piła i która bardzo jej smakowała, natchnęło mnie tak, że nie mogłam przejść obok rzeczonego natchnięcia obojętnie.

Spód to blondie, na nim sernik z białą czekoladą - a to wszystko dla zrównoważenia kwaskowatego, malinowo-hibiskusowego musu w bajecznym kolorze. Wierzch oblałam polewą lustrzaną - na drugim zdjęciu widać, jak się w niej wszystko pięknie odbija. Udekorowałam ciasto bezikami posypanymi liofilizowanymi malinami oraz świeżymi owocami. I choć oblewanie nie wyszło mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła, to i tak z ciasta zadowolona jestem. Uroczo różowe, tchnie optymizmem. Bardzo wiosenne - moim zdaniem.

Pamiętajcie, że przy oblewaniu ciast polewą lustrzaną macie tylko jedną szansę. Na zmrożonym cieście polewa zastyga błyskawicznie, a próby poprawek sprawią, że będzie tylko gorzej. Dlatego z podanego przepisu polewy Wam zostanie - dzięki temu jednak pole manewru jest szersze, łatwiej całą sprawę załatwić.

Do ciasta jak najbardziej można użyć malin mrożonych. A właśnie ciasto z mrożonymi owocami było tematem naszego wspólnego gotowania. Koniecznie więc zajrzyjcie do Ani i sprawdźcie, co ona upichciła.

Sernik z białą czekoladą, musem malinowo-hibiskusowym i malinową polewą lustrzaną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

blondie:
(na formę o średnicy 16 cm)
  • 1 żółtko
  • 10 g cukru
  • 30 g masła
  • 30 g białej czekolady
  • 30 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 150 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
mus malinowo-hibiskusowy:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki suszonych kwiatów hibiskusa
  • 100 ml wody
  • 55 g cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g malin
  • 110 g białej czekolady
  • 4 listki żelatyny
  • różowy barwnik spożywczy
dodatkowo:
  • maliny świeże
  • maliny liofilizowane
  • beziki
Żółtko utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie podgrzać masło z czekoladą, aż czekolada się rozpuści. 
Mąkę przesiać z proszkiem.
Do ubitego żółtka dodać czekoladę, połączyć. Wsypać mąkę, wymieszać.

Ciasto wyłożyć do formy o średnicy 16 cm wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Przygotować masę serową:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
100 ml kremówki zagotować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. 
Gorącą kremówką zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać serek, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do masy czekoladowo-serowej, delikatnie wymieszać.

Na spodzie tortownicy o średnicy 18 cm ułożyć spód, następnie wylać masę serową.
Zamrozić.

Maliny na mus umieścić w garnuszku z wodą i kwiatami hibiskusa. Zagotować, odstawić pod przykryciem, aż całkowicie ostygną.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Maliny przetrzeć przez sitko, przełożyć z powrotem do garnuszka. Dodać cukier, podgrzać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.

Kremówkę ubić, delikatnie połączyć z malinami. Wylać na masę serową, zamrozić.

Przygotować polewę:
Maliny przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier, glukozę, kremówkę i maliny podgrzać, aż wszystko się dobrze połączyć. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać masą posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ewentualnie dodać nieco barwnika.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Wyjąć zmrożone ciasto z zamrażarki, oddzielić obręcz ostrym nożem. Ułożyć ciasto na kratce. Polać polewą uważając, żeby dokładnie oblać boki. Zostawić na kilka minut do zastygnięcia, przełożyć na paterę. Udekorować malinami świeżymi i liofilizowanymi oraz bezami.

Smacznego!


A czy ciasto przypadnie do gustu nauczycielom, dowiem się już jutro.

piątek, 24 marca 2017

W marcu jak w garncu. I wiosenny sernik z marchewką

Taaak...
Rano wstaję, jem śniadanie, wypijam kubek gorącej herbaty. Następnie opatulam się szalem, zawijam w czerwony, zimowy płaszcz i wkładam rękawiczki. Przez kilka minut zawzięcie skrobię szyby auta, pomstując na mróz pod koniec marca. W drodze do pracy włączam ogrzewanie na pełen regulator, a w dłoni ściskam termo kubek, bez którego ta podróż byłaby chyba nie do wytrzymania.
Po ośmiu godzinach pracy wychodzę na dwór tylko w bluzie, którą ściągam, gdy tylko wrzucę niepotrzebne już płaszcz, szal i rękawiczki na tylne siedzenie. Włączam klimatyzację, bo auto zdążyło się już porządnie nagrzać, na nos wkładam okulary przeciwsłoneczne i w jaskrawych promieniach jadę do domu; mimo zmęczenia, nie mogę przestać się uśmiechać. 
Na miejscu szeroko otwieram drzwi na taras, wpuszczając do środka świeże, wiosenne powietrze. C. rano bawił się w pana domu - ustawił grill, wystawił z szopki meble ogrodowe, zadbał o drzewka, które też już stęsknione są ciepła.

I takie niemal piętnastostopniowe wahania temperatur towarzyszą nam od trzech dni. Trochę ciężko mi za tym nadążyć, nie do końca umiem się w tym połapać. Wiosna to już, czy może jeszcze zima...? Tak naprawdę to chyba coś pomiędzy; coś, co ciężko sprecyzować. Bo czy ktoś potrafi opisać przedwiośnie...?

Z nadzieją, że rzeczone przedwiośnie zwiastuje nadchodzącą wielkimi krokami wiosnę, czekam na słoneczne popołudnia, porankami zagryzając zęby. W międzyczasie piekę sernik - może nie typowo wiosenny, ale za to optymistycznie pomarańczowy. I z marchewką!

Przepis na blogu Ala piecze i gotuje po raz pierwszy zobaczyłam, ekhm... Ponad trzy lata temu. Wtedy ciągle jeszcze ciasto marchewkowe wydawało mi się trochę niemożliwe, więc sernik z marchewkową wkładką przyciągnął moją uwagę. Urocza dekoracja z marcepanowych marchewek skojarzyła mi się z Wielkanocą, i właśnie z tej okazji postanowiłam go upiec. Udało się, cóż... Nieco później, niż planowałam.
Z przepisu Ali wzięłam marchewkę (od siebie dodałam sok z pomarańczy, który pasuje tutaj wyśmienicie) i pomysł na dekorację. Do spodu dodałam orzechy - dzięki temu jest cudownie chrupiący. Masę serową zrobiłam po swojemu - z dodatkiem mascarpone, na serku kremowym. Wyszła idealnie gładka, kremowa i rozpływająca się na języku, o dość intensywnym waniliowym smaku. Lukier przygotowałam na mascarpone, też z dodatkiem soku z pomarańczy.
Całość wyszła zaskakująco pyszna. Może trochę dziwne połączenie sera z marchewką sprawdza się wybornie, wszystkie składniki łączą się w idealną całość.

Jeśli nie boicie się eksperymentów, spróbujcie zaserwować taki bliskim na Wielkanoc. Gwarantuję, że nikt nie pozostanie wobec niego obojętny!

Waniliowy sernik z marchewkową wkładką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g orzechów włoskich
  • 40 g masła

marchewkowa wkładka:
  • 200 g marchewki
  • 50 g cukru
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 ml wody

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 200 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki ekstraltu z wanilii
  • 125 g cukru
  • 4 jajka

lukier:
  • 40 g serka mascarpone
  • 40 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z pomarańczy

dodatkowo:
  • 70 g marcepanu plastycznego

pomarańczowy i zielony barwnik spożywczy w paście
Marchewki obrać, zetrzeć na tarceo dużych oczkach. 
Z cukru, wody i soku pomarańczowego zagotować syrop. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, dodać marchewkę. Gotować bez przykrycia, aż płyn odparuje. 
Przestudzić.

Ciasteczka pokruszyć, dodać grubo posiekane orzechy i stopione, przestudzone masło. Wymieszać.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, śmietanę, ekstrakt, cukier i jajka zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Połowę masy serwoej wylać na spód, następnie po okręgu ułożyć marchewkę (tak, żeby środek został pusty). Na wierzch wylać pozostała masę, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50-60 minut.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Całkowicie ostudzony sernik schłodzić w lodówce minimum 3-4 godziny przed podaniem.

Mascarpone, cukier puder i sok z pomarańczy utrzeć na gładki lukier, posmarować nim wierzch ciasta.

1/4 marcepanu zabarwić na zielono, resztę na pomarańczowo. Uformować marchewki, udekorować nimi ciasto.

Smacznego!


A już dzisiaj piekę kolejny sernik. Jutro mamy gości, z czego jeden nie raz wyraził uznanie dla moich serników właśnie. A że chłopaka lubię, to sprawię mu przyjemność. Wiecie - karma i te sprawy...

środa, 8 marca 2017

Egzamin, urodziny i sernik kasztanowy w polewie lustrzanej

Egzamin na wypiekacza (nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć, żeby nie brzmiało śmiesznie. Chodzi o pierwszy stopień nauki na cukiernika lub piekarza; właśnie po tych egzaminach wybiera się konkretną specjalność, a jeśli po jednej przyjdzie delikwentowi ochota na drugą, zaczyna właśnie od tego punktu) to nie przelewki. Sześć identycznych chlebów razowych na zakwasie bez dodatku mąki pszennej, sześć identycznych chlebów specjalnych na zakwasie lub starterze, dwa razy po dziesięć ciast z dwoma rodzajami musu lub musem i galaretką, udekorowanych polewą lustrzaną lub spryskanych czekoladą, dwa razy po dziesięć suchych ciast, czyli dowolnych wypieków, które poza lodówką mogą stać do pięciu dni, nic nie tracąc ze swojej świetności, oraz przynajmniej pięćset gramowa konstrukcja z ciasta marcepanowego. Chleb żytni przygotowuje się dnia poprzedniego, tak samo starter na chleb jasny. Jego pieczenie i cała reszta w dzień egzaminu, a na to wszystko raptem pięć godzin! Wydaje się dosyć...? Uwierzcie - nie jest! Czas pędzi jak szalony, a ostatnia godzina to czysta panika, trzęsące się ręce i uczucie, że jeszcze tyyyyle brakuje.

Nie było lekko. I oczywiście - nie zdążyłam ze wszystkim. Na szczęście błędy okazały się drobne, a połączenia smakowe, na które się zdecydowałam, z uwagi na ich oryginalność (szczególnie mus cynamonowy z wsadem z jarzębiny), zrobiły wrażenie na cenzorach. Z sali egzaminacyjnej wyszłam nie do końca usatysfakcjonowana, ale za to dużo mądrzejsza. Aż ciężko uwierzyć, ile można się dowiedzieć o sobie i ciastach w ciągu zaledwie pięciu godzin!

Tymczasem dziś w Polsce mamy święto nie tylko wszystkich kobiet (moim kochanym Czytelniczkom składam najlepsze życzenia!), ale też urodziny mojej Mamy. Dlatego pomyślałam, że ciasto, które udało mi się na egzaminie chyba najlepiej, będzie z tej okazji idealne. 

Mamy tutaj spód brownie z dodatkiem mlecznej czekolady dla złagodzenia intensywnego, czekoladowego smaku (z samą ciemną czekoladą nieco przytłaczał pozostałe elementy) oraz delikatny sernik kasztanowy pod pierzynką z musu karmelowego. Przepis na ten ostatni podpatrzyłam u Sosny, ale delikatnie zmieniłam proporcje - oryginalny miał troszkę zbyt ciągnącą konsystencję (rozumiecie, co mam na myśli...? - że pozwolę sobie zacytować ulubione zdanie mojego nauczyciela). Wierzch to karmelowa polewa lustrzana, która sprawia, że deser staje się po prostu wyjątkowy. Drobna dekoracja z karmelu zaś wynosi go na wyżyny - musicie przyznać, że prezentuje się absolutnie wspaniale. Sama jestem zachwycona i smakiem, i wyglądem. 

Z informacji praktycznych: polewy zostanie, ale żeby ładnie oblać wszystkie porcje, potrzebny jest zapas. Można też przygotować ciasto w tortownicy  o średnicy 26-28 cm i polać je całe, a dopiero później kroić na kawałki. Pamiętajcie: ogranicza Was tylko wyobraźnia... (I pory roku; próba zdobycia jarzębiny w marcu to jak szukanie igły w stogu siana...)

Sernik kasztanowy na zimno z musem karmelowym i karmelową polewą lustrzaną


Składniki:
(na formę 30x20 cm)

spód brownie:
  • 2 jajka
  • 70 g cukru
  • 10 g mąki pszennej
  • 90 g ciemnej czekolady (57%)
  • 90 g mlecznej czekolady
  • 80 g masła

sernik kasztanowy:
  • 300 g serka kremowego
  • 150 g słodzonego puree z kasztanów
  • 200 g śmietany kremówki (38%)
  • 4 listki żelatyny

mus karmelowy:
  • 2 żółtka
  • 195 g cukru
  • 30 g masła
  • 4 listki żelatyny
  • 225 g śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 220 g cukru
  • 150 g glukozy w płynie
  • 230 g śmietany kremówki (38%)
  • 220 g czekolady karmelowej
  • 4 listki żelatyny

dodatkowo:
  • 100 g płatków orzechów laskowych
  • 150 g cukru

Najpierw przygotować spód:
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie rozpuścić masło i posiekaną czekoladę ciemną i mleczną. Do jajek wsypać mąkę, wymieszać. Wlać masło z czekoladą, zmiksować tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 175 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Żelatynę do sernika namoczyć w zimnej wodzie.
Serek i puree zmiksować na gładki krem. 150 g kremówki ubić.
Pozostałą kremówkę zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Powoli wlwać żelatynę do masy kasztanowej, cały czas miksując. Na końcu dodać ubitą śmietanę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód ułożyć w szczelnie zamkniętej formie lub obręczy. Wyłożyć sernik, wyrównać powierzchnię. Zamrozić.

Przygotować mus karmelowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Żółtka i 45 g cukru ubić na puszystą, jasną masę. 
Pozostały cukier skarmelizować. Gdy nabierze dość głębokiego, brązowego koloru, dodać masło, wymieszać. Zdjąć garnuszek z palnika. Dodać żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Na końcu powoli wlewać żółtka, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić, delikatnie wymieszać z musem.

Mus wyłożyć na sernik, zamrozić.

Przygotować polewę lustrzaną:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Cukier, glukozę i kremówkę podgrzać. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Ewentualnie zmiksować blenderem uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Zamrożone ciasto pokroić na 20 równych części. Ułożyć je na kratce z blachą pod spodem, polać polewą. Przełożyć na talerz, boki udekorować uprażonymi na suchej patelni orzechami.

Z pozostałego cukru ugotować karmel. Wlewać go cienkim strumieniem do lodowatozimnej wody, Natychmiast wyjmować na ręcznik kuchenny, delikatnie osuszać. Dekorować karmelem tuż przed podaniem.

Smacznego!


Mojej kochanej Mamusi składam najlepsze życzenia; oby codzienność jawiła Ci się w nieco jaśniejszych barwach, a wszystkie problemy rozwiązały się jak najszybciej (i najlepiej same, choć w takie cuda to już chyba żadna z nas nie wierzy...).

wtorek, 14 lutego 2017

Czekoladowo-różany sernik na Walentynki

I tak, po cudownie leniwym weekendzie (nie licząc dwunastu godzin w pracy w sobotę, uff), znów wylądowałam w internacie. Wczoraj, korzystając z wyjątkowo pysznej pogody: lekki mróz, mnóstwo słońca i niebo w odcieniach najczystszego błękitu, wybrałam się na spacer. Ot tak, bez celu. Odprężywszy się zupełnie, zachłysnąwszy wręcz refleksami tańczącymi na wodzie, oddychając głęboko czystym, zimnym powietrzem, nagle wpadłam na temat mojej pracy. A potem po kolei przyszły mi do głowy wszystkie przepisy na chleby, musy i ciasta, które mam zamiar wykorzystać. Teraz tylko pozostaje mi to wszystko spisać i sprawdzić, czy jest szansa na dostanie tych wszystkich wymyślnych składników, które znikąd pojawiły się w mojej głowie...

Tymczasem mamy Walentynki. Jak ten czas szybko leci! 
Oczywiście, C. jest ponad dwieście kilometrów ode mnie; dzieli nas morze, wyspa, dwa długie mosty i całe kilometry autostrad. Takie to już nasze szczęście...

Żeby choć trochę osłodzić mu ten samotny dzień, przed wyjazdem upiekłam sernik. Tak obłędnie czekoladowy, że, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak niby miałabym upchnąć w nim więcej czekolady. Jest więc miękki, rozpływający się w ustach spód brownie na mące gryczanej (dzięki temu cały wypiek jest bezglutenowy i ma delikatny posmak orzechów), a na nim gęsta, ciężka masa serowa. To takie konkretne ciasto, którego nie da się zjeść na raz za dużo, ale po chwili człowiek i tak ma ochotę na więcej. O tym, że czekolada to najlepszy z afrodyzjaków, z pewnością nie muszę Wam przypominać. A żeby było jeszcze bardziej słodko i romantycznie, dodałam akcent różany w postaci cienkiej warstwy konfitury. Troszkę się bałam, że zniknie wśród tej czekoladowości, ale nie; bez problemu można go wyczuć, choć to czekolada dominuje w tym deserze. Całość udekorowałam różowymi, bezowymi serduszkami z wodą różaną i różanymi płatkami. Jestem tą dekoracją szczerze zachwycona; mam ochotę wykorzystać ją ponownie. Jest banalnie prosta w przygotowaniu, a prezentuje się naprawdę wspaniale.

Oczywiście, sernik bardzo malowniczo pękł, ale... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Smakuje obłędnie!

Sernik czekoladowo-różany na spodzie brownie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)

spód brownie:
  • 65 g mąki gryczanej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 55 g cukru
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 60 g czekolady (60%)
  • 25 ml śmietany kremówki (38%)

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 125 g ciemnej czekolady (60%)
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g konfitury z płatków róż

bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki wody różanej
  • odrobina czerwonego lub różowego barwnika spożywczego w paście
  • suszone płatki róż

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać.
Masło, czekoladę i kremówkę rozpuścić, przestudzić.
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać czekoladę, wymieszać. Partiami dodawać mąkę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wylać ciasto do tortownicy, wyrównać wierzch.

Podpiec w 160 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową.
Czekoladę i kremówkę umieścić w garnuszku, podgrzewać na małej mocy palnika, cały czas mieszając, aż czekoladą się rozpuści. Przestudzić.
Serek, czekoladę, jajko, żółtko i cukier zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika, posmarować konfiturą różaną. Na nią wylać masę serową, wyrównać wierzch.

Piec w 140 st. C. przez 55-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier, a następnie przesiany cukier puder. Dodać wodę różaną i barwnik, połączyć.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wyciskać bezy w kształcie serc, posypać pokruszonymi suszonymi płatkami róż. 

Suszyć w 100 st. C. przez 45-60 minut. 
Ostudzić.

Przed podaniem sernik udekorować bezami.

Smacznego!

A ja, cóż... Na walentynkową kolację udaję się dzisiaj z koleżankami z internatu. Ależ będzie romantycznie!

czwartek, 19 stycznia 2017

Lek na styczeń: jeżyny i krówki w drożdżówkach

Wszechogarniające ciemności dołują nie tylko C. i mnie, ale również Ptysię. Leży tylko z łepkiem złożonym na łapkach i spod futra wpatruje się w nas okrągłymi, orzechowymi oczami. A gdy już pora spać, ładuje się pod kołdrę i przytula do mojego brzucha. Gdy tylko próbuję się poruszyć, donośnie wyraża swoje niezadowolenie. Jeśli śpię i jej pomruki nie robią odpowiedniego wrażenia, z pełną premedytacją kładzie mi się na głowie. W momencie, gdy zaczyna brakować mi tchu, nie mogę nadal udawać, że ją ignoruję. Przewracam się na bok, mamrocząc pod nosem coś o własnej głupocie sprzed lat, a ona znów zajmuje miejsce tuż przy mnie, łaskocząc mnie futrem w podbródek. 
Gdy do domu wraca C., mości się między nami, rozpychając się puchatymi łapkami. 

Ja tymczasem, niedospana przez te wszystkie nocne pobudki, czuję się, jakbym ciągle była na lekkim rauszu. Popołudniami jestem zupełnie do niczego; kuchnię omijam szerokim łukiem. Za to namiętnie zajadam grejpfruty... Czyżby aż tak brakowało mi witaminy C...?

Zanim jednak weszłam znów w ten dziwny rytm pracy piekarza, upiekłam drożdżówki z myślą o bardzo wczesnych śniadaniach. Mrożę je po jednej, żeby później wyjmować z zamrażarki, odgrzewać i delektować się słodką bułeczką na dzień dobry... 
Tym razem zmotywowały mnie kupione na przecenie jeżyny. Tak, tak, wiem; to nie sezon. Ale co z tego...? Skoro mi się tak bardzo chce słońca i lata...

Oczywiście, w domu okazało się, że w szafce jest tylko resztka mąki pszennej. Niezrażona, sięgnęłam po orkiszową. Cóż, też nie było jej wiele... Dosypałam więc pełnoziarnistej, żeby się gramatura mniej więcej zgadzała. Jakież było zdziwienie, gdy bułeczki wyrosły jak szalone! Tak puchate i delikatne nawet na samej pszennej mi nie wychodzą. Może to zasługa tego, że do wyrastania ustawiłam je w okolicy rozgrzanego kominka...? 
Do środka dałam serka, bo akurat jedno opakowanie po sernikach zostało, i data ważności groziła mi już palcem. Spośród masy cukierków, które C. wysypał do miseczki w ramach Świąt, wyłuskałam pozostałe krówki, i je też do drożdżówek dorzuciłam. W końcu na ten szary styczeń przyda się odrobina słodyczy...

Bułeczki są pyszne. Puszyste, lekkie, wyrośnięte niesamowicie, trochę słodkie, trochę owocowe. Nie można im się oprzeć. 
Ja nie umiem... Zdecydowanie zbyt dużo zniknęło, zanim udało mi się resztkę zamrozić...

Drożdżówki z jeżynami, krówkami i serem


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 200 g mąki pszennej
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 50 g cukru
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 białko
  • 60 g masła
  • 25 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 50 g cukru
  • 90 g krówek
  • 190 g jeżyn

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 15 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego

Mąki przesiać do dużej miski (dodać to, co zostało na sicie z pełnoziarnistej). Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, dodać 1 łyżeczkę cukru i 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.
Do zaczynu dodać resztę mleka i cukru, kardamon, jajko oraz białko. Zagnieść. Dodać sól, a na końcu powoli wlać masło. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.
W tym czasie serek wymieszać z żółtkiem i cukrem, a krówki pokroić na nieduże kawałki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować serkiem, równomiernie posypać krówkami i jeżynami. Zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 równej grubości kawałków.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej bułeczki (3x4). Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki opędzlować mlekiem, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Jedząc je na śniadanie, tłumaczę sobie, że pełnoziarniste pieczywo jest w takich razach jak najbardziej zalecane. 
W końcu styczeń ma swoje prawa, nieprawdaż...?

piątek, 18 listopada 2016

Historia mrożąca krew w żyłach i zupełnie niegroźny sernik

Lubicie horrory?
Ja nie bardzo. W ogóle nie lubię się bać. Jako dziecko oglądałam z Siostrą program, w którym grupka dzieciaków opowiadała sobie straszne historie. Ona, siedem lat młodsza ode mnie, wpatrywała się w ekran z wypiekami na twarzy; ja już w połowie chowałam głowę pod koc.
Dzisiaj pełne krwi i, nie bójmy się tego powiedzieć, raczej obrzydliwe filmy, raczej mnie śmieszą niż przerażają; tych prawdziwych horrorów, które sprawiają, że człowiek zaczyna bać się własnego cienia, z zasady nie oglądam. Jedynie te lekko bajkowe, w gotyckim, że tak to ujmę, klimacie, które są tylko trochę straszne, oglądam z prawdziwą przyjemnością.

W realnym życiu staram się rzeczy strasznych unikać, ale niestety - nie zawsze mi się udaje. A gdy niebezpieczeństwo czyha na mnie we własnym domu, potrafię wpaść w prawdziwą panikę. W sumie, sama się o to nie podejrzewałam...

Na początku mała dygresja: w garażu mam światło z czujnikiem ruchu, który bardzo sprytnie umocowany jest przy drzwiach wyjściowych. Kiedy więc wchodzę do garażu z domu, nie z zewnątrz, muszę przejść całą jego długość, zanim światło się zapali. I to tyle, gwoli wyjaśnienia.

Ubrana więc w zimową kurtkę, czapkę z pomponem i kozaki, wchodzę do garażu o wpół do piątej rano. Ciemno jak w grobie, tylko lekko jaśnieje prostokąt drzwi. A do moich uszu dochodzi cichy dźwięk, takie szur szur po podłodze. W ułamku sekundy w mojej głowie pojawiła się myśl: mysz. A zaraz po niej, jeszcze bardziej niepokojąca: szczur. Więc, przerażona do szpiku kości (przecież mógł mi już między nogami przemknąć do domu!), wrzasnęłam. Z całej siły, wyrażając cały przestrach, który mnie ogarnął. Był to krzyk z cyklu morderca mnie morduje, tudzież mamy w domu szczura. Sama siebie nie podejrzewałam, że mogłabym tak rozdzierająco krzyczeć.

Sekundę potem usłyszałam, jak C. biegnie mi na pomoc, po drodze omal nie zabijając się o krzesło, które po niedzielnych gościach ostało się na środku salonu. Wpadł do garażu półnagi, czerwony i zdyszany, przerażony chyba jeszcze bardziej niż ja. Ja tymczasem już wtedy, lekko nieprzytomnym wzrokiem, wpatrywałam się w sprawcę całego zamieszania: kawałek styropianu, który C. nieopatrznie zostawił na mojej porannej ścieżce. Kopnęłam go, wcale tego w zimowych butach nie zauważając, a on zaszurał zupełnie niewinnie, doprowadzając mnie niemalże do histerii...

Po wszystkim C. stwierdził, że ja to chyba nigdy szczura nie słyszałam. Zgodnie przytaknęłam; nie słyszałam i wcale słyszeć nie chcę. 
Styropian w zupełności wystarczy...

Na deser mam za to zupełnie niestraszny sernik. Na spodzie z czekoladowych pierniczków, z kremową, dość ciężką masą waniliową i delikatnym, lekko wręcz wytrawnym (bo bez dodatku cukru) musem czekoladowym z dodatkiem przyprawy do piernika. 
Przyznam się Wam, że ten sernik mi się niedawno przyśnił - właśnie takie połączenie smaków. Oczywiście, po przebudzeniu go dopracowałam, a później przygotowałam według sennych wskazówek. Wyszedł naprawdę pyszny i bardzo elegancki; dzięki pierniczkowym smakom świetnie się sprawdzi na świątecznym stole. 
Spróbujecie?

Sernik waniliowy z musem czekoladowo-pierniczkowym


Składniki:

spód:
masa serowa:
  • 200 g serka mascarpone
  • 400 g serka kremowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 200 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 4 jajka
mus czekoladowo-piernikowy:
dodatkowo:
  • 1 kostka białej czekolady
  • laska cynamonu
  • 2 gwiazdki anyżu
Pierniczki drobno pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z pierniczkami. Masą wyłożyć spód i boki formy do 1/3 wysokości. Schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut, przestudzić.

Mascarpone, serek kremowy, ekstrakt, mleko i jajka dokładnie wymieszać, tylko do połączenia składników. Wylać na podpieczony spód, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec kolejne 30-40 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

75 ml kremówki zagotować z dodatkiem przyprawy do piernika. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Pozostałą kremówkę ubić, delikatnie połączyć z czekoladą.
Mus wyłożyć na całkowicie ostudzony sernik, wyrównać wierzch. Schłodzić w lodówce przez 4-5 godzin.

Przed podaniem udekorować startą białą czekoladą, laską cynamonu i gwiazdkami anyżu.

Smacznego!


Sernik bierze udział w konkursie na blogu Słodko i wytrawnie: