Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocet/krem balsamiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocet/krem balsamiczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pissaladiere, czyli cebularz po francusku

Jako dziecko bardzo na siebie uważałam. Nie przychodziłam do domu z pozdzieranymi kolanami, nie obnosiłam się z zadrapaniami i nie zeskrobywałam z zapałem strupów, a bliznami mogę się pochwalić czterema, z czego jedną mam po ospie, a trzech kresek na kolanie nabawiłam się podczas jednego wjechania w płot (dostałam śliczny nowy rower, niestety - bez hamulców w pedałach... Gdyby ktoś się zastanawiał, rower wyszedł z tego wypadku bez szwanku). Zapewne wynika to z faktu, że przez pierwszych siedem lat życia byłam jedynaczką, traktowano mnie jak księżniczkę, wszyscy nade mną skakali, chuchali i dmuchali (taki już los córki pierworodnej i długo wyczekiwanej wnusi - Dziadek, po dwóch synach, miał parcie na dziewczynkę). 
Ostatnio jednak - co mój Mąż stwierdził z niejakim przerażeniem - ciągle coś. Niecałe trzy miesiące temu przewróciłam w pracy stojak z ciastami - prosto na lewą stopę (o czym pisałam Wam tutaj). Skończyło się na prześwietleniu, orzeczeniu stłuczenia i jednym dniu wolnym, który wykorzystałam na wylegiwanie się na sofie - w pełni zasłużone! Tymczasem w minioną sobotę zahaczyłam stopą (tym razem lewą) o krzesło. Tak nieszczęśliwie, że jeden z palców przybrał barwę głębokiego fioletu przechodzącego z jednej strony w purpurę, a z drugiej w navy blue; jest elegancko napuchnięty i boli, kiedy choćby próbuję włożyć skarpetkę. Nie jest dobrze, oj nie... 

Teraz mam tylko nadzieję, że nie upomną się o mnie wszystkie choroby wieku dziecięcego, których nie przeszłam w odpowiednim czasie. Ich lista jest bowiem zatrważająco długa...

W zeszły piątek, dziewiątego lutego, obchodzony był Międzynarodowy Dzień Pizzy. Jest to jedno z tych uroczych świąt, o którym najczęściej zapominam, ale jeśli ktoś akurat mi przypomni, celebruję zapamiętale. No bo przecież każda okazja do świętowania jest dobra, a jeśli jeszcze jest wymówką do zjedzenia wyśmienitej pizzy, to po prostu nie mogę sobie odmówić. 
Umówiłyśmy się z dziewczynami na wspólne pieczenie, jednak tu coś wypadło, tam się obsunęło - i udało się dopiero dzisiaj. Nic straconego - pizzę można zjeść zawsze, nie tylko od święta!

Ja tym razem temat potraktowałam bardzo luźno, i po inspirację zamiast do Włoch, udałam się do Francji. Pissaladiere pochodzi z Nicei; to tam wypiekano placki na chlebowym cieście z dużą ilością karmelizowanej, mięciutkiej cebuli, czarnymi oliwkami i anchovies, i sprzedawano każdego poranka. 
Muszę przyznać, że od dawna miałam ochotę na ten francuski przysmak; anchovies kupiłam już jakiś czas temu, i tylko czekało na swoją kolej. Przepis znalazłam u Truskawkowej Ani, i zmieniłam tylko odrobinkę, nie odchodząc jednak zbyt daleko od tradycji. Ciasto jak na grubą pizzę, jest miękkie i delikatne; a cała góra słodkiej, skarmelizowanej cebulki z dodatkiem wyrazistych oliwek i słonych filecików anchovies smakuje po prostu obłędnie! Do tego całość jest prosta i stosunkowo szybka (jak na ciasto drożdżowe) do przygotowania. Oczywiście, obieranie i krojenie kilograma cebuli do zadań łatwych nie należy; dobrze jest przygotować sobie paczkę chusteczek, tudzież rolkę papierowych ręczników kuchennych i mieć je w zasięgu ręki - gwarantuję, że się przydadzą. Ale dla takiego smaku warto pocierpieć.

To jak, skusicie się na francuską wersję cebularza...?

Po inne danie, które pizzą jest lub przy odrobinie wyobraźni mogłoby za nią uchodzić, koniecznie zajrzyjcie do Mopsika. 

Pissaladiere


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 120 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
duszona cebula:
  • 5 łyżek oliwy
  • 2 łyżki masła
  • 1 kg cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g filecików anchois
  • 90 g czarnych oliwek bez pestek
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i zalać połową wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu dodać pozostałą wodę, zagnieść. Dodać sól, wyrobiź gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie cebulę obrać, pokroić w piórka.
Na patelni rozpuścić masło z oliwą, dodać cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i rozmaryn. Dusić pod przykryciem na małej mocy palnika przez 45-60 minut, aż cebula będzie zupełnie miękka, ale nie zrumieniona. Dodać ocet, só i pieprz, wymieszać, smażyć jeszcze 5 minut.

Ciasto rozwałkować na wielkość formy, ułożyć w formie wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć cebulę, a na niej ułożyć kratkę z anchois, wypełniając środki oliwkami.

Odstawić na 30 minut do napuszenia.

Piec w 220 st. C. przez 25 minut.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Dzisiaj za to mamy Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem. 
Macie jakieś...? Czy odręcznie piszecie już tylko wtedy, kiedy naprawdę trzeba...?

wtorek, 7 lutego 2017

Wspomnienie zimowej focacci i o tym, co w szkole słychać

I tak znów znalazłam się w internacie. Tym razem nie miałam tyle szczęścia co ostatnio, i dostałam współlokatorkę. Nie zrozumcie mnie źle - dziewczyna jest przemiła, ale... Brakuje mi chwili dla siebie. Od dwóch dni bez przerwy ktoś ze mną jest, a dawno już się od takiego stanu rzeczy odzwyczaiłam. Pokój jest malutki, drzwi od szafy skrzypią niemiłosiernie, a w łazience ledwo się mieszczą nasze dwie szczoteczki do zębów i wspólne mydło do rąk. Potrzebuję miejsca i czasu tylko dla siebie; a na to, niestety, trochę sobie poczekam...

Tymczasem w szkole jest ciekawie. Co prawda wczoraj dowiedziałam się, że na egzaminie muszę przygotować słynne duńskie kransekage, i jestem tym lekko przerażona, ale... W trzy tygodnie się nauczę, prawda...? Przynajmniej taką mam nadzieję... Póki co pomalutku pieczemy ciasta czekoladowe, cytrynowe i marchewkowe, dzisiaj przygotowaliśmy karmel, a jutro będę lepiła różyczki z marcepanu i malowała czekoladą. Świetna zabawa!
Szkoda tylko, że tak daleko od domu...

Dzisiaj mam dla Was przepis na focaccię, który znalazłam u Ani. Od razu się w nim zakochałam - połączenie słodkawej, karmelizowanej czerwonej cebuli i kwaśnej żurawiny z aromatycznym rozmarynem i nutą pomarańczy nie mogło się nie sprawdzić. I tak, brzmi całkiem świątecznie, ale za oknami typowo bożonarodzeniowa pogoda - śnieg sypie bezustannie od dwóch dni, przykrywając wszystko białym puchem. I jak tu się oprzeć świątecznym połączeniom smaków...?

Czyżbym aż tak wcześnie w tym roku miała zacząć z pierniczkami...?

Pomarańczowa focaccia z cebulą, żurawiną i rozmarynem


Składniki:
(na 1 focaccię)
  • 170 ml letniej wody
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki oliwy
  • skórka otarta z 1/2 pomarańczy
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku

dodatkowo:
  • 2 czerwone cebule
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 100 g świeżej żurawiny
  • świeży rozmaryn
  • płatki soli morskiej

Przesiać mąkę do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową wody. odstawić na 10-15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody, zagnieść ciasto. Dodać oliwę, sól, drobno posiekany rozmaryn, tymianek i skórkę z pomarańczy. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

W tym czasie obrać cebule, pokroić w piórka. Na patelni rozgrzać masło z oliwą, dodać cebulę i zeszklić. Zalać octem, podsmażać jeszcze chwilę, zdjąć z palnika i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na wielkość blachy z piekarnika. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 45-60 minut.
Na wyriśniętym cieście równomiernie rozłożyć cebulę, posypać żurawiną, igiełkami rozmarynu i solą morską.

Piec w 220 st. C. przez 20-25 minut.
Pokroić na mniejsze kawałki, podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

I wiecie co...? Wczoraj, z nudów, zaczęłam się uczyć. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle...

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pomidorowe serce. I historia z dreszczykiem

Jestem Wam winna historię. O zwariowanym Duńczyku, który w pewnym momencie naprawdę mnie przestraszył, tylko wspomniałam. A historia mrozi krew w żyłach! No dobrze, może nieco przesadzam... Ale w mojej duńskiej, bardzo spokojnej rzeczywistości, zdecydowanie wyróżnia się na tle codzienności.

Zacznę może od początku: jechaliśmy z C. na spotkanie. Żeby nie było zbyt prosto - dwoma autami. On bowiem później musiał udać się do pracy, ja z kolei wybierałam się na ploteczki do koleżanki (nie ma jak sprawiedliwy podział obowiązków). On jechał przodem, z nawigacją, ja za nim, lekko tym faktem zestresowana. Zawsze troszkę się boję, że go zgubię (choć jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło).
W pewnym momencie wyprzedziło mnie małe, białe autko, starałam się więc patrzeń niejako przez nie, żeby C. z oczu nie stracić. A tu kierowca nagle zaczyna mrugać wszystkimi możliwymi światłami, zjeżdża na pobocze, a gdy chciałam go szybciutko wyprzedzić, wychylił się z okna niemal do połowy (co nie jest aż tak imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jechał Smartem) i zaczął szaleńczo machać rękami. Najpierw pomyślałam, że wariat. Później, że może coś mi od autka odpadło, a on się tym bardzo przejął. Na końcu, że może biedak umiera i w panice oczekuje pomocy. Na myślenie nie było dużo czasu; Smarcik był komunalny (w sensie - państwowy), więc doszłam do wniosku, że pan kierowca raczej mnie nie zamorduje (chwilę później wyrzucałam sobie taką lekkomyślność). Koniec końców - zatrzymałam się, C. odjechał w siną dal, a całkowicie obcy człowiek wpakował mi się bezceremonialnie na miejsce pasażera. Żebyście tylko widzieli moją minę! Zaczął mówić z prędkością światła, ciężko mi było go zrozumieć, bo ciśnienie podskoczyło mi z wrażenia do prawidłowego. Dopiero po kilku sekundach skupiłam się na tym, co on właściwie mówi. A on rozwodził się nad cudownością mojego auta! W pierwszej chwili byłam pewna, że z tych nerwów zupełnie zapomniałam duńskiego języka, okazało się jednak, że miałam rację - pan jest fanem starych mercedesów, a mój tak pięknie wygląda, że on chciałby wszystko o nim wiedzieć!
Z opresji wybawił mnie powracający na białym rumaku... Ups! W białym służbowym aucie, C. Ha! Jego mina, gdy zobaczył obcego mężczyznę siedzącego ze mną w samochodzie, była z pewnością jeszcze ciekawsza niż moja na początku tej przygody. Zatrzymał się, podszedł, i jak zaczęli rozprawiać... Pół godziny żeśmy tam stali! Aż się bałam, że spóźnimy się na umówione (wydawałoby się - w poprzednim życiu) spotkanie. Na szczęście zdążyliśmy.

I tutaj mała dygresja - C. również jest wielkim fanem swojego samochodu, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby rzucał się na niczego nieświadomych, Bogu ducha winnych kierowców, i prawił im półgodzinne wywody. Z drugiej strony - nie przebywam z nim cały czas, więc kto wie... A on teraz przecież bardzo dużo jeździ...

Wszystko dobrze się skończyło, ale naprawdę, był moment, że się naprawdę zdenerowałam. Zdecydowanie muszę popracować nad zachowywaniem zimnej krwi w sytuacjach stresowych, zamiast wyrzucania sobie, że największy nóż leży bezużytecznie w domu.

Na uspokojnie skołatanych nerwów, albo po prostu gdy jest sezon na piękne, soczyste pomidory, polecam Wam wyjątkową tartę. Klasycznej tarty tatin nigdy nie piekłam, z uwagi na brak odpowiedniej patelni, którą by można włożyć do piekarnika. Tu jednak nie jest ona potrzeba, bo niczego się najpierw nie podsmaża. Pomidorki w zalewie octowo-klonowej najpierw godzinę pieczemy, żeby wydobyć ich cudownie słodki smak i aromat, a następnie przykrywamy kruchym ciastem. Efekt, muszę przyznać, niebanalny. Danie cudownie proste w przygotowaniu, a smak zupełnie wyjątkowy. Jedyne drobne ale, to, moim zdaniem, zbyt duża ilość octu (a i tak zmniejszyłam jego ilość w stosunku do oryginalnego przepisu). To jednak oczywiście moje osobiste preferencje. Poza tym tarta wyszła przepyszna - idealnie kruchutkie ciasto, cudownie słodkie pomidorki - nie można się jej oprzeć.
Jedna tylko uwaga na koniec jeszcze - tartę należy przygotować w całej formie - bez odpinanych brzegów lub wyjmowanego dna. Inaczej soki się wyleją, i bez mycia piekarnika się nie obejdzie...

Przepis znalazłam na blogu Drink eat live niemal rok temu i bardzo żałuję, że za jego wykonanie zabrałam się dopiero teraz...

Pomidorowa tarta tatin

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 500 g pomidorków koktajlowych
  • 3 łyżki syropu klonowego
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 1 ząbek czosnku
  • Igiełki z 1 gałązki rozmarynu
  • 1 łyżeczka soli

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić przez 1 godzinę w lodówce.

W tym czasie umyć i osuszyć pomidorki.
Na dno formy wlać syrop, ocet i oliwę, dodać sól i dokładnie wymieszać. Na tej mieszance ułożyć pomidorki, jeden przy drugim. Na wierzchu rozłożyć przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekany rozmaryn.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.

Po tym czasie rozwałkować ciasto na okrąg nieco większy od średnicy formy. Wyjąć tartę z piekarnika, na wierzchu ułożyć ciasto, zawijając jego brzegi do środka, pod pomidory.

Piec w 220 st. C. przez 2-30 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Słonko grzeje. Czyż to nie cudowne...? 
Bardzo miła odmiana po duńskim podobno lecie.

Przepis oczywiście dodaję do akcji Mopsika.

Warzywa psiankowate 2015

niedziela, 28 czerwca 2015

Zimna zupa. Z arbuzem

Uwielbiam zupy. I gotować, i jeść. Bo czy jest coś prostszego niż przygotowanie gorącej, aromatycznej zupy (najlepiej kremu), który zachwyci wszystkich domowników? Zupa nie musi być wymyślna, żeby oczarować podniebienia; zupa to taki comfort food chyba dla wszystkich. Gdy zajadamy się nią po powrocie z długiego, zimowego spaceru lub w jesienne popołudnie, gdy za oknem wiatr i deszcz.
Co począć latem? Wielu z Was w tym okresie z przyjemnością jada chłodniki, czyli po prostu zimne zupy. Ja mam z nimi problem, czegoś mi w nich brakuje - ciepła prawdopodobnie. W upały jadam sałatki lub zupy owocowe, albo w ogóle rezygnuję z obiadu na rzecz miski owoców. Mniam! Ostatnio jednak dziewczyny zaproponowały wspólne przygotowanie chłodnika, i pomyślałam, że to będzie doskonała okazja do zmiany zdania.

Najpierw zastanawiałam się nad wersją z czereśniami, okazało się jednak, że tego akurat dnia ładnych czereśni zabrakło. Niezrażona, zdecydowałam się na dodatek arbuza, tak jak w tym przepisie z bloga Smaki Hiszpanii. Moja zupa to bowiem nie byle jaka, pospolita wersja w zimnym wariancie, ale słynne, hiszpańskie gazpacho, którym Południowcy zajadają się ze smakiem. 
Oczekiwałam fajerwerków, dostałam... No cóż - zimną zupę. Nie, nie zrozumcie mnie źle! Nie jest zła. Ale brakuje jej... Ciepła...? Chyba tak.

Po spróbowaniu tego gazpacho nie zostałam fanką chłodników, ale jeśli Wy je lubicie, zasmakuje Wam z pewnością.

Razem ze mną gazpacho przygotowały Mopsik, Marta i Mirabelka.

Gazpacho z arbuzem

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 1 kg pomidorów
  • 500 g miąższu arbuza (waga bez skóry i pestek)
  • 1/4 czerwonej papryki
  • 1 ogórek
  • 1 cebulka dymka
  • 175 g chleba bez skóry
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • sól 
  • pieprz
dodatkowo:
  • grzanki
Pomidory sparzyć, obrać ze skóry, wyziąć gniazda nasienne, pokroić na mniejsze kawałki.
Ogórka obrać, wyciąć środek, pokroić w kostkę.
Paprykę i dymkę pokroić.
Warzywa razem z arbuzem, pokruszonym chlebem, oliwą i octem zmiksować blenderem na gładką masę. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Mocno schłodzić.

Podawać zimne z grzankami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w akcji Zuzi Viva Espana!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jaglane brownie na niepogodę

W sobotę mieliśmy pierwszy prawdziwie wiosenny dzień. Na spacer z psem wyszłam w lekkim tylko swetrze; później, gdy jechałam do pracy, do autka poszłam w koszulce z krótkim rękawem. Nie zmarzłam - było dziewiętnaście i pół stopnia! Słonko świeciło jak szalone, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Nareszcie! Długo wyczekiwana, cudownie ciepła, zielona wiosna...
Niestety, trzy godziny później, gdy z pracy wychodziłam, lało jak z cebra, a temperatura drastycznie spadła. I tak utrzymuje się na tym zadziwiająco niskim poziomie; wspomagana lodowatym wiatrem, nie pozwala zapomnieć o czapce i ciepłym szalu. I choć dziś znów trochę słonka wyjrzało zza chmur, to wychodząc na dwór ma się wrażenie, że to początek raczej jesieni niż wiosny... Brrr!

Wieść niesie, że wczoraj był Dzień Czekolady. Nie sprawdzałam tej informacji zbyt uważnie - tego typu słowa biorę na wiarę. Głęboką. Szczególnie, że przy takiej pogodzie, tylko czekolada może sytuację uratować. A skoro ma być naprawdę obłędnie czekoladowo, zostaje tylko brownie...
W lodówce miałam pudełeczko obłędnie pachnących truskawek (smak, niestety, aromatowi nie dorównał), pomyślałam więc, że z czekoladowym ciastem skomponują się dobrze. Przypadkiem trafiłam na przepis na jaglane brownie u Kasi, i postanowiłam go wypróbować. Od dawna miałam ochotę na jakieś ciasto na bazie tej kaszy (bo zdrowa, ale przede wszystkim pyszna), serników trochę się lękam (no bo jak to tak - sernik zupełnie bez nabiału...?), a brownie przecież nie udać się nie może (w końcu to zakalec z definicji). 

Wszystko przygotowuje się sprawnie i szybko, najdłużej trwa oczywiście pieczenie i gotowanie kaszy. Można użyć takiej z poprzedniego dnia, z obiadowych resztek na przykład. 
Do musu truskawkowego dodałam kremu balsamicznego - kupiłam to cudo przy okazji poprzedniej wizyty w Polsce, i pomyślałam, że do truskawek pasować będzie (tak jak balsamiczny ocet). Nie myliłam się. To połączenie nieoczywiste, lekko wykwintne... Naprawdę dobre.
Jeśli nie macie kremu, śmiało możecie zastąpić go octem balsamicznym (w nieco mniejszej ilości, jest bardziej wyrazisty i ostry w smaku), lub pominąć, jeśli nie lubicie. We wszelkich kombinacjach - będzie pysznie. Brownie z kaszą jaglaną ma lekko orzechowy smak, i wychodzi bardzo dobre - jak ktoś nie wie (C.), co tam w środku jest, to z pewnością się nie domyśli, że chcecie mu podać nieco zdrowszą alternatywę. Spróbujcie koniecznie!

Jaglane brownie z musem truskawkowo-balsamicznym

Składniki:
(na blachę 22x30 cm)
  • 160 g suchej kaszy jaglanej
  • 400 ml gorącej wody
  • 50 ml oleju
  • 3 jajka
  • 150 g cukru
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g kakao
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

mus:
  • 300 g truskawek
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki kremu balsamicznego

Kaszę dokładnie wypłukać. Przesypać do garnka, zalać wrzącą wodą i gotować 15-20 minut na małym ogniu, aż kasza będzie miękka.
Ostudzić, zmiksować blenderem na gładką masę.

Truskawki zasypać cukrem, dolać 50 ml wody. Gotować pod przykryciem, aż truskawki zmiękną. Zmiksować na gładką masę.
Mąkę rozmieszać w pozostałej wodzie, dodać do zmiksowanych truskawek, podgrzać, cały czas mieszając. Zdjąć z palnika, dodać krem balsamiczny, wymieszać.

Do zmiksowanej i ostudzonej kaszy dodać olej, cukier, śmietanę, kakao, rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladę i sodę. Na końcu wbić jajka, zmiksować.
Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć mus, zrobić widelcem esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, aż masa się zetnie, ale będzie lekko galaretowata przy poruszeniu blachą.
Ostudzić.

Smacznego!

Nie oszukujcie się - takie nieco zdrowsze ciasta zawsze będą smakowały inaczej niż te z dodatkiem masełka i białej mąki. Ale inaczej, wcale nie znaczy gorzej. Nasze kubki smakowe to brownie podbiło, i z pewnością jeszcze do niego wrócę, bo powtórek jest warte jak najbardziej.

wtorek, 24 września 2013

Figi, ach te figi...

Figi! Nareszcie. 
C. figi uwielbia. Ja jestem w stosunku do nich dość neutralna - chyba jeszcze nie znalazłam ideału - dania, w którym naprawdę by mnie oczarowały. Tym razem jednak było blisko.

U Dusi znalazłam banalny przepis na smażone figi. Zmieniłam nieco proporcje, dodałam coś od siebie (pamiętając to i owo o figowych połączeniach smakowych), i wyszedł znakomity deser, a może przekąska...? Nie bardzo słodki, gdzie owoce grają zdecydowanie pierwszą rolę. Miód dodaje im słodyczy, ocet charakteru, rozmaryn wytrawnego rysu, a masło sprawia, że sos jest cudownie gęsty i przypomina toffi. Naprawdę smakowite te figi...

I jeszcze jedno - porcja z jednej figi jest wręcz mikroskopijna, więc szczerze polecam przygotować jednak dwie na osobę - ciężko się powstrzymać przed kilkoma dodatkowymi ćwiartkami... Najpyszniejsze z lodami waniliowymi.

Smażone figi w miodzie

Składniki:
(na 2 porcje)
  • 2 figi
  • 2 łyżki miodu
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • 1 łyżka masła
  • 1 gałązka rozmarynu

Figi pokroić na ćwiartki. Na gorącej patelni rozpuścić masło, dodać miód, ocet, rozmaryn i figi. Smażyć, aż sos stanie się gęsty, o głębokiej bursztynowej barwie.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

Macie jakieś inne pomysły? Robiliście ciasta z figami...? Bo ja mam ogromną ochotę, ale jakoś nie mogę znaleźć przepisu, który by mnie wystarczająco zmotywował...

czwartek, 14 lutego 2013

Nie wymagająco, ale z sercem

Plany walentynkowe miałam ambitne. Przede wszystkim: czekolada. Dużo czekolady. 
Zamiast tego pociągam nosem, w gardle drapie mnie do tego stopnia, że kupiłam miód i piję ciepłe mleko w jego zacnym towarzystwie, czuję wszystkie kości w moim ciele, a szczególnie dają mi się we znaki te w okolicach kręgosłupa. Zamiast więc czekoladowego szaleństwa jest kanapa, kołdra i ciepłe skarpetki. Kubek z gorącą herbatą, a obok, w ramach pocieszenia, panna cotta. W kształcie serca i z czerwonym sosem, żeby choć trochę walentynkowo się zrobiło.

Obiecałam, że przedstawię moje stanowisko w kwestii Walentynek. Miałam w planach bardzo zgrabny wywód, niestety - dziesięć minut przed monitorem i zaczyna mi się kręcić w głowie. Ale że paplać uwielbiam, nic mnie choć przed krótką notką na temat nie powstrzyma.
Obchodzicie Walentynki? Cieszycie się, że macie okazję do zrobienia jakiejś miłej niespodzianki ukochanej osobie? Czy może z wyrazem wyniosłości na twarzy oświadczacie wszem i wobec, że Wy nie, broń Boże, a gdzieżby...? 
Bo ja, moi drodzy, Walentynki lubię. Jest to dodatkowy pretekst, żeby się przytulić trochę dłużej niż zwykle, całusa dać z figlarnym błyskiem w oku, a wieczorem wyręczyć malutką paczuszkę i z tym rozkosznym dreszczem emocji oczekiwać reakcji. Czasy są, jakie są - komercja dosięga wszystkiego, w związku z tym czerwone serca i pluszaki patrzące na mnie z każdej witryny sklepowej raczej mnie bawią niż drażnią. Kiedy słyszę, że ja nie obchodzę Walentynek, to głupota, ale zobacz, jakie fajne ciasto w kształcie serca z różowym lukrem upiekłam, to śmiać mi się chce. Bo, jeśli przygotowujesz się do tego dnia, to znaczy, że go obchodzisz i nie pozostajesz obojętnym na jego urok! Ot, odkrycie Ameryki... Spazmy niepohamowanej radości wywołuje we mnie również stwierdzenie, że ja Walentynek nie, bo kochać się trzeba cały rok, a nie od święta. Z całym szacunkiem, ale to troszkę jak powiedzieć, że nie obchodzę Bożego Narodzenia i Wielkanocy, bo wierzę cały rok. Są dni, w które nie kocha się bardziej ani tylko, ale w które można tą miłość okazać bez skrępowania, nie wstydzić się kiczowatego czerwonego serducha, iść do łóżka godzinę wcześniej, nie gasząc światła. Nie odbierajcie sobie możliwości zabawy, żeby później powiedzieć, że ja przecież nie, absolutnie. W naszym zabieganym świecie ważne jest, żeby umieć się zatrzymać, i każdy pretekst jest dobry. Walentynki też.
Oczywiście nie mówię, że nie jest fajnie okazać ogromu swoich uczuć po prostu dlatego, że ma się na to ochotę - sama robię to często. Ale niestety - wielu z nas o tym zapomina, a Walentynki mogą być takim dzwoneczkiem, przypomnieniem - powiedz kocham, dzisiaj, teraz, natychmiast! Ktoś to z pewnością doceni.

My się bawimy, mimo drapiącego gardła i lekkiej temperatury. Tak właściwie to tylko jeszcze jeden pretekst, żeby już zupełnie nie ruszać się dzisiaj z kanapy. Zawinięta w kołdrę pałaszuję przygotowany wcześniej deser, uśmiechając się do mojej drugiej połówki... Jabłka? A może raczej kiwi...? Choć dzisiaj najlepsza byłaby przecież truskawka.

Nie przepadam za panną cottą, ale muszę przyznać, że ta udała się znakomicie. Dałam nieco więcej żelatyny, żeby mi bez problemu wyskoczyła z foremki, jeżeli planujecie przygotować deser w szklankach, wystarczą dwie łyżeczki. Mocno waniliowa, pachniała cudownie. Do tego sos truskawkowy - kwaskowy, wyraźny za sprawą octu balsamicznego. C. bardzo zasmakował, ja to połączenie uwielbiam od dawna. Prosty, szybki, zostawia więcej czasu na inne przyjemności. Spróbujcie koniecznie, nie tylko z okazji Walentynek.

Waniliowa panna cotta z sosem truskawkowo-balsamicznym


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 ml mleka (3,5%)
  • 1 laska wanilii
  • 40 g cukru
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody

sos truskawkowo-balsamiczny:
  • 150 g truskawek (świeżych lub mrożonych)
  • 30 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki octu balsamicznego

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Laskę wanilii przeciąć na pół, wyskrobać ziarenka. Kremówkę z mlekiem wlać do garnka, wsypać cukier, dodać ziarenka i laskę wanilii. Całość zagotować. Zdjąć z ognia, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać. Zostawić do całkowitego ostudzenia. Wyjąć laskę wanilii, masę przelać do silikonowych foremek. Wstawić do lodówki na minimum 3-4 godziny. 

Truskawki (mrożone rozmrozić na papierowym ręczniku) zmiksować blenderem na gładką masę z cukrem pudrem i octem balsamicznym.

Delikatnie wyjąć desery z foremek na talerze, udekorować sosem.

Smacznego!

Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony - wyraziłam bowiem tylko moje zdanie. Nikt nie musi się ze mną zgadzać, możecie nawet spróbować przekonać mnie, że się mylę. Póki co - Walentynkom mówię tak.

środa, 16 listopada 2011

O zupie z kaki i roladzie z pieczarkami

Wczoraj miałam wolne. Ostatni dzień mojego długiego weekendu postanowiłam dobrze wykorzystać, i sprawić przyjemność moim Panom jakimś dobry obiadkiem. Długo się zastanawiałam, przeglądałam zawartość lodówki i stron internetowych w poszukiwaniu inspiracji. Tak oto trafiłam do Violi, i kiedy zobaczyłam jej zupę z persymon wiedziałam, że muszą ją zrobić. Traf chciał, że kiedy byliśmy ostatnio na bazarze, kupiłam dokładnie sześć owoców kaki... Takim zrządzeniom losu nie wolno się sprzeciwiać! Zupę przygotowałam od razu - wyszła gęsta, kremowa, nieco słodkawa i pachnąca kolendrą (do zupy dodałam sproszkowanej, którą uwielbiam, i która moim zdaniem świetnie tu pasuje). Ogólnie przepisem i jego efektami jestem zachwycona i uważam, że wieść o takich pysznościach szerzyć należy. Dlatego mimo, że nie zupa jest głównym tematem wpisu (nie umiem ładnie sfotografować zupy. Nie umiem - i już), postanowiłam poświęcić jej akapit. Spróbujcie - warto! Jeśli lubicie krem marchewkowy czy dyniowy - ten też Wam zasmakuje.

Teraz przejdę do meritum, czyli wczorajszego dania głównego. Po długim i ciężkim dniu pracy Panowie samą zupką by się nie najedli... Myślałam więc dalej. Miałam pół kilo pieczarek, które kupuję rzadko, ale tym razem jakimś dziwnym trafem znalazły się w koszyku. Może tarta...? Nie, nie miałam chęci na kruche... I wtedy mnie olśniło. Drożdżowe! Zawsze pyszne. A kiedy ma się cały dzień wolny, aż grzech nie skorzystać. Wykorzystałam przepis z rolady ze szpinakiem - ciasto znów wyszło pyszne - z zewnątrz przypieczone i chrupiące, w środku miękkie. A pieczarki podduszone w czerwonym winie w roli nadzienia sprawdziły się świetnie! Polecam tak samo jak zupę - niebo w gębie! W dodatku bardziej uniwersalne, bo Panowie byli zachwyceni. I najedzeni też.

Rolada drożdżowa z pieczarkami


Składniki:
(na 1 dużą roladę)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 280 ml letniej wody
  • 30 ml oliwy
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli

farsz:
  • 500 g pieczarek
  • 1 duża cebula
  • 40 g masła
  • 125 ml czerwonego wytrawnego wina
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1 łyżka suszonego tymianku
  • 1 łyżka octu balsamicznego

dodatkowo:
  • 1 jajko

Mąkę przesiać do dużej miski. Zrobić wgłębienie, w które wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem, zalać połową wody i odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce.
Do miski z mąką dodać resztę wody i sól, zagnieść. Wlać oliwę, zagnieść gładkie, nieklejące się ciasto.
Uformować kulę, włożyć do miski, przykryć czystą ściereczką. Odstawić na 1 godzinę do podwojenia objętości.

Pieczarki obrać, pokroić w plasterki. Cebulę obrać, pokroić w kostkę. 
Na patelni rozpuścić masło, wrzucić cebulę, zeszklić. Dodać pieczarki, podsmażyć 5 minut. Wlać wino, dusić pod przykryciem 15 minut, od czasu do czasu mieszając.
Zdjąć pokrywkę, wsypać sól, pieprz i tymianek, smażyć, aż większość płynu odparuje (nadzienie powinno być gęste, nieowdnite). Wlać ocet, wymieszać.
Zdjąć z ognia i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto krótko wyrobić, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x35 cm. Nałożyć farsz, zostawiając 2 cm wolne z każdego brzegu. Zwinąć wzdłuż dłuższego brzegu ciasno w roladę, końcówki skleić i podwinąć pod spód.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia złaczeniem do dołu.

Odstawić na 20 minut.

Jajko roztrzepać. Posmarować wierzch ciasta.

Piec w 190 st. C. 25-30 minut, aż nabierze złotobrązowego koloru.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Wieczorem oczywiście cieszyliśmy się nowym nabytkiem - taki telewizor to naprawdę duża frajda! Mimo, że tak naprawdę to tylko zbędny gadżet, fajnie jest go mieć. Filmy w domowym zaciszu zdecydowanie zmieniają klimat...

wtorek, 14 czerwca 2011

Połączenie niecodzienne

Wczoraj mieliśmy wolne oboje, więc znów był czas na celebrowanie śniadania. Wstałam troszkę wcześniej, i przygotowałam to, co D. lubi najbardziej - czyli słodkie pancakes. Nie wiem, w czym tkwi tajemnica, ale zawsze, kiedy je zrobię, znikają momentalnie, a mój Mężczyzna jest w lepszym nastroju. Przygotowanie tego rodzaju śniadania nie jest skomplikowane, a gdy nie jest gorąco, nawet stanie nad patelniami (zawsze smażę na dwie) nie jest aż taką udręką.
Przy okazji poprzednich wspomniałam, że najbardziej lubię te na jogurcie. Tym razem nie znalazłam w lodówce naturalnego, dałam więc o smaku owoców leśnych. Można oczywiście wybrać ulubiony, ale - moim zdaniem - najlepsze są te z kawałkami owoców. Takie niespodzianki w placuszkach są naprawdę pyszne.
Od wczorajszego ciasta zostało mi jeszcze trochę truskawek, postanowiłam je więc wykorzystać. Na wielu blogach czytałam o połączeniu ich z octem balsamicznym. Szczerze mówiąc, jakoś niespecjalnie mnie ta mieszanka do siebie przekonywała. Z własnej i nieprzymuszonej woli pewnie bym takiego octu nie kupiła, ale tak się akurat złożyło, że dostałam butelkę w świątecznej paczce. Stała zapomniana na półce i czekała na lepsze czasy. Raz kozie śmierć, pomyślałam. Wymieszałam truskawki z miętą i rzeczonym octem. Odrobiną, na wypadek, gdyby jednak mi nie smakowało. Cóż za niespodzianka! Połączenie rzeczywiście jest oryginalne, a przy tym... Po prostu smaczne.

Jogurtowe pancakes z truskawkami



Składniki:
(na 15-18 placuszków)
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko
  • 130 ml jogurtu o smaku owoców leśnych, najlepiej z kawałkami owoców
  • 200 ml mleka
  • 70 ml oleju

dodatkowo:
  • 300 g truskawek
  • 2 gałązki świeżej mięty
  • 1 łyżeczka octu balsamicznego

Mąkę przesiać do miski z sodą. Wsypać cukier i sól, wymieszać.
W drugiej misce roztrzepać jajko, wlać olej, mleko i jogurt, wymieszać.
Wlać płynne składniki do suchych, dokładnie wymieszać na jednolitą masę bez gródek.

Smażyć placuszki na patelni z obu stron, na złoto-brązowy kolor.

Truskawki pokroić na połówki lub większe na ćwiartki. Z gałązek oberwać listki, drobno posiekać. Dodać do truskawek wraz z octem balsamicznym, wymieszać.

Ciepłe pancakes podawać z sałatką truskawkową.

Smacznego!



Dzisiaj robię za tłumacza - trzymajcie kciuki, żeby dobrze mi poszło.