Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka pełnoziarnista. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka pełnoziarnista. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 października 2017

Weselne toasty po duńsku. I żółciutka tarta z kurkami

Niezwykle istotnym elementem duńskiego wesela są toasty. I to nie byle jakie, nie proste i oczywiste w stylu Za zdrowie państwa młodych!. Duńskie toasty to całe przemowy; historie poznania, wspólnego życia, wspominki i obserwacje. 

Muszę przyznać, że ten element wesela bardzo mnie stresował. Dlatego już kilka miesięcy wcześniej postanowiłam zabrać się do dzieła. Najpierw zapytałam C., co ja właściwie mam powiedzieć. A on, zawsze tak skory do pomocy i uczynny, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: Co chcesz
Jasne. Nieco zdegustowana takim obrotem sprawy, usiadłam przy kuchennym stole z czystą kartką i długopisem, i zaczęłam myśleć.
Przez pół godziny zapisałam całą stronę. Było trochę skreśleń i poprawek, adnotacje i przypisy, ale muszę przyznać, że byłam z efektów całkiem zadowolona. Szczególnie, że pisałam po angielsku; uznałam go bowiem za najbardziej uniwersalny język. Polski nie wchodził w grę - C. i jego rodzina, czyli większość gości, nic by nie zrozumiała. Z tych samych powodów odpadł duński - tu moja Rodzinka nie wiedziałaby zupełnie, o co chodzi. Po niemiecku w temacie umiem powiedzieć tylko Ich liebe dich, mein Schmetterling, co nie do końca odkrywa głębię moich uczuć. No i brzmi tak, jakbym miała ochotę kogoś zjeść. 

Tak więc, wstęp przemowy miałam skończony. Później pracowałam, wypadło to to, to tamto, przygotowania do ślubu pochłonęły mnie niemal całkowicie, przyjechali Rodzicie i pozostali polscy goście i... Był piątkowy wieczór przed wielkim dniem. A ja nadal miałam tylko wstęp. Nawet chciałam się zaszyć w jakimś kącie i spróbować dopisać coś jeszcze, ale nie było mi dane. W końcu zrobiło się późno, za chwilę trzeba było wstawać i... Stwierdziłam, że jednak pójdę na żywioł.
Ale kartkę ze wstępem pieczołowicie zapakowałam do torebki i kazałam pilnować Młodej po groźbą utraty głowy, a przynajmniej narażenia się na wiązankę, która z ust panny młodej w dniu jej ślubu z pewnością wyjść nie powinna.

Na pierwszy ogień poszedł mój Tato. W krótkich, żołnierskich słowach wyraził uznanie i życzył nam wszystkiego najlepszego. C. z kolei wzruszył się niesamowicie i ze łzami w oczach dziękował gościom i rodzicom, a także opowiadał o tym, jakim to jest szczęściarzem (no ja myślę!). Mój Teść przełożył przez ramię ślubną chustę (która na każdym z wesel jego dzieci służyła mu do ocierania łez) i wspomniał o nieśmiałej Polce, która wślizgnęła się do rodziny nie powodując większego zamieszania, ale wypełniła ich kuchnię głośnym śmiechem, a życie jego syna miłością. Wszyscy, którzy zrozumieli, ukradkiem ocierali oczy.

W końcu przyszła mojej kolej. Odpowiedzialny za trzymanie wszystkiego w ryzach i lekko już pijany, mój ulubiony kuzyn C. podszedł do mnie i wyszeptał do ucha, że po deserze mam być gotowa. Wzięłam głęboki oddech, i stwierdziłam, że będę. Pięć minut później okazało się, że lody potrzebują jeszcze chwili, więc przemowę mam wygłosić przed deserem. Jonas ścisnął mnie za ramię, życzył szczęścia... I zapowiedział pannę młodą. Wydobyłam z torebki kartkę (Młoda spisała się na medal), wstałam, odchrząknęłam znacząco i zaczęłam...
Trochę zerkałam na to, co tak pieczołowicie wcześniej napisałam; gdy skończyłam wstęp, kartkę wyrzuciłam i kontynuowałam, wywołując kolejne salwy śmiechu i totalne zaskoczenie moich gości. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę, opowiadając o naszym pierwszym, niezwykle romantycznym spotkaniu, gdy C. z górą brudnych talerzy próbował zachować równowagę, a ja pędziłam gdzieś ze ścierką i mopem pod pachą. 
Już po wszystkim zebrałam całe mnóstwo gratulacji, a brat C. stwierdził, że czegoś takiego to on się po mnie nie spodziewał. No cóż, ciche myszki też potrafią. Muszą tylko chcieć.

Mnie za to najbardziej zaskoczył fakt, że moja młodsza, tak mało podatna na wzruszenia Siostra, zalała się łzami.
Po wszystkim dałam C. soczystego całusa i usiadłam z policzkami zaczerwienionymi z emocji i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I choć wyszło świetnie, to cieszę się, że akurat tego powtarzać nie muszę.

Tymczasem mam dla Was przepis na idealnie jesienną tartę z kurkami.
W końcu udało mi się kupić koszyczek w cenie wołającej o pomstę do Nieba, ale czego nie robi się dla tego smaku... I choć oczyszczanie tych żółto-pomarańczowych grzybków to droga przez mękę, to warto. 
Przepis znalazłam na blogu Kolorowy Talerz, i zmieniłam nieznacznie proporcje, żeby pasował do większej formy. Wyszło bosko - kruchutkie ciasto wypełnione śmietanowo-jajeczną masą i grzybkami, których delikatny smak nie został niczym zakłócony, a tylko podbity dzięki dodatkowi białego wina i tymianku. Mówię Wam - coś wspaniałego! Do tego lekka, zielona sałata z winegretem i kieliszek dobrego białego wina. Idealny zestaw na romantyczną kolację w pierwszą miesięcznicę ślubu.

Tarta z kurkami, tymiankiem i białym winem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

spód:
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 200 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 1 białko

nadzienie:
  • 400 g kurek
  • 1 cebula
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g twardego, wędzonego sera
  • 3 gałazki tymianku
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • sól
  • pieprz

Mąki, sól, masło, jajko i żółtko umieścić w malakserze, zmiksować. Po łyżce dodawać wody, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji.
Ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, przełożyć do fromy, odpowiednio przyciąć.
Schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i obciążyć.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec przez kolejne 15 minut w 180 st. C.
Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem.

Kurki oczyścić, opłukać, osuszyć. Większe przekroić na połówki lub ćwiartki.
Cebulę pokroić w drobną kosteczkę.

Na patelni rozgrzać masło, zeszklić cebulę. Dodać kurki. Smażyć, aż cały płyn odparuje. Wlać białe wino, smażyć nadal, aż alkohol odparuje. Posolić.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, ser i listki tymianku, doprawić solą i pieprzem.

Na przestudzony spód wyłożyć kurki, zalać masą jajeczno-śmietanową.

Piec w 160 st. C. przez 25 minut, aż masa jajeczna się zetnie.
Podawać na ciepło.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend - nie macie pojęcia, jak się cieszę! Ostatnio jestem ledwo żywa; praca naprawdę daje mi się we znaki. A za pasem Święta, czyli ruch w interesie będzie coraz większy. Uff...

czwartek, 19 stycznia 2017

Lek na styczeń: jeżyny i krówki w drożdżówkach

Wszechogarniające ciemności dołują nie tylko C. i mnie, ale również Ptysię. Leży tylko z łepkiem złożonym na łapkach i spod futra wpatruje się w nas okrągłymi, orzechowymi oczami. A gdy już pora spać, ładuje się pod kołdrę i przytula do mojego brzucha. Gdy tylko próbuję się poruszyć, donośnie wyraża swoje niezadowolenie. Jeśli śpię i jej pomruki nie robią odpowiedniego wrażenia, z pełną premedytacją kładzie mi się na głowie. W momencie, gdy zaczyna brakować mi tchu, nie mogę nadal udawać, że ją ignoruję. Przewracam się na bok, mamrocząc pod nosem coś o własnej głupocie sprzed lat, a ona znów zajmuje miejsce tuż przy mnie, łaskocząc mnie futrem w podbródek. 
Gdy do domu wraca C., mości się między nami, rozpychając się puchatymi łapkami. 

Ja tymczasem, niedospana przez te wszystkie nocne pobudki, czuję się, jakbym ciągle była na lekkim rauszu. Popołudniami jestem zupełnie do niczego; kuchnię omijam szerokim łukiem. Za to namiętnie zajadam grejpfruty... Czyżby aż tak brakowało mi witaminy C...?

Zanim jednak weszłam znów w ten dziwny rytm pracy piekarza, upiekłam drożdżówki z myślą o bardzo wczesnych śniadaniach. Mrożę je po jednej, żeby później wyjmować z zamrażarki, odgrzewać i delektować się słodką bułeczką na dzień dobry... 
Tym razem zmotywowały mnie kupione na przecenie jeżyny. Tak, tak, wiem; to nie sezon. Ale co z tego...? Skoro mi się tak bardzo chce słońca i lata...

Oczywiście, w domu okazało się, że w szafce jest tylko resztka mąki pszennej. Niezrażona, sięgnęłam po orkiszową. Cóż, też nie było jej wiele... Dosypałam więc pełnoziarnistej, żeby się gramatura mniej więcej zgadzała. Jakież było zdziwienie, gdy bułeczki wyrosły jak szalone! Tak puchate i delikatne nawet na samej pszennej mi nie wychodzą. Może to zasługa tego, że do wyrastania ustawiłam je w okolicy rozgrzanego kominka...? 
Do środka dałam serka, bo akurat jedno opakowanie po sernikach zostało, i data ważności groziła mi już palcem. Spośród masy cukierków, które C. wysypał do miseczki w ramach Świąt, wyłuskałam pozostałe krówki, i je też do drożdżówek dorzuciłam. W końcu na ten szary styczeń przyda się odrobina słodyczy...

Bułeczki są pyszne. Puszyste, lekkie, wyrośnięte niesamowicie, trochę słodkie, trochę owocowe. Nie można im się oprzeć. 
Ja nie umiem... Zdecydowanie zbyt dużo zniknęło, zanim udało mi się resztkę zamrozić...

Drożdżówki z jeżynami, krówkami i serem


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 200 g mąki pszennej
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 50 g cukru
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 białko
  • 60 g masła
  • 25 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 50 g cukru
  • 90 g krówek
  • 190 g jeżyn

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 15 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego

Mąki przesiać do dużej miski (dodać to, co zostało na sicie z pełnoziarnistej). Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, dodać 1 łyżeczkę cukru i 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.
Do zaczynu dodać resztę mleka i cukru, kardamon, jajko oraz białko. Zagnieść. Dodać sól, a na końcu powoli wlać masło. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.
W tym czasie serek wymieszać z żółtkiem i cukrem, a krówki pokroić na nieduże kawałki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować serkiem, równomiernie posypać krówkami i jeżynami. Zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 równej grubości kawałków.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej bułeczki (3x4). Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki opędzlować mlekiem, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Jedząc je na śniadanie, tłumaczę sobie, że pełnoziarniste pieczywo jest w takich razach jak najbardziej zalecane. 
W końcu styczeń ma swoje prawa, nieprawdaż...?

sobota, 12 listopada 2016

Placuszki dyniowe z jabłkami na leniwe śniadanie

W pracujące weekendy wstaję o zupełnie nieludzkiej porze, czyli wpół do pierwszej nad ranem. A właściwie to w środku nocy - dosłownie! Nie ma wtedy mowy o wymyślnych śniadaniach. Po pierwsze, za bardzo cenię dodatkowe piętnaście minut snu, po drugie - i tak nie mam apetytu. Zresztą, to podobno niezdrowo objadać się o takiej porze...
W końcu jednak doszłam do wniosku, że te śniadania muszę zacząć jeść. Dla własnego dobra. Inaczej w samochodzie skręca mi kiszki, i zaraz po przyjeździe do pracy łapię, co mi pierwsze w ręce wpadnie. Dla niewtajemniczonych dodam, że pracuję w cukierni, więc sami rozumiecie... Trochę tam ciężko o sałatki.
Robię więc solidne zapasy granoli; piekę drożdżówki w dużych ilościach, które mrożę z myślą o tych dziwnych śniadaniach, robię puddingi z szałwii hiszpańskiej, które zaskakująco dobrze sycą i wchodzą gładko, niemal bez gryzienia. Bo kanapki, które trzeba solidnie przeżuć przed połknięciem, to zdecydowanie zbyt duże wyzwanie...

W końcu jednak nadchodzi wolny weekend, i wtedy z C. śniadania celebrujemy. Często siedzimy przy stole ponad godzinę, jedząc i wymieniając wrażenia z minionego tygodnia (tak na co dzień nie widujemy się bowiem zbyt często). Nie liczymy kalorii, ale cieszymy się smakiem. Robimy więc kanapki w najbardziej kolorowych wersjach, jak tylko się da, zimą często jemy owsianki, czasem C. robi naleśniki, a ja - gofry. Bywa też, że piekę puchate placuszki w amerykańskim stylu, które polewamy miodem lub syropem klonowym i zajadamy się nimi, aż miło.

Tym razem do przygotowania placuszków z jabłkami zmotywowały mnie dziewczyny propozycją wspólnego pichcenia. Jabłka akurat miałam (rzadko kiedy nie mam), w lodówce czekało puree z dyni, które przyrządziłam w ilości przerażającej dla każdego, kto nie ma totalnego bzika na punkcie tych pomarańczowych kul; dodałam więc dwa do dwóch i na blogu Kuchenny bałagan znalazłam przepis łączący te dwa składniki w placuszkach właśnie. 
Ich przygotowanie zajmuje chwilę (o ile macie gotowe puree), a smak... Moi drodzy, ten smak! Wyraźnie jabłkowy, trochę dyniowy, niesłodki, więc koniecznie z jakimś słodkim dodatkiem. Tym razem syrop klonowy zastąpiłam miodem, z banalnej przyczyny - buteleczka z syropem zakleiła się na amen. Nie mam pojęcia, jak ja ją w ogóle otworzę...
Jabłuszka robią się miękkie, a placuszki są zaskakująco puszyste i delikatne. W dodatku przygotowujemy wszystko bez dodatku jajek - przepis w sam raz dla alergików.

Placuszki z jabłkami przygotowała również Ania; koniecznie zajrzyjcie, co wymyśliła!

Placuszki dyniowe z jabłkami


Składniki:
(na 10-12 placuszków)
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 200 ml mleka
  • 125 g puree z dyni
  • 1 łyżka miodu
  • 1 jabłko
dodatkowo:
  • syrop klonowy, miód lub cukier puder do podania
  • olej do smażenia
Mąkę, sodę i cynamon wymieszać. Mleko roztrzepać z dyniowym puree i miodem. Wlać mokre składniki do suchych, dobrze wymieszać. Odstawić.
Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w plastry. 

Na rozgrzaną patelnię z olejem nakładać łyżką porcje ciasta. Smażyć, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Na wierzchu układać plastry jabłka, przewracać na drugą stronę i smażyć jeszcze kila minut.
Podawać gorące z miodem, cukrem pudrem lub syropem klonowym.

Smacznego!

Nie ma się co oszukiwać - listopad to nie październik. Ciemno, zimno, wietrznie, i już nawet mrozić zaczyna! Odpowiedniego światła do robienia zdjęć nie ma; z przepraszającym uśmiechem wróciłam więc do sztucznego oświetlenia. Wybaczcie więc jakość zdjęć - braku słońca nie umiem bowiem obejść.

środa, 9 listopada 2016

Skandynawskie ciasto pachnące piernikiem

W poniedziałek w pracy zapachniało Świętami. Thomas zabrał się za pieczenie pierniczków - w ilości hurtowej. Ze swoimi czterema skrzatami zagniatał, wałkował, wykrawał i piekł chyba przez cały dzień. Zapach, który rozchodził się po piekarni sprawiał, że wszyscy nagle zaczęli się szerzej uśmiechać, oddychać głęboko i rozglądać się w okół z lekkim rozmarzeniem w oczach. 
A to przecież dopiero początek...

W niedzielę idziemy na pierwszy świąteczny jarmark. Okazuje się, że przeprowadziliśmy się do miejsca idealnego dla świątecznych maniaków (jakimi, nie bójmy się tego przyznać otwarcie, razem z C. jesteśmy). W pałacu i okolicach już od ponad tygodnia stoją choinki, a w zeszły weekend zjechało się całe mnóstwo ludzi. Z tego, co się zorientowałam, atrakcji jest sporo: można odwiedzić warsztat Mikołaja, obejrzeć, jak zapalają światełka na ogromnej choince, kupić skrzaty i inne świąteczne ozdoby, posłuchać chóru i zobaczyć występ Pyrusa - bohatera jednego z adwentowych kalendarzy. Jest ich całe mnóstwo - najróżniejsze historie w bożonarodzeniowych klimatach, podzielone na dwadzieścia cztery krótkie odcinki, wyświetlane codziennie przez cały grudzień, aż do Wigilii. Tego z Pyrusem jeszcze nie widziałam, ale jest to ukochana wersja sióstr C., zjedzie się więc cała rodzina, żeby go obejrzeć na żywo.
Ogromnie jestem podekscytowana - uwielbiam duńskie świąteczne jarmarki! Gløggæbleskiver i hygge; sami powiedzcie, czy można się temu oprzeć...?

W związku z tym, że atmosfera mimowolnie zaczyna się robić świąteczna, pierwszy z serii piernikowych przepisów. Znalazłam go w książce Signe Johansen Scandilicious baking, i po prostu nie mogłam się oprzeć. Ciasto nie jest lekkie i puszyste, ale też nie tak ciężkie, jak się spodziewałam. Lekko jakby kleista konsystencja i obłędnie intensywny aromat korzennych przypraw sprawiają, że nie można przejść obok niego obojętnie. Ani poprzestać na jednym kawałku - wciąga bowiem niesamowicie.
No i ten piękny, miodowo-złoty kolor, który wprost zachwyca...

Z braku świeżego imbiru użyłam mielonego, a zamiast maślanki - ylette. Smakuje troszkę delikatniej niż maślanka, i jest gęstszy - Duńczycy mają tyle wersji zakwaszonego mleka, że naprawdę ciężko je wszystkie ogarnąć... Użyjcie maślanki lub jogurtu naturalnego - wyjdzie tak czy inaczej.

Piernikowe ciasto z imbirem i melasą


Składniki:
(na keksówkę 30x11 cm)

  • 125 g masła
  • 175 g ciemnego cukru muscovado
  • 150 ml melasy
  • 250 ml maślanki (ylette)
  • 2 jajka
  • 175 g mąki orkiszowej
  • 75 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki soli
Formę wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Masło, cukier i melasę podgrzewać w garnuszku, aż wszystko się rozpuści i dobrze połączy. Przestudzić.
Jasną mąkę przesiać, wymieszać z pełnoziarnistą, sodą, proszkiem, przyprawami solą.
Jajka lekko ubić, dodać maślankę, połączyć. Wlać melasę, dokładnie wymieszać. W 2 partiach dodać mąkę, dobrze połączyć.

Gęste ciasto przełożyć do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 1 godzinę, 15 minut przed końcem pieczenia przykryć ciasto folią aluminiową, aby zbytnio nie ściemniało.
Przestudzić w formie 15 minut, następnie wyjąć na kratkę i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!

A ja już się zastanawiam, co upiec na niedzielę, żeby wprowadzić nas w odpowiedni klimat...

Ciacho dodaję do akcji skandynawskiej Mopsika, bo bardziej skandynawskie to już by być nie mogło.

piątek, 29 lipca 2016

Jak to czasem z autem bywa... I skandynawskie jagodzianki

Jeżdżę.
Dużo jeżdżę, bo przynajmniej dwieście dwadzieścia kilometrów dziennie, pięć dni w tygodniu. Często więcej, bo droga do domu nieraz kluczy między sklepami, znajomymi lub innymi aktualnie interesującymi mnie miejscami. Oczywiście, nieodzowne w takich przypadkach jest auto. Uwielbiam moje autko; jest duże i bezpieczne. Lawirując między ciężarówkami na autostradzie czuję, że osłania mnie gruba warstwa blachy. No i ma gwiazdkę na masce; wszystkie kobiety lubią gwiazdy, prawda...?
Zaraz usłyszę, że taką, co mieszka za granicą, to stać... A figa! Mój mercedes ma lat dwadzieścia trzy; dokładnie tyle, co moja Siostra. Nie do końca rozumiem, dlaczego ona jest taka młoda, a samochód taki stary, no ale niech już będzie...

Autko dzielnie wozi mnie do pracy i nie tylko, ale z uwagi na sędziwy wiek, to i owo w nim czasem szwankuje. Wczoraj na przykład jechałam sobie spokojnie do domu, aż tu nagle huk! I samochód zaczął wyć niemiłosiernie. Przerażona, zjechałam na najbliższy parking (jakoś nie mogłam się przemóc, żeby stanąć na środku autostrady), wysiadłam i zaczęłam oglądać. Okazało się, że tłumik wziął się i odpadł... Znaczy trzymał się z jednej strony, ale nie poprawiało to mojej sytuacji. Zwłaszcza, że C. miał problemy z elektrykiem (o czym dowiedziałam się później) i baaardzo dłuuugo nie odbierał telefonu. Gdy w końcu przyjechał na ratunek, po dwóch i pół godzinie oczekiwania, byłam zmęczona, spocona (bo w takich razach zawsze musi być co najmniej ładna pogoda), zniechęcona i spragniona. Z ulgą przyjęłam butelkę zimnej wody, i z lekko przerażoną miną obserwowałam C. wczołgującego się pod samochód. Uprzednio nie omieszkał mnie poinstruować, żebym w razie czego (czyli gdyby podnośnik jednak nie wytrzymał) szybciutko zadzwoniła po karetkę, zamiast nad nim biadolić. Na szczęście żaden zagrażający życiu wypadek się nie zdarzył, tłumik z oprzyrządowaniem wylądował w bagażniku, a ja mam wyścigówkę! Niejeden właściciel BMW zapłacił duże pieniądze za takie wruuum!, jakie mi się dostało zupełnie za darmo. I tylko obawiam się, że jutro pobudzę wszystkich sąsiadów już o drugiej trzydzieści nad ranem...

Tymczasem w domu czekały na mnie wyjątkowo pyszne bułeczki. Takie niemal jagodzianki, tylko po skandynawsku. 
Przepis znalazłam w Scandilicious baking Signe Johansen, i od razu zapałałam do niego uczuciem (choć tego dnia miałam w planie zupełnie inne drożdżówki). Sprawę przesądziła przecena na borówki; od razu zabrałam się do pracy. 
Cynamonowa, maślana pasta wbrew pozorom wcale nie dominuje; wręcz przeciwnie - wspaniale podkreśla smak soczystych owoców, których jest tutaj naprawdę dużo. Do tego mięciutkie i delikatne (mimo dodatku mąki razowej) ciasto o aromacie kardamonu i chrupiąca posypka cukrowa. Słodkie, sycące, lekko pikantne. Idealne na deszczowe lato!
Sami powiedzcie - czy można im się oprzeć...?

Drożdżówki z jagodami i kremem cynamonowym


Składniki:
(na 12 sztuk)

  • 225 ml mleka
  • 75 g masła
  • 350 g mąki orkiszowej
  • 125 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
nadzienie:

  • 75 g miękkiego masła
  • 75 g cukru
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 300 g jagód lub borówek amerkańskich
dodatkowo:

  • 1 białko
  • 3 łyżki cukru
Mleko zagotować z masłem, ostudzić (powinno być letnie).
Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru.

W dużej misce wymieszać mąki, pozostały cukier, kardamon i sól. Dodać drożdże, mleko z masłem i roztrzepane jajko. Zagnieść gładkie, nieco lepkie ciasto. 
Miskę z ciastem nakryć ściereczką, odstawić na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie: łyżką dokłądnie roztrzeć masło z cukrem i cynamonem.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 równych części i z każdej uformować kulkę. Następnie po kolei spłaszczać je w dłoniach tak, aby na brzegach były nieco cieńsze niż w środku. Na środku układać 1 łyżeczkę cynamonowego nadzienia i sporą garść jagód. Zakleić i uformować kulki; ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy. 
Przykryć ściereczką, odstawić na 25-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym białkiem i posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

I proszę - nie sugerujcie się plaskatością moich bułeczek. Ciągle jeszcze ie do końca opanowałam obsługę nowego piekarnika, i czasem robi mi psikusy - na przykład ni stąd ni zowąd obniża temperaturę. Tak też stało się tym razem; zamiast więc urosnąć ładne i okrągłe, wyszły odrobinę płaskie... Nic nie szkodzi - nadal smakują obłędnie!

Przepis dodaję do akcji Ani:

piątek, 15 kwietnia 2016

Lekcja języka duńskiego dla początkujących. I wiosenna tarta

Razem z przyszłym domem, w naszym życiu pojawił się mężczyzna. Raczej wyższy niż niższy, choć nie przesadnie; zupełnie łysy, o aparycji zbliżonej do Frankensteina (ach, te wysokie kości policzkowe!). Dzwoni, pisze i wysyła maile; do C. Wtedy ten daje mi znać, jak najszybciej się da (zazwyczaj to bowiem sprawy niecierpiące zwłoki), oświadczając: 
- Dzwonił Elfrel
- Co...?
- Dzwonił Elfrel.
W tym momencie zazwyczaj łapię, że ktoś dzwonił, więc błyskotliwie odpowiadam:
- Kto dzwonił...?
C., na skraju wytrzymałości, podnosi głos o dwa tony:
- Elfrel!
- Aaa... - W tym momencie wszystko staje się jasne. - Alfred!

Jak ze starego, poczciwego Alfreda można zrobić Elfrela...? Nie wiem. Zapytajcie pierwszego napotkanego Duńczyka; on z pewnością rozjaśni tę zagadkową sprawę.

Pogoda u nas ciągle raczej jesienna (i to w czysto listopadowym wydaniu), nadal więc nie zamieniłam zimowego płaszcza na wiosenny. Zżera mnie zazdrość, gdy widzę Tatę w koszulce z krótkim rękawkiem i dzikie słońce za jego plecami, podczas gdy ja siedzę w swetrze (już nie tym najcieplejszym, ale jednak!), a za oknem jednolita szarość uniemożliwia stwierdzenie aktualnej pory dnia. Wiem, że to brzydko, ale cóż... Nad pewnymi rzeczami nie da się zapanować.

Na pocieszenie mam wiosenną tartę. Na pełnoziarnistym, cudownie chrupiącym spodzie, z kremową ricottą, zielonym szpinakiem, czerwonymi pomidorkami i płatkami orzechów laskowych, które miło zaskakują i sprawiają, że tarta nabiera oryginalnej nuty. Świetna na obiad i kolację; sprawdzi się też na lunch do pracy. Kolory zdecydowanie dodają energii, a smak przywodzi na myśl zieloniutką, słoneczną wiosnę...
Skusicie się...?

Tarta ze szpinakiem i ricottą


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 100 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g szpinaku
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka masła
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka ricotta
  • 2 jajka
  • sól
  • pieprz
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 100 g pomidorków koktajlowych
  • 1 łyżka pesto
dodatkowo:
  • 10 g płatków orzechów laskowych
Mąki przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując przy tym brzeg. Nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez kolejne 10 minut.
Przestudzić.

Na maśle podsmażyć szpinak z czosnkiem, odparować wodę, ostudzić.

Kremówkę zmiksować z serkiem, jajkami, solą, pieprzem i ziołami.
Na podpieczony spód wyłożyć szpinak, zalać masą jajeczną. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół pomidorki, łyżeczką między nimi rozłożyć pesto. Całość posypać płatkami orzechów.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Ja tymczasem muszę zebrać się w sobie i pójść do sklepu. Zważywszy na nieustannie siekący deszcz, wyjątkowo ciężko znaleźć mi w tej chwili chociażby cień motywacji... 
Poza obiadem, rzecz jasna.

środa, 19 listopada 2014

Dyniowe biscotti

No i proszę - narzekałam na mgły, to mam. Deszcz. Nieustanny. Nawet chwili wytchnienia na spacer z Ptysią nie daje. Bardzo tego nie lubię... Na szczęście czerwone kalosze mnie ratują, a i kałuże jakoś lepiej wyglądają przez ich pryzmat. Może więc lepiej przestanę narzekać, a zacznę doceniać...? Bo kto wie, co przyniesie nam listopadowe jutro...

Dzisiaj mam dla Was coś absolutnie, obłędnie boskiego. Wypisałabym tu całą długą listę pochwalnych przymiotników; zamiast tego jednak przejdę do sedna, czyli biscotti. To popularne włoskie herbatniki, pieczone dwa razy, przypominają więc nieco konsystencją nasze sucharki. Naprawdę trzeba uważać przy ich konsumpcji, bo mimo, że wyjątkowo pyszne, to jednak nie warte wizyty u dentysty (ale ja się dentysty boję panicznie; według mnie piekło to niekończący się rząd foteli dentystycznych...). Kombinować ze smakami można do woli, ja tym razem postanowiłam zamknąć w nich dynię. Posiłkowałam się przepisami Małgosi, od której wzięłam zasadnicze proporcje, oraz blogiem Pink hungry, skąd zaczerpnęłam pomysł na dodatek mąki pełnoziarnistej. Dodałam też mrożonych jagód, bo mam zamiar umyć zamrażalnik i wykorzystuję wszystkie zapasy. Do nich pasowały mi delikatne, chrupkie migdały. Wyszło coś niesamowitego! Moje biscotti nie są aż tak twarde jak tradycyjne - jeśli chcecie, aby Wasze wyszły twardsze, po prostu pieczcie je nieco dłużej. Moje można zjadać bez ryzyka złamania zęba, choć są zdecydowanie chrupkie. Z kubkiem gorącej herbaty (najlepiej jagodowej) smakują rewelacyjnie. Spróbujcie koniecznie!

Dyniowe biscotti z migdałami i jagodami

Składniki:
(na 12-15 sztuk)
  • 145 g puree z dyni
  • 50 g miękkiego masła
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 240 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 80 g słupków migdałowych
  • 80 g świeżych lub mrożonych jagód

Mrożone jagody rozmrozić i osuszyć.
Puree z dyni, masło, jajko i ekstrakt utrzeć na gładką masę.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, imbirem i cynamonem. Dodać suche składniki do mokrych, połączyć. Dodać migdały, równomiernie rozprowadzić je w cieście.

Połowę ciasta wyłożyć na folię spożywczą, wysypać równomiernie jagody, przykryć pozostałym ciasta. Uformować podłużny bochenek, zawinąć w folię i schłodzić 1 godzinę w lodówce.

Schłodzone ciasto ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 30 minut.

Lekko przestudzić, pokroić w 1-1,5 cm plastry. Ułożyć z powrotem na blasze.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, w połowie pieczenia obracając ciasteczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ja tym czasem planuję przekąski na sobotę - idę do koleżanki z ambitnym planem picia alkoholu, C. dał mi swoje błogosławieństwo i powiedział, że mnie nawet po wszystkim przywiezie do domu. 
Hmm... Zabrzmiało to trochę dziwnie chyba... Gwoli wyjaśnienia - alkohol pijam rzadko, więc każda taka okazja wywołuje u mnie, być może nadmierną, ekscytację. Szczególnie, jeśli w planie jest babski wieczór!

piątek, 4 lipca 2014

Zakręcony chleb od Lorraine

Ten chleb zrobiłam już jakiś czas temu. Siedziałam sobie z C. na kanapie, on grał, ja skakałam po kanałach. Ot, taki leniwy, piątkowy wieczór, gdy po całym tygodniu pracy człowiek nie ma siły ani ochoty na nic bardziej wyszukanego. W pewnym momencie trafiłam na nowy program Lorraine Pascale, którą bardzo lubię. Pyszności, które wyciąga z piekarnika zawsze działają intensywnie na moją kulinarną wyobraźnię, po cichu marzę sobie o jej książce o wypiekach (urodziny już za dwa miesiące, więc kto wie). Tym razem piekła chleb - szybki, prosty, a wyglądający niesamowicie efektownie. Szybki rzut oka na listę składników - wszystko jest. Czym prędzej więc udałam się do kuchni, żeby przygotować sobie to cudo.

Oczywiście, nie pomyślałam o zapisaniu proporcji w trakcie programu, troszkę więc improwizowałam. Później znalazłam przepis na stronie BBC Food. Niezamierzenie wprowadziłam drobne zmiany, niemniej chlebek wyszedł boski - chrupiące skórka i mak, który choć wchodzi między zęby, to smakuje tak dobrze i wygląda tak uroczo, że nie warto z niego rezygnować. Miąższ jest miękki i puszysty, a chleb zachowuje świeżość nawet do trzech dni. Polecam Wam bardzo.

Zakręcony chleb z makiem

Składniki:
(na 1 duży bochenek)
  • 550 g mąki pszennej
  • 100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 350 ml letniej wody
  • 2 łyżki miodu
  • 24 g świeżych drożdży
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 30 g masła
  • 35 g maku

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka
  • 10 g maku

Mąki przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Dodać 1 łyżkę miody i 100 ml wody, odstawić.
Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i miodu, wyrobić gładkie ciasto. 
Odstawić na 45-60 minut do wyrośnięcia.

Masło rozpuścić, przestudzić.
Wyrośnięte ciasto krótko zagnieść, rozwałkować na prostokąt o grubości 3-5 mm. Posmarować masłem, posypać makiem. Pokroić wzdłuż na 6 pasków. Każdy z pasków skręcić, następnie skręcić wszystkie razem. Uformować wieniec, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięty chleb posmarować mlekiem, posypać pozostałym makiem. 

Piec w 200 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Tydzień wakacji minął błyskawicznie. Jak zawsze zresztą - wszystko, co dobre, szybko się kończy, itd, itp... Ale korzystamy jak możemy, uśmiecham się od rana do wieczora - tak właśnie wyglądają wakacje idealne!
O szczegółach będę pisać, jak wrócimy do Danii; teraz szkoda mi czasu na długie wpisy...

piątek, 30 maja 2014

Chleb na niedzielę. Choć i na sobotę się nada

Nie ma to jak długi weekend. U mnie to aż pięć dni pełnej swobody (nie licząc presji związanej z egzaminem w przyszłym tygodniu). Spacerujemy więc, korzystając z pogody, która w przyszłym tygodniu znowu ma się zepsuć. 
Rozważam też możliwość wybrania się na brunch jutro o dziesiątej - trochę ludzi z mojej szkoły, trochę studentów i ogólnie obcokrajowców szukających kontaktu. Musiałabym coś z tej okazji upiec... Cały czas się zastanawiam, czy mi się chce. Ale chyba tak. Nie mogę być ciągle taka aspołeczna.

Chleb, który chcę Wam dzisiaj pokazać, upiekłam w zeszłym tygodniu. Szukałam czegoś szybkiego i prostego, i wertując książkę Pieczenie chleba w domu Gertrud Weidenger oraz Marie-Theres Wiener wpadł mi w oko chleb na niedzielę. Tak się właśnie ładnie nazywa. Miód, rodzynki... Musiało wyjść dobrze. Ruszyłam więc pełna zapału do kuchni. I muszę powiedzieć, że poszło jak z płatka - robi się go szybko, a efekt jest naprawdę wspaniały. Chleb jest mięciutki, cudownie pachnie miodem. Dość słodki - do dżemu w sam raz. Ale mi na przykład z żółtym serem też bardzo smakował. A nawet z szynką nie jest zły. Jeśli więc nie macie nic przeciwko słodkawemu pieczywu - spróbujcie upiec sobie właśnie ten chleb na sobotnie śniadanie. Albo niedzielne - wedle odgórnych zaleceń.

Chleb z miodem i rodzynkami

Składniki:
(na 1 duży bochenek)
  • 250 g mąki pszennej
  • 250 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 3 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 150 g rodzynek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżką miodu, dodać 2 łyżki mleka, wymieszać. Wsypać 3-4 łyżki mąki, wymieszać na gładką pastę. Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.
Rodzynki zalać wrzątkiem.

Po tym czasie do zaczynu dodać resztę mleka i miodu, przesiane mąki, sól i jajko. Zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić i przestudzić, dodać do ciasta, wyrobić.
Na końcu dodać dobrze odsączone rodzynki, delikatnie wmieszać do ciasta.
Odstawić na 45 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie z ciasta uformować bochenek. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Piec w 200 st. C. przez 50 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!

Jeśli dacie nieco mniej miodu i pominiecie rodzynki, chleb będzie zupełnie neutralny w smaku. I z pewnością równie pyszny.

piątek, 9 maja 2014

O bułkach, które stały się chlebem

Tak to już czasem jest, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. A przynajmniej nie po mojej. Niby plan jest, i to całkiem dopracowany, do pewnego momentu wszystko idzie jak z płatka, aż tu nagle niespodzianka. Czasem to dobrze, czasem bywa gorzej. Z każdej takiej niespodzianki staram się coś wynieść, nauczyć się czegoś, zapamiętać. Z tej wnioski są następujące - z ciasta na bułki wychodzi bardzo smaczny chleb.

Zaczęło się od mojej ukochanej ostatnio Brød: 100 lækre opskrifter, w której tym razem znalazłam przepis na bułki marchewkowe. Już dwa rodzaje są na blogu, jednak oba tak pyszne, że nie wahałam się przed wypróbowaniem kolejnego przepisu. Ten w dodatku zawiera mąkę pełnoziarnistą, co oznacza, że jest nieco zdrowszy od białego pieczywa, które przygotowuję na co dzień (czy też co weekend, zależy). Kupiłam wszystko, co potrzebne, i o godzinie raczej późnej niż wczesnej zabrałam się do działania. Wszystko szło świetnie, dopóki nie zajrzałam do wyrośniętego ciasta - owszem, podwoiło objętość i w ogóle wyglądało jak należy, ale było rzadkie i lepkie. Nijak nie dało się nic z niego uformować, a już na pewno nie małe, zgrabne bułeczki...
Jak już wspomniałam, czas naglił, więc zamiast się złościć i rozczulać, przelałam ciasto do keksówki. Wyrosło sobie jeszcze odrobinę, żeby wylądować w gorącym piekarniku.

Następnego ranka z pewną dozą niepewności odkrawałam pierwszy kawałek. Okazało się, że wszelkie obawy były nieuzasadnione - chlebek wyszedł pierwszorzędny. Sycący, o ślicznym kolorze. Pyszny z plastrem sera i kawałkiem papryki. Zniknął sama nie wiem, kiedy; cudem tylko udało mi się uratować kawałek na kanapki do szkoły. Spróbujcie sami.

Chleb marchewkowy z mąką pełnoziarnistą

Składniki:
(na keksówkę 23x11 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 250 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 24 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy
  • 200 g marchwi

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Mąki przesiać, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać resztę płynu, zagnieść ciasto. 
Marchewkę zetrzeć na drobnych oczkach, dodać do ciasta razem z oliwą. Dobrze wyrobić - ciasto będzie dość rzadkie. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Keksówkę wysmarować masłem i wysypać mąką. Przelać wyrośnięte ciasto, odstawić na 30 minut.

Wierzch chleba skropić wodą.

Piec w 220 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze przez 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A już w niedzielę impreza urodzinowa C. Sprzątanie już niemal za nami - zostały ostatnie muśnięcia i szlify. W zeszły weekend odsunęliśmy lodówkę i kuchenkę, C. umył okna, ja wyszorowałam łazienkę. W tygodniu zmieniliśmy wkład w okapie, wytarliśmy wszystkie kieliszki i szklanki; odkurzanie, mycie podłóg i inne takie zabawy też już za nami. Jutro pójdzie raz dwa.
Za to kuchennie stoimy przed ciekawym wyzwaniem - obiad dla dwunastu osób, z czego jedna jest uczulona na laktozę, gluten, cebulę i czosnek. W formie bardzo, bardzo wrażliwej. Lody bez laktozy...? Czego się nie robi dla siostry ukochanego.

piątek, 25 kwietnia 2014

Chleb ze słonecznikiem i sokiem jabłkowym

Dawno już chleba nie piekłam... W ten weekend, zaczynając od dzisiaj, będę zajęta pieczeniem ciast - w niedzielę idziemy na pierwsze urodziny, co wymaga przygotowania tortu dla dziecka i sernika dla mamy. Sernik - wiadomo - prosta sprawa, szczególnie, że dostałam konkretne wytyczne - klasyczny, z rodzynkami, na kruchym cieście, z kratką albo bezą. Gorzej z tortem, bo usłyszałam, że jaki zrobię, będzie dobrze... Wymyśliłam już sobie całość, zobaczymy tylko, co mi z tego wyjdzie... W każdym razie zaraz zabieram się do pracy - dwa ciasta są dość czasochłonne i wszystko mam dokładnie rozplanowane. Proszę trzymać kciuki za powodzenie misji.
Za tydzień urodziny ma C., więc będzie jeszcze ciekawiej, bo do mojego pieczenia dojdzie C. gotujący obiad, a i posprzątać trzeba... 
Damy radę (grunt to optymizm).

Dzisiaj mam dla Was chleb nietypowy, który upiekłam jeszcze przed Wielkanocą.
Przepis znalazłam w Brød: 100 lækre opskrifter, i zaintrygował mnie od samego początku: po pierwsze fantazyjnym kształtem (który tak dobrze mi nie wyszedł, ale ponieważ chleb ten powtórzę z pewnością, będę miała okazję poćwiczyć), a po drugie dodatkiem soku jabłkowego. Hmm... Do chleba? Tak! Jego smak nie jest mocno wyczuwalny, ale nadaje wypiekowi bardzo ciekawego posmaku. Do tego mnóstwo chrupiących ziaren słonecznika, i wystarczy masło i pomidor do pysznego śniadania. Nam smakował bardzo - spróbujcie koniecznie.

Twist ze słonecznikiem

Składniki:
(na 1 spory bochenek)
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 250 ml letniej wody
  • 100 ml letniego soku jabłkowego
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego
  • 70 g ziaren słonecznika

dodatkowo:
  • 3 łyżki wody
  • 30 g ziaren słonecznika

Mąki przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, pokruszyć do niego drożdże. Wsypać cukier, wlać połowę wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody, sok i olej, zagnieść ciasto, odstawić na 5 minut. Dodać słonecznik, dokładnie rozprowadzić w cieście.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 części. Z każdej uformować wałeczek o długości 25 cm, luźno je razem zwinąć. Odłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zostawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięty chleb spryskać wodą, obsypać pozostałym słonecznikiem.

Piec w 230 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ciasto może się delikatnie lepić - nie szkodzi. Zbyt duża ilość mąki sprawi, że wypiek będzie twardszy i nie tak smaczny. Wystarczy odrobina cierpliwości w czasie formowania, i chleb wyjdzie wspaniały.

czwartek, 30 stycznia 2014

Zmiany, zmiany... I rustykalny chleb

Człowiek szybko się przyzwyczaja do dobrego... 
Przez pewien czas mieliśmy z C. okazję żyć jak ludzie - budziliśmy się razem, spać kładliśmy się razem, jedliśmy wspólnie obiady, chodziliśmy na spacery z Ptysią i ogólnie mieliśmy mnóstwo czasu. Wbrew obawom moich koleżanek i kochanej Mamuni, wcale się sobą po dwóch tygodniach nie znudziliśmy, nie zaczęliśmy się też doprowadzać nawzajem do szału. Wręcz przeciwnie - bardzo dobrze i spokojnie nam się żyło, cieszyliśmy się każdą minutą - bo jakaż to była odmiana! 
I znów czas na zmiany przyszedł - tym razem czas wspólny został brutalnie ograniczony. C. poszedł do nowej pracy dzisiaj po raz pierwszy. Wyszedł z domu dwadzieścia minut przez siódmą. Ja z łóżka wygrzebałam się kilka minut później, mimo mocnego postanowienia, że będę spała przynajmniej do dziewiątej. Tymczasem o wpół do dziesiątej już kręciłam się po domu w niewiadomym celu, bo to tak dziwnie nie mieć się do kogo odezwać... Włączyłam więc radio i zabrałam się do działań produktywnych - słodkie co nieco na poprawę humoru, jeśli C. wróciłby do domu nieszczęśliwy, lub na świętowanie, jeśli wszystko byłoby w porządku. Spacer z Ptysią, wyjście do sklepu, ugotowanie zupy na pierwsze danie. Czas zleciał nie wiadomo kiedy, a tu już pora powrotu C. do domu. Uff, jakoś poszło...
Dobrze, że ten tydzień taki krótki...

Dzisiaj będzie nie o zupie, nie o słodyczach, ale, dla odmiany, o chlebie.
Tym razem na wspólne gotowanie zaplanowaliśmy hiszpański chlebek z BBC. Jest czasochłonny, bo starter trzeba nastawić 24 godziny przed przygotowaniami właściwymi. Potem już jednak idzie raz dwa - zagniatanie, wyrastanie, zagniatanie, wyrastanie, pieczenie, i jest. Pyszny. Zupełnie wyjątkowy.
Chleb, mimo że nie ma żadnych niezwykłych dodatków, zaskakuje smakiem. Wszystko za sprawą startera, który nadaje mu zupełnie innej konsystencji, niż mają typowe chleby na drożdżach. Dodatek mąki pełnoziarnistej sprawia, że chleb ma fantastyczny kolor, jest sycący i naprawdę wspaniały. Polecam Wam ogromnie - nie zawiedziecie się.

Chleb upiekłam z Panną Malwinną - dzięki ogromne, to był naprawdę świetny pomysł!

Rustykalny chleb hiszpański

Składniki:
(na 1 bochenek)

starter:
  • 150 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 5 g świeżych drożdży
  • 125 g mąki pszennej

ciasto:
  • 150 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 5 g świeżych drożdży
  • 225 g mąki pszennej
  • 100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 1 łyżka oliwy

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Przygotować starter:
Drożdże dokładnie wymieszać z cukrem. Kiedy się rozpuszczą, wlać wodę, wymieszać. Na końcu dodać mąkę, dokładnie wymieszać.
Miskę owinąć folią spożywczą, odstawić na 24 godziny w temperaturze pokojowej.

Po 24 godzinach:
Drożdże rozetrzeć z cukrem, wymieszać z wodą, odstawić na 10-15 minut.
Do dużej miski przesiać mąki, wymieszać z solą. Dodać starter, rozpuszczone drożdże i oliwę. Wyrobić gładkie ciasto - będzie się lepić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie z ciasta uformować bochenek. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, boki podeprzeć czystymi ściereczkami, żeby nie rozlało się na boki. 
Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie wierch chleba skropić wodą.

Piec w 240 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ja chleb piekłam dwa razy - za pierwszym razem ciasto wyszło mi bardzo rzadkie, i musiałam chleb upiec w keksówce. Pyszny był, ale to jednak nie to... (Kto słyszał o rustykalnym chlebie z keksówki...?) Za drugim razem zmniejszyłam ilość wody o 50 mililitrów, i to był strzał w dziesiątkę. Ciasto nadal jest lepkie i troszkę ciężkie we współpracy, ale daje się uformować w bochenek i ładnie trzyma kształt. Chleb ten wymaga odrobinę cierpliwości, ale odwdzięcza się naprawdę wyjątkowym smakiem. Zdecydowanie warto spróbować - ja powtórzę go jeszcze nie raz.