Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maliny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 lutego 2018

Makaroniki malinowe z hibiskusem (w wersji mini)

Obudził mnie C. przed wyjściem do pracy. Nie, żeby tak złośliwie; nawet zaproponował, żebym sobie jeszcze pospała, w końcu wcześnie jest... Jednak jutro muszę wstać o czwartej, i jako człowiek myślący perspektywicznie doszłam do wniosku, że lepiej wstać dziś trochę wcześniej, żebym wieczorem nie miała problemów z zasypianiem. Wyczołgałam się więc spod kołdry i udałam do łazienki. Z niejakim zdziwieniem zerknęłam przez dachowe okno... Nie było widać niemal nic. Z miną niezwykle podejrzliwą, upodabniającą mnie do inspektora Gadgeta, udałam się do salonu, żeby obiektywnie ocenić sytuację. Moim oczom ukazał się śnieg nie tylko okrywający puszystą kołdrą meble, krzewy i żywopłot, ale nadal padający zawzięcie. Wielkie płatki przypominające bardziej pierze niż śnieg wirowały w szaleńczym, wietrznym tańcu. Stałam tak i patrzyłam, z niezbyt mądrze rozdziawioną buzią, na ten krajobraz jak z bajki. Szczerze mówiąc nie myślałam, że przyjdzie jeszcze prawdziwa zima. Jest pięknie! 
Tyle, że jutrzejsza poranna podróż na Zelandię przyprawia mnie w tej chwili o dreszcze...

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo urocze makaroniki. Przygotowałam je już jakiś czas temu, w ramach smakołyków na ostatni dzień pracy przed wakacjami (jak okres szkolny określa mój szef). Oczywiście, idealnie nadadzą się na Walentynki - makaroniki mają w sobie coś romantycznego...
Te zebrały mnóstwo pochwał. Słodkie, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, wypełnione lekko kwaskowatym kremem z białej czekolady, malin i hibiskusa. Dzięki niemu nie są za słodkie i da się ich zjeść zdecydowanie więcej niż jeden czy dwa... Przygotowałam je w rozmiarze mini, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby upiec je nieco większe; wtedy wyjdzie około dwudziestu pięciu gotowych makaroników.

Makaroniki malinowe z hibiskusem


Składniki:
(na około 60 złożonych mini makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • różowy lub czerwony barwnik w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 65 g śmietany kremówki (38%)
  • 75 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
dodatkowo:
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. Połowę makaroników posypać zmielonym w młynku do kawy hibiskusem.
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Maliny i hibiskus umieścić w garnuszku, podgrzać, aż maliny zaczną się rozpadać. Przetrzeć przez sitko.
Czekoladę ze śmietaną podgrzać w kąpieli wodnej, aż czekolada się rozpuści. Dodać puree z malin, dokładnie wymieszać. Przełożyć do rękawa cukierniczego, wstawić do lodówki.

Gdy makaroniki całkowicie ostygną, a nadzienie zgęstnieje, sklejać je po dwie połówki tak, żeby jedna z pary była posypana hibiskusem.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Wczoraj kopnęłam krzesło. Nie ze złości; ot tak, przez przypadek. Efekt - palec u lewej stopy w kolorze lila. Trochę się boję, że jet złamany, bo boli jak nie wiem co. 
I co ja mam teraz zrobić...?

wtorek, 6 lutego 2018

Tiramisu z malinami

Gdy po skończonych zajęciach wyszłam dzisiaj na dwór, ze zdziwieniem zaobserwowałam powoli opadający płatek śniegu. Jeden. Ale za to ogromny! (W kategorii płatków śniegu, rzecz jasna.) Później, gdy szłam zjeść i wyjrzałam przez okno, zauważyłam ich zdecydowanie więcej. W idealnej ciszy, która wręcz świdrowała w uszach, stałam i patrzyłam jak urzeczona. Śnieg prószył, coraz gęstszy, przykrywając świat białym dywanem. Uwielbiam to widowisko; może dlatego, że widuję je coraz rzadziej? Mam wrażenie, że kiedyś zimą śniegu było więcej. I częściej.
Chyba opanowała mnie lutowa nostalgia...

W ogóle z tym lutym coś jest w tym roku nie tak (aż boję się myśleć o tym, że to dopiero początek!). W niedzielę dopadła mnie lutowa depresja; po powrocie z pracy i dwóch z rzędu nieprzespanych nocach, usiadłam przy stole w kuchni i miałam ochotę po prostu się rozpłakać. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem, dlaczego! Zmęczenie, niewyspanie, nadmiar pracy i innych obowiązków związanych ze szkołą i dwudniowym pobytem w domu, a może po prostu wiatr, deszcz i ogólna szaruga...? Chyba jednak wszystko razem... Na szczęście na pomoc przybyły Ptysia i Pączusia, rozdając całusy, przytulając się i stanowczo żądając rzucania piłeczką. I jak tu się nie śmiać, gdy jeden pies wpakowuje się na kolana, a drugi aż burczy z zazdrości...?

Jeszcze przed rozpoczęciem szkoły, będąc na zakupach, kupiłam całe pół kilo mascarpone (było w promocji, nie mogłam się więc oprzeć; ricottę też kupiłam, a dopiero później zaczęłam się zastanawiać, co ja z tym wszystkim pocznę...). Z połowy przygotowałam nadzienie do pączków, z reszty - tiramisu. Co chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem, bo to mój ulubiony deser. Tym razem postawiłam na wariację malinową; jest więc kawa, malinowy likier i trochę owoców. Muszę przyznać, że jest to zaskakująco udane połączenie; kto nigdy nie próbowałam malin z kawą, powinien jak najszybciej nadrobić braki! Delikatny, puszysty krem, mocno nasączone kawą biszkopty, orzeźwiające całość maliny i odrobina kakao zamiast wisienki. Jest pysznie!

Deser jest banalnie prosty, więc może skusicie się i przygotujecie taki na Walentynki...? Bo w końcu kto ma czas na przesiadywanie w kuchni w środku tygodnia...

Tiramisu z malinami


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 3 żółtka
  • 2 białka
  • 60 g cukru pudru
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 200 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 250 g malin
  • 2 łyżki likieru malinowego
  • 2 łyżki kakao

Maliny zalać likierem, wymieszać.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tylko do połączenia składników.
Białka ubić, dodać do masy serowo-żółtkowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać likier z odcedzonych malin.

Biszkopty maczać krótko w kawie, połowę rozłożyć do szklanek. Na to wyłożyć połowę kremu, oprószyć kakao i wyłożyć większą część malin. Następnie na malinach ułożyć pozostałe biszkopty i krem, oprószyć kakao i udekorować malinami.
Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!


Tymczasem wczoraj moja szalona współlokatorka zaprzęgła mnie do prasowania dwóch gigantycznych obrusów. Śmiechu było co niemiara, chyba obie się trochę odprężyłyśmy. A dzisiaj będziemy dalej liczyć; wczoraj w pewnym momencie przestałam rozumieć duńskie cyferki, więc zrobiłyśmy sobie dłuższą, dwudziestoczterogodzinną przerwę. Najwyższy czas jednak zabrać się do pracy; mam bowiem mocne postanowienie, że w końcu się wyśpię. Bo kiedy, jak nie teraz...?

czwartek, 1 lutego 2018

Kawa malinowo-różana z białą czekoladą

Mój Mąż pracuje.
Wiem, jak każda normalna, rozsądna żona, powinnam być z tego faktu zadowolona. W końcu co za pożytek z męża niepracującego...? Problem polega jednak na tym, że mój pracuje za dużo. W dodatku w zupełnie nieodpowiednich porach, czyli kiedy ja mam wolne i nie muszę akurat spać (co zdarza się stosunkowo rzadko). W zasadzie, to występuje tutaj klasyczny przypadek obrazujący stare powiedzenie przyganiał kocioł garnkowi, bo skoro sama spędzam w pracy po dziesięć, dwanaście godzi na dobę i trzy na dojazdach i powrotach z tejże, to jakim prawem denerwuję się na C. za postawę identyczną (poza dojazdami. On do pracy ma pięć minut. Piechotą)? Mówiąc szczerze, to nie wiem. Ale jestem kobietą zamężną i mam odgórnie ustanowione prawo denerwowania się na męża z niewyjaśnionych/nieistniejących/nie leżących w jego gestii przyczyn. Tak już po prostu jest. 

Denerwuję się więc trochę, a jednocześnie staram się ten czas bez niego wykorzystać jak najlepiej. Sprzątam i piorę, żebyśmy, gdy już uda nam się wyrwać razem kilka chwil, mogli spędzić je na czymś przyjemniejszym. Piekę ciasta i przygotowuję desery, żeby chłopakowi (i sobie też - nie oszukujmy się) osłodzić to ciężkie życie. A w między czasie robię sobie kawę...
Żeby nie było wątpliwości - C. też kawę lubi. Bardzo. Może nawet bardziej ode mnie...? Ale mam wrażenie, że ostatnio popadłam w, niegroźne póki co, uzależnienie. Dzień bez kawy jest dniem straconym, tudzież przeżytym na pół gwizdka, bo chodzę jak śnięta ryba, nie rejestrując połowy wydarzeń mających miejsce tuż obok mnie. Sięgam wtedy po kubek kawy z mlekiem (no dobrze - mleka z kawą), i od razu wchodzę na wyższe obroty. W pracy taki klasyk mi wystarcza; w domu, gdy mam nieco więcej czasu i chęci, zaczynam kombinować.

Tak powstała kawa malinowo-różana z białą czekoladą - prawdziwa uczta, tylko dla koneserów. Ta kawa smakuje obłędnie! Nie jest zbyt mocna, trochę słodka, lekko kwaskowata, cudownie owocowa, z delikatną kwiatową nutą. Żadna kobieta się jej nie oprze! Jeśli więc chcielibyście zaskoczyć swoją lepszą połówkę kawką o piątej po południu, szczególnie w środę za dwa tygodnie, ta nada się idealnie. Obiecuję!

Kawa malinowo-różana z białą czekoladą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 ml mleka
  • 20 g białej czekolady
  • 100 ml mocnej kawy
  • 30 g malin
  • 1 łyżeczka przecieru z płatków róży
  • 30 ml śmietany kremówki
  • suszone płatki róży

Maliny rozgnieść widelcem, dodać przecier z róży, wymieszać.
Czekoladę posiekać.
Mleko podgrzać, dodać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia.

Na dni szklanki wyłożyć maliny z różą, zalać gorącą kawą i mlekiem. Na wierzch wyłożyć ubitą kremówkę, posypać płatkami róży.

Smacznego!


Tymczasem ja wczoraj skończyłam książkę. A z domu nie zabrałam następnej naiwnie sądząc, że ta mi wystarczy (no w końcu gruba jest jak się patrzy!). No i wystarczyła... Ale tylko do środy. A co z czwartkiem...? Gdybym była w Polsce, po prostu poszłabym do księgarni i coś sobie kupiła, choćby i z przeceny. Ale tutaj? Mam czytać w wolnym czasie po duńsku...?
Idąc za przykładem mojej imienniczki z Zielonego Wzgórza, jestem na dnie rozpaczy.
Czarnej.

wtorek, 30 stycznia 2018

Wiem, że nic nie wiem, czyli siódme urodziny bloga

Im więcej się uczę, tym mnie wiem - a przynajmniej takie mam wrażenie. Ogrom wiedzy, której nigdy nie opanuję, mnie przeraża.
Ale może zacznę od początku...

Swoją przygodę z pieczeniem, a później z blogowaniem, zaczęłam z przypadku. W nowym miejscu, sama jak palec, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą robić. Bo ile można czytać czy oglądać seriale...? Najpierw nieśmiało oglądałam inne blogi, piekłam jakieś plaskate cuda i byłam z nich nieziemsko dumna (mówię to ja - osoba, które w wieku lat dwudziestu potrafiła zrobić sobie herbatę i kanapkę. Szczytem inwencji było przyrządzenie zupy z proszku). Później, z jednym okiem zamkniętym z wrażenia, założyłam bloga i skakałam z radości przy każdym komentarzu. Ach, cóż to były za czasy...
Później (dużo później, jeśli mam być szczera), gdy zobaczyłam postępy, a pieczenie sprawiało mi coraz większą frajdę, zaczęłam szkołę cukierniczą. I wiecie co...? Te dwa lata otworzyły mi oczy i pokazały, jak niewiele wiem. Zauważyłam też, że są rzeczy, których człowiek, choćby nie wiem, jak się starał, w domu się nie nauczy. Dopiero praca w cukierni pokazała mi, co to naprawdę znaczy być cukiernikiem, a nie tylko się w cukiernika bawić. To ciężka praca - fizycznie, bo dwudziestopięciokilogramowe worki z cukrem same się nosić nie chcą, ale też umysłowo, bo, powiedzmy to sobie szczerze, klienci są różni, i nie zawsze jest to łatwa współpraca. Człowiek nieźle się musi nagłowić, żeby co niektórych zadowolić. Ale gdy później przychodzą z uśmiechem i podziękowaniami - bezcenne. Dla takich chwil warto się starać.

Już za cztery miesiące będę zdawać końcowe egzaminy. Strasznie się denerwuję, ale jednocześnie nie mogę się doczekać - bo znów zacznie się coś nowego. Jeszcze nie wiem co i jak, ale już się cieszę, bo z pewnością nudno nie będzie.
Tymczasem blog dryfuje sobie gdzieś obok mnie; nie mam dla niego tyle czasu, co kiedyś. Posty bywają zdecydowanie krótsze i piszę je rzadziej, ale staram się, jak mogę. Tym bardziej, że dziś Pożeraczka kończy siedem lat - warto więc chyba nad nią pracować, skoro mi ciągle chce się pisać, a Wam czytać.

Dziękuję, że nadal tu ze mną jesteście; bez Was już dawno bym się poddała. A jednak, mimo krótszych i dłuższych przerw, ciągle wracam. Bez motywacji, którą dla mnie jesteście, z pewnością by mi się nie udało.

Na te huczne urodziny mam... Tartę. Nie tort; niestety, ale nie miałam czasu na bardziej skomplikowane wypieki. Tarta jednak jest urocza i pyszna, więc w tym roku musi wystarczyć. Jeśli dotrwamy do urodzin dziesiątych, obiecuję tort prawdziwie wystrzałowy; no, ale do tego zostało jeszcze parę chwil.

Kruchy spód bez jajek jest niesamowicie kruchy i nie nasiąka wilgocią, co jest jego dużym plusem. Kisiel malinowo-hibiskusowy jest kwaskowy i wyrazisty, świetnie równoważy go delikatny i słodki krem z białej czekolady. Całość smakuje wybornie, połączenie smaków jest wyjątkowo harmonijne. Dekoracja to urocze mini makaroniki i świeże maliny - prosta, a jednocześnie efektowna.
Na C. zrobiła wrażenie; mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Tarta malinowo-hibiskusowa z kremem z białej czekolady


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
kisiel malinowo-hibiskusowy:
  • 185 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
krem z białej czekolady:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 120 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3-4 mm, wyłożyć nim formę, formując brzeg o wysokości około 3 cm.
Nakłuć ciasto widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 190 st. C. przez 12 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 12-15 minut w 190 st. C.
Ostudzić.

Maliny, hibiskus, cukier i 40 ml wody przełożyć do rondelka, zagotować. Gdy maliny się rozpadną, a cukier rozpuści, przetrzeć przez sitko. Przelać z powrotem do rondelka, dodać mąkę rozpuszczoną w pozostałej wodzie, zagotować.
Gorący kisiel przelać na spód tarty, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, czekoladę drobno posiekać. 100 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Dodać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do czekolady w 3 turach, delikatnie mieszając łyżką.
Wylać krem na kisiel, schłodzić w lodówce.

Przed podaniem udekorować malinami, makaronikami, bezikami i suszonymi kwiatami hibiskusa.

Smacznego!


A co byście powiedzieli na taką tartę z okazji Walentynek...? W końcu czternasty lutego już za chwilkę!

czwartek, 14 grudnia 2017

O pierwszym śniegu i bezie z czerwonymi owocami

Nareszcie! W końcu, tuż po Mikołajkach, w Danii spadł pierwszy śnieg. Wieczorem, siedząc przy kominku, z zachwytem obserwowałam wirujące na wietrze płatki. Z zapamiętaniem, powoli, acz skutecznie, przykrywały wszystko warstwą białego puchu. Stół i krzesła w ogrodzie, a także żywopłot, zostały przystrojone puszystymi czapkami. Szarozielona trawa zniknęła pod grubym dywanem. Niebo przybrało tę charakterystyczną, różowawą barwę. 
Zasypiałam pełna nadziei wierząc, że w tym roku w końcu będziemy mieć białe Święta.

Moja radość nieco przygasła o poranku, gdy stanęłam przed sporą górką śniegu, która jeszcze poprzedniego wieczoru była moim samochodem. Na szczęście pod puchem nie kryła się szelmowsko warstwa lodu; otrzepanie autka poszło mi więc całkiem sprawnie.
Po drodze do pracy obserwowałam gwiezdne wojny - śnieg padający pod kątem prosto na przednią szybę. Jako dziecko i młoda dziewczyna uwielbiałam to zjawisko! Fakt, że teraz to ja siedzę za kierownicą, odbiera mu nieco uroku...

A dzisiaj po śniegu pozostało już tylko wspomnienie. Z nieba niestrudzenie kapie śnieg z deszczem, zalewając chodniki i ulice szarą breją, w której toną krótkie, psie łapki. A mi pozostaje tylko wkładanie naprawdę grubych skarpet i kaloszy; inne obuwie nie ma tutaj bowiem racji bytu.
A jak tam u Was? Ciągle żyjecie nadzieją...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który może być świąteczny, ale możecie też zaserwować go gościom zupełnie niezobowiązująco. Jest to chrupiąca z zewnątrz i mięciutka, lekko ciągnąca w środku beza, pod chmurą bitej śmietany. Udekorowana czerwonymi owocami, jakie akurat uda Wam się znaleźć w sklepie czy zamrażarce. U mnie były to czerwone pomarańcze, porzeczki i maliny, choć bardzo żałuję, że nie sięgnęłam po wiśnie i świeżą żurawinę - ciasto z pewnością by na tym zyskało.
Do tego kandyzowane listki mięty, które pięknie się mienią w świetle choinkowych lampek - i do całkowitego błogostanu potrzeba już tylko mocnej, czarnej kawy...
Jacyś chętni na taki zestaw...?

Przepis znaleziony u Doroty.

Bezowy wieniec z czerwonymi owocami


Składniki:
(na 1 duży wieniec)

beza:
  • 5 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
krem:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka mascarpone
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 czerwona pomarańcza
  • czerwona porzeczka
  • maliny
mięta w cukrze:
  • listki świeżej mięty
  • 1 białko
  • 3-4 łyżki drobnego cukru
Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw cukier, a następnie cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę kukurydzianą, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować na nim okrąg o średnicy 20 cm. Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z odciętą końcówką, wyciskać duże bezy po okręgu, jedna obok drugiej.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i suszyć przez 1,5-2 godziny.
Zostawić do całkowitego wystygnięcia w wyłączonym piekarniku.

Listki mięty maczać w lekko ubitybiałku, a następnie w cukrze. Odłożyć do zastygnięcia.

Przed podaniem ubić kremówkę z mascarpone i cukrem waniliowym. Wyłożyć na bezę. Udekorować pokrojonymi w plastry pomarańczami, porzeczkami, malinami i listkami mięty w cukrze.

Smacznego!

Wiem, że w tym roku słabo u mnie ze świątecznymi przepisami. Wszystko dlatego, że w ogóle nie ma mnie w domu, a co za tym idzie - nie mam kiedy piec.
Nawet nie macie pojęcia, jak mi z tym źle...

wtorek, 19 września 2017

Ostatnie tchnienie lata: tarta z malinami i morelami

Dłuższą chwilę mnie tutaj nie było, prawda...? Ale tym razem mam naprawdę dobre usprawiedliwienie - w podróży poślubnej po prostu nie wypada spędzać czasu przed ekranem komputera, choćby nie wiem jak bardzo miało się ochotę podzielić z Wami wrażeniami. A uwierzcie - tych jestem pełna; pomysłów na posty nie zabraknie mi przynajmniej do końca roku. Mam tylko jeden problem - od czego zacząć...?
Hmm... Myślę, że żeby nie popadać w rutynę - spróbuję od końca.

Do domu wróciliśmy już tydzień temu, ale okazuje się, że człowiek w ostatnich dniach urlopu nie ma czasu na leniuchowanie. Trzeba było wyprać wszystkie ubrania z podróży (a przez dwa tygodnie trochę się tego nazbierało), a także pościele, ręczniki i wszystko to, czego przed wyjazdem wyprać nie zdążyłam. Jak w zegarku więc co dwie godziny i piętnaście minut schodziłam na dół żeby wymienić zawartość pralki. I tak przez trzy dni...
Poza tym siostra C. wraz z małżonkiem postanowili wyprawić wspólne urodziny, a że przez ponad trzy tygodnie nic nie piekłam zawzięłam się, i przygotowałam tort. Taki porządny, z marcepanowymi dekoracjami i kremem maślanym. Pokażę Wam go przy innej okazji. 

A wczoraj wróciłam do pracy.
Oj, ciężko było wstać o wpół do czwartej nad ranem... Szczególnie, że teraz słońce wschodzi dopiero po szóstej, więc nie tylko wstaję, ale całą drogę odbywam w całkowitych ciemnościach. Razem z niemal nieustannym deszczem działa to na mnie, muszę przyznać, dość depresyjnie. Szczególnie po dniach spędzonych w słonecznej i ciepłej Barcelonie. Na szczęście koledzy nie zawiedli i w sposób jednoznaczny wyrazili ukontentowanie z mojego powrotu; były i całusy, i uściski i wyrazy nadziei, że moje małżeństwo będzie trwałe, a co za tym idzie, potrzeba tak długiego urlopu po raz kolejny nie zaistnieje.

Tymczasem powoli na nowo rozgaszczam się w mojej kuchni. Odnajduję lekko zaniedbane ścieżki i właściwie proporcje. Połączenia smaków, do których tak lubię wracać i te zupełnie nowe, które sprawdzą się albo i nie.
Zaskoczył mnie fakt, że w Danii jest już jesień. I to nie ta złota, stonowana, która pozwoli pomału się przestawić. Jest szaro, buro i deszczowo, a gdy rano na termometrze zobaczyłam siedem stopni powyżej zera, odruchowo szczelniej otuliłam się szalem. W sklepach królują śliwki, gruszki i dynie, a pierwszym, co z niemal pietyzmem włożyłam do koszyka, było opakowanie świeżych, soczyście fioletowych fig. I tak, to zdecydowanie są moje smaki, niecierpliwie przecież czekam na pierwsze kasztany, ale... Gdzie lato, gdzie truskawki, maliny, porzeczki...? Gdzie ciepłe wieczory w ogrodzie, ogniska i kiełbaski nad nimi pieczone? Nie zdążyłam się tego roku tym wszystkim nacieszyć; pogoda nie dopisała, owocom zabrakło słodyczy, a ja czuję tak wielki niedosyt, że ciężko mi się z obecnym stanem rzeczy pogodzić. Co robić...?
Upiec ciasto!

Mam dla Was jeszcze letnią tartę, z malinami, morelami i boskim kremem budyniowym, pod którym ukryłam cienką warstwę obłędnej masy orzechowej. A wszystko to zapiekłam na cudownie kruchym cieście. Prosta, pełna słońca tarta, która z pewnością uczyni niejedno deszczowe popołudnie odrobinę bardziej znośnym.

Tarta z kremem budyniowym i owocami


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa orzechowa:
  • 50 g złotego syropu
  • 40 g grubo zmielonych orzechów włoskich
  • 20 g masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczka ekstraktu z wanilii

krem budyniowy:
  • 110 g serka mascarpone
  • 60 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 jajko
  • 30 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 25 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g malin
  • 3 morele

Mąkę przesiać, wymiezać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a nastpęnie rozterzeć palcami na kruszonkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce prze 30-45 minut.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem. Przykryć papierem od pieczenia, obciążyć kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Podpiekać kolejne 10 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować masę orzechową.
Orzechy, syrop, masło,jajko i ekstrakt umieścić w garnuszku. Zagotować, a następnie podgrzewać przez 5 minut, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje. Jeszcze ciepłą masę orzechową równomiernie rozprowadzić na kruchym spodzie.
Odstawić.

Mascarpone, kremówkę, jajko, budyń i cukier roztrzepać tylko do połączenia składników. Wylać na masę orzechową. Na wierzchu ułożyć połówki moreli i maliny.

Piec w 160 st. C. przez 20-25 minut, aż masa się zetnie.
Ostudzić, schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Przez następne tygodnie będę pisać o ślubie i tych wszystkich wspaniałych miejscach, które miałam okazję odwiedzić. 
I choć było wspaniale, to wiecie co...? W domu też jest dobrze...

czwartek, 31 sierpnia 2017

Wakacyjnie. I lody malinowe z ricotty

Nareszcie! Moje wyczekiwane od dwóch lat wakacje są tuż za rogiem. Spakowani, gotowi do drogi, aż przebieramy nogami ze zniecierpliwienia. 
I wiecie co...? Mam Wam tyyyle do napisania. Bo działo się przecież dużo i intensywnie. Ale w tej chwili, chociaż mam urlop i wydaje się, że powinnam mieć czas na wszystko, paradoksalnie brakuje mi go na rzeczy, których już jakiś czas temu nie wpisałam w kalendarz. Plan dnia na najbliższe dwa tygodnie wypełniony jest po brzegi i zgodnie ze złotą zasadą, że wakacje są dla tych, z którymi je spędzam, nie ma tam miejsca na przesiadywanie przed komputerem. Na to będzie mnóstwo czasu po powrocie, gdy liście zżółkną i opadną, a mgły zasnują świat. Póki co ruszam ku przygodzie, a do bloga wrócę z nowymi wrażeniami i smakami, którymi będę się z Wami dzielić.

Tymczasem zostawiam Was z absolutnie bajecznymi lodami, na które przepis znalazłam u Komarki. Gdy jednak zerknęłam na stronę Half baked harvest i zobaczyłam oryginalny przepis wiedziałam, że te miodowe ciasteczka są strzałem w dziesiątkę. Zmiksowałam więc oba pomysły, dodałam i ciasteczka, i sos malinowy, i wyszły mi lody, którymi zajadali się wszyscy. Są kremowe, sernikowe, owocowe i orzeźwiające. Po prostu idealne - teraz już na pożegnanie lata...

Lody malinowe z ricotty z miodowymi ciasteczkami


Składniki:
(na 1,5 l lodów)
  • 400 g ricotty
  • 250 g płynnego miodu
  • 1/8 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • skórka otarta z 1/2 cytryny
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g malin
  • 60 g ciastek miodowych

coulis:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki cukru

Najpierw przygotować coulis:
Maliny i cukier umieścić w garnuszku, podgrzewać, aż owoce zaczną się rozpadać, a cukier całkowicie rozpuścić.
Ostudzić, przetrzeć przez sitko, schłodzić w lodówce.

Ricottę, miód, sól, ekstrakt z wanilii i skórkę z cytryny utrzeć na gładki krem. Kremówkę ubić na pół sztywno, delikatnie wmieszać do masy. Dodać maliny, 2 łyżki coulis i pokruszone ciastka, połączyć.

Lody przelać do pudełek, zamrozić.

Podawać z pozostałym coulis, zimnym lub podgrzanym.

Smacznego!


Lody przygotowałam bez maszynki, a mimo to są kremowe i bez kryształków lodu. 
Idealne...? 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Przed-poślubnie. I tort kawowo-malinowy z różaną nutą

Pogoda, póki co, zachwycająca.
Suknia pasuje, choć jej wkładanie to droga przez mękę.
Próba w kościele wypadła pomyślnie i chyba wiem, kiedy mam powiedzieć tak (dwa razy).
Lista gości wydaje się być kompletna, choć nie wykluczam w tej kwestii niespodzianek.
Kwiaty zostały dostarczone, a mój bukiet będzie na mnie czekał jutro o dziesiątej rano.
Tak idealnie pomalowanych paznokci nie miałam od lat - i nie jest to metafora.
Babcia będzie na miejscu za niecały kwadrans, a C. wybył w niewiadomym kierunku i nie wiemy, kiedy właściwie wróci. A przecież tylko on wie, jak się obsługuje monstrualnego grilla w ogrodzie.

Wszystko będzie dobrze, prawda...?

Tyle zdążyłam napisać przez ostatni tydzień. Choć bardzo się starałam, zostałam pochłonięta przez wir przygotowań - okazuje się, że przed ślubem, choć ma się wrażenie, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, ciągle jest coś do zrobienia! Ale wiecie co? Udało się! Impreza była jak się patrzy, choć momentami goście popatrywali na siebie z pewną dozą nieufności i niezrozumienia. W sobotę naprawdę żałowałam, że nie przyjął się esperanto; taki uniwersalny język rozwiązałby połowę moich problemów.

Dziś mam dla Was przepis na ciasto, które zabrałam ze sobą do pracy przed urlopem. Wywołało skrajne emocje - albo się je kocha, albo nienawidzi. Wszystko zależy od Waszego stosunku do kawy; jeżeli nie pijacie, ciasto nie pobudzi u Was apetytu, ale jeśli lubicie - przepadniecie. Miękki, wilgotny biszkopt migdałowy z Moich wypieków delikatnie nasączony amaretto, do tego mus malinowy na żółtkach i kawowy, również z dodatkiem jajek. Dzięki temu mają głębszy smak i nieco cięższą konsystencję niż te przygotowane tylko na śmietanie. Polewa lustrzana wywołała uwielbienie u kilku kolegów - podobno smakuje jak trufla. Jest mocno czekoladowa i pyszna, jej słodycz idealnie komponuje się z wyrazistym wnętrzem.
Spróbujcie koniecznie, jestem pewna, że Wam posmakuje.

Tort kawowo-malinowy z różaną nutą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt migdałowy:
  • 2 jajka
  • 1 łyżka letniej wody 
  • 110 g cukru
  • 85 g mąki pszennej
  • 70 g mielonych migdałów
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

mus malinowo-różany:
  • 225 g malin
  • 2 żółtka
  • 110 g cukru
  • 20 ml wody
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka przecieru z płatków róży
  • 3 listki żelatyny
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

mus kawowy:
  • 95 ml mocnej kawy
  • 120 g cukru
  • 3 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 90 g miękkiego masła
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 115 g śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczlanej (proszek)
  • 55 g ciemnej czekolady (60%)
  • 55 g mlecznej czekolady
  • 2 listki żelatyny

nasączenie:
  • 2 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • liofilizowane maliny
  • czarny i złoty proszek
  • czekoladowe ozdoby

Jajka, wodę i cukier umieścić w dużej misce. Ubijać na wysokich obrotach, aż masa będzie jasna i bardzo gęsta. Wlać ekstrakt, zmiksować.
Mąkę i proszek przesiać, wymieszać z migdałami. Wsypać do ubitej masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką, tylko do połączenia składników.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mus malinowo-różany:
Maliny podgrzać. Gdy zaczną się rozpadać, zdjąć garnuszek z palnika, zmiksować owoce blenderem na gładką masę, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać z przecierem różanym, odstawić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Z cukru i wody zagotować syrop. W tym czasie ubić żółtka. 
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, powoli wlać syrop do żółtek, cały czas miksując. Przelać całość do garnka, podgrzewać, aż masa nieco zgęstnieje. Przelać przez sitko, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Miksować przez około pięć minut, aż masa ostygnie. Dodać mus malinowy, połączyć.
Kremówkę ubić, dodać do masy jajecznej, delikatnie mieszając.
Spód polać amaretto, wylać mus, zamrozić.

Mus kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus malinowy wyjąć z formy, ułożyć na środku większej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Zalać musem kawowym tak, żeby z boków formy nie było dziur z powietrzem.
Zamrozić.

Polewa lustrzana:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie
Cukier, glukozę, kremówkę i kawę zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, ostudzić do temperatury 35-40 st. C.

Zmrożone ciasto wyjąć z formy, ustawić na kratce, pod nią podłożyć folię spożywczą lub papier do pieczenia. Oblać ciasto polewą, odczekać kilka minut, ostrożnie przełożyć na paterę.

Udekorować liofilizowanymi malinami, złotym i czarnym proszkiem oraz ozdobami czekoladowymi.

Smacznego!


Dekoracja jest prosta, ale zrobiło się późno i nie chciało mi się kombinować. Przygotowałam więc zawijaska z ciemnej kuwertury, posypałam całość kolorowymi proszkami i liofilizowanym malinami. Dopiero później przyszło mi do głowy, że mogłam też użyć suszonych płatków róż... 
Cóż - następnym razem.

I jeszcze jeden drobiazg -jeśli planujecie wycieczki z tym ciastem, dodajcie do musów odrobinę więcej żelatyny, nie trzymają się bowiem za dobrze w cieple. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wieczór panieński po duńsku i cobbler. Rabarbarowo-miodowy

Wczoraj zostałam wzięta z zaskoczenia. I to tak, że szczęka opadła mi do samych kolan. 

Dzień zaczął się niezbyt szczęśliwie; zaspałam. I to o półtorej godziny! W panice umyłam zęby, zarzuciłam na siebie pierwsze ubranie, które nawinęło mi się pod rękę i bez choćby łyka gorącej herbaty ruszyłam w noc. Brak śniadania, makijażu i rozbudowanej porannej toalety zaowocował piętnastominutowym spóźnieniem. A moi potworni koledzy, zamiast mi choć odrobinę współczuć wyrazili nieskrywaną radość z powodu ciasta na środę (zasady są proste: ten, kto się spóźni, zaczyna lub kończy ferie albo ma urodziny - stawia). 
Rozdygotana, na szczęście zdążyłam ze wszystkim na czas i chwilę przed jedenastą już myślałam o powrocie do domu i wygodnej kanapie, której wołanie słyszałam nawet z odległości tych stu kilometrów. Jeszcze tylko musiałam wyciągnąć marchewkę z zamrażarki, gdy nagle szefowa wydarła się na całą piekarnię: Gdzie ona jest? No tu jestem, już idę przecież... Zaciągnęła mnie do biura tłumacząc, że przyszło zamówienie na jakieś dziwne ciasto, i muszę na nie popatrzeć i powiedzieć, czy dam radę. Stoję więc przed monitorem, a ona oczywiście nie może znaleźć zdjęć. Poczekaj, zaraz przyjdę. No to czekam. Za chwilę wpada jak burza, ciągnie ma za rękaw i jak najęta tłumaczy, że muszę zajrzeć w listę zamówień. Zupełnie nie rozumiem tego nadzwyczajnego poruszenia z powodu jakiegoś ciasta, wchodzę do piekarni nieco zdezorientowana, a tam moje szalone koleżanki stoją z wielkim, błyszczącym od brokatu transparentem Wieczór panieński Anny. Jesteś gotowa?

Nie byłam. Ale tym akurat nikt się nie przejął.

Przebrały mnie w różowe, falbaniaste i sterczące na wszystkie strony tutu, białe pończochy, koszulkę z muffinem i napisem ratunku, wychodzę za mąż, różowy welon i królicze uszy. Natapirowały włosy, nałożyły taką ilość niebieskich cieni, która nawet rybkę Wandę przyprawiłaby o zawrót głowy, a usta wysmarowały niezmywalną, ogniście czerwoną pomadką. Ach, jaka byłam piękna!
Tak wystrojoną wsadziły do auta, nie pozwoliwszy zabrać telefonu, dokumentów czy butelki z wodą, i zabrały w pola. Tam wsadziły na konia (kucyka właściwie) i kazały jeździć. To jeździłam, choć muszę przyznać, że czułam się w tej roli bardzo niepewnie. Gdy już pozwoliły mi zsiąść, znów zapakowały do samochodu i zabrały na lunch. Po drodze do restauracji wyręczyły torebkę pełną cukierków i kazały je sprzedawać - za pięć koron albo całusa. Powiem tak - sprzedałam trzynaście, a bogatsza się nie zrobiłam. Brawo ja.

(Rada na przyszłość - jeśli nagle ogarnie Was nieodparta potrzeba bycia obcałowywaną przez obcych mężczyzn, idźcie do sklepów sportowych. Tam panowie zawsze są na tak.)

Po lunchu i jednym truskawkowym daiquiri pojechałyśmy dalej. Tym razem wylądowałam w poczekalni, gdzie po chwili wyszedł do mnie pan w lekarskim fartuchu i zaproponował tarmudskylning, na co ochoczo się zgodziłam, wprowadzając go w lekkie osłupienie. Gdy wyszedł, wytłumaczono mi bardzo poważnym tonem, co to znaczy: płukanie jelit... Ochota przeszła mi od razu. Gdy wrócił, zaczął tłumaczyć mi procedurę, a ja bladłam coraz bardziej... Widząc moją nieszczęśliwą minę zaproponował, że w takim razie zrobimy tatuaż. Tutaj uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam, że mam jeden wymarzony, tylko nie mam przy sobie telefonu, ale bez problemu znajdę obrazek w internecie (tak; w końcu zorientowałam się, że robią mnie w konia). Pan westchnął, zdjął fartuch i zaprosił mnie do gabinetu, który okazał się być studiem nagraniowym. Wydzierałyśmy się więc przez następną godzinę, a pan obiecał zrobić z tego coś nadającego się do słuchania. 
Lękam się. Niewypowiedzianie.
Bo i owszem, śpiewam ochoczo, ale tylko wtedy, gdy mam pewność, że nikt mnie nie usłyszy...

Gdy wróciłam do domu i C. zobaczył moje najróżowsze z różowych tutu i królicze uszy, tylko przytulił i pogłaskał po plecach, tłumiąc śmiech. 
A ja pięknie mówię tak (stali Czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że po duńsku to znaczy dziękuję) za ogromną niespodziankę i fantastyczny dzień. Działo się, oj działo... Jestem pewna, że nigdy tego nie zapomnę.

Tymczasem mam dla Was przepis na bardzo prosty i zaskakująco pyszny deser.
Wszystko zaczęło się od Komarki i jej lodów z malinami. Ogromnie mi się spodobały; a że akurat nabyłam drogą kupna sporą ilość malin, nie mogłam sobie odmówić. Zajrzałam jednak na stronę Half baked harvest, z której przepis pochodzi, a tam w składzie były miodowe ciasteczka... I też mi się ich zachciało. Tymczasem przepis na ciasteczka okazał się być bardziej kompleksowy; tak naprawdę był to bowiem cobbler. I tak wspaniale na zdjęciach wyglądał... A że robi się go szybko i prosto, czym prędzej zabrałam się do pracy. Z przepisu Tieghan wychodzi dwa razy więcej ciasteczek, niż potrzeba. W poniższym przepisie odpowiednio dopasowałam proporcje, ale i tak uważam, że powinniście przygotować więcej ciasteczek. Wtedy będziecie mogli zrobić też lody...

Zamiast truskawek użyłam malin, zmniejszyłam też nieco ilość cukru. Cobbler smakuje genialnie podany na ciepło z lodami waniliowymi. Takie proste, a tak zaskakująco pyszne. 
Po prostu nie można się oprzeć.

Cobbler malinowo-rabarbarowy z miodowymi ciastkami


Składniki:
(na formę o średnicy 25 cm)
  • 375 g malin
  • 175 g rabarbaru
  • 100 g cukru kokosowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
miodowe ciastka:
  • 165 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 60 g zimnego masła
  • 65 g jogurtu naturalnego
  • 45 g miodu
dodatkowo:
  • 30 g masła
  • 1 łyżka cukru perłowego
Rabarbar pokroić na kawałki o grubości 1 cm. Wymieszać z malinami, cukrem, skórką z cytryny, ekstraktem z wanilii i solą. Przełożyć do formy, odstawić.

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. Dodać masło pokrojone na kawałki, rozetrzeć palcami. 
Jogurt wymieszać z miodem, dodać do ciasta. Szybko zagnieść.

Ciasto rozwałkować na grubość 1 cm. Wykrawać szklanką koła, układać na owocach.

Pozostałe masło rozpuścić, polać nim wierzch ciastek. Posypać cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 35-40 minut.

Podawać na ciepło z lodami.

Smacznego!


A na koniec mały bonus, ale ostrzegam - zerkacie na własną odpowiedzialność.
Ja w tutu i króliczych uszach, o tutaj.

Tymczasem idę piec ciasto.
Kto to słyszał, żeby trzeba było zabierać ze sobą ciasta do cukierni...?

niedziela, 6 sierpnia 2017

Kwintesencja malinowości. I przdślubny stres

Czy wiecie, że za trzy (trzy!; jeden, dwa, trzy!) tygodnie będę mężatką...? Muszę przyznać, że fakt ten staje się coraz bardziej realny i... Przerażający. Czuję głęboki wewnętrzny przymus do stania się dorosłą. I tak; mam całkiem nieźle płatną pracę, którą lubię, milionowy kredyt w banku i dom, który za trzydzieści ileś tam lat będzie mój. Ale dopiero perspektywa wyjścia za mąż sprawiła, że poczułam się jak prawdziwy dorosły. Nieco nieufnie spoglądam na pudełko z obrączkami i zastanawiam się, czy moje życie nagle zmieni się tak, jak alarmują romansidła i kobiecie poradniki. Gdy tylko skończy się miesiąc miodowy, stanę się kurą domową, która będzie tylko sprzątać, gotować i prać brudne skarpetki...? 

No cóż, chyba dopada mnie przedślubny stres. Proszę, pocieszcie mnie, że nie ja jedna tak mam...

Tymczasem mam dla Was wyjątkowo udane ciasto z malinami. Bardzo chciałam wykorzystać syrop, który przygotowałam w bzowym sezonie, a poza tym marzyło mi się ciasto udekorowane półkulami z musu. Widziałam je już chyba wszędzie; czyżby nowa moda...?

Pierwszy raz przygotowałam sernik bez spodu; nie brakowało mi go smakowo, ale przekładanie delikatnego ciasta na paterę może być sporym wyzwaniem. Jeśli nie chcecie ryzykować przełamania ciasta na pół, doradzam kruchy lub ciasteczkowy spód. Sernik będzie stabilniejszy.
Masa serowa jest ciężka i kremowa, z wyraźnym smakiem polskiego twarogu. Dzięki dodatkowi soczystych, kwaskowych malin zyskuje charakteru. Mus jest bardzo prosty i szybki do wykonania, słodki i oryginalny w smaku. Nuta kwiatów czarnego bzu jest dobrze wyczuwalna, ale nie dominuje. Urozmaica. Wprawia w zaskoczenie.
Dekoracja jest prosta, a jednocześnie całkiem efektowna. Muszę przyznać, że jestem z tego ciasta wyjątkowo zadowolona. Choć muszę pamiętać, żeby w końcu kupić sztywną folię do wykładania brzegów tortownicy - ciasta z musami zdecydowanie zyskają na aparycji.

Malinowe pyszności znajdziecie dzisiaj również u Ani i Eweliny.

Sernik z malinami i musem malinowo-bzowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

masa serowa:
  • 600 g twarogu zmielonego 3-krotnie
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 5 jajek
  • 125 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 225 g malin
mus malinowo-bzowy:
dodatkowo:
  • kilka świeżych malin
  • liofilizowane maliny
  • kilka bezików
  • kwiaty czarnego bzu
Twaróg, mascarpone, kremówkę, żółtka, cukier, wanilię i mąkę zmiksować tylko do połączenia składników. Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na koniec dodać maliny, delikatnie wymieszać.

Masę przelać do formy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia, a boki posmarowane masłem.
Razem z formą do piekarnika wstawić naczynie z wrzątkiem.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

Ostudzone ciasto wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Syrop lekko podgrzać - powinien być letni.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Żelatynę odcisnąć, włożyć do małego garnuszka i rozpuścić uważając, żeby za mocno jej nie podgrzać. Dodać do letniego syropu, wymieszać. Wlać syrop do śmietany, delikatnie połączyć.

Nieco musu przełożyć do foremek w kształcie półkul, zamrozić. Pozostały mus wyłożyć na sernik, wyrównać powierzchnię i wstawić do lodówki.

Całkowicie zamrożone półkule wyjąć z formy. Udekorować ciasto zamrożonym musem, świeżymi i liofilizowanymi malinami, bezami i kwiatami.

Smacznego!


Tymczasem wolny weekend dobiegł końca. Za szybko, oj, za szybko.
Na szczęście przede mną kolejny - już za tydzień.
Chyba muszę zagrać w lotka, wyjątkowa ze mnie szczęściara.

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

środa, 26 lipca 2017

Cukrowy szczyt i spóźniony syrop z bzu i malin

Parę tygodni temu w duńskiej telewizji premierę miał program, który przyprawił o szybsze bicie serca nie tylko cukierniczych amatorów, ale też profesjonalistów. Mowa o Sukkertoppen, czyli Cukrowym szczycie. Dwie pary cukierników co tydzień dostają dwa zadania; wygrani przechodzą dalej. Pierwsze z nich to dwa razy po trzydzieści jednoosobowych ciastek; wygląd i składniki są dowolne, zawsze jednak jest jakiś składnik główny, na przykład rabarbar czy truskawki. Drugie zadanie to ciasto dla trzydziestu osób, gdzie narzucony jest temat i jeden z elementów ciasta (w jednym z programów były to las i ciasto francuskie). Na przygotowanie wszystkiego uczestnicy mają określony czas, jednak do studia przychodzą już przygotowani; listę zadań dostają bowiem z wyprzedzeniem.

Spodziewałam się czegoś absolutnie fantastycznego. I choć niektóre z przysmaków zrobiły na mnie wrażenie, to inne wywołały lekkie zdumienie. Tak proste i oczywiste na taki konkurs...? Mogliby się, moim zdaniem, nieco bardziej postarać.
Zresztą, to nie tylko moje zdanie. Jurorzy, którymi są Nikolaos Strangas (Grek, który pracował w wielu restauracjach z gwiazdkami Michelin, przygotowywał desery dla słynnego D'Angleterre, a obecnie ma swoją cukiernię w Kopenhadze) oraz Ronnie Holmen (nowy szef cukierniczy w Odense Marcipan), również wyrażają swoje rozczarowanie prostotą wykonanych ciast.
Z drugiej strony program oglądam razem z C., który nie może się nadziwić, jak oni to wszystko robią... Domyślam się więc, że na widzach, którzy z branżą cukierniczą nie mają wiele wspólnego, show zdecydowanie robi wrażenie.

Póki co z niecierpliwością czekam na wielki finał - uczestnicy będą przygotowywać torty ślubne.
Poza tym zabawnie jest patrzeć na Ronniego, z którym nie tak dawno rozmawiałam o moim torcie ślubnym...

Dzisiaj mam dla Was przepis, na którego przygotowanie będziecie musieli poczekać do przyszłego roku. Wszystko dlatego, że czarny bez dawno już przekwitł, a ja jakoś nie miałam czasu przygotować wpisu. Syrop jednak wyszedł tak pyszny, że jestem pewna, iż jego idea nie wywietrzeje Wam z głów nawet do przyszłego lata.

Przepis podpatrzyłam w Hjemmets bedste mad, nr 6/2016; zmieniłam tylko truskawki na maliny, a gotowy syrop, zamiast mrozić, zagotowałam i zamknęłam w butelkach.
Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Kolor ma fenomenalny, pachnie obłędnie, a smakuje tak, że mogłabym tylko to pić przez całe lato (co zresztą razem z C. uskuteczniamy; zostały mi raptem dwa słoiczki). Koniecznie sobie ten przepis zapiszcie; przyda się w kolejnym bzowym sezonie.

Syrop malinowo-bzowy


Składniki:
(na 2 l syropu)
  • 450 g malin
  • 15 kwiatostanów czarnego bzu
  • 1 cytryna
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru

Maliny umyć, osuszyć i rozgnieść widelcem. Przełożyć do miski.
Na owocach ułożyć kwiaty bzu pozbawione grubszych łodyżek. Cytrynę wyszorować, pokroić w cieknie plastry, ułożyć na wierzchu.
Z cukru i wody zagotować syrop. Gorącym zalać owoce z kwiatami. Odstawić na 3 doby w chłodne miejsce (może być lodówka), codziennie mieszając.

Syrop przecedzić przez sitko wyłożone czystą, kuchenną ściereczką. Przelać do garnka, zagotować. Gorący przelewać do wyparzonych słoiczków lub butelek, mocno zakręcać. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 6 lipca 2017

Owocowy deser wprost ze Skandynawii

Mamy lipiec. Ale aura najwidoczniej jest w tym roku na bakier z kalendarzem; ewentualnie ma na głowie mnóstwo innych spraw i zapomniała wyrwać kilka kartek, lub też wyrwała całą garść w przypływie złości na... Sama nie wiem, na co zła może być aura. Niemniej, pogoda bardziej przypomina bardzo wczesną, deszczową wiosnę lub też raczej późną, wyjątkowo deszczową jesień. Jest też zimny wiatr chłoszczący rabarbar i miętę w ogródku, a słońce, które z rzadka wyjrzy zza granatowo-szarych chmur nie daje tyle ciepła, ile powinno. 
Jak to podsumowała koleżanka z pracy: Na całe szczęście nie mamy urlopów i możemy pracować. 
Bright side of life, że tak bezwstydnie zacytuję Monthy Pythona. 

Tymczasem stragany uginają się od wyjątkowo w tym roku drogich letnich owoców. Nie straszne mi jednak ceny; po dziwnej, szaro-błotnistej zimie nie mogę oprzeć się soczystym kolor. Znoszę więc do domu czereśnie, nektarynki i truskawki, z ogrodu przynoszę rabarbar i tworzę, na przekór aurze, letnie ciasta i desery. Jest pysznie!

Tym razem mam dla Was przepis z Bage og sylte, nr 1/2016. Nie mogłam oprzeć się tym pysznie zapowiadającym się warstwom. Jest więc idealnie gładki i soczyście czerwony mus truskawkowo-malinowy, jest kwaskowy, wyrazisty kompot rabarbarowy, a do tego wszystkiego kremowy serek z mascarpone i skyra. Ten ostatni to typowo skandynawski produkt, coś pomiędzy jogurtem a serkiem homogenizowanym. W zastępstwie możecie użyć jednego albo drugiego, albo mieszanki tych dwóch.
Całość smakuje wybornie, warstwy świetnie do siebie pasują i idealnie się uzupełniają. Następnym razem dodałabym tylko jeszcze coś chrupiącego - może warstwę ciasteczek amaretti...?

Deser ze skyrem, czerwonymi owocami i rabarbarem


Składniki:
(na 6-8 porcji)

mus rabarbarowy:

  • 425 g oczyszczonego rabarbaru
  • 1 jabłko
  • 75 g cukru
  • 50 ml wody
mus z czerwonych owoców:

  • 125 g truskawek
  • 100 g malin
  • 75 g cukru
  • 75 ml wody
krem:

  • 500 g skyra (gęstego jogurtu lub serka homogenizowanego)
  • 250 g serka mascarpone
  • 20 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
dodatkowo:

  • 100 g malin
  • 125 g truskawek
  • listki mięty
Rabarbar pokroić na kawałki, jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w kostkę. Umieścić owoce w garnku, zasypać cukrem i zalać wodą. Gotować na średnim ogniu pod przykryciem, aż owoce się rozpadną.
Ostudzić.

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Umieścić w garnuszki z malinami, cukrem i wodą. Gotować kilka minut, aż owoce zrobią się zupełnie miękkie. Zmiksować na gładki mus, przetrzeć przez sitko.
Ostudzić.

Skyr zmiksować z mascarpone, cukrem pudrem i ekstraktem na gładki krem.

W szklankach równomiernie rozłożyć rabarbar, następnie krem waniliowy, a wierzch polać czerwonym puree. Udekorować kawałkami truskawek, malinami i listkami mięty. Podawać dobrze schłodzone.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani: