Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynia. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 listopada 2017

Instrukcja pieczenia sernika. I sernik dyniowo-cytrynowy

Dynia - niekwestionowana królowa jesieni. Jej pomarańczowe krągłości kuszą niesamowicie nie tylko kuchennych eksperymentatorów, ale też dzieciaki; czy jest bowiem coś lepszego, niż wykrawanie upiornych masek na Halloween?
No właśnie.

Muszę przyznać, że dynie olbrzymie kupuję tylko z przeznaczeniem na lampiony. Ich miąższ jest dość wodnisty, skóra twarda, a krojenie przyprawia mnie o ból głowy. Zdecydowanie wolę kupić dwie mniejsze Hokkaido, których wnętrze kusi intensywną barwą. No i nie trzeba ich nawet obierać - delikatna skórka jest bowiem jadalna. 

Dynie kroję na mniejsze kawałki, usuwam pestki wraz z nitkami ze środka. Kawałki oczyszczonego warzywa układam na blasze i piekę w średnio rozgrzanym piekarniku do miękkości. Następnie łyżką oddzielam miąższ od skórki, przekładam go do dużej miski i miksuję blenderem na gładki mus. Tak przygotowany dzielę na mniejsze porcje i zamrażam, część jednak odkładając do natychmiastowego wykorzystania. Tym razem padło na sernik; w lodówce miałam bowiem ricottę, której termin przydatności do spożycia nieuchronnie zbliżał się ku końcowi. 

Pieczenie serników to bułka z masłem; moim zdaniem to jedne z najłatwiejszych ciast, które bardzo trudno zepsuć (nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że to wielka sztuka; starają się Was przestraszyć i odwieść od odkrycia tajemnicy). Wystarczy zmiksować ze sobą kilka składników (nie za długo, żeby zbytnio nie napowietrzyć masy), a potem upiec w stosunkowo niskiej temperaturze. Cała reszta to już wariacje na temat. 
Tym razem nie mogłam się zdecydować, jakim smakiem wzbogacić mój sernik. I ricotta, i dynia są bowiem dość delikatne, żeby nie powiedzieć - mdłe. Potrzebowały silnego akcentu, nadającego całości charakteru. W przypadku dyni najczęściej pada na przyprawy korzenne lub pomarańcze, albo jedno i drugie. Nieraz próbowałam tego połączenia - jest wyśmienite - ale tym razem chciałam czegoś innego. Tylko czego...?

Zajrzałam do lodówki, a tam czekały na mnie dwie cytryny. Ha! Skoro połączenie z pomarańczami sprawdza się tak dobrze, dlaczego nie spróbować innych cytrusów...?
Na spód, zamiast klasycznych ciastek zbożowych, dałam pieprzne pierniczki (żeby tradycji stało się za dość), a wierzch uzupełniłam lekkim jak chmurka musem cytrynowym. W połączeniu z kremowym, mazistym sernikiem smakował bosko! Całość wyszła zaskakująco lekka i orzeźwiająca, a smak cytryny świetnie spaja wszystkie warstwy.

Do wykonania tego sernika trzeba mieć jednak naprawdę wysoką formę, lub - tak jak ja - już po upieczeniu, podwyższyć standardową specjalną folią. Albo po prostu użyć tortownicy o średnicy dwudziestu sześciu centymetrów, i mieć problem z głowy.

Sernik dyniowo-cytrynowy z cytrynowym musem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
masa serowa:
  • 500 g sera ricotta
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 230 g musu z dyni
  • 4 jajka
  • 125 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 20 g budyniu waniliowego (proszek)
mus cytrynowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • sok z 1 cytryny
  • 115 g cukru pudru
  • 3 listki żelatyny
  • 2 białka
Masło rozpuścić, ciasteczka dokładnie pokruszyć, wymieszać. Ugnieść na dnie formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut, przestudzić.

Ricottę, kremówkę, mus dyniowy, jajka, cukier, sok i skórkę z cytryny, imbir i budyń zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na przestudzony spód, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 130 st. C. i piec jeszcze 60-70 minut, aż wierzch sernika się zetnie.

Zostawić do ostygnięcia w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić z cukrem pudrem na pół sztywno.
Sok z cytryny przelać do garnuszka, dodać odciśniętą żelatynę i podgrzewać aż do jej rozpuszczenia, cały czas mieszając. Wlać sok do ubitej śmietany, dokładnie wymieszać.
Białka ubić, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce minimum 2 godziny przed podaniem.

Smacznego!


Przepis specjalnie dla Endżi, poszukującej nowych dyniowych rozwiązań.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Listopadowe zadziwienie i ciasto dyniowe z mandarynkowym syropem

C. obudził mnie chwilę przed ósmą. Zbuntowałam się jednak; w końcu to mój wolny poniedziałek, ostatni w tym roku! Budzik nastawiłam na ósmą, nie ma więc absolutnie najmniejszego usprawiedliwienia dla wyciągania mnie z łóżka wcześniej, niż to sobie zaplanowałam.
Gdy wróciłam z łazienki, okazało się, że Ptysia zdążyła się już wygodnie ułożyć na mojej poduszce. Nie bacząc na protesty, wygospodarowałam dla siebie kawałek, po czym zawinęłam się w kołdrę na wzór naleśnika. Tu do akcji wkroczyła Pączusia; położyła się w miejscu, gdzie plecy me tracą swą szlachetną nazwę, uprzednio odpowiednio uklepawszy podłoże.
W takim oto położeniu spędziłam kolejne dwadzieścia minut, planując następne godziny tego jakże obiecującego dnia.

Za mną śniadanie, pierwsza gorąca herbatka i poranny spacer z potworami; ten ostatni wprowadził mnie w stan lekkiego zdumienia i niedowierzania. Bo czy mogłam się spodziewać, że trawnik za płotem, a także sam płot, będzie okryty migoczącymi w słońcu kryształkami szronu...? Owszem, autko ostrzegało mnie już kilka razy przed możliwością lodu na drodze, ale nadal pokazywało minimum trzy stopnie powyżej zera. Czyżby sytuacja ta miała niedługo ulec zmianie...? 
Spojrzenie w kalendarz potwierdza moje obawy; mamy listopad. Mgliście pamiętam, że rok temu o tej porze nosiłam już czerwony, zimowy płaszcz. Cóż, jeszcze kilka dni wytrzymam bez niego; w końcu muszę się choć odrobinę z tą myślą oswoić...

Dzisiaj mam dla Was obłędnie pyszne ciasto, które rozjaśni nawet najciemniejsze listopadowe popołudnie. Przepis znalazłam w magazynie Bage og sylte, nr 1/2017, i od razu się w nim zakochałam. Dyniowe, wilgotne, a w dodatku z mandarynkami zamiast tak popularnych w tego typu wypiekach pomarańczy. Nie mogłam się oprzeć, szczególnie, że i dyniowe puree, i mandarynki, czekały na wykorzystanie.
Ciasto smakuje obłędnie na ciepło, podane z lodami, choć wydaje się wtedy nieco zakalcowate. Gdy pozwolicie mu całkowicie wystygnąć, nadal będzie niesamowicie wilgotne, ale wrażenie zakalca znika. Dzięki polaniu mandarynkowym syropem długo zachowuje świeżość i nawet po czterech - pięciu dniach smakuje wybornie. Chrupiące orzechy i pestki dyni tylko dodają mu uroku, a przewijające się w tle korzenne i miodowe nuty sprawiają, że rozgrzewa nie tylko ciało, ale i duszę.
Sami powiedzcie - czy temu można się oprzeć...?

Korzenne ciasto dyniowe z syropem mandarynkowym


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 30x11 cm)

  • 250 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 100 g jasnego cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 20 g miodu
  • 100 g masła
  • 100 ml soku z mandarynek
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka zielonych nasion anyżu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:

  • 15 g pestek dyni
syrop: 

  • 20 g miodu
  • 100 ml soku z mandarynek
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ubić jajka z cukrem trzicnowym i muscvado na puszystą, jasną masę. Dodać ekstrakt z wanilii i miód, połączyć. Dodać przestudzone masło, zmiksować. Wlać sok z mandarynek, cynamon, kardamon i zmielone w młynku do kawy ziarna anyżu, połaczyć. Mąkę przesiać z proszkiem, dodać do ciasta. Na końcu dodać puree z dyni i posiekane orzechy, zmiksować. 
Masę przelać do formy wyłożónej papierem do pieczenia.
Wierzch posypać pestkami dyni.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut, do suchego patyczka.

W małym garnuszku zagotować sok z mandarynek z miodem, gotować przez 5 minut.

Gorące ciasto nakłuć wykałaczką, polać gorącym syropem. 
Przestudzić. Podawać letnie.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

piątek, 27 października 2017

Jesienna tarta dyniowa. Nie tylko na Halloween

Już za kilka dni Halloween; jedno z moich ulubionych amerykańskich świąt. Cóż, tak naprawdę jedyne, z którym mam coś wspólnego. Przeciwnicy mogą sobie narzekać, ile chcą; ja i tak je uwielbiam! Co roku razem z C. zasiadamy przez telewizorem - Miasteczko Halloween Burtona to w ten dzień pozycja obowiązkowa. W tym roku rozważam rozszerzenie repertuaru - Gnijąca panna młoda, albo może stary, dobry Sok z żuka...? 
Do tego wycinanie lampionów z dyni - świetna zabawa, w dodatku pożyteczna, bo wnętrze można przecież dobrze wykorzystać. A dekoracja jest, jak się patrzy.

Oczywiście, trzeba sobie ten i tak już niesamowicie przyjemny czas umilić czymś słodkim. Jakoś w tym roku nie szaleję z dynią (a za chwilę trzeba się będzie przecież zabrać za pierniczki!), ale dwie sztuki przerobiłam na puree, które sukcesywnie wykorzystuję. Całkiem sporą ilość wrzuciłam ostatnio do cudownie jesiennej tarty; która, przy odrobinie wyobraźni, na Halloween też się nada.

Przepis znalazłam w najnowszym numerze Bage og sylte, nr 5/2017 i od razu wiedziałam, że będę musiała go wypróbować. Połączenie kruchego, lekko migdałowego ciasta z dyniowo-cynamonowym nadzieniem wróżyło lepiej niż dobrze. I nie zawiodłam się! Spód jest świetny, nie rozpada się i rewelacyjnie zachowuje kruchość, nadzienie jest kremowe, lekko karmelowe, cynamonowe i... Dyniowe. Czyli wszystko to, czego oczekiwałam. 

Skuście się, nawet jeśli idea Halloween jest Wam obca. Zawsze znajdzie się jakaś inna okazja, żeby upiec pyszną tartę dyniową. Ot, choćby październik sam w sobie...

Tarta dyniowa


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 30 cm)

ciasto kruche:
  • 150 g zimnego masła
  • 90 g cukru
  • 1 jajko
  • 170 g mąki pszennej
  • 80 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
wypełnienie:
  • 500 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g ciemnego cukru muscovado
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 ml syropu klonowego
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
dodatkowo:
  • 1 białko
  • 1 łyżka cukru
Mąkę, migdały i cukier wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 60 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolę lub kamyki do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. kolejne 12-15 minut.

Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem, odstawić do lekkiego przestudzenia.

Jajka i żółtko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, syrop klonowy i cynamon, połączyć. Na końcu dodać puree z dyni, wymieszać. Wylać masę na przestudzony spód.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.

Pozostałe ciasto cienko rozwałkować, wyciąć dynie i listki. Wyjąć ciasto z piekarnika, ułożyć na nim dekoracje, posmarować pozostałym białkiem i posypać cukrem.

Piec kolejne 15-20 minut w 170 st. C. uważając, żeby ciasto zbyt się nie przyrumieniło.

Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Ja tymczasem marzę o choćby kilku promykach słońca.
U Was też szarość zdominowała świat...?

piątek, 13 października 2017

Rozterki blogera kulinarnego, czyli sweter nie od parady. I muffiny dyniowo-śliwkowe. Z cynamonem

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że gdy zaczynałam moją przygodę z blogowaniem, prawie dziewięć lat temu, zdjęcia były dla mnie sprawą drugorzędną. Nie myślałam o nich wcale; robiłam, bo tego wymagało ode mnie pisanie bloga. Blog kulinarny bez zdjęć jest jak... Deser bez cukru. Niby coś tam można zrobić, niby będzie nawet całkiem niezłe, ale jednak czegoś mu będzie brakowało. 
Nie miałam profesjonalnego sprzętu (to się akurat nie zmieniło), a tego, który miałam, nie potrafiłam za bardzo obsługiwać. Przyciskałam największy guzik na ustawieniach auto, uprzednio sprzątnąwszy wszystko ze stołu i ustawiwszy na środku ciasto. Ot, wszystko w temacie. Specjalnie dużo czasu mi to nie zabierało, i jakoś się blog kulał...
Ale później zaczęłam zazdrościć (to również nie uległo zmianie) tym wszystkim blogerom z pięknymi zdjęciami. Że ich blogi są takie ładne, apetyczne i w ogóle och i ach. Ale co poradzić na fakt, że fotografia nadal nie była moją pasją...? Cóż, czasem trzeba się zdobyć na wysiłek. Zamiast więc po prostu robić zdjęcie, zaczęłam próbować. Początki były koszmarne; nic się nie udawało. Ale z czasem było coraz lepiej.
I choć nadal nie jestem pasjonatką fotografii, to muszę przyznać, że niejaką przyjemność sprawiają mi zdjęcia, na których moje dania wyglądają tak, że ma się ochotę po nie sięgnąć. I nie, nie wmawiam sobie, że moje zdjęcia są świetne; doskonale wiem, gdzie się w tej kwestii znajduję i jak daleko mi do tych naprawdę dobrych. Ale różnica jest zauważalna gołym okiem; małymi kroczkami do celu. Może kiedyś robienie zdjęć będzie mi sprawiało taką przyjemność jak gotowanie? I kto wie, czy moje zdjęcia nie staną się wtedy naprawdę dobre...?

Póki co, jest jak jest, ale muszę przyznać, że z poniższych zdjęć jestem całkiem zadowolona. Mają odpowiednią temperaturę, muffinki wyglądają niemal tak smakowicie, jak w rzeczywistości, a całość sprawia wrażenie jesienno-przytulnej za sprawą... Swetra. Tak, ostatnio jeden z moich ulubionych swetrów stał się nieodłącznym elementem moich zdjęć. Jakiś czas temu miałam nawet ochotę go ubrać, ale stwierdziłam, że później trzeba by go uprać; a co, jeśli w w międzyczasie przygotuję coś, co będzie rzeczonego swetra w tle wymagać...? Włożyłam więc inny; też jasny, ciepły i mięciutki. Prawie idealny...

Z Mirabelką umówiłam się na wspólne dyniowe pieczenie na słodko. Ciasto w lodówce akurat miałam, więc stwierdziłam, że musi to być coś małego, niezobowiązującego. Kupiłam dynię (moją ulubioną, ogniście pomarańczową Hokkaido) i zabrałam się do rzeczy. 
Muffinki są proste i szybkie w przygotowaniu; jeśli nie kupicie jakiejś bardzo twardej odmiany, nawet ścieranie dyni nie powinno nastarczyć kłopotów. Reszta to po prostu wymieszanie mokrych składników z suchymi, przełożenie całości do formy, nadzianie śliwkami i posypanie błyskawiczną, cudownie maślaną kruszonką.
Muffiny są bardzo wilgotne, ale nie zakalcowate, mięciutkie i aromatyczne, z przyjemnie chrupiącą kruszonką. Świetne na drugie śniadanie albo na dłuższą podróż do pracy; mała dawka cukru zdecydowanie pomaga nie zasnąć za kierownicą, kiedy nocny świat oblepia mgła...

Muffiny dyniowo-cynamonowe ze śliwkami i kruszonką


Składniki:
(na 9 sztuk)
  • 125 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 100 ml mleka
  • 40 ml oleju
  • 100 g dyni, bez skóry i pestek
  • 5 śliwek
kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 15 g cukru
  • 15 g zimnego masła
Najpierw przygotować kruszonkę:
Wymieszać mąkę z cukrem, dodać masło, posiekać. Następnie zagnieść kruszonkę, odstawić.

Śliwki przekroić na połowy, usunąć pestki.
Mąkę z proszkiem przesiać, dodać cukier i cynamon, wymieszać.
Dynię zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Jajko roztrzepać, dodać olej i mleko, połączyć. Dodać startą dynię, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do ich połączenia.

Formę na muffiny wyłożyć papilotkami. Do każde nakładać 1 łyżkę ciasta, naspnie wkładać po pół śliwki. Przykryć pozostałym ciastem, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


I tak, to dopiero mój pierwszy przepis z dynią w tym roku, I tak, wiem, że to już połowa października.
Mi też się to w głowie nie mieści...

piątek, 10 marca 2017

Chleb dyniowy na poolish. Po raz drugi

Tak jak Wam ostatnio pisałam, na egzamin musiałam przygotować dwa rodzaje pieczywa: jasne i ciemne. Oba na zakwasie, albo przynajmniej na jakimś starterze. I muszę przyznać, że zadanie to spędzało mi sen z powiek. Ciasta bowiem to mój żywioł: uwielbiam obmyślać połączenia smaków, dekoracje i wszelkie możliwe detale, zmieniając koncepcję kilkanaście nawet razy, o ile czas pozwala. Z chlebem to zupełnie inna sprawa... Owszem, lubię od czasu do czasu pobawić się w domową piekarnię, przygotować na śniadanie pachnące bułeczki, ale... Taki poważny chleb to już dla mnie wyzwanie. Ciągle jeszcze nie dorobiłam się własnego zakwasu, od czasu do czasu przygotowuję jakieś tam zaczyny, ale bardziej na oko niż na poważnie. 
Co robić...?

W desperacji, czując się jak tygrys w klatce, wyszłam na spacer. Ciągle jeszcze leżał śnieg, choć słoneczna pogoda zupełnie przeczyła powrotowi zimy. Szłam wzdłuż strumienia, obserwując refleksy na wodzie i biegającego za ptakami psa na pobliskim polu. Wzięłam kilka głębokich oddechów, pozwoliłam myślom błądzić nieskrępowanie, nie licząc już nawet na cud. I kiedy zamiast frustracji poczułam w końcu radosną pustkę, nagle pojawił się zbawienny pomysł. Był nim ten chleb dyniowy, który już Wam na blogu prezentowałam trzy i pół roku temu. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat o nim pomyślałam, ale stwierdziłam, że będzie to doskonały przepis. Zaraz potem wymyśliłam temat: jesień. A potem poszło już gładko: kasztany, karmel, jarzębina, czekolada... Nie musiałam się nawet wysilać; zanim wróciłam do internatu, miałam już cały plan, wszytko pasowało do siebie idealnie. Oczywiście, przed egzaminem jeszcze kilka razy delikatnie koncepcję zmieniłam, to dodałam, tamto odjęłam, ale właśnie to popołudnie było decydujące. Ukierunkowało tok mich myśli; powiedziałabym nawet, że zdecydowało za mnie. I dobrze, bo egzamin w końcu zdałam. A chleb wywołał prawdziwą furorę! Już kiedy piekłam go po raz pierwszy, tydzień przed egzaminem, żeby przetestować przepis (przez ponad trzy lata zdążyłam już co nieco zapomnieć), trzy bochenki rozeszły się błyskawicznie, a prośby o recepturę, zadawane  początku nieśmiało, nie pozwoliły o sobie zapomnieć.
Cenzorzy również byli ukontentowani - ten kolor naprawdę robi wrażenie. Szczególnie, jeśli użyjecie dyni Hokkaido o intensywnie pomarańczowym miąższu, efekt będzie wyjątkowo widowiskowy.

Skoro przepis już się na blogu pojawił, po co dodaję go po raz kolejny...? Bo nieco go zmieniłam (lubię sobie powtarzać, że udoskonaliłam), szczególnie sposób pieczenia. Poza tym zamiast w formie, upiekłam go na blasze, dzięki czemu zyskał obłędnie chrupiącą skórkę i bardziej profesjonalny wygląd. Jeszcze jedną zaletą jest fakt, że naprawdę długo pozostaje świeży - po trzech dniach nadal był miękki i wilgotny.

Muszę przekonywać Was dalej, czy już daliście się skusić...?
A może zaserwujecie taki bochenek najbliższym na wielkanocne śniadanie...?

Chleb dyniowy na poolish II


Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml wody
  • 3 g drożdży

ciasto:
  • 3 g drożdży
  • 100 ml letniej wody
  • 350 g mąki pszennej
  • 3 łyżeczki soli
  • 200 g puree z dyni
  • 45 g pestek dyni

dodatkowo:
  • mąka pszenna

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić w ciepłe miejsce na 4-5 godzin.

Po tym czasie pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Dodać cały poolish i puree z dyni, na końcu wsypać mąkę. Wyrabiać przez około 6 minut na wolnych obrotach miksera, następnie zwiększyć prędkość i wyrabiać kolejne 6 minut. 3 minuty przed koniec dodać sól i pestki dyni.

Ciasto przełożyć do naoliwionej, plastikowej miski i zostawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejną godzinę.

Podłużny koszyk dokładnie obsypać mąką. 
Wyrośnięte ciasto przełożyć na oprószony mąką blat, delikatnie uformować bochenek, nie wybijając z ciasta zbyt dużo powietrza. Przełożyć ciasto do koszyka, złączeniem do góry.
Wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia wyjąć chleb z lodówki na 30 minut przed pieczeniem.

Piekarnik z blachą rozgrzać do temperatury 275 st. C. Wyjąć blachę, wyłożyć na nią chleb, odwracając koszyk i pozwalając ciastu swobodnie wypaść. Naciąć po skosie ostry nożem.

Chleb włożyć do piekarnika rozgrzanego do 275 st. C., natychmiast zmniejszyć temperaturę do 215 st. C. Parować przez 10 sekund lub wrzucić na dno piekarnika kilka kostek lodu.
Chleb piec 35-40 minut, po 20 minutach otworzyć piekarnik, wypuszczając parę.

Chleb wyłożyć na kratkę do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!


Zostawiłam go też do wyrastania na noc w lodówce; wydaje mi się że dzięki temu ma jeszcze pełniejszy smak. Poza tym w ten sposób łatwo można go upiec na śniadanie - gwarantuję, że ten zapach największego śpiocha w mig z łóżka wyciągnie!

piątek, 27 stycznia 2017

Codzienność. I gofry na weekend. Dyniowe

Zaniedbałam w tym tygodniu bloga straszliwie; w dodatku bez choćby słowa wyjaśnienia.
Nadrabiam więc czym prędzej.

Jak nasza codzienność wygląda, wiecie doskonale. Pracujemy tak, że czasem nie widujemy się przez cały tydzień, a przecież razem mieszkamy! Tymczasem minione dni upłynęły nam zupełnie inaczej. Zamiast pisać smutne posty o tym, jak to jest mi ciężko i samotnie, wygrzewałam się na kanapie przy kominku, który - nie zgadniecie - rozpalił C. (ja nie umiem). Gotowaliśmy razem obiadki, później je jedliśmy, czasem zupełnie zapominając o jedzeniu, tak zajęci byliśmy rozmową; na końcu zaś układaliśmy się na wyżej wspomnianej kanapie i oddawaliśmy błogim chwilom nic nierobienia. Ach! 
Oczywiście, nadal jeżdżę do mojego oddalonego o dokładnie sto dziewięć kilometrów miejsca pracy, więc czasu na pisanie bloga po prostu mi nie starczyło. A biorąc pod uwagę fakt, że już za tydzień czasu spędzonego bez C. będę miała pod dostatkiem (tak, tak, znów jadę do internatu; przed Wami cała seria smętnych postów i narzekania na cały rok z góry), doszłam do wniosku, że póki możemy trochę razem pobyć, to należy z tej możliwości skorzystać. 
No to korzystaliśmy. Oj, tak...

Tymczasem niespodziewanie nadszedł piątek. Oj, proszę, bez ekscytacji; jutro idę do pracy na trzecią. Rano.
Niemniej, poprzedni weekend miałam wolny, a poranek, gdy C. ciągle słodko drzemał, wykorzystałam na przygotowanie kolejnych gofrów.
Sprawa bowiem wygląda tak, że chleb nam się najzwyczajniej w świecie przejadł. Nie mogę już patrzeć na kanapki. I nawet te najbardziej kolorowe i pyszne mnie odrzucają. Wyciągnęłam więc z szuflady gofrownicę, z zamrażarki dyniowe puree i zabrałam się do dzieła.
Przepis znalazłam już dość dawno u Asi, i bardzo mi się to połączenie dyni z miodem spodobało. Nieco zmieniłam proporcje, dałam też więcej puree - akurat tyle miałam zamrożone w woreczku.
Gofry wyszły chrupkie z wierzchu i mięciutkie w środku, o cudownym, intensywnie pomarańczowym kolorze. Są boskie! Z pewnością jeszcze do tego przepisu wrócę.

Gofry dyniowo-miodowe


Składniki:
(na 8 gofrów)
  • 200 g puree z dyni
  • 1 jajko
  • 200 ml mleka
  • 60 g masła
  • 65 g miodu
  • 200 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Masło z miodem rozpuścić, przestudzić. Dodać mleko, roztrzepane jajko i dyniowe puree, połączyć.
Mąkę przesiać z proszkiem, dodać sól i cynamon, wymieszać. Do suchych składników wlać mokre, dokładnie wymieszać.

Nakładać porcje ciasta do gofrownicy, piec gofry według instrukcji urządzenia.
Podawać od razu.

Smacznego!


To jak? Weekend za pasem; robicie gofry...?

czwartek, 17 listopada 2016

O bąbelkach słów kilka. I krem dyniowo-jabłkowy

Będąc piekarzem, trzeba się liczyć z możliwością oparzeń. Niestety - tam, gdzie są gorące piece, nie da się uniknąć drobnych, ale też bardziej poważnych wypadków. Każdy, prędzej czy później, zetknie się z rozgrzaną częścią piekarnika lub jego wyposażenia, żeby później móc opowiadać barwne historie, w których oparzenie było trzy razy większe, niż naprawdę, a on dzielny niczym bohater renesansowego romansu.

Mi się mały wypadek zdarzył w zeszłym tygodniu, i od razu, żeby nie było wątpliwości, przyznam się, że dzielna nie byłam zupełnie. Wsadziłam oparzoną dłoń pod strumień chłodnej wody, a łzy kapały mi ciurkiem po brodzie. Nie dlatego, żeby oparzenie było jakoś specjalnie poważne czy rozległe; piekło za to niemiłosiernie. Do dzisiaj obnoszę się zresztą z dwoma nieapetycznie prezentującymi się bąblami.
Co się stało? Otóż chciałam przesunąć stikvogn (proszę się ze mnie nie śmiać ani nie kiwać potępiająco głowami; naprawdę nie mam pojęcia, jak ten stelaż na blachy nazywa się po polsku) kantem dłoni, co robiłam już nie raz i nie dwa, próbując się dostać przez labirynt wszelkich możliwych sprzętów na kółkach do zlewu. Nie przewidziałam tylko, że z dala od piekarników może się znajdować jeden rozgrzany do temperatury dwustu trzydziestu stopni! Gdy go dotknęłam, aż pisnęłam. A później to już wiadomo - zimna woda i łzy.
Bohaterem raczej nie zostanę, choć obiecałam sobie solennie, że następnym razem będę twardsza.

Po tych wszystkich przygodach w domu czekał na mnie garnek zawczasu przygotowanej zupy.
Bo zupy to idealne danie na zabiegany środek tygodnia, gdy nikomu się nie tylko nie chce, ale też ciężko znaleźć czas na pichcenie, a coś ciepłego po powrocie do domu by się zjadło. 
Koniecznie musiałam wykorzystać przynajmniej część dyniowego puree, które ostatnio przygotowałam, bo w kolejce stoją przecież kolejne dynie czekające na przerobienie.
W magazynie Spis bedre, nr 10/2016 znalazłam prosty i niezwykle kuszący krem z dodatkiem jabłek i rozgrzewającego imbiru.
Zupa wyszła słodko-kwaśna, cudownie rozgrzewająca; nie taka zupełnie łagodna, ale też nie ostra. Gęsta i kremowa, wybornie smakowała ze świeżą bagietką. 
Pięknie pachnie, świetnie smakuje, syci i rozgrzewa. Idealna na ten pochmurny listopad.

Krem dyniowo-jabłkowy z imbirem i kolendrą


Składniki:
(na 6 porcji)

  • 800 g puree z dyni
  • 1,5 łyżeczki mielonej kolendry
  • 500 g kwaśnych jabłek
  • 2 cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 l bulionu
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 2 łyżki oleju
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:

  • ziarna dyni
  • creme fraiche (18%)
  • świeża kolendra
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek i imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

W dużym garnku rozgrzać olej. Dodać kolendrę, podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać cebulę, zeszklić. Dodać czosnek i imbir, następnie jabłka i jeszcze chwilę smażyć. Dodać dynię, zalać bulionem i gotować przez 15-20 minut, aż jabłka będą zupełnie miękkie.
Zdjąć garnek z palnika, dodać do zupy śmietanę, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni.
Zupę podawać z kleksem śmietany, ziarnami dyni i świeżą kolendrą.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

sobota, 12 listopada 2016

Placuszki dyniowe z jabłkami na leniwe śniadanie

W pracujące weekendy wstaję o zupełnie nieludzkiej porze, czyli wpół do pierwszej nad ranem. A właściwie to w środku nocy - dosłownie! Nie ma wtedy mowy o wymyślnych śniadaniach. Po pierwsze, za bardzo cenię dodatkowe piętnaście minut snu, po drugie - i tak nie mam apetytu. Zresztą, to podobno niezdrowo objadać się o takiej porze...
W końcu jednak doszłam do wniosku, że te śniadania muszę zacząć jeść. Dla własnego dobra. Inaczej w samochodzie skręca mi kiszki, i zaraz po przyjeździe do pracy łapię, co mi pierwsze w ręce wpadnie. Dla niewtajemniczonych dodam, że pracuję w cukierni, więc sami rozumiecie... Trochę tam ciężko o sałatki.
Robię więc solidne zapasy granoli; piekę drożdżówki w dużych ilościach, które mrożę z myślą o tych dziwnych śniadaniach, robię puddingi z szałwii hiszpańskiej, które zaskakująco dobrze sycą i wchodzą gładko, niemal bez gryzienia. Bo kanapki, które trzeba solidnie przeżuć przed połknięciem, to zdecydowanie zbyt duże wyzwanie...

W końcu jednak nadchodzi wolny weekend, i wtedy z C. śniadania celebrujemy. Często siedzimy przy stole ponad godzinę, jedząc i wymieniając wrażenia z minionego tygodnia (tak na co dzień nie widujemy się bowiem zbyt często). Nie liczymy kalorii, ale cieszymy się smakiem. Robimy więc kanapki w najbardziej kolorowych wersjach, jak tylko się da, zimą często jemy owsianki, czasem C. robi naleśniki, a ja - gofry. Bywa też, że piekę puchate placuszki w amerykańskim stylu, które polewamy miodem lub syropem klonowym i zajadamy się nimi, aż miło.

Tym razem do przygotowania placuszków z jabłkami zmotywowały mnie dziewczyny propozycją wspólnego pichcenia. Jabłka akurat miałam (rzadko kiedy nie mam), w lodówce czekało puree z dyni, które przyrządziłam w ilości przerażającej dla każdego, kto nie ma totalnego bzika na punkcie tych pomarańczowych kul; dodałam więc dwa do dwóch i na blogu Kuchenny bałagan znalazłam przepis łączący te dwa składniki w placuszkach właśnie. 
Ich przygotowanie zajmuje chwilę (o ile macie gotowe puree), a smak... Moi drodzy, ten smak! Wyraźnie jabłkowy, trochę dyniowy, niesłodki, więc koniecznie z jakimś słodkim dodatkiem. Tym razem syrop klonowy zastąpiłam miodem, z banalnej przyczyny - buteleczka z syropem zakleiła się na amen. Nie mam pojęcia, jak ja ją w ogóle otworzę...
Jabłuszka robią się miękkie, a placuszki są zaskakująco puszyste i delikatne. W dodatku przygotowujemy wszystko bez dodatku jajek - przepis w sam raz dla alergików.

Placuszki z jabłkami przygotowała również Ania; koniecznie zajrzyjcie, co wymyśliła!

Placuszki dyniowe z jabłkami


Składniki:
(na 10-12 placuszków)
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 200 ml mleka
  • 125 g puree z dyni
  • 1 łyżka miodu
  • 1 jabłko
dodatkowo:
  • syrop klonowy, miód lub cukier puder do podania
  • olej do smażenia
Mąkę, sodę i cynamon wymieszać. Mleko roztrzepać z dyniowym puree i miodem. Wlać mokre składniki do suchych, dobrze wymieszać. Odstawić.
Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w plastry. 

Na rozgrzaną patelnię z olejem nakładać łyżką porcje ciasta. Smażyć, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Na wierzchu układać plastry jabłka, przewracać na drugą stronę i smażyć jeszcze kila minut.
Podawać gorące z miodem, cukrem pudrem lub syropem klonowym.

Smacznego!

Nie ma się co oszukiwać - listopad to nie październik. Ciemno, zimno, wietrznie, i już nawet mrozić zaczyna! Odpowiedniego światła do robienia zdjęć nie ma; z przepraszającym uśmiechem wróciłam więc do sztucznego oświetlenia. Wybaczcie więc jakość zdjęć - braku słońca nie umiem bowiem obejść.

poniedziałek, 31 października 2016

Tort dla Jacka Skellingtona

Znacie może Jacka Skellingtona? Nie...? Najwyższy więc czas się zapoznać z tym szkieletowym młodzieńcem! Szczególnie, że już dziś mamy Halloween, więc okazja ku temu wyśmienita. 

Animacje Burtona uwielbiam. Są genialne, mroczne, a jednocześnie niesamowicie wzruszające. Wciągają bez reszty. Moją ukochaną, bez dwóch zdań, jest Miasteczko Halloween (którego oryginalny tytuł brzmi Nightmare before Christmas, i, moim zdaniem, zdecydowanie lepiej oddaje ducha filmu). 
Jack Skellington, Dyniowy Król, ma depresję. Nie che już straszyć, znudziły mu się halloweenowe zwyczaje i najzwyczajniej w świecie - pragnie odmiany. Gdy przypadkiem trafia do miasteczka Bożego Narodzenia, widzi Mikołaja, prezenty, choinki i ogólną radość, postanawia ten uroczy zwyczaj wprowadzić w swojej mrocznej krainie. Wszelkiej maści potwory i najróżniejsze strachy ochoczo zabierają się do dzieła, zupełnie jednak nie wyczuwają ducha Świąt. W prezentach doszukują się przerażających niespodzianek, choinkę chcą udekorować kośćmi, a świątecznym melodiom nadają pogrzebowych tonów. Jack wpada więc na szalony pomysł porwania Świętego Mikołaja i zastąpienia go przy rozdawaniu prezentów. 
Wszyscy wiedzą, że to nie może skończyć się dobrze...
Oczywiście, dla romantyków jest też wątek miłosny - pozszywana z rozdartych kawałków Sally podkochuje się w Jacku, nie śmie jednak wyznać mu swoich uczuć. Więziona przez szalonego naukowca, w końcu ucieka i...

Koniecznie musicie obejrzeć! Jeśli widzieliście, nic nie szkodzi - my co roku oglądamy Nightmare before Christmas, i za każdym razem bawimy się tak samo dobrze. Dajcie Jackowi szansę skradnięcia i Waszych serc.

W tym roku jakoś mi nie szło przygotowywanie halloweenowych słodkości. Zbyt dużo pracy, za mało czasu wolnego. Poza tym setki muffinek patrzących przekrwionymi oczami przygotowanych w pracy skutecznie zniechęcały mnie do dalszej produkcji w domu. Tortu jednak nie mogłam sobie odmówić - i oto jest. Na cześć mojego ukochanego halloweenowego bohatera.
Przepis na ciasto dyniowe znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 10/2016, i użyłam go praktycznie bez żadnych modyfikacji. Zmniejszyłam tylko porcję ciasta o połowę, i zamiast w dużej blaszce, upiekłam w niewielkiej tortownicy. Krem natomiast przygotowałam z całości, redukując znacząco ilość cukru. Wystarczyło na przełożenie i obłożenie ciasta. Nawet orzechy upchnęłam - zamiast na wierzchu, dekoracyjnie, wcisnęłam je do środka. Cudownie chrupią!
Nie jest to klasyczny tort biszkoptowy; jest za to wilgotny i aromatyczny. No i prezentuje się znakomicie! Muszę przyznać, że dekoracja, choć prosta, udała mi się dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam. 

Ukontentowana, już za chwilę wbiję w twarz Jacka nóż... 
Na szczęście i tak już nie żyje; and because I am dead, I can take off my head, jak sam śpiewa.

Tort dyniowy z Jackiem Skellingtonem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g puree z dyni
  • 125 g miękkiego masła
  • 75 g cukru trzcinowego
  • 2 jajka
  • 75 g surowego marcepanu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
krem:
  • 100 g miękkiego masła
  • 200 g serka kremowego
  • 75 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:
  • 300 g marcepanu plastycznego
  • czarny barwnik spożywczy w paście
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Dodać starty na dużych oczkach marcepan i skórkę z pomarańczy, połączyć.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z przyprawami. Partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.

Formę wysmarować masłem. Wyłożyć do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez 35-40 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać serek, nie przerywając miksowania.
Orzechy posiekać.

Ciasto przeciąć w poziomie na pół. Na paterze ułożyć spód ciasta, posmarować połową kremu, przykryć drugim blatem. Wierzch i brzegi posmarować resztą kremu, zostawiając 1-2 łyżki. 
Pozostały krem przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, formując niewielki otwór. Wycisnąć na ciasto łuki ponad i pod oczami oraz usta. Schłodzić w lodówce przez 30 minut, aż krem nieco stwardnieje.

Marcepan rozwałkować na grubość 3-3,5 mm. Ułożyć na cieście, dociskając w okolicach oczu i ust, formując wgłębienia na nos. Barwnik rozrobić w odrobince wody, pomalować oczy, nos i usta.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Jeśli nie odpowiada Wam dekoracja w mrocznych klimatach, przygotujcie ciasto bez obkładania go marcepanem, a wierzch posypcie orzechami. Torcik bowiem jest tak pyszny, że aż żal go nie spróbować tej jesieni.

czwartek, 27 października 2016

Dyniowa babka na Halloween

Gdy wieczorem wychodzę na spacer z Ptysią, już od progu otula nas kłębiasta mgła. Po chwili okazuje się jednak, że to wcale nie mgła; a przynajmniej - niezupełnie. Chyba wszyscy w miasteczku, jakby się umówili, o tej samej porze rozpalają w kominkach. Z kominów unosi się szary dym, a razem z nim zapach palonego drewna. Ten dymny aromat przenika na wskroś; niepostrzeżenie zostaje na ubraniach, włosach, dłoniach. Nienasycona, zaraz po powrocie namawiam C., żeby i on napalił w kominku. Ciepły, pomarańczowy ogień to idealny sposób, żeby oswoić ciemności i zimno.

Przedwczoraj na wieczornym spacerze spotkałyśmy jeża. Przycupnął na chodniku przed bramą parku, rozglądając się ciekawie. Prychnął ostrzegawczo na Ptysię, gdy ta zbyt blisko podsunęła ciekawski nos. Zostawiłyśmy go jego jeżowym sprawom, nie zagłębiając się w otulony ciemnością, cichy park. O tej porze już tylko jeże tuptają po obsypanych liśćmi ścieżkach...

Zamyślone popołudnia i nostalgiczne wieczory pchają mnie do kuchni. Zapalam tylko lampki nad blatami; górne światło jest zbyt jaskrawe, nie pasuje do tych jesiennych chwil. Wyciągam miski i łyżki, natłuszczam formę i mieszam składniki. Wszystko spowite październikową ciszą. 
A gdy już z pieca zaczyna się dobywać słodki aromat, niecierpliwie zaglądam przez szybkę i staram się skrócić czas oczekiwania siłą pozytywnych myśli. Gdy w końcu na stole staje w pełnej krasie dyniowa babka, mam ochotę od razu ją rozkroić. Powstrzymuję się jednak; czekam aż ostygnie, żeby udekorować ją odpowiednio.

Już za chwilę Halloween, wyciągnęłam więc z szuflady barwniki czarny i pomarańczowy, i białe cukrowe kosteczki. Razem stworzyły nienachalną, a jednocześnie oczywistą dekorację. Czarno-pomarańczowy lukier subtelnie podkreślił kolory babki, a kosteczki nie pozostawiają złudzeń - kochamy świętować Halloween.

Babka jest cudownie wilgotna (dzięki dodatkowi dyni), smakuje czekoladowo i naprawdę ciężko jest się od niej oderwać. W dodatku długo zachowuje świeżość, więc nawet jeśli nie uda jej się zjeść od razu, spokojnie poczeka, aż apetyt znowu nadejdzie. Udekorować można ją klasycznym białym lukrem, jeśli ktoś nie ma ochoty emanować halloweenowymi elementami. W końcu i tak najważniejsze jest wnętrze...

Babka dyniowo-kakaowa z kosteczkami


Składniki:
(na formę do babki o pojemności 2 l)
  • 4 jajka
  • 200 g musu z dyni
  • 50 ml mleka
  • 155 ml oleju
  • 240 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 150 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 2 łyżki kakao
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • wody
  • czarny i pomarańczowy barwnik spożywczy w żelu

dekoracja:
  • posypka cukrowa w kształcie białych kosteczek

Mąkę, proszek i sodę przesiać, wymieszać z cukrem i cukrem waniliowym.
Jajka roztrzepać, wymieszać z musem z dyni, mlekiem i olejem. Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Podzielić ciasto na pół, do jednej części dodać przesiane kakao i mleko, dokładnie wymieszać.

Formę wysmarować masłem.
wykładać do formy na zmianę ciasto jasne i ciemne, żeby powstały paski.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, aż do suchego patyczka.
Przestudzić 15=20 minut w formie, następnie wyjąć na kratkę, obracając do góry spodem. Zostawić do całkowitego wystudzenia.

Cukier puder przesiać, wymieszać z wodą. Podzielić w proporcji 1/3 i 2/3. Większą część zabarwić na czarno, mniejszą - na pomarańczowo.
Polać babkę czarnym lukrem, pomarańczowym zrobić wzorki. Posypać cukrowymi kosteczkami.

Smacznego!


Kosteczki na zdjęciu złapały nieco kolor lukru; w zasadzie w niczym to nie przeszkadza, ale jeśli chcecie, by zostały białe, posypcie nimi babkę tuż przed podaniem.

wtorek, 18 października 2016

Bułeczki dynie

Dynia to chyba moja największa jesienna słabość. Nie umiem i nie chcę się jej opierać.
Pamiętam, że gdy byłam mała, Babcia przygotowywała marynowaną dynię w occie. Podawała ją później do obiadów przez całą zimę; a ja jej szczerze nie znosiłam. Dyni, nie Babci. Mdło-octowy smak był po prostu nie do przełknięcia. Na długie lata wykreśliłam więc dynię z mojego menu. Mama nigdy nie kupowała tego warzywa, a gdy sama zaczęłam gotować i decydować o tym, co znajdzie się na moim talerzu, omijałam ją szeroki łukiem. Tak na wszelki wypadek.

Gdzieś w międzyczasie zaczęłam na poważnie interesować się pieczeniem, założyłam bloga i odkryłam inny, fascynujący świat. Ilość przypraw i niecodziennych składników przyprawiała mnie o zawroty głowy; zupełnie nowe zastosowanie dla codziennych produktów wywoływało rumieńce na twarzy i chęć natychmiastowego wypróbowania nowych przepisów. I gdzieś w tym szaleństwie na mojej drodze znów stanęła dynia. O nie - powiedziałam głośno. Ciągle bowiem, gdzieś z tyłu głowy, miałam ten paskudny smak... W końcu jednak stwierdziłam, że jako szanująca się blogerka kulinarna nie mogę przez całe życie udawać, że dynia nie istnieje. Zacisnęłam więc zęby, kupiłam na próbę najmniejszą, jaką znalazłam, i zabrałam się do dzieła.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam już, co było pierwsze. Wyśmienita, pikantna zupa krem, gładki sernik z nuta pomarańczy, a może ciasto czekoladowe...? Nieistotne; najważniejsze jest, że w dyni się zakochałam! Jej nieco mdławy, delikatny smak stanowi idealne tło dla wszelkich kuchennych eksperymentów. Z zachwytem zagłębiłam się w dyniowy świat, odkrywając coraz to nowe odmiany, ich smaki i najlepsze sposoby na ich zużycie. 

Dzisiaj jesieni bez dyni sobie nie wyobrażam. Kupuję zawsze więcej, niż planuję i jestem w stanie zużyć, przerabiam je na mus i zamrażam, żeby nawet późną wiosną móc cieszyć się jej wyjątkowym smakiem.

Gdy tylko zobaczyłam te bułeczki u Doroty wiedziałam, że będę musiała takie upiec. Są zachwycające! Po prostu nie można od nich oczu oderwać.
Ostatnimi czasy jednak nie przygotowuję pieczywa w domu; cóż, praca w piekarni ma swoje przywileje, jednym z nich jest jeszcze ciepły bochenek, który codziennie ze sobą zabieram. Gdy jednak byłam w szkole, dostawy świeżego pieczywa nagle się urwały, a ochota na bułeczki nie odeszła razem z nimi. Stwierdziłam więc, że to doskonały moment na sięgnięcie po nieco już przeze mnie zapomniany przepis.

Ponieważ dużo miałam na głowie, bułeczki przygotowałam w trybie nocnym. Wieczorem zagniotłam ciasto, wstawiłam je na noc do lodówki, a rano tylko uformowałam i upiekłam bułeczki. Oczywiście, można je odstawić na półtorej godziny w ciepłe miejsce, ale moim zdaniem nocne wyrastanie jest nie tylko wygodniejsze, ale też poprawia strukturę i wzbogaca smak. 
Bułeczki wyszły idealne. Po pierwsze, są prześliczne. Po drugie, mięciutkie i sprężyste, o niewiarygodnie pomarańczowym kolorze. Barwa oczywiście zależy od rodzaju dyni, z której zrobicie puree. Ja użyłam intensywnie pomarańczowej Hokkaido. 

Bułeczki dynie


Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 360 g mąki pszennej
  • 14 g świeżych drożdży
  • 125 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 45 g masła
  • 125 g puree z dyni
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cukru
dodatkowo:
  • 5 połówek orzechów pekan
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
Mąkę przesiać do dużej miski. Na środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Dodać cukier i połowę mleka, odstawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie do mąki dodać pozostałe mleko, jajko i puree dyniowe, zagnieść ciasto. Dodać tłuszcz i sól, dobrze wyrobić. Ciasto będzie się lekko lepić. 
Przykryć miskę folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki (lub odstawić na 1,5 godziny w ciepłe miejsce).

Następnego ranka wyjąć ciasto z lodówki, odstawić na około 45 minut, aż nabierze temperatury pokojowej. Ciasto szybko zagnieść, podzielić na 10 równych części. Z każdej uformować kulkę, układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy. Bułeczki spłaszczyć i naciąć każdą 8 razy do samej blachy, nie przecinając środka.
Odstawić na 20 minut do napuszenia.

Jajko roztrzepać z mlekiem. Posmarować bułeczki, w środek każdej wbić ćwiartkę orzecha.

Piec w 190 st. C. przez 15-20 minut, aż nabiorą ładnego, złoto-brązowego koloru.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


A może podacie takie swoim bliskim na wyjątkowe, halloweenowe śniadanie...? Jestem pewna, że wzbudzą powszechny zachwyt. 

poniedziałek, 26 września 2016

Dzień pełen przygód i otwarcie sezonu dyniowego. Dynia kandyzowana

Plany planami, a życie - swoje. Tak to już jakoś jest. Rzeczy, które przyjmujemy za pewnik, nagle się zmieniają, stawiając nas w nieoczekiwanych sytuacjach. Na przykład na poboczu ruchliwej drogi (ale nie w weekendy), po środku niczego

Zaczęło się od tego, że autko zaczęło mi się jakby krztusić, wypuszczając z rury wydechowej chmury gęstego, szarawego dymu, przy okazji tracąc moc. Czyli ja pedał gazu do podłogi, a ono więcej niż osiemdziesiąt kilometrów na godzinę jechać i tak nie chciało. Jakoś dotoczyłam się w piątek do domu, a w sobotę rano do pracy (po drodze zatrzymana przez panów policjantów, którym wyłożyłam sprawę bardzo szczegółowo moim łamanym duńskim; puścili mnie bez mandatu, surowo nakazując oddać auto do mechanika). Przez cały długi dzień, czyli dwanaście godzin pracy, modliłam się w duchu, żeby jakoś dowiozło mnie do domu. Gdy zapaliło bez problemów, w radosnym nastroju ruszyłam żwawo do domu. Nie ujechałam jednak daleko - po kilku kilometrach samochód zastrajkował; i to na dobre. Zniechęcona, zmęczona i z coraz gorszym nastawieniem do świata, zadzwoniłam do C., żądając pomocy. Najlepiej natychmiastowej. Oddzwonił po kilku minutach informując, że pomoc drogowa zjawi się... Za godzinę. 

Najpierw miałam ochotę kogoś udusić, ewentualnie zacząć rzucać czymś ciężkim w niewdzięczne auto, które ostatnio wypucowałam na wysoki połysk, tracąc na to pół dnia z i tak niedługiego urlopu. Później wzięłam trzy (no dobrze, może siedem) głębokie wdechy i powiedziałam sobie, że czas zaakceptować to, czego zmienić nie mogę. Wysiadłam więc z samochodu, usadowiłam się na barierce, wystawiłam twarz do słońca i oddałam się kontemplacji. Wyrwał mnie z niej już po dwudziestu minutach młody, uśmiechnięty od ucha do ucha człowiek, który stwierdziwszy, że naprawdę fantastyczne miejsce sobie na postój wybrałam (jakbym sama nie wiedziała), załadował auto na lawetę, mnie do swojego pojazdu, i ruszyliśmy w drogę. Okazało się jednak, że po drodze do domu czeka mnie przesiadka; przeładowano mój samochodzik razem ze mną, i tym razem zostałam odstawiona niemal pod drzwi. Po drodze od obu panów dowiedziałam się co nieco o ich pracy, zgodziliśmy się w kwestii starych samochodów (są cudowne, dopóki nie zaczną się psuć), rozdałam całe pieczywo, które miało umilić C. nadchodzący tydzień i już o godzinie siedemnastej trzydzieści byłam w domu. 
Tak zaczęłam mój weekend. O tym, jak go skończyłam, opowiem innym razem, bo to też długa historia...

Tymczasem jesień powoli się rozgaszcza. W ciągu dnia nadal raczy nas cudowną pogodą, która kusi do wyciągania z szafy ciągle jeszcze letnich sukienek (co robię bez zastanowienia, bo kto wie, kiedy to się skończy), wieczory jednak są coraz dłuższe i coraz chłodniejsze. Nic to! Swetry też przecież są super!
Najwyższy jednak czas zabrać się za jesienne smakołyki. Dynia to jedno z moich ukochanych warzyw; co roku rozprawiam się w kuchni z kilkoma egzemplarzami, kilka kolejnych C. przeistacza w halloweenowe lampiony. 

Ten sezon zaczniemy od dyni kandyzowanej. Tak naprawdę przygotowałam ją w zeszłym roku z myślą o pewnym cieście, ale... Została zjedzona jako nadzienie do naleśników. Jest boska!
Przepis znalazłam na blogu Every cake you bake, i wzięłam go w ciemno. Nie zawiodłam się! Banalnie prosta w przygotowaniu, wychodzi karmelowo-słodka i mięciutka. W dodatku wygląda naprawdę ślicznie! W tym roku mam zamiar przepis powtórzyć; prawdopodobnie w większej ilości, żeby jednak starczyło do ciasta...

Kandyzowana dynia


Składniki:
(na 2 małe słoiczki)
  • 350 g dyni (waga bez skóry i pestek)
  • 110 g cukru
  • 1 łyżka masła

Dynię pokroić w małą kosteczkę.
W garnku podgrzewać cukier, aż nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Dodać masło i dynię, gotować 3-5 minut, aż stanie się szklista. Gorącą przełożyć do słoiczków, zalać syropem, dobrze zamknąć.

Smacznego!

Tymczasem znów jestem w internacie, daleko od mojej kuchni... W głowie więc układam listy zakupów i wypieków na kolejny weekend. Oby udało mi się przygotować choć połowę!

wtorek, 2 lutego 2016

Granola. Na dobry początek tygodnia

Kto powiedział, że nie lubi poniedziałków i sprawił, że stało się to hasłem przewodnim rodzaju ludzkiego...? Nie pamiętam. Ale szczerze mogę stwierdzić, że palnął totalną głupotę. Albo nigdy nie pracował w piekarni...
Ja kocham poniedziałki! Są ciche, spokojne, nikt się nie spieszy, nie biega jak w ukropie (a przecież nawet pięciolatki wiedzą, że w piekarni biegać nie wolno!), nie krzyczy i nie popędza. Spokojnie uzupełnia się nadszarpnięte w weekendowym ferworze zapasy; a to tarty się zrobi, a to czekoladowe dekoracje, a rano jest mnóstwo czasu na przygotowanie raptem stu dwudziestu festelavnsboller. No bajka, mówię Wam!

Poza tym wtorki mam wolne; taki przedsmak weekendu, chwila oddechu. Dzisiaj jednak chyba tylko zwinę się pod kołdrą; szczytem możliwości wydaje się dotarcie na kanapę. Głowa boli, stawy bolą, gardło boli... No, jednym słowem: boli. A już jutro od nowa trzeba ruszać do pracy! Przecież uczniom cukierniczym nie wypada wręcz chorować...

Gdy jestem w takim stanie, na śniadanie najlepiej sprawdza się ciepła owsianka. Nie podrażnia gardełka, przyjemnie rozgrzewa i sprawia, że świat staje się przyjemniejszy. A jeśli nie mam siły nawet na to (tudzież C. jest poza domem w porze śniadania), sięgam do słoika z domową granolą.
Stoi sobie taki na blacie w kuchni, zawsze pełny. Odkąd spróbowałam po raz pierwszy, nie mogę się oprzeć coraz to nowym kombinacjom. Na początku skrupulatnie stosowałam się do przepisów; teraz po prostu mieszam to, na co aktualnie mam ochotę. I tak właśnie powstała ta dyniowo-pomarańczowa granola. Zamiast cukru - suszone figi i syrop klonowy. Do tego porcja płatków, ziarenek i orzechów w połączeniu z lekką nutą cynamonu i wyraźniejszą pomarańczy. Niebo w buzi! 
Spróbujecie...?

Granola dyniowo-pomarańczowa


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 300 g płatków owsianych
  • 100 g płatków jęczmiennych
  • 25 g pestek dyni
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 50 g orzechów pekan
  • 40 g ziaren lnu
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 180 g suszonych fig

Płatki, dynię, słonecznik, len i grubo posiekane orzechy wymieszać w dużej misce.
Dynię, syrop klonowy, cynamon, ekstrakt z wanilii, skórkę i sok z pomarańczy dokładnie wymieszać. Dodać do suchych składników, połączyć.
Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut, kilka razy mieszając w trakcie pieczenia.

Do przestudzonej granoli dodać pokrojone w kostkę figi. Wystudzić całkowicie. Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

I tak, wiem, powinnam smażyć pączki. Ale stanie nad garem pełnym gorącego oleju zupełnie mi teraz nie w głowie... 

wtorek, 8 grudnia 2015

Sernik pomarańczowo-dyniowy / Z dynią

Dzisiejszy dzień wolny okazał się być bardzo męczący. Wstałam wcześnie, znalazłam inspirację na ciasto, które mam zamiar jutro zabrać jako wkupne do kawy oraz na obiad, którego przygotowanie nie zajmie mi zbyt wiele czasu. Następnie sporządziłam listę zakupów, i wyruszyłam na poszukiwania wszystkich niezbędnych do szczęścia, ciasta i obiadu, składników. Następnie wyspacerowałam Ptysię, która nie miała nastroju na zbyt długie wojaże, co specjalnie mnie nie zmartwiło, bo zamglony świat nie wydawał się zbyt przytulny, w przeciwieństwie do domku, gdzie czekała ciepła herbatka i zapalona świeca adwentowa.

Zaczęłam od zbadania efektów mojego wczorajszego eksperymentu: zdecydowanie rozczarowujące. Cóż, tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Już mam pomysł, jak to naprawić, i jak będę miała znów dzień wolny, z pewnością spróbuję ponownie. W optymistycznym nastroju polukrowałam pierniczki upieczone wczoraj i zabrałam się za wałkowanie i wykrawanie kolejnej partii. Gdy wyciągnęłam nie wiem już którą blachę z piekarnika, zmiksowałam ciasto cynamonowe. Teraz się piecze, a ja mam chwilę wytchnienia... Niezbyt długą, bo muszę upiec jeszcze wielką blachę drømmekage i przygotować obiad na czas (który nie mam pojęcia, kiedy nadejdzie, bo C. na moje pytanie o godzinę powrotu do domu odparł enigmatycznie: nie wiem). 

W każdym razie starczy mi czasu, żeby opowiedzieć Wam o kolejnym serniku. Ten nie krzyczy Boże Narodzenie, ale za sprawą intensywnego, pomarańczowego zapachu i koloru z pewnością pięknie by się na wigilijnym stole prezentował. Do jego przygotowania użyłam puree z dyni hokkaido, które ma bardzo żywy kolor. Do masy serowej dodałam sok i skórkę z pomarańczy, spód przygotowałam z domowej, dyniowo-pomarańczowej granoli, a wierzch udekorowałam zawijasami z dżemu z czerwonych pomarańczy. Wyszło bardzo aromatycznie, a barwa kusi ogromnie. Sernik wyszedł kremowy, dość ciężki i sycący; niestety: spód, na początku chrupiący, z czasem łapie wilgoć i mięknie. Sernik jednak nie traci na smaku: nadal ma się ochotę na więcej.

To jak, skusicie się...?

Sernik dyniowo-pomarańczowy na spodzie z granoli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 175 g granoli dyniowo-pomarańczowej
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 250 g puree z dyni
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • 65 g cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
Masło rozpuścić i przestudzić. Wymieszać z granolą, ugnieść na dnie tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.
Schłodzić w lodówce na czas przygotowania masy serowej.

Serek, jajka, mus z dyni, sok i skórkę z pomarańczy, cukier i kremówkę krótko zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na schłodzony spód. Na wierzchu ułożyć kleksy z dżemu, wykałaczką zrobić esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 60 minut.
Wystudzić w piekarniku, a następnie schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie, gdzie do wygrania jest książka Doroty Świątkowskiej Moje wypieki. Wielki powrót.

Moje wypieki. Wielki powrót

sobota, 28 listopada 2015

Ciasto z dynią i świeżą żurawiną / Z dynią

Dynia to dla mnie pękata królowa jesieni, a świeża żurawina - nieomylny znak zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Tę pierwszą uwielbiam za neutralny, delikatny smak, który pasuje niemal do wszystkiego; cudowne kolory - od bladożółtego, przez krem i aż po intensywny pomarańcz, i za możliwość wycinania z niej lampionów na Halloween. Żurawina z kolei zdobyła moje podniebienie swym lekko cierpkim smakiem, a w oko wpadła dzięki wyjątkowej barwie. Nie potrafię się oprzeć ani jednej, ani drugiej.

W końcu uderzyło mnie, że będą dla siebie doskonałym towarzystwem. Dorzuciłam jeszcze białej czekolady dla zrównoważenia smaku żurawin, i muszę przyznać, że wyszło mi coś niesamowicie pysznego. Cudownie wilgotne, o pięknym kolorze ciasto, naszpikowane kwaśnymi żurawinami i słodkimi kawałkami białej czekolady. Całość pod polewą z tej ostatniej, żeby wyglądało już troszkę świątecznie... Dodałam też odrobinę tonki - pięknie pachnie i nadaje ciastu zupełnie wyjątkowego, subtelnego aromatu. Jeśli jej nie macie, łyżeczka ekstraktu z wanilii będzie w sam raz.

Ciasto dyniowe z białą czekoladą i żurawiną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)
  • 200 g musu z dyni
  • 115 ml oleju
  • 3 jajka
  • 1 starte ziarno tonki
  • 180 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g cukru
  • 100 g białej czekolady
  • 150 g świeżej żurawiny
polewa:
  • 100 g białej czekolady
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
Jajka roztrzepać, dodać mus z dyni oraz olej. 
Do drugiej miski przesiać mąkę, dodać proszek, sodę i cukier.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać łyżką tylko do ich połączenia. Dodać żurawinę i posiekaną czekoladę, połączyć.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Kremówkę zagotować. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Polewą polać ostudzone ciasto, odstawić do jej całkowitego zastygnięcia.

Smacznego!

Dziś znów na szybko; sama bowiem nie wiem już, w co ręce wkładać... Gorący, przedświąteczny okres powoli się rozkręca, a ja mam oczywiście mnóstwo innych rzeczy na głowie. 
Ale czego się nie robi, żeby spełnić marzenia... Szczególnie, gdy świąteczne piosenki właśnie do tego zachęcają.

Przepis dodaję do konkursu, w którym można wygrać książkę Moje wypieki. Wielki powrót Doroty Świątkowskiej.

Moje wypieki. Wielki powrót