Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czekoladki trufle i cukierki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czekoladki trufle i cukierki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lutego 2016

Jagodowe pralinki na Walentynki

Powtórzę raz jeszcze, ale tylko dlatego, że to prawda stara jak świat i... Jak najbardziej prawdziwa. Przez żołądek do serca, szczególnie męskiego. 
Cóż, C. jest żywym dowodem na prawdziwość tej teorii.

Dawno, dawno temu (czyli jakieś cztery lata), gdy dopiero co wpadłam mu w oko (albo on mi; nie będziemy się przecież spierać o szczegóły), chodziliśmy często na długie, romantyczne spacery. A styczeń był wtedy mroźny, oj tak... Za każdym razem zabierałam ze sobą coś na przegryzkę: a to ciasteczka, a to muffinki. Tak, to właśnie muffinki (szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam jakie...) były pierwszym smakołykiem domowej roboty, którym poczęstowałam C. A później ciastka czekoladowe z miętą, które dopełniły dzieła: C. zakochał się jak ta lala. Systematycznie podsuwam mu pod nos przeróżne słodkości, i efekt jest taki, że ciągle nosi mnie na rękach. A ostatnio zaczął nawet regularnie myć naczynia! Dla osobnika tak zmęczonego jak ja ostatnimi czasy, to najwyższy dowód gorącego uczucia.

Ponieważ Walentynki już czają się niemal za progiem, postanowiłam zrobić mu przyjemność. Pralinki z przepisu Iwony raz już przygotowałam, w wersji bardzo letniej, bo poziomkowej. Teraz sięgnęłam po mrożone jagody, żeby uzyskać ten niesamowity, intensywny fiolet. I udało się!
I tak samo jak wtedy, C. dla pralinek stracił głowę. A że Walentynki, to liczyć mu przecież nie będę...

Jagodowe praliny w białej czekoladzie


Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 110 g białej czekolady
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g jagód
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g biszkoptów

dodatkowo:
  • 250 g białej czekolady
  • 20-25 sztuk liofilizowanych jagód

Czekoladę do pralinek posiekać. Kremówkę zagotować, zalać nią czekoladę, odstawić na 5 minut. 
W tym czasie jagody z sokiem z cytryny zmiksować blenderem na gładką masę, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Biszkopty drobno pokruszyć, wymieszać z owocami.
Czekoladę wymieszać, aż do rozpusczenia. Dodać biszkopty z jagodami, wymieszać na jednolitą masę. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Ze schłodzonej masy formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ułożyć na talerzu, schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pozostałą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zatemperować.
Trufle oblewać czekoladą, układać na papierze do pieczenia. Natychmiast wierzch dekorować liofilizowanymi jagodami. Zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Przygotowanie takich maleńkich cudeniek jest nieco czasochłonne, ale... Walentynki są przecież raz w roku. I tak, wiem: kochać należy nie tylko od święta. Ale właśnie od święta dobrze jest podarować coś wyjątkowego. 

piątek, 31 lipca 2015

Słodkie maleństwa z poziomkami

Większość słodkości, które przygotowuję w mojej kuchni, to ciasta; zdecydowanie rzadziej desery, a małe, słodkie pralinki to już w ogóle rzadkość. Są dość praco- i czasochłonne, ale efekt wizualny i smakowy wynagradzają każdą poświęconą minutę. Dlaczego więc tak rzadko po nie sięgam?

Nie wiem. Szczerze - często się nad tym zastanawiam, i nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przecież lubię spędzać czas w kuchni, chcę się rozwijać i uczyć, pracować nad dekoracjami. A takie maleństwa są do tego idealne! Dlatego, gdy zobaczyłam przepis na jagodowe praliny na blogu Ciastko z dziurką, aż westchnęłam z zachwytu. Ten kolor! No coś fenomenalnego. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, i, tym razem nie zwlekając, ruszyłam do kuchni. Z racji braku jagód i wątpliwości co do efektownej barwy borówek amerykańskich, zdecydowałam się na własnoręcznie zebrane poziomki i odrobinę soku z cytryny dla przełamania smaku białej czekolady.

Efekt? No cóż, nie są idealne - chwilę trwało, zanim opanowałam technikę oblewania ich czekoladą. Metoda z nabijaniem na wykałaczkę w tym wypadku nie zdała, niestety, egzaminu. Zamiast tego wrzucałam kuleczki do czekolady, wyjmowałam widelczykiem do przekąsek (takim malutkim, z dwoma ząbkami), czekałam chwilę, aż czekolada obcieknie, następnie układałam na papierze do pieczenia, posypywałam kawałeczkami liofilizowanych truskawek i zostawiałam w spokoju, sięgając po kolejną kuleczką... Tak - to zajmuje trochę czasu. Ale mina i komentarz C. wynagrodziły wszystkie trudy. Stwierdził, że kiedy myśli, że już go niczym nie zaskoczę, serwuję mu coś takiego... Zjadł pięć od razu, bez zająknięcia.

Jeśli więc chcecie wywołać efekt łał, to przepis zdecydowanie dla Was. Idealnie nada się na Walentynki; zamiast poziomek można użyć mrożonych truskawek - też będzie pysznie.

Jeśli chodzi o temperowanie czekolady, przygotuję o tym cały osobny post. Bo to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać...

Poziomkowe praliny w białej czekoladzie

Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 110 g białej czekolady
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g poziomek
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g biszkoptów
dodatkowo:
  • 250 g białej czekolady
  • 3 łyżki liofilizowanych truskawek
Czekoladę do pralinek posiekać. Kremówkę zagotować, zalać nią czekoladę, odstawić na 5 minut. 
W tym czasie poziomki z sokiem z cytryny zmiksować blenderem na gładką masę, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Biszkopty drobno pokruszyć, wymieszać z owocami.
Czekoladę wymieszać, aż do rozpusczenia. Dodać biszkopty z poziomkami, wymieszać na jednolitą masę. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Ze schłodzonej masy formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ułożyć na talerzu, schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pozostałą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zatemperować.
Trufle oblewać czekoladą, układać na papierze do pieczenia. Natychmiast wierzch dekorować liofilizowanymi truskawkami. Zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Alicji - wyobrażacie sobie takie pralinki na tak niezwykłym talerzu...? Ależ to byłoby piękne!

niedziela, 27 kwietnia 2014

Niedzielne słodkości - karmelki cydrowe

Właśnie przeglądałam folder ze zdjęciami, i w oczy wpadły mi karmelki. Zapomniałam o nich niemal zupełnie, robiłam je bowiem na Boże Narodzenie (tak, tak, mam bałagan w zdjęciach i mnóstwo zaległych przepisów - nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć). Jednak oglądając zdjęcia przypomniałam sobie ich smak - słodki, lepki, ze świeżą nutą bzu. Cudownie ciągnące, niczym najlepsze na świecie krówki-mordoklejki (może niezbyt elegancka to nazwa, ale ja ją lubię; poza tym wszyscy wiedzą, o co chodzi). Znalazłam je na blogu Coutellerie i zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Robiłam te, ale również wersję z czerwonym winem, którą możecie znaleźć na blogu - obie pyszne i intrygujące, takie inne i ciekawe. Polecam serdecznie.

Karmelki cydrowe

Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 825 ml cydru bzowego
  • 200 g cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 130 g masła
  • 1/4 łyżeczki soli

Cydr wlać do rondelka, zredukować do 200 ml - około 15 minut na dużym ogniu. Zahartować kremówkę, wlać do cydru, dodać cukier, masło i sól. Gotować bez mieszania, aż masa osiągnie temperaturę 125 st. C.
Zdjąć z palnika, przelać do formy (11x28 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Pozostawić do zastygnięcia.

Zastygniętą masę pokroić na kawałki, każdy kawałek zawinąć w papier do pieczenia.

Smacznego!

Ja tymczasem zbieram się w sobie, bo ostatnie przygotowania do popołudniowej imprezy poczynić należy. Mam nadzieję, że tort spodoba się małej jubilatce i nieco większym gościom - włożyłam w niego mnóstwo pracy, i choć efekt - jak zawsze - odbiega nieco od tego wyśnionego, jestem całkiem zadowolona. Uff... Udało się.

sobota, 8 marca 2014

Słodka sobota, czyli trufle dla Mamy

Dzisiejszy dzień w całym kraju jest dniem niezwykle ważnym. W kwiaciarniach i cukierniach ruch jak w Walentynki, panowie zaopatrzeni w bukiety, czekoladki czy też nieco bardziej ekstrawaganckie upominki wędrują dumnie do domów, a panie dzisiaj tylko . Śliczne i pachnące, celebrują swoje święto.
W Danii - niestety - nie jest ono tak znane, i tego dnia nie mam co liczyć na szczególne traktowanie. Na szczęście ciągle jeszcze mogę się cieszyć prezentami z okazji rocznicy oraz rocznicy i czterech dni (ciekawe, czy w przyszłym roku też będziemy takową celebrować...?), więc wcale nie narzekam. 
W naszej Rodzinie jednak, poza Dniem Kobiet, obchodzimy również urodziny mojej Mamuni. Kwiatki od Taty, wiadomo, od nas kiedyś dziecięce laurki, później inne samodzielnie zrobione drobiazgi. Dzisiaj, niestety, sprawa nie wygląda tak różowo...
Zwróciłam się ostatnio do mojej Rodzicielki z jakże stosownym pytaniem: Co byś chciała na urodziny?
Nic. Ja wszystko mam.
No cudownie, kobiecy ideał. Jedyna taka na świecie, co ma wszystko.
Drążyłam jednak dalej, bo uparte ze mnie stworzenie. Udało mi się uzyskać nie do końca satysfakcjonującą mnie odpowiedź: Nowy kocyk dla Klusi (pies) i garnitur dla Zbyszka (Tato). 
Odetchnęłam głęboko. Mamuś, ale coś dla ciebie...
A wiesz co? Taki krem do twarzy. Ale tylko ja umiem kupić dobry...

Bądź tu mądry i pisz wiersze, jakby powiedziała Babcia.

Prezent wymyśliłam. Sama. Jak się Mamie nie spodoba, to jej go zabiorę, bo mi odpowiada. 
Jedyna opcja, która nie przyprawia mnie o ból głowy...

Za to jestem całkowicie pewna, że Mamie zasmakowałyby te trufle. Ja się w nich zakochałam, i naprawdę ciężko mi się było od nich oderwać.
Mascarpone z czekoladą i marcepanem, a do tego żurawinowe wnętrze z lekką nutą amaretto, które świetnie tutaj pasuje. Całość obtoczona w kakao, które wspaniale podkreśla słodko-delikatne wnętrze. Całość smakuje wybornie, i naprawdę - nie można im się oprzeć. Trzeba jednak przechowywać je w lodówce, w temperaturze pokojowej bowiem szybko robią się miękkie. Nadal pyszne, ale nieco kłopotliwe w jedzeniu.

Przepis znalazłam na blogu Sto kolorów kuchni, od siebie dodałam żurawinę namoczoną w alkoholu, która mi bardzo tutaj pasowała.

Jeśli nie macie pod ręką urodzinowej Mamy, śmiało możecie przygotować takie z okazji Dnia Kobiet. Albo z jakiejkolwiek innej. Albo zupełnie bez okazji - takie są pyszne, że zawsze znikną szybciutko.

Trufle czekoladowo-marcepanowe z żurawiną

Składniki:
(na 30-35 sztuk)
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g mlecznej czekolady (35%)
  • 100 g marcepanu
  • 30 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
dodatkowo:
  • 15 g kakao
Mascarpone lekko zmiksować, dodać pokruszony marcepan, połączyć.
Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej, przestudzić, dodać do masy śmietankowo-marcepanowej. Dokładnie wymieszać, wstawić na noc do lodówki.
Żurawinę namoczyć w amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia żurawinę dobrze odcisnąć.
Z masy formować kulki wielkości orzecha włoskiego, w środek każdej wciskając 2-3 żurawiny. Trufelki obtaczać w kakao - jeśli byłyby zbyt miękkie, wstawić na 15 minut do lodówki.

Przechowywać w lodówce, podawać schłodzone.

Smacznego!

A przed nami cudownie leniwy weekend. Ostatni spędziliśmy dość aktywnie, dużo czasu poza domem. Teraz należy nam się odpoczynek...

środa, 12 lutego 2014

Szybko, słodko, kokosowo... Trufelki

Zgubiliśmy się. W naszej wsi. Komedia jak nic.
Mieszkam w maleńkiej mieścinie, raptem trzy i pół tysiąca mieszkańców, małe centrum ze sklepami i mnóstwo, mnóstwo domków. Bardzo do siebie podobnych. A między domkami tajemnicze przejścia, które w dziennym świetle nieco na tajemniczości tracą. Po dwudziestej drugiej jednak nigdy nie wiadomo, gdzie się wyjdzie... 
Spacerowaliśmy sobie z Ptysią, zagadały nas dwie staruszki, raz skręciliśmy nie wiadomo gdzie, i nie potrafiliśmy się odnaleźć. Przez całe piętnaście minut! Szczególny niepokój wywołała w nas tabliczka z przekreśloną nazwą miejscowości... Na szczęście po kwadransie C. nas znalazł. Ja byłam przekonana, że wyjdziemy z zupełnie innej strony...
Wnioski - ekspedycje rozpoznawcze zostawić na godziny, kiedy nie jest jeszcze zupełnie ciemno. 

A teraz do meritum wpisu.
Trufle to fajna rzecz. Robi się je szybko (zasadniczo, można wybrać wersję urozmaiconą, która zajmie tyle samo czasu, co przygotowanie pokaźnego tortu), wyglądają niezwykle efektownie, i często obdarowani nie chcą wierzyć, że nie zostały kupione w sklepie. Lubię trufle, i w zasadzie nie mam pojęcia, dlaczego robię je tak rzadko. Szczególnie, że C. za takimi małymi słodkościami przepada.
Te akurat zrobiłam już jakiś czas temu, aby osłodzić C. pierwszy dzień w pracy. Podziałało. Robiąc zdjęcia pomyślałam, że to idealne rozwiązanie na Walentynki dla tych, którzy lubią kokos lub mają w domu kogoś, kto za nim przepada. Są szybkie i proste do zrobienia, można je przygotować na ostatnią chwilę, i nikt się nie zorientuje. Smakują dobrze - C. był zachwycony, dla mnie są za bardzo kokosowe... Ale ja fanką kokosa nie jestem, co zresztą nie jest tajemnicą. Konieczny dodatek alkoholu - inaczej są strasznie maślane, a to nie każdemu może odpowiadać.
Z porcji wychodzi sporo trufli, można nimi obdarować małe stadko Walentynek... Albo jedną, która naprawdę lubi kokos.

Przepis znalazłam u Ani.

Trufle kokosowe II

Składniki:
(na 30-35 sztuk)
  • 200 g wiórków kokosowych
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 70 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 2 łyżki ekstraktu z wanilii

Wiórki wymieszać z cukrem pudrem.
Masło z kremówką rozpuścić, przestudzić. Dodać ekstrakt. Wlać do wriórek, dokładnie wymieszać. Wstawić na 15-30 minut do lodówki.
Po tym czasie z masy formować kulki wielkości orzecha włoskiego, układać w papilotkach.
Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Podawać prosto z lodówki lub w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

No to idę wyspacerować Ptysię. Póki jasno...

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ciągnące karmelki z czerwonego wina. Mniam!

Spóźniłam się ze Świętami. Za późno zabrałam się za pieczenie ciasteczek, nie przygotowałam wymarzonego, piernikowo-pomarańczowego sernika. Żurawinę musiałam zamrozić, bo nie dałam rady zrobić ciasta, które od dawna chodzi mi po głowie. Nie wiem, jak to się stało. Inspiracji było mnóstwo, czekały wszędzie, aż zwrócę na nie uwagę. Ciągle o Świętach rozmawialiśmy, w końcu wyciągnęliśmy krasnale i ubraliśmy choinkę, a wieniec adwentowy ze świeczkami stał na stole przez cały grudzień. Może to tęsknota za domem, a może brak śniegu sprawiły, że nie do końca potrafiłam wczuć się w przedświąteczny klimat. A kiedy już wpadłam w wir pracy, było za późno na przygotowanie wszystkiego. 
Nauczona doświadczeniem, spisałam listę przedświątecznych smakołyków na przyszły rok. Przez długie miesiące nie będę do niej zaglądać, ale pod koniec listopada (mam nadzieję) zmotywuje mnie do podjęcia odpowiednich działań. Upiekę sernik i muffiny z choinkami, zrobię piernikowe makaroniki i nastawię ciasto na piernik staropolski, w domu będzie pachnieć cynamonem przez cały grudzień. I nie, nie zwariowałam - myśli o przyszłych Świętach już dzisiaj odkładam na półkę. Choć piernikiem jeszcze tej zimy u mnie zapachnie...

Teraz opowiem Wam o karmelkach, które przygotowałam na próbę. Przepis znalazłam na Coutellerie, i od razu wpadł mi w oko. Uwielbiam karmelki i ciągnące krówki, takie cukierki to więc jak dla mnie strzał w dziesiątkę. Chciałam je przygotować w oryginalnej wersji, tym bardziej, że mam w domu całkiem sporo cydru. Miałam też otwartą butelkę wina, na które nikt nie miał ochoty... Zmniejszyłam więc proporcje, i zrobiłam karmelki z czerwonego wina. Efekt? Dość zaskakujący. Mają cudowny, głęboko rubinowy kolor i winny smak, a do tego wspaniale się ciągną. Mi bardzo smakowały. Oczywiście przygotowałam też te oryginalne (o nich innym razem), i obie wersje miały swoich zwolenników. Ciężko mi powiedzieć, która lepsza. Spróbujcie sami.

Karmelki z czerwonego wina

Składniki:
(na 15 cukierków)
  • 275 ml czerwonego wina
  • 70 g cukru
  • 35 g śmietany kremówki (38%)
  • 45 g masła

Wino wlać do garnuszka z grubym dnem, zredukować do 65 ml - około 10-15 minut na średnim ogniu. Odrobinę wina wlać do śmietanki, żeby ją zahartować. Do wina wlać śmietankę, dodać cukier i masło. Gotować bez mieszania, aż płyn osiągnie temperaturę 125 st. C. Zdjąć z palnika, dobrze wymieszać, przelać do wyłożonej folią spożywczą formy 8x13 cm. Ostudzić, zostawić do zastygnięcia - można wstawić do lodówki.

Zastygniętą masę pociąć na niewielkie kawałki ostrym nożem z piłką. Każdy cukierek zawinąć w kawałek papieru do pieczenia.

Smacznego!

Karmelki były u mnie smakołykiem sylwestrowym, ze względu na strukturę przypadły do gustu dzieciom, a ciekawy, oryginalny smak przekonał do nich dorosłych. Z pewnością i w Waszych domach znajdą amatorów.

piątek, 6 grudnia 2013

Trufle dla Mikołaja

Byliście grzeczni? Mikołaj o Was nie zapomniał? Znaleźliście słodycze albo inne drobne prezenty w butach? Czy też wolelibyście, żeby Wasze mieszkanie ominął, bo z kozaków wystawała rózga...?
Nie, nie, jestem pewna, że nikt sobie na rózgę nie zasłużył (Mikołaj to dobry święty, za byle co rózg nie zostawia). Ja dostałam moje najulubieńsze migdały w karmelu. Całą paczkę, tylko dla mnie. Mniam, mniam... Dziękuję Mikołaju!

Żeby Mikołaj wiedział, że o nim pamiętam, poczęstowałam go domowej roboty trufelkami. Moimi i Mikołaja ulubionymi - bo o smaku tiramisu. Gdy tylko wziął pierwszą do ust, z radością stwierdził, że smakują jak mini wersje tego słynnego deseru. W sam raz na jeden kęs. Oboje więc byliśmy bardzo zadowoleni, i każde w swoim rogu kanapy raczyło się przysmakami. Takie Mikołajki to ja mogę mieć codziennie!

Tak naprawdę nieczęsto robię trufle - sama nie wiem, dlaczego. To banalnie proste i stosunkowo szybkie słodkości, możemy wyczarować dowolne smaki i tekstury, są niezwykle urocze i robią wrażenie na gościach czy obdarowywanych osobach. Zdecydowanie muszę robić je częściej...
Tym razem motywację stanowiły dwie rzeczy: po pierwsze, temat wspólnego gotowania: mikołajkowe trufelki. Ponieważ uwielbiam te chwile wspólnego kucharzenia, nie mogłam się oprzeć, żeby nie spotkać się w wirtualnej kuchni z Panną Malwinną, Mirabelką i Siaśką. Koniecznie zajrzyjcie do dziewczyn i sprawdźcie, jakie pyszności przygotowały dla Mikołaja.
Drugim elementem motywującym był C. W klepie zobaczyłam prześliczne mini papilotki, i od razu wrzuciłam je do koszyka. C. popatrzył na mnie zdziwiony i stwierdził, że ja przecież trufli nie robię... Powiedziałam, że jedynym tego powodem jest brak tychże ślicznych maleństw. Skoro więc przyszły ze mną do domu, musiałam od razu je przetestować. Moim zdaniem sprawdziły się znakomicie - czyż trufelki nie prezentują się w nich uroczo...?

Natchnienie do trufelków znalazłam u Mirabelki - pozmieniałam jednak nieco proporcje, bo miałam tylko 150 gram mascarpone. Że wyszły absolutnie bajecznie, i koniecznie musie spróbować je zrobić, to już pisałam...

Trufle tiramisu

Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 150 g serka mascarpone
  • 2 łyżki cukru waniliowego
  • 90 g podłużnych biszkoptów
  • 1,5 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • 2 łyżki wrzątku
  • 2 łyżki Amaretto

dodatkowo:
  • 10 g kakao

Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać, ostudzić.
Biszkopty pokruszyć (mogą zostać większe kawałki), wymieszać z ostudzoną kawą i Amaretto. Odstawić na 15 minut.
Mascarpone wymieszać z cukrem waniliowym, dodać biszkopty, dokładnie połączyć.

Z masy formować kulki. Obtaczać w kakao, przekładać na talerz lub do mini papilotek.
Schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny przed podaniem.

Smacznego!

Bodil się już wyszalała - u nas w ogrodzie zdmuchnęła huśtawkę, sąsiadom zerwała dach. Sypnęła śniegiem, i ostatnimi już zrywami szarpie drzewa w parku. Oj, nie lubię ja huraganów...

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Pożegnanie z truskawkami

Wracałam dziś do domu autobusem (C. - chyba, bo nie daje znaku życia - odebrał po południu autko od mechanika - mam nadzieję, że już jeździ do tyłu). Siedzę sobie spokojnie z nosem w książce, aż tu nagle słyszę za plecami: Ooo, ja tu chyba widzę polskie literki! Zdziwiona, odwracam głowę, a tam pani dobrze po pięćdziesiątce. I - jak byk! - mówi do mnie w języku mym ojczystym. Nieźle się zdziwiłam. 
Porozmawiałyśmy aż do jej przystanku. Przyjemnie tak usłyszeć niespodziewanie swój język tak daleko od domu. Szczególnie, jeśli nie jest to ulubione słowo Polaków ogólnie uznawane za niecenzuralne. 

Zanim wsiadłam do autobusu, drogą kupna nabyłam pewną ciekawą rzecz, która mam nadzieję przyda mi się, kiedy już skończę wypoczywać. W tym tygodniu nie będę miała czasu na tak pracochłonne przedsięwzięcie, jakie sobie wymyśliłam. Ale jak tylko wrócę - będzie się w mojej kuchni działo!

Pierwszy dzień w pracy nie obfitował w niespodzianki - pracy jest mnóstwo i wszyscy, łącznie z szefową, powitali mnie uśmiechami ulgi i szczęścia. K. ledwo żyje, i ja się jej wcale nie dziwię. Mam nadzieję, że niedługo wszystko się unormuje... Niemniej przyjemnie jest usłyszeć od szefowej, że tęskniła, i to nie just a little bit, ale a lot. W związku z tym pożegnałam się z przewidywanym na jutro dniem wolnym w całkiem optymistycznym nastroju. Poza tym, biorąc pod uwagę, ile czasu w tym miesiącu spędziłam i spędzę na urlopie, przyda się te parę godzin ekstra.

W związku z tym, że do domu wróciłam raczej zmęczona, nie chciało mi się niczego piec. Ale że kupiłam ostatnie już chyba truskawki, doszłam do wniosku, że trzeba coś z nimi zrobić. Malutkie, dość kwaśne, same w sobie szału nie robią już, niestety. I wtedy pomyślałam o galaretkach - widziałam takie na kilku blogach, poza tym któż nie zna galaretek owocowych? Żeby było ciekawiej, przygotowałam je w wersji mini, z czekoladą na wierzchu. Ekstrakt z limonki nadaje ciekawej nuty, ale myślę, że z wanilią będą równie pyszne. Albo zupełnie bez niczego.
Mniamniuśne wyszły. Ostatni smak lata?

Galaretki truskawkowe



Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 200 g truskawek
  • 2 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z limonki
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 50 ml gorącej wody

dodatkowo:
  • 70 g czekolady (49%)

Truskawki umyć, odszypułkować, zmiksować na gładką masę z cukrem i ekstraktem. Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, zalać gorącą, mieszać aż do rozpuszczenia. Przestudzić.
Chłodną żęlatynę wymieszać z masą truskawkową. Przelać do silikonowych foremek do lodu, schłodzić w lodówce 2-3 godziny.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i przestudzić.
Gotowe galaretki wycisnąć z foremek. Ułożyć na papierze do pieczenia, zrobić paseczki z czekolady. Zostawić do zastygnięcia.
Podawać schłodzone.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi. Nie, żeby normalnie moje zdjęcia powalały, ale to jest wyjątkowo paskudne. Wszystko dlatego, że o 21:27 nie ma już słonka, i zostaje tylko sztuczne światło, z którym mój aparat w makro zupełnie sobie nie radzi. A szkoda. Bo to znaczy, że będzie już tylko gorzej, aż do następnych wakacji. Heh...

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Trufle razy dwa

Ufff... Jak dobrze, że już poniedziałek. Tak, tak, wiem - brzmi to co najmniej dziwnie. Ale w weekend po pierwsze pracowałam, po drugie miałam Julefrokost, czyli duńskie Christmas party. Idea jest świetna. I muszę przyznać, że bardzo mi się podobało. Jako kierownica nie piłam - poza malutkim łykiem wina od mojej Szefowej, która z wrodzonym sobie wdziękiem przekonywała mnie, że jedna lampka przecież nie zaszkodzi
Cóż - pijany świat z perspektywy trzeźwego człowieka jest naprawdę zabawny. Nasz hotel jest częścią grupy, w której skład wchodzą jeszcze dwa przybytki. I muszę z zadowoleniem przyznać, że choć nie było nas zbyt wielu, wiedliśmy prym w zabawie. Inni najpierw niepewnie spoglądali w kierunku naszych stolików, jednak po którymś z rzędu zagłuszającym wszystko skøl, przestali zwracać uwagę. Tańczyłam (Christian tak mną obracał na parkiecie, że kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje), śmiałam się (naprawdę bardzo dużo), rozmawiałam (ludzie po alkoholu robią się niezwykle wylewni) i bawiłam świetnie. I choć dziś rano obudziłam się niemalże z kacem, jestem zadowolona i w przyszłym roku powtórzę to z przyjemnością. 
Na szczęście - dopiero w przyszłym roku.

Ale przejdźmy do rzeczy bardziej interesujących, czyli świątecznych słodkości.
Razem z Maggie upiekłyśmy nie tylko słodkie pierniczki z witrażykami. U  Usagi Maggie zobaczyła kokosowe trufle, którym nie mogła się oprzeć. Ja do kokosa jestem nastawiona dość neutralnie, ale moi Panowie uwielbiają. W związku z tym pomyślałam, że sprawię im nimi frajdę. Nie myliłam się! Gdyby mogli, zjedliby wszystkie - a, niestety, nie mogli. Bo właśnie te trufelki powędrowały ze mną jako prezent na pracową Wigilię. Nie mam pojęcia, w czyje ręce w końcu trafiły, ale mam nadzieję, że smakowały tak samo, jak nam. A muszę przyznać, że moje nastawienie do kokosu po spróbowaniu tych drobiazgów zdecydowanie się poprawiło. Słodziutkie, ale nie mdłe za sprawą alkoholu - następnym razem dałabym nieco więcej. Nie miałam likieru kokosowego, ale biały rum sprawdził się znakomicie. Jakoś tak pasuje mi do kokosu... 
Smak mleka w proszku jest dość mocno wyczuwalny - nam to odpowiada. A ciemna czekolada świetnie równoważy słodkość białej. Ogólnie - polecam serdecznie. Do pojedzenia, na Święta czy jako prezent - wyglądają uroczo, i z pewnością każdy ucieszy się z takiego drobiazgu.

Chciałabym Ci Maggie podziękować - za wspólne pieczenie, które zawsze jest ogromnym źródłem radości i satysfakcji, i za kartkę świąteczną, którą zrobiłaś mi ogromną niespodziankę. Jest cudna! Bardzo, bardzo dziękuję.

Trufle kokosowe


Składniki:
(na 15-18 sztuk)
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 50 g białej czekolady
  • 1 łyżka białego rumu
  • 70 g mleka w proszku
  • 100 g wiórków kokosowych

dodatkowo:
  • 50 g ciemnej czekolady (50%)
  • 1 łyżka masła

Kremówkę z cukrem pudrem zagotować w rondelku. Zdjąć z ognia, wrzucić połamaną na mniejsze kawałki białą czekoladę, odstawić na 5 minut. Wymieszać na gładką masę. Wlać rum, połączyć. Przesiać mleko w proszku, dokładnie wymieszać. Partiami wsypywać wiórki kokosowe, wymieszać. Masa powinna być gęsta i lepka.

Uformować kwadrat lub prostokąt o wysokości 1,5 cm. Ułożyć na płaskim talerzu wyłożonym papierem do pieczenia, schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny. Ostrym nożem pokroić na niewielkie prostokąty.

Ciemną czekoladę rozpuścić z masłem w kąpieli wodnej. 
Zanurzać końce trufli w czekoladzie, odłożyć na papier do pieczenia do zastygnięcia (można wstawić do lodówki).

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Dzisiaj, w ramach nicnierobienia, ubrałam choinkę - jest cudna! Ale chyba każdy tak właśnie myśli o swojej choince... Panowie wczoraj wieczorem przytargali ją do domu, ustawili we względnym pionie, a ja dziś dokończyłam. W tym roku nawet ma czubek! Jak tylko uda mi się znaleźć przedłużacz, żeby podłączyć lampki, pokażę Wam zdjęcia - jestem z niej naprawdę dumna.

wtorek, 6 grudnia 2011

Mikołajkowe ciastka z odzysku

Dzisiaj Mikołajki. Żeby tradycji stało się zadość, rano Panowie znaleźli słodkie drobiazgi. A ja dostałam smsa od Dużego - Ty pewnie nic nie dostałaś, bo niegrzeczna byłaś. Hmm... Cóż... Jednak dostałam - moje ulubione jabłka w karmelu, które sprzedają na straganach pod domem. Mniam! Dziękuję Mikołaju.

Ponieważ nie tylko Mikołaj lubi sprawiać słodkie niespodzianki, też postanowiłam coś przygotować. Miałam akurat kawałek ciasta, na które nikt wcześniej nie miał ochoty, w związku z tym wpadłam na pomysł, żeby zrobić bajaderki. Osobiście nie jadałam ich zbyt często, ale D. bardzo je lubi. Mi się kojarzą z zimowym popołudniem na PKSie, kiedy razem z D. czekaliśmy na autobus. Świat miał ten charakterystyczny kolor - mnóstwo śniegu i odbite od niego światło latarni. Z nieba powoli spadały płatki, wirowały i tańczyły, żeby roztopić się na czerwonych od mrozu policzkach. D. zaciągnął mnie do cukierni i kupił po olbrzymiej bajaderce. Ach, jak dobrze zjeść coś słodkiego w taki zimny czas! Później on wsiadał w autobus, ja pomachałam, i poszłam na tramwaj, cały czas czując w ustach posmak rumu.
Moje bajaderki zrobiłam bez przepisu - ot, wrzucałam to, co akurat mi pasowało. Są więc rodzynki, orzechy, czekolada z kremówką jako spoiwo, rum z nutą wanilii i pomarańczy wzbogacają smak i sprawiają, że chce się sięgnąć po kolejną. Czy smakują jak tamte z cukierni? Nie wiem. Nie pamiętam.
Ale D. mówi, że są lepsze.

Bajaderki


Składniki:
(na 16 sztuk po 35 g )
  • 250 g suchego ciasta (babka, biszkopt - bez owoców)
  • 40 g rodzynek
  • 40 g orzechów laskowych
  • 3 łyżki rumu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka ekstraktu z pomarańczy
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)

Rodzynki namoczyć w gorącej wodzie, następnie dobrze odcisnąć.
Orzechy posiekać i podprażyć na suchej patelni.
Czekoladę z kremówką rozpuścić w kąpieli wodnej.
Ciasto pokruszyć, dodać rodzynki, orzechy, rum i ekstrakty. WYmieszać. Wlać czekoladę, połaczyć. Masa powinna być lekko lepka, bez problemu dająca się formować w kulki. Jeśli jest zbyt sucha - dolać kremówki lub trochę alkoholu, jeśli zbyt mokra - wkruszyć ciasto lub 2-3 herbatniki.

Z masy formować kulki po 35 g - mniejsze lub większe - układać w papilotkach do minimuffinek. 
Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!

Tak naprawdę bajaderki to improwizacja - kawałek suchego ciasta - a reszta to to, co podpowiedzą nam kubki smakowe. Rodzynki, orzechy, migdały, suszona żurawina, czekolada, kakao, masło, śmietana - co kto lubi. Koniecznie jednak musi się znaleźć w składzie rum - bez niego nawet najpyszniejszych kulek nie nazwałabym bajaderkami.

Tymczasem dzisiaj pogoda nie może się zdecydować - raz pada deszcz, raz śnieg, a za chwilę świeci słońce. My siedzimy w domu, pieczemy pierniki, chleby i napawamy się przedświątecznym ciepłem. Nic mi więcej do szczęścia nie trzeba...