Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mozzarella. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mozzarella. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 maja 2016

Czekoladą malowane. I chlebek na proszku

Ostatnio w pracy jesteśmy bardzo zajęci. Ciągle coś: a to Dzień Matki, a to przecena na Othello, a to ktoś zachorował, i cały misternie utkany plan zakładający, że wszyscy pójdą do domu na czas, bierze w łeb. Potem człowiek pracuje po dziesięć, jedenaście godzin i czasami zdarza mu się zapomnieć, jak się nazywa... Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, gdy czynnie zostaje okazane uznanie za człowieka pracę...?

Wszystko zaczęło się od niesamowicie zakręconego dnia, gdy wszyscy biegali jak szaleni i nikt na nic nie miał czasu. Mój szef, do którego należą wszystkie czekoladowe malowidła, przyniósł mi kartkę z logo firmy murarskiej i zapytał, czy potrafiłabym takie namalować na cieście. Hmm... Nigdy nie próbowałam, więc pewnie nie - pomyślałam. Ale zamiast tego głośno rzekłam: Pewnie! I namalowałam, wywołując zdziwienie i akceptację. Od tamtego dnia moje życie ucznia zmieniło się nie do poznania. Owszem, nadal robię te nudne rzeczy, jak maczanie kilkuset ciastek w czekoladzie, ale też dostaję większość tych fajnych, ciekawych zleceń. Ostatnio namalowałam Olafa, mistrza Yodę z Gwiezdnych wojen, a dzisiaj nawet głowę konia. Po drodze trafił się też pies; zamówienie było niesprecyzowane, więc wybrałam poczciwego Reksia. Następnego dnia Henryk woła do mnie przez pół piekarni, że pies był nie taki, jak trzeba. Ze zwieszoną głową wędruję wysłuchać reprymendy, a ten bezczelnie wypycha mnie do sklepu. No pewnie, niech się na mnie niezadowolony klient wyżyje. A tam stoi sobie starszy, uśmiechnięty od ucha do ucha pan i mówi, że jego wnuczka była zachwycona, i on mi bardzo dziękuje. 
Szefowi dałam kuksańca w bok za niewybredne żarty, po czym rozpromieniłam się niczym majowe słońce. To się nazywa udany dzień!

Dzisiaj deseru nie będzie. Zresztą, komu się w takie upały chce jeść słodkie... Zamiast tego lepiej sobie wieczorem upiec chlebek; będzie idealny na śniadanie. Zwłaszcza drugie, bo dzięki smakowitym dodatkom, nie trzeba nawet robić kanapek.
Pomysł podpatrzyłam u Angie, ale zmieniłam dodatki i przygotowałam swoją wersję. Wyszedł żółciutki i mięciutki, a ciągnące się kawałki mozzarelli sprawiły, że zakochałam się w nim bez pamięci. Do tego botwinka, którą udało mi się kupić jeden jedyny raz. A w dodatku chlebek jest na proszku, więc jego przygotowanie to po prostu igraszka. 
A jaka pyszna!

Chlebek z botwinką i mozzarellą


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 22x8 cm)
  • 100 g mąki kukurydzianej
  • 150 g mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 100 ml oleju
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 30 g ziaren dyni
  • 125 g mozzarelli
  • 50 g liści botwinki
Mozzarellę pokroić w koskę, botwinkę posiekać.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, sodą, ziołami, solą i pieprzem. 
Jajka roztrzepać, wymieszać z mlekiem i olejem. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Dodać ser, botwinkę i pestki dyni, połączyć.
Masę przelać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 35-45 minut, do suchego patyczka.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Aktualnie sezon na szparagi w pełni, więc myślę sobie, że trzeba by pokusić się również o wykonanie oryginalnej wersji...

wtorek, 9 lutego 2016

Na Dzień Pizzy: pizza wiosenna

Tak, tak, dzisiaj jest ten piękny dzień, gdy możemy objadać się pizzą do woli! W końcu międzynarodowe święto zobowiązuje, nieprawdaż...? 
Można wybrać drogę prostą, czyli pójście do pizzerii na rogu i wybranie ulubionego numerka z listy, który już nieraz ratował nam życie, gdy w lodówce tylko światło i/lub echo (niepotrzebne skreślić), a chęci na przyrządzenie czegoś bardziej skomplikowanego od wody z kranu równały się zeru. 
Można też wybrać drogę nieco (ale naprawdę, tylko odrobinę!) bardziej skomplikowaną, i pokusić się o przygotowanie pizzy w domu. 

Wbrew pozorom, nie jest to wcale trudne ani czasochłonne; wystarczy sobie wszystko dobrze zaplanować. Ciasto można przygotować nawet wieczór wcześniej i wstawić na noc do lodówki; można też wybrać jakąś szybką, modną opcję bez drożdży. Wierzch to mozaika Waszych smaków, zawartości lodówki i kuchennych szafek; na pizzę można położyć niemal wszystko i prawie zawsze będzie pysznie. Hmm... W zasadzie nie przychodzi mi do głowy nic, co by pizzę definitywnie zepsuło... A Wam?

U mnie tym razem szparagi i mozzarella; tak, tak, wiem: to zupełnie nie ta pora. Uznajmy więc, że to wspomnienie wiosny, do której poważnie zaczynam tęsknić. Biały, delikatny sos, czerwona cebulka i kapary, żeby pizza nabrała charakteru; i gotowe. Nie potrzeba nic więcej, żeby cieszyć się wybornym smakiem w zaciszu domowym. 

A Wy pamiętaliście o Dniu Pizzy...?
Marta, Emilia i Kasia pamiętały. 

Pizza ze szparagami i mozzarellą


Składniki:
(na 3 pizze)

spód:
  • 350 g mąki pszennej
  • 150 g mąki graham
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 400 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy

sos:
  • 250 g serka kremowego
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 ząbek czosnku
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 500 g zielonych szparagów
  • 3 łyżki kaparów
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 250 g mozzarelli
  • 150 g żółtego sera

Mąki przesiać, wymieszać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem i zalać 100 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dolać letniej wody, zagnieść. Dodać sól i oliwę, wyrobić gładkie ciasto (może się delikatnie lepić).
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Szparagi blanszować 2-3 minuty w lekko osolonej wodzie, odcedzić.
Serek wymieszać z kremówką, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, sól i pieprz. Połączyć.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części. Każdą rozwałkować na okrąg nieco mniejszy niż średnica kamienia. Posmarować sosem, ułożyć szparagi, plasterki cebuli i mozzarelli, posypać kaparami i startym żółtym serem.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Podawać gorącą.

Smacznego!

Dzisiaj jest też Dzień Naleśnika; jakby się kto pytał... Tyle dobrego na raz; aż nie wiadomo, co jeść!

sobota, 15 listopada 2014

Chleb na maślance. Najprostszy

Pisałam już o tym, jak ostatnio polubiłam ciasta na maślance. Są niesamowicie wilgotne i mięciutkie, mają konsystencję po prostu idealną. Kupuję więc maślankę często, i piekę kolejne z nią ciasta. Ostatnio tak się jednak złożyło, że w domu była i maślanka, i ciasto. Nie mogłam upiec kolejnego, bo nie było komu jeść. Pomyślałam więc sobie, że skoro ciasta z jej dodatkiem takie są dobre, to może i chleb by się udał...?
Na blogu Rogalik znalazłam dokładnie to, czego szukałam. Chleb jest bardzo prosty w przygotowaniu; jedyne, co zmieniłam, to dodatek mozzarelli. Akurat leżała kuleczka w lodówce czekając, aż ktoś się nią zainteresuje... To się zainteresowałam, i dorzuciłam ją do ciasta.
Wyszło pysznie. Chleb jest miękki i wilgotny, choć odrobinę się kruszy. Kawałki roztopionego sera dodają mu smaczku.

Nawet, jeśli nie pieczecie chleba w domu na co dzień, może skusicie się na taki weekendowy wypiek...? Jest łatwy, dość szybki, i jestem pewna, że każdy sobie z nim poradzi. A zapach świeżego pieczywa w sobotni lub niedzielny poranek to zdecydowanie coś, co Tygryski lubią najbardziej...

Chleb na maślance z mozzarellą

Składniki:
(na keksówkę 30x10cm)
  • 500 g mąki pszennej
  • 500 ml maślanki
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 125 g mozzarelli w kulce

dodatkowo:
  • 15 g ziaren słonecznika
  • 2 łyżki wody

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 100 ml maślanki i odstawić na 15 minut.

Po tym czasie wlać resztę maślanki, wyrobić ciasto - będzie się mocno lepiło. Odstawić je na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Mozzarellę pokroić w kostkę, równomiernie rozprowadzić w cieście. Przełożyć je do formy wysmarowanej masłem.
Odstawić na 30 minut do ponownego wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto skropić wodą, posypać słonecznikiem. 

Piec w 200 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 180 st. C. i piec jeszcze 25-30 minut.
Chleb przestudzić w formie 10 minut, następnie wyjąć na kratkę do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!

A ja się zastanawiam, co by tu zrobić z tak pięknie rozpoczętą sobotą...

sobota, 24 maja 2014

Burza. I bułki z pokrzywą

Tego posta próbowałam napisać już od wczoraj. Z czwartku na piątek jednak całą noc szalała burza. Z małymi tylko przerwami huk piorunów podrywał mnie co chwilę, a oślepiające błyskawice rozświetlały całą sypialnię. Ptysia burzy boi się panicznie, co oznacza, że całą noc domagała się uwagi. Schowana pod kołdrą, wystawał tylko mokry nosek, ciężko oddychała.
Zabawne jest to, że na co dzień jej zdecydowanym faworytem jest C. - to u niego siedzi na kolanach, do niego chce się przytulać. Jednak gdy przychodzi burza lub Sylwester, albo inne straszne rzeczy, wtedy przychodzi po ratunek do mnie. Gdy w nocy wstawałam z łóżka, dreptała za mną krok w krok. Biedactwo moje malutkie...
Na szczęście burza przeszła, i Ptysia mogła iść spać. Ja nie, bo gdy w końcu udało mi się zasnąć, zadzwonił budzik, i trzeba było jechać do szkoły. Wróciłam do domu niemal nieprzytomna, i jak zaległam na kanapie, to wstałam w okolicach siedemnastej. Głodna jak wilk. Zabraliśmy się więc za robienie pizzy (ależ była dobra! Jednak kamień robi różnicę), później pooglądaliśmy coś w telewizji, i tak jakoś wieczór zleciał.
Dzisiaj od rana siedzę w kuchni - robię lody (sorbet właściwie) i tort bezowy, i tak jakoś dopiero teraz znalazłam chwilę, żeby usiąść przed laptopem.

A mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego. Czy ktoś by zgadł, że da się upiec bułeczki z pokrzywą...? Ja nie miałam pojęcia. Kiedy więc znalazłam w książce Bag brød przepis, wiedziałam, że będę musiała go wypróbować. Udaliśmy się na spacer do lasu w celu zebrania pokrzyw. Tylko młode listki z samego czubka. Trochę czasu mi to zajęło... Ale było warto, bułeczki wyszły bowiem pyszne! Co prawda smak pokrzyw nie jest wyczuwalny, ale za to mają cudownie zielony kolor. Do tego ciągnąca się mozzarella (w wersji na ciepło) i chrupiące ziarna słonecznika. Mimo, że bułeczek wyszło aż szesnaście, zjedliśmy je w kilka dni! Na pierwsze i drugie śniadanie, w sam raz do szkoły.
Jeśli macie gdzieś w pobliżu możliwość zebrania pokrzyw - spróbujcie koniecznie. Może od razu uda Wam się przynieść do domu większą ilość - mam bowiem jeszcze jeden ciekawy przepis na ich wykorzystanie...

Bułeczki z pokrzywą i mozzarellą

Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 70 g młodych liści pokrzyw
  • 1 łyżka oliwy
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 500 ml letniej wody
  • 1 łyżka soli
  • 120 g mąki grahamowej
  • 720 g mąki pszennej

dodatkowo:
  • 250 g mozzarelli w kulkach
  • 5 łyżek wody
  • 100 g ziaren słonecznika

Pokrzywy opłukać w zimnej wodzie.
W dużym garnku zagotować wodę, wrzucić pokrzywy, gotować 2 minuty. Przelać na sitko, opłukać zimną wodą - zatrzyma ona proces gotowania, i pokrzywy pozostaną zielone.
Ostudzone pokrzywy odcisnąć, zmiksować z oliwą blenderem na gładką masę.

Drożdże rozetrzeć z cukrem i odrobiną wody. Wlać resztę wody, wymieszać. Dodać pokrzywy, połączyć. Partiami dodawać przesiane mąki z solą, cały czas mieszając. Wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 16 części. Z każdej uformować okrągłą bułeczkę, w środku umieszczając nieco sera. 
Bułki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić na 20-30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki posmarować wodą, obsypać ziarnami słonecznika.

Piec w 250 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Pamiętajcie tylko, żeby dobrze skleić każdą bułeczkę, inaczej mozzarella z nich wypłynie... Mi się to przy kilku przytrafiło.
Z drugiej strony taki stopiony ser jest naprawdę pyszny... Więc tak czy inaczej, z pewnością nic się nie zmarnuje.

piątek, 7 marca 2014

Jarmuż. Z czym to się je...? Z chlebem!

O jarmużu po raz pierwszy przeczytałam całkiem niedawno u Bei. W domu nigdy tego cuda nie jadłam, gdzieś kiedyś o uszy obiła mi się nazwa, aż wreszcie u Klaudyny znalazłam wyczerpujący artykuł na ten temat. Otóż jarmuż jest jednym z tych zapomnianych warzyw, które powoli wracają do łask. Mi wydawał się bardzo egzotyczny, bo przecież zupełnie nieznany. Zastanawiałam się, jak może smakować, i bardzo chciałam go spróbować. Przetłumaczyłam sobie nawet nazwę na duński, żeby wiedzieć, czego szukać w sklepach. Traf chciał, że w naszym lokalnym markecie udało mi się dostać całą wielką torbę. Byłam zachwycona! A C. się ze mnie naśmiewał, że takie rzeczy to tylko ja kupuję...

Przytargałam zakupy do domu, i zaczęłam się zastanawiać, co z tym cudem zrobić. Myślałam o zupie, jarmużowych chipsach, zapiekanych jajkach... Aż w końcu na blogu Kuchennymi drzwiami znalazłam przepis na chlebek do odrywania. Jak tylko go zobaczyłam, wiedziałam, że to będzie właśnie jarmużowy debiut w mojej kuchni.

Mi jarmuż przypomina szpinak, ale jest lekko gorzki, ma w sobie coś specyficznego, jak brukselka. Nie każdemu to przypadnie do gustu, ja takie smaki uwielbiam, więc się w jarmużu zakochałam. Chlebek wyszedł boski - mięciutki, pachnący, sycący. Idealny na drugie śniadanie, bo nie trzeba robić kanapek. Ser bosko się ciągnie, i zjadałam kromki jedna za drugą (szczególnie, kiedy był jeszcze ciepły). 
Jeśli nie znacie jarmużu, koniecznie spróbujcie go kupić (podobno jest coraz łatwiej dostępny) - to bardzo ciekawe warzywo, z pewnością warte uwagi.

A jak już się zaopatrzycie, upieczcie taki chlebek. U mnie z pewnością zagości jeszcze nie raz.

Odrywany chlebek z jarmużem

Składniki:
(na keksówkę 30x11 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml mleka
  • 2 jajka
  • 45 ml oleju
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

farsz:
  • 300 g jarmużu
  • 4 dymki ze szczypiorem
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki masła
  • sól
  • pieprz
  • 70 g mozzarelli

dodatkowo:
  • 50 g mozzarelli

Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. W środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier, i wlać połowę mleka. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do ciasta dodać resztę mleka, jajka i olej. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić na 45-60 minut do wyrośnięcia.

Jarmuż umyć, odciąć twarde końce.
Na patelni rozgrzać masło, dodać posiekane dymki i przeciśnięty przez praskę czosnek. Gdy zaczną się rumienić, dodać jarmuż. Smażyć kilka minut, aż jarmuż zdecydowanie zmniejszy objętość. Dodać sól i pieprz, wymieszać, ostudzić.
Jarmuż wymieszać ze startą mozzarellą.

Ciasto rozwałkować na duży prostokąt, nie grubszy niż 5 mm. Na nim równomiernie rozsmarować nadzienie. Pokroić w pasy, ułożyć jeden na drugim. Każdy pas przeciąć w poprzek na 3-4 kawałki, układać je w wysmarowanej masłem keksówce na sztorc.

Zostawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Piec w 190 st. C. przez 25-30 minut, zaraz po wyjęciu z piekarnika posypać pozostałą startą mozzarellą.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

A może znacie jarmuż i gości często w Waszych kuchniach? Jakie dania z jego udziałem polecacie?
Ja bowiem dopiero się z nim zaprzyjaźniam, i ciągle poszukuję inspiracji.