Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paplanina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paplanina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych Świąt!

Też macie wrażenie, że to jednak grudzień, a nie luty, jest najkrótszym miesiącem w roku? Mi w tym roku dosłownie uciekł - nie zdążyłam absolutnie z niczym! Nie napiekłam setek pierniczków i ciasteczek, którymi mogłabym obdarowywać rodzinę i znajomych, nie pijałam wieczorami grzanego wina, grzejąc się przy kominku, nie siadywałam w bujanym fotelu, żeby z melancholijnym uśmiechem głaskać psy i zachwycać się choinką. Strasznie mi tego brakuje! I trochę mi smutno, że nie zdążyłam się wprowadzić w ten niesamowity nastrój, gdzie zbyt długie czerwone światła czy ciągnąca się w nieskończoność kolejka w sklepie nie wyprowadzają z równowagi, bo z nuconym pod nosem Last Christmas nic nie jest nam straszne.

Dziś - Wigilia. Naprawdę? 
Już za kilka godzin wrócę z pracy, wykąpię się, może nawet uda mi się chwilkę zdrzemnąć; zaniesiemy do auta wszystkie skrupulatnie zapakowane prezenty i pojedziemy do rodziców C., a tam, razem z resztą coraz pokaźniejszej familii (będzie nas piętnaścioro!; a już na przełomie kwietnia i maja powitamy nowego członka rodziny) zjemy świąteczną kolację, będziemy śpiewać kolędy i tańczyć wokół choinki, bawić się w pakkelege i szukać migdała w deserze. I zapomnę o tym, że grudzień mignął nie wiadomo kiedy; będę cieszyła się chwilą, spokojem i bliskością ważnych dla mnie osób. 

Wam również życzę cudownie spokojnych, wypełnionych śmiechem i radością Świąt, najpyszniejszych pierogów i barszczu z uszkami, całej fury prezentów, które wywołają okrzyki zachwytu, a przede wszystkim - wielu niezapomnianych chwil z najbliższymi - bo to przecież najważniejsze.


Jednocześnie ogromnie dziękuję za wszystkie życzenia - w tym roku były dla mnie szczególnie ważne; tak mi miło, że o mnie pamiętacie!

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Czas pędzi nieubłaganie... Pamiętam, jak kiedyś dni do Wigilii dłużyły się niemiłosiernie; czekałyśmy z Młodą na kolacje u Babć, zabawy z Kuzynką, najlepsze pierogi na świecie i, oczywiście, prezenty. Dzisiaj mam wrażenie, że dwudziesty czwarty grudnia pojawia się jakby znienacka; zdecydowanie zbyt szybko. Uwielbiam bowiem czas oczekiwania, te wszystkie mozolne przygotowania, pieczenie pierniczków, pakowanie prezentów, ubieranie choinki... I kiedy wiem, że to już, czuję w sercu lekkie ukłucie żalu - znów będzie trzeba czekać cały rok, żeby utrzeć w moździerzu przyprawę do piernika, wybrać nowe, idealne drzewko i porozstawiać po domu świąteczne dekoracje...
Cóż, chyba się starzeję!


Jako, że to już najwyższy czas, chciałabym Wam życzyć cudownych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Żeby wszystkie codzienne niesnaski poszły w zapomnienie, żebyście cieszyli się tymi chwilami spędzonymi z najbliższymi (o które w zabieganej codzienności tak przecież trudno). O śniegu nie ma nawet co marzyć, tym łatwiej pędzie więc rozpalić ogień uczuć w sercach. 

Wesołych Świąt!

Życzymy Wam razem z Ptysią w choinkowym wydaniu.


Jednocześnie bardzo Wam dziękuję za wszystkie piękne życzenia, które od Was dostałam. Zapewniliście mi chwile prawdziwego wzruszenia!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

O zajęciach w szkole cukierniczej. Część druga

Od momentu, gdy skończyłam mój grundforløb, czyli pierwszy etap szkoły cukierniczej, minęło już pół roku. Pamiętam, jak wychodząc z sali egzaminacyjnej, ledwo trzymałam się na nogach. Gdy usłyszałam magiczne zdałaś, a zaraz po nim na dziesiątkę, uśmiechnęłam się grzecznie i podziękowałam, ale serce fikało mi koziołki z radości. Udało się! 
Później szukałam praktyk; ze względu na wiek (powyżej dwudziestu pięciu lat), nie jest to łatwe, gdyż starszy praktykant musi mieć płacone lepiej niż młodszy. Na szczęście w końcu trafiłam na Henrika, który zobaczył we mnie potencjał i zgodził się przyjąć na próbę. Już po kilku dniach poprosił mnie na rozmowę i zapewnił, że w jego piekarni jest dla mnie miejsce. Ulżyło mi ogromnie; od tej chwili minęły już niemal trzy miesiące. W Kagehuset czuję się już jak w domu; radzę sobie całkiem nieźle, ludzie są przesympatyczni i mam nadzieję, że właśnie w takiej atmosferze upłyną mi całe praktyki.

Póki co jednak, chciałabym Was zabrać w małą podróż w przeszłość. Gdy idea pracy w cukierni dopiero powoli układała mi się w głowie, a na co dzień starałam się zaimponować nauczycielom ze szkoły. Nieskromnie powiem, że kilka razy się udało. 

Zacznijmy od czekoladek. Z Nielsem mieliśmy zajęcia z czekolady kilka razy w miesiącu; było temperowanie, rysowanie, aż wreszcie przyszedł dzień, w którym mieliśmy spróbować naszych sił w robieniu pralinek. Jeśli czekolada zatemperowana jest poprawnie, nie jest to wcale takie trudne. Wylanie czekolady do formy, chwila na zastygnięcie, wypełnienie nadzieniem i zamknięcie. Ot, cała filozofia! Mieliśmy jednak sporo czasu i kilka fantazyjnych foremek, dałam się więc ponieść fantazji, i przygotowałam takie kwiatki:


Usłyszałam, że wyglądają jak małe dzieła sztuki. Dusza fruwała mi z radości pod sufitem. Oczywiście zaczęłam od prostszych modeli, jak na przykład te serduszka:


Flødekager to codzienność każdego piekarza i cukiernika. To nic innego, jak ciasta z bitą śmietaną. Mogą być to małe torciki, całkiem spore torty albo małe kawałeczki dla jednej osoby. Tradycyjne to Othello, które pokazywałam Wam w poprzednim wpisie, a także gåsebryst, którego indywidualny wygląd zależy od fantazji cukiernika. Tym razem przygotowałam białe z truskawkami i czekoladowymi ornamentami.


Te maleństwa to babeczki wypełnione kremem cukierniczym i udekorowane - a jakże! - bitą śmietaną. Robiło się ciepło, sezon na wytęsknione truskawki właśnie się zaczął, nie mogłam się im więc oprzeć.


Oczywiście, szkolenie na cukiernika nie może obejść się bez podstaw, czyli na przykład dekoracji lukrem. Praca w grupach zaowocowała takimi serduszkami. Zebraliśmy za nie z Julią i Thomasem mnóstwo pochwał: były nie tylko pyszne, ale (podobno) bardzo profesjonalnie udekorowane. 


Najprzyjemniejsza praca to oczywiście torty. Nie robi się ich codziennie, nawet w dużych cukierniach; są bowiem prawdziwym wyzwaniem. Czy klient będzie zadowolony? Czy ciasto przetrzyma podróż, nie rozpadnie się? Czy smak spełni wymagania? Tym razem cały ten stres odpadł; naszym zadaniem było przygotowanie tortu na wymyśloną przez nas okazję. Mój miał się nadawać na mały ślub lub konfirmację; od dawna marzyłam o przygotowaniu piętrowego tortu, gdy więc nadarzyła się okazja, nie mogłam sobie odmówić! Róże są moją mocną stroną, poza tym wyglądają bardzo efektownie i elegancko. Tort jest prosty, ale takie właśnie podobają mi się najbardziej. Efekty? Nauczyciel był naprawdę zadowolony, a ja dumna jak paw.


Ten tort to znów efekt pracy zespołowej; razem z koleżankami przygotowałyśmy tort dla policjantów; prawdziwych klientów! Podobno byli zachwyceni, choć trochę pomieszały nam się kolory.


I na koniec kringel, czyli wielki precel, którego w swoim logo ma większość duńskich piekarni. Pokazuję Wam go, bo choć nie jest to specjalnie efektowny wypiek, Ole powiedział, że na egzaminie końcowym dostałabym za niego dwunastkę bez dwóch zdań. A to przecież najwyższa ocena! 


Tym właśnie zajmowałam się przez dwadzieścia tygodni szkoły. Był to przemiły czas, i czasami troszkę za nim tęsknię... Przede mną jednak nowe wyzwania; praktyki idą świetnie (odpukać!), a do szkoły znów idę już we wrześniu. Z jednej strony nie mogę się doczekać, bo jestem pewna, że to będzie świetna zabawa; z drugiej, jestem przerażona perspektywą mieszkania w akademiku (czy jak to się tam w Danii zwie), nowym miejscem daleko od domu, nowymi ludźmi i... Nowym wszystkim
Ale będzie dobrze, prawda...?

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Paplanina: Liebster Blog

O tym, czym jest Liebster Blog Award pisałam już kilkakrotnie, przy okazji wcześniejszych nominacji. Tym razem więc od razu przejdę do rzeczy. 

Ponad dwa tygodnie temu Endżi zadała mi jedenaście pytań. Oczywiście, chciałam na nie odpowiedzieć jak najszybciej, ale... Znów dopadła mnie rzeczywistość. Najpierw poświąteczne lenistwo, dziesięciogodzinna podróż do domu, wyjazdowy Sylwester, a wreszcie chwila odpoczynku przed powrotem do pracy. W końcu jednak zebrałam się w sobie; stwierdziłam, że jak nie teraz, to kiedy...? I zabrałam się za pisanie. 


1. W długie zimowe wieczory lubię...
Umościć się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty na stoliczku obok, najlepiej w towarzystwie czegoś słodkiego, z Ptysią zwiniętą w kłębek tuż obok i dobrą książką w dłoni. A jeśli C. jest akurat w domu, zamiast książki będzie film. Pełnia szczęścia. 

2. Pies, kot, a może rybki? Jakie stworzenia zasilają szeregi Twojego domowego zwierzyńca?
Kiedyś miałam myszkę i żółwia, później Mama przyniosła do domu psę, którą się zajmowałam z racji tego, że akurat miałam najdłuższe wakacje w życiu. Gdy się wyprowadziłam, tak tęskniłam za Klusią, że gdy tylko nadarzyła się okazja, przygarnęłam Ptysię. Uważam psy za najbardziej komunikatywne, pocieszne i rozkoszne zwierzątka domowe.

3. Czego nie lubisz w blogosferze?
Niemiłych ludzi, którzy krytykują dla samej krytyki i wymądrzają się na wszelkie tematy. A przecież ogólnie wiadomo, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego...

4. Co najchętniej nucisz pod nosem?
Ostatnio, oczywiście, świąteczne melodie, których ciągle nie mogę wyrzucić z głowy. A tak na co dzień  różne piosenki z dzieciństwa.

5. Każdy ma jakiegoś bzika, a jaki jest Twój?
Jestem zwariowana na punkcie mojego psa, czytania i pieczenia.

6. Najprzyjemniejsze wspomnienie związane ze Świętami?
Gdy miałam jakieś 10 lat, wracaliśmy po Wigilii spędzonej u Babć do domu. Młoda spała w foteliku, a ja opierałam czoło o szybę i obserwowałam padający śnieg w niesamowitym, różowawym świetle nocnego miasta. Prezenty już rozpakowane, kolacja zjedzona, a świat otula śniegowa cisza. Czułam się wtedy tak swojsko i bezpiecznie. Nie wiem dlaczego, ale często wspominam tę właśnie chwilę, choć dla nikogo innego nic w niej wyjątkowego pewnie nie było.

7. Twój typ spędzenia perfekcyjnego niedzielnego poranka?
Wstaję później niż zwykle, ale ciągle w miarę wcześnie. C. jeszcze chrapie, więc cicho wymykam się z pościeli, zaparzam aromatyczną herbatę i celebruję pierwsze dziesięć minut spokoju. Następnie przygotowuję jakieś pyszne śniadanie; placuszki, pieczoną owsiankę, a może kolorowe kanapki...? Budzę C., zjadamy razem posiłek, a potem idziemy z Ptysią na długi spacer do parku, bo pogoda oczywiście jest idealna. 

8. Ty wybierasz podróże, czy podróże wybierają Ciebie; najbardziej nieprawdopodobna podróż w Twoim życiu?
Jako dziecko nie podróżowałam wiele; jeździliśmy na wczasy, Rodzice wysyłali mnie na kolonie, ale ciągle w te same miejsca. Gdy więc nadarzyła się okazja, spakowałam walizkę, wsiadłam w samolot i poleciałam na pół roku do Anglii. Stamtąd do Danii, i już tutaj zostałam. Moja niesamowita podróż trwa więc nadal.

9. Kawa czy herbata?
Herbata. A czasem kawa, koniecznie z pianką!

10. Wrzosowiska, tajemniczy lat, malownicze jezioro? Jaki jest Twój typ miejsca, które relaksuje Cię najbardziej?
Pusta plaża pod koniec lata. Gdy jeszcze jest ciepło, ale już nie gorąco, i tłumy turystów wolą inne rozrywki. Lubię usiąść na piasku i wpatrywać się w fale rozbijające się o brzeg z cichym szumem. Ogarnia mnie wtedy wewnętrzny spokój, a troski zmywa słona woda.

11. Lampka dobrego wina, szklaneczka whisky, a może piwo z gęsto pianką? Jaki jest Twój ulubiony trunek?
Nie piję dużo, najczęściej jest to czerwone wino, choć wolę białe i różowe. Przepadam za to za słodkimi likierami, w których niemal nie czuć alkoholu. A jeśli ktoś zaprosi mnie na drinka, niezawodnie wybiorę truskawkowe mojito. 

Endżi bardzo dziękuję za nominację; wymyślenie odpowiedzi na Twoje pytania sprawiło mi prawdziwą przyjemność. Mam nadzieję, że Wy będziecie bawić się choć w połowie tak dobrze, czytając tego posta. 

sobota, 2 stycznia 2016

Podsumowania i plany, czyli szczęśliwego Nowego Roku!

Witajcie!
Długo mnie tu nie było; a może raczej byłam, ale bardziej jako cichy, niezauważany przez większość gość, a nie gospodarz. Grudzień dał mi się we znaki; nowa praca, a później wyjazd do Polski. Przez ponad tydzień nawet nie włączyłam laptopa! To zdecydowanie oznaka udanych Świąt. 

Jak minęło mi Boże Narodzenie? Rodzinnie i wesoło, bo od dawna już nie miałam okazji spędzać Świąt w Polsce. Wszystkich nasza obecność bardzo ucieszyła, było dużo śmiechu, wymiany wrażeń, opowieści. I oczywiście pyszne, polskie jedzonko! Pierogi wszelkiej maści, uszka, barszczyk, sałatka, karpik, schab w galarecie, tatar, zraziki, galat (przez niektórych zwany galartem, co doprowadziło do niebywale długiej dyskusji), a na deser piernik staropolski i pyszny sernik, o którym opowiem niebawem (bo idealnie nada się do utylizacji zalegających w puszkach pierniczków). Jednym słowem: bajka
A i Mikołaj o nas nie zapomniał; śmiechu było co niemiara ze szczotką, która miała być dla mnie, a idealnie podpasowała Ptysi, a także z psimi smakołykami, których Klusia pilnowała niczym przysłowiowy pies ogrodnika. Moja biblioteczka wzbogaciła się o kilka bardzo ciekawych pozycji (kulinarnych, więc z pewnością jeszcze o nich poczytacie), szafa o mięciutkie swetry, a kosmetyczka o kilka drobiazgów, dzięki którym w tym roku będę jeszcze piękniejsza, a pachnieć będę zupełnie obłędnie. 

Czekały też na mnie niespodzianki, których się nie spodziewałam, albo o których zupełnie zapomniałam. Była więc paczka z olejem Kujawskim i puszkami od firmy Bonduelle, a w sporych rozmiarów kartonie czekały smakołyki od Delecty i Bakallandu, a między nimi książka ze stoma przepisami, z których jeden jest mój. Ach, jakże mnie to ucieszyło! W zeszłym roku w Mistrzu Branży pojawił się też artykuł o słodkich blogerach, a dzięki Aurorze znalazłam się w tym znakomitym gronie. Zobaczyć swoje nazwisko, wydrukowane czarno na białym, i to dwa razy, sprawia niesamowitą frajdę. Dziękuję więc pięknie za wszystkie prezenty i okazje, które mi mi dano.

Co jeszcze wydarzyło się w minionym roku...? Wiele. Przede wszystkim skończyłam pierwszy etap edukacji na drodze ku mojemu wielkiemu marzeniu. Znalazłam też praktyki, i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już za dwa lata i sześć miesięcy zostanę cukiernikiem. 
O całej reszcie pisałam Wam na bieżąco, nie będę Was już więcej zanudzać prywatą.

Jakie mam plany na rok kolejny? Starać się być jak najlepszą w pracy, rozwijać bloga i siebie, a przede wszystkim cieszyć się tym, co mam. Bo naprawdę jest się czym cieszyć!
Mam też nadzieję na nowe, cudowne znajomości, niespodzianki i interesujące wydarzenia. Mam też pewien plan... Ale o nim na razie ciii... Żeby nie zapeszyć.

Dziękuję Wam za wszystkie piękne życzenia, i oczywiście życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, na ten Nowy Rok. Żeby był lepszy niż poprzednie, pełen radości i ciepła. Żeby wszystko układało się jak najlepiej. Po prostu.

Szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Uff... W tym roku przedświąteczna bieganina wyjątkowo dała mi się we znaki. Przez dwa ostatnie tygodnie chodziłam ciągle niewyspana, a przez to rozdrażniona i jakoś tak... Mało świąteczna. Nawet dla bloga czasu mi zbrakło, i te ostatnie świąteczne przepisy pojawią się dopiero w przyszłym roku.

Od wczoraj bowiem jestem w Polsce; w tym roku Wigilię celebrować będziemy z moją Rodziną. Oboje nie możemy się doczekać!

Wszystkim Czytelnikom Pożeraczki chciałabym złożyć najlepsze życzenia; aby ten wieczór był niezapomniany. Żebyście na stołach znaleźli swoje ulubione dania, a pod choinką wymarzone prezenty. Żebyście choć na chwilę zapomnieli o troskach i kłopotach, a wszelkie animozje odrzucili w kąt. Żeby był to czas spokoju i radości z przebywania z najbliższymi.

Wesołych Świąt!


Na zdjęciu moja duńska choinka; według mnie - idealna. A pod nią prezenty, które chwilę po zrobieniu zdjęcia zapakowaliśmy i zabraliśmy ze sobą. Oby obdarownym przyniosły jak najwięcej radości!

środa, 30 września 2015

Liebster Blog Award (liczę na Waszą wyrozumiałość)

Okazuje się, że mnie lubicie. Albo mojego bloga, ale to prawie to samo. Może wysuwam zbyt daleko idące wnioski, ale... Są takie przyjemne! Bo każdy chyba lubi być lubiany, prawda...?
Dostałam kolejne nominacje do Liebster Blog Award, i jest mi z tego powodu szalenie przyjemnie. Trzy świetne blogerki uznały, że chciałaby się dowiedzieć czegoś więcej akurat o mnie. Dlatego, bez przydługich wstępów tym razem, od razu przejdę do rzeczy.


Na początek pytania od Marty:

1. Ulubione danie?
To trudne pytanie, szczególnie dla blogerki kulinarnej. Jest tyle różnych różności... Ale niech będzie sernik i wszelkie jego wariacje.

2. Dla kogo kochasz gotować?
Dla wszystkich, którzy chcą jeść to, co przygotowałam. Najbardziej oczywiście dla bliskich i znajomych, ale też dla zupełnie obcych ludzi - ich, mam wrażenie, trudniej zachwycić.

3. Życiowy autorytet?
Hmm... Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. Staram się brać od innych to, co mają najlepszego.

4. Skąd pomysł na bloga?
Z zazdrości. Przez długie miesiące podziwiałam inne blogi, zachwycały mnie i po prostu zazdrościłam innym, że mają, a ja nie... Więc też założyłam. 

5. Wolisz kalafior czy brokuły?
Nie umiem wybrać, bardzo lubię jedno i drugie.

6. Wolisz żelki czy ciągutki?
Ciągutki, zdecydowanie.

7. Kogo wzięłabyś na bezludną wyspę?
Mojego C. On jeden chyba tylko by ze mną wytrzymał...

8. Jedno słowo mówiące o Tobie wszystko?
Ja.

9. Wolisz psy czy koty?
Jestem zdecydowanie psią mamą. Moi Rodzice mają psa, ja też mam moją Ptysię, i nie wyobrażam sobie mojego domu bez niej.

10. Dzień zaczynasz od...?
Umycia zębów.

11. Na śniadanie jem...?
Mnóstwo różnych rzeczy (o ile jem śniadanie). Naleśniki, gofry, kanapki, owsianki, musli, tosty... A czasem nawet ciastka.

Pytania od Iwonki:

1. Co skłoniło Cię do prowadzenia bloga?
Chęć posiadania swojego miejsca w sieci.

2.Jak długo przymierzałaś się do blogowania?
Kilka miesięcy. Były dwie nieudane próby; dzisiaj mam w końcu mojego bloga, o jakim marzyłam.

3. Jaki składnik jest zawsze obecny w Twojej kuchni?
Mleko. Świat może się walić, ale mleka zabraknąć nie może.

4. Bez czego nie wyobrażasz sobie uroczystej kolacji?
Eleganckiego nakrycia stołu, świeżych kwiatów, świec i podniosłego nastroju zebranych.

5. Czy kiedykolwiek zrobiłaś własnoręcznie ciasto francuskie?
Owszem. Dawno temu w domu, a później w szkole robiłam je kilkanaście razy - jest to dużo zabawniejsze ze specjalną maszyną do wałkowania.

6. Czy cierpisz na manię kupowania naczyń, zastawy, talerzyków i innych przedmiotów, które można wykorzystać do fotografowania potraw?
Nie nazwałabym tego manią... Nie, póki co, daleka jestem od tego. Ogranicza mnie głównie brak miejsca w naszym małym mieszkanku... Może kiedyś rozwinę się w tym kierunku.

7. Co najbardziej orientalnego/egzotycznego jadłaś w swoim życiu?
Hmm... Trudne pytanie. Ale chyba mięso z kangura.

8. Co przygotowujesz, gdy zjawiają się niespodziewani goście w dość licznej grupie?
Zostało mi to jeszcze z czasów, gdy nie potrafiłam gotować: herbatę.

9. Ile czasu tygodniowo poświęcasz na blogowanie?
Różnie... Wszystko zależy od tego, ile mam czasu. Ale kilkanaście godzin z pewnością.

10. Czy statystyka na blogu ma jakieś znaczenie?
Nie. Choć cieszy mnie każdy nowy komentarz i obserwator.

11. Czy masz odwagę powiedzieć: "Jestem blogerką i jestem z siebie bardzo dumna"?
Czy ja wiem, czy bardzo...? Trochę jestem, ale bardziej z tego, co blog pozwolił mi osiągnąć, niż z niego samego.

I na koniec pytania od Pinky:

1. Co jest najlepszą rzeczą, jaką dało Ci blogowanie?
Odkrycie, że moją pasją jest pieczenie, i że chcę się w tym kierunku rozwijać zawodowo.

2. Co najbardziej lubisz jeść na śniadanie?
Najbardziej lubię słodkie śniadania: naleśniki, gofry i inne placuszki.

3. Czym najchętniej faszerujesz naleśniki?
Twarogiem i lodami.

4. Które miejsce na Ziemi najbardziej Cię pociąga i widziałabyś tam siebie w przyszłości?
Do Danii trafiłam przypadkiem, zanim jeszcze Skandynawia stała się taka modna. Co zaskakujące, zadomowiłam się tutaj; przyzwyczaiłam się do gulgoczącego języka, a nawet odnalazłam w nim melodię; nauczyłam się doceniać gorące, letni i dni i te prawdziwie mroźne w środku zimy, jednocześnie radząc sobie z jesienną szarugą, która panuje tutaj przez większość roku. Polubiłam duńskie jedzenie, i samych Duńczyków. Tutaj zostanę.

5. Co oznacza dla Ciebie "być szczęśliwym"?
Budzić się rano i z uśmiechem spoglądać w nadchodzący dzień.

6. Która książka wpłynęła na Twój światopogląd i dlaczego?
Wiele jest takich... Myślę, że wszystkie lektury, które przeczytałam, miały wpływ na moją osobowość. Sprawiły, że mam bogatą wyobraźnię i nie boję się jej wykorzystywać.

7. Kto jest dla Ciebie inspirującą osobą?
I znów - wiele jest takich. Ale moim idolem jest Jonathan Carroll - pokochałam go za jego książki, wyobraźnię, magię, jaką mnie raczy. Chciałabym tak umieć wpływać na ludzi poprzez moją pracę.

8. Gdzie widzisz siebie za 10 lat?
W mojej małej kawiarence, z której ludzie będą wychodzić szczęśliwsi o kawałek ciasta.

9. Jakie jest Twoje największe dziwactwo albo fanaberia?
Nie mam dziwactw... Albo inaczej: mam ich tyle, że lepiej nie zaczynać...

10. Jaki jest Twój ulubiony serial?
I znów: jest ich sporo, bo jesteśmy z C. serialowymi maniakami. Do Kości i Kochanych kłopotów mam ogromny sentyment, bo to pierwsze serial, jakie zaczęłam tak naprawdę oglądać. Ostatnio Pushing daisies zachwyciło mnie niesamowicie i prawie płakałam jak odkryłam, że skończyli na drugim sezonie...

11. Co jest Twoją największą pasją?
Czytanie książek i pieczenie.

Tak, wiem, ile czasu zajęło mi napisanie tego posta... Ale wakacje, a później powakacyjne rozleniwienie i pewne rzeczy, które mnie bardzo zajmują, odciągnęły mnie od pisania. A nie chciałam tego zrobić po łebkach, tylko poświęcić temu wpisowi odpowiednio dużo uwagi. Bardzo Wam dziękuję za nominacje, mam nadzieję, że odpowiedzi choć trochę Was usatysfakcjonowały.

piątek, 24 lipca 2015

Liebster Blog Award razy cztery

Dziś ostatni dzień wyzwania blogowego u Ani. Tym razem mieliśmy napisać pięć rzeczy o sobie, najchętniej pikantnych tajemnic, o których niczego nieświadomi Czytelnicy do tej pory bladego pojęcia nie mieli. Jednak, po pierwsze, można we mnie czytać niczym w otwartej księdze, na blogu regularnie dzielę się z Wami moim życiem osobistym (na co, póki co, nikt nie narzeka) i chyba dałam się już poznać z każdej niemal strony; a po drugie - nie jestem w tym za dobra. Nie wiem, co o sobie powiedzieć, żeby zaciekawić ludzi moją skromną osobą (pisanie CV i listu motywacyjnego, pomijając fakt, że po duńsku, to koszmar właśnie z tego powodu). Jak typowa Polka, mam problem z chwaleniem się i przyjmowaniem komplementów: piękne ciasto - eee tam, zwykły sernik; ładna bluzka - ach, taka tam stara; dobrze dziś wyglądasz - a wiesz, zaspałam i nawet nie zdążyłam się umalować... Znacie to? Założę się, że tak. Takie zachowania siedzą w nas głęboko, i ciężko się ich pozbyć. Staram się jak mogę, ale ciągle, gdy mam opowiadać o sobie, nie jest lekko...

Dlatego właśnie postanowiłam wykorzystać fakt, że cztery fantastyczne blogerki: MuffinkaKaroGosia i Ola, nominowały mnie do Liebster Blog Award 2015, czyli zabawy polegającej na odpowiedzeniu na jedenaście pytań. Łącznie będziecie więc mogli przeczytać aż czterdzieści cztery rzeczy o mnie, o których być może nie wiedzieliście... Albo i wiedzieć wcale nie chcieliście - w takim wypadku nie czytajcie dalej.
Na początek pytania od Muffinki:

1. Jaka jest Wasza ulubiona przyprawa?
Uff, trudne pytanie (a to dopiero pierwsze!). Mam w kuchni mnóstwo pojemniczków i torebeczek pełnych aromatycznych przypraw, bo uważam je za bardzo istotny składnik mojego gotowania. Największym sentymentem jednak darzę kardamon - od samego początku mojej przygody z pieczeniem mnie oczarował, i bardzo lubię dodawać go na przykład do białej czekolady.

2. Co Was natchnęło do rozpoczęcia pisania bloga?
O tym już pisałam wielokrotnie - po przyjeździe do Danii zaczęłam najpierw obserwować blogi kulinarne, później wykorzystywać z nich przepisy, aż wreszcie zapragnęłam mieć swoje miejsce w sieci.

3. Jakie jest Wasze motto życiowe?
Hmm... Chyba nie mam takiego. Ale od jakiegoś czasu hołduję zasadzie: żyj i pozwól żyć innym. Uważam też, że należy spełniać marzenia, a praca tylko dla pieniędzy nigdy nie przyniesie satysfakcji. Dlatego połączyłam jedno z drugim i rozpoczęłam szkołę cukierniczą.

4. Co jest Waszą mocną stroną w gotowaniu?
Zdecydowanie pieczenie. I łączenie nowych, nietypowych smaków - tak przynajmniej lubię myśleć.

5. Jakie jest Wasze popisowe danie?
Czy ja wiem? Generalnie chyba ciasto, jakiekolwiek... A precyzując: sernika różne wariacje. I drożdżówki z owocami - ostatnio wszyscy się nimi zachwycają.

6. Jakie jest Wasze najzabawniejsze wspomnienie z gotowania?
Gdy byłam mała, razem z Siostrą czas przed Bożym Narodzeniem często spędzałyśmy u Dziadków. Oczywiście, pomagałyśmy Babci jak potrafiłyśmy najlepiej. Ubrane w koszule flanelowe, chodziłyśmy po domu ze skupionymi minami, a w kieszonkach zamiast eleganckich chusteczek nosiłyśmy... Łyżeczki. I próbowałyśmy nimi wszystkiego.

7. Jaki kraj chcielibyście odwiedzić pod względem kulinarnym?
Każdy. Serio - chyba wszystkie kuchnie mają coś ciekawego i intrygującego do zaoferowania. Mogłabym tak jeździć po świecie i smakować... Dopóki nie zatęskniłabym za swoją własną kuchnią.

8. Wasz ulubiony owoc? 
Czereśnie, bo mam do nich ogromny sentyment z dzieciństwa i kiedyś na to pytanie nie odpowiedziałabym inaczej. Dzisiaj szaleję chyba za wszystkimi, szczególnie tymi z kwaśną nutą. 

9. Dla kogo lubicie najbardziej gotować? 
Dla wszystkich, którzy chcą jeść to, co przygotowałam. Uwielbiam sprawiać radość moim bliskim, ale też zupełnie obcym osobom - na przykład panu w autobusie, który z niego wysiadając chwalił się wszystkim pasażerom, czego to on nie dostał. 

10. Jakie jest Wasze ulubione ciasto?
Sernik. Najchętniej pieczony, ale dodatki mogą być przeróżne. Uwielbiam je i piec, i jeść. 

11. Czy jest danie/deser, bez którego nie wyobrażacie sobie życia? 
Hmm... Wiele jest takich, szczerze mówiąc. Ale chyba lody. Życie bez lodów byłoby niesamowicie smutne...

Pytania od Karo:

1. Gdybyś mogła mieszkać w wybranym mieście w Europie, które by to było i z jakiego powodu?
Wiele jest takich. Wahałabym się między Wiedniem, bo wydaje mi się taki cudownie staroświecki i jest szansa, że na którymś spacerze spotkałabym mojego ulubione powieściopisarza; Paryżem, bo jest cudownie romantyczny i chyba każda dziewczyna kiedyś marzyła o mieszkaniu na paryskim poddaszu; a Barceloną, bo wydaje mi się tajemnicza i urzekająca.

2. Twoja popisowa potrawa to...?
Tak ja napisałam wyżej - sernik. Zdecydowanie.

3. Dlaczego zaczęłaś gotować i interesować się kuchnią i kulinariami?
Bo się nudziłam. Nie mając pracy przez kilka chwil, nie wiedziałam, co ze sobą robić. A że jeść trzeba, a ja praktyczna raczej jestem, wydawało się to dobrym rozwiązaniem na daną chwilę. Okazało się, że zostało ze mną na dłużej. 

4. Piętrowy, bogaty tort czy proste ciasto? Dlaczego tak, a nie inaczej?
To zależy. Do jedzenia - raczej proste ciasto. Ich smak przypomina mi dzieciństwo, poza tym wystarczy odrobina wanilii czy cynamonu, żeby nabrało zupełnie nowego charakteru. Jeśli zaś chodzi o przygotowanie, to takie proste ciasta to codzienność, ale lubię wyzwania, więc od czasu do czasu lubię poszaleć z tortami.

5. Twoje ulubione czasopismo to...?
Nie mam. Nie kupuję nic regularnie, ot, jak mnie coś zainteresuje. Za to z prawdziwą rozkoszą inwestuję w książki, nie tylko kucharskie.

6. Ulubiony produkt spożywczy. Dlaczego akurat ten?
Hmm... Bo ja wiem? Chyba czekolada - bo sama w sobie jest pyszna, a i wszystko, co czekoladowe, zazwyczaj powala smakiem.

7. Potrawa, której nienawidziłeś w dzieciństwie, to...?
Nienawidziłam to być może zbyt mocne słowo, ale naprawdę nie lubiłam galatu. Do dzisiaj nie jestem jego największą fanką.

8. Twój preferowany środek transportu to...? 
Samochód. Mieszkam w małej mieścinie, gdzie autobusy jeżdżą rzadko, a często przemieszam się na duże odległości - samochód jest szybki, wygodny i w ogóle niezastąpiony. Poza tym po prostu uwielbiam prowadzić auto!

9. Do jakiego filmu najchętniej i wielokrotnie wracasz? Dlaczego?
Ostatnimi laty jest to Nightmare before Christmas Tima Burtona. Za świetną historię, genialną muzykę i niepowtarzalny, wyjątkowy klimat. 

10. Co poza gotowaniem Cię pasjonuje?
Książki. Uwielbiam czytać, przeżywam te wszystkie mniej i bardziej fantastyczne historie, mam mocno rozbudowaną wyobraźnię i nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania choćby kilku stron.

11. Jesteś lub byłaś kiedykolwiek na diecie? Z jakiego powodu?
Kilka razy próbowałam, ale to dawno i nieprawda. Oczywiście, chodziło o zrzucenie kilku nadprogramowych kilogramów, ale bez słodyczy czułam się straszliwie smutna... Poza tym taka dieta to podwójne wyrzeczenie - nie można jeść, ale też przyrządzać, co jest karą samo w sobie... W związku z tym zamiast odbierać sobie przyjemności, zaczęłam ćwiczyć - i poskutkowało.

Teraz kolej na pytania od Gosi:

1. Bez jakiego sprzętu kuchennego nie umiałabyś się obejść?
Odkąd dostałam Wallego, to on jest w centrum mojego kulinarnego wszechświata, głównie za swoją uniwersalność. Jednak pomijając jego - porządny, ostry nóż. Bez niego gotowanie jest katorgą.

2. Czy jest coś, czego nigdy byś nie zjadła?
Żywe robale. I pisklęta podawane w całości - to zdecydowanie za dużo, jak na moje delikatne nerwy...

3. Kto jest Twoim kulinarnym idolem/idolką? Dlaczego?
Nigella. Oglądałam jej programy na długo przedtem, zanim zaczęłam interesować się gotowaniem samym w sobie. Nigella jest po prostu czarująca, no i nie wstydzi się podjadać po północy.

4. Czy jest jakaś potrawa lub deser, który sprawia Ci szczególną trudność lub którego wyjątkowo nie lubisz?
Nie przepadam za jedzeniem galatu, sama nigdy nie próbowałam go robić. Kiedyś frustrowały mnie ciasta ucierane - wyciągałam z piekarnika jeden zakalec za drugim... Dzisiaj przełamałam fatum, a każdą trudność w kuchni traktuję jako wyzwanie i drogę do rozwoju.

5. Gdybyś nie blogowała o gotowaniu/pieczeniu, to o czym?
O książkach. Od czasu do czasu zresztą to robię.

6. Dla kogo nigdy nie chciałabyś gotować?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam... Tak samo lubię gotować dla bliskich, jak i dla obcych osób - kiedy tacy chwalą, ma się pewność, że nie robią tego dlatego, że nas kochają.
Ale chyba nie chciałabym pracować w stołówce dla polityków, bo... No wiadomo, prawda...?

7. Gdybyś mogła mieszkać w dowolnym miejscu na świecie, ale nie tu, gdzie jesteś teraz, gdzie by to było?
Tak jak pisałam wyżej - Paryż, Barcelona, Wiedeń. Może Kraków? Uwielbiam jego artystyczny klimat. Albo jakieś małe, malownicze miasteczko gdzieś w Europie, gdzie jest raczej ciepło niż zimno, gdzie na targu można kupić piękne sezonowe warzywa i owoce, żartując przy tym ze sprzedawcą, gdzie miałabym piękną kuchnię w drewnie, a z belek pod sufitem zwisałby czosnek i suszące się zioła... Tak sielsko-anielsko i spokojnie, bez pośpiechu...

8. Czy zdarzyło Ci się kiedyś kupić jakiś kompletnie nieprzydatny gadżet kuchenny? Jeśli tak, to jaki i co się z nim stało?
Hmm... Kupiłam stojący mikser, po czym nie używałam stojaka, bo nie spełniał do końca swojej funkcji. Z tego co pamiętam, chyba gdzieś się ciągle kurzy na dnie szafy... Kupiłam też krajalnicę, której użyłam raz - za dużo mycia, a efekt mizerny. Też leży w pudle w szafie i czeka na lepsze dni.

9. Na co (poza blogiem) najchętniej wydajesz pieniądze?
Na książki. Uwielbiam czytać i gromadzić książki, w których zaczytywać się kiedyś będą moje dzieci i wnuki... I na jedzenie, ale to można podciągnąć pod bloga, prawda?

10. Z kim najbardziej lubisz gotować?
Z moim C. Bardzo nam dobrze razem idzie, nawet w naszej mikroskopijnej kuchence.

11. Mając 1000 zł i mogąc je wydać tylko na jedną rzecz, kupiłabyś buty czy torebkę?
Buty. Na wysokim obcasie, takie tylko na wyjątkowe okazje (bo na co dzień szpilek nie noszę; poza tym, jakbym wydała tyle pieniędzy na jedną rzecz, niemal bałabym się to nosić...).

I na koniec pytania od Oli:

1. Poranek czy wieczór - kiedy wyzwala się w Tobie największa kreatywność i pracowitość?
Choć lubię przesiadywać wieczorami, najbardziej pracowita jestem rano - zaraz po obudzeniu mam najwięcej energii do działania. Choć w zasadzie w kuchni mogę szaleć o każdej porze dnia i nocy (dosłownie!).

2. Miseczka czy talerz - w czym wolisz przegryzać zupę?
Miseczka, zdecydowanie. Muszę w końcu kupić jakiś ładny, nowy komplet, bo stary zaczyna mnie powoli nudzić.

3. A skoro o zupie mowa... Klarowna czy krem? Z jakich warzyw najchętniej?
Krem, zdecydowanie. Z dyni lub marchewki pojawiają się u mnie najczęściej, ale lubię też eksperymentować z nowymi smakami i połączeniami.

4. Przyznaj się do swojego kulinarnego grzechu. Po którym wcale nie prosisz o pokutę i nie postanawiasz poprawy.
Podjadam, i to o najróżniejszych porach. Pory posiłków są dla mnie bardzo umowne - jak tylko robię się głodna, jem.

5. Miałaś czasem ochotę podjeść pistacje w dziale orzechów na wagę?
Nie, jakoś o tym specjalnie nie myślałam... Co innego czereśnie - często mnie korci, żeby sprawdzić, czy są wystarczająco słodkie.

6. Jaka jest Twoja najdziwniejsza fobia?
Bo ja wiem...? Boję się pająków i innych robali, ale to chyba nie aż takie dziwne...

7. Czy serio czytasz magazyny kulinarne?
Nie, raczej tylko przeglądam i wybieram, co mnie interesuje.

8. A posty innych blogerów? Czytasz, czy raczej oglądasz tylko fotografie?
Czytam, od deski do deski (najbardziej lubisz jaglankę, a słuchasz Chet Fakera).

9. Cerata? Renesans czy wciąż kuchenny kicz?
Zależy jaka. Taka tradycyjna, śliska i w kratę do mnie nie przemawia. Ale są już takie bardziej eleganckie, które przypominają obrusy, i można je dostać w bardzo ciekawych wzorach - jeśli kiedyś będę miała miejsce na ceratę, być może się na taką właśnie skuszę.

10. Zdarza Ci się zjeść coś z podłogi, gdy spadnie?
Tylko, gdy nikt nie patrzy.

11. Klniesz w kuchni?
Rzadko. Przebywanie w kuchni działa na mnie raczej uspokajająco, ale są takie dni, że wszystko leci mi z rąk, i cóż... Używam wtedy słów powszechnie uznanych za niecenzuralne. Ale też raczej, gdy nikt nie słyszy.

Mam nadzieję, że dziewczyny poczują się usatysfakcjonowane moimi odpowiedziami. Raz jeszcze ogromnie dziękuję za nominacje - bardzo to przyjemne uczucie. Ale w końcu Wy też byłyście nominowane, więc doskonale o tym wiecie.

Muszę przyznać, że odpowiedzi na te pytania zajęły mi dobrą godzinę. Człowiek się musi poważnie zastanowić, nawet, jeśli pytania są z pozoru proste, a odpowiedzi oczywiste. Jak nic wyzwoliło to ze mnie pokłady kreatywności, więc myślę, że post idealnie wpasowuje się w wyzwanie u Ani.

piątek, 10 lipca 2015

Kopenhaga okiem przyszłego cukiernika, part 3

Być może niektórzy z Was jeszcze pamiętają o mojej wycieczce do Kopenhagi. Szczerze mówiąc, sama niemal o niej zapomniałam, było to bowiem w maju... Czyli bite dwa miesiące temu. Tak się jednak złożyło, że zdążyłam opisać tylko dwa pierwsze dni (o których możecie poczytać tutaj: part 1 oraz part 2), a wycieczka miała cztery. Dzisiaj więc ostatnia część moich kopenhaskich opowieści.

Na samym początku nauczyciele zaciągnęli nas niemal siłą do Tøjhusmuseet, które, wbrew pozorom, nie ma nic wspólnego z ubraniami (tøj to po duńsku ubranie, hus - dom). Wręcz przeciwnie - niemal od samego wejścia aż po horyzont (sala bowiem jest ogromna) ciągnie się linia... Najróżniejszych dział. Oj tak, mój Tato byłby zadowolony. My, fanatycy jedzenia - średnio. Aktualna była wystawa na temat wojny w Iraku, która zrobiła na mnie dziwne wrażenie. Z jednej strony ciągle giną tam ludzie, z drugiej - nasz przewodnik - student, który, mogę się założyć, w dzieciństwie nigdy nawet nie udawał, że patyk to miecz. Wyszło więc mało emocjonalnie i płytko. 

Na szczęście popołudniowe plany były dużo bliższe naszym kulinarnym sercom. Spacerem doszliśmy na PapirØen, czyli Papierową Wyspę. Jest to wyspa w dosłownym tego słowa znaczeniu - żeby tam dojść, trzeba pokonać kilka mostków lub popłynąć wodnym tramwajem. Po drodze można zobaczyć niesamowite, ogromne łodzie mieszkalne, które zrobiły na nas duże wrażenie. Sami powiedzcie - czy nie wygląda to co najmniej zaskakująco...?

Na Wyspie jest kilka ciekawych rzeczy, ale celem naszej wycieczki było Copenhagen Street Food; miejsce, które mnie wprost oczarowało. Jest to ogromna hala, w której poustawiane są najróżniejsze food tracki, które kuszą mnóstwem możliwości. Na dzień dobry wita nas Bucket Bar, gdzie piwo sprzedają w... Wiadrach. Można spróbować dań kuchni koreańskiej, japońskiej, tureckiej czy brazylijskiej, można zjeść burgera, frytki, lody, najróżniejsze rodzaje mięsa, pizze... Na co tylko człowiek ma ochotę. 



Mi, muszę przyznać, aż kręciło się w głowie od zapachów i ciężko mi się było zdecydować na konkretne danie. W końcu wybrałam Copper and wheat, a tam belgijskie tosty i prawdziwe belgijskie frytki smażone na gęsim tłuszczu. Ależ to było dobre! Co zaskakujące - właściciele nie mówią po duńsku. Z zaskoczenia wzięli mnie angielskim, a ja w pierwszej chwili zaniemówiłam... Później jednak dotarło do mnie - w końcu to miejsce dla turystów, nikt więc braku duńskiego nie odczuje zbyt mocno.
Jedyne, czego żałowałam, to że nie mogę tam wrócić dnia następnego i kolejnego, żeby wypróbować inne specjały...


Pożegnała nas wisząca pod sufitem, mieniąca się kolorowymi cekinami krowa (nie pytajcie mnie, o co co chodzi; duński humor i zwyczaje ciągle mnie zaskakują). Poszłyśmy na przystanek wodnego tramwaju, przechodząc obok Experimentarium City. Z C. mieliśmy ogromną ochotę odwiedzić to miejsce, nie udało się jednak. I tym razem zabrakło czasu, ale może kiedyś...

Następnego dnia nauczyciele zabrali nas na wycieczkę kanałami - byłoby cudownie, gdyby nie paskuda pogoda i zacinający deszcz, które zmusiły nas do siedzenia pod dachem. Przez to zdjęcia mam naprawdę nieciekawe... Polecam jednak taką wycieczkę w słoneczny dzień - można zobaczyć skondensowaną Kopenhagę, łącznie z plecami Syrenki, operą, która kosztowała miliony, pałacem i pozostałymi najważniejszymi miejscami.

Wycieczkę uważam za bardzo udaną, bawiłam się świetnie. Kopenhaga tętni życiem (w dzień i w nocy), pełna jest ciekawych miejsc. To taki wielki, kulturowy tygiel, w którym czasem się gotuje, ale z którego można wyjąc dla siebie praktycznie wszystko, na co ma się ochotę. Z pewnością jeszcze kiedyś się tam wybiorę, choć mieszkać bym w duńskiej stolicy nie chciała - zdecydowanie bardziej odpowiada mi jutlandzki spokój...

czwartek, 25 czerwca 2015

Liebster Blog Award

Dostałam od Olgi bardzo miłe wyróżnienie: Libster Blog Award 2015. Dziękuję!

Mojego bloga traktuję jak zabawkę, alternatywę dla codzienności; pisanie ma mnie odprężać i sprawiać przyjemność, a nie być kolejnym obowiązkiem, dla którego ledwo znajduję czas. Dlatego właśnie, gdy inne projekty pochłaniają moją energię, blog schodzi na dalszy plan. Po krótszych i dłuższych przerwach jednak, zawsze wracam do niego z przyjemnością. Takie moje małe miejsce w sieci...
Jednocześnie ogromnie doceniam zainteresowanie moich Czytelników, wszystkie Wasze komentarze. Skaczę z radości, gdy ktoś upiekł ciasto z mojego przepisu, i mu zasmakowało. Każda pochwała i komplement są na wagę złota - i bardzo Wam za to wszystko dziękuję. Jesteście integralną częścią mojego bloga, bez Was to nie byłoby to samo... 
Ale przecież dobrze o tym wiecie, prawda...?
Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Pytania od Olgi i moje odpowiedzi:

  • Zupa, drugie danie czy deser?
    Deser, absolutnie.
  • Muffiny czy kapkejki?
    Kiedyś muffiny, coraz bardziej kapkejki.
  • Widelec czy łyżka?
    Łyżka.
  • Śniadanie czy kolacja?
    Kolacja.
  • Pierogi czy tortellini?
    Pierogi.
  • Wypieki wielkanocne czy bożonarodzeniowe?
    Bożonarodzeniowe zimą i wielkanocne wiosną.
  • Piekarnik czy patelnia?
    Piekarnik.
  • Kawa czy herbata?
    Herbata na co dzień i kawa od święta. 
  • Czekolada mleczna czy biała?
    Biała, ale najlepiej gorzka.
  • Nigella Lawson czy Jamie Oliver?
    Nigella.
  • Obiad w domu czy na mieście?
    W domu.
Dziękuję raz jeszcze.

środa, 13 maja 2015

Kopenhaga okiem przyszłego cukiernika, part 2

Dzień drugi, muszę przyznać, podobał mi się najbardziej. Tak naprawdę mogłabym go przeżyć jeszcze kilka razy, i nadal się nie nudzić. Bo czy może być coś lepszego dla przyszłego cukiernika niż odwiedziny w najlepszej hurtowni, jedzenie najpyszniejszych słodkości i podziwianie wystaw najznamienitszych cukierni...? Jeśli macie pomysły, ręka w górę. Mi nic do głowy nie przychodzi.

Zaraz po śniadaniu zapakowaliśmy się w busika i ruszyliśmy na przedmieścia Kopenhagi. Mieści się tam Condi - najlepsza hurtownia, nie tylko dla cukierników. Zaopatrują bowiem, wbrew oczekiwaniom (konditor to po duńsku cukiernik; konditori - cukiernia), głównie hotele i restauracje. Jeśli jednak kiedyś uda mi się otworzyć mój własny mały sklepik z ciastami, zostanę ich najwierniejszym klientem. Magazyny mogłabym obchodzić w te i z powrotem kilkanaście razy, ciągle znajdując coś nowego. Bo czego tam nie ma...? Tonka (którą, dzięki Bei, ja mam w domu, ale innych powaliła na kolana); całe worki z ziarnami wanilii (wiecie, że najwięcej aromatu jest w strąku? Ziarenka działają bardziej na naszą podświadomość) zamknięte w specjalnej chłodni tylko z różnego rodzajami wanilią; szeroki wybór suszonych i liofilizowanych owoców; barwniki, masy cukrowe, marcepan; orzechy i przyprawy z całego świata; czekolada, mąka i inne tego typu powszedniejsze towary również można tutaj znaleźć. Do tego oczywiście szeroki wybór form, opakowań, folii do czekolady i wszystko, o czym tylko można marzyć. A jeśli czegoś nie ma ją, a Ty bardzo tego chcesz - znajdą. Klient nasz pan, nieprawdaż...?

Oprócz zwiedzenia magazynów nakarmiono nas największymi bułkami, jakie w życiu widziałam, a także częstowano słodkościami. Był więc mus z białej czekolady - najdelikatniejszy, jaki jadłam (obiecano nam przepisy, więc podzielę się z Wami niebawem); udekorowany był lśniącą polewą i welwetową chmurką (jak na własne potrzeby nazwałam ten typ dekoracji). Kolorowy sprej na bazie masła kakaowego daje niesamowite efekty, a w użyciu jest banalnie prosty. Niestety - sprzedają go tylko osobom z zarejestrowaną działalnością gospodarczą... Właściciel jednak był tak miły, że zgodził się dla nas zrobić wyjątek - być może więc już niedługo ugoszczę taki sprej w domu.

Były też całuski, ale z niespodzianką. W polewie z obłędnie słodkiej białej czekolady krył się bowiem dość kwaśny mus malinowy. Pyszności!

Jedliśmy również czekoladki - największe wrażenie zrobiły na mnie te białe w kropeczki, szczególnie, że skorupka była niesamowicie cienka! To już naprawdę wyższa szkoła jazdy, jak mawia Tatuś.

Były też plakaty z mistrzostw cukierniczych przedstawiające cukrowe rzeźby. Przypatrywałam im się z mało elegancko rozdziawionymi ustami - to już bowiem jest Sztuka przez wielkie S.

Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak rzeźba tuż przy wejściu. Wszystko wykonane jest z cukru, detale są niezwykle dokładne, a postaci wydają się niemal żywe. Mistrzostwo.

Kolejnym celem była fabryka Schulstadu - zdarzało Wam się kiedyś jeść ich chleb? Mi, muszę przyznać, raczej rzadko - wolę taki z mniejszych piekarni, nie nastawionych na hurtową ilość. Bo, moi drodzy, ilości są tutaj wręcz przerażające. Mąki używa się w setkach kilogramów, a chleby i bułki są wszędzie! Fabryka jest ogromna, i naprawdę robi niesamowite wrażenie. Zdjęć niestety nie mam - nie mogliśmy ich robić z uwagi na higienę i oczywiście wyciek tajemnic produkcji. Korytarz jednak zdobiły zabawne plakaty, w stylu jak ten poniżej. Bardzo mi się spodobały.

Szczerze jednak się przyznam, że praca w takim miejscu wydaje mi się karą za grzechy. Chleba się nie dotyka (bakterie), niemal wszystko jest robione maszynowo, a praca z pracą piekarza niewiele ma, moim zdaniem, wspólnego.

Po powrocie do centrum i odświeżeniu się w hotelu wybraliśmy się na spacer, zahaczając o co ciekawsze cukiernie. Rzuciliśmy więc okiem na cukiernię Mette Blomsterberg - chyba najbardziej znanego cukiernika w całej Danii. 

Zajrzeliśmy również do Serenity Cupcakes, która jest dowodem na to, że moda na cupcakes wcale nie mija, i nawet tak daleko od swojej ojczyzny mogą robić furorę i zapewnić pożądany obrót właścicielom.

Przed witryną La Glace zatrzymaliśmy się na dłużej. Piękne (i naprawdę drogie - jeden kawałek za około 28 zł) ciasta przyciągały wzrok i sprawiały, że człowiek od razu miał ochotę na małe co nieco. Niestety - kolejka ciągnęła się wężykiem przed sklepem, a my nie mieliśmy czasu w niej stać. Co kilkanaście minut z cukierni wychodziła panienka, zapraszając kolejnych klientów do środka. Czy warto? Być może sprawdzę następnym razem. Jedno jest pewne - torty robią tam niesamowite.


Następnie udaliśmy się do Tivoli, gdzie wspólnie z pozostałymi grupami zjedliśmy obiad, żeby później oddać się swawoli. Jak już pisałam - tego typu miejsca wyzwalają we mnie wewnętrzne dziecko, i nie inaczej było tym razem. Z koleżankami biegałyśmy od jednej kolejki do drugiej, piszczałyśmy i śmiałyśmy się wniebogłosy. Naprawdę znakomite zakończenie wyjątkowo udanego dnia.

piątek, 8 maja 2015

Kopenhaga okiem przyszłego cukiernika, part 1

Witam Was serdecznie w ten cudownie słoneczny piątkowy poranek. Krótki zastój na blogu spowodowany był moją wycieczką do Kopenhagi, o której chciałabym Wam opowiedzieć. Mam nawet trochę zdjęć - robionych telefonem i średnio atrakcyjnych, ale zawsze coś, prawda? Zawsze przyjemniej czyta się o różnych miejscach i rzeczach, jeśli można choć ich cząstkę obejrzeć, choćby i na fotografiach.

Podróż do stolicy odbyła się zgodnie z planem - autobus, pociąg, dworzec główny w Kopenhadze. Następnie spacer do hotelu, a po chwili wytchnienia ruszyliśmy zwiedzać. Najpierw udaliśmy się do Hotel Chocolat, czyli czekoladziarni (choć mi się zdecydowanie bardziej podoba duńska nazwa: chokolatiere). Jest to brytyjska sieć, w 2012 otworzyli sklep również w Kopenhadze. Można się tu napić gorącej czekolady lub wybrać słodki, czekoladowy drobiazg. Wybór pralin i czekoladek przyprawia niemal o zawrót głowy! Co w tym sklepie jest specjalnego? Otóż sami robią czekoladę! Wszystko wykonywane jest za szybami, więc można się dokładnie przyjrzeć całemu procesowi. Na zdjęciu poniżej maszyna do konszowania czekolady - zamienia ziarna kakaowca w płynną, czekoladową masę, mmm... Wygląda to niesamowicie.

Przemiła dziewczyna opowiedziała nam całą historię, od ziarenka aż do gotowego produktu. Później mogliśmy się rozejrzeć po sklepie. Dla C. kupiłam cztery rodzaje czekoladek: mus truskawkowy w białej czekoladzie, sernik karmelowy, różane i urocze różowe kuleczki z szampanem. Wieczorem będziemy degustować.  Miejsce jest magiczne i zdecydowanie warte odwiedzenia - jeśli będziecie w Kopenhadze, polecam Wam ogromnie.


A tutaj jeszcze owoce kakaowca, z których na miejscu pozyskiwane są ziarna, a z nich wytwarzana jest czekolada. Czyż nie są zachwycające...?

Następnie spacerem udaliśmy się... Do rzeźnika! Mnie osobiście ten moment interesował nieco mniej, choć muszę przyznać, że rzeźnik z wielkim zapałem opowiadał o swojej pracy, o ekologicznym i najlepszym mięsie, jakie tylko można znaleźć. Mają tutaj surowe reguły, ale też dzięki nim mają stałych klientów, którzy wybierają towar tylko pierwszej jakości. 


Od samego patrzenia się człowiek głodny robił...

Następnie wybraliśmy się na Torvehallerne. Są to całkiem spore hale w centrum Kopenhagi, w których mieszczą się najrozmaitsze sklepiki i restauracje. Można więc znaleźć na przykład Grød, gdzie sprzedają wyłącznie owsiankę. Wybór, wbrew pozorom, jest naprawdę duży, a smakują podobno wyśmienicie (jak twierdził jeden z gości). 

Jest też kilka cukierni, w których można kupić prawdziwe cuda.


Był też sklepik z przyprawami z całego świata, prowadzony przez Anglika, który nawet za bardzo nie potrafił mówić po duńsku. Nie szkodzi - tutaj nikt przecież z angielskim problemów nie ma... Z zachwytem oglądałam wszystkie słoiczki, wąchałam ich zawartość i słuchałam o tym, skąd je sprowadzano.

Były też sklepy rybne, choć rybami czuć nie było niemal wcale. Za to można było powdychać zapach morskiej wody - co oznacza, że ryby są świeże i najlepszej jakości.

Było nawet akwarium ze świeżymi homarami!

Ogólnie miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie, mogłabym tam chodzić godzinami i się po prostu zachwycać. Zjeść można wszystko - od owsianki, przez naleśniki, hamburgery aż do sushi. Każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli akurat nie jesteś głodny - kup przyprawy, świeże zioła, mięso, ryby lub ciasteczka. Nikt nie wyjdzie stamtąd głodny, a i wyjście z pustym rękami graniczy z cudem.

Tak wyglądał nasz pierwszy dzień. Razem z koleżankami wybrałyśmy się na sushi - było naprawdę bardzo smaczne. Później wróciłyśmy do hotelu, i poszłyśmy wcześnie spać, żeby przygotować się na kolejny dzień. Tu bowiem zaczynała się prawdziwa zabawa - podzieleni na grupy, ruszyliśmy zwiedzać to, co nas najbardziej interesuje. Była więc największa fabryka chleba, jaką w życiu widziałam i hurtownia, w której każdy, kto interesuje się pieczeniem mógłby zamieszkać (ja bym mogła, w pokoju, w którym trzymają wanilię...). 
Ale o tym opowiem Wam innym razem.