Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słonecznik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słonecznik. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2018

O tym, jak prawie zostałam feministką. I różowe bułeczki z buraczkami

W sobotę C. był w pracy cały dzień (nie zmyślam; bite trzynaście godzin), a ja po zrobieniu wszystkiego, czego nie musiałam, ale co przyszło mi do głowy, w końcu zasiadłam na kanapie z książką, kawą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I kiedy tak siedziałam sobie zupełnie spokojnie, w końcu zaczęło mi się robić chłodno. Sięgnęłam po koc - ale to nie to. Zamarzył mi się ogień na kominku!

I tutaj mała dygresja - jestem jedną z tych staromodnych kobiet, które lubią, gdy otwiera się im drzwi, pomaga nieść ciężkie torby z zakupami, odsuwa krzesło w restauracji i... Rozpala się dla nich w kominku. C. doskonale to rozumie (albo może lepiej będzie powiedzieć, że pogodził się z zaistniałym stanem rzeczy) i robi dla mnie to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Kominek więc stanowi dla mnie prawdziwą tajemnicę - C. coś tam przy nim pomajstruje, a potem pojawia się ogień i robi się ciepło. Proste, prawda? 
Ha! Nie do końca.
Włożyłam do kominka szczapę, kawałek wymiętoszonej gazety, podpaliłam i czekałam na cud, który się nie zdarzył. Papier spłonął błyskawicznie... I tyle. Ponowiłam próbę - z tym samym, niestety, rezultatem. Podrapałam się w głowę, dołożyłam drewna i gazet, spróbowałam znowu. 
Powoli, najpierw nieśmiało, później nawet dziko, na kominku zaczął buzować ogień. 

Dumna byłam z siebie niesłychanie! Na co mi mężczyźni, skoro potrafię rozwikłać takie tajemnice, i to w zaledwie pół godziny? Krzesło też umiem sama odsunąć, a ciężkie zakupy zawsze można wnieść na dwa razy. Ostatnio nawet zupełnie sama dolałam płynu do spryskiwaczy w aucie, i to do właściwego pojemnika!
Dołożyłam do ognia raz, drugi... I skończyły mi się polana. Uniosłam brew i kategorycznie oznajmiłam moim psom, że ja w te pająki to na pewno nie pójdę!
Porzuciłam więc ideę zostania feministką i pokornie poczekałam na C., żeby ocalił swą damę z opresji (groźba zamarznięcia może nie była realna, ale... W baśniach zawsze się dramatyzuje bez potrzeby). 

Dzisiaj mam dla Was przepis na wyjątkowe bułeczki - idealnie poprawiające humor już samą swoją barwą. W magazynie Bage og sylte, nr 1/2017 zdjęcie bułeczek było zrobione przed ich upieczeniem - kolor jest niesamowicie intensywny! W piekarniku nieco blednie; staje się głębszy i ciemniejszy, ale nadal robi odpowiednie wrażenie. Wszystko za sprawą startych buraczków - sprawiają, że zwykłe pieczywo nie tylko staje się niezwykle przyjemne dla oka, ale jest wilgotne i naprawdę długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi ziaren bułeczki są jeszcze bardziej treściwe; świetnie nadają się do wytrawnych, ale też słodkich dodatków.

Po inne smakołyki z pieczonymi buraczkami koniecznie zajrzyjcie do Patrycji.

Bułki z buraczkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g mieszanki 5 ziaren
  • 200 g buraków
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 225 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
Mieszankę ziaren zalać wrzątkiem.
Buraki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Drożdże rozmieszać w kilku łyżkach wody, następnie wlać pozostałą wodę, dodać odciśnięte ziarna, syrop i buraki. Wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę orkiszową, dodać płynne składniki, zagnieść. Dodać sól, połączyć. Na końcu partiami dodawać mąkę pszenną.
Dobrze wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując duże odstępy.
Odstawić na 25-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


U mnie mieszanka pięciu ziaren to ziarna jęczmienia i żyta, słonecznik, sezam i siemię lniane. Nie wiem, czy w Polsce można kupić taką gotową; jeśli nie, można je kupić osobno i wymieszać samemu w dowolnych proporcjach. 
Mleka użyłam tylko do posmarowania bułeczek; zamiast tego można spryskać je wodą, i będą idealne dla alergików. 

sobota, 10 grudnia 2016

Cynamonowa granola z jarzębiną

Oduczyłam się spać do południa. Kiedyś potrafiłam, i to bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Dziś budzę się najpóźniej o ósmej rześka i wypoczęta, z ochotą witając kolejny dzień. Taki luksus nie spotyka mnie bowiem codziennie. Miło, tak dla odmiany, wstać, gdy słońce już rozświetliło mroki nocy.

Opatulona szlafrokiem (wiecie, że to to samo co porannik?), w puchatych skarpetkach z reniferami, idę do kuchni i przez wielkie okna obserwuję skrzący się w promieniach porannego słońca świat. Warstwa szronu otuliła nagie gałęzie, dachy, chodniki i trawniki sprawiając, że wszystko wygląda jak wyciągnięte z baśni o Królowej Śniegu. Wszechobecną, spokojną ciszę przerywa tylko miarowe tykanie zegara.
Parzę więc herbatę i siadam przy stole, przy rozłożonych na nim gazetach i kartkach z przepisami. Wigilia już za dwa tygodnie! Trzeba więc wybrać ostatnie przepisy, upiec ostatnie pierniczki, ukręcić całe góry kolorowego lukru. Jestem podekscytowana jak małe dziecko, choć ta ekscytacja tyczy się już czegoś zupełnie innego niż za dawnych czasów. Nadal z radością czekam na moment rozdania prezentów, ale bardziej interesują mnie reakcje moich bliskich na to, co im sprawiłam, niż to, co sama dostanę. Nie mogę doczekać się kolacji, ale to dlatego, że w tym roku to my ją przygotowujemy i trochę się boję, że nie dorównamy niedoścignionym oryginałom. Chcę tańczyć wokół choinki, którą z C. pieczołowicie już niedługo przystroimy. Chcę siedzieć na kanapie, pić gløgg i cieszyć się świąteczną atmosferą. 
Jak ja kocham Boże Narodzenie!

Tymczasem jednak mam dla Was przepis na typowo jesienną granolę, który zapodział mi się między tymi wszystkimi pierniczkami i ciasteczkami. Zrobiłam ją już jakiś czas temu, i muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie swoim oryginalnym smakiem. Choć na wstępie pragnę Was ostrzec - to granola dla koneserów. Nie każdemu przypadnie do gustu.
Jarzębinę po raz pierwszy ususzyłam w zeszłym roku, i długo się zastanawiałam, co z nią zrobić. Jej lekko gorzkawy smak zniechęca bowiem do jedzenia jej solo. Świetnie jednak komponuje się z cynamonem, który nieco łagodzi jej krnąbrny charakterek. Do tego słodkie rodzynki, chrupiące orzechy, i kwintesencja jesiennej granoli gotowa. Mi smakuje bardzo, C. kręci na nią nosem.
A Wy...? Lubicie takie połączenia...?

Cynamonowa granola z jarzębiną


Składniki:
(na słój  pojemności 1 l)
  • 125 g płatków sojowych
  • 65 g płatków ryżowych
  • 175 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g grubych płatków owsianych
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g orzechów laskowych
  • 30 g ziaren słonecznika
  • 20 g nasion chia
  • 30 g złotego siemienia lnianego
  • 150 ml soku jabłkowego
  • 85 ml syropu z agawy
  • 50 ml oleju
  • 60 g suszonej jarzębiny
  • 60 g rodzynek
Wszystkie rodzaje płatków,cynamon, sól, orzechy, słonecznik, chia i siemię lniane wymieszać.
W drugiej misce połączyć sok jabłkowy, syrop z agawy oraz olej. Wlać płynne składniki do suchych, dobrze wymieszać.
Płatki równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 30-35 minut, 2-3 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Dodać jarzębinę i rodzynki, zostawić do ostudzenia. 
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Jeśli jarzębiny nie lubicie albo nie macie, zastąpcie ją żurawiną. Jest na tyle wyrazista w smaku, że świetnie się tutaj sprawdzi.
Mieszanka płatków jest zupełnie przypadkowa - wyłuskałam z kuchennych szafek wszystkie resztki, które kryły się po kątach. Równie dobrze możecie użyć tylko owsianych, lub po prostu Waszych ulubionych.

piątek, 4 listopada 2016

Krem z kalafiora z ostrym dodatkiem

Wczoraj C. wyszedł do pracy ostentacyjnie oświadczając, że nie ma pojęcia, kiedy wróci, ale jak już wróci, nie pogardziłby obiadem. No dobrze - myślę sobie. I tak nie mam nic ciekawego w planach poza absolutnym nicnierobieniem (w końcu przed pracującym weekendem i poprzedzającymi go trzema zwariowanymi dniami muszę naładować akumulatory), to coś tam mogę ugotować. Tylko co...?
Najpierw pomyślałam o tarcie, ale jakoś nie mogłam znaleźć żadnego przepisu. Przeglądając magazyny, w oko wpadł mi w Hjemmets bedste mad, nr 10/2016, krem z kalafiora. Po przeanalizowaniu listy składników, okazało się, że niemal nic nie ma w domu. Ubrałam się więc niczym na Syberię (ostatnio rozpoczął się sezon słynnych, duńskich wiatrów, które po tylu latach mieszkania tutaj nadal prowadzą mnie prosto na dno czarnej rozpaczy), i poszłam do sklepu. A tam byłam świadkiem absolutnie komicznej sceny. 
Otóż zaraz za mną weszła mama z siedmio-, może ośmioletnią córką. Oczywiście wejście zapełnione jest już wszelkiej maści świątecznymi drobiazgami; mama zatrzymała się przed wystawą, wzięła do ręki świeczkę w kształcie krasnala, i pokazując córce z niekłamanym zachwytem powiedziała: O, spójrz; jakie ładne! Na to dziecko, z miną lekko zniecierpliwioną, a lekko pobłażliwą, odparło: Tak, tak, widzę. A teraz już chodź.
Mama, lekko zmieszana, odstawiła świeczuszkę na miejsce i podreptała za córką. A ja się poczułam, jakbym nagle trafiła do równoległego świata, w którym to dzieci pełnią role dorosłych.
Czy wszystko już staje na głowie, czy jeszcze coś z naszego prostego, dawnego świata zostało na swoim miejscu...?

Nieco rozkojarzona, zrobiłam zakupy (na szczęście zabrałam listę; bez niej pewnie wróciłabym do domu bez kalafiora). Po drodze zmokłam jak nieszczęście, ale za to widziałam piękną, jaskrawą tęczę. W listopadzie to już chyba widok na wagę złota, więc zamiast smęcić, z uśmiechem zabrałam się do pichcenia.

Sezon na gorące, rozgrzewające kremy zaczął się u nas w tym roku wyjątkowo późno. Wszystko przez to, że jeszcze do połowy października pogoda była na tyle ładna, że od czasu do czasu przygotowywaliśmy posiłki na zewnątrz. Listopad jednak dmuchnął nam w twarze zimnym wiatrem, i zagonił z powrotem do kuchni. A tutaj swojskie, korzeniowe warzywa z ochotą wskakują do garnka, by zamienić się w zupy właśnie.

Krem z kalafiora jest prosty i szybki w przygotowaniu, bez wyszukanych składników. Wielkim atutem jest sezamowa posypka - wyrazista w smaku, chrupiąca i aromatyczna. Zmienia delikatny krem w prawdziwe pyszne doznanie.
Pogoda zdecydowanie zachęca do sięgania po właśnie takie przepisy, więc może skusicie się i Wy...?

Krem z kalafiora z pikantnymi ziarenkami


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 800 g kalafiora (różyczki)
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 1,5 l bulionu
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki nasion słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 2 łyżki oliwy

Cebulę pokroić w kosteczkę, czosnek przetrzeć przez praskę.
W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać kmin i kolendrę, podgrzewać przez 30-60 sekund, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę i czosnek, smażyć 3-4 minuty, aż cebula stanie się szklista. Dodać różyczki kalafiora podzielone na mniejsze części, zalać bulionem i gotować przez 20-30 minut, aż kalafior będzie miękki.

W tym czasie na patelni rozgrzać oliwę, dodać przyprawy, czosnek, słonecznik i sezam. Prażyć około 1 minuty, aż nasiona nabiorą ładnego koloru. Przełożyć do miseczki.

Zupę zmiksować na gładki krem z dodatkiem śmietany, doprawić do smaku solą i pieprzem.
Podawać gorącą z posypką z nasionek.

Smacznego!


Nie nazwałabym kremu z kalafiora duńską zupą narodową (w przeciwieństwie do jakby rosołu z klopsikami i kluskami; kiedyś Wam może taki pokażę), jednak z racji znalezienia przepisu w duńskiej gazecie i idealnego wpisania się tego dania w duńską aurę, dodaję tę propozycję do akcji Mopsika.

wtorek, 11 października 2016

Dwudziestolatki kontra ja. I domowa granola z miechunką

O tym, że dwudziesty pierwszy wiek jest kompletnie odarty z romantyzmu, już kiedyś pisałam. Cóż, cztery tygodnie spędzone z ludźmi ode mnie młodszymi o mniej więcej dekadę sprawiły, że utwierdziłam się w tym przekonaniu. Dzisiaj młodzi ludzie nie marzą o wielkiej miłości, nie szukają tego jedynego, którego będą mogli kochać już na zawsze. Owszem, idea miłości nie jest im obca, ale na to przecież będzie jeszcze czas. Teraz liczy się dobra zabawa, a one night stands (zostałam uświadomiona z błyskiem politowania w oku, że tak to się właśnie nazywa) to wśród dwudziestolatków norma. Któż by chciał wzdychać do nieosiągalnej ukochanej, układać liryczne poematy i zadowalać się nieśmiałym uśmiechem? Kto w ogóle ma czas na takie bzdury...? O kupowaniu kwiatów czy całowaniu kobiet w rękę nawet nie będę wspominać. Powoli te staromodne zwyczaje odchodzą do lamusa, i choć jest mi szkoda, to w sekrecie się Wam przyznam, że całowana w rękę nigdy być nie lubiłam; zawsze mnie to peszy i krępuje. 
Gdy więc w końcu zamknęłam się w swoim pokoju, zupełnie sama, odetchnęłam z ulgą. Jakoś tak zaczęłam się cieszyć z tych moich trzydziestu lat i faktu, że mogę nie spędzać całego dnia wpatrzona w ekran mojego smartfona, mogę za to tęsknie wzdychać za ukochanym, gdy nie widzę go przez cały tydzień. A tenże ukochany poniesie moją ciężką walizkę i otworzy przede mną drzwi bez patrzenia na mnie spod zmarszczonych brwi i wytykania, że przecież w dzisiejszych czasach obowiązuje równouprawnienie. 

W tym wszystkim czuję się taka cudownie staroświecka...

Spędzanie długich godzin na przygotowywaniu obiadu dla męża i dzieci też jest passe (nikt nie chce być przecież kurą domową), jednak slow food jest aktualnie w pełnym rozkwicie. Oznacza to, że domową granolę przygotowuje każdy, kto chce być trendy. Ja też piekę blaszkę tego cuda przynajmniej raz w tygodniu; nie dlatego, że pędzę za modą, ale dlatego, że smak domowej granoli jest nieporównywalnie lepszy od tej kupnej. W dodatku można przyrządzać takie mieszanki, o jakich  dyrektorom koncernów się nawet nie śniło.

Tym razem miałam w domu miechunkę; miałam tez ogromną ochotę na jej zużycie. Na blogu Truskawkowej Ani znalazłam idealny przepis, i szybciutko zabrałam się do rzeczy.
Jak każda granola, ta również jest bajecznie prosta w przygotowaniu. Delikatny smak i zapach korzennych przypraw nadaje jej jesiennego charakteru, a słodko-kwaśne miechunki i wiśnie niepowtarzalnego smaku. Całość jest tak pyszna, że nawet, gdy śniadanie trzeba jeść o pierwszej nad ranem sprawia, że nadchodzący dzień widzi się w odcieniach pudrowego różu.

Domowe granole przygotowała też dzisiaj Chantel.

Granola z migdałami, suszoną miechunką i wiśniami


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g drobnych płatków owsianych
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g migdałów w skórkach
  • 100 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 150 ml soku jabłkowego
  • 85 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 60 g suszonej miechunki
  • 75 g suszonych wiśni
Płatki wymieszać z cynamonem, kardamonem i solą. Dodać grubo posiekane migdały, słonecznik i sezam. Wymieszać.
Sok jabłkowy, syrop klonowy i olej połączyć. Wlać do suchych składników, wymieszać.
Granolę rozłożyć równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przemieszać.

Piec kolejne 15 minut w 160 st. C.
Wymieszać.

Dopiekać jeszcze 10-15 minut w 160 st. C.
Ostudzić.

Wymieszać granolę z owocami.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Czy zdajecie sobie sprawę, że już za chwilę będziemy mieć Halloween...? 
Ależ ten czas pędzi...

wtorek, 30 sierpnia 2016

Szybkie bułeczki na leniwe śniadanie. Scones

Wróciłam. 
W sobotę po południu wróciliśmy do domu. Szczęśliwi, uśmiechnięci, nawet lekko opaleni, choć wakacje spędzamy w tym roku w Danii. Mieliśmy jednak dużo szczęścia - cały tydzień słonko grzało, a deszcz, jeśli już, padał tylko w nocy; a i to niezbyt intensywnie. Zwiedzaliśmy okolicę i lokalne targi staroci, byliśmy w lesie deszczowym w Randers, gdzie goniliśmy małe, czarne małpki, oraz na małych zakupach (kolejna letnia sukienka i jeszcze jeden sweter do kolekcji); większość czasu jednak spędzaliśmy taplając się w basenie i grając w gry towarzyskie. Gdy nagle zbierze się trzynaście osób pod jednych dachem, po prostu nie można się nudzić!

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na moim ulubionym bazarze, gdzie zaopatrzyłam się w dorodną dynię nieznanej mi odmiany, olbrzymie figi, pachnące morele i ciągle jeszcze lekko słodkie truskawki, z których właśnie robię dżem. 
Powrót do pracy nie był aż tak straszny, jak się spodziewałam, choć ręce bolą mnie okrutnie po dłuższej przerwie. Na szczęście jeszcze tylko trzy dni i... Wakacje!
Żyć, nie umierać; jakby powiedział Tato.

Po udanym urlopie i powrocie do wygodnego domku i własnej kuchni człowiek ma chęć na pyszne śniadanko. Najlepiej leniwe, luksusowe wręcz; ale takie, żeby za długo przy garnkach nie stać, gdy wielka waliza ciągle czeka na rozpakowanie, a sterty prania same wychodzą z kosza. W takim wypadku idealnie sprawdzą się scones - chrupkie z zewnątrz, mięciutkie w środku, ekspresowe w przygotowaniu bułeczki. Ich jedynym minusem jest fakt, że należy je zjeść zaraz po zrobieniu; następnego dnia będą bowiem suche i twarde. Rzadko jednak się zdarza, żeby jakaś przetrwała aż do następnego ranka...

Tym razem postawiłam na wersję wytrawną - z samodzielnie ususzonymi pomidorami i chrupiącymi ziarnami słonecznika na wierzchu. Wyszły boskie - jak zawsze. Nie da się ich bowiem zepsuć, a możliwości eksperymentowania ze składnikami są w zasadzie nieograniczone. 
Polecam!

Scones z suszonymi pomidorami i słoneczkiem


Składniki:
(na 8 bułeczek)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 50 g zimnego masła
  • 120 g creme fraiche (18%)
  • 2 jajka
  • 80 g suszonych pomidorów z zalewy
dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka
  • 25 g ziaren słonecznika
Mąkę, proszek i sodę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie dokładnie rozetrzeć palcami.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać łyżką.

Pomidory pokroić w kosteczkę, dodać do ciasta, połączyć.

Z ciasta uformować dysk o średnicy 20-22 cm, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pokroić ostrym nożem na 8 kawałków, jak tort. Nieco je rozsunąć, aby bułęczki miały miejsce na rośnięcie.

Żółtko roztrzepać z mlekiem. Posmarować nim bułeczki, posypać słonecznikiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

A teraz już biegnę do mojego dżemu!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Granola - tylko dla dorosłych!

Wiem, wiem - blog leży odłogiem. Marzyciele i optymiści z pewnością zrzucają to na karb wakacji. Cóż - nic z tego. Gdy wszyscy dzielnie zdobywają wyższe lub niższe szczyty, wylegują się pod palmami lub za swojskimi parawanami na polskich plażach (koniecznie rozstawionych bladym świtem!), albo też zwiedzają wszelkiej maści zabytki, ja pracuję. Od rana do wieczora, po dziesięć, dwanaście godzin dziennie. A po powrocie do domu... Piekę ciasta. W sobotę (choć właściwie była to już niedziela) skończyłam dwupiętrowy tort na chrzest o piątej nad ranem, żeby o ósmej ruszyć z nim w drogę. Małej Astrid, myślę sobie, było zupełnie wszystko jedno, ale jej mama była zachwycona. W związku z tym ukontentowana wzięłam w ramiona małą sprawczynię całego zamieszania, która wtuliła mi nos w dekolt i tak sobie spała, od czasu do czasu tylko posapując... Mówię Wam, wprost rozpływałam się z rozkoszy.

O torcie jednak będzie innym razem, bo to straszliwie długi przepis, a ja zupełnie nie jestem w nastroju do wklepywania go w komputer. Będzie więc prosto, szybko i śniadaniowo - choć na deser też taką granolę można zjeść.
Przepis znalazłam u Patrycji, i kusił mnie już dawna. W końcu zabrałam się do rzeczy - przygotowanie granoli to bowiem raptem chwilka. Ta jest wyjątkowa - z rumowymi rodzynkami, słodkim marcepanem i wręcz wytrawną czekoladą, która świetnie tutaj pasuje, przełamując słodycz. Całość wyszła wybornie, i przyznam się Wam w tajemnicy, że dla C. niewiele zostało... 
Jeśli lubicie marcepan i rodzynki, to jestem pewna, że ta granola stanie się jednym z Waszych ulubionych śniadań.

Granola z rodzynkami w rumie i marcepanem


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g słupków migdałowych
  • 75 g pestek słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 50 ml oliwy
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 ml rumu
  • 75 g rodzynek
  • 80 g marcepanu
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Marcepan pokroić w kosteczkę.

Płatki, migdały, słonecznik, sezam, siemię i cynamon dokładnie wymieszać.
Syrop połączyć z oliwą, dodać do suchych składników. Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równomiernie rozprowadzić.

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, w połowie pieczenia mieszając.

Do gorącej granoli dodać rodzynki razem z rumem i marcepan, wymieszać. Wstawić blachę z powrotem do piekarnika, zamknąć drziwczki i zosatwić do wystudzenia.
Na końcu dodać czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego! 

Ja tymczasem uciekam na spacerek z psą - póki nie pada!

piątek, 17 czerwca 2016

Chrupiąca granola na pożegnanie

Dzieje się, oj dzieje... 
Dzisiaj ostatnia noc w starym mieszkaniu; już jutro ostateczna przeprowadzka. Niemal puste pokoje; kilka kartonów, kanapa, blat stołu i pralka wyczekują naszych pomocników. Reszta dobytku, złożona w równe stosy, czeka na nas na miejscu. 
Jestem niesamowicie podekscytowana, a jednak przebija się przez te wszystkie radosne uczucia delikatna nuta nostalgii. Mieszkaliśmy tutaj ponad cztery lata, spędziliśmy mnóstwo szczęśliwych chwil, znamy chyba wszystkie zakamarki naszego miasteczka. I choć nowe i nieznane jest niesamowicie podniecające, to mam wrażenie, że czasem jednak będę tęsknić za starym...

Też tak macie? Nawet, jeśli dobrze wiecie, że zmiany są na lepsze i cieszycie się nimi, to jednak to, co zostaje za Wami, wydaje się być nieco lepsze niż naprawdę było? Chyba tak właśnie działa ludzka pamięć - wyolbrzymia to, co chcemy, a zaciera drobiazgi, na które nie ma miejsca w naszych wspomnieniach. 

Dzisiaj mam dla Was granolę, którą znalazłam w najnowszej książce Nigelli Lawson, Simply Nigella. Prosta, bezproblemowa w przygotowaniu, a jednak zupełnie wyjątkowa za sprawą oliwy. Jej smak jest lekko wyczuwalny w tle, jednak największą zaletą jej dodatku jest niesamowita chrupkość gotowej granoli. Coś niesamowitego! Szybkie śniadanie staje się prawdziwą ucztą.
C. stwierdził bez zająknięcia, że od teraz to jego ulubiona granola. Ja też zajadam się nią z niekłamaną przyjemnością.

To zdecydowanie coś, czego musicie spróbować.

Migdałowa granola z oliwą Nigelli


Składniki:
(na 1,5 l słoik)
  • 300 g grubych płatków owsianych
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka soli morskiej
  • 100 g migdałów w skórkach
  • 125 g ziaren słonecznika
  • 50 g siemienia lnianego
  • 25 g ziaren sezamu
  • 125 ml oliwy
  • 125 ml syropu klonowego

Płatki, imbir, cynamon i sól dokładnie wymieszać. Dodać grubo posiekane migdały, słonecznik, siemię i sezam, ponownie wymieszać.
Oliwę połączyć z syropem klonowym. Wlać do płatków, dokłądnie wymieszać, aby płyn pokrył płatki.

Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.
W połowie pieczenia przemieszać.
Ostudzić.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!


Jestem ostatnimi czasy naprawdę zajęta; dodatkowo nasz internet okazał się nieprzeprowadzalny. Nie wiem więc kiedy pojawią się na Pożeraczce kolejne posty; może za tydzień, może za dwa, a może dopiero za miesiąc...
Poczekacie...?

czwartek, 28 kwietnia 2016

Zielono i wiosennie - pesto z natki marchewki

Kilka dni temu na twarzoksiążce furorę robił post na temat pogody: w poniedziałek - słonecznie, dwadzieścia stopni; we wtorek - minus pięć i opady śniegu; w środę - piętnaście stopni, silne wiatry, możliwe opady; w czwartek - słonecznie, jednak z możliwością huraganu. 
Ha ha! - zaśmiał się niejeden. Czyste szaleństwo, nieprawdaż? Okazuje się jednak, że są na świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło. W ciągu zaledwie kilku godzin przechodzimy od pięciu centymetrów śniegu, który ciągle intensywnie sypie, do słonecznej, zielonej wiosny. A po południu grad, akurat w momencie, w którym wychodzę z pracy. 
Brak mi słów na te anomalie; nie wiem, jak się ubierać, ani czego się spodziewać. Zrewidowałam jednak moje oczekiwania: teraz optymistycznie liczę na piętnaście stopni w lipcu. I zastanawiam się, jak moje letnie sukienki będą wyglądały w duecie z najgrubszymi rajtuzami, które mam na dnie szuflady.

Wam pogoda też daje się we znaki...?

Choć za oknami dzieją się rzeczy,w które ciężko uwierzyć, moją kuchnię we władanie objęła wiosna. Jest rabarbar, jeszcze hiszpańskie, ale zadziwiająco smaczne, truskawki, a ostatnio także młoda marchewka. Można kupić sobie taką z natką - tylko po co...? Przecież te zielone gałązki i tak wylądują w koszu...
Okazuje się jednak, że można je spożytkować znacznie lepiej.

Lubicie pesto? Ja bardzo. Za jego uniwersalność; nadaje się na szybki obiad do makaronu, do kanapek, albo jaki dip do warzyw pokrojonych w zgrabne słupki. Z natki marchewki również można takie pesto przygotować; jest zadziwiająco smaczne.

Przepis znalazłam na blogu ErVegan, i bardzo mnie zaciekawił. Jako, że nie jest to nic trudnego, od razu zabrałam się do działania.
Takie pesto jest wyraźne w smaku dzięki czosnkowi i cytrynie, jednak smak natki schodzi na dalszy plan (nie czuć tej lekkiej goryczki). Odpowiednio doprawione, będzie kusiło ze słoiczka soczystą zielenią. Zniknie bardzo szybko - gwarantuję.

Pesto z natki marchewki


Składniki:
(na 1 słoiczek)
  • natka z 1 pęczka młodej marchewki
  • 30 g ziaren słonecznika
  • 1 ząbek czosnku
  • sok z 1/2 cytryny
  • 55 ml oliwy
  • sól
dodatkowo:
  • oliwa na wierzch
Natkę umyć, umieścić w blenderze razem ze słonecznikiem, obranym ząbkiem czosnku i sokiem z cytryny. Miksować, powoli wlewając oliwę, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji (im więcej oliwy, tym pesto będzie rzadsze). Doprawić do smaku solą, ewentualnie dodać soku z cytryny.
Pesto przełożyć do słoiczka, wierz polać oliwą (dzięki temu nie ściemnieje).

Smacznego!


C. utrzymuje, że w sobotę będzie piękna pogoda, i mam już przestać zrzędzić.
Wierzyć mu...?

wtorek, 29 marca 2016

Zdrowe ciastka. Dla każdego

Uff... Nareszcie po Świętach. 
Nie, nie, proszę sobie nie myśleć, że jestem emocjonalnym ekshibicjonistą, który ma zamiar wygłosić tyradę na temat ciekawskich ciotek, czepiających się wujków, nieznośnej rodziny bliższej i dalszej. Nic z tych rzeczy. Do tego kontrowersyjnego stwierdzenia skłonił mnie fakt, że pracowałam sobotę, niedzielę oraz poniedziałek, zaczynając dzień o godzinie drugiej lub pierwszej z uwagi na tą ogólnie nielubianą zmianę czasu (na następną niektórzy nawet czekają; dodatkowa godzina snu to czasami prawdziwy luksus). Dlatego wczoraj po południu odetchnęłam głęboko z wyraźną ulgą i zaczęłam się zastanawiać, czy wypada mi upiec jeszcze jedną babkę. Mam bowiem pomysł i bardzo nie chcę z nim czekać do kolejnej Wielkanocy...

Dzisiaj natomiast mam coś zaskakującego; nawet dla mnie. Ale jestem pewna, że po świątecznych smakołykach (tu jajeczko, tam sałatka, babki, mazurki i serniczki wpadają na talerze nie wiadomo kiedy; wszyscy to znamy. Wszyscy się wstydzimy, ale rozumiemy) przyda się przepis na coś, co będzie można jeść bez wyrzutów sumienia. Najmniejszych! 
Bez jajek, bez nabiału, bez tłuszczu, bez mąki, bez cukru... Bez wszystkiego - powie niejeden sceptyk. Cóż, prawie... Troszkę ziarenek i orzechów, woda i najgrzeszniejszy w tym towarzystwie element - miód (łyżka raptem!). Z tej mieszanki wychodzą zaskakująco pyszne i wciągające, chrupiące ciasteczka. W oryginalnym przepisie, który znalazłam na stronie Vegabutik, są to wytrawne krakersy. Ja przerobiłam je na słodkawe, ale w zasadzie dość neutralne w smaku ciasteczka. Idealne do herbaty, na śniadanie (pierwsze albo drugie), na deser. Dla alergików, dla tych na diecie i dla tych, którzy chcą spróbować czegoś nowego. Jednym słowem - dla każdego!

Skusicie się...?

Orzechowe ciastka z chia


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 100 g chia
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 50 g mielonych orzechów laskowych
  • 250 ml ciepłej wody
  • 1 łyżka miodu

Wszystkie ziarna i orzechy wymieszać. Miód rozpuścić w wodzie, zalać nim mieszankę. Odstawić na 10-15 minut, aż chia wchłoną wodę i masa zgęstnieje.
Wyłożyć masę na blachę z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia. Równomiernie rozprowadzić dłońmi, mocno dociskając.

Piec w 160 st. C. przez 20 minut.

Wyjąć blachę z piekarnika, pokroić ciasto ostrym nożem na kwadraty.

Piec kolejnych 40 minut w 160 st. C.
Ostudzić, a następnie połamać na kawałki wzdłuż linii.

Smacznego!


Ja już zastanawiam się nad kolejnymi wariacjami tego przepisu, ma bowiem - moim zdaniem - naprawdę duży potencjał.

wtorek, 2 lutego 2016

Granola. Na dobry początek tygodnia

Kto powiedział, że nie lubi poniedziałków i sprawił, że stało się to hasłem przewodnim rodzaju ludzkiego...? Nie pamiętam. Ale szczerze mogę stwierdzić, że palnął totalną głupotę. Albo nigdy nie pracował w piekarni...
Ja kocham poniedziałki! Są ciche, spokojne, nikt się nie spieszy, nie biega jak w ukropie (a przecież nawet pięciolatki wiedzą, że w piekarni biegać nie wolno!), nie krzyczy i nie popędza. Spokojnie uzupełnia się nadszarpnięte w weekendowym ferworze zapasy; a to tarty się zrobi, a to czekoladowe dekoracje, a rano jest mnóstwo czasu na przygotowanie raptem stu dwudziestu festelavnsboller. No bajka, mówię Wam!

Poza tym wtorki mam wolne; taki przedsmak weekendu, chwila oddechu. Dzisiaj jednak chyba tylko zwinę się pod kołdrą; szczytem możliwości wydaje się dotarcie na kanapę. Głowa boli, stawy bolą, gardło boli... No, jednym słowem: boli. A już jutro od nowa trzeba ruszać do pracy! Przecież uczniom cukierniczym nie wypada wręcz chorować...

Gdy jestem w takim stanie, na śniadanie najlepiej sprawdza się ciepła owsianka. Nie podrażnia gardełka, przyjemnie rozgrzewa i sprawia, że świat staje się przyjemniejszy. A jeśli nie mam siły nawet na to (tudzież C. jest poza domem w porze śniadania), sięgam do słoika z domową granolą.
Stoi sobie taki na blacie w kuchni, zawsze pełny. Odkąd spróbowałam po raz pierwszy, nie mogę się oprzeć coraz to nowym kombinacjom. Na początku skrupulatnie stosowałam się do przepisów; teraz po prostu mieszam to, na co aktualnie mam ochotę. I tak właśnie powstała ta dyniowo-pomarańczowa granola. Zamiast cukru - suszone figi i syrop klonowy. Do tego porcja płatków, ziarenek i orzechów w połączeniu z lekką nutą cynamonu i wyraźniejszą pomarańczy. Niebo w buzi! 
Spróbujecie...?

Granola dyniowo-pomarańczowa


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 300 g płatków owsianych
  • 100 g płatków jęczmiennych
  • 25 g pestek dyni
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 50 g orzechów pekan
  • 40 g ziaren lnu
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 180 g suszonych fig

Płatki, dynię, słonecznik, len i grubo posiekane orzechy wymieszać w dużej misce.
Dynię, syrop klonowy, cynamon, ekstrakt z wanilii, skórkę i sok z pomarańczy dokładnie wymieszać. Dodać do suchych składników, połączyć.
Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut, kilka razy mieszając w trakcie pieczenia.

Do przestudzonej granoli dodać pokrojone w kostkę figi. Wystudzić całkowicie. Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

I tak, wiem, powinnam smażyć pączki. Ale stanie nad garem pełnym gorącego oleju zupełnie mi teraz nie w głowie... 

piątek, 16 października 2015

Chlebek z dynią na Światowy Dzień Chleba

Wiedzieliście, że dzisiaj mamy Światowy Dzień Chleba? Nie? Nic nie szkodzi. Ja, szczerze mówiąc, też do niedawna nie wiedziałam. Aż tu nagle pojawiła się propozycja wspólnego pieczenia; nie mogłam sobie tej przyjemności odmówić. Szczególnie, że ostatnio mocno na bakier jestem z domowym wypiekiem pieczywa; szkoła mnie pod tym względem mocno rozleniwiła, i jakoś nie mogę się zebrać do stanu sprzed. Cóż... Może w końcu się uda. Póki co jednak prym na śniadanie wiodą u mnie owsianki, domowa granola, naleśniki i wszelkiej maści placuszki. Takie typowo jesienne śniadanka. Chleb zszedł na dalszy plan, i muszę przyznać, że nawet specjalnie mi go nie brakuje. Ale skoro trafiła się okazja (i to nie byle jaka!), zakasałam rękawy i zabrałam się do dzieła.

Jako, że sezon dyniowy w pełni, nie byłabym sobą, gdybym dyni nie wykorzystała. U Doroty znalazłam wypiek, który świetnie się nadawał: prosty i stosunkowo szybki (a przynajmniej nie zajmuje więcej czasu niż inne chleby pieczone na drożdżach), w dodatku prezentuje się bardzo efektownie. Lubię chlebki odrywane nie tylko za ich uroczy wygląd, ale też za łatwość jedzenia - świetnie nadają się jako dodatek do zup, gdzie każdy może sobie oderwać kawałek. A potem jeszcze jeden, nawet, gdy miska już pusta. Tak niezobowiązująco.

Tym razem delikatny smak dyni został doprawiony czosnkiem i sporą ilością ziół; w połączeniu ze słonawym kozim serkiem i mięciutkim ciastem całość po prostu zachwyca. Oczywiście, zamiast mąki orkiszowej można użyć pszennej, a dobór ziół pozostawiam Waszym indywidualnym gustom.

Chleby piekły dzisiaj również Mopsik, Mirabelka, LejdiEmilia i Martynosia.

Orkiszowy chlebek do odrywania z dynią i kozim serem


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 30x11 cm)
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 50 g masła
nadzienie:
  • 250 g musu z dyni
  • 35 g masła
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g koziego sera
  • 3 łyżki świeżych ziół (bazylia, oregano, melisa, szałwia, tymianek)
dodatkowo:
  • 10 g ziaren dyni
  • 20 g ziaren słonecznika
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 100 ml wody i odstawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i sól, zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, włożyć do miski i odstawić przykryte ściereczką na 1 godzinę.

W tym czasie masło na nadzienie rozpuścić i przestudzić. Wymieszać z musem z dyni, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, solą i suszonymi ziołami.
Serek pokroić w kosteczkę, świeże zioła porwać na mniejsze kawałki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x50 cm. Posmarować musem dyniowym, posypać kozim serem i ziołami. Przeciąć wzdłuż na 3 paski, ułożyć jeden na drugim. Złożone ciasto pokroić na 5 kawałków.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Złożone kawałki ciasta układać pionowo w formie. Wierzch posypać ziarnami dyni i słonecznika.
Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Piec w 180 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A Wy? Upiekliście dzisiaj chleb...?

World Bread Day 2015 (October 16)

poniedziałek, 11 maja 2015

Uzależnienie - granola z ziarenkami

O tym, że oszalałam na punkcie domowej granoli, wiedzą już chyba wszyscy. Jak tylko jedna się skończy, zaraz biegnę do kuchni piec kolejną. Zużycie płatków owsianych w naszym domu zdecydowanie wzrosło - owszem, lubię owsianki, ale często nie chce mi się ich gotować. A granolę wystarczy upiec raz, najczęściej wieczorem, żeby przez cały tydzień móc się cieszyć pysznymi śniadaniami. Czy może być coś lepszego...?

Tym razem poszłam w zdrową stroną - ziarenka, suszone owoce i miód, zero cukru. Można jeść bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Choć przyznać się, że mimo, że smakuje fenomenalnie, na dokładkę się jeszcze nie skusiłam - taka granola syci bowiem niesamowicie! I potem mogę biegać po kuchni przez pół dnia (szkolnej kuchni; w domowej ciężko jest się choćby obrócić), bo energii mam w sobie mnóstwo! (Stąd te wszystkie wykrzykniki.)

Jeśli jeszcze nie robiliście domowej granoli - spróbujcie koniecznie. Uzależnienie gwarantowane.

Pomarańczowa granola z ziarenkami

Składniki:
(na 2 l słój)
  • 400 g płatków owsianych
  • 35 g siemienia lnianego
  • 70 g ziaren dyni
  • 70 g ziaren słonecznika
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 g miodu
  • 2 łyżki oleju
  • 75 g suszonych moreli
  • 75 g suszonej żurawiny

Płatki, siemię i ziarenka wymieszać w dużej misce. 
Skórkę i sok pomarańczowy lekko podgrzać z miodem i olejem, aż całość dobrze się połączy. Wlać do płatków, dokładnie wymieszać.

Całość rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, 3-4 razy w tym czasie mieszając.
Przestudzić.

Morele posiekać, dodać do płatków razem z żurawiną, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

A ja już obmyślam kolejne połączenie smaków, bo w słoju zaczynam widzieć dno...

sobota, 15 listopada 2014

Chleb na maślance. Najprostszy

Pisałam już o tym, jak ostatnio polubiłam ciasta na maślance. Są niesamowicie wilgotne i mięciutkie, mają konsystencję po prostu idealną. Kupuję więc maślankę często, i piekę kolejne z nią ciasta. Ostatnio tak się jednak złożyło, że w domu była i maślanka, i ciasto. Nie mogłam upiec kolejnego, bo nie było komu jeść. Pomyślałam więc sobie, że skoro ciasta z jej dodatkiem takie są dobre, to może i chleb by się udał...?
Na blogu Rogalik znalazłam dokładnie to, czego szukałam. Chleb jest bardzo prosty w przygotowaniu; jedyne, co zmieniłam, to dodatek mozzarelli. Akurat leżała kuleczka w lodówce czekając, aż ktoś się nią zainteresuje... To się zainteresowałam, i dorzuciłam ją do ciasta.
Wyszło pysznie. Chleb jest miękki i wilgotny, choć odrobinę się kruszy. Kawałki roztopionego sera dodają mu smaczku.

Nawet, jeśli nie pieczecie chleba w domu na co dzień, może skusicie się na taki weekendowy wypiek...? Jest łatwy, dość szybki, i jestem pewna, że każdy sobie z nim poradzi. A zapach świeżego pieczywa w sobotni lub niedzielny poranek to zdecydowanie coś, co Tygryski lubią najbardziej...

Chleb na maślance z mozzarellą

Składniki:
(na keksówkę 30x10cm)
  • 500 g mąki pszennej
  • 500 ml maślanki
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 125 g mozzarelli w kulce

dodatkowo:
  • 15 g ziaren słonecznika
  • 2 łyżki wody

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 100 ml maślanki i odstawić na 15 minut.

Po tym czasie wlać resztę maślanki, wyrobić ciasto - będzie się mocno lepiło. Odstawić je na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Mozzarellę pokroić w kostkę, równomiernie rozprowadzić w cieście. Przełożyć je do formy wysmarowanej masłem.
Odstawić na 30 minut do ponownego wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto skropić wodą, posypać słonecznikiem. 

Piec w 200 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 180 st. C. i piec jeszcze 25-30 minut.
Chleb przestudzić w formie 10 minut, następnie wyjąć na kratkę do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!

A ja się zastanawiam, co by tu zrobić z tak pięknie rozpoczętą sobotą...

piątek, 10 października 2014

O urodzie słów kilka. I chleb na mące orkiszowej

Jestem sztandarowym przykładem niewdzięcznika. Wiem o tym. Ale nawet nie jest mi z tym źle. 

Krótkie włosy mają prawie same zalety. (Tak wiem, pozornie jedno z drugim nie ma związku, ale zaraz do tego dojdziemy. Mam nadzieję.) Szybko się je myje, szybko suszy, łatwo układa. Człowiek (ja) wstaje o świcie, niewyspany, idzie do łazienki. Robi siusiu, myje zęby, przeczesuje włosy szczotką, mazia je lekko woskiem i już. Gotowe; można wyjść i nie straszyć przechodniów. Bardzo mi się to podoba. Muszę zaznaczyć, że miałam w swoim życiu włosy całkiem długie, takie prawie do pasa. Na co dzień męczyłam się z nimi okrutnie, a ciekawe fryzury robiłam raz do roku, na Boże Narodzenie. I to tylko, jeśli mi się chciało. W końcu uznałam, że generalnie są bezużyteczne. Mój Tato zawsze powtarzał, że kobiety w krótkich włosach są atrakcyjniejsze (to moja interpretacja jego no chodź, Tatuś cię obetnie maszynką, zobacz, jak praktycznie); C. się z nim zgodził tylko w moim przypadku (nie jestem pewna, czy to komplement, ale skoro akurat wpasował się w moją teorię, to czemu nie); rezultat jednak był taki, że włosy ścięłam. Drastycznie. Z takich za stanik do lekko za ucho. Ależ miałam lekką głowę! (Dosłownie.)
Później do moich włosów dobrała się siostra C. Jest fryzjerką, więc czemu miałabym jej nie ufać, prawda...? Najpierw tylko mi je skracała, później zaczęła kombinować. Dorobiłam się grzywki na skos, prostej, króciutkiej i takiej na oko. Za każdym razem, kiedy mnie obcina dziwię się, jak to jest możliwe, że z tak krótkich włosów daje radę jeszcze tyle odciąć. I o ile na początku miałam obawy, później się przyzwyczaiłam, i te nasze fryzjerskie spotkania są dla obu nas prawdziwą przyjemnością. Dla mnie, bo zawsze pojawia się coś nowego, ekscytującego i innego, dla niej, bo może szaleć, a ja nie marudzę. 
I tu dochodzimy do mojej niewdzięczności. Nie względem siostry C., broń Boże! Względem natury.
Włosy mam po Mamuni - jest ich mnóstwo, są mocne i sztywne ja druty. Opanowanie ich to prawdziwy koszmar. Loki migiem się rozkręcają, lakier, nawet ten najsilniejszy, nie daje im rady. Obcięte na krótko są świetne, ale tylko kilka tygodni. Bo rosną błyskawicznie, i wtedy grzywka zaczyna wchodzić mi w oczy (czego szczerze nie znoszę), tu mi odstaje, tam się wygina... Masakra.

A ciągle słyszę na temat moich włosów komplementy. Nie chwalę się - to chyba jedyna część mojej osoby, która potrafi wzbudzić w innych kobietach zazdrość. Ciągle słyszę - jak Ty możesz je tak krótko obcinać...? Ile ja bym dała za takie włosy... A ja bym je chętnie oddała! No dobra, tylko czasami, jak już naprawdę mnie zdenerwują... Niemniej, gdy mówię to głośno, koleżanki patrzą na mnie z wyrzutem. 
No niewdzięcznica, i tyle!

Dość o włosach, przejdźmy do jedzenia.
Dzisiaj mam dla Was chleb. Zwykły, prosty, na drożdżach. Na mące orkiszowej, ale doskonale się uda na zwykłej pszennej. Z dużą ilością wody, więc jest wilgotny i ma świetne dziury; z chrupiącymi ziarnami słonecznika. C. był nim zachwycony, a i ja jestem wielce zadowolona. Jest bowiem szybki i łatwy w przygotowaniu, a smakuje naprawdę rewelacyjnie. Polecam Wam go ogromnie.

Chleb orkiszowy ze słonecznikiem

Składniki:
(na keksówkę 11x24 cm)
  • 400 g mąki orkiszowej
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 350 ml letniej wody
  • 50 g ziaren słonecznika
dodatkowo:
  • 2 łyżki wody
Mąki przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem i zalać 100 ml wody.
Odstawić na 15 minut.

Po tym czasie wlać resztę wody, zagnieść gładkie, nieco lepkie ciasto. Dodać słonecznik, zagnieść, aby dokładnie rozprowadzić ziarna w cieście.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto nakłuć kilka razy palcem, przełożyć do formy wysmarowanej masłem.
Odstawić na 30 minut.

Przed pieczeniem skropić wierzch wodą.

Piec w 200 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Czy u Was też pogoda tak wariuje...? Nie wiem już, jak się ubierać. Słońce świeci, wszystko ładnie, pięknie, a za kwadrans leje jak z cebra. I burze są. Głośne i długie. A to podobno kwiecień jest od przeplatania...

sobota, 24 maja 2014

Burza. I bułki z pokrzywą

Tego posta próbowałam napisać już od wczoraj. Z czwartku na piątek jednak całą noc szalała burza. Z małymi tylko przerwami huk piorunów podrywał mnie co chwilę, a oślepiające błyskawice rozświetlały całą sypialnię. Ptysia burzy boi się panicznie, co oznacza, że całą noc domagała się uwagi. Schowana pod kołdrą, wystawał tylko mokry nosek, ciężko oddychała.
Zabawne jest to, że na co dzień jej zdecydowanym faworytem jest C. - to u niego siedzi na kolanach, do niego chce się przytulać. Jednak gdy przychodzi burza lub Sylwester, albo inne straszne rzeczy, wtedy przychodzi po ratunek do mnie. Gdy w nocy wstawałam z łóżka, dreptała za mną krok w krok. Biedactwo moje malutkie...
Na szczęście burza przeszła, i Ptysia mogła iść spać. Ja nie, bo gdy w końcu udało mi się zasnąć, zadzwonił budzik, i trzeba było jechać do szkoły. Wróciłam do domu niemal nieprzytomna, i jak zaległam na kanapie, to wstałam w okolicach siedemnastej. Głodna jak wilk. Zabraliśmy się więc za robienie pizzy (ależ była dobra! Jednak kamień robi różnicę), później pooglądaliśmy coś w telewizji, i tak jakoś wieczór zleciał.
Dzisiaj od rana siedzę w kuchni - robię lody (sorbet właściwie) i tort bezowy, i tak jakoś dopiero teraz znalazłam chwilę, żeby usiąść przed laptopem.

A mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego. Czy ktoś by zgadł, że da się upiec bułeczki z pokrzywą...? Ja nie miałam pojęcia. Kiedy więc znalazłam w książce Bag brød przepis, wiedziałam, że będę musiała go wypróbować. Udaliśmy się na spacer do lasu w celu zebrania pokrzyw. Tylko młode listki z samego czubka. Trochę czasu mi to zajęło... Ale było warto, bułeczki wyszły bowiem pyszne! Co prawda smak pokrzyw nie jest wyczuwalny, ale za to mają cudownie zielony kolor. Do tego ciągnąca się mozzarella (w wersji na ciepło) i chrupiące ziarna słonecznika. Mimo, że bułeczek wyszło aż szesnaście, zjedliśmy je w kilka dni! Na pierwsze i drugie śniadanie, w sam raz do szkoły.
Jeśli macie gdzieś w pobliżu możliwość zebrania pokrzyw - spróbujcie koniecznie. Może od razu uda Wam się przynieść do domu większą ilość - mam bowiem jeszcze jeden ciekawy przepis na ich wykorzystanie...

Bułeczki z pokrzywą i mozzarellą

Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 70 g młodych liści pokrzyw
  • 1 łyżka oliwy
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 500 ml letniej wody
  • 1 łyżka soli
  • 120 g mąki grahamowej
  • 720 g mąki pszennej

dodatkowo:
  • 250 g mozzarelli w kulkach
  • 5 łyżek wody
  • 100 g ziaren słonecznika

Pokrzywy opłukać w zimnej wodzie.
W dużym garnku zagotować wodę, wrzucić pokrzywy, gotować 2 minuty. Przelać na sitko, opłukać zimną wodą - zatrzyma ona proces gotowania, i pokrzywy pozostaną zielone.
Ostudzone pokrzywy odcisnąć, zmiksować z oliwą blenderem na gładką masę.

Drożdże rozetrzeć z cukrem i odrobiną wody. Wlać resztę wody, wymieszać. Dodać pokrzywy, połączyć. Partiami dodawać przesiane mąki z solą, cały czas mieszając. Wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 16 części. Z każdej uformować okrągłą bułeczkę, w środku umieszczając nieco sera. 
Bułki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić na 20-30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki posmarować wodą, obsypać ziarnami słonecznika.

Piec w 250 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Pamiętajcie tylko, żeby dobrze skleić każdą bułeczkę, inaczej mozzarella z nich wypłynie... Mi się to przy kilku przytrafiło.
Z drugiej strony taki stopiony ser jest naprawdę pyszny... Więc tak czy inaczej, z pewnością nic się nie zmarnuje.

piątek, 25 kwietnia 2014

Chleb ze słonecznikiem i sokiem jabłkowym

Dawno już chleba nie piekłam... W ten weekend, zaczynając od dzisiaj, będę zajęta pieczeniem ciast - w niedzielę idziemy na pierwsze urodziny, co wymaga przygotowania tortu dla dziecka i sernika dla mamy. Sernik - wiadomo - prosta sprawa, szczególnie, że dostałam konkretne wytyczne - klasyczny, z rodzynkami, na kruchym cieście, z kratką albo bezą. Gorzej z tortem, bo usłyszałam, że jaki zrobię, będzie dobrze... Wymyśliłam już sobie całość, zobaczymy tylko, co mi z tego wyjdzie... W każdym razie zaraz zabieram się do pracy - dwa ciasta są dość czasochłonne i wszystko mam dokładnie rozplanowane. Proszę trzymać kciuki za powodzenie misji.
Za tydzień urodziny ma C., więc będzie jeszcze ciekawiej, bo do mojego pieczenia dojdzie C. gotujący obiad, a i posprzątać trzeba... 
Damy radę (grunt to optymizm).

Dzisiaj mam dla Was chleb nietypowy, który upiekłam jeszcze przed Wielkanocą.
Przepis znalazłam w Brød: 100 lækre opskrifter, i zaintrygował mnie od samego początku: po pierwsze fantazyjnym kształtem (który tak dobrze mi nie wyszedł, ale ponieważ chleb ten powtórzę z pewnością, będę miała okazję poćwiczyć), a po drugie dodatkiem soku jabłkowego. Hmm... Do chleba? Tak! Jego smak nie jest mocno wyczuwalny, ale nadaje wypiekowi bardzo ciekawego posmaku. Do tego mnóstwo chrupiących ziaren słonecznika, i wystarczy masło i pomidor do pysznego śniadania. Nam smakował bardzo - spróbujcie koniecznie.

Twist ze słonecznikiem

Składniki:
(na 1 spory bochenek)
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 250 ml letniej wody
  • 100 ml letniego soku jabłkowego
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego
  • 70 g ziaren słonecznika

dodatkowo:
  • 3 łyżki wody
  • 30 g ziaren słonecznika

Mąki przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, pokruszyć do niego drożdże. Wsypać cukier, wlać połowę wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody, sok i olej, zagnieść ciasto, odstawić na 5 minut. Dodać słonecznik, dokładnie rozprowadzić w cieście.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 części. Z każdej uformować wałeczek o długości 25 cm, luźno je razem zwinąć. Odłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zostawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięty chleb spryskać wodą, obsypać pozostałym słonecznikiem.

Piec w 230 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ciasto może się delikatnie lepić - nie szkodzi. Zbyt duża ilość mąki sprawi, że wypiek będzie twardszy i nie tak smaczny. Wystarczy odrobina cierpliwości w czasie formowania, i chleb wyjdzie wspaniały.

piątek, 3 stycznia 2014

Powrót do codzienności - chleb na poolish

Po świątecznym jedzeniu (trochę duńskim, trochę polskim) i sylwestrowych pysznościach, powoli wracam do normalności. Pisałam, że planuję wyhodować zakwas, to jednak zajmie mi nieco czasu, póki co piekę więc nieco mniej magiczny chleb, bo na drożdżach. Na bardzo małej ich ilości, bo na pół kilograma używam raptem sześciu gram. 
W chlebach na poolish zakochałam się od pierwszej próby - są po postu przepyszne i wyjątkowe! Nie tak trudne jak na zakwasie, dostępne zwykłym śmiertelnikom. Wystarczy odrobina cierpliwości - ciasto potrzebuje duuużo czasu - i wyciągniemy z piekarnika cudnie pachnący bochenek z niesamowicie chrupiącą skórką i zwartym, sycącym miąższem. W takim chlebie dziury wyglądają niemal jak w zakwasowcach. Gwarantuję - jeśli raz spróbujecie, przepadniecie. 
Ten chleb smakuje wyjątkowo za sprawą chrupiących ziaren dyni i słonecznika, sezamu i siemienia lnianego. Ma rewelacyjną strukturę, i smakuje wyśmienicie z samym masłem, ale także z wytrawnymi czy słodkimi dodatkami. Spróbujcie koniecznie - dajcie szansę chlebom na poolish

Chleb z ziarnami na poolish

Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 3 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniej wody
  • 150 g mąki pszennej

ciasto:
  • 3 g świeżych drożdży
  • 300 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 150 ml letniej wody
  • 2 łyżki ziaren słonecznika
  • 2 łyżki pestek dyni
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 2 łyżki sezamu

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić na 5-6 godzin.

Pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Mąkę wymieszać z solą, dodać wodę z drożdżami i cały poolish. Zagnieść. Dodać ziarna, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejne 40 minut.
Uformować z ciasta podłużny bochenek, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Chleb naciąć po skosie w trzech miejscach, skropić wodą. Razem z chlebem na blasze ustawić małe naczynie z wodą.

Piec w 250 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 35-40 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Uwielbiam zapach chleba. Jego pieczenie sprawia mi ogromną radość, i już sobie nie wyobrażam śniadań bez własnej roboty pieczywa. Co to będzie, jak uda mi się wyhodować zakwas...?

wtorek, 25 października 2011

Dzień Kundelka

Dzisiaj, proszę Państwa, mamy bardzo ważny dzień. Otóż 25 października obchodzony jest Dzień Kundelka. Moja kundelka w związku z tym dostała swoje ulubione przysmaki (szczegóły daruję), wyleguje się na kanapie zwinięta w kłębek na poduszce albo rozciągnięta na całą długość w pozycji żaby (w sensie na grzbiecie). Długi spacer sobie darujemy, bo okrutnie dzisiaj wieje, a Ptysia wiatru nie znosi. 
Także pamiętajcie dzisiaj o swoich pupilach - podrapcie trochę dłużej za uchem, rzućcie patyk kilka razy więcej. Na pewno to docenią. A jeśli nie macie swoich kundelków, to pogłaszczcie tego sąsiadowego - z pewnością się odwdzięczy się merdającym ogonem.



A teraz do rzecz, czyli ludzkiego jedzenia (nie mówię, że Ptysia się nie załapała...). W sobotę mieliśmy gości, więc chciałam coś przygotować. Na wieczorną posiadówkę najlepiej nadają się drobne przekąski, więc pierwsze, o czym pomyślałam, to muffiny. Jednak nawet one są dość zobowiązujące - trzeba się nad taką muffinką skupić, odkleić papier, uważać, żeby nie nakruszyć, bo przecież nie wypada... Ale przypomniałam sobie, że na inaugurację cały czas czeka forma do minimuffinków, a to już wygląda zupełnie inaczej... W sam raz na raz, malutkie, zgrabniutkie, wyglądają ślicznie i smakują świetnie. Przepis znalazłam w 1 mix, 100 muffins, no bo gdzie indziej mogłabym szukać...? 

Jak widać, zdjęcie jest wręcz przepełnione słońcem, ale mi to pasuje, bo nie wiem, kiedy znowu trafi się taki dzień. Póki co niebo szare, zachmurzone, grozi deszczem niestety. Za to w domu kubek ciepłej herbaty, i nie straszne mi nawet największe burze.

Minimuffinki z pietruszką i słonecznikiem



Składniki:
(na 20 sztuk)

suche:
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 2 łyżeczki suszonej natki pietruszki

mokre:
  • 1 jajko
  • 125 ml mleka
  • 60 ml oleju

dodatkowo:
  • 25 g pestek słonecznika

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wsypać sól, pieprz i pietruszkę, wymieszać.
Jajko roztrzepać, wlać mleko i olej, wymieszać.

Wlać mokre skłądniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Ciasto przełożyć do formy na minimuffinki wyłożonej papilotkami. Wierzch posypać pestkami słonecznika.

Piec 20 minut w 200 st. C.
Podawać ciepłe lub ostudzone.

Smacznego!

Hmm... Ja wiem, że to dziwne, że przepis jest na 20 sztuk. Ale to dlatego, że oryginał był na 12 standardowych babeczek, więc pomyślałam, że jak podzielę na pół, to mi wyjdą 24 małe. Jakoś nie pomyślałam o tym, że skoro w oryginale dodaje się jeszcze krewetki, a ja je pominę, to wyjdzie mi mniej masy... Ech... Tak czy inaczej - naprawdę smaczne są.