Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykorzystanie białek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykorzystanie białek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 lutego 2018

Makaroniki malinowe z hibiskusem (w wersji mini)

Obudził mnie C. przed wyjściem do pracy. Nie, żeby tak złośliwie; nawet zaproponował, żebym sobie jeszcze pospała, w końcu wcześnie jest... Jednak jutro muszę wstać o czwartej, i jako człowiek myślący perspektywicznie doszłam do wniosku, że lepiej wstać dziś trochę wcześniej, żebym wieczorem nie miała problemów z zasypianiem. Wyczołgałam się więc spod kołdry i udałam do łazienki. Z niejakim zdziwieniem zerknęłam przez dachowe okno... Nie było widać niemal nic. Z miną niezwykle podejrzliwą, upodabniającą mnie do inspektora Gadgeta, udałam się do salonu, żeby obiektywnie ocenić sytuację. Moim oczom ukazał się śnieg nie tylko okrywający puszystą kołdrą meble, krzewy i żywopłot, ale nadal padający zawzięcie. Wielkie płatki przypominające bardziej pierze niż śnieg wirowały w szaleńczym, wietrznym tańcu. Stałam tak i patrzyłam, z niezbyt mądrze rozdziawioną buzią, na ten krajobraz jak z bajki. Szczerze mówiąc nie myślałam, że przyjdzie jeszcze prawdziwa zima. Jest pięknie! 
Tyle, że jutrzejsza poranna podróż na Zelandię przyprawia mnie w tej chwili o dreszcze...

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo urocze makaroniki. Przygotowałam je już jakiś czas temu, w ramach smakołyków na ostatni dzień pracy przed wakacjami (jak okres szkolny określa mój szef). Oczywiście, idealnie nadadzą się na Walentynki - makaroniki mają w sobie coś romantycznego...
Te zebrały mnóstwo pochwał. Słodkie, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, wypełnione lekko kwaskowatym kremem z białej czekolady, malin i hibiskusa. Dzięki niemu nie są za słodkie i da się ich zjeść zdecydowanie więcej niż jeden czy dwa... Przygotowałam je w rozmiarze mini, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby upiec je nieco większe; wtedy wyjdzie około dwudziestu pięciu gotowych makaroników.

Makaroniki malinowe z hibiskusem


Składniki:
(na około 60 złożonych mini makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • różowy lub czerwony barwnik w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 65 g śmietany kremówki (38%)
  • 75 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
dodatkowo:
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. Połowę makaroników posypać zmielonym w młynku do kawy hibiskusem.
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Maliny i hibiskus umieścić w garnuszku, podgrzać, aż maliny zaczną się rozpadać. Przetrzeć przez sitko.
Czekoladę ze śmietaną podgrzać w kąpieli wodnej, aż czekolada się rozpuści. Dodać puree z malin, dokładnie wymieszać. Przełożyć do rękawa cukierniczego, wstawić do lodówki.

Gdy makaroniki całkowicie ostygną, a nadzienie zgęstnieje, sklejać je po dwie połówki tak, żeby jedna z pary była posypana hibiskusem.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Wczoraj kopnęłam krzesło. Nie ze złości; ot tak, przez przypadek. Efekt - palec u lewej stopy w kolorze lila. Trochę się boję, że jet złamany, bo boli jak nie wiem co. 
I co ja mam teraz zrobić...?

czwartek, 11 stycznia 2018

Kransekage, czyli Nowy Rok po duńsku

W Święta pogoda zrobiła nam psikusa; słońce świeciło prosto w oczy z zaskakującą siłą, a termometr, nawet po przetarciu oczu ze zdziwienia, z zapamiętaniem pokazywał prawie dziesięć kresek. Rozglądając się wokół miało się wrażenie, że to marzec i pierwsze, nieśmiałe jeszcze, podmuchy wiosny. Byłam na to przygotowana; tydzień przed Wigilią w radiu mówili, że na białe Święta mamy... Całe dwa procent szans. I choć jestem niepoprawną optymistką, to jednak nie aż taką. Pogodziłam się z losem, a nawet znalazłam jasne strony zaistniałej sytuacji: nie trzeba co rano skrobać auta, ani wychodzić z domu piętnaście minut przed czasem, w razie, gdyby jednak było ślisko.

Tymczasem tuż po Nowym Roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało myśli się o wiośnie, pojawiły się przymrozki. I to nie byle jakie, bo całe pięć stopni poniżej zera! (Mieszkam w Danii - to nie Syberia; tutaj minus pięć wywołuje powszechny popłoch.) Przez ostatnie kilka dni szyby musiałam Francuzowi skrobać dwa razy dziennie, bo zanim skończyłam pracę, znów zamarzały. Chodniki pokrywa cienka warstwa lodu; na tyle jednak niebezpieczna, że trzeba naprawdę uważać przy spacerach z sierściuchami. Wylądowanie na czterech literach to jednak nie do końca to, na co ma się ochotę, nawet w taki słoneczny dzień, jak dziś.
Pączusia szaleje - śnieg wyzwala w niej dodatkowe rezerwy energii, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Biega, prycha i skacze, i - o dziwo! - zaraża tym Ptysię, która mimo swego statecznego wieku, nagle przypomniała sobie, jak to jest fajnie wsadzać nos w śnieg i wzbijać skrzące się w słońcu fontanny białego puchu. Zabieramy je więc do parku na dłuższe spacery; póki im łapki, a nam nosy, nie zaczynają zamarzać. Wtedy wracamy do domu, C. rozpala w kominku, a ja robię nam gorącej herbaty. I pod kocykiem, na kanapie, obserwujemy przybierające najfantastyczniejsze barwy niebo.
Ach, żeby tylko było więcej czasu na takie przyjemności...

Dzisiaj mam dla Was przepis na kolejny duński klasyk: kransekage. Cóż to takiego? Zaczniemy od rzeczy prostej: konfektu. Czyli małych wypieków, takich w sam raz na raz. Migdałowe ciasto na białkach, krótko pieczone w wysokiej temperaturze, przybiera apetyczną złoto-brązową barwę i staje się chrupiące, w środku jednak pozostaje miękkie i lekko ciągnące. Sylwestrowa zabawa nie może się obyć bez kransekage - o dwunastej przegryza się je do szampana. 
Klasycznie w Danii używa się masy o nazwie kranse xx - jest to masa na bazie migdałów i pestek moreli. W wypadku konfektu jednak idealnie sprawdzi się surowy marcepan. O marcepanowych masach więcej napiszę w kolejnym wpisie - Duńczycy mają ich bowiem całe mnóstwo, a każda służy do przygotowywania czego innego... Ale każdy, kto choć raz odwiedził ten najbardziej wysunięty na południe skandynawski kraj, wie, że jego mieszkańcy migdały traktują jak dobro narodowe na równi z ciastem duńskim (tutaj zwanym wienerbrød; tak dla ułatwienia).

Kransekage konfekt


Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 310 g surowego marcepanu (kranse xx)
  • 155 g cukru
  • 50 g białek

dodatkowo:
  • 10 orzechów laskowych
  • 5 migdałów
  • 5 ćwiartek orzechów włoskich
  • 2 łyżki powideł śliwkowych
  • 2 łyżki nugatu

Marcepan utrzeć z cukrem na gładką masę - drobinki cukru nadal będą wyczuwalne. Powoli wlewać białka, cały czas ucierając.
Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdki, wyciskać rozetki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
W część wcisnąć orzechy laskowe, włoskie i migdały. W pozostałych wilgotnym palcem zrobić dziurki. Połowę z nich wypełnić powidłami.

Piec w 220 st. C. przez 6-7 minut. Ciasteczka powinny się zrumienić.

Puste ciasteczka wypełnić nugatem (jeśli jest zbyt twardy, lekko go podgrzać).
Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Czekoladę zatemperować, maczać w niej spody ciastek, odkładać na papier do pieczenia.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!


Konfekt można wypełniać niemal wszystkim - orzechami, pistacjami, dżemami (muszą być twarde), nugatem (po upieczeniu, inaczej spali się w wysokiej temperaturze), wisienkami koktajlowymi... Im więcej rodzajów nadzienia, tym lepiej będą się później prezentować na talerzu.

piątek, 15 grudnia 2017

Spóźniony tort urodzinowy i post, który zaginął

Za pisanie tego posta zabrałam się w środę wieczorem. Zaparzyłam sobie herbaty, usiadłam przy biurku, zrobiłam dwa głębokie wdechy i zaczęłam pisać o świątecznych piosenkach, od których płynnie przeszłam do świątecznych wspomnień z dzieciństwa...
I wtedy zadzwonił telefon. Na pogaduchach z C. zeszło nam ponad pół godziny; w tym czasie komputer zdążył przejść w stan spoczynku uznając, że skoro ja się im nie interesuję, to on baterii tracił niepotrzebnie nie będzie.
Po skończonej rozmowie i lustracji herbaty (wystygła w tym czasie zupełnie) stwierdziłam, że nastrój na pisanie mi minął, i spróbuję dnia kolejnego. Poszłam więc pod prysznic, założyłam puchate skarpetki i ulokowałam się w łóżku z książką w dłoni i kubkiem gorącej herbaty na nocnym stoliku. Czy może być coś przyjemniejszego w ciemny, grudniowy wieczór...?

W czwartek po południu znów usiadłam do komputera - w końcu blogerskie obowiązki to nie przelewki. Zaczęłam tam, gdzie skończyłam, dopisując drugą część zdania, na którym przerwałam, i pozwalając myślom dryfować wokół świątecznych tematów. Zadowolona z siebie, wkleiłam do posta obrazki, kliknęłam opublikuj, a tam... Tylko ta część, którą napisałam w środę! Reszta - zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie pomagało cofnij i wstecz; wszystko przepadło. Zacisnęłam zęby, energicznie zamknęła laptopa i jak na dorosłą kobietę przystało, obraziłam się na bloggera, internet i w ogóle wszystko z blogowaniem związane.
Ech...

Dzisiaj więc zaczynam od nowa. Do tematu świątecznych piosenek jeszcze wrócę, bo bardzo je lubię, ale... Już nie dzisiaj. Teraz spieszy mi się, żeby do końca się spakować, szybciutko wypić herbatę i ruszyć w dwu i półgodzinną podróż na Jutlandię. W planach na ten weekend mam dokupienie trzech brakujących prezentów, zakupienie i przystrojenie choinki z nadzieją, że Pączusia do Wigilii nie zdąży jej przewrócić podczas swych szalonych harców po salonie, odwiedziny u rodziców C. i wyjście do kina w ramach adwentowego prezentu dla C. Są wśród Was jacyś inni fani Gwiezdnych wojen...? Mnie temat niespecjalnie pociąga (zdecydowanie wolę fantasy od sf), ale czego się nie robi dla Męża, którego widuje się raptem raz na tydzień...?

Tymczasem mam dla Was przepis na tort, który przygotowałam już ładnych kilka miesięcy wcześniej. Po powrocie z wakacji odczuwałam ogromną ochotę na upieczenie czegoś, a że akurat wypadały urodziny najmłodszej siostry C. i jej małżonka stwierdziłam, że to doskonała okazja.
Tort nie jest trudny w przygotowaniu: klasyczny kakaowy biszkopt, warstwa chrupiącej bezy i dwa musy - karmelowy i kawowy. Wbrew pozorom - wcale nie jest za słodki. Moim zdaniem smaki świetnie się uzupełniają, a biorąc pod uwagę, że zniknął niemal w całości, goście musieli się ze mną zgadzać.
Jedyny problem z tym ciastem to to, że na świeżo ciężko ukroić zgrabny kawałek - beza psuje szyki nawet najbardziej ostrożnym. Jednak po nocy w lodówce, kiedy nabierze nieco wilgoci z musu, krojenie nie powinno sprawiać trudności.

Dekoracja była adekwatna do okazji - rożowo-księżniczkowa część dla Alice, i wojskowo dla Jespera. Oboje byli zachwyceni. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, że obłożyć tort białym marcepanem i udekorować na przykład śnieżynkami, choinkami czy marcepanowym reniferem - świetnie się wtedy sprawdzi na bożonarodzeniowym stole.

Tort kakaowo-bezowy z musem kawowym i karmelowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt kakaowy:
  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 25 g mąki ziemniaczanej
  • 75 g mąki pszennej
  • 25 g kakao

beza:
  • 2 białka
  • 105 g cukru
  • 1 łyżeczka białego octu winnego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

mus kawowy:
  • 200 g serka mascarpone
  • 100 ml mocnej kawy
  • 3 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 65 g cukru pudru

mus karmelowy:
  • 150 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka mascarpone

nasączenie:
  • 50 ml mocnej kawy

kawowy krem maślany:
  • 2 białka
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła
  • 2 łyżki mocnej kawy

dodatkowo:
  • marcepan plastyczny

Przygotować biszkopt:
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki i kakao przesiać, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Przygotować bezę:
Białka ubić, pod koniec partiami dodając cukier. Gdy masa będzie sztywna i lśniąca, dodać ocet, ekstrakt i mąkę. Połączyć.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wyłożyć bezę do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 110 st. C. i piec jeszcze 30-40 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przygotować krem kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Mascarpone zmiksować z cukrem pudrem, dodać żelatynę, połączyć.
Kremówkę ubić, delikatnie wmieszać do masy kawowej.

Biszkopt przeciąć na pół, na dnie tortownicy ułożyć spodni blat. Nasączyć. Wyłożyć krem kawowy, przykryć bezą, wstawić do lodówki.

Przygotować mus karmelowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Cukier skarmelizować na patelni, dodać 100 ml kremówki, wymieszać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Wlać mieszankę do mascarpone, połączyć.
Kremówkę ubić, delikatnie wmieszać do masy karmelowej.
Wylać mus na bezę, przykryć drugim blatem biszkoptu, schłodzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.
Na końcu dodać kawę, połączyć.

Boki i wierzch tortu posmarować kremem maślanym.
Tort obłożyć marcepanem, udekorować według uznania.

Smacznego!


Ciasto obłożyłam kremem maślanym, żeby marcepan lepiej się trzymał. Jeśli macie ochotę na dekorację na przykład z bitej śmietany, krem maślany należy pominąć.
Muszę jednak przyznać, że tak jak kremów maślanych nie lubię (są dla mnie za tłuste i za ciężkie), tak w wersji kawowej wyjątkowo przypadł mi do gustu.

czwartek, 14 grudnia 2017

O pierwszym śniegu i bezie z czerwonymi owocami

Nareszcie! W końcu, tuż po Mikołajkach, w Danii spadł pierwszy śnieg. Wieczorem, siedząc przy kominku, z zachwytem obserwowałam wirujące na wietrze płatki. Z zapamiętaniem, powoli, acz skutecznie, przykrywały wszystko warstwą białego puchu. Stół i krzesła w ogrodzie, a także żywopłot, zostały przystrojone puszystymi czapkami. Szarozielona trawa zniknęła pod grubym dywanem. Niebo przybrało tę charakterystyczną, różowawą barwę. 
Zasypiałam pełna nadziei wierząc, że w tym roku w końcu będziemy mieć białe Święta.

Moja radość nieco przygasła o poranku, gdy stanęłam przed sporą górką śniegu, która jeszcze poprzedniego wieczoru była moim samochodem. Na szczęście pod puchem nie kryła się szelmowsko warstwa lodu; otrzepanie autka poszło mi więc całkiem sprawnie.
Po drodze do pracy obserwowałam gwiezdne wojny - śnieg padający pod kątem prosto na przednią szybę. Jako dziecko i młoda dziewczyna uwielbiałam to zjawisko! Fakt, że teraz to ja siedzę za kierownicą, odbiera mu nieco uroku...

A dzisiaj po śniegu pozostało już tylko wspomnienie. Z nieba niestrudzenie kapie śnieg z deszczem, zalewając chodniki i ulice szarą breją, w której toną krótkie, psie łapki. A mi pozostaje tylko wkładanie naprawdę grubych skarpet i kaloszy; inne obuwie nie ma tutaj bowiem racji bytu.
A jak tam u Was? Ciągle żyjecie nadzieją...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który może być świąteczny, ale możecie też zaserwować go gościom zupełnie niezobowiązująco. Jest to chrupiąca z zewnątrz i mięciutka, lekko ciągnąca w środku beza, pod chmurą bitej śmietany. Udekorowana czerwonymi owocami, jakie akurat uda Wam się znaleźć w sklepie czy zamrażarce. U mnie były to czerwone pomarańcze, porzeczki i maliny, choć bardzo żałuję, że nie sięgnęłam po wiśnie i świeżą żurawinę - ciasto z pewnością by na tym zyskało.
Do tego kandyzowane listki mięty, które pięknie się mienią w świetle choinkowych lampek - i do całkowitego błogostanu potrzeba już tylko mocnej, czarnej kawy...
Jacyś chętni na taki zestaw...?

Przepis znaleziony u Doroty.

Bezowy wieniec z czerwonymi owocami


Składniki:
(na 1 duży wieniec)

beza:
  • 5 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
krem:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka mascarpone
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 czerwona pomarańcza
  • czerwona porzeczka
  • maliny
mięta w cukrze:
  • listki świeżej mięty
  • 1 białko
  • 3-4 łyżki drobnego cukru
Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw cukier, a następnie cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę kukurydzianą, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować na nim okrąg o średnicy 20 cm. Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z odciętą końcówką, wyciskać duże bezy po okręgu, jedna obok drugiej.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i suszyć przez 1,5-2 godziny.
Zostawić do całkowitego wystygnięcia w wyłączonym piekarniku.

Listki mięty maczać w lekko ubitybiałku, a następnie w cukrze. Odłożyć do zastygnięcia.

Przed podaniem ubić kremówkę z mascarpone i cukrem waniliowym. Wyłożyć na bezę. Udekorować pokrojonymi w plastry pomarańczami, porzeczkami, malinami i listkami mięty w cukrze.

Smacznego!

Wiem, że w tym roku słabo u mnie ze świątecznymi przepisami. Wszystko dlatego, że w ogóle nie ma mnie w domu, a co za tym idzie - nie mam kiedy piec.
Nawet nie macie pojęcia, jak mi z tym źle...

środa, 8 listopada 2017

Instrukcja pieczenia sernika. I sernik dyniowo-cytrynowy

Dynia - niekwestionowana królowa jesieni. Jej pomarańczowe krągłości kuszą niesamowicie nie tylko kuchennych eksperymentatorów, ale też dzieciaki; czy jest bowiem coś lepszego, niż wykrawanie upiornych masek na Halloween?
No właśnie.

Muszę przyznać, że dynie olbrzymie kupuję tylko z przeznaczeniem na lampiony. Ich miąższ jest dość wodnisty, skóra twarda, a krojenie przyprawia mnie o ból głowy. Zdecydowanie wolę kupić dwie mniejsze Hokkaido, których wnętrze kusi intensywną barwą. No i nie trzeba ich nawet obierać - delikatna skórka jest bowiem jadalna. 

Dynie kroję na mniejsze kawałki, usuwam pestki wraz z nitkami ze środka. Kawałki oczyszczonego warzywa układam na blasze i piekę w średnio rozgrzanym piekarniku do miękkości. Następnie łyżką oddzielam miąższ od skórki, przekładam go do dużej miski i miksuję blenderem na gładki mus. Tak przygotowany dzielę na mniejsze porcje i zamrażam, część jednak odkładając do natychmiastowego wykorzystania. Tym razem padło na sernik; w lodówce miałam bowiem ricottę, której termin przydatności do spożycia nieuchronnie zbliżał się ku końcowi. 

Pieczenie serników to bułka z masłem; moim zdaniem to jedne z najłatwiejszych ciast, które bardzo trudno zepsuć (nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że to wielka sztuka; starają się Was przestraszyć i odwieść od odkrycia tajemnicy). Wystarczy zmiksować ze sobą kilka składników (nie za długo, żeby zbytnio nie napowietrzyć masy), a potem upiec w stosunkowo niskiej temperaturze. Cała reszta to już wariacje na temat. 
Tym razem nie mogłam się zdecydować, jakim smakiem wzbogacić mój sernik. I ricotta, i dynia są bowiem dość delikatne, żeby nie powiedzieć - mdłe. Potrzebowały silnego akcentu, nadającego całości charakteru. W przypadku dyni najczęściej pada na przyprawy korzenne lub pomarańcze, albo jedno i drugie. Nieraz próbowałam tego połączenia - jest wyśmienite - ale tym razem chciałam czegoś innego. Tylko czego...?

Zajrzałam do lodówki, a tam czekały na mnie dwie cytryny. Ha! Skoro połączenie z pomarańczami sprawdza się tak dobrze, dlaczego nie spróbować innych cytrusów...?
Na spód, zamiast klasycznych ciastek zbożowych, dałam pieprzne pierniczki (żeby tradycji stało się za dość), a wierzch uzupełniłam lekkim jak chmurka musem cytrynowym. W połączeniu z kremowym, mazistym sernikiem smakował bosko! Całość wyszła zaskakująco lekka i orzeźwiająca, a smak cytryny świetnie spaja wszystkie warstwy.

Do wykonania tego sernika trzeba mieć jednak naprawdę wysoką formę, lub - tak jak ja - już po upieczeniu, podwyższyć standardową specjalną folią. Albo po prostu użyć tortownicy o średnicy dwudziestu sześciu centymetrów, i mieć problem z głowy.

Sernik dyniowo-cytrynowy z cytrynowym musem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
masa serowa:
  • 500 g sera ricotta
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 230 g musu z dyni
  • 4 jajka
  • 125 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 20 g budyniu waniliowego (proszek)
mus cytrynowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • sok z 1 cytryny
  • 115 g cukru pudru
  • 3 listki żelatyny
  • 2 białka
Masło rozpuścić, ciasteczka dokładnie pokruszyć, wymieszać. Ugnieść na dnie formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut, przestudzić.

Ricottę, kremówkę, mus dyniowy, jajka, cukier, sok i skórkę z cytryny, imbir i budyń zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na przestudzony spód, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 130 st. C. i piec jeszcze 60-70 minut, aż wierzch sernika się zetnie.

Zostawić do ostygnięcia w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić z cukrem pudrem na pół sztywno.
Sok z cytryny przelać do garnuszka, dodać odciśniętą żelatynę i podgrzewać aż do jej rozpuszczenia, cały czas mieszając. Wlać sok do ubitej śmietany, dokładnie wymieszać.
Białka ubić, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce minimum 2 godziny przed podaniem.

Smacznego!


Przepis specjalnie dla Endżi, poszukującej nowych dyniowych rozwiązań.

piątek, 6 października 2017

Figi i kawa. Muffinki

Przytłacza mnie fakt, że o dziewiętnastej jest już niemal zupełnie ciemno. Przeżyję jakoś te nieustanne wichury i ulewy tak intensywne, że czasami mam wrażenie, że dach mam w domu ze szkła. Jakoś dam radę wstawać i dojeżdżać do pracy w egipskich ciemnościach, jeśli będę miała świadomość, że po powrocie do domu czeka mnie jeszcze przynajmniej parę godzin dziennego światła. Ono dodaje energii; nawet, jeśli niebo zasnute jest grubą warstwą chmur, to i tak jest jakoś raźniej...
Tymczasem już za trzy tygodnie zmiana czasu; z godziny trzeciej w niemal magiczny sposób zrobi się druga. Będzie można godzinę dłużej pospać! A takie rzeczy są w cenie, szczególnie, gdy to pracujący weekend...
Niestety, efekt będzie taki, że ciemność spowije świat zanim zdążę w ogóle wrócić do domu. A ja tak lubię jesienne światło do zdjęć! Jest ciepłe, rozproszone; znikają ostre krawędzie, a fotografie zyskują jesienną głębię. 

I choć październik dopiero się zaczął, ja już myślami jestem w listopadzie. I wiecie co...? W weekend chyba zagniotę ciasto na piernik staropolski
Uwierzycie, że to już ten czas...?

Dzisiaj mam dla Was przepis na muffiny z przypadku. Po ostatnim torcie została mi mała miseczka kremu maślanego; nie przepadam za nim, ale ten z dodatkiem kawy wyszedł naprawdę niezły. Szkoda było wyrzucić...
Przygotowałam więc błyskawiczne muffinki w wersji mini, z dodatkiem fig, które w mojej kuchni w tym sezonie rozgościły się na dobre, spychając na dalszy plan inne jesienne smakołyki. Wierzch udekorowałam kremem i świeżymi figami; wyglądają uroczo, a smakują naprawdę rewelacyjnie.
Przez swój rozmiar doskonałe są na raz czy dwa, przez co znikają w zastraszającym tempie.
Skusicie się...? Póki ciągle można znaleźć figi na sklepowych półkach...

Inne przepisy na muffiny znajdziecie dziś u AniEmilii oraz Pati. Koniecznie sprawdźcie, co pysznego przygotowały dziewczyny!

Kawowe mini muffinki z kremem kawowym i figami


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 170 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/8 łyżeczka soli
  • 100 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżka kakao
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 50 ml oleju
  • 2 łyżki mocnej kawy
  • 1,5 figi
kawowy krem maślany:
  • 1 białko
  • 65 g cukru
  • 85 g miękkiego masła
  • 1 łyżka mocnej kawy
dodatkowo:
  • 3 figi
  • 2 łyżki kakao
Mąkę przesiać z proszkiem, sodą i kakao, dodać sól i cukier, wymieszać.
Jajko roztrzepać, dodać maślankę, olej i kawę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać szybko, tylko do ich połączenia.

Formę na mini muffinki wyłożyć papilotkami.
Ciasto przełożyć do rękawa cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać do formy.

Figi pokroić w ósemki, a następnie w poprzek na pół. Ułożyć kawałki owoców na cieście, delikatnie je w nie wciskając.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.
Na końcu dodać kawę, połączyć.

Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki. Wyciskać na babeczki, następnie oprószyć je kakao i udekorować figami pokrojonymi w ósemki.

Smacznego!

A za niecałe dwa miesiące znów jadę do szkoły. Ależ ten czas pędzi...

poniedziałek, 1 maja 2017

Mrożony tort tiramisu na rozpoczęcie wiosny

C. znowu miał rację. Mimo nocnych przymrozków i wietrznych, deszczowych dni uparcie powtarzał, że od niedzieli aura się zmieni. Zapowiadał słońce i ciepło, a na moje pesymistyczne reakcje tylko wzruszał ramionami. I wiecie co? W niedzielę wyszło słońce! Może nie mieliśmy nagle trzydziestu stopni, ale w porównaniu z sobotą było zdecydowanie cieplej. Po błękitnym niebie leniwie snuły się nieliczne, białe obłoczki, a ja w ciężkim szoku wpatrywałam się zmrużonymi oczami prosto w oślepiająco jasną słoneczną tarczę.

Przyjęcie urodzinowe, choć z uwagi na chłodny wiatr odbyło się wewnątrz a nie w ogrodzie, na co mieliśmy nadzieję, było niezwykle udane. Pączusia dzielnie znosiła dobre chęci dwóch małych chłopców, skutecznie odciągając tym ich uwagę od Ptysi, która w stosunku do dzieci jest raczej mało tolerancyjna. A po wyśmienitym obiedzie, w którego skład wchodził domowy sos berneński, na deser podałam mrożony tort tiramisu. Pracowałam cały weekend, nie miałam więc za bardzo czasu na przygotowanie odpowiednio efektownego tortu. Stwierdziłam, że lody lubią wszyscy, lodowy tort będzie więc rozwiązaniem doskonałym. I nie pomyliłam się!
Słodkie, bezowe blaty przełożone kawowym semifreddo z wyraźnym dodatkiem amaretto. Do tego odrobina kakao, i uwierzcie - nic więcej do szczęścia nie trzeba. Tort prezentuje się niezwykle efektownie, a smakuje tak, że ciężko oprzeć się dokładce. Nawet po sutym obiedzie.

Mrożony tort bezowy tiramisu


Składniki:
(na ciasto o średnicy 25 cm)

beza:
  • 6 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

lody:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 jajka
  • 100 g cukru pudru
  • 50 ml amaretto
  • 50 ml mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 3 łyżki kakao

Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw zwykły cukier, później cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę ziemniaczaną, połączyć.
Trzy blachy wyłożyć papierem do pieczenia, na każdej narysować okrąg o średnicy około 20 cm.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać bezę na blachy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze przez 50-60 minut.
Ostudzić.

Żółtka ubić z 25 g cukru pudru na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, połączyć. Wlać kawę i amaretto, wymieszać. Kremówkę ubić, dodać do mascarpone. Białka ubić, pod koniec partiami dodając pozostały cukier puder. Porcjami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.
Wstawić lody na 2-3 godziny do zamrażarki.

Na talerzu ułożyć pierwszy bezowy blat, rozłożyć 1/2 na wpół zmrożonych lodów, posypać kakao. Ułożyć kolejny blat, resztę lodów i kakao. Przykryć ostatnim blatem, zamrozić.

Przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!


Wiosna, miejmy nadzieję, już niedługo zmieni się w prawdziwe lato, przepisy na lody i zimne desery będą się więc pojawiać na blogu coraz częściej.

piątek, 21 kwietnia 2017

Powrót do codzienności. Pobudzająca granola z kawą

W środę miałam okazję uczestniczyć w kursie organizowanym przez Engelhardt. Muszę przyznać, że było naprawdę ciekawie. Po krótkim wprowadzeniu przeszliśmy do historii czekolady, żeby czym prędzej zabrać się za to, na co wszyscy czekali - czyli praktykę. Lars Petersen pokazał nam kilka rodzajów polew lustrzanych, między innymi taką opartą na wodzie, która w połączeniu z klasyczną, czekoladową, daje naprawdę świetne efekty. Udało mi się nawet umorusać w nich paluszki, więc zabawa była przednia. Rozmawialiśmy też o temperowaniu i właściwym traktowaniu czekolady - tutaj wiele nowego się nie dowiedziałam, ale pewne rzeczy warto sobie od czasu do czasu odświeżyć.
Później pałeczkę przejął Henrik Olsen, który opowiadał o chlebach na zakwasie. Jak obchodzić się z zakwasem, jak go wyhodować, jak prawidłowo przechowywać i jak się nim opiekować - myślę, że niejeden amator domowego wypieku pieczywa byłby jego wykładem zachwycony. Szczególnie, że towarzyszyła mu degustacja, a chleby były naprawdę interesujące. Z chilli, z różą, z płatkami owsianymi - to tylko niektóre przykłady. Jasne, ciemne, delikatne i wyraziste - oj, porządnie się najadłam.

Z kursu wyszłam obładowana przepisami, deserami i chlebami, z uśmiechem od ucha do ucha i próbując złapać oddech po niedźwiedzim uścisku Larsa. Uwielbiam takie rzeczy! I już się nie mogę doczekać wycieczki do fabryki marcepanu w Odense w czerwcu...

Tymczasem najwyższy czas wrócić do rzeczywistości po świątecznym lenistwie/nawale pracy (zależy, co komu przypadło w udziale). Dzień powszedni czy też leniwą sobotę dobrze zacząć od czegoś, co pobudzi do działania i doda energii do pracy lub zabawy. U mnie uniwersalnym posiłkiem jest granola. Tym razem kawowa, podpatrzona u Angie. Zaskakuje dodatkiem białka, dzięki któremu zbija się w charakterystyczne grudki i staje się ekstra chrupiąca. Smakuje wybornie - słodko-kawowa, daje kopa i sprawia, że chce się chcieć. Trzeba tylko uważać, żeby jej nie przepiec, bo będzie gorzka. A to już nie to samo...

Granola kawowa


Składniki:
(na 1,8 l słój)
  • 300 g płatków owsianych
  • 3 łyżki mocnej kawy
  • 100 g miodu
  • 65 g pestek dyni
  • 70 g orzechów laskowych
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 łyżka sezamu
  • 1 białko

Płatki wymieszać z pestkami dyni, grubo posiekanymi orzechami, siemieniem i sezamem. Kawę wymieszać z miodem, dodać do suchych składników, połączyć. Na końcu dodać białko, wymieszać.

Granolę równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
następnie zmniejszyć temperaturę do 160 st. C. i piec jeszcze 20-30 minut, mieszając w tym czasie dwa razy.
Ostudzić, przełożyć do szczelnego pojemnika.

Smacznego!

Ja tymczasem weekend zaczynam ciastem czekoladowo-truskawkowym na zamówienie. Zabawne, jak życie potrafi się ułożyć...

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Czarno-biały tort na urodziny

Hmm... Powinnam dzisiaj napisać coś wyjątkowego. W końcu blog obchodzi szóste urodziny! Trzy razy sprawdzałam kalendarz, i do sześciu liczyłam na palcach - nie pomyliłam się. To tyle już lat piekę, robię zdjęcia i piszę czasem zawrotnie długie posty o niczym, które, o dziwo, ciągle czytacie. Sama nie wiem, co z tego zadziwia mnie najbardziej...

Żeby znaleźć inspirację do dzisiejszego wpisu, przejrzałam te z lat poprzednich. I nadal nie wiem, co Wam powiedzieć... Poczułam się nieco zawstydzona obietnicami, które poczyniłam, a których nie zrealizowałam. Ale i tak uważam, że blogowanie idzie mi całkiem nieźle. Szczególnie przez ostatnie pół roku, gdy poza domem spędzam minimum dwanaście godzin dziennie, wstaję o porach, z których istnienia połowa ludzkości nie zdaje sobie nawet sprawy, i wracam do domu wykończona po całych godzinach pieczenia i dekorowania ciast. Mimo wszystko, nadal mam ochotę piec, eksperymentować i szaleć w kuchni. Nie zawsze starcza mi siły, ale i tak próbuję. I nie mogę doczekać się wiosny i światła, bo ciągłe ciemności i tak już wątpliwej jakości moich zdjęć nie poprawiają...

Co wydarzyło się przez ten rok? Cóż, jestem już w dwóch piątych cukiernikiem. Za półtora roku, o ile nic paskudnego na mojej drodze nie stanie, będę zdawać egzaminy. Już trzęsę portkami na samą myśl...
Wymieniłam też kuchnię na większą, przygotowałam w domu pięciopiętrowy tort weselny, opanowałam obkładanie tortów marcepanem i wypełniłam wszystkie nowe szuflady cukierniczymi utensyliami. Całkiem niezły bilans, moim zdaniem.

No i oczywiście, jesteście Wy. Moi najlepsi, najcudowniejsi Czytelnicy. Bez Was już dawno bym ten projekt porzuciła, uznając za chwilową fanaberię. Jednak Wasze komentarze, porady i słowa zachęty sprawiły, że przeskoczyłam wszystkie przeciwności, i mimo pewnych zawirowań - zawsze wracałam. Póki co, nie wybieram się nigdzie, i mam nadzieję, że Wy też nadal tak chętnie będziecie odwiedzać ten mój malutki skrawek wirtualnej rzeczywistości. 

A teraz przejdźmy już do konkretów. Tak, wiem; przy takich okazjach zazwyczaj rozpisuję się niemiłosiernie. Co jak co, ale słów brakuje mi rzadko (w języku polskim; duński to zupełnie inna bajka...); dzisiaj jednak mam wrażenie, że napisałam już wszystko.
Tak więc - konkrety. Czyli ciasto. I to nie byle jakie, bo dwupiętrowy tort pokryty masą cukrową. Musze przyznać, że solidnie się nad nim napracowałam... A i tak trochę mnie zdenerwował, bo na górze miały być literki, które w ostatniej chwili się posypały, i przez to jest trochę zbyt płaski. Ale trudno - i tak wywarł na gościach odpowiednie wrażenie. No bo wiecie - tej wielkości smakołyków nie ma sensu przygotowywać dla dwóch osób...

Tak naprawdę upiekłam to ciasto na swoje urodziny; najpierw nie mogłam się zebrać, żeby rozpisać przepis, później... No cóż, zrobiło się za późno. Doszłam więc do wniosku, że z publikacją poczekam na kolejną, odpowiednio doniosłą okazję. No i proszę, ta dam!

Piętro dolne, większe, to biszkopt kawowy z musami kawowym i jeżynowym. Górne, mniejsze, to biszkopt orzechowy z kremem kajmakowym i jabłkami. Wydaje się, że do siebie nie pasują, ale to idealne połączenie końca lata i początku jesieni. Doskonale wpisuje się w czas moich urodzin. 
Każdy z tortów można przygotować osobno; zamiast kremu maślanego i masy cukrowej, użyć śmietany i owoców do dekoracji. Będzie jeszcze pyszniej (sama nie przepadam za kremem maślanym, a masa cukrowa jest przecież zupełnie bez smaku). Tym razem jednak miałam dokładną wizję; tort miał być czarno-biały, z koronką. Po prostu musiałam taki mieć! A trzydzieste urodziny wydają się doskonałym momentem na spełnianie tego typu zachcianek.

Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję, że jesteście tu ze mną. A tort polecam Wam z całego serca - cały, lub we fragmentach. Nie rozczarujecie się.

Tort czarno-biały


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 30 g mąki pszennej
  • 40 g mielonych orzechów laskowych

mus jabłkowy:
  • 450 g jabłek
  • sok z 1/2 cytryny
  • 65 g cukru
  • 2 listki żelatyny
  • 100 ml wody

mus kajmakowy:
  • 160 g masy kajmakowej
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, wymieszać z orzechami, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w niedużą kostkę. Skropić sokiem cytryny. Przełożyć owoce do garnka, dodać wodę i cukier. Gotować przez 15-20 minut, aż większość jabłek się rozpadnie, a płyn odparuje.
W tym czasie namoczyć żelatynę w zimnej wodzie. 
Zdjąć garnek z jabłkami z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Ostudzić.

Biszkopt przekroić w poziomie na 3 części. 
Na płaskim talerzu ułożyć pierwszy blat biszkoptu, zamknąć w okół niego obręcz tortownicy. Wyłożyć mus jabłkowy, przykryć kolejnym blatem, wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Kajmak dość mocno podgrzać, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do letniego kajmaku, delikatnie mieszając łyżką.
Wyłożyć mus na ciasto, przykryć ostatnim blatem biszkoptu i wstawić do lodówki do całkowitego zastygnięcia, najlepiej na całą noc.

(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 7 jajek
  • 265 g cukru
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 160 g mąki pszennej
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)

mus kawowy:
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g białej czekolady
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)

mus jeżynowy:
  • 185 g jeżyn
  • 65 g cukru
  • 2 listki żelatyny
  • 335 ml śmietany kremówki (38%)

Białka oddzielić od żółtek. Mąki przesiać, wymieszać z kawą.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę z kawą, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać masę, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Mus kawowy:
100 ml kremówki zagotować. Dodać kawę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Gorcą kremówką zalać drobno posiekaną czekoladę; mieszać, aż czekolada się rozpuści. Przestudzić.
Pozostała kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do letniej czekolady, delikatnie mieszając łyżką.

Biszkopt przekroić w poziomie na 3 części. 
Na płaskim talerzu ułożyć pierwszy blat, zamknąć w okół niego obręcz tortownicy. Wyłożyć mus, przykryć drugim blatem i schłodzić w lodówce, aż mus stężeje.

Mus jeżynowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Jeżyny z cukrem zagotować, przetrzeć przez sitko. Do gorącego płynu dodać odciśniętą żelatynę, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do owoców, delikatnie mieszając łyżką. 
Mus wyłożyć na ciasto, przykryć ostatnim blatem biszkoptu. Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.

(na dwupiętrowy tort)

krem maślany:
  • 2 białka
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła

dodatkowo:
  • 500 g białej masy cukrowej 
  • 500 g czarnej masy cukrowej
  • masa do koronek

Przygotować krem maślany:
Białka i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Oba torty posmarować kremem maślanym, dolny obłożyć czarną masą cukrową, górny - białą.
Z pozostałej masy przygotować kwiaty: róże, orchidee, stokrotki i dowolne małe kwiatki, a także liście.
Przygotować koronki. Większy tort udekorować koronkami, na jego środku ułożyć mniejszy. Udekorować kwiatami. 
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Przepis jest dłuuuugi... Ale co zrobić; jest tam sporo warstw, a chciałam, żeby opis był w miarę klarowny. Mam nadzieję, że mi się udało...

niedziela, 15 stycznia 2017

Cztery sukienki na wesele. I o kwintesencji cytrynowości. Sernik

O tym weselu będę pisać do znudzenia, ale co zrobić...? Niecodziennie zdarzają się takie okazje; a kiedy jeszcze dzięki nim w głowie kiełkują kolejne pomysły na posty, nie ma co się bronić. Trzeba korzystać, póki można, bo za chwilę znów tylko styczeń, luty, słota i szarość...

Na wesele, jak większość kobiet, postanowiłam kupić sukienkę. Szafa pęka w szwach, ale cóż z tego...? Wszystkie eleganckie kiecki kupiłam na jakieś konkretne okazje, zaprezentowałam się w nich szerszemu (być może zupełnie niezainteresowanemu, ale kto tam wie) gronu, i po raz kolejny w tym samym outfitcie pokazywać się nie mam zamiaru. Owszem, mam jedną cudną sukienkę, koronkową i zachwycającą, ale... Białą. A takiego faux pas przecież żadna z nas by nie popełniła, prawda...?
O sukienkach zwykłych, codziennych, rozpisywać się nie będę - wiadomo, one się po prostu nie nadają.

Znalazłam więc kreację idealną w internecie. W kolorze czerwonego wina, z koronkową górą, większym wycięciem na plecach. Cud, malina, jednym słowem. Po wewnętrznych walkach z samą sobą (a co, jeśli kupię zły rozmiar...?), w końcu rzeczoną zamówiłam. 
W międzyczasie byłam wymienić sweter, który dostałam na Święta w nieco za dużym rozmiarze. Oczywiście, swetra nie było, więc w drodze powrotnej weszłam do innego sklepu, żeby sobie nieco humor poprawić. Na przecenie akurat mieli bardzo ładną, czarną sukienkę - to kupiłam. Zadowolona, ze sklepu wyszłam, i wtedy na wystawie zobaczyłam koronkowe cudo... Zakochałam się. Ale że pogoda jest, jaka jest, a już się raz w przebieralni tego dnia natrudziłam, stwierdziłam, że spróbuję (może!) innym razem.

Dwa dni przed weselem C. stwierdził, że nie ma się w co ubrać. Znaczy ma w sumie prawie wszystko, ale brakuje mu marynarki. No dobrze, niech będzie i tak. Pojechaliśmy więc na zakupy, nabyliśmy marynarkę, a po drodze weszliśmy do innej filii sklepu, w którym widziałam koronkowe cudo. Niestety! Tutaj go oczywiście nie mieli! Zniesmaczona takim obrotem sprawy, rozglądałam się po sklepie bezradnie, aż mój wzrok padł na kolejną sukienkę...
Granatową, ołówkową, prostą. Stwierdziłam od razu, że tłusto w niej będę wyglądać; nie omieszkałam też tej uwagi wygłosić wszem i wobec. C., zirytowany moją samokrytyką, wręcz wcisnął mnie w rzeczoną kieckę. Cóż, leżała jak ulał... To kupiłam.
I właśnie w niej na weselu wystąpiłam, bo pierwsza, którą zamówiłam przez internet, nie doszła. 

A w środę, kiedy pojechałam po zamówiony wcześniej sweter, przymierzyłam koronkowe cudo... I co? No też pasowało; wyśmienicie, bym rzekła. Czy miałam inny wybór, niż kupić...? No przecież, że nie! A że styczniowe wyprzedaże trwają w najlepsze, dobrałam jej równie atrakcyjną koleżankę...

Hmm... W zasadzie to pięć sukienek... Ale ta wiśniowa okazała się za duża, więc właściwie się nie liczy...

Na swoją obronę dodam, że moje wszystkie sukienki razem wzięte kosztowały mniej niż jedna marynarka C., o!

Cytryny... Bardzo je lubię. Nie wyobrażam sobie bez nich codzienności: wskakują do herbaty, nadają charakteru sałatkowym sosom, łagodzą słodycz ciast i deserów, będąc niejako na drugim planie. Tym razem postanowiłam więc upiec sernik, którego cytryny będą niekwestionowanym bohaterem. Masa serowa jest więc wyraźnie cytrynowa (ale nie kwaśna!), a na niej lekko już kwaskowy lemon curd, czyli najlepszy cytrynowy krem, jaki zdarzyło mi się jeść. Wierzch wieńczą urocze, kolorowe beziki, które pasują tutaj idealnie nie tylko wizualnie, ale też smakowo. 
Całość wyszła boska; istna kwintesencja cytrynowości.

Jeśli chcecie, by Wasz sernik był wyższy, upieczcie go w mniejszej tortownicy. Będzie prezentował się jeszcze bardziej elegancko.

A cytrynowe smakołyki znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Sernik cytrynowy z lemon curd


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 24 cm)

spód:
  • 150 g ciastek digestive
  • 55 g masła
masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 150 g cukru
  • 4 jajka
dodatkowo:
bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • czerwony barwnik spożywczy w paście
  • żółty barwnik spożywczy w paście
Masło rozpuścić, przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem. 
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wysypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie łyżką lub dłońmi.
Schłodzić w lodówce przez 15 minut.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.

Twaróg, mascarpone, kremówkę, cukier, jajka, sok oraz skórkę z cytryny krótko zmiksować, tylko do połączenia składników.
Przelać masę na przestudzony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec kolejne 50-60 minut.
Ostudzić w lekko uchylonym piekarniku.

Następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Białko ubić, pod koniec dodając partiami cukier, a następnie cukier puder.
Na worku cukierniczym od wewnątrz namalować pędzelkiem 1 czerwony i 2 żółte paski barwnikami. Przełożyć bezę do woreczka. Wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia małe beziki.

Piec w 120 st. C. przez 45-60 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przed podaniem wierzch sernika posmarować kremem cytrynowym, udekorować bezikami i kandyzowanymi kumkwatami.

Smacznego!


W tajemnicy powiem Wam, że tak naprawdę nieczęsto kupuję ubrania. Ale od czasu do czasu napada mnie chęć na coś nowego... I wtedy nie umiem się powstrzymać.
Teraz obiecałam sobie solennie, że aż do wyjazdu do Polski nie kupię nic. 
Myślicie, że się uda...?

poniedziałek, 7 listopada 2016

Jedliście kiedyś geranium...? Panna cotta

Nie szuraj nogami! - powtarzała mi do znudzenia Babcia. Dziewczynkom nie wypada - dodawała, jakby to miało pomóc. A czy to znaczy, że chłopcom wypada? I w ogóle dlaczego to właśnie dziewczynkom ogranicza się te najprzyjemniejsze zabawy, przy których można się porządnie wybrudzić i pozdzierać kolana?

Dziś mi już nikt nie mówi, że mam nie szurać. Nie szuram zresztą - nie na co dzień. Gdy jednak przychodzi jesień, a chodniki i ścieżki w parku pokrywają dywany suchych liści, zupełnie zapominam o przestrogach babci (a może nawet trochę im na przekór), i szuram z zapamiętaniem. Ciężko zresztą nie szurać, gdy brodzi się w szeleszczącym morzu aż po kostki. Ten dźwięk zawsze wprawia mnie w lepszy humor - oznacza bowiem pogodny dzień i powrót do beztroskich spacerów z dzieciństwa. 
Czasem tak dobrze jest się zapomnieć...

Ten deser to też już wspomnienie. Nie mam pojęcia, jakim cudem przepis uchował się przed publikacją aż do dzisiaj. 
Geranium znalazłam w moim tajemniczym ogrodzie, i od razu nabrałam ochoty na przygotowanie czegoś z jego dodatkiem. Padło na pannę cottę - deser prosty i uniwersalny, gdzie to właśnie dodatki bez problemu mogą grać pierwsze skrzypce. Nie bez znaczenia był fakt, że akurat potrzebowałam deseru bezglutenowego, a nie miałam czasu wymyślać bardziej skomplikowanych ciast.
Żeby nie było nudno, dodałam na wierzch kwaskowaty mus porzeczkowy. Następnym razem zamiast białych, użyłabym porzeczek czarnych - dla kontrastu kolorystycznego. Tutaj bowiem ciekawa, ukośna linia między masami gubi się w pastelowych barwach.

Niemniej deser wyszedł wyśmienity. Nieoczywisty, delikatny smak geranium sprawia, że goście zaczynają się głowić, co to właściwie jest. Całość jest lekka i kremowa, i choć porcje wyszły mi raczej słuszne (spokojnie wystarczy na osiem), to zawartość szklanek zniknęła bez problemów.
Cudowne wspomnienie lata...

Panna cotta z geranium z musem porzeczkowym


Składniki:
(na 6-8 porcji)

panna cotta:
  • 500 ml mleka
  • 500 ml kremówki (38%)
  • 10 liści geranium
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 100 g cukru
  • 5 listków żelatyny

mus porzeczkowy:
  • 200 g białych porzeczek ze słoika (razem z sokiem) lub 170 g białych porzeczek i 30 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 białko
  • 40 g cukru

dodatkowo:
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • czarne porzeczki
  • maliny

Przygotować pannę cottę:
Mleko, kremówkę, geranium, skórkę z cytryny i cukier zagotować. Zdjąć garnuszek z palnika, odstawić pod przykryciem na 2-3 godziny. 

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę z mlekiem zagotować raz jeszcze, przecedzić. Dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Przestudzić.
Masę przelać do szklanek, ustawić je w lodówce przechylone, oparte o kuchenne ściereczki, aż masa całkowicie zastygnie.

Przygotować mus:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Porzeczki z cukrem zagotować, gotować na niewielkiej mocy palnika kilka minut, aż cukier się rozpuści.
Porzeczki ze słoika podgrzać.
Owoce przetrzeć przez sitko; do masy dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno.
Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier.

Do letnich owoców dodać najpierw kremówkę, delikatnie mieszając łyżką, a następnie ubitą bezę. Delikatnie połączyć.
Mus wylać na pannę cottę, wstawić do lodówki i schłodzić przez 2-3 godziny.

Przed podaniem ubić pozostała kremówkę, udekorować nią desery. Na wierzchu ułożyć owoce.

Smacznego!


Tak właściwie, to wspominając ten deser, naszła mnie ochota na listopadową wersję panny cotty. Jakieś sugestie...?

piątek, 7 października 2016

Dwupiętrowy tort na chrzciny dla dziewczynki

Przyznam się Wam dzisiaj do czegoś - nie wychodziłam na dwór przez całe cztery dni! Nie, nie rozchorowałam się nagle; po prostu internat i szkoła znajdują się w jednym budynku, a ja wczoraj miałam egzamin, do którego musiałam się uczyć. Z pokoju wychodziłam więc na obiad o siedemnastej, a później mniej więcej co godzinę dreptałam na stołówkę po kolejną gorącą herbatkę. Poza tym siedziałam z nosem w notatkach i kserach, skupiając całą moją uwagę na chemicznym składzie czekolady (którego na teście, oczywiście, nie było), jajek i mąki, koagulacjach, sterylizacjach, temperaturach przechowywania i użytkowania, i tak dalej... 
Kiedy więc po egzaminie wróciłam do pokoju, odczułam nagłą i gwałtowną potrzebę wyjścia na zewnątrz i dotlenienia organizmu. Ubrałam się więc ciepło, bo za oknem szaro i pochmurno, i wybrałam się na spacer. Jakieś było moje zdziwienie, gdy odkryłam, jak bardzo jest zimno! Jeszcze w niedzielę wieczorem, gdy przyjechałam na miejsce, było owszem, chłodno, ale do zniesienia. A wczoraj? Lodowaty wiatr sprawił, że zaczęłam żałować, że nie mam ze sobą czapki! Jak tylko wrócę do domu, wykopię mój cieplejszy płaszcz (jeszcze nie zimowy; nie popadajmy w panikę), wyjmę też na wierzch wszystkie ciepłe swetry i puchate skarpetki.
Witaj jesieni!

Ciasto, które Wam dzisiaj pokażę, przygotowałam parę miesięcy temu; na chrzest małej Astrid. Były już muffinki, teraz kolej na głównego bohatera.
Musze przyznać, że było to dla mnie spore wyzwanie. Pierwszy dwupiętrowy tort, który przygotowałam w domu, bez stołu do wałkowania marcepanu i wielkiego blatu do pracy, które zdecydowanie ułatwiają pracę w cukierni. Jednak byłam zdeterminowana i pełna optymizmu - i udało się!

Tort składa się z dwóch osobnych części - góra jest lekka i rześka, mocno cytrynowa z dodatkiem kremu malinowego; dół to kwintesencja czekoladowości z orzeźwiającą nutą malinową. Oba torty obłożyłam kremem maślanym (porcja z przepisu jest nieco większa, niż potrzeba, ale zawsze lepiej mieć zapas przy tego typu projektach) i marcepanem. Dekoracje też przygotowałam z marcepanu, więc falbanki troszkę mi oklapły... Jednak marcepan smakuje o wiele lepiej niż masa cukrowa, Duńczycy naprawdę go lubią, więc postanowiłam użyć właśnie jego.
Jeśli nie planujecie tak dużego ciasta, przyjrzyjcie się obu tortom z osobna - te połączenia smaków naprawdę działają!

Dwupiętrowy tort na chrzciny


Składniki:
(na tortownice o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 30 g mąki pszennej
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem cytrynowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g lemon curd
  • 50 g cukru pudru
  • 1 listek żelatyny
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, wymieszać ze skórką z cytryny, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Lemon curd podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przestudzić.
Kremówkę ubić z cukrem pudrem. Dodać letni lemon curd, dokładnie wymieszać.

Biszkopt przeciąć w poziomie na 3 części.
Na płaskim talerzu ułożyć spód, zapiąć obręcz tortownicy. Wyłożyć krem cytrynowy, przykryć drugim blatem ciasta i schłodzić w lodówce.

(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 7 jajek
  • 265 g cukru
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 130 g mąki pszennej
  • 45 g kakao
krem czekoladowy:
  • 375 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g ciemnej czekolady (57%)
  • 25 g cukru pudru
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać z kakao, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Biszkopt przeciąć w poziomie na 3 części.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. 
Kremówkę ubić z cukrem pudrem. Dodać letnią czekoladę, wymieszać na gładki krem.

Na paterze ułożyć spód biszkoptu, wyłożyć krem czekoladowy. Przykryć kolejnym blatem, schłodzić w lodówce.

(na dwupiętrowy tort)

krem malinowy:
  • 225 g malin (świeżych lub mrożonych)
  • 100 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
krem maślany:
  • 2 białko
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła
  • 150 g malin (świeżych lub mrożonych)
dodatkowo:
  • 1 kg marcepanu
  • różowy, brązowy i czarny barwnik spożywczy w paście
  • różowe cukrowe perełki
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Maliny z cukrem zagotować, przetrzeć przez sitko. Dodać odciśniętą żelatynę, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Do śmietany dodać maliny, delikatnie wymieszać.

1/3 kremu malinowego wyłożyć na biszkopt cytrynowy, przykryć ostatnim blatem i schłodzić ciasto w lodówce, najlepiej przez całą noc.
2/3 kremu malinowego wyłożyć na biszkopt kakaowy, przykryć ostatnim blatem i chłodzić ciasto w lodówce, najlepiej przez całą noc.

Przygotować krem maślany:
Białka i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Maliny zagotować, a następnie przetrzeć przez sitko. Ostudzić.
Malinowe puree partiami dodawać do kremu, mieszając łyżką.

Oba torty posmarować kremem maślanym, wygładzając krawędzie. Schłodzić, a następnie obłożyć białym marcepanem. 
Część marcepanu zabarwić na brązowo i czarno, ulepić misia.
Kolejną część marcepanu zabarwić na różne odcienie różowego. Udekorować tort.

Smacznego!


Przygotowanie całości zajęło mi trzy dni: pierwszego pieczenie biszkoptów, drugiego przygotowanie kremów i złożenie obu części, trzeciego krem maślany i dekoracja. Za ten ostatni etap zabrałam się wieczorem po pracy, a skończyłam... O piątej nad ranem! A już o ósmej trzeba było wstać, żeby dostarczyć ciasto na czas. Byłam ledwo żywa, ale było warto. Miny i pochwały gości zrekompensowały mi zmęczenie z nawiązką.