Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruszonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruszonka. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Ciasto z kasztanami, wiśniami i kruszonką. Nie tylko dla zakochanych

W poniedziałek na zajęciach byłyśmy we dwie. Muszę przyznać, że taki system niemal prywatnych lekcji bardzo przypadł mi do gustu. Nauczyciel nie patrzy nam na ręce przez cały czas, zajmując się swoimi sprawami (wypiekaniem wyjątkowo apetycznie pachnących bochenków, jeśli ktoś by się zastanawiał), ale jest do naszej dyspozycji na każde zawołanie; można więc pytać i się radzić dowoli, tylko chwilami narażając się na buraczane aluzje. W dodatku odkryłam, że niemal cała kulinarna wiedza, jaką zgromadziła ludzkości przez wieki, w wypadku mojego nauczyciela nie ma zastosowania, bo niemal wszystko jest - tutaj cytuję - ble! Albo brr!, jeśli to coś wyjątkowo paskudnego, jak na przykład owsianka. Albo kapusta kiszona. Lub wieprzowina.
Koty też są brr!, chociaż ich akurat nie jada. Ale to pewnie dlatego, że są brr!

Wracając do poniedziałku - musiałam wydrukować kartkę. Właściwie to pół, bo tylko jedną stronę. Zostałam więc odesłana do informatyków z informacją, że mają mi umożliwić dostęp do drukarki o tajemniczej nazwie C39, znajdującej się w pokoju nauczycielskim. Dotuptałam więc z trudem do pokoju przez nich zajmowanego, wyjaśniłam, na czym rzecz polega, oddałam laptopka i czekałam. Przez prawie czterdzieści minut! Gdyby mój Tato zobaczył, co chłopaki wyrabiali, wyłysiał by na miejscu (bo siwawy to już ździebko jest). Było ich trzech; oglądali ten mój biedny komputer w trybie zmianowym - jak już coś się któremuś udało, to za chwilę tracił rezon i wątek, i wołał kolegę. I tak w kółko!
Na ich usprawiedliwienie muszę jednak dodać, że pewnym utrudnieniem mógł być fakt, że mój laptopek nadal trwa w zawieszeniu lingwistycznym pomiędzy językiem polskim a duńskim, nie mogąc się zdecydować, który jest bliższy jego procesorowi (chciałam napisać sercu, ale to w końcu bezduszna maszyna jest). 

W końcu się udało. Mogłam wydrukować potrzebny mi świstek, chłopcy załapali się na świeżutkie croissanty, a wszystko stanęło na tym, że w walentynkowy wieczór wylądowałam w moim pokoju z butelką whisky. I deserem, o co zadbał jeden z miłych kucharzy z kantyny. W sumie, to mogło być gorzej... Chyba.

Dzisiaj mam dla Was przepis na bardzo zwykłe, a jednocześnie lekko zaskakujące ciasto. Myślałam o przygotowaniu czegoś wystrzałowego, ale po tych wszystkich cudnych ciastach, których miałam okazję próbować w szkole, naszła mnie ochota na coś prostego. Ciasto ucierane - oto moje marzenie.
Przygotowałam więc puszyste, maślane i lekkie ciasto, wypełnione słodkimi kasztanami i kwaskowatymi suszonymi wiśniami, a wszystko pod warstwą chrupiącej, kasztanowej kruszonki. Prawdziwa uczta! C. był zachwycony; wcinał, aż mu się uszy trzęsły. A chyba właśnie o to chodzi w taki dzień jak dziś, prawda...?

Ciasto ucierane z kasztanami, suszonymi wiśniami i kasztanową kruszonką


Składniki:
(na formę serce o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 115 g cukru
  • 4 jajka
  • 230 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka likieru amaretto
  • 75 g obranych pieczonych kasztanów
  • 100 g suszonych wiśni

kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 30 g mąki kasztanowej
  • 30 g cukru
  • 40 g zimnego masła

Mąkę pszenną i kasztanową przesiać, dodać cukier, wymieszać. Dodać pokrojone w kosteczkę zimne masło, szybko zagnieść kruszonkę.
Odstawić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślanej, miskując tylko do połączenia składników. Wlać amaretto, zmiksować.
Na końcu dodać pokrojone na mniejsze kawałki kasztany i wiśnie, wymieszać.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem, równomiernie posypać kruszonką.

Piec w 170 st. C. przez 50-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ja tymczasem szybciutko idę pod prysznic, żeby spokojnie zaszyć się pod kołdrą z książką i herbatką w zasięgu ręki.
Bo - jak mnie dzisiaj uświadomił facebook:
- Wszystko, czego ci trzeba, to...
- Miłość.
- Co? Nie, nie. Książki!

piątek, 13 października 2017

Rozterki blogera kulinarnego, czyli sweter nie od parady. I muffiny dyniowo-śliwkowe. Z cynamonem

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że gdy zaczynałam moją przygodę z blogowaniem, prawie dziewięć lat temu, zdjęcia były dla mnie sprawą drugorzędną. Nie myślałam o nich wcale; robiłam, bo tego wymagało ode mnie pisanie bloga. Blog kulinarny bez zdjęć jest jak... Deser bez cukru. Niby coś tam można zrobić, niby będzie nawet całkiem niezłe, ale jednak czegoś mu będzie brakowało. 
Nie miałam profesjonalnego sprzętu (to się akurat nie zmieniło), a tego, który miałam, nie potrafiłam za bardzo obsługiwać. Przyciskałam największy guzik na ustawieniach auto, uprzednio sprzątnąwszy wszystko ze stołu i ustawiwszy na środku ciasto. Ot, wszystko w temacie. Specjalnie dużo czasu mi to nie zabierało, i jakoś się blog kulał...
Ale później zaczęłam zazdrościć (to również nie uległo zmianie) tym wszystkim blogerom z pięknymi zdjęciami. Że ich blogi są takie ładne, apetyczne i w ogóle och i ach. Ale co poradzić na fakt, że fotografia nadal nie była moją pasją...? Cóż, czasem trzeba się zdobyć na wysiłek. Zamiast więc po prostu robić zdjęcie, zaczęłam próbować. Początki były koszmarne; nic się nie udawało. Ale z czasem było coraz lepiej.
I choć nadal nie jestem pasjonatką fotografii, to muszę przyznać, że niejaką przyjemność sprawiają mi zdjęcia, na których moje dania wyglądają tak, że ma się ochotę po nie sięgnąć. I nie, nie wmawiam sobie, że moje zdjęcia są świetne; doskonale wiem, gdzie się w tej kwestii znajduję i jak daleko mi do tych naprawdę dobrych. Ale różnica jest zauważalna gołym okiem; małymi kroczkami do celu. Może kiedyś robienie zdjęć będzie mi sprawiało taką przyjemność jak gotowanie? I kto wie, czy moje zdjęcia nie staną się wtedy naprawdę dobre...?

Póki co, jest jak jest, ale muszę przyznać, że z poniższych zdjęć jestem całkiem zadowolona. Mają odpowiednią temperaturę, muffinki wyglądają niemal tak smakowicie, jak w rzeczywistości, a całość sprawia wrażenie jesienno-przytulnej za sprawą... Swetra. Tak, ostatnio jeden z moich ulubionych swetrów stał się nieodłącznym elementem moich zdjęć. Jakiś czas temu miałam nawet ochotę go ubrać, ale stwierdziłam, że później trzeba by go uprać; a co, jeśli w w międzyczasie przygotuję coś, co będzie rzeczonego swetra w tle wymagać...? Włożyłam więc inny; też jasny, ciepły i mięciutki. Prawie idealny...

Z Mirabelką umówiłam się na wspólne dyniowe pieczenie na słodko. Ciasto w lodówce akurat miałam, więc stwierdziłam, że musi to być coś małego, niezobowiązującego. Kupiłam dynię (moją ulubioną, ogniście pomarańczową Hokkaido) i zabrałam się do rzeczy. 
Muffinki są proste i szybkie w przygotowaniu; jeśli nie kupicie jakiejś bardzo twardej odmiany, nawet ścieranie dyni nie powinno nastarczyć kłopotów. Reszta to po prostu wymieszanie mokrych składników z suchymi, przełożenie całości do formy, nadzianie śliwkami i posypanie błyskawiczną, cudownie maślaną kruszonką.
Muffiny są bardzo wilgotne, ale nie zakalcowate, mięciutkie i aromatyczne, z przyjemnie chrupiącą kruszonką. Świetne na drugie śniadanie albo na dłuższą podróż do pracy; mała dawka cukru zdecydowanie pomaga nie zasnąć za kierownicą, kiedy nocny świat oblepia mgła...

Muffiny dyniowo-cynamonowe ze śliwkami i kruszonką


Składniki:
(na 9 sztuk)
  • 125 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 100 ml mleka
  • 40 ml oleju
  • 100 g dyni, bez skóry i pestek
  • 5 śliwek
kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 15 g cukru
  • 15 g zimnego masła
Najpierw przygotować kruszonkę:
Wymieszać mąkę z cukrem, dodać masło, posiekać. Następnie zagnieść kruszonkę, odstawić.

Śliwki przekroić na połowy, usunąć pestki.
Mąkę z proszkiem przesiać, dodać cukier i cynamon, wymieszać.
Dynię zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Jajko roztrzepać, dodać olej i mleko, połączyć. Dodać startą dynię, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do ich połączenia.

Formę na muffiny wyłożyć papilotkami. Do każde nakładać 1 łyżkę ciasta, naspnie wkładać po pół śliwki. Przykryć pozostałym ciastem, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


I tak, to dopiero mój pierwszy przepis z dynią w tym roku, I tak, wiem, że to już połowa października.
Mi też się to w głowie nie mieści...

niedziela, 16 lipca 2017

Oszukane lato i tarta z rabarbarem

Jest połowa lipca. Kalendarz nie kłamie (choć bardzo bym chciała). Niby nie jest zimno, niby słońce się czasem pokaże, ale... To jednak nie to. 
Pamiętam, że w lipcu owoce zawsze były słodkie i smakowały słońcem. Można się było wygrzewać w słonku do późnego popołudnia, a wieczorami wkładać sweter tylko dlatego, że komary cięły niemiłosiernie. Letnie burze przychodziły i odchodziły, zostawiając po sobie rześkie powietrze i kolejne ciepłe dni. I owszem, słyszało się narzekania na upały, ale tak naprawdę, w głębi ducha, wszyscy się nimi cieszyliśmy. W końcu było lato! Jak niby miałoby wyglądać...?

W tym roku lata nie ma. Nie takiego, jakie pamiętam. Zima była błotnista i ciepława, teraz kolejna pora roku zawiodła swoim niezdecydowaniem. Zjadłam w tym roku zaledwie jedną naprawdę słodką truskawkę, co samo w sobie jest wystarczająco rozczarowujące. Na dodatek skończyły się tak szybko, że w zasadzie nie zdążyłam się nimi nasycić. Jakiekolwiek by nie były...

Na szczęście rabarbar w ogródku ciągle pokazuje, co potrafi. W zeszłym tygodniu ogołociłam oba krzaczki niemal zupełnie, w tym znowu zielone liście przypominają parasole. Zerwałam więc kilka, żeby przygotować tartę. Skoro nie mogę mieć prawdziwego lipca, będę udawać, że to nadal maj.

Przepis znalazłam w książce Nordisk bagebog Miisy Mink, i spodobał mi się od razu. Kruchutkie ciasto, kwaskowe nadzienie z głębokim, dymno-karmelowym posmakiem cukru muscovado, a do tego chrupiąca, owsiana kruszonka. Banalne wręcz składniki łączące się w idealną całość.

Tarta z rabarbarem i owsianą kruszonką


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:

  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 85 g cukru 
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
nadzienie:

  • 300 g rabarbaru
  • 2 łyżki ciemnego cukru muscovado
kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych
  • 60 g cukru
  • 50 g miękkiego masła
Mąkę z proszkiem przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na koło nieco większe niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, odstawić.

Rabarbar pokroić na kawałki, wymieszać z cukrem. Odstawić.

Cukier wymieszać z płatkami owsianymi. Dodać masło, zagnieść kruszonkę.

Na spód wyłożyć rabarbar, wierzch posypać kruszonką.

Piec w 200 st. C. przez 30 minut, aż kruszonka nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 4 sierpnia 2016

Teatr pod gołym niebem. I letnie drożdżówki z morelami

Na początek lipca czekam bardzo niecierpliwie. Czasy szkolnych wakacji już co prawda dawno minęły, a o urlopie ciągle jeszcze tylko marzę, ale w ostatnich latach C. zaraził mnie swoją rodzinną tradycją, która od początku skradła moje serce. Teatr pod gołym niebem, musical i dobre towarzystwo - czy można chcieć więcej...?

Teatr uwielbiam; w Polsce często chodziłam, tutaj - bałam się, że i tak nic nie zrozumiem. C. stwierdził, że ten spodoba mi się z pewnością - i miał rację. Pierwszego roku ledwo co rozumiałam, ale atmosfera i emocje udzieliły się również mnie. W tym roku znana wszystkim dobrze historia Diego de la Vegi wciągnęła mnie bez reszty. Zorro w wykonaniu na wpół amatorskiej trupy 7-kanten wywołał u mnie wiele emocji; od wybuchów głośnego śmiechu aż po ocierane ukradkiem łzy. Znów postacie drugoplanowe nieco skradły przedstawienie - w tym roku moim niekwestionowanym ulubieńcem był sierżant Garcia, brawurowo zagrany przez Hansa Kaarde Gundesena. Martin Bob Holm, znów w roli czarnego charakteru, sprawdził się wyśmienicie. Główni bohaterowie, szczególnie Luisa, wypadli nieco blado... Ale nie czepiajmy się drobiazgów! Całość jak zwykle wyszła znakomicie, i już czekam na kolejny występ. Tym razem duńska klasyka, czyli Midt om natten. Zapowiada się ciekawie!

A jeśli się uda, w styczniu wybierzemy się na występ zimowy (pod dachem, gdyby ktoś miał wątpliwości). Któż bowiem nie chciałby obejrzeć duńskiej wersji Grease.

Jak zwykle, zabraliśmy ze sobą prowiant. Gorąca kawa to podstawa; pogoda bowiem nam nie dopisuje. Na szczęście w tym roku obyło się bez rzęsistego deszczu i mokrych majtek, ale przelotnych opadów nie udało się uniknąć. Do kawy były kanapki, a ja zabrałam słodkie co nieco. Tym razem drożdżówki z morelami i cynamonowym twarożkiem, z dużą ilością kruszonki.
Proste w wykonaniu; nie napiszę, że szybkie, bo drożdżowe to po prostu nie ten typ. Jednak ciasto zagniotłam wieczorem, wyrastało sobie sobie spokojnie całą noc w chłodnych czeluściach lodówki, a następnego dnia upiekłam puszyste bułeczki. To zdecydowanie pozwala na spokojne zaplanowanie wszystkiego i sprawia, że drożdżówki przestają być nagle aż tak czasochłonne.
Morele i cynamon to zgrana para, idealna na deszczowe lato.
Skusicie się...?

Drożdżówki z morelami, cynamonowym twarożkiem i kruszonką


Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 450 g mąki pszennej
  • 200 ml mleka
  • 40 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 60 g masła
  • 15 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/3 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 5 dużych moreli

kruszonka:
  • 85 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 60 g zimnego masła

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżkę cukru i zalać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić, przestudzić. 

Po tym czasie dodać do zaczynu pozostałe mleko, cukier, jajko i żółtko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, dokładnie wyrobić ciasto.
Przełożyć je do wysmarowanej olejem miski, przykryć dokładnie folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki.

Rano ciasto wyjąć z lodówki i zostawić na 30-60 minut na blacie, aby nabrało temperatury pokojowej. Podzielić je na 10 części, z każdej uformować okrągła bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy. 
Odstawić na 15-20 minut.

W tym czasie wymieszać serek z żółtkiem, cukrem, cukrem waniliowym i cynamonem.

Morele umyć, przeciąć na pół i pozbawić pestek.

Mąkę na kruszoną przesiać, wymieszać z cukrem i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie zagnieść palcami.

W wyrośniętych bułeczkach zrobić spodem szklanki wgłębienia niemal do blachy. W każde wgłębienie nałożyć 1 łyżkę twarożku, na środku ułożyć połowę moreli, delikatnie wciskając ją w serek.
Odstawić na 20 minut do wyrośnięcia.

Żółtko roztrzepać, wymieszać z mlekiem. Posmarować bułeczki, posypać kruszonką.

Piec w 175 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ostatnio odżyła we mnie drożdżówkowa dusza. Zamiast robić lody, które obiecałam, piekę ciągle nowe słodkie bułeczki. Chyba dlatego, że pogoda zdecydowanie bardziej zachęca do sięgania po te drugie; szczególnie, gdy są jeszcze ciepłe...

piątek, 29 kwietnia 2016

Muffinki z truskawkami

Leżałam już w łóżku, choć pora z punktu widzenia zwykłego człowieka jeszcze późna nie była. Cóż, piekarze o tej godzinie często już swój sen kończą, żeby wypić szybką, mocną kawę przed wyjściem z domu. 
W każdym razie leżałam tak sobie i rozmyślałam: o dniu minionym, o tym nadchodzącym, o sofie, na którą będziemy musieli znaleźć kompromis, a w końcu nawet o blogu. W głowie układałam kolejny wpis; zgrabne zdania, dowcipna historia z interesującą puentą, wszystko brzmiało wręcz idealnie. Gdy jednak następnego dnia usiadłam przed laptopem, okazało się, że nie pamiętam nawet, o czym to miało być! Najdrobniejszego szczegółu, najbardziej ogólnej idei - nic. W głowie totalna pustka.
Bardzo mnie takie rzeczy deprymują. 

I tak, wiem, powinnam sobie pomysły po prostu zapisywać. Ale komu by się chciało odrywać głowę od mięciutkiej poduszki, wychodzić spod cieplutkiej kołdry i szukać kartki i ołówka, albo chociaż telefonu...? Na pewno nie mi. Zamiast tego zapadłam w błogi sen... I zapomniałam o wszystkim.

Dzisiaj mam dla Was bardzo proste, ale za to bajecznie pyszne muffinki, o których po prostu nie da się zapomnieć. Upieczone na maślance są mięciutkie i wilgotne, a dodatek kakao nadaje im cudownie czekoladowego smaku. Do tego chrupiąca, kakaowa kruszonka i ukryta pod nią soczysta truskawka. Wymarzony deser na piknik - póki co, taki w salonie. Ale liczę na to, że już niedługo pogoda poprawi się na tyle, że wyjście z domu znów stanie się przyjemnością.

Kakaowo-maślankowe muffinki z truskawkami i kruszonką


Składniki:
(na 12-14 sztuk)
  • 220 g mąki pszennej
  • 30 g kakao
  • 100 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 250 ml maślanki
  • 75 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

kruszonka:
  • 30 g cukru
  • 35 g mąki pszennej
  • 10 g kakao
  • 30 g zimnego masła

dodatkowo:
  • 12-14 truskawek

Mąkę i kakao na kruszonkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Odstawić.
Truskawki umyć, osuszyć, pozbawić szypułek. Odłożyć.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia. 
Jajka roztrzepać, wymieszać z maślanką, olejem i ekstraktem. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia.

Masę przelać do formy na muffiny wyłożonej papilotkami. W każdą muffinkę wcisnąć truskawkę, równomiernie posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Harmonogram na teoretycznie wolny weekend mam wypełniony po brzegi. Ale przynajmniej wstawać będę o świcie, a nie grubo przed, więc chyba powinna się cieszyć...

wtorek, 5 stycznia 2016

Sernik pierniczkowy nie tylko na Święta

Z okazji Wigilii spędzanej w Polsce, mimo natłoku obowiązków, wszystkich tych przedświątecznych spraw ważnych i ważniejszych, pracy, która wypełnia większość dnia (a dzisiaj także część czasu wolnego), postanowiłam zabrać ze sobą słodkości, które dobrze zaprezentują się na stole w moim rodzinnym domu. Na pierwszy ogień poszedł piernik staropolski, o którego przygotowaniu marzyłam już od dawna. Udał się lepiej niż myślałam! Przygotowując go bowiem po raz pierwszy, nie sposób odmówić sobie obaw o to, czy ciasto po ponad miesięcznym leżakowaniu będzie się jeszcze do czegoś nadawało. Czegokolwiek. Na szczęście ciasto wyszło. A ten smak... Moi drodzy, tego nie da się opisać! Piernik jest idealnie mięciutki, obłędnie aromatyczny, a powidła śliwkowe pasują tutaj wyśmienicie. Jestem pewna, że kolejne Święta, nawet w Danii, bez tego cuda się nie obejdą. 

Bardzo chciałam też upiec makowiec, ale już niestety nie zdążyłam. C. nigdy nie jadł prawdziwego, polskiego makowca; może więc zaszaleję w styczniu...? Jeśli czas pozwoli.
Do towarzystwa piernikowi upiekłam za to kilka rodzajów małych pierniczków, które cieszyły się dużym powodzeniem. Zawsze jakoś tak jest, że takie drobne słodkości kuszą bardziej. Albo może wydają się bardziej niewinne...? 
Nie mnie o tym decydować. Najważniejsze, że wszystkim smakowały.

Choć, szczerze mówiąc, nie miałam ochoty piec niczego więcej, postanowiłam jednak przygotować sernik. Dlaczego? Po pierwsze - uwielbiam! Po drugie - robi się je szybko, prosto, no i zawsze wychodzą. Zrobiłam więc małe czyszczenie lodówki: reszta mleka skondensowanego; całość wyszła za mało słodka, dodałam więc miodu (bardzo świątecznie); reszta kremówki, ostatnie trzy jajka. Z zamrażarki wyciągnęłam żurawinę, a na spód i do kruszonki dałam pierniczków. Masę serową wzbogaciłam tonką, ale jeśli jej nie macie, wanilia sprawdzi się znakomicie.
Całość wyszła boska! Nawet moja wiecznie odchudzająca się Siostra i jej wybredny chłopak pochwalili. Słodka, kremowa, delikatna masa serowa w kontraście z kwaśną żurawiną i chrupiącą, pierniczkową kruszonką nie pozwoliła zbyt szybko oderwać się od talerzyków... W pewnym momencie nawet zaczęłam żałować, że nie przygotowałam tego ciasta w większej formie! Bo co to te osiemnaście centymetrów dla całej bandy łakomczuchów...?

Sernik z tonką, żurawiną i pierniczkową kruszonką

cranberry cheesecake with gingerbreads

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 85 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 jajka
  • 100 g miodu
  • 1 ziarno tonki

kruszonka:

dodatkowo:
  • 150 g żurawiny (świeżej lub mrożonej)

Pierniczki zmiksować w malakserze na pył. Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z pierniczkami.
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na spodzie masę pierniczkową, schłodzić w lodówce przez 20-30 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.

Pierniczki na kruszonkę zmiksować w malakserze na pył. Dodać mąkę, cukier i przyprawę do piernika, połączyć. Dodać zimne masło, zagnieść kruszonkę.

Serek, mleko, kremówkę, jajko, miód i drobno startą lub zmieloną tonkę zmiksować na gładką masę. Wylać na podpieczony spód, na wierzchu ułożyć żurawiny, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przed podaniem schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Wiem, że już po Świętach, ale taki sernik idealnie sprawdzi się w styczniu, gdy puszki ciągle pełne są niezjedzonych pierniczków. Nadadzą się tu każde kruche, bez nadzienia i polewy. Ja użyłam czekoladowych, ale jeśli macie inne, nie bójcie się eksperymentować. Z pewnością będzie pysznie!

czwartek, 26 listopada 2015

Wyjątkowe ciasto marchewkowe. Ze śliwkami

Po śniegu nie zostało ani śladu. Słupek rtęci znów radośnie podskoczył powyżej zera, i to o całe osiem kresek. Jeśli spojrzeć w błękitne, bezchmurne niebo, można się pomylić i sięgnąć po letnią sukienkę. Wystarczy jednak tylko spuścić wzrok nieco niżej; na ogołocone z liści korony drzew, na chodniki ciągle zasłane grubą warstwą podmokłych liści, na ludzi w zimowych płaszczach (choć rozpiętych); od razu wracamy do listopadowej rzeczywistości.

Dzisiaj jeszcze na moment porzucę mój niemal świąteczny nastrój, żeby pokazać Wam ciasto, które przygotowałam już jakiś czas temu. Zapragnęłam ciasta marchewkowego; wiadomo, to najlepsze, co nas może spotkać w pochmurny, jesienny dzień. Zaostrzyłam je imbirem, nadałam czaru kruszonką, ale ciągle czegoś mi brakowało... Sięgnęłam więc po sezonowe, intensywnie fioletowe śliwki. I to był, moi drodzy, strzał w dziesiątkę! Ciasto jest cudownie wilgotne, ale nie mokre, ze słodkimi, rozpływającymi się w ustach, pieczonymi śliwkami i chrupiącą kruszonką. Imbir nadaje całości charakteru. W dodatku ciasto przygotuje się bajecznie prosto: wystarczy zagnieść kruszonkę, wymieszać składniki suche z mokrymi, poukładać na cieście owoce, posypać kruszonką i upiec. Każdy da sobie radę.

Gwarantuję, nikt nie poprzestanie na jednym kawałku!

Ciasto marchewkowo-imbirowe ze śliwkami i kruszonką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 90 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 75 ml oleju
  • 150 g marchewki
  • 3-cm kawałek świeżego imbiru
dodatkowo:
  • 350 g śliwek
kruszonka:
  • 55 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 35 g zimnego masła
Mąkę, cukier i imbir na kruszonkę wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami, aż powstanie kruszonka.
Odstawić.

Marchewkę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Odcisnąć.
Śliwki przekroić na połowy, usunąć pestki.

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia.
Jajka roztrzepać, dodać olej i mleko, wymieszać. Imbir zetrzeć, dodać do masy jajecznej, wymieszać. Dodać marchewkę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć śliwki, rozcięciem do góry. Posypać ciasto kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez około 60 minut.
Wystudzić.

Smacznego!

Dziś króciutko, bo choć mam dzień wolny, to całe mnóstwo zadań na mnie czeka. Trzeba upiec kolejne ciasteczka i zacząć myśleć o przedświątecznych porządkach. A muszę szczerze przyznać, że akurat na te najmniejszej nawet ochoty w tym roku nie mam...

wtorek, 23 czerwca 2015

Klasyczna drożdżówka na Dzień Taty

Mój Tato jest łasuchem. Jego najulubieńszym przysmakiem od zawsze są galaretki w cukrze - białe z kolorowymi paseczkami albo te w kształcie półplasterków cytrusów w różnych kolorach. Całe pudełka znikały u nas zawsze błyskawicznie, Mama chowała je po szafkach - bezskutecznie. Razem z Tatą zawsze potrafiliśmy je znaleźć i... Zjeść, oczywiście.
Odkąd nauczyłam się piec, uwielbiam jeździć do domu i przygotowywać przysmaki dla mojego Taty. Nawet, jak coś mi nie wyjdzie - zje i uparcie będzie twierdził, że jest pyszne. Kogo by coś takiego na duchu nie podniosło...? A jak już mi się uda, to wychwala, jakbym mu podała na talerzu danie ukradkiem podebrane z królewskiego stołu, nawet, gdy są to tylko zwykłe lody truskawkowe. Ostatnio sam nawet takie ukręcił - podobno wyszły pyszne. I, jeśli wierzyć Mamuni, teraz nie wolno ich jeść, tylko trzeba podziwiać, jakie piękne wyszły... 

Dzisiaj Dzień Ojca, a ja, cóż, jak zwykle - daleko. Ale pamiętam, i jak już uda mi się do domu wybrać, z pewnością uraczę go jakimś smakołykiem. A jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, i to oni mnie odwiedzą, to będziemy szaleć na całego. I może w końcu razem upieczemy ten chleb, na który nigdy nie możemy znaleźć czasu...?
Wracają do meritum - Tato, wszystkiego najlepszego. 

Dzisiaj pokażę Wam przepis na naprawdę pyszne ciasto. Drożdżówkę z rabarbarem i truskawkami, z dużą ilością kruszonki. To mojego Taty i moje wspomnienia z dzieciństwa - Babcia drożdżówki z rabarbarem piekła od zawsze, oboje je uwielbiamy. Za mięciutkie ciasto i kwaśne łodygi, które idealnie się uzupełniają. U mnie jeszcze słodkie, intensywnie czerwone truskawki i cudownie chrupiące płatki migdałowe. Wyszło wybornie, ciężko oprzeć się kolejnemu kawałkowi, szczególnie, gdy jeszcze ciasto jest lekko ciepłe, mmm... Pycha!
Przepis znalazłam w Kuchni Lidla Pawła Małeckiego, która niedawno do mnie przyjechała. To pierwsza wypróbowana receptura; efekty jak najbardziej zadowalające, więc będę testować dalej.

Drożdżówka z rabarbarem, truskawkami i kruszonką

Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 75 ml letniego mleka
  • 40 g cukru
  • 50 g masła
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 400 g rabarbaru
  • 250 g truskawek
  • 50 g płatków migdałowych

kruszonka:
  • 50 g zimnego masła
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, zalać mlekiem. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu dodać resztę cukru, cukier waniliowy i jajko. Zagnieść ciasto. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcią.

W tym czasie odciąć szypułki od truskawek, pokroić je na połówki. Rabarbar pokroić w 2-centymetrowe kawałki. 
Mąkę na kruszonkę przesiać, wymieszać z cukrem i cukrem wniliowym. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia.
Wyrośnięte ciasto rozwałkować na wielkość formy, ułożyć na spodzie. Odsatwić na 15 minut.
Po tym czasie na cieście ułożyć truskawki i rabarbar, posypać kruszonką i płatkami migdałów. Odstawić na 20 minut.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

A teraz - do kuchni! Wakacje zobowiązują - trzeba przygotować deser, obiad i coś na jutrzejsze drugie śniadanie dla C. do pracy. I może jeszcze upiec ciasto...? Niedługo, aż boję się to napisać, sezon na rabarbar się skończy... Aż strach o tym myśleć!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prosto i pysznie: ciasto na maślance z truskawkami

W Danii Dzień Matki przypada dziesiątego maja. Czyli już jakiś czas temu. Oczywiście wysłałam życzenia mojej Mamuni, a ona, jak zawsze była zdziwiona. Ja tam bym się ciszyła - dwa razy życzenia z tej samej okazji...? Dlaczego nie.

Do Mamuni mam daleko, ale rano C. rozmawiał ze swoją, i zaprosiła nas na obiad. A C. obiecał jej ciasto, nie zważając, że wyjść z domu będziemy musieli stosunkowo niedługo (od moich Rodziców dzielą nas setki kilometrów, ale do jego też mamy spory kawałek), a lodówka zieje pustkami. Poza tym miałam ambitny plan upieczenia ciasta z malinami, warstwami i w ogóle bajerami. No ale nic. Na blogu Doroty znalazłam przyjazny ludziom spieszącym się przepis, pojechaliśmy więc szukać rabarbaru. 
A rabarbar wcięło. Zjeździliśmy wszystkie sklepy (a mamy cztery) w naszej mieścinie - i nic. Były za to truskawki. Obłędnie czerwone, ładnie pachnące i nawet odrobinę truskawkami smakujące, co w maju nie zawsze jest oczywiste. Kupiłam, dodałam do ciasta razem z kruszonką, błyskawicznie pstryknęłam fotkę i jeszcze ciepłe zabrałam do auta uważając, żeby się nie poparzyć. Gdy dojechaliśmy na miejsce, ciągle było letnie, a zapach zwabił do kuchni wszystkich domowników. Gdy podano je do kawy, znikało w błyskawicznym tempie, a ciotka C. nie mogła się nachwalić. Jego tata również był zachwycony, bo przepada za ciastami z truskawkami.

Teraz, kiedy sezon w pełni, aż żal nie skorzystać z tego przepisu. Ciasto wychodzi mięciutkie i wilgotne, soczyste od owoców, z kontrastująco-chrupiącą kruszonką. Niby nic, a jednak ciężko odmówić sobie (albo komuś) dokładki. Jest bezproblemowe, szybkie, będą do niego pasowały wszystkie letnie owoce, jeśli truskawki już się Wam znudziły (w co ani trochę nie wierzę). Idealnie nada się na piknik albo na ogrodowe przyjęcie, dla dużych i małych... Ciasto uniwersalne, pod każdym względem. Spróbujcie koniecznie!

Ciasto na maślance z truskawkami i kruszonką

Składniki:
(na formę 30 x 22 cm)
  • 500 g mąki pszennej
  • 3 jajka
  • 200 g cukru
  • 250 ml maślanki
  • 125 ml oleju
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 350 g truskawek

kruszonka:
  • 50 g zimnego masła
  • 100 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego

Najpierw przygotować kruszonkę:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i cukrem waniliowym. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Odstawić.

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Białka ubić na puszystą masę, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. Po jednym wbijać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Powoli wlać olej, cały czas miksując. Na zmianę dodawać mąkę z maślanką, miksując na najniższych obrotach.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać truskawki przecięte na pół. Posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, aż do suchego patyczka.
Wystudzić.

Smacznego!

Oczywiście, środek pierwszego duńskiego lata, a ja chodzę cała zasmarkana... Czy można mieć większego pecha...? Heh...

poniedziałek, 9 marca 2015

Sernik czekoladowo-cytrynowy z kruszonką

Dziś, choć nieco śpiąca, jestem w wyśmienitym wręcz nastroju. Po pierwsze udało mi się zabłysnąć wiedzą na temat poolish, a po drugie pogoda jest dzisiaj cudownie wiosenna. Ponad dziesięć stopni, słoneczko przygrzewa ciepłymi promykami, wiatru nie ma - nic, tylko się cieszyć. Ptysia z nieukrywaną radością wybrała się ze mną na spacer, i w sumie nas obie energia wręcz rozpiera. Ale jak tu się oprzeć pierwszemu prawdziwie wiosennemu dniu? Nie da się, i już.
Na myśl od razu przychodzą mi zielono-różowe łodygi rabarbaru, pierwsze czerwcowe, słodkie truskawki. Nie mogę się już tego wszystkiego doczekać!

Póki co jednak, mam dla Was sernik, który stanowi połączenie zimowo-wiosennych smaków. Jest więc kakaowy, chrupiący spód, a na nim intensywnie czekoladowa masa serowa. Na niej druga warstwa, tym razem świeżo-cytrynowa, a całość pod wyśmienitą, cytrynowo-migdałową kruszonką, którą podpatrzyłam u Erica Lanlarda w jego Czekoladzie.
Muszę przyznać, że dość długo myślałam nad tym sernikiem. Musiałam wykorzystać serek przed wyjazdem, pomyślałam więc, że przygotuję dla mojej Rodziny sernik (po przyjeździe okazało się, że Mama również jeden przygotowała - na szczęście na zimno, więc nie było najmniejszego problemu z pochłonięciem obu). Najpierw chciałam upiec taki typowo zimowy, ciężki, koniecznie czekoladowy. Później pomyślałam, że przydałoby się, choćby i najlżejsze, tchnienie wiosny. I wtedy przypomniałam sobie o wyśmienitych, czekoladowo-cytrynowych finansjerkach z wyżej wymienionej książki. To połączenie smaków jest naprawdę wyjątkowo pyszne, postanowiłam więc znów je wykorzystać. Efekt? Cudownie kremowy sernik, któremu ciężko się oprzeć. Nawet moja młodsza, wybredna Siostra pochwaliła, więc coś musi w nim być.

Wydaje mi się, że idealnie sprawdzi się na wielkanocnym stole - wygląda bardzo ładnie, a smakuje wyjątkowo. Goście z pewnością nie będą rozczarowani.

Sernik czekoladowo-cytrynowy z cytrynowo-migdałową kruszonką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 45 g masła
  • 1 łyżka kakao
masa serowa:
  • 700 g serka kremowego
  • 200 g cukru
  • 4 jajka
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • sok z 1 cytryny
kruszonka:
  • 25 g zimnego masła
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 25 g mąki pszennej
  • 25 g cukru
  • 50 g mielonych migdałów
Ciastka na spód dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami. 
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Na dnie ugnieść, dłonią lub łyżką, masę ciasteczkową.
Schłodzić w lodówce w czasie przygotowania masy serowej.

Przygotować kruszonkę:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem, migdałami i skórką z cytryny. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Odstawić.

Serek zmiksować z cukrem, jajkami i śmietaną na gładką masę. Połowę odlać do inne miski.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić. Dodać do połowy ciasta, wymieszać. Do pozostałej masy wlać sok z cytryny, wymieszać.

Na schłodzony spód wylać masę czekoladową, na wierzch delikatnie, żeby się nie wymieszały, cytrynową. Wierzch posypać kruszonką.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut, aż masa serowa się zetnie.
Na koniec podnieść temperaturę do 200 st. C. i podpiekać 5-10 minut, aż kruszonka się zrumieni.

Sernik ostudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Wczoraj moja Mamunia miała urodziny, chciałabym jej więc życzyć wszystkiego, co najlepsze, dużo zdrowia i mnóstwa powodów do uśmiechu, no i oczywiście - pociechy z nieznośnych dzieci. Najlepszego!

poniedziałek, 23 lutego 2015

O bakteriach, kichaniu i naprawdę pysznym cieście

To może nie jest najlepszy temat na bloga kulinarnego, szczególnie, jeśli w drugiej części posta chcę Wam przekonać do upieczenia naprawdę pysznego ciacha. Ale... Skoro mnie tak męczyli przez cały tydzień, to mam teraz nieodpartą chęć dzielenia się wiedzą. Jednak czytelnikom o słabych nerwach, tudzież bogatej wyobraźni, radzę od razu przejść do przepisu.

Mowa bowiem dzisiaj będzie o bakteriach. Tak, tak - szkoła cukiernicza to nie tylko obkładanie ciast kremami i pieczenie hurtowych ilości muffin i ciasteczek. To długie godziny teorii na temat składników, wartości odżywczych, kalorii, a także higieny i mikroorganizmów.
Z biologii zapewne pamiętacie (a jak nie, to zaraz Wam przypomnę), czym są mikroorganizmy. To takie maleńkie stworzonka, zazwyczaj niewidoczne gołym okiem, które są wszędzie. Żyją sobie na nas, na jedzeniu, na naszych czworonożnych pupilach, w kuchni i łazience. Część z nich jest nam potrzebna, większość jednak - niekoniecznie. To przez nie żywność się psuje, a my chorujemy. Część z nich wykorzystujemy - choćby do pieczenia chleba czy ciast drożdżowych, do wyrobu sera, wina, piwa, jogurtów i innych produktów mlecznych. Przed pozostałymi staramy się chronić, a najłatwiej to osiągnąć zachowując w kuchni higienę. Nieco inaczej sprawa ma się w kuchni domowej, gdzie przygotowujemy posiłki dla siebie i najbliższych; inaczej, gdy karmimy codziennie setki ludzi. Wtedy musimy zachować bardzo dużą ostrożność, inaczej możemy poważnie naszym klientom zaszkodzić. Większość z chorób wywołanych bakteriami w jedzeniu nie jest groźna dla życia, ale bywa bardzo nieprzyjemna. Trzeba więc dokładnie znać wszystkie procedury, i się do nich stosować. Jak to wygląda w praktyce? Dowiem się już w tym tygodniu, dzisiaj bowiem rozpoczynam praktyki. Po drugiej stronie ulicy jest mała piekarnia, i zgodzili się mnie na ten tydzień przyjąć. Jestem bardzo podekscytowana, a jednocześnie nieco nerwowa - bo to jednak zupełnie coś innego niż swobodne zabawy w szkolnej kuchni... Niemniej - mam nadzieję, że pójdzie gładko, i będę miała tylko dobre doświadczenia. O których zresztą będę musiała opowiedzieć całej klasie, co już w ogóle mnie przeraża (wystąpienia publiczne, szczególnie w języku duńskim, nie są moją mocną stroną). 

Teraz już zostawmy bakterie w spokoju, a przejdźmy do ciasta. Od dawna patrzyłam na nie pożądliwie, bo na zdjęciach w The hummingbird bakery, kagedage Tarka Maloufa wygląda niezwykle apetycznie. Niby zwykłe ciasto ucierane, a dodatki sprawiają, że smakuje naprawdę wyjątkowo. 
Gdy zobaczyłam borówki w promocji, od razu wiedziałam, co z nich przygotuję. Akurat miałam w domu orzechy pekan, które kupiłam już jakiś czas z temu, z myślą sama już nie wiem o czym (chyba coś z syropem klonowym - to takie klasyczne połączenie); ale jeśli ciężko je Wam kupić, możecie użyć włoskich. Ciasto wychodzi miękkie, delikatne i wilgotne, pięknie pachnie masłem i lekko cynamonem. Soczyste owoce, chrupiące orzechy i bajecznie pyszna kruszonka sprawiają, że nie można mu się oprzeć. Gwarantuję, nikt nie odejdzie od stołu bez dokładki.

Ciasto ucierane z jagodami, orzechami i kruszonką

Składniki:
(na keksówkę 8x22 cm)
  • 190 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 3 jajka
  • 190 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1,5 łyżki mleka
  • 125 g jagód lub borówek amerykańskich
  • 50 g orzechów pekan

kruszonka:
  • 30 g mąki pszennej
  • 20 g zimnego masła
  • 15 g cukru trzcinowego
  • 20 g orzechów pekan
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu

Orzechy na kruszonkę drobno posiekać. Mąkę przesiać, wymieszać z orzechami, cukrem i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Odstawić.

Jagody dokładnie obtoczyć w 1 łyżce mąki.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Pozostałą mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i cynamonem. Partiami dodawać do ciasta, dokłądnie miksując. Wlać mleko, wsypać orzechy, połączyć. Dodać jagody. delikatnie wymieszać łyżką, uważając, żeby nie rozgnieść owoców.

Ciasto przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie, następnie wyjąć na kratkę.

Smacznego!

Egzamin z bakterii zaliczyłam pomyślnie - trochę się denerwowałam, ale nie było tak źle. Co prawda nastąpiło drobne nieporozumienie, ale nie zaszkodziło ono mojej ocenie. Otóż na pytanie, kiedy należy myć ręce w pracy, odpowiedziałam, między innymi, że po kichnięciu w rękę. Po duńsku kichnięcie to nys, ja jednak napisałam ten wyraz z błędem: nus, co wygląda niemal jak mus. W związku z tym, przy omawianiu pracy, nauczycielka spytała mnie, co miałam na myśli pisząc, że należy myć ręce po myszy w dłoni... 
Sytuację skonkludowałyśmy tym, że ręce myć należy i po kichnięciu, i po myszy. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało...

wtorek, 11 listopada 2014

Ciasto marchewkowe dla gości

Strasznie jestem ostatnio zajęta. Ciągle gdzieś biegam, jeszcze więcej dzwonię... Aż samej mi ciężko to wszystko ogarnąć. C. jest nieocenioną pomocą, kiedy mam ochotę rzucić telefonem i więcej go nie podnosić, i to chyba tylko dzięki niemu jeszcze nie zwariowałam i nie porzuciłam wszystkich planów. Wszystko dlatego, że mój duński niesamowicie kuleje przy rozmowach telefonicznych. Na żywo jest zupełnie inaczej. Wiele można wywnioskować z mowy ciała; czego nie zrozumiem, to sobie dowymyślę. Przez telefon ludzi mówią zazwyczaj szybciej, i to, że nie mogę rozmówcy patrzeć w twarz (lub, powiedzmy sobie szczerze, po prostu na usta) sprawia, że czasem ciężko mi zrozumieć, o co chodzi. I tym sposobem na pytanie o pierwszy etap edukacji dostałam numer telefonu do sklepu, w którym ewentualnie mogłabym zapytać o praktyki... Koszmar.
Mam nadzieję, że szkoła sama w sobie będzie mniej skomplikowana niż to, co próbuję osiągnąć w tej chwili...

Na wczoraj miałam ambitny plan spędzenia czasu przed komputerem, nadrobienia pewnych zaległości, a później spokojnego, długiego czytania... Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo przedpołudnie spędziłam ze słuchawką przy uchu, a popołudnie z dziećmi koleżanki (mała Natalka w końcu sama do mnie przychodzi z wyciągniętymi rączkami, jupi!). Do domu wróciłam o dziewiątej, trzeba było wyprowadzić psa, pozmywać, wykąpać się... O zaplanowanym odkurzaniu nie mogło być mowy. Tym sposobem przed jedenastą w końcu padłam na kanapę, z książką w dłoni; niestety, dość szybko odpłynęłam... Na szczęście obiad przygotowałam dzień wcześniej, i kiedy C. wrócił w nocy do domu, czekała na niego gorąca zupa.

Dziś od rana znów telefony, spotkanie, umawianie kolejnych... Mam jednak nadzieję, że już niedługo wszystko będzie jasne i dopięte na ostatni guzik, i do stycznia pozostanie mi tylko doskonalenie duńskiego akcentu...

Dzisiaj mam dla Was ciasto idealne na takie chwile. Zainspirowały mnie muffiny, które przygotowałam jakiś czas temu. Postanowiłam na ich bazie upiec całe, duże ciasto - i muszę powiedzieć, że był to bardzo dobry pomysł. Nieco oczywiście zmieniłam: zamiast tartej dyni - marchewka. Nie było w domu żadnych świeżych owoców, dałam więc suszone morele. Otarta skórka z cytryny nadaje ciastu lekkości i świeżości, maślanka cudownej wilgoci, a chrupiąca, cynamonowa kruszonka wieńczy dzieło. Ciasto jest proste, szybkie - nie trzeba tu nawet miksera, wszystko mieszamy łyżką, jak przy muffinach. Wychodzi lekkie, wilgotne, odpowiednio słodkie. Idealne dla niespodziewanych gości - wystarczy wszystko wymieszać, przelać do formy i włożyć do piekarnika. W tym czasie można ogarnąć mieszkanie i/lub siebie, i od progu witać znajomych cudownym zapachem domowego ciasta...
Łatwo uchodzić za idealną panią domu, czyż nie...?

Ciasto marchewkowe na maślance z cynamonową kruszonką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 85 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 250 ml maślanki
  • 75 ml oleju
  • 200 g marchewki
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 125 g suszonych moreli

kruszonka:
  • 50 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 35 g zimnego masła

Najpierw zrobić kruszonkę.
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć w palcach. Odstawić.

Marchewkę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, morele pokroić w kosteczkę.
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem.
Jajka rotrzepać, wymieszać z maślanką i olejem. Dodać startą marchewkę i skórkę z cytryny, wymieszać.
Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników. Dodać morele, wymieszać.

Masę przelać do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

Ciasto bierze udział w konkursie na blogu Moje wypieki w kategorii dla gości, gdzie do wygrania są książki autorki bloga.

Moje wypieki i desery na każdą okazję

sobota, 8 listopada 2014

Jesienne chałki z dynią

Poszłyśmy dzisiaj po południu z Ptysią do parku. Wyszłyśmy z domu, jak jeszcze było szaro - cały dzień jakiś taki zamglony, typowo listopadowy. Tina buszowała w liściach, bardzo jej się ta zabawa podoba. Ja szłam za nią, i nie myślałam o niczym. Cieszyłam się chwilą całkowitego spokoju i rozluźnienia, kiedy nic nie musiałam, a wszystko mogłam. Bardzo miły to był spacer. Niestety, zaczęło mżyć, a pojedyncze krople szybko zmieniły się w solidną ulewę. Na szczęście jednak zdążyłyśmy wrócić do domu, i w cieple słuchałyśmy bębniącego o szyby deszczu. 

Na takie listopadowe, szare dni najlepsze są wypieki drożdżowe. Ich przygotowanie zajmuje nieco więcej czasu, którego mi na jesieni przybywa. Nie mam ochoty na długie spacery (a nawet jeśli, to i tak za bardzo się boję, że złapie mnie solidna ulewa daleko od domu), w ogóle najchętniej wcale bym nie wychodziła. Dużo czytam, oglądam zaległe seriale, czas płynie powoli, w jesiennym rytmie opadających z drzew liści. Zagniatanie ciasta drożdżowego, obserwowanie, jak wyrasta, a później pieczenie to cudowny rytuał. W domu pięknie pachnie, robi się jakoś tak przytulniej. Później siedzę na kanapie, owinięta w koc, na parapecie migocą płomienie świec, a ja zajadam się jeszcze ciepłym kawałeczkiem drożdżówki. Czy może być coś przyjemniejszego...?

Dzisiaj mam dla Was cudownie jesienną chałkę. Ma niesamowicie optymistyczny, intensywny kolor za sprawą dyni, pięknie pachnie pomarańczami. Jest lekko słodka, maślana, z chrupiącą, waniliową kruszonką. Idealnie nadaje się na śniadanie czy podwieczorek. Do kubka gorącej herbaty, kawy, a najlepiej kakao. Z bitą śmietaną. Ale to już czysta rozpusta...
Ja zrobiłam trzy mniejsze - jedną zjedliśmy na śniadanie, drugą C. zabrał do pracy, trzecia została dla mnie. Oczywiście można zapleść jedną, wtedy jednak trzeba odpowiednio wydłużyć czas pieczenia.

Razem ze mną chałki upiekły Mirabelka i Martynosia. Koniecznie zajrzyjcie, jakie cuda wyczarowały!

Chałki dyniowo-pomarańczowe

Składniki:
(na 3 małe chałki)
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniego mleka
  • 40 g cukru pudru
  • 150 g dyniowego puree
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • skórka otarta z 1 pomarańczy

kruszonka:
  • 40 g mąki pszennej
  • 30 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 30 g zimnego masła

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru pudru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15 minut.

Masło rozpuścić i przestudzić.
Do zaczynu dodać resztę mleka i cukru, puree dyniowe, jajko, masło i skórkę z pomarańczy. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 9 równych części. Z każdej uformować wałeczek, zapleść trzy chałki. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i odstawić na 30 minut.

Mąkę przesiać z cukrem pudrem i cukrem waniliowym, wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć w palcach na kruszonkę. 

Wyrośnięte chałki posmarować mlekiem, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Do mojej kruszonki dałam trochę za dużo masła, dlatego wygląda, jak wygląda. Niemniej, smakuje rewelacyjnie - ja właśnie taką, z dużą ilością masła, lubię najbardziej. W przepisie nieco zmniejszyłam jego ilość, powinna więc wyjść bardziej kruszonkowa. Jej konsystencję bardzo łatwo regulować - wystarczy dodać nieco więcej mąki. A że wyjdzie jej trochę więcej...? Cóż, moim zdaniem kruszonki nigdy za wiele...

czwartek, 23 października 2014

Bajecznie proste ciasto z figami

Dzisiaj na chwilę odpuszczę dyni - w końcu mimo, że to właśnie teraz jest na nią sezon, jej smakiem można się cieszyć jeszcze długo po nim. Całe dynie bardzo dobrze się przechowują w chłodniejszych pomieszczeniach, dynię pokrojoną w kostkę lub przerobioną na mus można zamrozić, a ten ostatni również zapasteryzować. Dzięki temu u mnie nawet w marcu czy kwietniu pojawiają się dyniowe drożdżówki i inne smakołyki z tym cudownie pomarańczowym warzywem. 
Dzisiaj więc skupmy się na owocach również bardzo jesiennych, którymi jednak w świeżej formie możemy się cieszyć stosunkowo krótko. Mowa oczywiście o figach.

Jako dziecko znałam tylko suszone, i nie bardzo je lubiłam. Były za słodkie, lepkie, i miały jakąś taką dziwną, nietypową konsystencję... Później zdanie zmieniłam, i polubiłam suszone figi, jednak ciągle raczej w ciastach niż jako samodzielną przekąskę. 
Szczerze, to nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy świeżych fig spróbowałam. Wiem jednak, że nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Trochę słodkie, trochę mdłe, pełne drobnych pesteczek... Nic specjalnego w nich nie wiedziałam.
Od pewnego jednak czasu wyczekuję ich tęsknie - coś się zmieniło, choć nie mam pojęcia, co. Nagle ich delikatna słodycz, strzelające pod naciskiem zębów pestki, cudowne kolory - to wszystko mnie oczarowało. Nie umiem im się oprzeć. Kupuję bez zastanowienia.
Najbardziej lubimy je skramelizowane z dodatkiem rozmarynu, podane z lodami waniliowymi. O, jakież to dobre! Banalnie proste, a jednak może być niesamowicie eleganckie. Te figi zdecydowanie mają w sobie coś...

Tym razem zdecydowałam się na coś nieco bardziej skomplikowanego (ale nadal prostego!), mianowicie ciasto. Gdy u Madlene zobaczyłam ten przepis na ciasto z brzoskwiniami, do razu zobaczyłam w nim figi. Nie mogłam się powtrzymać, i czym prędzej zabrałam się do pracy.
A, szczerze mówiąc, jest jej naprawdę niewiele. Ciasto przygotowuje się jak muffiny - mieszamy osobno składniki suche, osobno mokre, a potem wszystko razem. Rózgą lub choćby widelcem - mikser nie jest tutaj wskazany. Na początku myślałam, że zrobiłam coś nie tak - warstwa ciasta była bowiem bardzo niska. Mimo wszystko jednak poukładam na nim moje cenne figi, posypałam maślano-migdałową kruszonką, i włożyłam do piekarnika. Jakże byłam uradowana, gdy po niecałej godzinie wyjęłam imponująco wyrośnięte, okazałe ciasto! W dodatku pachnące obłędnie.

Ciasto wyszło niesamowicie puszyste i delikatne, a jednak dość sycące. Cudownie wilgotne dzięki sporej ilości maślanki. Idealne na podwieczorek. Słodkie figi pasują tutaj idealnie, ale można je zastąpić innymi owocami (myślę, że pyszne by było ze śliwkami). Migdałowa kruszonka jest chrupiąca, maślana i niesamowicie pyszna. Całość smakuje wyśmienicie, i znika w niewiarygodnie szybkim tempie. Polecam, bo robi się je bardzo łatwo, a efekt jest fantastyczny.

Migdałowe ciasto z figami na maślance

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 250 ml maślanki
  • 3 jajka
  • 125 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu z migdałów
  • 425 g mąki pszennej
  • 165 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

kruszonka:
  • 50 g mielonych migdałów
  • 30 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 40 g zimnego masła

dodatkowo:
  • 4 figi

Mąkę na kruszonkę wymieszać z migdałami i cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie zagnieść. Odstawić.
Figi pokroić na dość grube plasterki.

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem, sodą i proszkiem.
W drugiej misce roztrzepać jajka, dodać maślankę, olej i ekstrakt, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać łyżką tylko do połączenia składników.

Przelać ciasto do formy wysmarowanej masłem i obsypanej mąką.
Na wierzchu poukładać plastry fig, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

Za oknami szaro i ponuro, taka pogada zniechęca mnie do wszystkiego. Na szczęście mam moje cudowne książki... Jestem w połowie serii opowieści o rodzie Otorich - niedługo Wam o niej opowiem, bo jest genialna!

sobota, 13 września 2014

Drożdżówki z owocowym curdem - niebo w buzi

I dzisiaj znów jestem sama w domu. C. pojechał na wieczór kawalerski - o wpół do szóstej rano! Nie wiem, jak oni wszyscy mają zamiar wytrwać do wieczora, jeśli musieli się zerwać o takiej porze... No ale. Może, jak się trochę zmęczą (a nie podlega to wątpliwości, bo w planie mają spływ kajakowy, i to podobno w wymagającym siły, bezprądowym miejscu), to nie będą rozrabiać.
Ja tymczasem cieszę się sobą, i mam zamiar zrobić kilka rzeczy. Mam plany kuchenne i upiększające (jedne z drugimi niezwiązane) - zobaczymy, ile mi się uda z tego zrealizować.

W każdym razie dzisiaj mam dla Was najpyszniejsze chyba drożdżówki, jakie kiedykolwiek upiekłam.

Ostatnio mam melodię na tego typu wypieki - doskonale sprawdzają się w roli piknikowych przekąsek czy drugiego śniadania do szkoły czy pracy. Mogą też być wspaniałym podwieczorkiem, szczególnie, jeśli można wyjść do ogrodu i podczas konsumpcji cieszyć się cudownym spokojem i pięknymi okolicznościami przyrody. Jeśli jednak bylibyście zmuszeni do jedzenia ich w domu, na kanapie czy ulubionym fotelu, ze szklanką zimnego mleka lub gorącej herbaty - nie martwcie się. I tak będą smakowały wybornie!
Tak właściwie powstały przypadkiem. Miałam resztę curdu z jeżyn, i zupełnie nie wiedziałam, co z nim zrobić. Wiedziałam jednak, że muszę go zużyć, zanim po prostu wyjem wszystko ze słoiczka - jest naprawdę pyszny. I kiedy zaglądałam do lodówki, na półce wyżej zauważyłam drożdże. Od razu w mojej głowie pojawił się pełen obraz tego, co przygotuję.

Zawsze mam problem, czy wybrać drożdżówkę z budyniem czy z twarogiem. To zdecydowanie moje ulubione. Jeśli lubicie też takie z owocami, te są dla Was wymarzonym rozwiązaniem. Mięciutkie, puchate, pachnące drożdżowe ciasto, nadziane najlepszym owocowym budyniem i posypane chrupiącą, mleczną kruszonką, w której od czasu chałki zakochałam się bez pamięci. Całość stanowi idealne trio; te bułeczki znikają szybciej, niż się je robi, i gwarantuję, że nikt im się nie oprze.
Można użyć dowolnego owocowego curdu, lub ostatecznie zwykłego budyniu - ale to już nie będzie to samo...

Drożdżówki z jeżynowym curdem i mleczną kruszonką

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 600 g mąki pszennej
  • 125 g cukru
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 55 g masła
  • 1 jajko
kruszonka:
  • 40 g mąki pszennej
  • 40 g mleka w proszku
  • 30 g cukru
  • 70 g zimnego masła
dodatkowo:
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i zalać 100 ml mleka.
Odstawić na 15 minut.

Resztę mleka podgrzać z masłem tak, aby się rozpuściło. Przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę cukru, masło z mlekiem i jajko. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 równych części, z każdej uformować okrągła bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w sporych odstępach. Odstawić na 30 minut.

W tym czasie przygotować kruszonkę: mąkę wymieszać z mlekiem w proszku i cukrem, następnie rozgnieść palcami z masłem.

Po tym czasie spodem szklanki zrobić w bułeczkach wgłębienia niemal do samej blachy. Wyłożyć nie w curd, brzegi posmarować mlekiem, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A teraz idę się zabrać za realizację mojej dzisiejszej listy...