Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twaróg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą twaróg. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2017

Kwintesencja malinowości. I przdślubny stres

Czy wiecie, że za trzy (trzy!; jeden, dwa, trzy!) tygodnie będę mężatką...? Muszę przyznać, że fakt ten staje się coraz bardziej realny i... Przerażający. Czuję głęboki wewnętrzny przymus do stania się dorosłą. I tak; mam całkiem nieźle płatną pracę, którą lubię, milionowy kredyt w banku i dom, który za trzydzieści ileś tam lat będzie mój. Ale dopiero perspektywa wyjścia za mąż sprawiła, że poczułam się jak prawdziwy dorosły. Nieco nieufnie spoglądam na pudełko z obrączkami i zastanawiam się, czy moje życie nagle zmieni się tak, jak alarmują romansidła i kobiecie poradniki. Gdy tylko skończy się miesiąc miodowy, stanę się kurą domową, która będzie tylko sprzątać, gotować i prać brudne skarpetki...? 

No cóż, chyba dopada mnie przedślubny stres. Proszę, pocieszcie mnie, że nie ja jedna tak mam...

Tymczasem mam dla Was wyjątkowo udane ciasto z malinami. Bardzo chciałam wykorzystać syrop, który przygotowałam w bzowym sezonie, a poza tym marzyło mi się ciasto udekorowane półkulami z musu. Widziałam je już chyba wszędzie; czyżby nowa moda...?

Pierwszy raz przygotowałam sernik bez spodu; nie brakowało mi go smakowo, ale przekładanie delikatnego ciasta na paterę może być sporym wyzwaniem. Jeśli nie chcecie ryzykować przełamania ciasta na pół, doradzam kruchy lub ciasteczkowy spód. Sernik będzie stabilniejszy.
Masa serowa jest ciężka i kremowa, z wyraźnym smakiem polskiego twarogu. Dzięki dodatkowi soczystych, kwaskowych malin zyskuje charakteru. Mus jest bardzo prosty i szybki do wykonania, słodki i oryginalny w smaku. Nuta kwiatów czarnego bzu jest dobrze wyczuwalna, ale nie dominuje. Urozmaica. Wprawia w zaskoczenie.
Dekoracja jest prosta, a jednocześnie całkiem efektowna. Muszę przyznać, że jestem z tego ciasta wyjątkowo zadowolona. Choć muszę pamiętać, żeby w końcu kupić sztywną folię do wykładania brzegów tortownicy - ciasta z musami zdecydowanie zyskają na aparycji.

Malinowe pyszności znajdziecie dzisiaj również u Ani i Eweliny.

Sernik z malinami i musem malinowo-bzowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

masa serowa:
  • 600 g twarogu zmielonego 3-krotnie
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 5 jajek
  • 125 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 225 g malin
mus malinowo-bzowy:
dodatkowo:
  • kilka świeżych malin
  • liofilizowane maliny
  • kilka bezików
  • kwiaty czarnego bzu
Twaróg, mascarpone, kremówkę, żółtka, cukier, wanilię i mąkę zmiksować tylko do połączenia składników. Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na koniec dodać maliny, delikatnie wymieszać.

Masę przelać do formy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia, a boki posmarowane masłem.
Razem z formą do piekarnika wstawić naczynie z wrzątkiem.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

Ostudzone ciasto wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Syrop lekko podgrzać - powinien być letni.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Żelatynę odcisnąć, włożyć do małego garnuszka i rozpuścić uważając, żeby za mocno jej nie podgrzać. Dodać do letniego syropu, wymieszać. Wlać syrop do śmietany, delikatnie połączyć.

Nieco musu przełożyć do foremek w kształcie półkul, zamrozić. Pozostały mus wyłożyć na sernik, wyrównać powierzchnię i wstawić do lodówki.

Całkowicie zamrożone półkule wyjąć z formy. Udekorować ciasto zamrożonym musem, świeżymi i liofilizowanymi malinami, bezami i kwiatami.

Smacznego!


Tymczasem wolny weekend dobiegł końca. Za szybko, oj, za szybko.
Na szczęście przede mną kolejny - już za tydzień.
Chyba muszę zagrać w lotka, wyjątkowa ze mnie szczęściara.

niedziela, 15 stycznia 2017

Cztery sukienki na wesele. I o kwintesencji cytrynowości. Sernik

O tym weselu będę pisać do znudzenia, ale co zrobić...? Niecodziennie zdarzają się takie okazje; a kiedy jeszcze dzięki nim w głowie kiełkują kolejne pomysły na posty, nie ma co się bronić. Trzeba korzystać, póki można, bo za chwilę znów tylko styczeń, luty, słota i szarość...

Na wesele, jak większość kobiet, postanowiłam kupić sukienkę. Szafa pęka w szwach, ale cóż z tego...? Wszystkie eleganckie kiecki kupiłam na jakieś konkretne okazje, zaprezentowałam się w nich szerszemu (być może zupełnie niezainteresowanemu, ale kto tam wie) gronu, i po raz kolejny w tym samym outfitcie pokazywać się nie mam zamiaru. Owszem, mam jedną cudną sukienkę, koronkową i zachwycającą, ale... Białą. A takiego faux pas przecież żadna z nas by nie popełniła, prawda...?
O sukienkach zwykłych, codziennych, rozpisywać się nie będę - wiadomo, one się po prostu nie nadają.

Znalazłam więc kreację idealną w internecie. W kolorze czerwonego wina, z koronkową górą, większym wycięciem na plecach. Cud, malina, jednym słowem. Po wewnętrznych walkach z samą sobą (a co, jeśli kupię zły rozmiar...?), w końcu rzeczoną zamówiłam. 
W międzyczasie byłam wymienić sweter, który dostałam na Święta w nieco za dużym rozmiarze. Oczywiście, swetra nie było, więc w drodze powrotnej weszłam do innego sklepu, żeby sobie nieco humor poprawić. Na przecenie akurat mieli bardzo ładną, czarną sukienkę - to kupiłam. Zadowolona, ze sklepu wyszłam, i wtedy na wystawie zobaczyłam koronkowe cudo... Zakochałam się. Ale że pogoda jest, jaka jest, a już się raz w przebieralni tego dnia natrudziłam, stwierdziłam, że spróbuję (może!) innym razem.

Dwa dni przed weselem C. stwierdził, że nie ma się w co ubrać. Znaczy ma w sumie prawie wszystko, ale brakuje mu marynarki. No dobrze, niech będzie i tak. Pojechaliśmy więc na zakupy, nabyliśmy marynarkę, a po drodze weszliśmy do innej filii sklepu, w którym widziałam koronkowe cudo. Niestety! Tutaj go oczywiście nie mieli! Zniesmaczona takim obrotem sprawy, rozglądałam się po sklepie bezradnie, aż mój wzrok padł na kolejną sukienkę...
Granatową, ołówkową, prostą. Stwierdziłam od razu, że tłusto w niej będę wyglądać; nie omieszkałam też tej uwagi wygłosić wszem i wobec. C., zirytowany moją samokrytyką, wręcz wcisnął mnie w rzeczoną kieckę. Cóż, leżała jak ulał... To kupiłam.
I właśnie w niej na weselu wystąpiłam, bo pierwsza, którą zamówiłam przez internet, nie doszła. 

A w środę, kiedy pojechałam po zamówiony wcześniej sweter, przymierzyłam koronkowe cudo... I co? No też pasowało; wyśmienicie, bym rzekła. Czy miałam inny wybór, niż kupić...? No przecież, że nie! A że styczniowe wyprzedaże trwają w najlepsze, dobrałam jej równie atrakcyjną koleżankę...

Hmm... W zasadzie to pięć sukienek... Ale ta wiśniowa okazała się za duża, więc właściwie się nie liczy...

Na swoją obronę dodam, że moje wszystkie sukienki razem wzięte kosztowały mniej niż jedna marynarka C., o!

Cytryny... Bardzo je lubię. Nie wyobrażam sobie bez nich codzienności: wskakują do herbaty, nadają charakteru sałatkowym sosom, łagodzą słodycz ciast i deserów, będąc niejako na drugim planie. Tym razem postanowiłam więc upiec sernik, którego cytryny będą niekwestionowanym bohaterem. Masa serowa jest więc wyraźnie cytrynowa (ale nie kwaśna!), a na niej lekko już kwaskowy lemon curd, czyli najlepszy cytrynowy krem, jaki zdarzyło mi się jeść. Wierzch wieńczą urocze, kolorowe beziki, które pasują tutaj idealnie nie tylko wizualnie, ale też smakowo. 
Całość wyszła boska; istna kwintesencja cytrynowości.

Jeśli chcecie, by Wasz sernik był wyższy, upieczcie go w mniejszej tortownicy. Będzie prezentował się jeszcze bardziej elegancko.

A cytrynowe smakołyki znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Sernik cytrynowy z lemon curd


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 24 cm)

spód:
  • 150 g ciastek digestive
  • 55 g masła
masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 150 g cukru
  • 4 jajka
dodatkowo:
bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • czerwony barwnik spożywczy w paście
  • żółty barwnik spożywczy w paście
Masło rozpuścić, przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem. 
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wysypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie łyżką lub dłońmi.
Schłodzić w lodówce przez 15 minut.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.

Twaróg, mascarpone, kremówkę, cukier, jajka, sok oraz skórkę z cytryny krótko zmiksować, tylko do połączenia składników.
Przelać masę na przestudzony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec kolejne 50-60 minut.
Ostudzić w lekko uchylonym piekarniku.

Następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Białko ubić, pod koniec dodając partiami cukier, a następnie cukier puder.
Na worku cukierniczym od wewnątrz namalować pędzelkiem 1 czerwony i 2 żółte paski barwnikami. Przełożyć bezę do woreczka. Wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia małe beziki.

Piec w 120 st. C. przez 45-60 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przed podaniem wierzch sernika posmarować kremem cytrynowym, udekorować bezikami i kandyzowanymi kumkwatami.

Smacznego!


W tajemnicy powiem Wam, że tak naprawdę nieczęsto kupuję ubrania. Ale od czasu do czasu napada mnie chęć na coś nowego... I wtedy nie umiem się powstrzymać.
Teraz obiecałam sobie solennie, że aż do wyjazdu do Polski nie kupię nic. 
Myślicie, że się uda...?

poniedziałek, 21 marca 2016

Sernik dla dorosłych. Porzeczkowo-ajerkoniakowy

Nie piję dużo alkoholu. Najczęściej, gdy jestem chora, C. serwuje mi rumowego Toddy'ego, okazjonalnie zdarza nam się wypić trochę wina do obiadu. Sylwester nie może się obyć bez szampana i kawy po irlandzku, w której przygotowaniu C. osiągnął mistrzostwo. Na średniowiecznym festiwalu zdarza nam się kupić miód pitny, i... To by było na tyle. Pamiętam też, że moim ulubionym drinkiem było truskawkowe mojito, ale nie mogę sobie przypomnieć, kiedy piłam je po raz ostatni. Z sześć lat temu...? Jakoś tak.

Dlatego właśnie postronnego obserwatora zdziwiłaby ilość alkoholu w naszym domu. Gdzieś koło siedemdziesięciu butelek z różnymi trunkami: wino we wszystkich barwach, rum (też kolorowy), likiery wszelkiej maści, a nawet jedna czy dwie butelki z czystą wódką, której nie pija u nas nikt. Skąd i dlaczego...? Otóż C. zafascynowany jest winem i z każdej podróży przywozi kilka butelek. Popyt nie jest jednak aż tak duży, więc ich liczba na stojaku stale rośnie. Sporą część kolekcji otrzymaliśmy przy mniej i bardziej oficjalnych okazjach, a niektóre z trunków kupiłam ja. Żeby pić...? Ale gdzie tam! Do ciast!

Szczególną słabość mam do ajerkoniaku. Ten gęsty likier kojarzy mi się głównie z Wielkanocą, pewnie przez swój uroczo kurczaczkowy kolor. Skąd wzięło mi się połączenie z czaną porzeczką...? Nie wiem, ale chodziło za mną od dawna, i niecierpliwie czekałam, aż nadejdzie odpowiednia chwila na przygotowanie sernika w tych smakach.
Wyszło jeszcze lepiej, niż się spodziewałam. Kremowa, lekko kwaskowata masa porzeczkowa i słodki, alkoholowy mus dopełniają się idealnie. Ciężko poprzestać na jednym kawałku; nawet tym, którzy twierdzą, że serników nie lubią. Czy może być lepsza rekomendacja...? 
Polecam na zbliżające się Święta.

Sernik porzeczkowy z musem ajerkoniakowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g masła

masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 g porzeczek ze słoika razem z sokiem
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka
  • 1 łyżka likieru z czarnej porzeczki

mus ajerkoniakowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 60 ml ajerkoniaku

dodatkowo:
  • 2 łyżki ajerkoniaku

Ciastka drobno pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciasteczkami. Ugnieść na dnie tortownicy, schłodzić w czasie przygotowania masy serowej.

Porzeczki zmiksować blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko. Zmiksować z twarogiem, kremówką, cukrem, sokiem z cytryny, mąką ziemniaczaną, jajkami i likierem na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Masę przelać na spód.

Piec w 140 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Powoli wlewać ajerkoniak, a następnie kremówkę z żelatyną, cały czas miksując. Masę wyłożyć na ostudzony sernik, wyrównać wierzch.

Pozostał ajerkoniak przelać do woreczka cukierniczego, odciąć rożek, formując małą dziurkę. Wyciskać na mus kropki wzdłuż brzegów, w niewielkich odstępach. Przeciągnąć przez środek kropek wykałaczką, formując serduszka.

Wstawić do lodówki na 3-4 godziny, a najlepiej na całą noc.

Smacznego!

A wieczorem idziemy na koncert. 
Tak, właśnie w poniedziałek. Tacy jesteśmy nieschematyczni. 

środa, 7 października 2015

Na jesień: drożdżowe ze śliwkami

Obiecałam Karolinie, że przez godzinkę przypilnuję jej dzieci. Obiecałam już w zeszłym tygodniu, nie wypadało więc dzień wcześniej cofnąć obietnicy. Denerwowałam się jednak, bo dopadło mnie jakieś paskudne przeziębienie. Kicham, prycham, kaszlę i smarkam; ogólnie - nie jest wesoło. Opracowałam już nawet plan, jak by się tu od tych pilnowanych dzieci jak najdalej trzymać, żeby ich choróbskiem nie uraczyć (dwójka małych dzieci w deszczowe, październikowe dni może być męcząca; dwójka chorych dzieci w takich warunkach może nieszczęsną matkę doprowadzić do stanu zbliżonego furii). Okazało się jednak, że nie mam się o co martwić - oboje ochoczo asystowali w pokasływaniu i chrząkaniu, a Natalce bardzo spodobało się wspólne chodzenie do łazienki i wydmuchiwanie nosów. A gdy nieco zmoknięta i zmęczona Karolina wróciła do domu, dołączyła do naszego trio, nie wyróżniając się za bardzo.

Wczorajsze popołudnie spędziłyśmy więc z herbatą (może Was to nie dziwić, ale my zawsze, ale to zawsze, pijemy razem kawę) i drożdżówką, którą rano upiekłam. Zabrałam ją ze sobą jeszcze cieplutką! Mięciutkie, maślane ciasto drożdżowe, nadziane słodkim, waniliowym twarogiem i cudownie fioletowymi śliwkami. Wierzch posypałam migdałami i cukrem, który utworzył chrupiącą, lekko karmelową skorupkę. Ciasto zawinęłam w roladę, a następnie pokroiłam na plastry; wyszły zgrabne ślimaczki, które można od siebie odrywać bez konieczności sięgania po nóż.
Taka aromatyczna drożdżówka to idealny jesienny przysmak, moim zdaniem. Już podczas wyrabiania ciasta można się uspokoić i zamyślić; a gdy z piekarnika zacznie dobywać się słodki zapach, ciężko wytrzymać, aż będzie można sięgnąć po kawałek. Najlepiej jeszcze cieplutki, mmm...

A Wy? Jakie jesienne smakołyki lubicie najbardziej?

Drożdżowe ślimaczki z twarogiem i śliwkami


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 250 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 65 g cukru
  • 60 g masła
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g twarogu, 3krotnie zmielonego
  • 50 g cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 500 g śliwek
dodatkowo:
  • 35 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki mleka
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać pozostały cukier, mleko i jajko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

W tym czasie śliwki umyć, osuszyć, przekroić na pół. Usunąć pestki, owoce pokroić w kostkę.
Twaróg zmiksować ze śmietaną, cukrem i wanilią na gładką masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości 40 cm. Posmarować masą twarogową, na wierzch równomiernie wyłożyć śliwki. Zwinąć ciasno, jak roladę, wzdłuż dłuższego boku. Pokroić na 12 plastrów.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć płasko bułeczki, jedną obok drugiej.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie wierzch posmarować mlekiem, posypać płatkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut, aż się ładnie zrumienią.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis dorzucam do wyzwania u Ani, gdzie inni blogerzy dzielą się swoimi ulubionymi jesiennymi smakołykami. Zajrzyjcie koniecznie!

wtorek, 17 marca 2015

Sernik z musem bazyliowym dla Patryka i Zbigniewa

Po zdecydowanie za krótkiej niedzieli, znów wpadliśmy z C. w rytm mijania. Wracam ze szkoły, wręczam mu klucze do auta razem z szybkim całusem, i C. wychodzi do pracy. Nie więcej niż dziesięć minut. A niedługo i to zostanie nam odebrane, bo C. wczoraj właśnie podpisał nowy kontrakt. Wiąże się on z całą masą przywilejów, takich jak służbowe auto, telefon i laptop, własne biuro (z oknem!) i stałą miesięczną pensją. Razem z tym całym dobrem przychodzi również mnóstwo nowych obowiązków, szkolenia i kursy. Dla mnie w praktyce oznacza to, że będę miała auto tylko dla siebie (koniec z nerwowymi powrotami do domu, tudzież nużącymi podróżami pociągiem i autobusem), ale chyba będę musiała sobie zdjęcie C. wydrukować, żeby przypadkiem nie zacząć krzyczeć, gdy niespodziewanie wróci do domu, a ja będę przekonana, że to włamywacz.
No dobrze, trochę za bardzo narzekam. Tak naprawdę bardzo się cieszę, bo i C. się cieszy. Nowa praca, nowe wyzwania, coś ciekawszego i pasjonującego. Chłopak jest lekko nerwowy, ale jednocześnie bardzo podekscytowany - a skoro on jest zadowolony, to ja też. Poza tym wychodzi na to, że będzie miał wolne weekendy, więc będziemy mieli czas, żeby nadrobić cały tydzień sporadycznych tylko spotkań.

Dzisiaj natomiast mamy dzień św. Patryka, czyli irlandzkie święto narodowe. Na świecie znane jest z powodu swojej barwy - w tym dniu wszystko w Irlandii jest zielone. Razem z Lejdi, Martynosią i Mopsikiem postanowiłyśmy również, symbolicznie, to święto uhonorować. Z tego powodu w naszych kuchniach zagościły dzisiaj zielone dania - koniecznie sprawdźcie, co dobrego przygotowały dziewczyny.

Ja mam dla Was zielony, a właściwie lekko seledynowy sernik. Jego kolor mnie zachwycił, a gdy przeczytałam na Kwestii Smaku, że otrzymuje się go z pomocą bazylii wiedziałam, że będę musiała go zrobić. Długo się do tego zbierałam, ale w końcu jest - dzień świętego Patryka i nadchodząca Wielkanoc do doskonałe okazje. 
Sernik jest mocno cytrynowy, i nieco tłumi delikatny smak musu bazyliowego. Niemniej, nuta bazylii jest w smaku wyczuwalna, i sprawia, że ciasto staje się naprawdę wyjątkowe. No i ten kolor - mi się ogromnie podoba. Ten delikatny seledyn to zasługa tylko zmiksowanych listków bazylii - jeśli zależy Wam na intensywniejszej barwie, można dodać odrobinę barwnika.

Moim zdaniem ten sernik idealnie nada się również na wielkanocny stół - musicie przyznać, że wyglądem wprost zachwyca.

Sernik cytrynowy z musem bazyliowym

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 40 g masła

masa serowa:
  • 250 g twarogu 3krotnie zmielonego
  • 250 g serka mascarpone
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 150 g cukru

mus bazyliowy:
  • 10 g (pęczek) listków bazylii
  • 250 ml śmietany kremówki (36%)
  • 2 łyżki cukru pudru

dodatkowo:
  • skórka otarta z 2 limonek
  • kilka listków bazylii

Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciasteczka pokruszyć, wymieszać z masłem. 
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na spodzie ciasteczka, schłodzić.

Spód podpiec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Twaróg, mascarpone, mąkę, jajka, skórkę i sok z cytryny krótko zmiksować, tylko do połączenia składników. Przelać masę na podpieczony spód.

Piec w 175 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec jeszcze 45-60 minut, aż sernik się zetnie.
Wystudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Listki bazyli i 50 ml kremówki zmiksować na gładką masę, przecedzić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie rozpuścić i ostudzić. Dodać do bazylii, wymieszać. Gdyby zrobiły się grudki, można całość lekko podgrzać.
Pozostałą kremówkę ubić z cukrem pudrem na sztywno, powoli wlewać ostudzoną śmietankę z bazylią. Mus przełożyć na sernik, wyrównać wierzch.

Schłodzić w lodówce przez noc.

Przed podaniem udekorować skórką z limonek i listkami bazylii. 

Smacznego!

Dzisiaj są również imieniny mojego Taty - Zbigniewa, pieszczotliwie zwanego Bibusiem (mam nadzieję, że nie wyjawiłam tu publicznie rodzinnej tajemnicy). Chciałabym więc życzyć mu wszystkiego, co najlepsze, i doradzić, aby zgodnie z irlandzką tradycją, koniecznie napił się dzisiaj whisky.
Gdybym mogła, poczęstowałabym go sernikiem - niestety, jest za daleko... Może za rok się uda?

wtorek, 17 lutego 2015

Zapiekane naleśniki na Tłusty Wtorek

Dzisiaj, jakby ktoś nie wiedział (nie uważam, że taka niewiedza to coś, czego należy się wstydzić - sama do niedawna nie miałam o tym pojęcia), jest Dzień Naleśnika. W sumie, to się nie dziwię, że taki dzień istnieje - w końcu naleśniki wszelkiej maści to prawdziwy przysmak. Można je przygotować na tyle różnych sposób, że trafią w gusta chyba każdego. Są więc cieniutkie, francuskie crepes, pulchniutkie, angielskie pancakes, a także nasze polskie, duże, ale nieco grubsze od francuskich. Mogą być słodkie lub wytrawne, klasyczne, kakaowe czy szpinakowe. Możliwości jest bez liku - tak naprawdę można by jeść naleśniki przez okrągły rok, i się nimi nie znudzić. Nie szalejmy jednak - wystarczy, że sięgniecie po nie dzisiaj. 

Naleśnikowa tradycja pochodzi z Irlandii, jeszcze z XV wieku, gdy przed postem należało zużyć resztę niepostnych składników, czyli jajek i mleka. A gdzie wykorzystuje się te rzeczy w ilościach hurtowych? Oczywiście, w naleśnikach. Ostatni wtorek karnawału pachniał więc w Irlandii przepięknie. Dzisiaj mniejszą wagę przywiązuje się do postu, tradycja smażenia naleśników jednak pozostała. W tym roku razem z Justinką, Panną Malwinną, Martynusią, Mirabelką i Sianko postanowiłyśmy dzielnie w tym wydarzeniu uczestniczyć, przygotowując nasze ulubione naleśniki.

Tutaj musiałam się chwilę zastanowić. Bo które lubię najbardziej...? Sama nie wiem. Postanowiłam więc spróbować czegoś nowego, czyli naleśników zapiekanych na słodko. Inspirację znalazłam u Gosi, i według jej wskazówek usmażyłam naleśniki. Wyszły! Ach, jak mnie to ucieszyło... Dla niewtajemniczonych - naleśnikowym mistrzem jest w naszym domu C. Zawsze on przygotowuje te cuda, a ja się tylko delektuję, ewentualnie zmywam później talerze. Tym razem jednak postanowiłam przygotować mu niespodziankę, i z duszą na ramieniu zabrałam się do pracy. Na szczęście poszło gładko, i tylko jeden się porwał przy przewracaniu. Misja wykonana, może jeszcze kiedyś spróbuję, bo całkiem mi się to smażenie spodobało.

Wracając do sedna, czyli naleśników. Nadzienie przygotowałam z twarogu, który przywiozłam sobie z Polski, z dodatkiem rodzynek namoczonych w herbacie. Mmm... Jakie to dobre... Całość polałam sosem waniliowym - kremowym, delikatnym i słodkim. Wyszło obłędnie pysznie, choć słodko (można zredukować nieco ilość cukru). Niemniej z wielkim zapałem zjedliśmy całkiem spore ilości, jeszcze zanim C. poszedł do pracy. Polecam Wam ogromnie taką naleśnikową kombinację - może na weekend...? Bo do kolejnego Tłustego Wtorku naprawdę czekać nie warto...

Zapiekane naleśniki z twarogiem i rodzynkami

Składniki:
(na 13-15 naleśników)
  • 500 ml mleka
  • 2 jajka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 ml oleju

nadzienie:
  • 300 g twarogu, raz zmielonego
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 20 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 100 g rodzynek
  • 200 ml mocnej, gorącej herbaty

sos:
  • 3 żółtka
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Naleśniki:
Jajka roztrzepać, dodać mleko i olej. Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem waniliowym i solą. Dodać do jajek, dokładnie połączyć, żeby nie było grudek.
Odstawić ciasto na 30 minut.

Po tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni smażyć cienkie naleśniki. Ostudzić.

Sos:
Kremówkę zagotować. Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać śmietanę, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać (nie gotować!), aż nieco zgęstnieje. Zdjąć z palnika, przetrzeć przez sitko, dodać ekstrakt, wymieszać. Ostudzić.

Rodzynki zalać gorącą herbatą, odstawić na 30 minut.

Nadzienie:
Twaróg utrzeć z kremówką, cukrem i cukrem waniliowym na gładką masę. 
Rodzynki dobrze odcisnąć, połowę dodać do nadzienia, wymieszać.

Naleśniki smarować nadzieniem, zwijać w ruloniki, układać ciasno w naczyniu do zapiekania wysmarowanym masłem. Wierzch posypać pozostałymi rodzynkami, polać całość sosem.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut, aż wierzch się przyrumieni.

Podawać gorące.

Smacznego!

Koniecznie zajrzyjcie do dziewczyn - ja już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, co przygotowały.

wtorek, 23 grudnia 2014

Marcepanowe serniczki. I skarby z bazaru

W piątek byliśmy na bazarze. Ja wiem, że to mało świątecznie brzmi, zwłaszcza dzień przed Wigilią, ale nic na to nie poradzę - każdorazowo wizyta na tym targu przyprawia mnie o szybsze bicie serca. A tym razem udało mi się znaleźć prawdziwie skarby!
Po pierwsze, ten bazar to chyba jedyne miejsce w całej Danii, gdzie nie słychać świątecznych piosenek z głośników. Sprzedają tam bowiem tylko (albo w znakomitej większości) muzułmanie, którzy, jak ogólnie wiadomo, Bożego Narodzenia nie obchodzą. Ci, którzy się w sprawę mają ochotę nieco zagłębić, dowiedzieć się mogą, że w Danii w okolicach Świąt często urządzane są mniejsze i większe awantury - a że w przedszkolach nie powinni podawać wieprzowiny (tradycyjnie znajduje się ona na duńskim wigilijnym stole); a to, że na rynku w Kopenhadze nie powinno być choinki, bo godzi w uczucia religijne wyżej wymienionych, podobnie jak opowiadanie wigilijnych historii i robienie ozdób choinkowych w szkołach. Ja na ten temat zdanie mam sprecyzowane, ale może, w świątecznym duchu, zachowam je dla siebie. W każdym razie - nad wejściem na bazar zawieszono lampki i małe, świecące choinki. Tak tylko mówię...

Niezależnie od Świąt lub ich braku, bazar jest miejscem magicznym. Można kupić mnóstwo oryginalnych, ciekawych produktów, których ze świecą szukać w zwykłych duńskich sklepach. I tak w moje rączki trafiły: papaja, której nigdy nie miałam okazji próbować; trzy owoce cytrusowe, które były podpisane jako pomarańcze, ale mają kolor limonek, a w dotyku bardziej przypominają grejpfruty (jakieś pomysły, co to może być...?); krem z kasztanów i kasztany kandyzowane, z których cieszę się jak przedszkolak i mam względem nich wielkie plany (ale to już w przyszłym roku); świeża żurawina, której się spodziewałam w ilościach hurtowych na każdym stoisku, a znalazłam raptem jeden woreczek (dlatego dzisiaj, gdy zobaczyłam ją w markecie, od razu kupiłam na zapas i zamroziłam); C. nabył również trufle (za mikroskopijny słoiczek zapłacił górę pieniędzy, ale przynajmniej odwiodło to go od karcących spojrzeń w kierunku moich siatek z zakupami), jakieś mega ostre papryczki chilli i woreczek kasztanów, z których przygotował absolutnie obłędną zupę z dodatkiem porto (co się naskubaliśmy, to nasze...). Zjedliśmy też pyszne coś (co nie pamiętam już, jak się nazywało, ale smakowało obłędnie i ostro), a do popołudniowej kawy nabyliśmy słodką pastę owiniętą ciastem kataifi i posypaną pistacjami. Słodycz okazała się niemal zniewalająca, ale do gorzkiej kawy zjedliśmy ze smakiem (choć na raty). Wycieczkę uważam za niezwykle udaną, liczę na powtórki w przyszłym roku. Jedyne, czego żałuję, to że nie znalazłam czerwonych pomarańczy... Cóż, może następnym razem. Póki co mam zielone, i muszę je jakoś spożytkować (choć dobrze by było się najpierw dowiedzieć, co to tak naprawdę jest...). 

Przepis jednak mam dla Was typowo wigilijny. Sernik. Z marcepanem i powidłami śliwkowymi, na obłędnie chrupiącym spodzie. Boski!
Zostało mi trochę zmielonego twarogu od ruskich pierogów; długo się nie zastanawiałam, co z nim zrobić. Sernik, ot co! Twarogu było mało, postanowiłam więc przygotować mini serniczki w formie na muffiny. Smaki...? Miałam otwarte powidła śliwkowe, potem mój wzrok padł na marcepan... To musiało być dobre połączenie! Zajrzałam do Siankoo, i od niej wzięłam pomysł na spód w stylu granoli, z pieczonych z miodem płatków owsianych. Masę serową posłodziłam odrobiną miodu (i marcepanem rzecz jasna), na wierzch wyłożyłam po łyżeczce powideł, i całość krótko zapiekłam. Wyszły boskie! Obłędnie kremowe, nie przesadnie słodkie, z wyraźną nutą śliwkową... Zakochałam się w nich, a i Karolina, która miała okazję spróbować, nawychwalać się nie mogła. 

Na pieczenie dużego sernika jest już z pewnością za późno, ale może ktoś z Was skusi się na takie słodkie maleństwa...?

Marcepanowe mini serniczki z powidłami śliwkowymi

Składniki:
(na 12 serniczków w formie do muffinów)

spód:
  • 65 g płatków owsianych
  • 2 łyżki miodu
  • 30 g płatków migdałowych
  • 30 g masła

masa serowa:
  • 200 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 55 g marcepanu
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 2 łyżki miodu

dodatkowo:
  • 125 g powideł śliwkowych

Płatki wymieszać z miodem. Rozłożyć cienką warstwą na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 20 minut, w połowie pieczenia przemieszać.

Blachę wyjąć z piekarnika, na płatki wysypać migdały, lekko przemieszać.

Piec w 160 st. C. przez 5 minut.
Ostudzić.

Ostudzone płatki krótko zmiksować w malakserze - masa nie powinna być zupełnie gładka.
Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać ze zmielonymi płatkami.

Formę na muffiny wyłożyć papilotkami, na dnie każdej ugnieść łyżkę płatków.

Twaróg, marcepan, kremówkę, jajka i miód zmiskować na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Wyłożyć masę twarogową na spody. Na wierzch każdego serniczka wyłożyć łyżeczkę powideł, lekko przemieszać.

Piec w 130 st. C. 25-30 minut, aż serniczki się zetną.

Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami, a następnie schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!

Dzisiaj ewidentnie jestem w nastroju nawiasowym, choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego...

sobota, 9 sierpnia 2014

Migdałowy sernik z jeżynami. Absolutnie wspaniały

Jakby ktoś zapomniał, powtórzę: jeżyny opanowały moją kuchnię. Są wszędzie: w ciastach, lodach, przetworach, a nawet w mrożonej herbacie (która ma absolutnie obłędny kolor i smakuje wyśmienicie). Nie umiem się im oprzeć - co przechodzę obok krzaczka, zrywam najpierw kilka najdorodniejszych, które od razu lądują w buzi. A potem patrzę na te niezwykle urokliwe owoce i nie potrafię sobie odmówić uzbierania kolejnego woreczka. Przynoszę do domu z uśmiechem od ucha do ucha, a dopiero potem się zastanawiam, co by tu teraz z nimi zrobić...

Była tarta, która zniewoliła wręcz nasze kubki smakowe. Połączenie jeżyn z chałwą okazało się strzałem w dziesiątkę. Tym razem postanowiłam upiec sernik - stwierdziłam, że połączenie białej masy serowej z niemal czarnymi owocami da co najmniej zadowalający efekt. Nie pomyliłam się.
Miałam w lodówce trochę białek, wymyśliłam więc, że ciasto upiekę tylko na nich. Dzięki temu ma idealnie biały kolor. Na spód dałam ciasteczek amaretti, a do masy dodałam ekstrakt migdałowy. Wierzch posypałam jeżynami i płatkami migdałów. Efekt przeszedł moje oczekiwania: sernik, jako, że został wykonany na polskim, prawdziwym twarogu, ma też prawdziwie polską konsystencję: jest ciężki i sycący, a jednocześnie rozpływa się w buzi. Chrupiące migdały, kwaskowate jeżyny i słodka, kremowa masa serowa tworzą wyjątkowo udane połączenie. W dodatku sernik wygląda wspaniale.

Zamiast jeżyn można użyć jagód albo malin, też będzie smakował wyśmienicie.
Co do twarogu, to użyłam gotowego, już zmielonego, ale nie z wiaderka, tylko z kiełbaski. Jest zwarty, nie wodnity, naprawdę świetny. To doskonała opcja dla tych, którzy nie mają albo nie lubią używać maszynki.

Sernik migdałowy z jeżynami (na białkach)

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 60 g ciastek digestive
  • 60 g ciasteczek amaretti
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 600 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 4 białka
  • 150 g cukru
  • 2 łyżki budyniu waniliowego
  • 1,5 łyżeczki ekstraktu z migdałów

dodatkowo:
  • 250 g jeżyn
  • 1 łyżka likieru z czarnej porzeczki
  • 20 g płatków migdałowych

Jeżyny polać likierem, delikatnie przemieszać, odstawić na 1-2 godziny.

Ciastka na spód dokładnie pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami. Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, ciasteczka ugnieść na spodzie dłonią lub łyżką.

Podpiec w 180 st. C. przez 12-15 minut.
Przestudzić.

Twaróg, kremówkę, białka, cukier, budyń i ekstrakt dokładnie wymieszać tylko do połączenia składników (nie ubijać). Masę przełożyć na spód, posypać jeżynami i płatkami migdałów.

Piec w 150 st. C. przez 60-90 minut, aż wierzch sernika się zetnie, ale masa będzie jeszcze lekko galaretowa.

Wystudzić w zamkniętym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 4-5 godzin, a najlepiej całą noc.

Smacznego!

Jutro będę pływać. Czymś kajakopodobnym, nie mam pojęcia, jak to się dokładnie nazywa. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, bo takie zabawy w deszczu są zdecydowanie mniej atrakcyjne...

wtorek, 29 kwietnia 2014

Dziwne zbiegi okoliczności i prawdziwie polski sernik

W Polsce bawiliśmy się świetnie - już nie mogę się doczekać kolejnych wakacji. Jedna rzecz tylko zadziwiła mnie niepomiernie - do tej pory ciężko mi uwierzyć w taki zbieg okoliczności.
Gdy wieczorem wróciliśmy do hotelu (niemal centrum Bydgoszczy), musieliśmy chwilę zaczekać na znalezienie miejsca parkingowego, obsługa bowiem straciła rachubę gości i okazało się, że jest więcej aut niż miejsc. Gdy ja rozmawiałam z recepcjonistką, C. znalazł sobie inne towarzystwo. Okazało się, że to Duńczycy. Nieco zaskakujące, ale akceptowalne. Gdy jednak okazało się, że mieszkają w tej samej miejscowości co my, raptem pięćset metrów dalej, szczęka mi opadła. Nie byłoby to tak zadziwiające, gdyby chodziło o Kopenhagę, w której mieszka niemal połowa Duńczyków. Nasza wieś to jednak niecałe dziewięć tysięcy mieszkańców - ilość niezbyt imponująca, musicie przyznać. Jakim więc cudem obcy ludzie znaleźli się w tym samych hotelu tysiąc kilometrów od domu? Pozostaje to dla mnie zagadką, a może zrządzeniem losu. Sympatyczni są, po powrocie do Danii rozmawialiśmy kilka razy, może kiedyś spotkamy się znowu. Planują bowiem kolejną wycieczkę do Polski, tym razem w góry - tak im się spodobało.

Cóż, niezbadane są wyroki losu. A teraz czas wrócić do rzeczywistości; i sernika.
Na urodzinki Natalki, na wyraźne życzenie jej mamy, przygotowałam też sernik. Z polskiego twarogu, z rodzynkami. Wyjątkowo udany.
Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 1/2013; zmieniłam spód z kruchego na ciasteczkowy, bo taki bardziej lubię, a rodzynki dodatkowo namoczyłam (normalnie byłby to rum, ale z uwagi na dzieci tym razem ograniczyłam się do gorącej wody). Wyszedł pyszny - typowo polski, nie bardzo ciężki, ale zdecydowanie nie lekki. Bardzo byłam z niego zadowolona, a i Karolinie smakował. Także polecam, nie tylko na pierwsze urodziny.

Sernik cytrynowy z rodzynkami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 60 g masła

masa serowa:
  • 3 jajka
  • 30 g masła
  • 500 g twarogu trzykrotnie mielonego
  • 100 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 50 g rodzynków
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na 1-2 godziny. 

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na dnie masę ciasteczkową, dokładnie dociskają dłońmi lub łyżką.
Schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Piec w 180 st. C. przez 10-15 minut.
Przestudzić.

Masło rozpuścić i ostudzić.
Twaróg utrzeć z żółtkami, cukrem, sokiem i skórką z cytryny. Dodać płynne masło, połączyć. Rodzynki dobrze odcisnąć, wymieszać z mąką. Dodać do masy serowej. Białka ubić na sztywną pianę, partiami wmieszać do masy.
Masę przełożyć na spód, powierzchnię wygładzić.

Piec w 160 st. C. przez 45-50 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku, schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

A już jutro C. ma urodziny. W planach mamy wychodne, choć nie jestem jeszcze pewna, dokąd dokładnie. Tort też będzie, ale dopiero za półtora tygodnia - dopiero wtedy bowiem odbędzie się urodzinowa impreza. Dla dwóch osób pieczenie tortu to nieporozumienie... Zamiast tego będzie jakiś dobry deser - już ja się o to postaram.

niedziela, 30 marca 2014

Sernik czekoladowy z granatem

W poprzednim poście pisałam, że czas zacząć myśleć o Wielkanocy. Nie wiem jeszcze, jak to dokładnie z nami będzie. Tydzień wcześniej bowiem jedziemy do Polski, i już rozmawiałam z Mamą na temat pieczenia. Co prawda stwierdziła, że paschy nie dam rady zrobić, bo twarogu z polskiego mleka się przygotować nie da. Hmm... Ja nie dam rady...? 
No dobra, w sumie to nie wiem, czy dam. Ale się postaram. Bo pasch się u nas nie jadało, tak samo jak mazurków zresztą. Były babki wszelakie i serniki pieczone, z rodzynkami. Później Mama robiła boski sernik na zimno - najlepszy, jaki w życiu jadłam. Będę się musiała uśmiechnąć o przepis - sernik był pełen bakalii, z polewą czekoladową... Czysta rozkosz. Na samą myśl głodna się robię.
Wracając jednak do meritum - pasch się u nas ani nie robiło, ani nie jadło. Dlatego dopiero rok temu zrobiłam swoją pierwsza, i przepadłam. Jest tak dobra, że na samą myśl cieknie mi ślinka. Przed wyjazdem z pewnością jakąś nam zrobię, a i w Polsce postaram się ją przygotować - bo naprawdę warto. Mniam!
Co do mazurków, to jeszcze się nie zdecydowałam. Jakoś nie do końca mnie do siebie przekonują - jadłam pyszne, ale też przesłodzone i mdłe, na twardym, a nie kruchym cieście... Robiłam raz czy dwa, wyszły niezłe, ale strasznie słodkie, i niby chciałam spróbować znowu, ale jakoś tak... Nie wyszło... Widziałam jednak mnóstwo przepisów na niestandardowe czy też nietradycyjne mazurki, i może pójdę w tym kierunku...? Nie wiem jeszcze, zobaczymy.

Dzisiaj jednak chciałabym podzielić się z Wami przepisem na sernik, którego żaden świąteczny stół się nie powstydzi. Jest obłędny, cudownie intensywny, jeden kawałek zabiera nas w cudowną podróż pełną czekolady... 
Jest kruchutki, kakaowy spód, a na tym niesamowicie czekoladowa masa serowa. Niezbyt słodka, bardzo intensywna. Sernik, mimo ubijania jajek, nie jest puszysty, ale zwarty i konkretny. Dwieście gram czekolady w końcu robi swoje! Na to mus z białej czekolady, który dla zachowania równowagi jest słodki, lekki i delikatny. Warstwy te komponują się ze sobą znakomicie, każdy kęs to czysta rozkosz. A żeby całość nieco ożywić, wierzch udekorowałam pestkami granatu. Słodko-kwaśne i soczyste, wspaniale uzupełniają czekoladowość ciasta. W dodatku ich czerwień świetnie komponuje się z całością wizualnie. Koniecznie musicie spróbować - ten sernik bowiem to czysta rozkosz dla podniebienia.

Generalnie przygotowałam go z głowy, tylko przepis na mus wzięłam z Deserów Pierre'a Herme. Od siebie dodałam żelatynę, żeby był bardziej stabilny.

Sernik czekoladowy z musem z białej czekolady i granatem

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:

  • 120 g ciastek digestive
  • 2 łyżki kakao
  • 60 g masła
masa serowa:

  • 500 g twarogu 3krotnie zmielonego
  • 3 jajka
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 80 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki budyniu czekoladowego (proszek)
mus z białej czekolady:

  • 80 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 listek żelatyny
dodatkowo:

  • 1 owoc granatu
Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło rozpuścić, wymieszać z ciasteczkami.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na dnie masę ciasteczkową, schłodzić w lodówce 20-30 minut.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Czekoladę rozpuścić a kąpieli wodnej, przestudzić.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę, partiami dodawać twaróg. Dodać czekoladę, zmiskować. Dodać ekstrakt i budyń, połączyć.
Masę przelać na podpieczony spód.

Piec w 140 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku, następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
30 ml śmietanki zagotować, zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Zalać śmietanką posiekaną czekoladę, wymieszać aż do rozpuszczenia.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do masy czekoladowej, mieszając delikatnie, ale dokładnie.
Masę przełożyć na sernik, schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Z granatu wyjąć pestki, udekorować nimi sernik.

Smacznego!

Tym sernikiem otwieram sezon na Wielkanocne wypieki. Sama jeszcze nie do końca wiem, co to będzie, ale mam ogromną ochotę na babkę... Co Wy na to?

Serniki dla Miksera - edycja 1.14

sobota, 28 września 2013

Powrót do przeszłości, czyli sernik urodzinowy

Urodziny miałam już dawno, dawno temu, a jeszcze nie napisałam o wszystkich urodzinowych ciastach.
Pisałam za to, że mieliśmy cudownych gości. Postanowiłam, poza oczywiście tortem, przygotować coś jeszcze. Coś, co zaskoczy Duńczyków - sernik. Pieczony. Hmm...
Najpierw pomyślałam o takim z rodzynkami, ale C. stwierdził, że może lepiej nie... I ciężko go za to winić - sernik z rodzynkami jest ryzykowny nawet na spotkaniu Polaków, no chyba że komuś nie przeszkadza, jak jego goście dłubią w cieście i zastanawiają się, jak w elegancki sposób tych rodzynek się pozbyć. Szukałam więc dalej. W Najlepszych sernikach świata trafiłam na dwa, które mi się spodobały - cytrynowy i z malinami. Połączyłam je więc w jeden, i wyszło prawdziwe cudo.

Na twarogu, więc jest polski akcent, ale konsystencję ma raczej kremową i ciężką. Słodko-kwaśny za sprawą cytryn, niezwykle świeży dzięki malinom. Ja niestety nie mogłam znaleźć świeżych, ale z mrożonymi też był pyszny. Poza Mamą C. wszyscy konsumujący zgodnie stwierdzili, że jest pycha. Mi smakował bardziej od tortu, ale ja na punkcie serników mam jednak lekkiego hopla... Tak czy inaczej - polecam serdecznie. Naprawdę warto spróbować.

Cytrynowy sernik z malinami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 60 g miękkiego masła

masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 300 g mrożonych malin

dodatkowo:
  • 15 g białej czekolady

Maliny rozmrozić na talerzu wyłożónym papierem kuchennym.

Ciastka dokładnie pokruszyć. Wymieszać z miękkim masłem, dokładnie ugnieść na dnie tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.
Wstawić do lodówki na 30 minut.

Piec w 200 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Twaróg utrzeć z kremówką i cukrem. Dodać skórkę i sok z cytryny, wymieszać. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.

Na spód wyłożyć maliny, na nich równomiernie rozprowadzić masę serową.

Piec w 160 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić w piekarniku, przy uchylonych drzwiczkach.
Przed podaniem wstawić do lodówki na całą noc.

Przed podaniem udekorować wierzch startą czekoladą.

Smacznego!

Jeszcze raptem jeden letni przepis, i obiecuję się poprawić w kwestii sezonowości - będą jabłka, śliwki, gruszki, dynie... I figi. Tak, figi będą z pewnością.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Na smutki - sernik. I Lana

Jestem zbulwersowana postawą mojego szefostwa. Zbulwersowana na tyle, że aż muszę się Wam wygadać. 
Wyobraźcie sobie dziewczynę, która pracuje dla danej firmy na dwóch różnych stanowiskach. Ma kontrakty tylko na telefon - jeśli jest potrzeba, dzwonią do niej. Jednak jeden z szefów docenia ją na tyle, że woła ją bardzo często, ma niemal stałą pensję. Jednak ta druga praca podoba jej się bardziej, kiedy więc dowiaduje się, że w końcu, po roku, dostanie kontrakt na stałe, rezygnuje z tej pierwszej. Upragniony dzień nadchodzi - kontrakt podpisany. Szczęście jednak nie trwa długo - następnego dnia dostaje do podpisania pismo, że ona wcale tego kontraktu nie chciała... Firma nie może sobie pozwolić na jeszcze jednego pracownika, ale zauważyli to dopiero miesiąc po jego obiecaniu i dzień po podpisaniu. Bezczelność! 
O tym, że moje i kilku innych osób dodatkowe godziny zniknęły nie wiadomo kiedy, nawet nie będę wspominać... I mamy się cieszyć, że nikogo nie zwolnili. No doprawdy! Jak tak można...?
Wybaczcie ten rozżalony ton, ale jestem rozczarowana i zawiedziona. Nie tyle faktem, że nie będzie tych godzin, ale sposobem, w jaki zostało to załatwione. Tak się nie robi, i już. Tylko co ja biedna mogę na to poradzić...? Ech...

Na pocieszenie i przegnanie smutków - długo wyczekiwany sernik. Mam wrażenie, że pieczony jadłam ostatnio bardzo, bardzo dawno temu. Okazuje się, że to ciut ponad dwa miesiące - może dużo, może nie. Dla mnie wystarczająco, żebym przeszukała kilkanaście książek i gazet w poszukiwaniu przepisu doskonałego. Znalazłam dwa, które mi się spodobały, ostateczną decyzję pozostawiając C. Wybrał cappuccino z Najlepszych serników świata. Mmm... Wybrał dobrze.

Sernik jest raczej ciężki - robiony na polskim twarogu, który sama zmieliłam. Zwarty, sycący. Wcale nie tak słodki, a chyba pierwszy raz w życiu zwiększyłam ilość cukru w stosunku do oryginalnego przepisu. Wlałam też więcej kawy, i uważam, że to dobry pomysł - sernik nadal jest bardziej cappuccino niż kawowy, ale smak jest na tyle wyraźny, że nie można pomylić go z niczym innym. Orzechowy spód genialnie komponuje się z całością, a bita śmietana na wierzchu sprawia, że jest wyjątkowo elegancki. Polecam wypróbować.

Sernik cappuccino na orzechowym spodzie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 65 g ciastek digestive
  • 175 g orzechów laskowych
  • 50 g masła

masa serowa:
  • 1 kg twarogu 3krotnie zmielonego
  • 250 śmietany kremówki (38%)
  • 200 g cukru
  • 35 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 5 jajek
  • 200 ml mocnej, ostudzonej kawy

dodatkowo:
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 12 kawowych ziarenek z czekolady

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć. 75 g orzechów zmielić, resztę posiekać. Wymieszać z ciastkami i masłem. 
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę dokładnie ugnieść na spodzie formy, schłodzić w lodówce przez 20-30 minut. 

Schłodzony spód podpiec w 200 st. C. przez 10-12 minut. 
Ostudzić.

Twaróg zmiksować ze śmietaną, cukrem i budyniem. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu wlać kawę, wymieszać.

Boki tortownicy posmarować masłem.

Masę przelać na przestudzony spód.

Piec 10 minut w 230 st. C. 
Następnie obniżyć temperaturę do 120 st. C. i piec 45-60 minut.
Ciasto wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić przez noc w lodówce.

Kremówkę ubić, za pomocą szprycy wycisnąć wzorki na serniku. Udekorować ziarenkami.

Smacznego!

W radiu piosenka, w której jestem zakochana, odkąd usłyszałam ją po raz pierwszy. Lana Del Ray i jej Video Games sprawiają, że choć na chwilę potrafię oderwać się od wszystkich przykrych myśli. Zamykam oczy, w dłoniach ściskam kubek z gorącą, pachnącą kawą (taką prawdziwą, z ekspresu). I brakuje mi tylko ciepłego ramienia tuż obok...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Ciasto w dwóch kuchniach. Sernik kajmakowy

Tak naprawdę nie miałam w planach sernika. Nie tak dawno piekłam pyszny sernik dyniowy, który starczył nam na kilka dni, bo był sporych rozmiarów. A C. tak nie do końca sernikolubny... Nie pogardzi, ma już nawet swój ulubiony, jednak ciągle inne ciasta znikają zdecydowanie szybciej. Kiedy jednak Maggie rzuciła, że będzie piekła karmelowe cudo od Liski - nie mogłam pozostać obojętna. Na zdjęciach sernik wygląda po prostu wspaniale: wysoki, z grubą warstwą karmelowej polewy i prażonymi migdałami. Sami powiedzcie - czy można się nie zakochać...? Ja uległam jego czarowi, i w sobotę przystąpiłam do działania.

Zasadniczo plan był taki - najpierw drzemka, potem ciasto. W nocy spałam zaledwie dwie godziny, więc kiedy wróciłam do domu, niewiele myśląc, udałam się do łóżka. 
Po bezproduktywnym przewracaniu się z boku na bok przez godzinę stwierdziłam, że chyba jednak zasnąć mi się nie uda. Zmusiłam się więc do wstania, i ruszyłam do kuchni. 

Mleko ugotowałam już poprzedniego wieczoru, masę kajmakową miałam więc gotową. Przed udaniem się na domniemany spoczynek wyciągnęłam wszystkie produkty z lodówki, od razu więc mogłam zacząć działać. I uwierzcie mi - przygotowanie tego sernika to rozkosz sama w sobie. Miksowanie masła na puszystą masę, mielenie sera, oblizanie łyżki - mmm... Poezja. 
Szczerze mówiąc obawiałam się, że nie wyjdzie tak piękny jak u Liski. Okazuje się jednak, że przepis jest perfekcyjny - ciasto opadło zaledwie kilka milimetrów, w dodatku równo, więc wygląda imponująco. Polane kajmakiem z odrobiną mleka i masła i posypane migdałami robi piorunujące wrażenie. Nawet na C., który wczoraj wrócił z pracy raczej później niż wcześniej, poprosił o kawałek. A jedząc, mlaskał z ukontentowaniem. Sernik jest po prostu genialny - idealnie słodki, z lekko słonawą nutą spodu. Smaki równoważą się idealnie, całość jest po prostu wspaniała. I rozpływa się w ustach... Musicie go wypróbować!

Nie uniknęłam drobnych modyfikacji - w moim spodzie znalazły się orzeszki ziemne, gdyż akurat takie znalazłam w szafce. Poza tym mieląc twaróg nie mogłam dać sobie z nim rady, i żeby łatwiej szło, dałam creme fraiche (nie miałam w domu kremówki). Gwarantuję, że sernik na tym nie ucierpiał, ale jeśli macie gotowy mielony twaróg lub serek kremowy, spokojnie możecie dodatek śmietany pominąć.

Sernik kajmakowy od Liski


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 50 g solonych orzeszków ziemnych
  • 80 g ciastek digestive
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 łyżka cukru

masa serowa:
  • 230 g masy kajmakowej
  • 50 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 3 jajka
  • 600 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 100 g creme fraiche (18%)
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

polewa:
  • 170 g masy kajmakowej
  • 3 łyżki mleka
  • 2 łyżeczki miękkiego masła

dodatkowo:
  • 15 g płatków migdałowych

Orzeszki drobno posiekać. Ciastka dokładnie pokruszyć. Wymieszać orzeszki i ciastka z cukrem, dokładnie połączyć z masłem. 
Powstałą masą wyłożyć dno fromy wyłożonej papierem do pieczenia.
Schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Podpiec w 190 st. C. przez 12 minut.

Masło utrzeć z cukrem. Dodać kajmak, połączyć. Wbijać po jednym jajku, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, zmiksować. Po łyżce dodawać twaróg wymieszany z creme fraiche. Na końcu wsypać mąkę, wymieszać.
Masę serową przelać na podpieczony spód. 

Tortownicę umieścić w piekarniku, natychmiast obniżyć temperaturę do 160 st. C. i piec 40-50 minut.
Sernik wystudzić w uchylonym piekarniku.

Kajmak podgrzać z mlekiem, aż jego konsystencja stanie się nieco bardziej płynna. Zdjąć z ognia, wymieszać z masłem.
Polewą polać sernik.

Płatki migdałowe uprażyć na suchej patelni. Posypać wierzch sernika.

Schłodzić w lodówce przez 4 godziny, a najlepiej całą noc.

Smacznego!

Przed sernikiem upiekłam jeszcze ciasteczka i inne ciasto ze składnikiem, który pierwszy raz zagościł w mojej kuchni. Spotkanie zaowocowało miłością od pierwszego kęsa, z pewnością więc jeszcze coś z tymi cudownymi kuleczkami się u mnie pojawi. 
Ale o tym już następnym razem.

czwartek, 31 maja 2012

Coś z niczego

A raczej coś - z resztek.
Kiedy rozmrażałam twaróg na sernik, który pokazałam wczoraj, po prostu wyciągnęłam pierwszy z brzegu kawałek stwierdzając, że powinno starczyć. Starczyło, a nawet więcej - trochę zostało. Zamrozić drugi raz nie da rady, wyrzucić nie można, bo to grzech niemalże śmiertelny, coś więc trzeba wykombinować. Tylko co...? Myślałam i myślałam, aż w końcu doszłam do wniosku, że chcę deseru szklankowego. Wyjątkowo rzadko takie robię - sama nie wiem, dlaczego. Są przecież szybkie, proste, i w dodatku bardzo efektowne. Dają też ogromne pole do popisu, tym bardziej, że w przezroczystych szklankach wszystkie te warstwy prezentują się znakomicie. W związku z tym, że nie mam zbyt dużego doświadczenia, zajrzałam do książki z serii Szybko i smacznie: Desery. A tam śliczny deserek z serka homogenizowanego, z owsianą kruszonką i malinami. Masa to nie to, o co mi chodziło, malin nie ma, ale ta kruszonka - mmm... Bardzo mi się spodobała. Tym bardziej, że C. ma lekkiego fioła na punkcie płatków owsianych - z mlekiem i cukrem to jego ulubione śniadanie, wszelkie ciasteczka z ich dodatkiem znikają błyskawicznie. Pomyślałam, że taka kruszonka też będzie mu smakować (i miałam rację). Od siebie dodałam miód - chciałam, żeby lepiej się skleiła i tworzyła grudki, zamiast pojedynczych płatków.
Masa serowa to czysta improwizacja. Twaróg, reszta kremówki, trochę cukru, wanilia i Cointreau do smaku. Jajko można pominąć - ja chciałam, żeby serek nabrał puszystości. 
W lodówce miałam resztkę rabarbaru, w pokoju w misce na owoce samotnie kulała się pomarańcza. A że takie połączenie znam i bardzo cenię, pomyślałam, że będzie dobrym zwieńczeniem deseru.

Całość, choć niewiele ma wspólnego z oryginałem, wyszła zaskakująco pysznie. Kremowy, rozpływający się w ustach serek cudownie kontrastuje z chrupiącą kruszonką, a rabarbarowo-pomarańczowy wierzch nadaje całości wyrazu. Obojgu nam bardzo smakowało, i choć porcje wyszły naprawdę spore, dziś deser jest już tylko wspomnieniem... Polecam wypróbować - to naprawdę jest smaczne!

Szklankowy deser sernikowy z pomarańczowym rabarbarem


Składniki:
(na 4 spore porcje)

kruszonka owsiana:
  • 80 g płatków owsianych
  • 30 g jasnego brązowego cukru
  • 30 g masła
  • 1 łyżka miodu

masa:
  • 270 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 350 ml śmietany kremówki
  • 70 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka Cointreau

pomarańczowy rabarbar:
  • 150 g rabarbaru
  • 1 pomarańcza 
  • 50 g cukru

Kruszonka:
Masło rozpuścić z cukrem na patelni. Wsypać płatki, smażyć 4-5 minut, aż płatki nabiorą złotej barwy. Dodać miód, dokładnie wymieszać. Zdjąć z ognia, pozostawić do całkowitego ostygnięcia.

Rabarbar:
Z pomarańczy zetrzeć skórkę, owoc wyiletować - zachować sok. 
Na petelni skarmelizować cukier z łyżką soku pomarańczowego. Gdy nabierze złotego koloru, dodać pokrojony w 1cm kawałki rabarbar. Smażyć, aż warzywo zmięknie. Wlać pozostały sok, dodać skórkę pomarańczową i smażyć jeszcze chwilę. Dodać kawałki pomarańczy, wymieszać. Zdjąć z ognia, ostudzić.

Masa:
Twaróg zmiksować z cukrem pudrem, żółtkiem, ekstraktem i Cointreau na puszystą masę. W osobnych miskach ubić kremówkę i białko na sztywno. Najpierw wmieszać kremówkę do masy sernikowej, następnie - delikatnie - białko.

Na dni szklanek wysypać po garści kruszonki, na to wyłożyć po 3 łyżki masy serowej. Na to rónomiernie rozłożyć resztę kruszonki, następnie resztę masy. Na wierzch wyłożyć rabarbar.

Schłodzić przed podaniem 3-4 godziny.

Smacznego!


Na co mam teraz ochotę...? Na drożdżowe... Nie wiem, dlaczego, ale chodzi za mną od jakiegoś czasu. Sama nie wiem, czy ma być słodkie, czy bardziej wytrawne... Ale jakieś z pewnością w końcu przygotuję. W przyszłym tygodniu spędzę sama w domu cztery popołudnia i wieczory, więc będę miała czas na zagniatanie, wyrastanie, pieczenie... Mmm, nie mogę się już doczekać.