Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wytrawne tarty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wytrawne tarty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 października 2017

Weselne toasty po duńsku. I żółciutka tarta z kurkami

Niezwykle istotnym elementem duńskiego wesela są toasty. I to nie byle jakie, nie proste i oczywiste w stylu Za zdrowie państwa młodych!. Duńskie toasty to całe przemowy; historie poznania, wspólnego życia, wspominki i obserwacje. 

Muszę przyznać, że ten element wesela bardzo mnie stresował. Dlatego już kilka miesięcy wcześniej postanowiłam zabrać się do dzieła. Najpierw zapytałam C., co ja właściwie mam powiedzieć. A on, zawsze tak skory do pomocy i uczynny, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: Co chcesz
Jasne. Nieco zdegustowana takim obrotem sprawy, usiadłam przy kuchennym stole z czystą kartką i długopisem, i zaczęłam myśleć.
Przez pół godziny zapisałam całą stronę. Było trochę skreśleń i poprawek, adnotacje i przypisy, ale muszę przyznać, że byłam z efektów całkiem zadowolona. Szczególnie, że pisałam po angielsku; uznałam go bowiem za najbardziej uniwersalny język. Polski nie wchodził w grę - C. i jego rodzina, czyli większość gości, nic by nie zrozumiała. Z tych samych powodów odpadł duński - tu moja Rodzinka nie wiedziałaby zupełnie, o co chodzi. Po niemiecku w temacie umiem powiedzieć tylko Ich liebe dich, mein Schmetterling, co nie do końca odkrywa głębię moich uczuć. No i brzmi tak, jakbym miała ochotę kogoś zjeść. 

Tak więc, wstęp przemowy miałam skończony. Później pracowałam, wypadło to to, to tamto, przygotowania do ślubu pochłonęły mnie niemal całkowicie, przyjechali Rodzicie i pozostali polscy goście i... Był piątkowy wieczór przed wielkim dniem. A ja nadal miałam tylko wstęp. Nawet chciałam się zaszyć w jakimś kącie i spróbować dopisać coś jeszcze, ale nie było mi dane. W końcu zrobiło się późno, za chwilę trzeba było wstawać i... Stwierdziłam, że jednak pójdę na żywioł.
Ale kartkę ze wstępem pieczołowicie zapakowałam do torebki i kazałam pilnować Młodej po groźbą utraty głowy, a przynajmniej narażenia się na wiązankę, która z ust panny młodej w dniu jej ślubu z pewnością wyjść nie powinna.

Na pierwszy ogień poszedł mój Tato. W krótkich, żołnierskich słowach wyraził uznanie i życzył nam wszystkiego najlepszego. C. z kolei wzruszył się niesamowicie i ze łzami w oczach dziękował gościom i rodzicom, a także opowiadał o tym, jakim to jest szczęściarzem (no ja myślę!). Mój Teść przełożył przez ramię ślubną chustę (która na każdym z wesel jego dzieci służyła mu do ocierania łez) i wspomniał o nieśmiałej Polce, która wślizgnęła się do rodziny nie powodując większego zamieszania, ale wypełniła ich kuchnię głośnym śmiechem, a życie jego syna miłością. Wszyscy, którzy zrozumieli, ukradkiem ocierali oczy.

W końcu przyszła mojej kolej. Odpowiedzialny za trzymanie wszystkiego w ryzach i lekko już pijany, mój ulubiony kuzyn C. podszedł do mnie i wyszeptał do ucha, że po deserze mam być gotowa. Wzięłam głęboki oddech, i stwierdziłam, że będę. Pięć minut później okazało się, że lody potrzebują jeszcze chwili, więc przemowę mam wygłosić przed deserem. Jonas ścisnął mnie za ramię, życzył szczęścia... I zapowiedział pannę młodą. Wydobyłam z torebki kartkę (Młoda spisała się na medal), wstałam, odchrząknęłam znacząco i zaczęłam...
Trochę zerkałam na to, co tak pieczołowicie wcześniej napisałam; gdy skończyłam wstęp, kartkę wyrzuciłam i kontynuowałam, wywołując kolejne salwy śmiechu i totalne zaskoczenie moich gości. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę, opowiadając o naszym pierwszym, niezwykle romantycznym spotkaniu, gdy C. z górą brudnych talerzy próbował zachować równowagę, a ja pędziłam gdzieś ze ścierką i mopem pod pachą. 
Już po wszystkim zebrałam całe mnóstwo gratulacji, a brat C. stwierdził, że czegoś takiego to on się po mnie nie spodziewał. No cóż, ciche myszki też potrafią. Muszą tylko chcieć.

Mnie za to najbardziej zaskoczył fakt, że moja młodsza, tak mało podatna na wzruszenia Siostra, zalała się łzami.
Po wszystkim dałam C. soczystego całusa i usiadłam z policzkami zaczerwienionymi z emocji i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I choć wyszło świetnie, to cieszę się, że akurat tego powtarzać nie muszę.

Tymczasem mam dla Was przepis na idealnie jesienną tartę z kurkami.
W końcu udało mi się kupić koszyczek w cenie wołającej o pomstę do Nieba, ale czego nie robi się dla tego smaku... I choć oczyszczanie tych żółto-pomarańczowych grzybków to droga przez mękę, to warto. 
Przepis znalazłam na blogu Kolorowy Talerz, i zmieniłam nieznacznie proporcje, żeby pasował do większej formy. Wyszło bosko - kruchutkie ciasto wypełnione śmietanowo-jajeczną masą i grzybkami, których delikatny smak nie został niczym zakłócony, a tylko podbity dzięki dodatkowi białego wina i tymianku. Mówię Wam - coś wspaniałego! Do tego lekka, zielona sałata z winegretem i kieliszek dobrego białego wina. Idealny zestaw na romantyczną kolację w pierwszą miesięcznicę ślubu.

Tarta z kurkami, tymiankiem i białym winem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

spód:
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 200 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 1 białko

nadzienie:
  • 400 g kurek
  • 1 cebula
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g twardego, wędzonego sera
  • 3 gałazki tymianku
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • sól
  • pieprz

Mąki, sól, masło, jajko i żółtko umieścić w malakserze, zmiksować. Po łyżce dodawać wody, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji.
Ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, przełożyć do fromy, odpowiednio przyciąć.
Schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i obciążyć.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec przez kolejne 15 minut w 180 st. C.
Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem.

Kurki oczyścić, opłukać, osuszyć. Większe przekroić na połówki lub ćwiartki.
Cebulę pokroić w drobną kosteczkę.

Na patelni rozgrzać masło, zeszklić cebulę. Dodać kurki. Smażyć, aż cały płyn odparuje. Wlać białe wino, smażyć nadal, aż alkohol odparuje. Posolić.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, ser i listki tymianku, doprawić solą i pieprzem.

Na przestudzony spód wyłożyć kurki, zalać masą jajeczno-śmietanową.

Piec w 160 st. C. przez 25 minut, aż masa jajeczna się zetnie.
Podawać na ciepło.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend - nie macie pojęcia, jak się cieszę! Ostatnio jestem ledwo żywa; praca naprawdę daje mi się we znaki. A za pasem Święta, czyli ruch w interesie będzie coraz większy. Uff...

czwartek, 8 czerwca 2017

Komizm sytuacyjny i tarta z botwinką

Muszę przyznać, że powrót do pracy łatwy nie był. Dziesięć godzin naprawdę dało mi się we znaki; łydki mnie bolą, ręce mnie bolą, głowa też mnie boli (co będzie sobie, skubana, żałować...?). Mimo wszystko jednak jestem zadowolona; pod koniec pracy, gdy nastąpiło już pewne rozluźnienie świadomością, że czego nie zrobi się dzisiaj, zrobi się jutro, razem z Mette płakałyśmy ze śmiechu. Dosłownie. Czerwone jak buraki, zalane łzami, wzbudzałyśmy ogólną wesołość. A jeden z kolegów tylko nas napędzał, wydając z sienie odgłosy, które i na sawannie, i w wielkim mieście, mogłyby wzbudzić niepokój. 
To jedna z takich chwil, których nie można ubrać w słowa; komizm sytuacyjny, który po fakcie śmieszy tylko tych, którzy byli przy całym tym ambarasie obecni.

Wam też zdarzają się takie chwile...?

Tymczasem zapraszam Was na zupełnie wyjątkową tartę. Wyjątkową dla mnie, gdyż botwinki nie jadłam od wieków!
Jak to się dziwnie w życiu składa... Gdy mieszkałam w Polsce i botwinkę w sezonie miałam na wyciągnięcie ręki, zupełnie mnie nie kusiła. Teraz, gdy jej zdobycie graniczy z cudem, ślinię się do monitora na widok tych wszystkich pyszności, które koleżanki blogerki z botwinką przygotowują. Jako souvenir z Polski przywiozłam więc sobie nie tylko dwa kilogramy prawdziwego twarogu, ale też dwa pęczki botwinki. Dzisiaj pokażę, co przygotowałam z pierwszego.

Tematem wspólnego gotowania była tym razem botwinka w towarzystwie młodych ziemniaczków i koperku. Czyż nie brzmi rozkosznie...? Tak właśnie pomyślałam, i czym prędzej zabrałam się za szukanie przepisu na tartę (że musi to być tarta, nie miałam najmniejszych wątpliwości). Idealną propozycję znalazłam u Małgosi; jedyne co, to zamieniłam rozmaryn na koperek.
Wyszło bosko! Tarta jest cudownie wiosenna, ma piękny, różowo-zielony kolor, smakuje wybornie i naprawdę potrafi nasycić. Dla nas stanowiła pełnoprawny obiad z dodatkiem sałatki ze szpinaku, ale jak ktoś nie może się obyć, może podać do niej na przykład filety z kurczaka. Choć nawet C., zaśniedziały mięsożerca, stwierdził, że nic jej więcej nie trzeba.

Smakowite przepisy z tym kuszącym trio znajdziecie również u Ani, Mirabelki, Malwinny i Pati.

Tarta z botwinką, ziemniaczkami i koperkiem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 27 cm)

kruchy spód:
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 75 g zimnego masła
  • 2 łyżki zimnej wody
farsz:
  • 1 pęczek botwinki
  • 500 g młodych ziemniaków
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki oleju
  • 3 jajka
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 1 pęczek koperku
  • sól
  • pieprz
Mąkę przesiać, wymieszać z solą i cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Po łyżce dodawać wodę, zagnieść gładkie, nielepiące się ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzonym ciastem wylepić formę, formując brzeg. Nakłuć ciasto gęsto widelcem.

Podpiec w 180 st. C. przez 12-15 minut.

W tym czasie wyszorować ziemniaki (młodych nie trzeba obierać), pokroić je w dość drobną kostkę. 
Buraczki pokroić na ćwiartki lub połówki jeśli są bardzo małe. Łodyżki pokroić na kawałki o długości 3 cm, liście porwać.

Na patelni rozgrzać olej, wrzucić ziemniaki, posolić, podsmażać 5 minut, aż się zeszklą. Dodać buraczki, smażyć jeszcze 3 minuty. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i łodyżki botwinki, smażyć jeszcze chwilę. Na końcu dodać liście, podgrzewać około 1 minuty, zdjąć patelnię z palnika.

Jajka i creme fraiche roztrzepać, dodać posiekany koperek, doprawić solą i pieprzem.

Na podpieczony spód wyłożyć ziemniaki z botwinką, zalać masą jajeczno-śmietanową, równomiernie rozprowadzając koperek.

Piec w 180 st. C. przez około 25 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Was zostawiam z tartą, a sama idę do łóżka. W końcu za niecałe siedem godzin trzeba wstać...

środa, 8 czerwca 2016

Etat w trzecim kręgu piekła i tarta z młodą marchewką

Latem cukiernie kuszą klientów lekkimi ciastami z owocami, domowymi lodami i mrożoną kawą. Wielu z Was - jestem pewna! - dało się skusić więcej niż raz. Wchodzicie do środka zwabieni słodką wystawą, i już od progu otula was delikatny powiew klimatyzacji. Stoicie więc przed ladą podziwiając cukiernicze dzieła i zastanawiacie się długo, które wybrać. W końcu decyzja zapada i wychodzicie ze zgrabnie zapakowanym deserem. 
W międzyczasie przewijają się Wam przez głowy myśli o tym, jak to cudownie pracować w cukierni i przebywać na co dzień wśród tych wszystkich słodkich pyszności.

Owszem, macie rację. To cudowna praca i świetna zabawa (przynajmniej od czasu do czasu). Kiedy jednak przychodzą iście afrykańskie temperatury, każdy cukiernik przeklina swoją młodzieńczą głupotę, kiedy to zdecydował się na taki zawód. Na zapleczu bowiem nie ma klimatyzacji; są za to wielkie piece, które wydzielają niewyobrażalne wręcz ilości ciepła. Nie ma szans na najlżejszy choćby powiew wiatru, a lodówka to najprzyjemniejsze miejsce, do którego można się udać. 
Śmietana topi się jak szalona, miękka czekolada rozpływa się pod najdelikatniejszym dotykiem, ozdabianie ciast marcepanem to istna droga przez mękę. A w momencie, w którym okazuje się, że na jutro trzeba przygotować kilkaset tuzinów waniliowych ciasteczek, i tak już spoceni i rozdrażnieni współpracownicy, zaczynają zgrzytać zębami...

A potem nagle ktoś zrobi coś zabawnego, ktoś inny wybuchnie głośnym śmiechem powodując, że nawet największy złośnik nie może się powstrzymać - i okazuje się, że nawet trzeci krąg piekła nie taki straszny, jak go Dante odmalował.

Tymczasem mam dla Was propozycję tarty, której przygotowanie wymaga włączenia piekarnika. Nie marudźcie jednak - ten smak jest wart chwili poświęcenia! Poza tym - zawsze możecie wyjść z kuchni na czas pieczenia. Pomyślcie sobie wtedy o tych wszystkich piekarzach i cukiernikach, którzy takiego luksusu nie mają. Od razu zrobi Wam się chłodniej.

Przepis znalazłam u Lo, i zakochałam się od razu. Te chrupiące, młode marchewki skarmelizowane w soku pomarańczowym, zdecydowanie podziałały na moją wyobraźnię. Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, zabrałam się do działania.
Spód nie jest tak kruchy, jak tego oczekiwałam, za to pełen smaku. Ciągle zachowujące swoją chrupkość marchewki w połączeniu z tymiankiem, słonym serkiem i słodkim miodem, dają niesamowity efekt. Ta tarta to kwintesencja idealnego, wiosennego posiłku - lekka, delikatna, pełna smaku.
Musicie ją mieć!

Na danie z młodą marchewką zaprasza dzisiaj również Ania.

Tarta z młodą marchewką, kozim serkiem i miodem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 180 g mąki pszennej
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 łyżka listków tymianku

nadzienie:
  • 300 g młodej marchewki
  • 200 g koziego serka
  • 250 g sera ricotta
  • 2 łyżki miodu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 15 czarnych oliwek
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki listków tymianku
  • oliwa
  • sól
  • pieprz

Serek zmiksować z masłem, dodać mąkę i tymianek, połaczyć.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół. Podsmażyć na oliwie przez kilka minut, powinny nadal być chrupkie. Dodać miód i sok z pomarańczy; podgrzewać, aż 2/3 płynu odparuje.
Odstawić.

Ricottę wymieszać ze skórką pomarańczową, połową tymianku, przeciśniętym przez praskę czosnkiem oraz solą i pieprzem..

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, formując kant. Przykryć papierem do pieczenia, wysypać kuleczkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C. 

Lekko przestudzony spód posmarować kremem z ricotty. Na wierzch wyłożyć marchewki, oliwki i kozi twarożek. Polać sokiem ze smażenia marchewek, posypać resztą tymianku.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Mimo prawdziwie dekadenckich upałów, nadal wypijam dwa dzbanki gorącej herbaty dziennie.
Myślicie, że to normalne...?

środa, 25 maja 2016

Zapiekane szparagi i rzodkiewkowe historie

Uwielbiam rzodkiewki. Chrupkie i ostre; i ten ich obłędny, intensywnie różowy kolor. Jedyny w swoim rodzaju; niemal przeczący ich jadalności. Rzodkiewkowy. Czy ktoś w ogóle używa tego słowa? Ja zacznę; bardzo mi się spodobało. 
Pamiętam smak rzodkiewek z działki Dziadka, choć ani Dziadka, ani działki już dawno z nami nie ma. Były tak ostre, że jako sześcioletni brzdąc nie byłam w stanie jeść ich samych. Mama chrupała je zapamiętale, a ja domagałam się kawałka chleba. Albo ruszałam w stronę bezpiecznych, soczystych pomidorów.
Dzisiejsze rzodkiewki straciły na wyrazistości; można je jeść pęczkami, nie czując ostrości na języku.
Jaka szkoda...

Pomysł na tę tartę znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 5/2016, który tak mi się spodobał, że kupiłam już kilka numerów pod rząd. Apetyczne zdjęcia i ciekawe przepisy, które mam ochotę wypróbować od razu. Wiele z nich przygotowuję, gdy mam trochę czasu; są to jednak z reguły dania obiadowe, które nie mają swojego miejsca na blogu. Tym razem jednak padła propozycja na wspólne przygotowanie zapiekanych szparagów, nie mogłam więc sobie odmówić upieczenia tego niezwykle apetycznie prezentującego się dania.
W gazecie podano przepis na kruchy spód, a w rogu strony umieszczono notatkę z poradą, sugerującą użycie ciasta filo. Skorzystałam z niej skwapliwie, bowiem w zamrażarce zalegało pół opakowania, na które nie miałam pomysłu. Ostatnio jesteśmy na etapie czyszczenia zapasów, więc zużycie niemal zapomnianego produktu idealnie wpasowało się w ten trend. 
Kurczaka można pominąć, jeśli ktoś ma chęć na danie bezmięsne. Jednak jego dodatek powoduje, że tarta sama w sobie jest pełnowartościowym obiadem; ja podałam do niej surówkę z kapusty - pycha! 
Curry nadaje delikatnie bliskowschodniego aromatu, a szparagi, chrupiąca rzodkiewka i świeża rzeżucha sprawiają, że danie staje się cudownie wiosenne. W dodatku wygląda pięknie; jestem pewna, że zachwyciłoby niejednego gościa. Polecam Wam więc bardzo na późnowiosenny obiad lub kolację.

Koniecznie też sprawdźcie, w jaki sposób zapiec szparagi postanowiły Ania, EmiliaMirabelka i Panna Malwinna

Tarta ze szparagami i kurczakiem na cieście filo


Składniki:
(na formę do tarty 35x11 cm)
  • 3 płaty ciasta filo
  • 40 g masła
nadzienie:
  • 350 g piersi z kurczaka
  • 4 cebulki dymki
  • 250 g zielonych szparagów
  • 2 łyżeczki curry w proszku
  • 2 jajka
  • 200 g serka wiejskiego
  • 100 ml mleka
  • sól
  • pieprz
  • 2 łyżki oleju
dodatkowo:
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1 doniczka rzeżuchy
Piersi kurczaka pokroić w kostkę, dymkę razem ze szczypiorem posiekać. Odłamać zdrewniałe końcówki szparagów, pokroić szparagi na kawałki. 
Na patelni rozgrzać olej, podsmażyć kurczaka, aż będzie niemal gotowy. Dodać curry i smażyć jeszcze 1 minutę. Dodać szparagi i dymkę, smażyć kolejne 2-3 minuty. 
Przestudzić.

Masło rozpuścić. W formie układać płaty ciasta filo, tak żeby nieco wystawały ponad brzegi. Smarować je rozpuszczonym masłem. 

Podpiec w 200 st. C. przez 10-15 minut.

Na ciasto wyłożyć nadzienie z kurczaka. 
Jajka roztrzepać, wymieszać z serkiem i mlekiem. Dodać soli i pieprzu.
Masą jajeczną zalać kurczaka. 

Piec w 200 st. C. przez 25 minut.
Podawać z pokrojonymi w plastry rzodkiewkami i rzeżuchą.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend. W dodatku prognozy mamią mnie obietnicami słonecznej soboty.
I jak tu się nie uśmiechać...?

piątek, 15 kwietnia 2016

Lekcja języka duńskiego dla początkujących. I wiosenna tarta

Razem z przyszłym domem, w naszym życiu pojawił się mężczyzna. Raczej wyższy niż niższy, choć nie przesadnie; zupełnie łysy, o aparycji zbliżonej do Frankensteina (ach, te wysokie kości policzkowe!). Dzwoni, pisze i wysyła maile; do C. Wtedy ten daje mi znać, jak najszybciej się da (zazwyczaj to bowiem sprawy niecierpiące zwłoki), oświadczając: 
- Dzwonił Elfrel
- Co...?
- Dzwonił Elfrel.
W tym momencie zazwyczaj łapię, że ktoś dzwonił, więc błyskotliwie odpowiadam:
- Kto dzwonił...?
C., na skraju wytrzymałości, podnosi głos o dwa tony:
- Elfrel!
- Aaa... - W tym momencie wszystko staje się jasne. - Alfred!

Jak ze starego, poczciwego Alfreda można zrobić Elfrela...? Nie wiem. Zapytajcie pierwszego napotkanego Duńczyka; on z pewnością rozjaśni tę zagadkową sprawę.

Pogoda u nas ciągle raczej jesienna (i to w czysto listopadowym wydaniu), nadal więc nie zamieniłam zimowego płaszcza na wiosenny. Zżera mnie zazdrość, gdy widzę Tatę w koszulce z krótkim rękawkiem i dzikie słońce za jego plecami, podczas gdy ja siedzę w swetrze (już nie tym najcieplejszym, ale jednak!), a za oknem jednolita szarość uniemożliwia stwierdzenie aktualnej pory dnia. Wiem, że to brzydko, ale cóż... Nad pewnymi rzeczami nie da się zapanować.

Na pocieszenie mam wiosenną tartę. Na pełnoziarnistym, cudownie chrupiącym spodzie, z kremową ricottą, zielonym szpinakiem, czerwonymi pomidorkami i płatkami orzechów laskowych, które miło zaskakują i sprawiają, że tarta nabiera oryginalnej nuty. Świetna na obiad i kolację; sprawdzi się też na lunch do pracy. Kolory zdecydowanie dodają energii, a smak przywodzi na myśl zieloniutką, słoneczną wiosnę...
Skusicie się...?

Tarta ze szpinakiem i ricottą


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 100 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g szpinaku
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka masła
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka ricotta
  • 2 jajka
  • sól
  • pieprz
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 100 g pomidorków koktajlowych
  • 1 łyżka pesto
dodatkowo:
  • 10 g płatków orzechów laskowych
Mąki przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując przy tym brzeg. Nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez kolejne 10 minut.
Przestudzić.

Na maśle podsmażyć szpinak z czosnkiem, odparować wodę, ostudzić.

Kremówkę zmiksować z serkiem, jajkami, solą, pieprzem i ziołami.
Na podpieczony spód wyłożyć szpinak, zalać masą jajeczną. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół pomidorki, łyżeczką między nimi rozłożyć pesto. Całość posypać płatkami orzechów.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Ja tymczasem muszę zebrać się w sobie i pójść do sklepu. Zważywszy na nieustannie siekący deszcz, wyjątkowo ciężko znaleźć mi w tej chwili chociażby cień motywacji... 
Poza obiadem, rzecz jasna.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pomidorowe serce. I historia z dreszczykiem

Jestem Wam winna historię. O zwariowanym Duńczyku, który w pewnym momencie naprawdę mnie przestraszył, tylko wspomniałam. A historia mrozi krew w żyłach! No dobrze, może nieco przesadzam... Ale w mojej duńskiej, bardzo spokojnej rzeczywistości, zdecydowanie wyróżnia się na tle codzienności.

Zacznę może od początku: jechaliśmy z C. na spotkanie. Żeby nie było zbyt prosto - dwoma autami. On bowiem później musiał udać się do pracy, ja z kolei wybierałam się na ploteczki do koleżanki (nie ma jak sprawiedliwy podział obowiązków). On jechał przodem, z nawigacją, ja za nim, lekko tym faktem zestresowana. Zawsze troszkę się boję, że go zgubię (choć jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło).
W pewnym momencie wyprzedziło mnie małe, białe autko, starałam się więc patrzeń niejako przez nie, żeby C. z oczu nie stracić. A tu kierowca nagle zaczyna mrugać wszystkimi możliwymi światłami, zjeżdża na pobocze, a gdy chciałam go szybciutko wyprzedzić, wychylił się z okna niemal do połowy (co nie jest aż tak imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jechał Smartem) i zaczął szaleńczo machać rękami. Najpierw pomyślałam, że wariat. Później, że może coś mi od autka odpadło, a on się tym bardzo przejął. Na końcu, że może biedak umiera i w panice oczekuje pomocy. Na myślenie nie było dużo czasu; Smarcik był komunalny (w sensie - państwowy), więc doszłam do wniosku, że pan kierowca raczej mnie nie zamorduje (chwilę później wyrzucałam sobie taką lekkomyślność). Koniec końców - zatrzymałam się, C. odjechał w siną dal, a całkowicie obcy człowiek wpakował mi się bezceremonialnie na miejsce pasażera. Żebyście tylko widzieli moją minę! Zaczął mówić z prędkością światła, ciężko mi było go zrozumieć, bo ciśnienie podskoczyło mi z wrażenia do prawidłowego. Dopiero po kilku sekundach skupiłam się na tym, co on właściwie mówi. A on rozwodził się nad cudownością mojego auta! W pierwszej chwili byłam pewna, że z tych nerwów zupełnie zapomniałam duńskiego języka, okazało się jednak, że miałam rację - pan jest fanem starych mercedesów, a mój tak pięknie wygląda, że on chciałby wszystko o nim wiedzieć!
Z opresji wybawił mnie powracający na białym rumaku... Ups! W białym służbowym aucie, C. Ha! Jego mina, gdy zobaczył obcego mężczyznę siedzącego ze mną w samochodzie, była z pewnością jeszcze ciekawsza niż moja na początku tej przygody. Zatrzymał się, podszedł, i jak zaczęli rozprawiać... Pół godziny żeśmy tam stali! Aż się bałam, że spóźnimy się na umówione (wydawałoby się - w poprzednim życiu) spotkanie. Na szczęście zdążyliśmy.

I tutaj mała dygresja - C. również jest wielkim fanem swojego samochodu, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby rzucał się na niczego nieświadomych, Bogu ducha winnych kierowców, i prawił im półgodzinne wywody. Z drugiej strony - nie przebywam z nim cały czas, więc kto wie... A on teraz przecież bardzo dużo jeździ...

Wszystko dobrze się skończyło, ale naprawdę, był moment, że się naprawdę zdenerowałam. Zdecydowanie muszę popracować nad zachowywaniem zimnej krwi w sytuacjach stresowych, zamiast wyrzucania sobie, że największy nóż leży bezużytecznie w domu.

Na uspokojnie skołatanych nerwów, albo po prostu gdy jest sezon na piękne, soczyste pomidory, polecam Wam wyjątkową tartę. Klasycznej tarty tatin nigdy nie piekłam, z uwagi na brak odpowiedniej patelni, którą by można włożyć do piekarnika. Tu jednak nie jest ona potrzeba, bo niczego się najpierw nie podsmaża. Pomidorki w zalewie octowo-klonowej najpierw godzinę pieczemy, żeby wydobyć ich cudownie słodki smak i aromat, a następnie przykrywamy kruchym ciastem. Efekt, muszę przyznać, niebanalny. Danie cudownie proste w przygotowaniu, a smak zupełnie wyjątkowy. Jedyne drobne ale, to, moim zdaniem, zbyt duża ilość octu (a i tak zmniejszyłam jego ilość w stosunku do oryginalnego przepisu). To jednak oczywiście moje osobiste preferencje. Poza tym tarta wyszła przepyszna - idealnie kruchutkie ciasto, cudownie słodkie pomidorki - nie można się jej oprzeć.
Jedna tylko uwaga na koniec jeszcze - tartę należy przygotować w całej formie - bez odpinanych brzegów lub wyjmowanego dna. Inaczej soki się wyleją, i bez mycia piekarnika się nie obejdzie...

Przepis znalazłam na blogu Drink eat live niemal rok temu i bardzo żałuję, że za jego wykonanie zabrałam się dopiero teraz...

Pomidorowa tarta tatin

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 500 g pomidorków koktajlowych
  • 3 łyżki syropu klonowego
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 1 ząbek czosnku
  • Igiełki z 1 gałązki rozmarynu
  • 1 łyżeczka soli

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić przez 1 godzinę w lodówce.

W tym czasie umyć i osuszyć pomidorki.
Na dno formy wlać syrop, ocet i oliwę, dodać sól i dokładnie wymieszać. Na tej mieszance ułożyć pomidorki, jeden przy drugim. Na wierzchu rozłożyć przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekany rozmaryn.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.

Po tym czasie rozwałkować ciasto na okrąg nieco większy od średnicy formy. Wyjąć tartę z piekarnika, na wierzchu ułożyć ciasto, zawijając jego brzegi do środka, pod pomidory.

Piec w 220 st. C. przez 2-30 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Słonko grzeje. Czyż to nie cudowne...? 
Bardzo miła odmiana po duńskim podobno lecie.

Przepis oczywiście dodaję do akcji Mopsika.

Warzywa psiankowate 2015

piątek, 5 czerwca 2015

Kolorowy obiad

Wszystko zaczęło się zeszłej soboty, gdy postanowiliśmy udać się na zakupy do nowo otwartego przybytku. Reklamy zachęcały ogromnie, a że akurat było po drodze z pracy, skusiliśmy się. Przywitał nas dział warzywno-owocowy, i już tutaj utknęliśmy na dobre dwadzieścia minut. Wybór - ogromny! A wszystko naprawdę świeże i pięknie pachnące. To właśnie tutaj kupiłam najsmaczniejsze truskawki w tym roku. Gdy znaleźliśmy półkę z ziołami, oboje wpadliśmy w lekki szał. Wybieraliśmy, przeglądaliśmy, aż w końcu w koszyku wylądowało kilka doniczek, między innymi z szałwią, melisą cytrynową, miętą czekoladową, estragonem, rozmarynem i chilli oregano. Tak, tak - jest taka odmiana. Smakuje jak oregano z ostrą papryczką - rewelacja. C. zakochał się w nim bez pamięci. 
W koszyku wylądowała cała masa różności, również z innych działów. Zaopatrzyłam się więc w niezbędne do życia liofilizowane jagody, a także cukrową posypkę w kształcie dinozaurów, melasę winogronową i kilka innych ciekawostek. Nie chciało mi się stamtąd wychodzić... Okazało się jednak, że mamy prawdziwe szczęście - wygraliśmy bon na zakupy! W związku z tym w sobotę znów pojedziemy popatrzeć... 

C. wczoraj wracał późno, na mnie więc spadło przygotowanie obiadu. Na pytanie, czy woli tartę, czy makaron stwierdził, że mu obojętnie. Irytują mnie takie odpowiedzi, spojrzałam więc na niego, groźnie unosząc brew. Złapał w dłoń monetę, rzucił - wypadła tarta. Zaczęłam więc kombinować. W lodówce był kawałek sera pleśniowego, i to oregano kusiło mnie ogromnie. Do sklepu szłam z myślą o zakupieniu brokuła, do koszyczka wskoczyły też pięknie wyglądające szparagi. Na wierzch pomidorki, których słodkawy smak, uwalniający się po upieczeniu, wprost uwielbiam. Całość przyprawiona pikantnym oregano i odrobiną melisy cytrynowej. Wyszło bosko - lekko, ale sycącą, bardzo wiosennie i zielono-czerwono. Pycha! No i pięknie wygląda. Skusicie się...?

Tarta ze szparagami, brokułem i serem pleśniowym

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 150 g mąki graham
  • 100 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 250 g zielonych szparagów
  • 1 mały brokuł
  • 75 g miękkiego sera z niebieską pleśnią
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • sól
  • pieprz
  • kilka listków melisy cytrynowej
  • kilka listków chilli oregano
  • 4 pomidory śliwkowe

dodatkowo:
  • 80 g żółtego sera

Mąki przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę. 
Po tym czasie rozwałkować na okrąg nieco większy od średnicy formy. Ułożyć ciasto w formie, formując brzegi.

Na ciasto wyłożyć papier do pieczenia, wysypać kuleczkami do pieczenia lub suchą fasolą. 

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie zblanszować podzielonego na różyczki brokuła i pozbawione twardych końcówek szparagi przez 2-3 minuty w osolonym wrzątku. Odcedzić.
Pomidorki pokroić w ćwiartki. 

Zdjąć z tarty obciążenie i papier.
Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

W tym czasie roztrzepać jajka, dodać serek kremowy i kremówkę, połączyć. Dodać sól i pieprz oraz drobno posiekane zioła, wymieszać.

Na podpieczonym spodzie ułożyć szparagi i brokuły, pokruszyć ser pleśniowy. Zalać całość masą jajeczną. Na wierzchu ułożyć pomidorki, posypać startym, żółtym serem. 

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.

Podawać na ciepło.

Smacznego!

Oczywiście, można użyć zwykłego oregano, albo nawet suszonego. Tarta i tak będzie pyszna. 

piątek, 17 maja 2013

Szparagowe trzy po trzy

Druga odsłona mojej ostatnio ulubionej zabawy blogowej: trzy po trzy. Dostajemy trzy składniki, i mamy z nimi skomponować dowolne danie. Tym razem padło na szparagi, jajka i ser. Kiedy tylko o nich przeczytałam, od razu miałam przed oczami śliczne tartaletki. Niewiele się zastanawiając, kupiłam wszystkie potrzebne składniki i przystąpiłam do działania.
Danie jest wyjątkowo proste, ale dla mnie było małym wyzwaniem: pierwszy bowiem raz używałam w kuchni koziego sera. Jakimś cudem udało mi się kupić opakowanie, i kiedy otworzyłam je w domu, przeżyłam lekki szok - kozi ser jest naprawdę słony! Troszkę się bałam, że zdominuje delikatne szparagi, ale okazało się, że zamiast tego nadał tartaletkom pazura i sprawił, że stały się dużo bardziej wyraziste. Całość smakowała nam ogromnie - idealne na przystawkę przed uroczystym obiadem, wieczorną przekąskę na ciepło lub lekki lunch, podane z sałatą. Szparagi nie giną, ale idealnie współgrają z serem, delikatną masą jajeczno-śmietanową (trzeba uważać, żeby jej nie przesolić) i chrupiącym, kruchym ciastem. Bazylia nadaje daniu świeżości, a spora ilość pieprzu charakteru. Pełen sukces.
Kruche ciasto oczywiście od niezawodnego Michela Roux, z jego Ciast pikantnych i słodkich, inspirację co do nadzienia znalazłam na Amu amu, ale pozmieniałam bardzo dużo, dostosowując składniki do mojego smaku i zawartości lodówki.

Razem ze mną dania ze szparagami, jajkami i serem przygotowali również Maggie, Panna Malwinna, Wiera, Dobromiła, SiaśkaMirabelkaMartynoosiaMałgosia, SiankooWojciech i Bartoldzik. Koniecznie do nich zajrzyjcie - ja już się nie mogę doczekać, żeby sprawdzić, jakie cuda przygotowali!

Tartaletki ze szparagami i kozim serem


Składniki:
(na 6 tartaletek)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 250 g zielonych szparagów
  • 1 cebula
  • 20 g masła
  • 60 g koziego sera
  • 2 jajka
  • 100 ml śmietany kremówki
  • sól
  • pieprz
  • listki z dwóch gałązek świeżej bazylii

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać nożem, a następnie szybko, ale dokładnie rozetrzeć z mąką palcami. Wbić jajko, zagnieść gładkie ciasto.
Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, wyciąć koła większe niż średnica foremek i wyłożyć je ciastem. Odciąć nadmiar.
Schłodzić 15-20 minut, a następnie gęsto nakłuć widelcem.

Podpiec ciasto w 180 st. C. przez 14 minut.

Szparagi umyć, odłamać twarde końcówki. W garnku zagotować wodę, posolić i gotować szparagi przez 4 minuty. Następnie przepłukać zimną wodą.
Cebulę pokroić w kosteczkę, zeszklić na maśle.
Jajka roztrzepać, wymieszać ze śmietaną, solą i pieprzem oraz posiekanymi listkami bazylii.

Na dno tartaletek wyłożyć po łyżeczce cebuli, na to szparagi, przekrojone na pół. Na wierzch pokruszyć ser. Zalać masą jajeczną.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, aż masa się zetnie.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Przygotowaliście już ciasta na World Baking Day?

środa, 10 kwietnia 2013

Idea posiłku, czyli czym jest frokost

Mieszkając w Polsce jadałam śniadania, obiady i kolacje. Będąc u Babci zdarzało mi się jeść podwieczorki, które uwielbiałam. Idea podwieczorku jest genialna sama w sobie, w dodatku to najbardziej czarująca nazwa posiłku, jaką dane mi było poznać. Tak sobie myślę, że powinnam wprowadzić podwieczorki do naszego menu... Przeszkadza tylko fakt, że C. pracuje popołudniami i w czasie podwieczorku zazwyczaj nie ma go w domu... Nie szkodzi, może kiedyś.

Po przyjeździe do Danii zaczęłam jadać lunche, tutaj zwane frokost. Jest to niezwykle interesujący posiłek, bo tak naprawdę obejmuje niezwykle szeroką gamę dań: od wypchanych po brzegi sandwichy, poprzez wyjątkowe kanapki z galaretką jedzone nożem i widelcem, zapiekanki, omlety, pieczone lub smażone mięsa z ziemniakami, dania z ryżu, makaronu, sałatki lub tarty... Nieograniczone możliwości. 
Zazwyczaj frokost jadam w pracy, przygotowany przez naszych wspaniałych kucharzy. Wczoraj jednak umówiłam się na lunch z C., bo akurat w okolicach odpowiedniej godziny oboje mieliśmy być w domu. Zastanawiałam się, co by tu przygotować... Najpierw pomyślałam o bułeczkach, później przeszłam do rolady drożdżowej. W końcu jednak postanowiłam uprościć sobie życie i przygotować tartę. Niezaprzeczalną zaletą tego dania jest szybkość i łatwość przygotowania oraz fakt, że nie może się nie udać. Ciasto kruche jak zwykle od Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich. Jest idealne - rozwałkowuje się bez najmniejszych problemów, po upieczeniu pozostaje idealnie kruche, nadaje się do wypieków wytrawnych, jak i słodkich. Nadzienie było w pełni improwizowane - poszłam do sklepu i wrzuciłam do koszyka to, co akurat mi się spodobało. Były więc pory i pierś z kurczaka. Cheddar, bo ostatnio strasznie mi smakuje. Odrobina gałki muszkatołowej nadała potrawie ciekawego akcentu. C. stwierdził, że odrobina czosnku i chilli by nie zaszkodziła, i ja się z nim w pełni zgadzam. Zjedliśmy ją z sosem czosnkowym, który dodatkowo nadał jej charakteru. Całość wyszła naprawdę fantastyczna, zjedliśmy trzy czwarte na jeden raz. Polecam Wam serdecznie, nie tylko na lunch.

Tarta z porami i kurczakiem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 31 cm)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

farsz:
  • 380 g piersi z kurczaka
  • 2 pory
  • 4 łyżki masła
  • 4 jajka
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól
  • pieprz
  • 150 g sera cheddar
  • 1 łyżeczka gałki muszkatołowej

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, następnie palcami wgnieść je w mąkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć szczelnie w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Pory pokroić w krążki, podsmażyć na dwóch łyżkach masła. Zdjąć z patelni. Rozpuścić resztę masła, podsmażyć pokrojonego w kosteczkę i doprawionego solą i pieprzem kurczaka. Ostudzić.

Ciasto cienko rozwałkować, wyłożyć do formy. Gęsto nakłuć widelcem.

Ciasto podpiec w 180 st. C. przez 10-12 minut.

Na ciasto wyłożyć równomiernie pory, na wierzchu kawałki kurczaka. 
Jajka roztrzepać, dodać kremówkę, wymieszać. Doprawić masę solą i pieprzem, zalać tartę. Na wierzch zetrzeć ser, posypać gałką.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Podawać na ciepło.

Smacznego!

Tak naprawdę tarty są wspaniałe, bo można je przyrządzić na milion sposobów, i zawsze będzie pysznie. Oczywiście na lunch nie jada się słodkich (mi się zdarza, ale tylko jak jestem sama w samu i nikt nie patrzy), ale z wytrawnymi również można eksperymentować. Wystarczy tylko sięgnąć po ulubione składniki...

środa, 27 lutego 2013

Lubicie brukselkę...?

Bo ja bardzo. Wręcz za nią przepadam. Choć zdaję sobie sprawę, że jest to warzywo kontrowersyjne, z serii - pokochaj lub znienawidź. Nie ma drogi pośredniej. Czy to przez specyficzny zapach, czy może charakterystyczny smak, a może nietypowy wygląd...? Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej - ja uważam, że jest pyszna. Smakuje mi bardziej niż kapusta, w dodatku wygląda naprawdę uroczo - maleńkie, zieloniutkie główki aż chce się jeść. Nie umiem się jej oprzeć, i już.

Kiedy szłam do sklepu po cukier puder, nie myślałam nawet o obiedzie - byłam w stu procentach pochłonięta pracą nad tortem. Jednak kiedy zauważyłam brukselkę na półce od razy pomyślałam o tym, jaka jestem głodna. Niewiele myśląc, wrzuciłam opakowanie do koszyka, po czym sięgnęłam również po pierś z kurczaka - wydawało mi się, że to może być całkiem zgrany duet. 
Gdy wróciłam do domu i zaczęłam szperać w internecie okazało się, że na blogach wcale nie ma aż tak wielu przepisów na wykorzystanie brukselki - widocznie jednak więcej jest tych, co nie lubią... Niezrażona, szukałam dalej. Wahałam się między zupą a tartą, ale ponieważ zupa była ostatnio... Stwierdziłam, że tarta będzie idealna. Na blogu Wielki apetyt znalazłam jedną bardzo zachęcającą, bez pieczarek, które wydają się być dla brukselki wymarzonym wręcz towarzystwem (a przynajmniej bardzo popularnym). Pozmieniałam jednak w przepisie bazowym sporo: sięgnęłam po moje ukochane ciasto kruche z przepisu Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich, dodałam zakupiony wraz z brukselką kurzęcy biust, pozmieniałam proporcje zalewy jajecznej, doprawiłam tak, żeby mi pasowało - i po niecałej godzinie pieczenia wyciągnęłam z piekarnika czystą rozkosz dla podniebienia. Wszystko razem skomponowało się idealnie, brukselka zdecydowanie gra pierwsze skrzypce, ale łagodnieje w towarzystwie kurczaka i sera. Pyszności!
Sama zjadłam nieprzyzwoicie duży kawałek, a kiedy C. wrócił z pracy i spróbował stwierdził, że powinnam zacząć gotować obiady. I choć tarta była sporych rozmiarów, zniknęła błyskawicznie. Polecam serdecznie - może polubicie brukselkę...?

Tarta z brukselką i kurczakiem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 31 cm)

ciasto kruche:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 2 łyżki zimnej wody

farsz:
  • 500 g brukselki
  • 380 g piersi z kurczaka
  • 1 czerwona cebula
  • 2 łyżki masła
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g żółtego sera
  • sól
  • pieprz

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, następnie palcami wgnieść je w mąkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. W razie potrzeby dodać wodę.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć szczelnie w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Odkroić końcówki brukselki, zdjąć wierzcnie liście i przekroić na pół.
Cebulę i kurczaka pokroić w kostkę. Na maśle zezłocić cebulę, zdjąć z patelni, następnie podsmażyć kurczaka, doprawić solą i pieprzem. Przestudzić.

Ciasto cienko rozwałkować, wyłożyć do formy. Gęsto nakłuć widelcem.

Ciasto podpiec w 180 st. C. przez 10-12 minut.

Jajka z żółtkiem roztrzepać, wlać kremówkę, wymieszać. Ser zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, wymieszać z masą. Doprawić solą i pieprzem.
Na podpieczone ciasto wyłożyć kurczaka z cebulą, zalać masą jajeczną. Na wierzchu poukładać połówki brukselek.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, aż masa się zetnie.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Mam tyle zaległych przepisów, dwie książki i restaurację wartą odwiedzenia, że zupełnie nie wiem, od czego powinnam zacząć. A przecież w piekarniku znów siedzi kolejne ciasto (długo nie potrafiłam się powstrzymać przed pieczeniem...), w głowie pomysły na kolejne, na półce tyle cudownych powieści... Macie może jakieś tajemnicze sposoby na rozciągnięcie doby...? Bo moje, przynajmniej ostatnio, są zdecydowanie zbyt krótkie...

piątek, 28 października 2011

Dynia, jabłko, trochę boczku...

Już jakiś czas temu, kiedy tylko zobaczyłam w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2008 przepis na tą zapiekankę wiedziałam, że prędzej czy później ją przygotuję. Później o niej zapomniałam (taka kolej rzeczy i wielu, wielu przepisów...), żeby ostatnio nagle, nie wiadomo skąd, przyszła mi do głowy. Nie pamiętałam zupełnie, że do nadzienia dodaje się dynię, a było to o tyle miłym zaskoczeniem, że akurat mamy na nią sezon. Niewiele myśląc dokupiłam, co trzeba., i zabrałam się do dzieła.

Jedynym mankamentem przygotowań był fakt, że mi się blender wykopyrtnął, przy czym ochlapał gorącym musem z dyni nie tylko szafkę, ekspres do kawy, blat kuchenny, mój sweter i spodnie, ale też dłoń. I wiecie co...? Bolało... Na szczęście dwadzieścia minut trzymania ręki pod strumieniem zimnej wody pomogło, zapobiegło bąblom i ogólnie uratowało sytuację. Nawet zaczerwienie zeszło dość szybko, i jedząc, już o nim nie pamiętałam. A jadło się, oj, jadło... Wyszła boska! 

Ciasto francuskie na spodzie smakuje świetnie, i choć kusiło mnie, żeby zastąpić je kruchym, w końcu zdecydowałam się na oryginał z przepisu. Sądzę, że dobre, maślane kruche też by dobrze pasowało. Może następnym razem... Ale francuskie jest świetne - delikatne i rozpływające się w ustach. Do tego mus - niezbyt pikantny (Panowie nie lubią), ale nie mdły. Wierzch to cudownie soczyste kawałki jabłek, oraz cebula z kiełbasą i boczkiem, dodające całości charakteru. Wszystko do siebie pasuje, gra idealnie - poezja! Oczywiście, jeśli ktoś lub takie niecodzienne połączenia... Tradycjonalistom może nie przypaść do gustu. Ze swojej strony jednak szczerze polecam - naprawdę wyjątkowo smakuje!

Pikantna tarta dyniowa z jabłkami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 300 g ciasta francuskiego

masa dyniowa:
  • 600 g miąższu dyni
  • 120 g marchwi
  • 15 g masła
  • 1 czerwona papryczka chilli
  • 2 żabki czosnku
  • 1 łyżeczka curry
  • 2cm kawałek imbiru
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 100 g kwaśnej śmietany
  • 4 jajka

dodatkowo:
  • 2 jabłka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 g kiełbasy pepperoni
  • 65 g wędzonego boczku
  • 1 cebula
  • 10 g masła

Marchewkę obrać, pokroić w średniej wielkośći kostkę razem z dynią.
Papryczkę przekroić na pół, usunąć pestki, drobno pokroić. Czosnek posiekać. Imbir obrać.
Na głębszej patelni roztopić masło, wrzucić czosnek i papryczkę. Kiedy czosnek się zarumieni, zetrzeć imbir na tarce o drobnych oczkach, następnie dodać dynię z marchewką. Smażyć 1-2 minuty, następnie dusić pod przykryciem 6-7 minut.

Dynię zmiksować na gładką masę ze złotym syropem, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, dodać śmietanę, dokładnie wymieszać i ostudzić.

Na patelni podsmażyć boczek, zdjąć, potem pepperoni, zdjąć, wyłożyć masło, rozpuścić, zeszklić cebulę. Wszystko przestudzić.

Ciasto francuskie rozwałkować na wielkość formy, wyłożyć, dokłądnie dociskając brzegi. Gęsto ponakłuwać widelcem i schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Schłodzone ciasto podpiec przez 10 minut w 200 st. C. 

Poczekać, aż opadnie, wyłożyć dynię.

Zapiec w 180 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie obrać jabłka, wydrążyć pestki bez rozkrawania i pokroić w plastry z dziurką w środku. Skropić sokie z cytryny.

Na wierzch wyłożyć jabłka, poukładać kiełbasę, posypać cebulą i boczkiem.

Piec w 180 st. C. 20-25 minut.
Podawać ciepłe lub ostudzone. 

Smacznego!

Danie idealne na szarą, pochmurną jesień. Wszędzie mnóstwo szeleszczących liści - szkoda, że coraz częściej mokrych... Rano ciemno, wieczorem ciemno... Brrr! Chyba znowu potrzeba mi czekolady...

poniedziałek, 10 października 2011

Piekarnikowa inauguracja

Nareszcie! Znalazłam czas, i zaczęłam odkrywać mój nowy piekarnik. Wiatr hulając za oknami i strugi deszczu spływające po szybach zachęcają do ogrzewania kuchni ciepłem i aromatami wydobywającymi się z pieca. Poza tym miałam świetny pretekst - pierwsza oficjalna wizyta Czarnej na drinka. Chciałam, żeby było niebanalnie, ale prosto. I koniecznie z pieczarkami, które kupuję bardzo rzadko, a tym razem dostałam od Najlepszych Sąsiadów, którzy jechali do Polski i opróżniali lodówkę. Poszperałam, i zmiksowałam - przepis na kruchy spód od Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich; nadzienie, które wcale nadzieniem nie było, wzięłam z Kuchni Nigelli. I muszę powiedzieć, że spotkanie na szczycie w mojej kuchni zaowocowało naprawdę świetnym daniem - prostym, a jednocześnie efektownym, bardzo smacznym, z łatwo dostępnych składników. Sądzę, że taka tarta znajdzie wielu zwolenników - z pewnością warto ją wypróbować.

Był też deser, bardzo smaczny, ale o nim już następnym razem.

Tarta z pieczarkami i porami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 500 g pieczarek
  • 1 por
  • 50 g masła
  • 2 łyżeczki oleju
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 150 ml białego wytrawnego wina
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • 2 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

Mąkę pzesiać do miski, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, zagnieść szybko gładkie ciasto. Uformować kulę, szczelnie owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Pieczarki umyć, obrać i pokroić w plastry. Por pokroić w cienkie plasterki.
Na głebokiej patelni rozpuścić masło z olejem, wsypać por i usmażyć do miękkości, około 10 minut. Dodać resztę masła, wsypać pieczarki i tymianek, dusić pod przykryciem 10-15 minut, od czasu do czasu mieszając.
Doprawić solą i pieprzem, wlać połowę wina i dusić pod przykryciem 5 minut. Zdjąć pokrywkę, walć resztę wina, smażyć, aż większość płynu odparuje. Wlać oliwę truflową, ewentualnie doprawić do smaku, przestudzić.

Ciasto rozwałkować i wyłożyć nim formę do tarty. Wstawić na 20 minut do lodówki, schłodzone gęsto ponakłuwać widelcem.

Podpiec w 190 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić.

Jajka roztrzepać, wymieszać ze śmietaną. 
Na ostudzony spód wyłożyć pieczarki, zalać masą śmietanową.

Piec 30 minut w 190 st. C.
Podawać ciepłą.

Smacznego!

Ech, ludzie... Czy muszą być tacy skomplikowani...? Dlaczego Przyjaciele wyczyniają cuda, których nigdy byśmy się po nich nie spodziewali? Dlaczego nagle tak bardzo się zmieniają...?
A może nie zmieniają, tylko wyłazi z nich prawdziwy charakter? Nie wiem, nie wiem już nic. Nie wiem, co myśleć o pewnych sprawach. Nie czuję się dorosła - miewam humory, oglądam bajki, skaczę po kałużach. Ale kiedy patrzę na zachowania moich rówieśników, robi mi się słabo i zadaję sobie milion pytań. Bo jak tak można...? Jak...?! 
Wiem tak mało, a jednocześnie o wiele, wiele za dużo, żeby spać spokojnie. 
Czy kiedyś jest już za późno, żeby wydorośleć...?