Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porzeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porzeczki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 grudnia 2017

O pierwszym śniegu i bezie z czerwonymi owocami

Nareszcie! W końcu, tuż po Mikołajkach, w Danii spadł pierwszy śnieg. Wieczorem, siedząc przy kominku, z zachwytem obserwowałam wirujące na wietrze płatki. Z zapamiętaniem, powoli, acz skutecznie, przykrywały wszystko warstwą białego puchu. Stół i krzesła w ogrodzie, a także żywopłot, zostały przystrojone puszystymi czapkami. Szarozielona trawa zniknęła pod grubym dywanem. Niebo przybrało tę charakterystyczną, różowawą barwę. 
Zasypiałam pełna nadziei wierząc, że w tym roku w końcu będziemy mieć białe Święta.

Moja radość nieco przygasła o poranku, gdy stanęłam przed sporą górką śniegu, która jeszcze poprzedniego wieczoru była moim samochodem. Na szczęście pod puchem nie kryła się szelmowsko warstwa lodu; otrzepanie autka poszło mi więc całkiem sprawnie.
Po drodze do pracy obserwowałam gwiezdne wojny - śnieg padający pod kątem prosto na przednią szybę. Jako dziecko i młoda dziewczyna uwielbiałam to zjawisko! Fakt, że teraz to ja siedzę za kierownicą, odbiera mu nieco uroku...

A dzisiaj po śniegu pozostało już tylko wspomnienie. Z nieba niestrudzenie kapie śnieg z deszczem, zalewając chodniki i ulice szarą breją, w której toną krótkie, psie łapki. A mi pozostaje tylko wkładanie naprawdę grubych skarpet i kaloszy; inne obuwie nie ma tutaj bowiem racji bytu.
A jak tam u Was? Ciągle żyjecie nadzieją...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który może być świąteczny, ale możecie też zaserwować go gościom zupełnie niezobowiązująco. Jest to chrupiąca z zewnątrz i mięciutka, lekko ciągnąca w środku beza, pod chmurą bitej śmietany. Udekorowana czerwonymi owocami, jakie akurat uda Wam się znaleźć w sklepie czy zamrażarce. U mnie były to czerwone pomarańcze, porzeczki i maliny, choć bardzo żałuję, że nie sięgnęłam po wiśnie i świeżą żurawinę - ciasto z pewnością by na tym zyskało.
Do tego kandyzowane listki mięty, które pięknie się mienią w świetle choinkowych lampek - i do całkowitego błogostanu potrzeba już tylko mocnej, czarnej kawy...
Jacyś chętni na taki zestaw...?

Przepis znaleziony u Doroty.

Bezowy wieniec z czerwonymi owocami


Składniki:
(na 1 duży wieniec)

beza:
  • 5 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
krem:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka mascarpone
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 czerwona pomarańcza
  • czerwona porzeczka
  • maliny
mięta w cukrze:
  • listki świeżej mięty
  • 1 białko
  • 3-4 łyżki drobnego cukru
Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw cukier, a następnie cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę kukurydzianą, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować na nim okrąg o średnicy 20 cm. Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z odciętą końcówką, wyciskać duże bezy po okręgu, jedna obok drugiej.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i suszyć przez 1,5-2 godziny.
Zostawić do całkowitego wystygnięcia w wyłączonym piekarniku.

Listki mięty maczać w lekko ubitybiałku, a następnie w cukrze. Odłożyć do zastygnięcia.

Przed podaniem ubić kremówkę z mascarpone i cukrem waniliowym. Wyłożyć na bezę. Udekorować pokrojonymi w plastry pomarańczami, porzeczkami, malinami i listkami mięty w cukrze.

Smacznego!

Wiem, że w tym roku słabo u mnie ze świątecznymi przepisami. Wszystko dlatego, że w ogóle nie ma mnie w domu, a co za tym idzie - nie mam kiedy piec.
Nawet nie macie pojęcia, jak mi z tym źle...

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

czwartek, 20 lipca 2017

Duńska sztuka i prawie duńskie drożdżówki. Z marcepanem i porzeczkami

W zeszły piątek, jak co roku zresztą, wybraliśmy się na sztukę wystawianą przez 7kanten. Co roku w Varde przez trzy tygodnie na przełomie czerwca i lipca, codziennie grana jest ta sama sztuka. W tym roku był to duński klasyk, czyli Midt om natten. Oryginalny film z Kimem Larsenem, jednym z najpopularniejszych piosenkarzy pokolenia moich Rodziców, jest prawdziwym hitem. Znają go wszyscy. Nawet ja obejrzałam już ładnych parę lat temu. Tym bardziej byłam ciekawa sztuki.
Okazało się, że została mocno odnowiona (film jest z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku). Tutaj bohaterowie posługują się komórkami i odnotowują kolejne kroki przedsięwzięcia na facebooku.

Historia jest prosta - grupa młodych ludzi nielegalnie zamieszkuje opuszczone budynki. Po najeździe policji rozpraszają się po całej Kopenhadze. Główny bohater nie chce jednak na to pozwolić; znajduje opuszczone magazyny, i z pomocą znajomych odnawia je na tyle, aby można było je zasiedlić. Problemy zaczynają się, gdy pojawia się Spacey, który według plotek zginął podczas policyjnego najazdu. Okazuje się, że Spacey nie tylko jeździ na wózku inwalidzkim, ale ma poważne zatargi z lokalnym gangiem, wobec którego ma spore długi za heroinę. Jest więc kolejna napaść, a w to wszystko miesza się burmistrz, który nie chce w swoim mieście dzikich osiedli. Jest też miłość, przyjaźń, zdrada i... Wiecie co...? Nie powiem Wam więcej; sami obejrzyjcie film.
Na zachętę dodam, że z pewnością znacie jednego z duńskich aktorów w nim występujących: Ove Sprogøe, czyli nieśmiertelnego Egona Olsena.

Sztuka, choć znaczącą się od filmu różniła, wywołała ciarki. Świetna muzyka, rewelacyjni aktorzy (znów drugoplanowi skradli cały występ), gra na żywo - to wszystko sprawia, że już niecierpliwie czekam na kolejną. A za rok Chaplin - the musical.

Oczywiście, jak zwyczaj nakazuje, zabrałam ze sobą przekąski. Tym razem upiekłam orzechowe ciasteczka (o których innym razem) i drożdżówki z porzeczkami. Puszyste, maślane ciasto drożdżowe połączyłam z typowo duńską masą marcepanową: mazarin masse. To tylko marcepan, cukier, masło, jajka i mąka, a smakuje naprawdę wybornie. Dzięki niej bułeczki nabierają migdałowego smaku i niesamowitej wilgotności. Dla przełamania słodyczy - ostatnie zamrożone porzeczki. Można dodać też czarne, i w sumie wskazane jest zwiększenie ich ilości - u mnie to były ostatki.

Drożdżówki z masą marcepanową i porzeczkami


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli
masa marcepanowa:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 100 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 2 jajka
  • 30 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 175 g czerwonych porzeczek
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 20 g płatków migdałowych
Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować masę migdałową. 
Marcepan utrzeć z cukrem, następnie dodać masło, dokładnie zmiksować tak, żeby nie było grudek. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu dodać mąkę, wymieszać tylko do połączenia składników.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, delikatnie podsypując mąką. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 45x35 cm, posmarować masą marcepanową, równomiernie posypać porzeczkami. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 kawałków.

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej płasko kawałki ciasta.
Odstawić do napuszenia na 15-20 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki mlekiem, posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani. Przepis na masę marcepanową mam z pracy, połączenie jej z porzeczkami jest już niemal duńskim klasykiem, a puszyste, maślane drożdżowe jest uniwersalne dla całego chyba świata.

wtorek, 6 czerwca 2017

O wściekłej fretce i truskawkowym lesie deszczowym, czyli o powrocie do domu. I letnie ciasto bez pieczenia

Wszystko, co dobre, szybko się kończy...
Nawet pełne dwa tygodnie wakacji mijają zdecydowanie zbyt szybko. Szczególnie, gdy lista zadań i zajęć jest długa, a każdy dzień wypełniony jest po brzegi umówionymi spotkaniami. Gdy odwiedza się rodzinne strony po półtora roku, wiele rzeczy po prostu trzeba zrobić. Zwiedzić stare kąty, odwiedzić krewnych i znajomych, wybrać się na zakupy, zachwycać się tym, co chyba już zawsze zostanie takie samo i z zapartym tchem obserwować niezliczone zmiany.

Gdy już wszystko było spakowane, a nam zostało tylko wsiąść do samochodu i znów ruszyć na zachód, zakręciła mi się w oku łezka. Bo znów nie wiem, kiedy wrócę...

Mimo wszystko jednak dobrze jest wrócić do domu. Co prawda z szopki na rowery wyskoczyła na nas wściekła fretka, która podczas naszej nieobecności rzeczoną szopkę zaanektowała i urządziła w niej sobie przytulne gniazdko. Bardzo jej się powrót starych lokatorów nie spodobał; stała na ulicy, prychając i wyrażając swoją furię na wszystkie znane fretkom sposoby. 
Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pierwszej w nocy, rozpakowaliśmy więc szybciutko rzeczy wymagające natychmiastowego rozpakowania (twaróg), żeby po szybkim prysznicu wskoczyć pod własną kołdrę we własnym łóżku... Od tygodni tak dobrze nie spałam!

Rano, gdy tylko Pączusia skoczyła C. na twarz informując, że to już najwyższa pora na załatwienie porannej toalety, ruszyliśmy do ogrodu, wciągając swetry przez rozespane głowy. A tam, moi drodzy - prawdziwe cuda! Niepozorne jeszcze dwa tygodnie temu krzaczki truskawek przypominają las deszczowy; mięta imbirowa rozrosła się tak, że truskawkową ledwo znaleźliśmy; rabarbar, tymianek i szałwia (zwykła i ananasowa) wyglądają, jakby spadł na nie cały duński deszcz, a na krzewie czerwonej porzeczki znalazłam pierwszą zieloną kuleczkę. Wszystko aż kipi setką odcieni zieleni, zaskakuje intensywnością barw i kusi, żeby zrywać i jeść... 
Bo są jeszcze przecież rzodkiewki, buraczki liściowe, dymka, szczypior, koper, czarna porzeczka, czerwony agrest, poziomki, oregano... 
Chwilo, trwaj!

Przed wyjazdem przygotowałam szybkie, letnie ciasto z galaretek. Tych ostatnich bowiem u mnie pod dostatkiem, a w lodówce stało opakowanie śmietany, którą kupiłam z myślą o czymś, czego w końcu nie przygotowałam. A że trzeba było wyczyścić lodówkę, pozbierałam różne resztki, i powstało takie oto ciacho. Bez pieczenia, więc idealne na upalne dni. Lekkie, umiarkowanie słodkie, orzeźwiające dzięki galaretce i kwaskowym owocom. Szczerze mówiąc, wyszło lepiej, niż się spodziewałam. Polecam Wam więc ogromnie!

Śmietanowiec z owocami i galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 125 g nutelli

masa śmietanowa:
  • 75 g galaretki cytrynowej (proszek)
  • 150 ml wrzątku
  • 165 ml mleka skondensowanego słodzonego
  • 500 g creme fraiche (18%)

wierzch:
  • 25 g czarnej porzeczki
  • 20 g malin
  • 35 g jeżyn
  • 130 g truskawek
  • 400 ml wrzątku
  • 75 g galaretki malinowej (proszek)

Ciastka pokruszyć, wymieszać z nutellą. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć masę ciasteczkową, dobrze ugnieść.
Schłodzić.

Galaretkę cytrynową rozpuścić we wrzątku, ostudzić.
Creme fraiche zmiksować w mlekiem. 
Gdy galaretka zacznie tężeć, wlać ją do śmietany, cały czas miksując.
Przelać masę na spód, wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.

Malinową galaretkę rozpuścić we wrzątku, ostudzić.

Na schłodzonej masie śmietanowej ułożyć owoce, zalać tężejącą galaretką. Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

Smacznego!

Jakby ktoś się zastanawiał, to suknię kupiłam. Jaką...? 
Opowiem następnym razem...

poniedziałek, 8 maja 2017

Letnie gofry

Mam ostatnio długi ogon do pisania postów. Sporo pracuję, a w wolnym czasie... No cóż, piekę ciasta. Mam więc w zanadrzu trzy ciekawe torty, ale o nich opowiem Wam bliżej weekendu. Dzisiaj mam dla Was coś na idealne, wtorkowe śniadanie. O ile macie wtorki wolne, jak ja.

Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje. Taki mały urlop na duże zakupy. Niemniej, obiecałam sobie, że nie będę kupować owoców, bo mam ich pełną zamrażarkę i muszę najpierw je zużyć. Oczywiście wiecie, jak to się skończyło: w piątek wróciłam do domu z kilogramem truskawek, kolejnym rabarbaru i sześcioma pudełeczkami z malinami i jeżynami. Mmm... Pyszności!

Zaczęłam od wyjadania ich tak, po prostu, ale stwierdziłam, że żal byłoby nie zrobić z nich czegoś bardziej specjalnego. Na weekendowe śniadanie przygotowałam więc gofry z przepisu Beaty na serku kremowym (odrobinę tylko zmieniłam proporcje), a do nich obłędnie pyszną owocową sałatkę. W zasadzie jest to chyba bardziej surówka, bo nic się nie gotuje, ale... Owocowa surówka jakoś głupio brzmi.
Truskawki, maliny, jeżyny, czerwone porzeczki i jagody zamacerowałam w mieszaninie miodu, soku z cytryny i ekstraktu z wanilii, a smak podkręciłam odrobiną mięty z ogródka. Do tego lody truskawkowe i, uwierzcie, wyszło tak dobrze, że nie mogłam powstrzymać się przed kolejnym i kolejnym... 
Spróbujcie koniecznie!

Gofry serowe z sałatką owocową


Składniki:
(na 13 gofrów)
  • 340 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 50 g cukru
  • 375 ml mleka
  • 30 ml oleju
sałatka:
  • 125 g jeżyn
  • 125 j malin
  • 200 g truskawek
  • 50 g czerwonych porzeczek
  • 100 g borówek amerykańskich
  • kilka listków mięty
  • 30 g miodu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. 
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. 
Żółtka utrzeć z serkiem, następnie na zmianę dodawać mąkę i mleko. Wlać olej, połączyć. Dodać pianę z białek, delikatnie wymieszać.

Smażyć gofry w gofrownicy, aż będą chrupiące.

Owoce umyć i osuszyć. Truskawki pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki. Jeżyny, jeśli są duże, przekroić na pół. Wszystkie owoce przełożyć do miski, dodać posiekane listki mięty.
Miód, sok z cytryny i ekstrakt dokładnie wymieszać. Polać owoce, delikatnie połączyć, odstawić.

Ciepłe gofry podawać z lodami i sałatką owocową, polane powstałym sosem.

Smacznego!

Moje psy udały się na popołudniową drzemkę. Poważnie rozważam pójście ich śladem...

czwartek, 27 kwietnia 2017

Zimny deser - kasztanowy budyń ryżowy

W tym tygodniu już trzy razy skrobałam szyby w aucie. W poniedziałek, gdyby ktoś zapomniał albo uważał kalendarz za rzecz zbędną lub przynajmniej niepraktyczną, będzie pierwszy maja. A maj to pączki na krzewach i mrowie drobniutkich, seledynowych listków na drzewach, soczyście zielona trawa, błękitne, bezchmurne niebo i mnóstwo słońca. Co oznacza, że pogoda musi się zmienić o jakieś sto osiemdziesiąt stopni w ciągu trzech dni. Wierzycie w to...? Bo ja powoli przestaję...
C. jednak uparcie twierdzi, że od niedzieli znajdziemy się w raju. I to bynajmniej nie dlatego, że nagle oszalał albo planuje przeprowadzkę w ciepłe kraje; trzydziestego ma urodziny. A w jego urodziny zawsze jest ładna pogoda.
No cóż, zobaczymy...
Bardo bym chciała, żeby tym razem to on miał rację.

Dziś mam dla Was kolejny przepis na pyszne śniadanko, które doda energii z samego rana (nawet, jeśli Wasze rano jest tak naprawdę w środku nocy). Zainspirowała mnie resztka kremu kasztanowego; słoiczek stał w lodówce już kilka dni, a nie mogłam pozwolić, żeby taka pyszność się zmarnowała. I tak, wiem; koniec kwietnia to nie pora na kasztany... Ale cóż, czasem można sobie pozwolić na niesezonowe szaleństwo.
Tak naprawdę to po prostu płatki ryżowe ugotowane na mleku i zmiksowane na gładki budyń. Zamiast kremu kasztanowego można dodać trochę czekolady, albo odrobinę miodu i wanilii. Do tego kolorowe owoce, i przynajmniej śniadanie pasuje do moich majowych marzeń.

Kasztanowy budyń ryżowy


Składniki:
(na 2-3 porcje)

  • 130 g płatków ryżowych
  • 250 ml mleka
  • 250 ml wody
  • 75 g słodzonego kremu kasztanowego
dodatkowo:

  • jeżyny
  • czerwone porzeczki
Płatki, mleko, wodę i krem kasztanowy umieścić w garnuszku, dokładnie wymieszać. Zagotować, a następnie gotować 3-5 minut. Zmiksować blenderem na gładki krem, w razie potrzeby dolewając nieco mleka.
Podawać ciepły lub schłodzony, przybrany owocami.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

środa, 26 kwietnia 2017

Dlaczego Pączusia trąciła starym pączkiem i bardzo zielony zimny deser

Muszę się Wam do czegoś przyznać - zrobiłam pączki. Ostatnie w tym roku! Tak obiecałam i sobie, i C. Ale tak namawiał, tak kusił, tak się przymilał, że w końcu ustąpiłam. W końcu za chwilę będzie miał kolejne, poważne urodziny, to niech chociaż trochę radości z życia ma.

Po skończonym smażeniu zostałam z wielkim garem pełnym oleju, który wylądował, póki co, na stole (C. z pewnością żywił nadzieję, że dam się skusić po raz drugi; niedoczekanie jego!). 
Wczoraj pojechaliśmy do sklepu; nie było nas w domu najwyżej pół godziny! Po powrocie nic nie wskazywało na katastrofę, do momentu, gdy Pączusia zaczęła zwracać. Olej. W ilościach, powiedzmy sobie szczerze, dla szczeniaka zdecydowanie niezdrowych. Właściwie, to niezdrowych dla każdego.
Uważne śledztwo ujawniło przebieg sytuacji; Pączusia wskoczyła na stół, po czym wychłeptała niemal litr oleju! Rozpryskane krople i tłuste odciski łapek jednoznacznie wskazywały winowajcę. Rzeczony, po oddaniu większości spożytego oleju, ułożył mi się w ramionach i za nic nie chciał dać się odłożyć na kanapę. A gdy przyszła pora spania, przytuliła mi się do brzucha i nie pozwalała zmienić pozycji przez pół nocy. A oddech z pysia miała, no cóż... Staropączkowy.
Dziś już łobuzuje jak zwykle, więc jestem spokojniejsza. I mam nadzieję, że ją to czegoś nauczy. Bo ja zdecydowanie dostałam lekcję i wyciągnęłam wnioski...

A żebyście czym prędzej zapomnieli o pączkach pod koniec kwietnia, gdy choćbym nie wiem, jak się starała, nie podciągnę ich pod karnawałowe szaleństwa, mam dla Was samo zdrowie w słoiku. Albo w szklance, jak wolicie.
Pudding w intensywnie zielonym kolorze z dodatkiem kolorowych owoców kusi niesamowicie. Smakuje bardzo delikatnie i... Zielono. Tak, to chyba dobre słowo. Jedząc go na pierwsze czy drugie śniadanie, od razu poczujecie przypływ energii. Połączenie szpinaku, awokado i zielonego jęczmienia z ciągle lekko krupiącymi nasionkami chia z pewnością Was zaskoczy.

Pudding chia ze szpinakiem, awokado i jęczmieniem


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 35 g szpinaku
  • 1 dojrzałe awokado
  • 1 łyżeczka zielonego jęczmienia
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki syropu z agawy
  • 3 łyżki nasion chia
  • 350 ml mleka
dodatkowo:
  • czerwone porzeczki
  • jagody/borówki amerykańskie
Szpinak, awokado, jęczmień i sok z cytryny zmiksować blenderem na gładki mus. Dodać syrop z agawy i mleko, ponownie zmiksować. Wsypać chia, dobrze wymieszać łyżką - pudding powinien wyraźnie zgęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować porzeczkami i jagodami.

Smacznego!


I nie, nie podmienili mnie kosmici; po prostu idzie wiosna...
Oby.

Zieloniutki pudding dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

czwartek, 2 lutego 2017

Tyraj, misiu, na tę miłość. Tiramisu chałwowe

Kiedy człowiek się zakochuje, czuje motyle w brzuchu, a na świat patrzy przez różowe okulary. Wszystko staje się lepsze, piękniejsze i bardziej interesujące, gdy przebywamy w towarzystwie tej jedynej, najważniej osoby. Przestaje liczyć się praca, której przecież nawet nie lubimy, szef - zgred, na którego temat mogliśmy narzekać godzinami; przyjaciele zostają zepchnięci na dalszy tor, a jedyne, na czym naprawdę nam zależy, to wyrwać światu jeszcze tylko jedną godzinę razem.
Kto twierdzi inaczej, nigdy nie był zakochany. Pierwszy etap to czyste szaleństwo, burza hormonów, nad którą ciężko zapanować. Wtedy wszystko przychodzi łatwo i jakby samo z siebie - bukiet krwistoczerwonych róż, złota bransoletka, słodki pluszach z sercem w wciągniętych łapkach. Wstajemy dwie godziny wcześniej niż zwykle, rześcy jak skowronki, i przygotowujemy naleśniki na śniadanie, bo to przecież jego/jej ulubiony sposób na rozpoczęcie dnia. Zdarza się, że chodzimy jak zombie, ledwo przytomni i otumanieni, a mimo to weseli, jakbyśmy właśnie opróżnili butelkę najlepszego szampana. Bąbelki uderzają nam do głowy z taką siłą, że nie da się ich zatrzymać. 

Z czasem jednak wszystko to mija. Ten, kto twierdzi inaczej, nigdy nie przetrwał w jednym związku dłużej niż parę miesięcy. Tak to już jest, że rzeczywistość dochodzi do głosu; szef - tyran nie pozwala na bujanie w obłokach, przyjaciółka stanowczo domaga się uwagi, bo właśnie rozpadł się jej związek, a stos nieprzeczytanych książek przy łóżku nagle objawia się w zupełnie innym świetle. Potrzeba snu wygrywa z potrzebą bliskości. Jest to naturalna kolej rzeczy; życie, chciałoby się powiedzieć.

W tym momencie stajemy przed wyborem: czy mimo wszystko ta osoba, która jawiła nam się niczym najromantyczniejszy bohater, a okazuje się, że zostawia brudne skarpetki na podłodze w łazience i nigdy, ale to nigdy nie wstawia kubka po kawie do zmywarki, jest jednak warta zachodu? Czy chcemy się trochę wysilić, zrezygnować z zakupów z psiapsiółką na rzecz wspólnego sprzątania? Czy jesteśmy gotowi porzucić nasze donkiszotowskie marzenia i wspólnie stawić czoła realności?
Wiele osób na te pytania odpowiada: tak. I to bez chwili wahania. Bo przecież skarpetki można podnieść, kubek przemyć, a na zakupy wybrać się razem po sprzątaniu. W dodatku zahaczając o ulubioną kawiarnię, gdzie stolik przy oknie tylko czeka, żeby przy nim usiąść. Od tej chwili zaczyna się jednak zupełnie nowy etap; to już nie tylko chodzenie z głową w chmurach, ale dzielenie się codziennością, znoszenie wzajemnych wad i niedoskonałości, pielęgnowanie uczuć, które niepodsycane zgasną. Nic bowiem nie dzieje się samo, a o miłość trzeba dbać tak samo jak o ulubiony sweter: prać z delikatnymi, nie wirować i nie suszyć w suszarce bębnowej. Bo skurczy się, zmechaci, zrobi się brzydki i niewygodny. A wyrzucić go będzie ciężko, bo przecież to ten ulubiony...

Praca nad związkiem musi stać się odruchem, codziennością. To drobne gesty, które wywołują uśmiech i przypominają stare, dobre czasy. To kremowe, lekkie tiramisu, które obudzi wspomnienia z wakacji we Włoszech, gdy po nieoczekiwanej burzy wróciliście do hotelu przemoknięci do suchej nitki, a szef kuchni mimo, że był już gotowy rzeczoną kuchnię zamknąć, przygotował dla Was najlepsze tiramisu, jakie kiedykolwiek jedliście.

Tym razem wzbogaciłam smak klasycznego kremu dodatkiem chałwy. Nie bójcie się - deser wcale nie jest przesłodzony. Słodycz chałwy doskonale równoważą biszkopty namoczone w mocnej, gorzkiej kawie. Całość jest lekka, kremowa i delikatna. Poderwie niejedne uczucia, które zaległy na dnie serca.

Chałwowe tiramisu


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 jajka
  • 50 g cukru pudru
  • 70 g biszkoptów
  • 100 ml mocnej, zimnej kawy
  • 50 ml likieru kawowego
  • 150 g chałwy waniliowej

dodatkowo:
  • 2 łyżki kakao
  • 4 kiście czerwonej porzeczki
  • chałwa

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować do połączenia składników. Białka ubić na sztywna pianę, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Kawę wymieszać z likierem. Maczać w niej biszkopty, układać na spodzie szklanek. Wyłożyć połowę kremu, następnie znów namoczone biszkopty i pozostały krem. Schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny.

Przed podaniem oprószyć kakao i udekorować porzeczkami oraz pokruszoną chałwą.

Smacznego!

Za chałwą przepadam, i nie jest to moje ostatnie słowo w kwestii tego połączenia. Do głowy przyszedł mi kolejny pomysł; w końcu tiramisu to deser idealny na Walentynki, prawda...?

poniedziałek, 7 listopada 2016

Jedliście kiedyś geranium...? Panna cotta

Nie szuraj nogami! - powtarzała mi do znudzenia Babcia. Dziewczynkom nie wypada - dodawała, jakby to miało pomóc. A czy to znaczy, że chłopcom wypada? I w ogóle dlaczego to właśnie dziewczynkom ogranicza się te najprzyjemniejsze zabawy, przy których można się porządnie wybrudzić i pozdzierać kolana?

Dziś mi już nikt nie mówi, że mam nie szurać. Nie szuram zresztą - nie na co dzień. Gdy jednak przychodzi jesień, a chodniki i ścieżki w parku pokrywają dywany suchych liści, zupełnie zapominam o przestrogach babci (a może nawet trochę im na przekór), i szuram z zapamiętaniem. Ciężko zresztą nie szurać, gdy brodzi się w szeleszczącym morzu aż po kostki. Ten dźwięk zawsze wprawia mnie w lepszy humor - oznacza bowiem pogodny dzień i powrót do beztroskich spacerów z dzieciństwa. 
Czasem tak dobrze jest się zapomnieć...

Ten deser to też już wspomnienie. Nie mam pojęcia, jakim cudem przepis uchował się przed publikacją aż do dzisiaj. 
Geranium znalazłam w moim tajemniczym ogrodzie, i od razu nabrałam ochoty na przygotowanie czegoś z jego dodatkiem. Padło na pannę cottę - deser prosty i uniwersalny, gdzie to właśnie dodatki bez problemu mogą grać pierwsze skrzypce. Nie bez znaczenia był fakt, że akurat potrzebowałam deseru bezglutenowego, a nie miałam czasu wymyślać bardziej skomplikowanych ciast.
Żeby nie było nudno, dodałam na wierzch kwaskowaty mus porzeczkowy. Następnym razem zamiast białych, użyłabym porzeczek czarnych - dla kontrastu kolorystycznego. Tutaj bowiem ciekawa, ukośna linia między masami gubi się w pastelowych barwach.

Niemniej deser wyszedł wyśmienity. Nieoczywisty, delikatny smak geranium sprawia, że goście zaczynają się głowić, co to właściwie jest. Całość jest lekka i kremowa, i choć porcje wyszły mi raczej słuszne (spokojnie wystarczy na osiem), to zawartość szklanek zniknęła bez problemów.
Cudowne wspomnienie lata...

Panna cotta z geranium z musem porzeczkowym


Składniki:
(na 6-8 porcji)

panna cotta:
  • 500 ml mleka
  • 500 ml kremówki (38%)
  • 10 liści geranium
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 100 g cukru
  • 5 listków żelatyny

mus porzeczkowy:
  • 200 g białych porzeczek ze słoika (razem z sokiem) lub 170 g białych porzeczek i 30 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 białko
  • 40 g cukru

dodatkowo:
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • czarne porzeczki
  • maliny

Przygotować pannę cottę:
Mleko, kremówkę, geranium, skórkę z cytryny i cukier zagotować. Zdjąć garnuszek z palnika, odstawić pod przykryciem na 2-3 godziny. 

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę z mlekiem zagotować raz jeszcze, przecedzić. Dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Przestudzić.
Masę przelać do szklanek, ustawić je w lodówce przechylone, oparte o kuchenne ściereczki, aż masa całkowicie zastygnie.

Przygotować mus:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Porzeczki z cukrem zagotować, gotować na niewielkiej mocy palnika kilka minut, aż cukier się rozpuści.
Porzeczki ze słoika podgrzać.
Owoce przetrzeć przez sitko; do masy dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno.
Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier.

Do letnich owoców dodać najpierw kremówkę, delikatnie mieszając łyżką, a następnie ubitą bezę. Delikatnie połączyć.
Mus wylać na pannę cottę, wstawić do lodówki i schłodzić przez 2-3 godziny.

Przed podaniem ubić pozostała kremówkę, udekorować nią desery. Na wierzchu ułożyć owoce.

Smacznego!


Tak właściwie, to wspominając ten deser, naszła mnie ochota na listopadową wersję panny cotty. Jakieś sugestie...?

poniedziałek, 3 października 2016

O zasadzie ograniczonego zaufania. I muffiny z porzeczkami

Każdy, kto przeszedł przez trudy kursu i egzaminów (tak; z premedytacją użyłam tutaj liczby mnogiej, gdyż znajomych szczęśliwców, którym udało się poprzestać na jednym, mogę wyliczyć na palcach jednej ręki; a i tak kilka zostanie) na prawo jazdy wie, czym jest zasada ograniczonego zaufania. W skrócie chodzi o to, że nie wolno tak do końca ufać innym kierowcom. Skoro jeżdżą, to znaczy, że skończyli kurs, zdali egzamin i jako tako przepisy znają, jednak czasem zdarza im się zapomnieć. Albo nie chcieć pamiętać. Lepiej więc rozejrzeć się trzy razy za dużo, niż raz za mało, że pozwolę sobie sparafrazować Babcię. 

Jako aktywny uczestnik ruchy drogowego, stosuję tę zasadę nie tylko do innych kierowców, ale też do własnego auta. Tak to już jest, że jak się jeździ bardzo porządnym i statecznym wiekowo samochodem, trzeba się liczyć z niespodziankami. A to się ni z tego ni z owego zatrzyma na środku drogi (pół biedy, jeśli w końcu uda się go namówić do dalszej jazdy), a to przestanie reagować na wciskany do deski pedał gazu, informując o swoim niezadowoleniu gęstymi kłębami białego dymu, wydobywającymi się z rury wydechowej. I choć swoje autko uwielbiam, personifikuję i nie zamieniłabym na żadne inne, to czasem przyprawia mnie o ból głowy. Gdy w końcu odmówiło współpracy na dobre, zostało odholowane do mechanika z informacją, że ma tydzień na załatwienie sprawy. Jakież było moje zdziwienie, gdy wczoraj w drodze do szkoły samochód przyspieszał niczym rodowodowy rajdowiec, nie krztusił się, nie prychał i w ogóle jechał jak marzenie! Cudotwórca, nie mechanik!
Oczywiście, zgodnie z wyżej wspomnianą zasadą, przy każdym rondzie, gdzie lubił się zatrzymywać, wstrzymywałam oddech. Na autostradzie mimowolnie zaciskałam dłonie na kierownicy podczas wyprzedzania, a gdy nagle zaczął dziwnie podskakiwać, prawie zawału dostałam. Na szczęście to tylko nierówności na drodze... 
Jednym słowem, autko ma się dobrze, jak chyba nigdy wcześniej. Odetchnęłam z ulgą i z nieukrywaną radością zanotowałam fakt, że prowadzenie samochodu znów sprawia mi przyjemność. Taką prostą, zwyczajną; bez tej nutki niepewności w tle. 
Nudno...? Absolutnie nie!

Zresztą, znając życie, kolejne niespodzianki już czekają za zakrętem...

Dzisiaj mam dla Was kolejne muffinki. Bardzo proste (jak każde muffinki), cudownie wilgotne dzięki dodatkowi maślanki. Intensywnie waniliowe z wyraźnym, charakterystycznym smakiem czarnej porzeczki.
Można na tym oczywiście poprzestać. Ja moje udekorowałam marcepanowymi serduszkami, bo były jednym z elementów słodkiego stołu na chrzciny malutkiej Astrid. Dzięki tej prostej dekoracji prezentują się naprawdę uroczo.

Muffiny z czarnymi porzeczkami i marcepanem


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 500 g mąki pszennej
  • 200 g cukru
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 4 jajka
  • 500 ml maślanki
  • 150 ml oleju
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 250 g czarnych porzeczek

dodatkowo:
  • 100 g marcepanu (do obkładania tortów)
  • różowy barwnik spożywczy w żelu

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z cukrem.
Jajka roztrzepać, dodać maślankę, olej i ekstrakt. Połączyć.
Mokre składniki dodać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. 
Na końcu dodać porzeczki, delikatnie wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Pic w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Część marcepanu zafarbować na różowo. Zagnieść razem białą i różową część, oby powstał marmurkowy wzór. Wycinać serduszka, układać na ostudzonych muffinach.

Smacznego!

Zdjęcie, oczywiście, robione na szybko tuż przed wyjściem z domu. Nie dajcie się mu zwieść - muffinki naprawdę są przepyszne!

poniedziałek, 21 marca 2016

Sernik dla dorosłych. Porzeczkowo-ajerkoniakowy

Nie piję dużo alkoholu. Najczęściej, gdy jestem chora, C. serwuje mi rumowego Toddy'ego, okazjonalnie zdarza nam się wypić trochę wina do obiadu. Sylwester nie może się obyć bez szampana i kawy po irlandzku, w której przygotowaniu C. osiągnął mistrzostwo. Na średniowiecznym festiwalu zdarza nam się kupić miód pitny, i... To by było na tyle. Pamiętam też, że moim ulubionym drinkiem było truskawkowe mojito, ale nie mogę sobie przypomnieć, kiedy piłam je po raz ostatni. Z sześć lat temu...? Jakoś tak.

Dlatego właśnie postronnego obserwatora zdziwiłaby ilość alkoholu w naszym domu. Gdzieś koło siedemdziesięciu butelek z różnymi trunkami: wino we wszystkich barwach, rum (też kolorowy), likiery wszelkiej maści, a nawet jedna czy dwie butelki z czystą wódką, której nie pija u nas nikt. Skąd i dlaczego...? Otóż C. zafascynowany jest winem i z każdej podróży przywozi kilka butelek. Popyt nie jest jednak aż tak duży, więc ich liczba na stojaku stale rośnie. Sporą część kolekcji otrzymaliśmy przy mniej i bardziej oficjalnych okazjach, a niektóre z trunków kupiłam ja. Żeby pić...? Ale gdzie tam! Do ciast!

Szczególną słabość mam do ajerkoniaku. Ten gęsty likier kojarzy mi się głównie z Wielkanocą, pewnie przez swój uroczo kurczaczkowy kolor. Skąd wzięło mi się połączenie z czaną porzeczką...? Nie wiem, ale chodziło za mną od dawna, i niecierpliwie czekałam, aż nadejdzie odpowiednia chwila na przygotowanie sernika w tych smakach.
Wyszło jeszcze lepiej, niż się spodziewałam. Kremowa, lekko kwaskowata masa porzeczkowa i słodki, alkoholowy mus dopełniają się idealnie. Ciężko poprzestać na jednym kawałku; nawet tym, którzy twierdzą, że serników nie lubią. Czy może być lepsza rekomendacja...? 
Polecam na zbliżające się Święta.

Sernik porzeczkowy z musem ajerkoniakowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 30 g masła

masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 g porzeczek ze słoika razem z sokiem
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka
  • 1 łyżka likieru z czarnej porzeczki

mus ajerkoniakowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 60 ml ajerkoniaku

dodatkowo:
  • 2 łyżki ajerkoniaku

Ciastka drobno pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciasteczkami. Ugnieść na dnie tortownicy, schłodzić w czasie przygotowania masy serowej.

Porzeczki zmiksować blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko. Zmiksować z twarogiem, kremówką, cukrem, sokiem z cytryny, mąką ziemniaczaną, jajkami i likierem na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Masę przelać na spód.

Piec w 140 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Powoli wlewać ajerkoniak, a następnie kremówkę z żelatyną, cały czas miksując. Masę wyłożyć na ostudzony sernik, wyrównać wierzch.

Pozostał ajerkoniak przelać do woreczka cukierniczego, odciąć rożek, formując małą dziurkę. Wyciskać na mus kropki wzdłuż brzegów, w niewielkich odstępach. Przeciągnąć przez środek kropek wykałaczką, formując serduszka.

Wstawić do lodówki na 3-4 godziny, a najlepiej na całą noc.

Smacznego!

A wieczorem idziemy na koncert. 
Tak, właśnie w poniedziałek. Tacy jesteśmy nieschematyczni. 

czwartek, 10 marca 2016

Zaćmienie umysłu. I mazurek porzeczkowo-jogurtowy

Każdy, nawet geniusze (a przynajmniej taką mam nadzieję), a co dopiero zwykły, szary człowiek, miewa chwile totalnego zaćmienia umysłu. Łapię się na tym od czasu do czasu, i jest mi później niewypowiedzianie głupio. No bo jak tak można...? Przecież każdy normalny, rozsądny człowiek... 
A może wcale nie? Może on też by nagle stracił umiejętność racjonalnego myślenia i zrobił bubla?

Przez wilgotny, duński klimat skóra na wargach pęka mi na potęgę; wszyscy wiedzą, jakie to nieprzyjemne. Pomadki ochronne noszę więc w kieszeniach wszystkich płaszczy, kurtek i innych okryć wierzchnich. Kilka tygodni temu jedną udało mi się zgubić. Nie było tragedii - i tak niemal się kończyła. Oczywiście, najpierw sprawdziłam kieszenie i ewentualne w nich dziury (brak), a później doszłam do racjonalnego wniosku, że musiała mi wypaść na spacerze z psą, gdy wyciągałam woreczek na wiadomo co (swoją drogą, rzeczonych woreczków mam jeszcze więcej niż pomadek. Są wszędzie). Przeszłam nad tym niefortunnym drobiazgiem do porządku dziennego, wkładając do kieszeni następną sztukę. Gdy jednak i ta wyparowała niedługo po swej poprzedniczce, zaczęłam się zastanawiać. Obmacałam kieszenie, sprawdziłam w domu i pracy, pod fotelem w aucie - nic. Diabeł ogonem nakrył, jak mawia Babcia. Lekko już zdenerwowana (do tej pory pomadek bowiem nie gubiłam), zaplanowałam zakupy - jeśli będą nadal znikać w takim tempie, przyda mi się zapas.
Następnego dnia, ubrana w płaszcz, szalik i czapkę, sięgałam po klucze do tylnej kieszeni spodni. Poczułam, że w płaszczu jest z tyłu coś dziwnego. Po wejściu do mieszkania rozebrałam się, obmacałam rzeczony płaszcz, a tam - pomadki. Obie! 

Okazało się, że w kieszeni dziura jednak była; tak zakamuflowana, że jej nie wyczułam. Gdy zbyt gwałtownie w niej grzebałam (kieszeni, nie dziurze), pomadki wyślizgiwały się i lądowały pod podszewką.
Ot, tajemnica rozwiązana. 
A mi znów było niewypowiedzianie głupio...

Przejdźmy jednak do rzeczy przyjemnych.
Lubicie mazurki? Mi sporo czasu zajęło przekonanie się do nich. Gdy jednak odkryłam, że nie muszą być twardymi ulepkami smakującymi chyba tylko cukrem, na których można sobie zęby połamać, obdarzyłam je gwałtownym, acz szczerym uczuciem. W końcu trwa ono do dziś!
Tym razem mam więc dla Was cudownie kruche ciasto wypełnione delikatnym, lekko serowym kremem z czarnej porzeczki. Kwaskowe nadzienie świetnie komponuje się ze słodkimi bezami, a świeże jeżyny nie tylko dodają całości uroku, ale też świeżości.

I tak, wiem, mazurek to trochę oszukany... Ale dobra wiadomość jest taka, że w ciągu roku można taki upiec, nazywając po prostu tartą. I nikt nie prawa się przyczepić!

Mazurek porzeczkowo-jogurtowy


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa jogurtowo-porzeczkowa:
  • 170g jogurtu greckiego
  • 170 g czarnych porzeczek ze słoika (lub 150 g porzeczek i 20 g cukru)
  • 45 g cukru
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:
  • kilka bez
  • jeżyny
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, zagnieść ciasto.
Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie rozwałkować na prostokąć nieco większy niż forma. Wyłożyć formę, formując brzeg.
Schłodzić w lodówce kolejne 30 minut.

Ciasto przed pieczeniem nakłuć widelcem. Ułożyć na cieście papier do pieczenia, wysypać kamykami lub fasolą.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 180 st. C.
Przestudzić.

Świeże lub mrożone porzeczki wsypać do garnka, zasypać 20 g cukru i podgrzewać, aż cukier się rozpuści, a owoce puszczą sok.
Ostudzić.

Porzeczki (ugotowane lub ze słoika razem z sokiem) zmiksować blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać trzepaczką z jogurtem, cukrem, jajkami, ekstraktem i mąką.
Masę wylać na przestudzony spód.

Piec w 150 st. C. przez 20 minut.
Przestudzić w piekarniku, następnie całkowicie ostudzić na kratce.

Schłodzić przez noc w lodówce.

Przed podaniem udekorować pokruszonymi bezami i jeżynami.

Smacznego!


A co z obiecanym, zielonym mazurkiem? - zapytacie.
Spokojnie, pracuję nad tym.

piątek, 22 stycznia 2016

Dla Dziadka. I sernik słodko-kwaśny

Świat spowił gęsty kokon mgły; białej jak mleko i gęstej jak śmietana. Mimo dwóch cyfr zaraz za minusem na termometrze, poszłyśmy na spacer do parku. W takie dni jak ten, panuje tam idealna cisza. Mgła wygłusza odgłosy ulicy, a z rzadka spotykani przechodnie stąpają na palcach i starają się oddychać jak najciszej. Szerokim łukiem omijamy gigantycznego pająka, który w ciągu dnia jest tylko zjeżdżalnią zaprojektowaną przez wiernego fana Spidermana. W migotliwym, różowawym świetle latarni wygląda jednak, jakby snuł prawdziwą sieć. Ogromną, jak on sam. Nie chciałybyśmy w nią wpaść.

W tej zimowej ciszy dopada mnie nostalgia, zamyślenie. Łatwiej jest zajrzeć do środka, gdy brak zewnętrznych, rozpraszających bodźców. Wczoraj był Dzień Babci, dzisiaj jest Dzień Dziadka. Nie muszę Wam o tym przypominać, prawda...? Sama wykonałam odpowiednie telefony, a potem zaczęłam wspominać...
Każdego z naszych bliskich kochamy inaczej. Nie mocniej czy słabiej, lepiej bądź gorzej; po prostu: inaczej. Od urodzenia byłam ukochaną wnusią Dziadka; jako emerytowany milicjant miał czas, ale przede wszystkim mnóstwo chęci, żeby się mną zajmować. Dawał mi wszystko, o czym może marzyć mała dziewczynka: odpowiadał na tysiące pytań, słuchał z uwagą niekończących się tyrad na tematy mało ważne i jeszcze błahsze, czytał wieczorami przechodzącymi w ciemne noce, pomagał sprzątać klocki, świetnie udawał panią ze straganu, gdy bawiliśmy się w warzywniak, zabierał mnie do lasu po drugiej stronie torów na grzyby i chodził ze mną do parku karmić wiewiórki. Podziwiał koślawe rysunki i szlaczki, z których byłam taka dumna, brał na kolana, gdy było mi smutno albo tylko dlatego, że chciałam, i kupił największego z moich misiów, którego ledwo przyniosłam do domu i nazwałam Beżunią. Nigdy na mnie nie krzyknął i kupował smerfowe lody, których smaku nigdy nie zapomnę. 

Dzień, w którym Dziadek umarł, był najgorszym w moim życiu.

Ten sernik po raz pierwszy upiekłam będąc na wakacjach w Polsce. Na sklepowej półce zobaczyłam nowość: czekoladę karmelową, i nie mogłam jej się oprzeć. Na targu kupiłam rabarbar, i stwierdziłam, że to będzie połączenie idealne. Nie pomyliłam się; słodki, kremowy, rozpływający się w ustach sernik i kwaskowy mus rabarbarowy, to naprawdę wyśmienity duet.
Oczywiście, zdjęć nie zdążyłam zrobić. Postanowiłam więc ten smak odtworzyć po powrocie do Danii (przezornie zaopatrzyłam się w kilka tabliczek bajecznie pysznej karmelowej czekolady i całą siłą woli powstrzymałam się przed zjedzeniem ich solo); niestety, sezon na rabarbar się skończył. Na szczęście na swoją kolej czekają słoiczki wypełnione letnimi smakołykami, a wśród nich znajduje się również czerwona porzeczka. 
Aktualnie moim jedynym problemem jest zdecydowanie, która wersja sernika smakuje lepiej...

Karmelowy sernik z czerwoną porzeczką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

spód:
  • 125 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 180 g czekolady karmelowej
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 4 jajka
  • 2 łyżki budyniu krówkowego

dodatkowo:

Świeże porzeczki zasypać cukrem, odstawić, aż owoce puszczą sok. Zagotować całość, gotować na małym ogniu kilka minut, aż porzeczki zmiękną. Owoce odcedzić, przełożyć do innego naczynia, odlać 2 łyżki soku, resztę zagotować. Zimny sok wymieszać z mąką, dodać do gorącego soku; podgrzewać, aż całość lekko zgęstnieje. Dodać odłożone owoce, wymieszać. Ostudzić.
W przypadku owoców ze słoika zacząć od odcedzenia owoców, a dalej postępować jak w przepisie powyżej.

Ciastka dokładnie pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z ciasteczkami, a następnie ugnieść na dnie tortownicy.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

W tym czasie przygotować masę serową. Czekoladę posiekać. Kremówkę zagotować, zdjąć z palnika, zalać czekoladę. Odstawić na 5, a następnie dokładnie wymieszać, aż czekolada całkowicie się rozpuści. Przestudzić.

Serek, rozpuszczoną czekoladę, jajka i budyń zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Masę serową wylać na podpieczony spód. Na wierzchu rozłożyć porzeczki, wykałaczką zrobić esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50-60 minut.
Wystudzić w lekko uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend. Jedyny plan, jaki przygotowałam, to wyspać się porządnie. Najlepiej na zapas, żeby starczyło na cały przyszły tydzień...

poniedziałek, 27 lipca 2015

Tajemnice imion i imieninowe ciasto z porzeczkami

Jako nastolatka nie lubiłam swojego imienia. Zawsze wydawało mi się takie... Pospolite. Ale tak to już chyba jest z nami, dziewczynami: te o wymyślnych imionach, gdzie rodzice puścili wodze swych ułańskich fantazji, marzą o imionach prostych, które inni będą potrafili wymówić bez problemu; te z nas, obdarzone imionami bardziej tradycyjnymi, marzą o szczypcie chociaż oryginalności. Wiecie, trochę jak z włosami - dziewczyny z prostymi szaleją z trwałą, a tych z kręconymi najlepszymi przyjaciółkami są prostownice. Jednak, o ile naturę można nieco poprawić środkami mniej lub bardziej inwazyjnymi, o tyle rodzicielskiej spuścizny ciężko się pozbyć. W końcu więc pogodziłam się z tym moim najnudniejszym z imion, czasem nawet dostrzegając jego zabawne lub romantyczne strony. Naprawdę jednak doceniłam je po wyjeździe za granicę: proste, łatwe, popularne w każdym z europejskich języków (choć wymówienie dwóch n pod rząd dla Duńczyków jest niewykonalne; dodatkowo przy każdej próbie wyskakują mi z ananasem...). Niemniej - imię swoje polubiłam, i teraz już zdecydowanie nie zamieniłabym go na żadne inne. Powinnam więc podziękować Rodzicom, a właściwie Babci, która postanowiona pod ścianą z powodu braku pewnych niezwykle istotnych części dla Michała, jak z rękawa rzuciła Anną, z Marią dla towarzystwa. 
I tu muszę uczynić kolejną dygresję - Duńczycy nie zdrabniają imion. Dziwią się niezmiernie, gdy przedstawiam się Anna, a nie Anna Maria. Bo nawet do dwuletniego dziecka nikt nie będzie się zwracał inaczej niż Josefine Caroline, jeśli tak właśnie nazwać owo dziecko postanowili rodzice; co z kolei za każdym razem zadziwia mnie.

Moi Rodzice za to wykazywali się wielką inwencją, jeśli chodzi o nazewnictwo swojej pierworodnej. Jest więc Aśka, co zawsze wprawiało w wielką konsternację moją przyjaciółkę Asię; Aniutek to z kolei wymysł Najlepszych Sąsiadów moich Rodziców. Tato z upodobaniem nazywa mnie Andzią, często w parze z Lipą z powodów mi zupełnie nieznanych. Ania, Anulka czy Aneczka pojawiały się w różnych sytuacjach; i tylko moja wychowawczyni w liceum uparła się na Ankę, która wtedy doprowadzała mnie do pasji. Dziś mam do niej stosunek neutralny, nawet miło mi się kojarzy z jednym z ulubionych seriali.

Skoro już zdradziłam Wam wielką tajemnicę mojego imienia, z pewnością wiecie, że wczoraj miałam imieniny (bo każdy chyba choć jedną Ankę zna). I choć Duńczycy imienin nie obchodzą (znów wywołałam falę zdziwienia domagając się od C. życzeń chociażby), to przygotowałam sobie ciasto lekko udające tort. 
Historia ciasta jest prosta, acz niezwykła - otóż zobaczyłam w sklepie porzeczki. Phi! - niejeden wzruszy ramionami. Porzeczki, a cóż to za ekstrawagancja? Na każdym ryneczku można kupić kilogram za parę złotych, i to w trzech różnych kolorach. W tym momencie uniosę brew i wytłumaczę: w Danii porzeczki są rzadkie, a jeśli już, to na wagę złota. Gdy więc ujrzałam czerwone, w niezwykle kuszącej cenie trzydziestu złotych za kilogram, rzuciłam się na nie niczym lwica, rozbawiając C. niemal do łez. Dumna, przyniosłam do domu pudełeczko, i od razu zabrałam się za szukanie odpowiedniego przepisu, który moje skarby uhonoruje odpowiednio. Na stronie Java cupcake trafiłam w końcu na ciasto czekoladowe z kremem porzeczkowym, które mnie urzekło swoją prostą, a jednocześnie bardzo efektowną dekoracją. Czym prędzej więc wybrałam się na zakupy, bo kilograma kwaśnej śmietany na składzie nie mam na co dzień... Upiekłam więc ciasto, przygotowałam zaskakujący krem, oblałam polewą i udekorowałam koralami porzeczek. Dumna jak paw, podziwiałam swoje dzieło (choć nad oblewaniem zdecydowanie muszę popracować). I, muszę przyznać, smak również mnie urzekł. Ciężkie, niemal w stylu brownie ciasto czekoladowe doskonale kontrastuje z lekkim, kwaskowatym kremem, w którym czerwone kuleczki niemal eksplodują smakiem po rozgryzieniu. Polewa  i dekoracja to taka kropka nad i - dzięki temu ciasto naprawdę pięknie się prezentuje.

W ramach imienin częstuję więc ciastem porzeczkowo-czekoladowym: prostym, a jednocześnie wykwintnym.

Czekoladowe ciasto z kremem porzeczkowym

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 28 cm)

ciasto czekoladowe:
  • 200 g masła
  • 200 ml mocnej kawy, ostudzonej
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 95 g kakao
  • 145 g kwaśnej śmietany
  • 2 jajka
  • 200 g cukru
  • 325 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

krem porzeczkowy:
  • 300 g czerwonej porzeczki
  • 150 g cukru
  • sok z 1/2 pomarańczy
  • 6 żółtek
  • 700 g kwaśnej śmietany
  • 8 listków żelatyny

polewa czekoladowa:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 30 g masła

dekoracja:
  • 200 g czerwonej porzeczki
  • 1 białko
  • 100 g drobnego cukru

Masło rozpuścić, dodać przesiane kakao, kawę i ekstrakt. Gotować 1 minutę, zdjąć z palnika, przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z sodą i cukrem.
Jajka roztrzepać, wymieszać ze śmietaną. Dodać letnią masę kakaową, dokładnie wymieszać. Wlać mieszankę do suchych składników, wymieszać krótko, tylko do połączenia.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 25-35 minut, do suchego patyczka.
Ciasto przestudzić w formie, następnie wyjąć i ułożyć do całkowitego ostudzenia spodem do góry.

Gdy ciasto całkowicie ostygnie, przeciąć w poziomie na pół.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Porzeczki na ciasto oberwać, zasypać 50 g cukru i zalać sokiem pomarańczowym. Zagotować; podgrzewać na małym ogniu 5-10 minut, aż porzeczki zmiękną, ale nie będą się rozpadać. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, delikatnie wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Odstawić do całkowitego ostudzenia.

Żółtka utrzeć ze 100 g cukru na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać śmietanę, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać ostudzoną masę porzeczkową, delikatnie połączyć, żeby nie rozgnieść porzeczek. Wstawić do lodówki na 30-60 minut, aż masa zacznie tężeć.

Na paterze ułożyć spód ciasta, zamknąć obręcz tortownicy. Wyłożyć tężejący krem, przykryć drugim blatem ciasta. Schłodzić w lodówce przez noc, aby krem się ściął.

Brzegi formy obkroić ostrym nożem, zdjąć obręcz.

Kremówkę zagotować, zalać drobno posiekaną czekoladę. Odstawić na 3 minut, wymieszać. Dodać masło pokrojone na małe kawałki, połączyć. Przestudzić.

Gęstniejącą polewą oblać ciasto z wierzchu i na bokach.

Porzeczki do dekoracji umyć, osuszyć. Zanurzać w lekko roztrzepanym białku, a następnie obtaczać w drobnym cukrze. Ułożyć na cieście.

Smacznego!

A Wy - lubicie swoje imiona? I z jakimi najdziwniejszymi zdrobnieniami się spotkaliście?