Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2016

Suszone pomidory. Z piekarnika

Wakacje dla trzynastu osób to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Czasem ciężko jest zorganizować urlop dwójki w tym samym czasie, a co dopiero aż takiej grupy ludzi! Gdy więc się udało, wszyscy byli w siódmym niebie. 
Rodzice C. wynajęli domek letniskowy - domostwo właściwie, żeby całe towarzystwo pomieścić - w środku lasu. Jechałam tam sama, prosto z pracy. Gdy nagle nawigacja optymistycznie stwierdziła: Jesteś na miejscu, a tam tylko kawałek asfaltu i zielona, gęsta głusza, wpadłam w lekką panikę. Po kilku telefonach i pokrzepiających rozmowach, przejechałam jeszcze kawałek w głąb lasu - i moim oczom ukazał się ładny, biały dom. To właśnie tam spędziłam cały tydzień - z dala od szumu aut, z ledwo dychającym internetem, którym przestałam sobie zawracać głowę już następnego dnia, za to z basenem, dużym trawnikiem, stołami do piłkarzyków i bilarda. W dodatku pogoda dopisała - aż miałam wrażenie, że wyjechaliśmy z Danii. Słonko świeciło od rana do wieczora, i choć nogi nadal mam idealnie białe, to ramiona, plecy i twarz nabrały delikatnie brązowego koloru.

Całodniowa wycieczka do parku rozrywki okazała się świetną zabawą. Szaleliśmy niczym małe dzieci, śmigając na kolejkach wszelkiej maści. Najbardziej rozbawiła mnie dziewczynka, może sześcioletnia, która na zadane pytanie, czy mówię po niemiecku, otrzymała odpowiedź w postaci ostrożnego Nein, a i tak mówiła do nas bez przerwy przez całe pięć minut obracania się karuzeli. Ja natomiast wywołałam salwy śmiechu swoim ogromnym entuzjazmem dla kolejki, na której można było majtać nogami w wodzie. Przyznam się Wam w tajemnicy, że przejechałam się nią... Sześć razy! Ale ciii...

Po powrocie do domu pogoda postanowiła nam przypomnieć, że jednak jesteśmy w Danii, a jesień już za pasem. Mży i kropi, trochę wieje i ogólnie nie ma się ochoty wyściubiać nosa z domu. Szczęśliwie, ostatni tydzień urlopu postanowiliśmy spędzić w domowych pieleszach, nie ma więc takiej potrzeby, Mam zamiar upiec przynajmniej jedną szarlotkę (macie jakieś dobre przepisy na ciasta i przetwory z jabłkami...? Bo nasza jabłonka obrodziła wręcz zaskakująco), a za chwilę zabieram się za dżem figowy...

Póki co jednak powrócę duchem do słonecznego lata. Sezon na pomidory uciekł mi jakoś w tym roku; w ogóle lato minęło zaskakująco szybko. Gdyby nie fakt, że któregoś dnia C. obdarował mnie dwoma skrzynkami tych czerwonych, okrąglutkich warzyw (czy też raczej owoców), w ogóle bym się na nich nie skupiła. A tak powstał duży słoik suszonych pomidorów. Co prawda nie tradycyjnie na słońcu, ale bardziej przyziemną metodą - w piekarniku, jednak smakują naprawdę cudownie. Oliwa przeszła smakiem nie tylko pomidorów, ale też czosnku i rozmarynu; jest wprost idealna do polewania sałatek! Mam wrażenie, że może już być za późno na tego rodzaju przetwory, ale może będziecie pamiętać o tym przepisie za rok...?

Przepis znalazłam w starym numerze gazety Moje gotowanie poleca: Konfitury i spółka, nr 1/2014.

Suszone pomidory w oliwie


Składniki:
(na 1 słoik o pojemności 700 ml)
  • 2 kg mięsistych pomidorów
  • 4 łyżki soli
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki suszonej bazylii
  • 6 łyżek oliwy
zalewa:
  • 2 gałązki rozmarynu
  • 2 suszone papryczki chilli
  • 3 ząbki czosnku
  • oliwa do zalania

Pomidory umyć, przekroić na połówki. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia rozcięciem do góry. Posypać solą, cukrem i bazylią, skropić oliwą.

Suszyć w 75 st. C. przez 12-15 godzin.
Pomidory powinny być suche, ale nadal miękkie.

Pomidory przełożyć do słoiczków, przekładając rozmarynem i pokrojonym w plastry czosnkiem. Włożyć również papryczki. Całość zalać oliwą tak, żeby przykrywała pomidory.

Odstawić na minimum 3 dni.

Smacznego!


W tym tygodniu mam też zamiar nazbierać jeżyn - soczyste, niemal czarne i słodkie, mmm... Czy to jeszcze letnie owoce, czy już jesienne...? Zawsze mam z nimi problem...

piątek, 15 kwietnia 2016

Lekcja języka duńskiego dla początkujących. I wiosenna tarta

Razem z przyszłym domem, w naszym życiu pojawił się mężczyzna. Raczej wyższy niż niższy, choć nie przesadnie; zupełnie łysy, o aparycji zbliżonej do Frankensteina (ach, te wysokie kości policzkowe!). Dzwoni, pisze i wysyła maile; do C. Wtedy ten daje mi znać, jak najszybciej się da (zazwyczaj to bowiem sprawy niecierpiące zwłoki), oświadczając: 
- Dzwonił Elfrel
- Co...?
- Dzwonił Elfrel.
W tym momencie zazwyczaj łapię, że ktoś dzwonił, więc błyskotliwie odpowiadam:
- Kto dzwonił...?
C., na skraju wytrzymałości, podnosi głos o dwa tony:
- Elfrel!
- Aaa... - W tym momencie wszystko staje się jasne. - Alfred!

Jak ze starego, poczciwego Alfreda można zrobić Elfrela...? Nie wiem. Zapytajcie pierwszego napotkanego Duńczyka; on z pewnością rozjaśni tę zagadkową sprawę.

Pogoda u nas ciągle raczej jesienna (i to w czysto listopadowym wydaniu), nadal więc nie zamieniłam zimowego płaszcza na wiosenny. Zżera mnie zazdrość, gdy widzę Tatę w koszulce z krótkim rękawkiem i dzikie słońce za jego plecami, podczas gdy ja siedzę w swetrze (już nie tym najcieplejszym, ale jednak!), a za oknem jednolita szarość uniemożliwia stwierdzenie aktualnej pory dnia. Wiem, że to brzydko, ale cóż... Nad pewnymi rzeczami nie da się zapanować.

Na pocieszenie mam wiosenną tartę. Na pełnoziarnistym, cudownie chrupiącym spodzie, z kremową ricottą, zielonym szpinakiem, czerwonymi pomidorkami i płatkami orzechów laskowych, które miło zaskakują i sprawiają, że tarta nabiera oryginalnej nuty. Świetna na obiad i kolację; sprawdzi się też na lunch do pracy. Kolory zdecydowanie dodają energii, a smak przywodzi na myśl zieloniutką, słoneczną wiosnę...
Skusicie się...?

Tarta ze szpinakiem i ricottą


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 100 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g szpinaku
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka masła
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka ricotta
  • 2 jajka
  • sól
  • pieprz
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 100 g pomidorków koktajlowych
  • 1 łyżka pesto
dodatkowo:
  • 10 g płatków orzechów laskowych
Mąki przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując przy tym brzeg. Nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez kolejne 10 minut.
Przestudzić.

Na maśle podsmażyć szpinak z czosnkiem, odparować wodę, ostudzić.

Kremówkę zmiksować z serkiem, jajkami, solą, pieprzem i ziołami.
Na podpieczony spód wyłożyć szpinak, zalać masą jajeczną. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół pomidorki, łyżeczką między nimi rozłożyć pesto. Całość posypać płatkami orzechów.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Ja tymczasem muszę zebrać się w sobie i pójść do sklepu. Zważywszy na nieustannie siekący deszcz, wyjątkowo ciężko znaleźć mi w tej chwili chociażby cień motywacji... 
Poza obiadem, rzecz jasna.

sobota, 19 września 2015

Focaccia pachnąca rozmarynem

Zapowiada się intensywny weekend. Najpierw spotkanie, po którym nie do końca wiem, czego się spodziewać, ale może wyniknie z tego coś dobrego. Później wieczór w towarzystwie współpracowników C.; pociesza mnie myśl, że w planie jest pięciodaniowa kolacja, więc przynajmniej kulinarnie nie będę się nudzić. W niedzielę musimy wpaść do rodziców C. i jak zwykle, pewnie się przeciągnie. A w poniedziałek... W poniedziałek jeszcze sama nie wiem co, ale czekam na niego bardzo niecierpliwie.
Ach, jak ja lubię być taka tajemnicza!

Teraz więc szybciutko i na temat.
Dawno już na blogu nie było domowego pieczywka. Wszystko dlatego, że chodząc do szkoły nie miałam potrzeby go piec; co chwilę przynosiłam ze sobą bułki i chleby wszelkiej maści. A później... Chyba dopadło mnie tematyczne lenistwo. Kilka razy myślałam o upieczeniu czegoś dobrego na weekendowe śniadanko, ale... Lenistwo zwyciężało, i kończyło się na bułkach z pobliskiej piekarni lub owsiance. 

W końcu jednak się przemogłam. Muszę przyznać, że dużą rolę odegrało tu niezwykle apetyczne zdjęcie z Hjemmets bedste mad, nr 7-8/2015, którą kupuję ostatnio regularnie. Prosta focaccia z kolorowymi pomidorkami, odrobiną rozmarynu i czosnku. To nie mogło się nie udać!
Przygotowanie ich wcale nie trwa bardzo długo, jest też raczej proste. A efekt? Wyjątkowo aromatyczny. No i pieczone pomidorki, których słodki smak po prostu uwielbiam.
Jako dodatek do zupy, albo w ramach przekąski między posiłkami. Smakują naprawdę wyśmienicie - polecam!

Focaccia z pomidorkami i rozmarynem


Składniki:
(na 6 sztuk)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 45 ml oliwy
  • 150 g mąki durum
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

dodatkowo:
  • 300 g pomidorków koktajlowych żółtych i czerwonych
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 gałązki świeżego rozmarynu
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka soli morskiej w płatkach
  • pieprz

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać cukier i wlać 100 ml wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie wlać resztę wody i dodać sól, zagnieść ciasto. Wlać oliwę, wyrobić gładkie, nielepiące ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto podzielić na 6 równych części. Z każdej uformować kulę, rozwałkować na placki grubości 4-5 mm. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Po tym czasie placuszki posmarować oliwą, ułożyć na nich przekrojone na pół pomidorki. Czosnek pokroić w cienkie plasterki, ułożyć na cieście razem z igiełkami rozmarynu. Posypać solą i pieprzem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30 minut, aż się ładnie zezłocą.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


A ja tymczasem kończę się pakować, i pędzę na umówione spotkanie. Po drodze mam zgarnąć jeszcze dwie uczestniczki, czyli połowę wszystkich zgromadzonych. Lepiej więc, żebym się nie spóźniła!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pomidorowe serce. I historia z dreszczykiem

Jestem Wam winna historię. O zwariowanym Duńczyku, który w pewnym momencie naprawdę mnie przestraszył, tylko wspomniałam. A historia mrozi krew w żyłach! No dobrze, może nieco przesadzam... Ale w mojej duńskiej, bardzo spokojnej rzeczywistości, zdecydowanie wyróżnia się na tle codzienności.

Zacznę może od początku: jechaliśmy z C. na spotkanie. Żeby nie było zbyt prosto - dwoma autami. On bowiem później musiał udać się do pracy, ja z kolei wybierałam się na ploteczki do koleżanki (nie ma jak sprawiedliwy podział obowiązków). On jechał przodem, z nawigacją, ja za nim, lekko tym faktem zestresowana. Zawsze troszkę się boję, że go zgubię (choć jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło).
W pewnym momencie wyprzedziło mnie małe, białe autko, starałam się więc patrzeń niejako przez nie, żeby C. z oczu nie stracić. A tu kierowca nagle zaczyna mrugać wszystkimi możliwymi światłami, zjeżdża na pobocze, a gdy chciałam go szybciutko wyprzedzić, wychylił się z okna niemal do połowy (co nie jest aż tak imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jechał Smartem) i zaczął szaleńczo machać rękami. Najpierw pomyślałam, że wariat. Później, że może coś mi od autka odpadło, a on się tym bardzo przejął. Na końcu, że może biedak umiera i w panice oczekuje pomocy. Na myślenie nie było dużo czasu; Smarcik był komunalny (w sensie - państwowy), więc doszłam do wniosku, że pan kierowca raczej mnie nie zamorduje (chwilę później wyrzucałam sobie taką lekkomyślność). Koniec końców - zatrzymałam się, C. odjechał w siną dal, a całkowicie obcy człowiek wpakował mi się bezceremonialnie na miejsce pasażera. Żebyście tylko widzieli moją minę! Zaczął mówić z prędkością światła, ciężko mi było go zrozumieć, bo ciśnienie podskoczyło mi z wrażenia do prawidłowego. Dopiero po kilku sekundach skupiłam się na tym, co on właściwie mówi. A on rozwodził się nad cudownością mojego auta! W pierwszej chwili byłam pewna, że z tych nerwów zupełnie zapomniałam duńskiego języka, okazało się jednak, że miałam rację - pan jest fanem starych mercedesów, a mój tak pięknie wygląda, że on chciałby wszystko o nim wiedzieć!
Z opresji wybawił mnie powracający na białym rumaku... Ups! W białym służbowym aucie, C. Ha! Jego mina, gdy zobaczył obcego mężczyznę siedzącego ze mną w samochodzie, była z pewnością jeszcze ciekawsza niż moja na początku tej przygody. Zatrzymał się, podszedł, i jak zaczęli rozprawiać... Pół godziny żeśmy tam stali! Aż się bałam, że spóźnimy się na umówione (wydawałoby się - w poprzednim życiu) spotkanie. Na szczęście zdążyliśmy.

I tutaj mała dygresja - C. również jest wielkim fanem swojego samochodu, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby rzucał się na niczego nieświadomych, Bogu ducha winnych kierowców, i prawił im półgodzinne wywody. Z drugiej strony - nie przebywam z nim cały czas, więc kto wie... A on teraz przecież bardzo dużo jeździ...

Wszystko dobrze się skończyło, ale naprawdę, był moment, że się naprawdę zdenerowałam. Zdecydowanie muszę popracować nad zachowywaniem zimnej krwi w sytuacjach stresowych, zamiast wyrzucania sobie, że największy nóż leży bezużytecznie w domu.

Na uspokojnie skołatanych nerwów, albo po prostu gdy jest sezon na piękne, soczyste pomidory, polecam Wam wyjątkową tartę. Klasycznej tarty tatin nigdy nie piekłam, z uwagi na brak odpowiedniej patelni, którą by można włożyć do piekarnika. Tu jednak nie jest ona potrzeba, bo niczego się najpierw nie podsmaża. Pomidorki w zalewie octowo-klonowej najpierw godzinę pieczemy, żeby wydobyć ich cudownie słodki smak i aromat, a następnie przykrywamy kruchym ciastem. Efekt, muszę przyznać, niebanalny. Danie cudownie proste w przygotowaniu, a smak zupełnie wyjątkowy. Jedyne drobne ale, to, moim zdaniem, zbyt duża ilość octu (a i tak zmniejszyłam jego ilość w stosunku do oryginalnego przepisu). To jednak oczywiście moje osobiste preferencje. Poza tym tarta wyszła przepyszna - idealnie kruchutkie ciasto, cudownie słodkie pomidorki - nie można się jej oprzeć.
Jedna tylko uwaga na koniec jeszcze - tartę należy przygotować w całej formie - bez odpinanych brzegów lub wyjmowanego dna. Inaczej soki się wyleją, i bez mycia piekarnika się nie obejdzie...

Przepis znalazłam na blogu Drink eat live niemal rok temu i bardzo żałuję, że za jego wykonanie zabrałam się dopiero teraz...

Pomidorowa tarta tatin

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 500 g pomidorków koktajlowych
  • 3 łyżki syropu klonowego
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 1 ząbek czosnku
  • Igiełki z 1 gałązki rozmarynu
  • 1 łyżeczka soli

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić przez 1 godzinę w lodówce.

W tym czasie umyć i osuszyć pomidorki.
Na dno formy wlać syrop, ocet i oliwę, dodać sól i dokładnie wymieszać. Na tej mieszance ułożyć pomidorki, jeden przy drugim. Na wierzchu rozłożyć przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekany rozmaryn.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.

Po tym czasie rozwałkować ciasto na okrąg nieco większy od średnicy formy. Wyjąć tartę z piekarnika, na wierzchu ułożyć ciasto, zawijając jego brzegi do środka, pod pomidory.

Piec w 220 st. C. przez 2-30 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Słonko grzeje. Czyż to nie cudowne...? 
Bardzo miła odmiana po duńskim podobno lecie.

Przepis oczywiście dodaję do akcji Mopsika.

Warzywa psiankowate 2015

niedziela, 28 czerwca 2015

Zimna zupa. Z arbuzem

Uwielbiam zupy. I gotować, i jeść. Bo czy jest coś prostszego niż przygotowanie gorącej, aromatycznej zupy (najlepiej kremu), który zachwyci wszystkich domowników? Zupa nie musi być wymyślna, żeby oczarować podniebienia; zupa to taki comfort food chyba dla wszystkich. Gdy zajadamy się nią po powrocie z długiego, zimowego spaceru lub w jesienne popołudnie, gdy za oknem wiatr i deszcz.
Co począć latem? Wielu z Was w tym okresie z przyjemnością jada chłodniki, czyli po prostu zimne zupy. Ja mam z nimi problem, czegoś mi w nich brakuje - ciepła prawdopodobnie. W upały jadam sałatki lub zupy owocowe, albo w ogóle rezygnuję z obiadu na rzecz miski owoców. Mniam! Ostatnio jednak dziewczyny zaproponowały wspólne przygotowanie chłodnika, i pomyślałam, że to będzie doskonała okazja do zmiany zdania.

Najpierw zastanawiałam się nad wersją z czereśniami, okazało się jednak, że tego akurat dnia ładnych czereśni zabrakło. Niezrażona, zdecydowałam się na dodatek arbuza, tak jak w tym przepisie z bloga Smaki Hiszpanii. Moja zupa to bowiem nie byle jaka, pospolita wersja w zimnym wariancie, ale słynne, hiszpańskie gazpacho, którym Południowcy zajadają się ze smakiem. 
Oczekiwałam fajerwerków, dostałam... No cóż - zimną zupę. Nie, nie zrozumcie mnie źle! Nie jest zła. Ale brakuje jej... Ciepła...? Chyba tak.

Po spróbowaniu tego gazpacho nie zostałam fanką chłodników, ale jeśli Wy je lubicie, zasmakuje Wam z pewnością.

Razem ze mną gazpacho przygotowały Mopsik, Marta i Mirabelka.

Gazpacho z arbuzem

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 1 kg pomidorów
  • 500 g miąższu arbuza (waga bez skóry i pestek)
  • 1/4 czerwonej papryki
  • 1 ogórek
  • 1 cebulka dymka
  • 175 g chleba bez skóry
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • sól 
  • pieprz
dodatkowo:
  • grzanki
Pomidory sparzyć, obrać ze skóry, wyziąć gniazda nasienne, pokroić na mniejsze kawałki.
Ogórka obrać, wyciąć środek, pokroić w kostkę.
Paprykę i dymkę pokroić.
Warzywa razem z arbuzem, pokruszonym chlebem, oliwą i octem zmiksować blenderem na gładką masę. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Mocno schłodzić.

Podawać zimne z grzankami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w akcji Zuzi Viva Espana!

piątek, 5 czerwca 2015

Kolorowy obiad

Wszystko zaczęło się zeszłej soboty, gdy postanowiliśmy udać się na zakupy do nowo otwartego przybytku. Reklamy zachęcały ogromnie, a że akurat było po drodze z pracy, skusiliśmy się. Przywitał nas dział warzywno-owocowy, i już tutaj utknęliśmy na dobre dwadzieścia minut. Wybór - ogromny! A wszystko naprawdę świeże i pięknie pachnące. To właśnie tutaj kupiłam najsmaczniejsze truskawki w tym roku. Gdy znaleźliśmy półkę z ziołami, oboje wpadliśmy w lekki szał. Wybieraliśmy, przeglądaliśmy, aż w końcu w koszyku wylądowało kilka doniczek, między innymi z szałwią, melisą cytrynową, miętą czekoladową, estragonem, rozmarynem i chilli oregano. Tak, tak - jest taka odmiana. Smakuje jak oregano z ostrą papryczką - rewelacja. C. zakochał się w nim bez pamięci. 
W koszyku wylądowała cała masa różności, również z innych działów. Zaopatrzyłam się więc w niezbędne do życia liofilizowane jagody, a także cukrową posypkę w kształcie dinozaurów, melasę winogronową i kilka innych ciekawostek. Nie chciało mi się stamtąd wychodzić... Okazało się jednak, że mamy prawdziwe szczęście - wygraliśmy bon na zakupy! W związku z tym w sobotę znów pojedziemy popatrzeć... 

C. wczoraj wracał późno, na mnie więc spadło przygotowanie obiadu. Na pytanie, czy woli tartę, czy makaron stwierdził, że mu obojętnie. Irytują mnie takie odpowiedzi, spojrzałam więc na niego, groźnie unosząc brew. Złapał w dłoń monetę, rzucił - wypadła tarta. Zaczęłam więc kombinować. W lodówce był kawałek sera pleśniowego, i to oregano kusiło mnie ogromnie. Do sklepu szłam z myślą o zakupieniu brokuła, do koszyczka wskoczyły też pięknie wyglądające szparagi. Na wierzch pomidorki, których słodkawy smak, uwalniający się po upieczeniu, wprost uwielbiam. Całość przyprawiona pikantnym oregano i odrobiną melisy cytrynowej. Wyszło bosko - lekko, ale sycącą, bardzo wiosennie i zielono-czerwono. Pycha! No i pięknie wygląda. Skusicie się...?

Tarta ze szparagami, brokułem i serem pleśniowym

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 150 g mąki graham
  • 100 g mąki pszennej
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 250 g zielonych szparagów
  • 1 mały brokuł
  • 75 g miękkiego sera z niebieską pleśnią
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • sól
  • pieprz
  • kilka listków melisy cytrynowej
  • kilka listków chilli oregano
  • 4 pomidory śliwkowe

dodatkowo:
  • 80 g żółtego sera

Mąki przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę. 
Po tym czasie rozwałkować na okrąg nieco większy od średnicy formy. Ułożyć ciasto w formie, formując brzegi.

Na ciasto wyłożyć papier do pieczenia, wysypać kuleczkami do pieczenia lub suchą fasolą. 

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie zblanszować podzielonego na różyczki brokuła i pozbawione twardych końcówek szparagi przez 2-3 minuty w osolonym wrzątku. Odcedzić.
Pomidorki pokroić w ćwiartki. 

Zdjąć z tarty obciążenie i papier.
Piec w 180 st. C. przez 10 minut.

W tym czasie roztrzepać jajka, dodać serek kremowy i kremówkę, połączyć. Dodać sól i pieprz oraz drobno posiekane zioła, wymieszać.

Na podpieczonym spodzie ułożyć szparagi i brokuły, pokruszyć ser pleśniowy. Zalać całość masą jajeczną. Na wierzchu ułożyć pomidorki, posypać startym, żółtym serem. 

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut.

Podawać na ciepło.

Smacznego!

Oczywiście, można użyć zwykłego oregano, albo nawet suszonego. Tarta i tak będzie pyszna. 

piątek, 22 maja 2015

Nie tylko na śniadanie - wytrawne muffiny

Ostatnimi czasy zupełnie zaniedbałam wytrawne wypieki. Chleb piekę w szkole w ilościach zawrotnych (według mnie, do tej pory zajmującej się wypiekiem detalicznym; w porównaniu z niedużą nawet piekarnią to pikuś); przynoszę ze sobą do domu znakomite bochenki, nie ma więc potrzeby męczenia domowego piekarnika. Gdy chleba zabraknie, raczymy się na śniadanie granolą lub naleśnikami, i uwierzcie - nikt nie narzeka. Szczególnie, że weekendowe, spokojne śniadanie na słodko właśnie, to według nas ideał. 

Pewnego pięknego, wolnego dnia C. szedł do pracy bardzo wcześnie. Co zaskakujące - równie wcześnie wrócił, idealnie na drugie śniadanie. Tylko co by tutaj podać...? Przez głowę przewinęło mi się kilka różnych możliwości, aż nagle przypomniałam sobie o muffinkach, które zobaczyłam u Małgosi. Jej zdjęcia mnie zauroczyły, a lista składników zmotywowała do działania. Dokupiłam to i owo, i zabrałam się do pracy. W tym momencie okazało się, że mąka kukurydziana wyszła niezauważona, a tu piekarnik się rozgrzewa i wszystko inne gotowe. Mogłam ją zastąpić zwykłą mąką pszenną, ale nie chciałam. Wydawało mi się, że muffiny stracą przez to nie tylko na kolorze. Czym prędzej więc zagłębiłam się w czeluści szafek, gdzie znalazłam kukurydzianą kaszę. Będzie działać? Postanowiłam sprawdzić.
Okazało się, że kaszka kukurydziana nadała muffinkom nie tylko piękny, żółty kolor, ale również bardzo ciekawą, ziarnistą strukturę. Zjadłam dwie sztuki prosto z piekarnika, gorące, bez dodatków - obłędne! Na zimno, z dodatkiem serka kremowego, łososia, pesto i kiełków smakują równie dobrze. C. był zachwycony, i wspólnie zjedliśmy nieprzyzwoite wręcz ilości. Czy może być lepsza motywacja do wypróbowania tego przepisu...?

Kukurydziane muffiny z łososiem, serkiem i pesto

Składniki:
(na 14 sztuk)
  • 230 g mąki pszennej
  • 120 g kaszki kukurydzianej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 175 g żółtego sera
  • 1 łyżeczka soli
  • 3/4 łyżeczki pieprzu
  • 60 ml oliwy
  • 250 ml maślanki
  • 2 łyżeczki zielonego pesto
  • 2 jajka
  • 14 pomidorków koktajlowych
  • kilka gałązek koperku

do podania:
  • łosoś wędzony
  • serek kremowy
  • pesto
  • koperek
  • kiełki

Mąkę przesiać, wymieszać z kaszką, sodą, serem, solą i pieprzem.
Jajka roztrzepać, wymieszać z maślanką, pesto i oliwą. Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami, w każdą wcisnąć pomidorka i udekorować koperkiem.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Całkowicie ostudzone muffiny przekroić na pół w poziomie, podawać z łososiem, serkiem kremowym, pesto, koperkiem i kiełkami.

Smacznego!

Takie babeczki, z nadzieniem, mogą stanowić nie tylko oryginalne śniadanie, ale też idealnie nadadzą się jako przekąską na przyjęcie. Bez dodatków można je spakować i zabrać na piknik - jestem pewna, że nie uchowa się nawet jedna sztuka!

czwartek, 26 marca 2015

Wiosna. I biscotti na wytrawnie

Wiosna. Wszystko powoli budzi się do życia - na drzewach i krzewach zielone pąki, na trawnikach fioletowe i żółte krokusy otoczone drobnymi przebiśniegami, na straganach wszyscy już chyba sprzedają żonkile. Słońce, jeszcze niezbyt gorące, ale jednak coraz cieplejsze, umila nam kolejne dni. Cudowne, jasne poranki, błyszczące krople rosy, w których odbija się błękit nieba. Rześkie powietrze, które nawet pachnie inaczej...
Niestety, to tylko marzenia. Tak naprawdę wieje i pada, a poranne mgły są tak gęste, że ledwo widać czubek własnego nosa. Ptysia patrzy na mnie z wyrzutem, gdy wyciągam ją na spacer, i czym prędzej stara się wrócić do domu. Nadal wypijam hektolitry gorącej herbaty, bo to chyba jedyne co sprawia, że nie dopadła mnie totalna frustracja. Tak naprawdę to chyba wolałam zimę - było zdecydowanie cieplej i przyjemniej...

Dobrze, dość narzekania. Przejdźmy do czegoś, co sprawdzi się nie tylko w szare i chłodne dni. Mam dla Was zupełnie wyjątkowe biscotti. Dlaczego wyjątkowe? Bo wytrawne.
Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z tymi ciasteczkami w niesłodkiej wersji. I tak jakoś mnie naszło... Efekt przerósł moje oczekiwania - są chrupiące (wiadomo), takie coś pomiędzy sucharkiem, a krakersem, w dodatku wzbogacone smakiem oliwek, suszonych pomidorów i przypraw. Będą idealne jako przekąska do piwa albo ciasteczko na drogę. Gwarantuję - jeśli spróbujecie, na jednym się nie skończy...

Biscotti z oliwkami i suszonymi pomidorami

Składniki:
(na 10-12 sztuk)
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 100 g zimnego masła
  • 2 jajka
  • 50 g suszonych pomidorów
  • 50 g zielonych oliwek

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia, solą, bazylią i rozmarynem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajka, szybko zagnieść ciasto. Dodać niezbyt drobno posiekane oliwki i pomidory, równomiernie rozprowadzić w cieście.

Z ciasta uformować gruby wałek, spłaszczyć, owinąć folią spożywczą. Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 30 minut.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić.

Przestudzone ciasto pokroić ostrym nożem z ząbkami na 1-1,5 cm plastry. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, w połowie pieczenia odwracając na drugą stronę.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

W maju jadę do Kopenhagi. Na całe cztery dni, na wycieczkę klasową. Już się nie mogę doczekać, tym bardziej, że te wycieczki co roku pełne są najróżniejszych atrakcji. Poza tym jestem pełna nadziei, że do tego czasu pogoda się poprawi, i wyjazd będzie dzięki temu jeszcze bardziej udany...

piątek, 24 października 2014

Alternatywna zupa dyniowa

Jak tam nastroje? Ja dzisiaj jestem w niesamowicie dobrym humorze. W sumie, to już od kilku dni nawet nucę cicho pod nosem, gdy nikt nie słucha. Wczoraj jednak pojawiło się nowe źródło radości - wygrałam konkurs. Wiadomo, każdy lubi wygrywać, i nawet drobiazgi potrafią znacząco wpłynąć na samopoczucie. Tym razem nagroda sprawiła (a raczej dopiero sprawi, jak już wpadnie w moje łapki) wielką frajdę - na blogu Zawsze smacznie udało mi się zdobyć egzemplarz słynnej już w blogowym świecie Fotografii kulinarnej dla blogerów Matta Armendariza. Jak wiecie, ta część blogowania ciekawi mnie najmniej - nigdy nie miałam zacięcia do robienia zdjęć, spędzania prawie godzin nad jak najlepszym ujęciem miski z zupą. Owszem, staram się, żeby moje fotografie raczej zachęcały do spróbowania przedstawionych na nich potraw, no i żeby było widać, co to właściwie jest. Kiedy jednak się spieszę, nie chce mi się, nie ma odpowiedniego światła albo najzwyczajniej w świecie mi nie wychodzi, nie przejmuję się tym zbytnio. Ot, jest, jak jest. Skoro jednak już książkę o fotografii wygrałam, mam zamiar z niej skorzystać. Przeczytać od deski do deski, a potem spróbować zastosować się do, przynajmniej niektórych, rad autora. Trochę niestety potrwa, zanim się do książki dobiorę - będę ją musiała odebrać od Rodziców - niemniej, mam zamiar zrobić z niej użytek. Wizualna strona bloga z pewnością na tym nie ucierpi.
Dziękuję więc ogromnie Joli - sprawiłaś mi niesamowitą przyjemność.

Teraz jednak wróćmy do tematu przewodniego, czyli jedzenia. A dyni konkretnie. Bo pewnie już się za dyniowymi przepisami stęskniliście, prawda...?
Tym razem mam dla Was naprawdę pyszną zupę dyniową, trochę nietypową. Dlaczego? Zazwyczaj, szukając przepisów na zupy dniowe, trafiamy na kremy (a przynajmniej ja trafiam). Najróżniejsze - łagodne, pikantne, z owocami, z innymi warzywami, z mleczkiem kokosowym... Od wariacji na temat może zakręcić się w głowie. Wypróbowałam już kilka, nie umiem wybrać faworyta, bo wszystkie mają w sobie coś urzekającego. Niemniej, gdy na blogu Niebo na talerzu zobaczyłam ten przepis, nie mogłam mu się oprzeć. Już w zeszłym roku chciałam ją przygotować, ale dynia mi się skończyła. Bo tu, moi drodzy, potrzeba dyni w kawałku! Trzeba pokroić ją w kosteczkę, i wrzucić do garnka z ziemniakami. A później nie miksować, tylko podawać właśnie taką - zwykłą zupę z kawałkami warzyw. Do tego plasterki usmażonego na chrupko bekonu, i można się delektować wyśmienitym obiadem.

Tutaj małą dygresja - na zdjęciu bekonu nie ma, bo zniknął, zanim zdążyłam go uwiecznić. C. spałaszował niemal wszystko, a dwa kawałeczki, które odłożyłam specjalnie do zdjęcia, zniknęły sprawiedliwie podzielone w czeluściach żołądków C. i Ptysi... Cóż, cieszę się, że im smakowało.
Niemniej, bekon przyrządzić należy, bo nadaje zupie dodatkowego smaku i tekstury. Całość smakuje wyśmienicie; jest to doskonała alternatywa dla tych, którym dyniowe kremy być może nieco się przejadły...

Zupa z dynią

Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 900 g oczyszczonej dyni bez skóry
  • 4 ziemniaki
  • 200 g pomidorów z puszki
  • 2 łyżki masła
  • 2 cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 l bulionu
  • listki z 2 gałązek bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 200 g bekonu w plasterkach

Dynię pokroić w kostkę. Ziemniaki i cebulę obrać, również pokroić. Czosnek obrać, przecisnąć przez praskę.

W dużym garnku rozgrzać masło, zeszklić cebulę. Dodać czosnek, chwilę smażyć, następnie dodać dynię. Gdy warzywa wchłoną tłuszcz, dodać pomidory z puszki, podsmażyć. Zalać całość bulionem i gotować 10 minut. Dodać ziemniaki, bazylię i tymianek, gotować przez 20-30 minut, aż ziemniaki i dynia będą miękkie.
Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Na suchej patelni na chrupko usmażyć bekon. Podawać jako dodatek do zupy.

Smacznego!

Udanego weekendu Wam życzę!

piątek, 27 czerwca 2014

Wakacje! I bułeczki z suszonymi pomidorami i bazylią

Nareszcie!
Ostatni tydzień przesiedziałam jak na szpilkach, o czym nie omieszkałam informować wszystkich chętnych, ale też tych znudzonych moją paplaniną, na bieżąco. Przedwyjazdowe dni to dla mnie zawsze ogromny stres - czy aby wszystko spakowane, czarne wizje zapomnianego paszportu, albo, co gorsza, odkręconej w domu wody. Niepokój, czy wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanowałam. Dzisiaj dodatkowo wszystko stoi na głowie, bo najpierw jedziemy do Varde do teatru pod gołym niebem. Pierwszy raz miałam okazję tam być w zeszłym roku, i się zachwyciłam. Tym razem idziemy na premierę, występy bowiem kończą się przed naszym powrotem. Na szczęście udało się kupić bilety!
Sztuka zaczyna się o godzinie dwudziestej, i po dwóch godzinach, prosto stamtąd, ruszamy w podróż. Jest to męczące, ale też dużo wygodniejsze niż podróż w dzień, szczególnie, jeśli pogoda dopisuje. Później tylko odespać zmęczenie, i trzy tygodnie beztroskiego lenistwa... Wakacje idealne.

Dzisiaj mam dla Was bułeczki. Zdjęcia na dysku swoje odleżały, sama nie wiem, dlaczego. Bułeczki bowiem wyszły pyszne - mocno maślane, pełne aromatów. Suszone pomidory i bazylia to klasyka, w pieczywie sprawdzają się wyśmienicie.
Bułki są łatwe do przygotowania, nie są wymagające. Jestem pewna, że udadzą się każdemu.

Przepis z niezawodnej Brød: 100 lækre opskrifter.

Bułki z suszonymi pomidorami i bazylią

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 450 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki soli
  • 21 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 150 g masła
  • 125 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 100 g suszonych pomidorów
  • listki z 2 gałązek bazylii

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i wlać 2/3 mleka. Odstawić na 15 minut.

Masło rozpuścić i przestudzić.
Pomidory pokroić w kosteczkę, bazylię posiekać.
Do zaczynu dodać resztę mleka, masło, sól i jajka. Zagnieść gładkie ciasto. Pod koniec wyrabiania dodać pomidory i bazylię. Dokłądnie wgnieść w ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto podzielić na 10 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Ułożyć bułeczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało dodawanie postów w ciągu wakacji. Nie wiem nawet, czy będę miała stały dostęp do internetu... Jeśli nie, może być różnie.
Ale każdemu należy się odpoczynek, prawda...?

sobota, 22 marca 2014

Zupa nie tylko zimowa

Tę zupę ugotowałam już jakiś czas temu, gdy ciągle zima straszyła rychłym śniegiem i wszyscy żyliśmy w niepewności - trzeba będzie zmieniać opony na zimowe, czy nie...? Na szczęście obyło się bez zmian, zima już przestała dmuchać zimnem w twarze (tych, którzy bąkają o śniegu w kwietniu po prostu nie słucham), za to zostało wspomnienie pysznej zupy, która na wczesną wiosnę też będzie jak znalazł.

Przypadkiem zauważyłam ją u Agatki, i z radością zabrałam się do dzieła. Zupa jest prosta i szybka w przygotowaniu, a smakuje wybornie. Lekko kwaśne pomidory złagodzone ciecierzycą, którą uwielbiam. Czosnek rozgrzewa, subtelna nuta rozmarynu nadaje zupie charakteru. Nam bardzo smakowała, z pewnością powtórzę ją jeszcze nie raz - na szybki obiad w tygodniu jest po prostu idealna!

Włoska zupa krem z ciecierzycy

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 puszki ciecierzycy (2x400 g)
  • 1 puszka pomidorów (400 g)
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 500 ml bulionu
  • 1 łyżka masła
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól
  • pieprz

Czosnek przeciśnąc przez praskę. Razem z rozmarynem podsmażyć na maśle. Kiedy całość zacznie intensywnie pachnieć, dodać pomidory razem z płynem. Całość zalać bulionem, gotować przez 15 minut. Po tym czasie dodać odcedzoną ciecierzycę, gotować jeszcze 5-10 minut.
Odłożyć 4 łyżki ciecierzycy, wyjąć rozmaryn, resztę zupy zmiksować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, wlać kremówkę.
Podawać gorącą, z odłożoną wcześniej ciecierzycą.

Smacznego!

Już za trzy tygodnie jedziemy do Polski! Nie mogę się doczekać - mam nadzieję, że pogoda dopisze, i uda nam się zrobić wszystko, co planujemy. Wielkanoc w domu - cudownie!

wtorek, 18 września 2012

Pierwszy obiad dla C.

W sobotę C. wrócił z pracy. Na moje radosne Ugotowałam Ci obiad! zareagował dziwnym, lekko jakby przestraszonym spojrzeniem, po czym dotknął dłonią mojego czoła i z troską w głosie zapytał: Dobrze się czujesz...? 
Ja wiem, że mieszkamy razem już prawie pół roku, i że to pierwszy obiad, który ugotowałam, ale żeby od razu takim niedowierzaniem reagować...? Jak się później okazało, nie taki diabeł straszny, wszystko zostało skonsumowane i pochwalone nawet (szczególnie deser, ale w tym akurat nie ma nic dziwnego).

Podjęłam się wyzwania w sobotę, kiedy C. miał ranną zmianę, a ja dzień wolny. Długo się zastanawiałam, co byłoby najlepsze, aż w końcu mnie oświeciło - zupa! Tego przecież nie można zepsuć. Chciałam mieć pewność co do jakości przepisu, zamiast więc do książek, uderzyłam na zaprzyjaźnione blogi. U Maggie zobaczyłam zupę z pieczonej papryki i wiedziałam, że to będzie to. I miałam rację! Zupa jest przepyszna! Upieczona papryka jest przyjemnie słodkawa, tak samo zresztą, jak pieczony czosnek (w oryginale był tylko podsmażony na oliwie). Do tego pomidorki, bazylia - i cudo gotowe. Maggie do swojej zupy dodała mascarpone, ja swoją tylko upstrzyłam kleksem kremówki. Oryginał z pewnością jest wyborny, ale moja wersja zachwyciła i mnie, i C. Dość gęsta, bardzo aromatyczna, rozgrzewająca. Taka właśnie powinna być jesienna zupa. 

Zupa krem z pieczonej papryki i pomidorów


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 5 strąków czerwonej papryki
  • 1 średnia cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 4 średnie, dojrzałe pomidory
  • 800 ml bulionu
  • 2 łyżki masła
  • kilka listków bazylii
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
  • listki bazylii
Papryki umyć, ułożyć z ząbkami czosnku na wyłożonej papierem do pieczenia blasze.

Opiekać przez 20-30 minut w 230 st. C., aż skórka się przypiecze.

Po tym czasie ułożyć paprykę w misce, dokładnie przykryć folią spożywczą i odstawić na 15 minut.
W tym czasie pokroić cebulę w drobną kostkę; pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pozbawić pestek i pokroić w kostkę.
Cebulę zrumienić w dużym garnku na maśle, dodać czosnek, pomidory i bulion. Doprowadzić do wrzenia, po czym zmniejszyć ogień i gotować około 10 minut.
Papryki wyjąć z miski, obrać ze skóry, pozbawić gniazd nasiennych i pokroić w kostkę. Dodać do wywaru razem z listkami bazylii, całość zmiksować na gładką masę.
Doprawić solą i pieprzem do smaku.

Na talerzach udekorować śmietaną i listkami bazylii.

Smacznego!

W tle widzicie bułeczki - dodatek, który wydał mi się nieodzowny. Sama w sobie zupa nie byłaby wystarczająco sycąca - z dodatkiem bułeczek sprawdziła się jako pełnoprawny obiad. 
Przepis na bułeczki - już jutro.

sobota, 14 lipca 2012

Pomidorowa nie do końca klasycznie

Uwielbiam zupy. Jako dziecko byłam ich umiarkowanym, a do tego niezwykle wybrednym fanem - pomidorowa z makaronem musiała być zabielana, ale ta z ryżem czysta; ogórkowa tylko bez ogórków, z czego śmiała się cała moja Rodzina - jednak dopóki nie została przecedzona, nie ruszyłam. Barszcz tylko czerwony i tylko w Wigilię, za to zawsze z przyjemnością jadłam kręcipołki - czyli kluski na mleku (nazwę wymyśliłam, kiedy zobaczyłam Babcię ukręcającą kawałeczki ciasta - przyjęła się w Rodzinie i teraz nikt inaczej tej zupy nie nazywa). Zupy owocowe odpadały w przedbiegach, szczególnie wiśniowa cieszyła się moją ogromną niechęcią. Szczawiowa była nie do przyjęcia, a zupę z botwinki akceptowałam (lub nie) w zależności od układu gwiazd. 

Jak się jednak okazało - do zup trzeba dorosnąć. A przynajmniej ja musiałam. I dorosłam. Teraz uwielbiam, choć do udziwnień podchodzę z dystansem. Odkąd spróbowałam kremu z marchewki, zakochałam się w nim na zabój. Krem z dyni również cieszy się moim ogromnym uznaniem, szczególnie taki dobrze doprawiony, z dużą ilością pieprzu i chilli. Jak się okazało - C. też zupy uwielbia. Jemy je dość często, bo pasują na każdą pogodę - mogą rozgrzać lub ochłodzić, robi się je stosunkowo szybko, a składniki bywają niewyszukane. 

W poniedziałek C. miał popołudniową zmianę. Zazwyczaj w takich przypadkach jem, co nam zostało z poprzedniego dnia, lub zadowalam się na przykład tostem. Tym razem jednak miałam ogromną chęć na coś porządnego. Z wyrzutem patrzyły na mnie pomidory, a że w oczy rzucił mi się przepis na krem pomidorowy w gazecie Sól i pieprz, nr 4/2012, postanowiłam ugotować sobie zupkę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Poszło szybko, wyszło nieźle. Jak na mój gust trochę za dużo tu śmietany - 80 ml moim zdaniem zupełnie by wystarczyło. Ale ja, jak to ja, zamiast wlewać po trochu i sprawdzać, czy mi smakuje, wlałam od razu cały kubeczek. Trudno - i tak mi smakowało. Doprawiłabym to jeszcze jakąś bazylią następnym razem - można poeksperymentować. Tak czy inaczej - dobry kremik nie jest zły. A i C. stwierdził, że wyszło bardziej niż zjadliwie, więc śmiało mogę polecić.

Krem ze świeżych pomidorów ze śmietaną



Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 małe cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 1,5 kg pomidorów
  • 500 ml bulionu
  • 1/3 łyżeczki chilli w płatkach
  • sól
  • pieprz
  • 125 ml creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
  • natka pietruszki

Pomidory sparzyć, obrać, usunąć pestki i pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek obrać i posiekać.
Na maśle zeszklić cebulę, dodać czosnek. Dodać pomidory, gotować 5 minut. Wlać bulion, wsypać sól, pieprz i chilli, gotować 15 minut.
Zdjąć z ognia, zmiksować, wlać śmietanę i wymieszać. Ewentualnie doprawić do smaku. Podgrzać, ale nie gotować.

Podawać z kleksem śmietany, posypaną natką pietruszki.

Smacznego!

Odkąd wróciłam do Danii, słońce widziałam łącznie może przez dziesięć minut. Ech... Ciężko się przestawić z krótkich spodenek na kurtkę przeciwdeszczową z kapturem. Ale przynajmniej nie ma burz i Ptysia się nie stresuje. Bright side of life.

poniedziałek, 31 października 2011

I jeszcze jedne muffiny...

Coś się ostatnio wytrawnie na blogu zrobiło. Cóż... Póki co to ostatni taki przepis, jaki mam w zanadrzu, teraz zrobi się... Wbrew pozorom nie słodko, ale filmowo - widziałam ostatnio całkiem sporo, lepszych i gorszych, z czego mam zamiar podzielić się z Wami wrażeniami z tych pierwszych właśnie (na drugie szkoda czasu...). Póki co, na dobry początek, powiem tylko, że znów miałam weekend z jednym aktorem, który wykreował świetne postacie - dowcipne, z dystansem do siebie i świata, mistrzów ciętej riposty po prostu. To nie mogło nie zadziałać! 

Póki co - muffinki. Tym razem w wersji klasycznej rozmiarowo, jak już napisałam - wytrawne. Jedliśmy je już dawno, ale jakoś nie miałam kiedy podzielić się przepisem. Któregoś wieczora zachciało nam się ciepłej kolacji - wiadomo, muffiny na taką okazję są najlepsze. Choć inspirowałam się przepisem z 1 mix, 100 muffns, tak naprawdę wrzuciłam do nich, co akurat było pod ręką. Efekt - jak zwykle - zadowalający. To przecież nie może się nie udać! Puchate, miękkie, z wyraźnym smakiem oliwek. Czego chcieć więcej w zimny, jesienny wieczór? Chyba tylko gorącej herbaty...

Muffiny z oliwkami i suszonymi pomidorami



Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2/3 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • 100 g zielonych oliwek
  • 50 g suszonych pomidorów z zalewy

mokre:
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 70 ml oleju od pomidorów

dodatkowo:
  • 40 g żółtego sera

Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i pieprzem. Pomidory pokroić w kosteczkę, oliwki w plasterki. Wmieszać do mąki.

Jajka roztrzepać z mlekiem i olejem. 
Wlać do suchych składników, wymieszać tylko do połączenia.
Masę przełożyć do formy na muffiny (wyłożónej papilotkami lub silikonowej). Na wierzch równomiernie zetrzeć ser.

Piec 25-30 minut w 200 st. C.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Dziś wiele się dzieje. Jestem odcięta od własnej sypialni, bo urzęduje w niej dwóch Panów... Panowie są bardzo mili, i wymieniają mi okno. Ciekawe, kiedy skończą, i jaki będzie efekt. Lubiłam moje stare okno... Choć patrzyłam przez nie zaledwie przez miesiąc. Jutro czy pojutrze wymienią w salonie (gdzie się biedna podzieję z komputerem...?), a potem... Potem to nie wiem, bo Panowie też nie wiedzą. Remonty to jednak upierdliwa sprawa...

czwartek, 21 lipca 2011

Pomidorowo

Dzisiaj opowiem o zakupionych razem z czereśniami pomidorkach koktajlowych. Otóż pierwszy raz takowe nabyłam. Dlaczego? Oto jest pytanie! Nie mam pojęcia. Zawsze kupowałam normalne, duże pomidory, kroiłam na plasterki lub w ósemki, i wystarczały mi zupełnie. Generalnie to w ogóle pomidorową ignorantką jestem - nie znam odmian, nie rozróżniam smaków - chyba, że różnica jest bardzo wyraźna. Owszem, lubię te czerwone kule, ale nie fascynują mnie jakoś specjalnie. Uwielbiam pomidory z cebulką i śmietaną, zajadam je do chleba z masłem, i więcej mi do szczęścia nie trzeba. Zupę pomidorową konsumuję z niekłamaną przyjemnością. Mam zawsze w domu przynajmniej dwie puszki pomidorów, jakby mi się zachciało na przykład lasagne... Ale to wszystko. 
Kiedy jednak w poniedziałek zobaczyłam te urocze, pachnące miniaturki, nie mogłam się im oprzeć. A co! Choć nie miałam bladego pojęcia, co z nich zrobię, wzięłam prawie pół kilo. A w domu zaczęłam kombinować. Hmm... Tarta...? Może być. Ale co to? Czyżby zapomniane drożdże? Będzie więc spód drożdżowy, z ulubionego ostatnio przepisu z Pieczenie jest proste, nr 5/2009. Na wierzch pomidorki, a do nich najprostsza polewa jajeczno-śmietanowa, doprawiona ziołami. 
Mmm... Mówię Wam - poezja. Całość rewelacyjnie ze sobą współgra, bazylia i tymianek podkreślają smak słodkich pomidorków, a delikatna masa spaja wszystko w obiad niemal idealny (moi Panowie też chyba zaczynają tęsknić za kurzęcym biustem). Zwykłe pomidory też będą smaczne, ale ten wygląd... Rewelacja.

Drożdżowy placek z pomidorkami koktajlowymi



Składniki:
(blacha 35x25 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 160 g masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

polewa:
  • 2 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka kremowego
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii

dodatkowo:
  • 420 g pomidorków koktajlowych

Mąkę przesiać do miski. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać 1/3 mleka. Ostawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać resztę składników. Wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 40 minut, do podwojenia objętości.

Blachę wysmarować masłem i wyłożyżyć rozwałkowanym ciastem, formując krawędź. Odstawić na 15 minut do napuszenia.

Pomidorki umyć i pokroić na połowy. Ułożyć na cieście skórką do dołu, delikatnie dociskając.

Jajka roztrzepać. Dodać serek i kremówkę, wymieszać dokładnie, żeby nie było grudek. Wsypać przyprawy, połączyć.
Wylać masę jajeczno-śmietanową na ciasto.

Piec 45-55 minut w 180 st. C.
Gdyby ciasto się zbyt szybko rumieniło, można wierzch przykryć folią aluminiową.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Cały czas ambitnie szukam nowego mieszkania, ale póki co jestem w polu. Jak już znajdę ciekawą opcję, w ostatniej chwili coś okazuje się nie tak. A to mikro łazienka, a to zbyt mała kuchnia, potem znów łazienka - nie dość że mała, to obskurna. A jak nie mieszkanie, to właściciel - jeden nie chce psa, drugi twierdzi, że dwoje młodych ludzi (o Szanownym Bracie nie zdążyłam nawet wspomnieć, bo mi przerwał) to za dużo do 130metrowego mieszkania (swoją drogą, ciekawe, kto w końcu tam zamieszka). Ale nie poddaję się, szukam nowych ogłoszeń i głęboko wierzę, że gdzieś czeka nasze mieszkanie idealne. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się je odszukać.