Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmaryn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmaryn. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pissaladiere, czyli cebularz po francusku

Jako dziecko bardzo na siebie uważałam. Nie przychodziłam do domu z pozdzieranymi kolanami, nie obnosiłam się z zadrapaniami i nie zeskrobywałam z zapałem strupów, a bliznami mogę się pochwalić czterema, z czego jedną mam po ospie, a trzech kresek na kolanie nabawiłam się podczas jednego wjechania w płot (dostałam śliczny nowy rower, niestety - bez hamulców w pedałach... Gdyby ktoś się zastanawiał, rower wyszedł z tego wypadku bez szwanku). Zapewne wynika to z faktu, że przez pierwszych siedem lat życia byłam jedynaczką, traktowano mnie jak księżniczkę, wszyscy nade mną skakali, chuchali i dmuchali (taki już los córki pierworodnej i długo wyczekiwanej wnusi - Dziadek, po dwóch synach, miał parcie na dziewczynkę). 
Ostatnio jednak - co mój Mąż stwierdził z niejakim przerażeniem - ciągle coś. Niecałe trzy miesiące temu przewróciłam w pracy stojak z ciastami - prosto na lewą stopę (o czym pisałam Wam tutaj). Skończyło się na prześwietleniu, orzeczeniu stłuczenia i jednym dniu wolnym, który wykorzystałam na wylegiwanie się na sofie - w pełni zasłużone! Tymczasem w minioną sobotę zahaczyłam stopą (tym razem lewą) o krzesło. Tak nieszczęśliwie, że jeden z palców przybrał barwę głębokiego fioletu przechodzącego z jednej strony w purpurę, a z drugiej w navy blue; jest elegancko napuchnięty i boli, kiedy choćby próbuję włożyć skarpetkę. Nie jest dobrze, oj nie... 

Teraz mam tylko nadzieję, że nie upomną się o mnie wszystkie choroby wieku dziecięcego, których nie przeszłam w odpowiednim czasie. Ich lista jest bowiem zatrważająco długa...

W zeszły piątek, dziewiątego lutego, obchodzony był Międzynarodowy Dzień Pizzy. Jest to jedno z tych uroczych świąt, o którym najczęściej zapominam, ale jeśli ktoś akurat mi przypomni, celebruję zapamiętale. No bo przecież każda okazja do świętowania jest dobra, a jeśli jeszcze jest wymówką do zjedzenia wyśmienitej pizzy, to po prostu nie mogę sobie odmówić. 
Umówiłyśmy się z dziewczynami na wspólne pieczenie, jednak tu coś wypadło, tam się obsunęło - i udało się dopiero dzisiaj. Nic straconego - pizzę można zjeść zawsze, nie tylko od święta!

Ja tym razem temat potraktowałam bardzo luźno, i po inspirację zamiast do Włoch, udałam się do Francji. Pissaladiere pochodzi z Nicei; to tam wypiekano placki na chlebowym cieście z dużą ilością karmelizowanej, mięciutkiej cebuli, czarnymi oliwkami i anchovies, i sprzedawano każdego poranka. 
Muszę przyznać, że od dawna miałam ochotę na ten francuski przysmak; anchovies kupiłam już jakiś czas temu, i tylko czekało na swoją kolej. Przepis znalazłam u Truskawkowej Ani, i zmieniłam tylko odrobinkę, nie odchodząc jednak zbyt daleko od tradycji. Ciasto jak na grubą pizzę, jest miękkie i delikatne; a cała góra słodkiej, skarmelizowanej cebulki z dodatkiem wyrazistych oliwek i słonych filecików anchovies smakuje po prostu obłędnie! Do tego całość jest prosta i stosunkowo szybka (jak na ciasto drożdżowe) do przygotowania. Oczywiście, obieranie i krojenie kilograma cebuli do zadań łatwych nie należy; dobrze jest przygotować sobie paczkę chusteczek, tudzież rolkę papierowych ręczników kuchennych i mieć je w zasięgu ręki - gwarantuję, że się przydadzą. Ale dla takiego smaku warto pocierpieć.

To jak, skusicie się na francuską wersję cebularza...?

Po inne danie, które pizzą jest lub przy odrobinie wyobraźni mogłoby za nią uchodzić, koniecznie zajrzyjcie do Mopsika

Pissaladiere


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 120 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
duszona cebula:
  • 5 łyżek oliwy
  • 2 łyżki masła
  • 1 kg cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g filecików anchois
  • 90 g czarnych oliwek bez pestek
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i zalać połową wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu dodać pozostałą wodę, zagnieść. Dodać sól, wyrobiź gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie cebulę obrać, pokroić w piórka.
Na patelni rozpuścić masło z oliwą, dodać cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i rozmaryn. Dusić pod przykryciem na małej mocy palnika przez 45-60 minut, aż cebula będzie zupełnie miękka, ale nie zrumieniona. Dodać ocet, só i pieprz, wymieszać, smażyć jeszcze 5 minut.

Ciasto rozwałkować na wielkość formy, ułożyć w formie wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć cebulę, a na niej ułożyć kratkę z anchois, wypełniając środki oliwkami.

Odstawić na 30 minut do napuszenia.

Piec w 220 st. C. przez 25 minut.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Dzisiaj za to mamy Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem. 
Macie jakieś...? Czy odręcznie piszecie już tylko wtedy, kiedy naprawdę trzeba...?

wtorek, 7 lutego 2017

Wspomnienie zimowej focacci i o tym, co w szkole słychać

I tak znów znalazłam się w internacie. Tym razem nie miałam tyle szczęścia co ostatnio, i dostałam współlokatorkę. Nie zrozumcie mnie źle - dziewczyna jest przemiła, ale... Brakuje mi chwili dla siebie. Od dwóch dni bez przerwy ktoś ze mną jest, a dawno już się od takiego stanu rzeczy odzwyczaiłam. Pokój jest malutki, drzwi od szafy skrzypią niemiłosiernie, a w łazience ledwo się mieszczą nasze dwie szczoteczki do zębów i wspólne mydło do rąk. Potrzebuję miejsca i czasu tylko dla siebie; a na to, niestety, trochę sobie poczekam...

Tymczasem w szkole jest ciekawie. Co prawda wczoraj dowiedziałam się, że na egzaminie muszę przygotować słynne duńskie kransekage, i jestem tym lekko przerażona, ale... W trzy tygodnie się nauczę, prawda...? Przynajmniej taką mam nadzieję... Póki co pomalutku pieczemy ciasta czekoladowe, cytrynowe i marchewkowe, dzisiaj przygotowaliśmy karmel, a jutro będę lepiła różyczki z marcepanu i malowała czekoladą. Świetna zabawa!
Szkoda tylko, że tak daleko od domu...

Dzisiaj mam dla Was przepis na focaccię, który znalazłam u Ani. Od razu się w nim zakochałam - połączenie słodkawej, karmelizowanej czerwonej cebuli i kwaśnej żurawiny z aromatycznym rozmarynem i nutą pomarańczy nie mogło się nie sprawdzić. I tak, brzmi całkiem świątecznie, ale za oknami typowo bożonarodzeniowa pogoda - śnieg sypie bezustannie od dwóch dni, przykrywając wszystko białym puchem. I jak tu się oprzeć świątecznym połączeniom smaków...?

Czyżbym aż tak wcześnie w tym roku miała zacząć z pierniczkami...?

Pomarańczowa focaccia z cebulą, żurawiną i rozmarynem


Składniki:
(na 1 focaccię)
  • 170 ml letniej wody
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki oliwy
  • skórka otarta z 1/2 pomarańczy
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku

dodatkowo:
  • 2 czerwone cebule
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 100 g świeżej żurawiny
  • świeży rozmaryn
  • płatki soli morskiej

Przesiać mąkę do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową wody. odstawić na 10-15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody, zagnieść ciasto. Dodać oliwę, sól, drobno posiekany rozmaryn, tymianek i skórkę z pomarańczy. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

W tym czasie obrać cebule, pokroić w piórka. Na patelni rozgrzać masło z oliwą, dodać cebulę i zeszklić. Zalać octem, podsmażać jeszcze chwilę, zdjąć z palnika i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na wielkość blachy z piekarnika. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 45-60 minut.
Na wyriśniętym cieście równomiernie rozłożyć cebulę, posypać żurawiną, igiełkami rozmarynu i solą morską.

Piec w 220 st. C. przez 20-25 minut.
Pokroić na mniejsze kawałki, podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

I wiecie co...? Wczoraj, z nudów, zaczęłam się uczyć. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle...

niedziela, 4 września 2016

Suszone pomidory. Z piekarnika

Wakacje dla trzynastu osób to prawdziwe wyzwanie logistyczne. Czasem ciężko jest zorganizować urlop dwójki w tym samym czasie, a co dopiero aż takiej grupy ludzi! Gdy więc się udało, wszyscy byli w siódmym niebie. 
Rodzice C. wynajęli domek letniskowy - domostwo właściwie, żeby całe towarzystwo pomieścić - w środku lasu. Jechałam tam sama, prosto z pracy. Gdy nagle nawigacja optymistycznie stwierdziła: Jesteś na miejscu, a tam tylko kawałek asfaltu i zielona, gęsta głusza, wpadłam w lekką panikę. Po kilku telefonach i pokrzepiających rozmowach, przejechałam jeszcze kawałek w głąb lasu - i moim oczom ukazał się ładny, biały dom. To właśnie tam spędziłam cały tydzień - z dala od szumu aut, z ledwo dychającym internetem, którym przestałam sobie zawracać głowę już następnego dnia, za to z basenem, dużym trawnikiem, stołami do piłkarzyków i bilarda. W dodatku pogoda dopisała - aż miałam wrażenie, że wyjechaliśmy z Danii. Słonko świeciło od rana do wieczora, i choć nogi nadal mam idealnie białe, to ramiona, plecy i twarz nabrały delikatnie brązowego koloru.

Całodniowa wycieczka do parku rozrywki okazała się świetną zabawą. Szaleliśmy niczym małe dzieci, śmigając na kolejkach wszelkiej maści. Najbardziej rozbawiła mnie dziewczynka, może sześcioletnia, która na zadane pytanie, czy mówię po niemiecku, otrzymała odpowiedź w postaci ostrożnego Nein, a i tak mówiła do nas bez przerwy przez całe pięć minut obracania się karuzeli. Ja natomiast wywołałam salwy śmiechu swoim ogromnym entuzjazmem dla kolejki, na której można było majtać nogami w wodzie. Przyznam się Wam w tajemnicy, że przejechałam się nią... Sześć razy! Ale ciii...

Po powrocie do domu pogoda postanowiła nam przypomnieć, że jednak jesteśmy w Danii, a jesień już za pasem. Mży i kropi, trochę wieje i ogólnie nie ma się ochoty wyściubiać nosa z domu. Szczęśliwie, ostatni tydzień urlopu postanowiliśmy spędzić w domowych pieleszach, nie ma więc takiej potrzeby, Mam zamiar upiec przynajmniej jedną szarlotkę (macie jakieś dobre przepisy na ciasta i przetwory z jabłkami...? Bo nasza jabłonka obrodziła wręcz zaskakująco), a za chwilę zabieram się za dżem figowy...

Póki co jednak powrócę duchem do słonecznego lata. Sezon na pomidory uciekł mi jakoś w tym roku; w ogóle lato minęło zaskakująco szybko. Gdyby nie fakt, że któregoś dnia C. obdarował mnie dwoma skrzynkami tych czerwonych, okrąglutkich warzyw (czy też raczej owoców), w ogóle bym się na nich nie skupiła. A tak powstał duży słoik suszonych pomidorów. Co prawda nie tradycyjnie na słońcu, ale bardziej przyziemną metodą - w piekarniku, jednak smakują naprawdę cudownie. Oliwa przeszła smakiem nie tylko pomidorów, ale też czosnku i rozmarynu; jest wprost idealna do polewania sałatek! Mam wrażenie, że może już być za późno na tego rodzaju przetwory, ale może będziecie pamiętać o tym przepisie za rok...?

Przepis znalazłam w starym numerze gazety Moje gotowanie poleca: Konfitury i spółka, nr 1/2014.

Suszone pomidory w oliwie


Składniki:
(na 1 słoik o pojemności 700 ml)
  • 2 kg mięsistych pomidorów
  • 4 łyżki soli
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki suszonej bazylii
  • 6 łyżek oliwy
zalewa:
  • 2 gałązki rozmarynu
  • 2 suszone papryczki chilli
  • 3 ząbki czosnku
  • oliwa do zalania

Pomidory umyć, przekroić na połówki. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia rozcięciem do góry. Posypać solą, cukrem i bazylią, skropić oliwą.

Suszyć w 75 st. C. przez 12-15 godzin.
Pomidory powinny być suche, ale nadal miękkie.

Pomidory przełożyć do słoiczków, przekładając rozmarynem i pokrojonym w plastry czosnkiem. Włożyć również papryczki. Całość zalać oliwą tak, żeby przykrywała pomidory.

Odstawić na minimum 3 dni.

Smacznego!


W tym tygodniu mam też zamiar nazbierać jeżyn - soczyste, niemal czarne i słodkie, mmm... Czy to jeszcze letnie owoce, czy już jesienne...? Zawsze mam z nimi problem...

środa, 13 kwietnia 2016

Różnica zdań, czyli dlaczego nie mogę pomalować sufitu. I wytrawne ciasteczka z rozmarynem

Jeszcze zanim podpisaliśmy dokumenty przypieczętowujące naszą przyszłość (i nie mam tu na myśli ślubu, ale kupno domu; choć w dzisiejszych czasach, mam wrażenie, łatwiej wykręcić się z małżeństwa niż kredytu hipotecznego), dyskutowaliśmy o nowym nabytku z wielkim zapałem. Ten, który wybraliśmy, jest niemal doskonały (wszyscy tak mówią, prawda...?), ale potrzebne są jednak pewne zmiany. Jedną z nich było zburzenie starego kominka; skoro jest nowy, a stary stoi nieużywany, to lepiej mieć po prostu trochę więcej miejsca, prawda...? Problemem okazał się... Sufit

Muszę tutaj zacząć od małej dygresji, żebyście zrozumieli mój problem. Otóż w Danii kupuje się zazwyczaj dwa komplety paneli: jeden na podłogę, jak Pan Bóg przykazał, a drugi na... Sufit. Na początku dziwiłam się niezmiernie; później się przyzwyczaiłam, a w końcu nawet mi się ta fanaberia spodobała. W naszym nowym domu na suficie leżą całkiem przyzwoite dechy, i naprawdę ładnie to wygląda. Co jednak zrobić z dziurą po kominie...? C. zaproponował płytki; takie paskudne, które mi osobiście kojarzą się ze szpitalem. Jest to rozwiązanie, które stosują Duńczycy, gdy nie stać ich lub po prostu nie chcą drewna na suficie. Mój stanowczy sprzeciw spotkał się z dezaprobatą i pytaniem o moje propozycje. Stwierdziłam więc rzecz oczywistą i rozsądną (w moim mniemaniu): pomalujemy.
Mina C.: bezcenna. Popatrzył na mnie jak na kompletną wariatkę; Jak to: pomalujemy...? Sufit...?

Okazuje się, że malowanie sufitu w Danii nie wchodzi w grę (no chyba, że jest to sufit w piwnicy, do której wchodzą tylko stali mieszkańcy, a i to nieczęsto). 
Dyskutowaliśmy o tym z zapałem przez trzy dni. Na końcu wyszło na jaw, że obecny właściciel jest klasycznym chomikiem, i ma jeszcze kilka desek, które bez problemu dziurę po kominku załatają. Ot, problem rozwiązany i wszyscy są szczęśliwi. Niech żyją panele sufitowe!

Na deser po tej całej historii ma dla Was ciasteczka, które też wywołały różnicę zdań. Część kosztujących je pokochała (ja), część znienawidziła (C.). Mają niesamowicie sypką, piaskową strukturę; bez szklanki wody albo herbaty się nie obejdzie. Można to oczywiście zmienić, zmniejszając nieco ilość masła i dodając jajko. Ciasteczka będą bardziej zwarte i kruche, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Mi odpowiadają takie, jakie są; ich zabawna struktura zaskakuje. C. się krztusił i stwierdził, że on tego jadł nie będzie.
Ciasteczka są lekko słone, rozmarynowe i pyszne. Moim zdaniem.
Zdecydowanie musicie sprawdzić sami, czy posmakują i Wam.

Przepis ze strony Green cookies.

Ciasteczka rozmarynowe


Składniki:
(na 30 sztuk)
  • 160 g mąki pszennej
  • 160 g mąki graham
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki drobno posiekanych igiełek rozmarynu
  • 200 g miękkiego masła
Mąki przesiać, wymieszać z cukrem, solą i rozmarynem. Dodać masło, zagnieść gładkie ciasto. Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 4-5 cm, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez przynajmniej 1 godzinę.

Schłodzone ciasto pokroić w 6-8 milimetrowe plastry. Układać płasko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Przede mną dzisiaj prawdziwe wyzwanie: mój pierwszy domowy tort ze zdjęciem. Będzie się działo!

sobota, 27 lutego 2016

Pozory mylą, czyli nie oceniaj książki po okładce, a człowieka po tatuażach. I konfitura z czerwonych pomarańczy

Przez ostatnie kilka dni przez piekarnię, w której pracuję, przewinęła się cała masa ludzi. Nie tylko goście, klienci i pani z telewizji, ale też znajomi piekarze, którzy wpadli pomóc w przygotowaniach do świętowania. W końcu tysiąc pięćset tortów Othello (kruchy spód z z czekoladą, krem cukierniczy, ciasteczka migdałowe, bita śmietana, biszkopt, glazura czekoladowa, obręcz z marcepanu i dekoracja z bitej śmietany) i cztery tysiące festelavnsboller (ciasto duńskie przełożone kremem cukierniczym, dżemem i bitą śmietaną), to nie przelewki. Ile chlebów i bułek napiekli w te trzy dni, nawet nie zliczę. Dzisiaj z pracy wszyscy wychodzili ledwo żywi i szczęśliwi, że nawet piekarnie mają urodziny tylko raz do roku...

W każdym razie, poza codziennymi kolegami, przy drewnianych stołach stanęło kilkanaście osób, których wcześniej nie widziałam wcale, albo tylko przelotem. Chłopak, który pojawił się dzisiaj, wzbudził we mnie rezerwę od pierwszego wejrzenia. No dobrze, bądźmy szczerzy: gdybym zobaczyła go na ulicy, czym prędzej przeszłabym na drugą stronę. Niewysoki, ale dobrze zbudowany, łysy, z tatuażem wynurzającym się spod koszulki i biegnącym przez kark na tył głowy. Akurat składał bochenki; jego mina zdecydowanie nie zachęcała do podejścia. 
A potem się uśmiechnął uśmiechem tak szczerym i rozbrajającym, że nie sposób na niego nie odpowiedzieć. Okazał się być sympatyczny i zabawny, a konwersacja o czekoladzie szła nam niezwykle gładko. Pracować z takimi ludźmi to sama przyjemność!

Od lat uczę się nie oceniać po pozorach; czasem jednak stereotypowe myślenie jest silniejsze i pierwsze wrażenie robi swoje. 
Zastanawialiście się kiedyś, jak Was widzą inni...? Przeczycie stereotypom, czy jesteście raczej w typie otwartej książki?

Sezon na czerwone, krwawe pomarańcze w pełni. Kocham je! Za ten niezwykle intensywny, ciemnorubinowy kolor i cudownie słodki smak.
Tym razem zamknęłam je w słoiczkach, żeby móc cieszyć się nimi, gdy na straganach będą królować truskawki czy jabłka. Z odrobiną rozmarynu smakują wyjątkowo; naprawdę ciężko się oprzeć, żeby nie podjadać konfitury prosto z garnka (parzy, uważajcie!).
Koniecznie zróbcie. Może przyda się do mazurka...?

Konfitura z czerwonych pomarańczy z rozmarynem


Składniki:
(na 4 słoiczki po 150 ml)
  • 2 kg czerwonych pomarańczy
  • 400 ml wody
  • 350 g cukru
  • 2 łyżki masła
  • 3 gałązki rozmarynu

Z połowy pomarańczy zetrzeć skórkę. Owoce wyfiletować, wycisnąć sok z resztek. Wszystkie błonki i pestki zawinąć w gazę lub włożyć do pończochy, zawiązać. Umieścić z pomarańczami, sokiem i całymi gałązkami rozmarynu w misce, zalać wodą i wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia jak najdokładniej wycisnąć zawiniątko, wyrzucić. Pomarańcze przelać do garnka, dodać cukier i masło, zagotować. Na małej mocy palnika gotować 2-3 godziny, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji (im dłużej gotowana, tym gęstsza będzie konfitura). 

Pod koniec gotowania wyjąć rozmaryn. Konfiturę przełożyć do wyparzonych słoiczków, zamknąć, ostudzić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


A jutro z rana prawdziwy luksus - można spać aż do drugiej! 
Może nie uwierzycie, ale naprawdę ogromnie się cieszę.

sobota, 19 września 2015

Focaccia pachnąca rozmarynem

Zapowiada się intensywny weekend. Najpierw spotkanie, po którym nie do końca wiem, czego się spodziewać, ale może wyniknie z tego coś dobrego. Później wieczór w towarzystwie współpracowników C.; pociesza mnie myśl, że w planie jest pięciodaniowa kolacja, więc przynajmniej kulinarnie nie będę się nudzić. W niedzielę musimy wpaść do rodziców C. i jak zwykle, pewnie się przeciągnie. A w poniedziałek... W poniedziałek jeszcze sama nie wiem co, ale czekam na niego bardzo niecierpliwie.
Ach, jak ja lubię być taka tajemnicza!

Teraz więc szybciutko i na temat.
Dawno już na blogu nie było domowego pieczywka. Wszystko dlatego, że chodząc do szkoły nie miałam potrzeby go piec; co chwilę przynosiłam ze sobą bułki i chleby wszelkiej maści. A później... Chyba dopadło mnie tematyczne lenistwo. Kilka razy myślałam o upieczeniu czegoś dobrego na weekendowe śniadanko, ale... Lenistwo zwyciężało, i kończyło się na bułkach z pobliskiej piekarni lub owsiance. 

W końcu jednak się przemogłam. Muszę przyznać, że dużą rolę odegrało tu niezwykle apetyczne zdjęcie z Hjemmets bedste mad, nr 7-8/2015, którą kupuję ostatnio regularnie. Prosta focaccia z kolorowymi pomidorkami, odrobiną rozmarynu i czosnku. To nie mogło się nie udać!
Przygotowanie ich wcale nie trwa bardzo długo, jest też raczej proste. A efekt? Wyjątkowo aromatyczny. No i pieczone pomidorki, których słodki smak po prostu uwielbiam.
Jako dodatek do zupy, albo w ramach przekąski między posiłkami. Smakują naprawdę wyśmienicie - polecam!

Focaccia z pomidorkami i rozmarynem


Składniki:
(na 6 sztuk)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 45 ml oliwy
  • 150 g mąki durum
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

dodatkowo:
  • 300 g pomidorków koktajlowych żółtych i czerwonych
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 gałązki świeżego rozmarynu
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka soli morskiej w płatkach
  • pieprz

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać cukier i wlać 100 ml wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie wlać resztę wody i dodać sól, zagnieść ciasto. Wlać oliwę, wyrobić gładkie, nielepiące ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto podzielić na 6 równych części. Z każdej uformować kulę, rozwałkować na placki grubości 4-5 mm. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Po tym czasie placuszki posmarować oliwą, ułożyć na nich przekrojone na pół pomidorki. Czosnek pokroić w cienkie plasterki, ułożyć na cieście razem z igiełkami rozmarynu. Posypać solą i pieprzem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30 minut, aż się ładnie zezłocą.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


A ja tymczasem kończę się pakować, i pędzę na umówione spotkanie. Po drodze mam zgarnąć jeszcze dwie uczestniczki, czyli połowę wszystkich zgromadzonych. Lepiej więc, żebym się nie spóźniła!

środa, 26 sierpnia 2015

Morelowo mi!

Mamy właśnie sezon na morele, brzoskwinie i nektarynki. Śliczne to owoce - okrąglutkie, żółto-pomarańczowe, często z intensywnie czerwonym rumieńcem. Kuszą ze straganów i naprawdę rozumiem, jak ciężko przejść obok nich obojętnie. Ja jednak najczęściej tak właśnie robię; morele wydają mi się mdławe, a drobne włoski na brzoskwiniowej skórce skutecznie mnie odstręczają. Z całej rodziny najbardziej lubię nektarynki; słodkie i miękkie zjadam z przyjemnością, gdy za oknem słonko radośnie przygrzewa.

W tym roku jednak zdecydowanie łaskawszym okiem spojrzałam na morele. Są słodkie, delikatne i mięsiste, o mało wyraźnym smaku. Ale dzięki temu znakomicie komponują się z różnymi dodatkami - klasyka to lawenda lub rozmaryn. I właśnie to ostatnie połączenie postanowiłam w swojej kuchni wykorzystać. Kupiłam koszyczek dojrzałych owoców, i za radą Marty zatopiłam je w masie sernikowej o delikatnej ziołowej nucie. Całość otulona kruchym ciastem, również za sprawą rozmarynu spersonalizowanym, smakowała po prostu bajecznie. Z tym, że mi, zamiast tarty, wyszedł bardziej sernik - bo to właśnie masa serowa jest tym, co lubię najbardziej...
Połączenie moreli z rozmarynem polecam Wam ogromnie - sprawdzi się też w dżemie czy na przykład w lodach. A w serniku to sama poezja. 
Spróbujecie...?

Morele i ich kuzynki do kuchni zaprosiły również Ania, Emilia i Mirabelka. Koniecznie sprawdźcie, co przygotowały!

Sernik rozmarynowy z morelami 

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 200 g mąki pszennej
  • 45 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych igiełek rozmarynu
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 3 łyżki budyniu waniliowego (proszek)
  • 3 jajka
  • 85 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 300 g moreli

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem pudrem i rozmarynem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

W tym czasie zagotować kremówkę z rozmarynem. Zdjąć z palnika, ostudzić.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg większy niż średnica tortownicy. Wyłożyć nim formę, formując dość wysokie brzegi. Gęsto ponakłuwać widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Z kremówki wyjąć rozmaryn.
Serek, kremówkę, budyń, jajka, cukier i ekstrakt zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.
Morele umyć, osuszyć, przekroić na pół i usunąć pestki. Ułożyć na masie serowej rozcięciem do góry.

Piec w 160 st. C. przez 60 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku, następnie schłodzić 3-4 godziny przed podaniem.

Smacznego!

Pisałam Wam już może, że w ramach pamiątek przywiozłam sobie z Polski książki? Sztuk trzynaście beletrystyki, jedną kucharską i cały stos magazynów o tematyce wiadomo jakiej. W kolejnym wpisie opowiem Wam o pierwszej ze stosu, którą przeczytałam na jednym niemal wdechu.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pomidorowe serce. I historia z dreszczykiem

Jestem Wam winna historię. O zwariowanym Duńczyku, który w pewnym momencie naprawdę mnie przestraszył, tylko wspomniałam. A historia mrozi krew w żyłach! No dobrze, może nieco przesadzam... Ale w mojej duńskiej, bardzo spokojnej rzeczywistości, zdecydowanie wyróżnia się na tle codzienności.

Zacznę może od początku: jechaliśmy z C. na spotkanie. Żeby nie było zbyt prosto - dwoma autami. On bowiem później musiał udać się do pracy, ja z kolei wybierałam się na ploteczki do koleżanki (nie ma jak sprawiedliwy podział obowiązków). On jechał przodem, z nawigacją, ja za nim, lekko tym faktem zestresowana. Zawsze troszkę się boję, że go zgubię (choć jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło).
W pewnym momencie wyprzedziło mnie małe, białe autko, starałam się więc patrzeń niejako przez nie, żeby C. z oczu nie stracić. A tu kierowca nagle zaczyna mrugać wszystkimi możliwymi światłami, zjeżdża na pobocze, a gdy chciałam go szybciutko wyprzedzić, wychylił się z okna niemal do połowy (co nie jest aż tak imponujące, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jechał Smartem) i zaczął szaleńczo machać rękami. Najpierw pomyślałam, że wariat. Później, że może coś mi od autka odpadło, a on się tym bardzo przejął. Na końcu, że może biedak umiera i w panice oczekuje pomocy. Na myślenie nie było dużo czasu; Smarcik był komunalny (w sensie - państwowy), więc doszłam do wniosku, że pan kierowca raczej mnie nie zamorduje (chwilę później wyrzucałam sobie taką lekkomyślność). Koniec końców - zatrzymałam się, C. odjechał w siną dal, a całkowicie obcy człowiek wpakował mi się bezceremonialnie na miejsce pasażera. Żebyście tylko widzieli moją minę! Zaczął mówić z prędkością światła, ciężko mi było go zrozumieć, bo ciśnienie podskoczyło mi z wrażenia do prawidłowego. Dopiero po kilku sekundach skupiłam się na tym, co on właściwie mówi. A on rozwodził się nad cudownością mojego auta! W pierwszej chwili byłam pewna, że z tych nerwów zupełnie zapomniałam duńskiego języka, okazało się jednak, że miałam rację - pan jest fanem starych mercedesów, a mój tak pięknie wygląda, że on chciałby wszystko o nim wiedzieć!
Z opresji wybawił mnie powracający na białym rumaku... Ups! W białym służbowym aucie, C. Ha! Jego mina, gdy zobaczył obcego mężczyznę siedzącego ze mną w samochodzie, była z pewnością jeszcze ciekawsza niż moja na początku tej przygody. Zatrzymał się, podszedł, i jak zaczęli rozprawiać... Pół godziny żeśmy tam stali! Aż się bałam, że spóźnimy się na umówione (wydawałoby się - w poprzednim życiu) spotkanie. Na szczęście zdążyliśmy.

I tutaj mała dygresja - C. również jest wielkim fanem swojego samochodu, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby rzucał się na niczego nieświadomych, Bogu ducha winnych kierowców, i prawił im półgodzinne wywody. Z drugiej strony - nie przebywam z nim cały czas, więc kto wie... A on teraz przecież bardzo dużo jeździ...

Wszystko dobrze się skończyło, ale naprawdę, był moment, że się naprawdę zdenerowałam. Zdecydowanie muszę popracować nad zachowywaniem zimnej krwi w sytuacjach stresowych, zamiast wyrzucania sobie, że największy nóż leży bezużytecznie w domu.

Na uspokojnie skołatanych nerwów, albo po prostu gdy jest sezon na piękne, soczyste pomidory, polecam Wam wyjątkową tartę. Klasycznej tarty tatin nigdy nie piekłam, z uwagi na brak odpowiedniej patelni, którą by można włożyć do piekarnika. Tu jednak nie jest ona potrzeba, bo niczego się najpierw nie podsmaża. Pomidorki w zalewie octowo-klonowej najpierw godzinę pieczemy, żeby wydobyć ich cudownie słodki smak i aromat, a następnie przykrywamy kruchym ciastem. Efekt, muszę przyznać, niebanalny. Danie cudownie proste w przygotowaniu, a smak zupełnie wyjątkowy. Jedyne drobne ale, to, moim zdaniem, zbyt duża ilość octu (a i tak zmniejszyłam jego ilość w stosunku do oryginalnego przepisu). To jednak oczywiście moje osobiste preferencje. Poza tym tarta wyszła przepyszna - idealnie kruchutkie ciasto, cudownie słodkie pomidorki - nie można się jej oprzeć.
Jedna tylko uwaga na koniec jeszcze - tartę należy przygotować w całej formie - bez odpinanych brzegów lub wyjmowanego dna. Inaczej soki się wyleją, i bez mycia piekarnika się nie obejdzie...

Przepis znalazłam na blogu Drink eat live niemal rok temu i bardzo żałuję, że za jego wykonanie zabrałam się dopiero teraz...

Pomidorowa tarta tatin

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 500 g pomidorków koktajlowych
  • 3 łyżki syropu klonowego
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 1 ząbek czosnku
  • Igiełki z 1 gałązki rozmarynu
  • 1 łyżeczka soli

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić przez 1 godzinę w lodówce.

W tym czasie umyć i osuszyć pomidorki.
Na dno formy wlać syrop, ocet i oliwę, dodać sól i dokładnie wymieszać. Na tej mieszance ułożyć pomidorki, jeden przy drugim. Na wierzchu rozłożyć przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekany rozmaryn.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.

Po tym czasie rozwałkować ciasto na okrąg nieco większy od średnicy formy. Wyjąć tartę z piekarnika, na wierzchu ułożyć ciasto, zawijając jego brzegi do środka, pod pomidory.

Piec w 220 st. C. przez 2-30 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Słonko grzeje. Czyż to nie cudowne...? 
Bardzo miła odmiana po duńskim podobno lecie.

Przepis oczywiście dodaję do akcji Mopsika.

Warzywa psiankowate 2015

czwartek, 26 marca 2015

Wiosna. I biscotti na wytrawnie

Wiosna. Wszystko powoli budzi się do życia - na drzewach i krzewach zielone pąki, na trawnikach fioletowe i żółte krokusy otoczone drobnymi przebiśniegami, na straganach wszyscy już chyba sprzedają żonkile. Słońce, jeszcze niezbyt gorące, ale jednak coraz cieplejsze, umila nam kolejne dni. Cudowne, jasne poranki, błyszczące krople rosy, w których odbija się błękit nieba. Rześkie powietrze, które nawet pachnie inaczej...
Niestety, to tylko marzenia. Tak naprawdę wieje i pada, a poranne mgły są tak gęste, że ledwo widać czubek własnego nosa. Ptysia patrzy na mnie z wyrzutem, gdy wyciągam ją na spacer, i czym prędzej stara się wrócić do domu. Nadal wypijam hektolitry gorącej herbaty, bo to chyba jedyne co sprawia, że nie dopadła mnie totalna frustracja. Tak naprawdę to chyba wolałam zimę - było zdecydowanie cieplej i przyjemniej...

Dobrze, dość narzekania. Przejdźmy do czegoś, co sprawdzi się nie tylko w szare i chłodne dni. Mam dla Was zupełnie wyjątkowe biscotti. Dlaczego wyjątkowe? Bo wytrawne.
Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z tymi ciasteczkami w niesłodkiej wersji. I tak jakoś mnie naszło... Efekt przerósł moje oczekiwania - są chrupiące (wiadomo), takie coś pomiędzy sucharkiem, a krakersem, w dodatku wzbogacone smakiem oliwek, suszonych pomidorów i przypraw. Będą idealne jako przekąska do piwa albo ciasteczko na drogę. Gwarantuję - jeśli spróbujecie, na jednym się nie skończy...

Biscotti z oliwkami i suszonymi pomidorami

Składniki:
(na 10-12 sztuk)
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 100 g zimnego masła
  • 2 jajka
  • 50 g suszonych pomidorów
  • 50 g zielonych oliwek

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia, solą, bazylią i rozmarynem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajka, szybko zagnieść ciasto. Dodać niezbyt drobno posiekane oliwki i pomidory, równomiernie rozprowadzić w cieście.

Z ciasta uformować gruby wałek, spłaszczyć, owinąć folią spożywczą. Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 30 minut.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić.

Przestudzone ciasto pokroić ostrym nożem z ząbkami na 1-1,5 cm plastry. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, w połowie pieczenia odwracając na drugą stronę.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

W maju jadę do Kopenhagi. Na całe cztery dni, na wycieczkę klasową. Już się nie mogę doczekać, tym bardziej, że te wycieczki co roku pełne są najróżniejszych atrakcji. Poza tym jestem pełna nadziei, że do tego czasu pogoda się poprawi, i wyjazd będzie dzięki temu jeszcze bardziej udany...

środa, 11 marca 2015

O ulubionych słowach. I babka z czerwonymi pomarańczami

Są takie słowa, czy w ojczystym, czy w obcym języku, które głęboko zapadają nam w pamięć. Czasem z uwagi na znaczenie, czasem na brzmienie, a czasami ot tak, po prostu - bo są pod jakimś względem wyjątkowe. Dla nas, bo dla postronnego obserwatora nie znaczą nic.
Moim absolutnie ulubionym duńskim słowem jest vovse-gebisset, co oznacza... Psią sztuczną szczękę. Usłyszałam to w duńskiej reklamie Pedigree (tej, gdzie psy, uśmiechając się, prezentują gwiazdorskie komplety uzębienia), i od razu wpadło mi w ucho. Uśmiecham się za każdym razem, gdy słyszę to słowo. Jego brzmienie totalnie mnie zauroczyło, choć znaczenie, no cóż... Nie to jest jednak najważniejsze.
Z kolei C., gdy Ptysia ma nieco dłuższe futro, nie nazywa jej inaczej niż kula futra. Nie mam pojęcia, co jemu się tak w tym zlepku podoba, ale zachwycił go od pierwszego razu, i używa z lubością, śmiejąc się przy tym do rozpuku.

A Wy? Macie swoje ulubione słowa? Zdarza Wam się w kółko powtarzać jeden wyraz, aż nabierze zupełnie innego charakteru? Rozbieracie słowa na części pierwsze? Mi się zdarza - dzięki temu często zapamiętuje słowa, które sprawiają mi problem. Albo takie, którymi lubię się delektować - ich dźwięk sprawia mi czystą przyjemność. Też tak macie?

Przechodząc do spraw bardziej przyziemnych, chciałabym zaprezentować Wam ciasto z czerwonymi pomarańczami. W zasadzie już te dwa słowa - czerwone pomarańcze - sprawiają, że aż drżę w środku. Uwielbiam je! Niby nie różnią się aż tak bardzo od zwykłych (i jeśli nie macie do nich dostępu, śmiało użyjcie właśnie pomarańczowych pomarańczy do tego ciasta), ale jednak w niuansach tkwi ogromna różnica. Ich kolor za każdym razem od nowa mnie oczarowuje, a smak, nieco słodszy od zwykłych, urzeka. Nie umiem się im oprzeć, i kupuję najczęściej, jak mogę (co niestety zdarza się rzadko, bo ciężko je dostać). Tym razem udało mi się nabyć kilka kilogramów, przygotowałam więc ciasto, a z reszty konfiturę, o której opowiem Wam niebawem.
Jeśli o babkę chodzi, znalazłam ją u Klaudyny, i nie potrafiłam się jej oprzeć. Pomarańcze są bowiem w cieście, w syropie, którym rzeczone ciasto nasączamy, oraz w lukrze. Całość smakuje intensywnie pomarańczowo, z lekką nutą rozmarynu w tle. Naprawdę wyjątkowe, i jednocześnie wyborne połączenie. Nieoczywiste i kuszące. Może taką niecodzienną babkę zafundujecie swoim bliskim na Wielkanoc...?

Babka potrójnie pomarańczowa z rozmarynem

Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2,5 l)
  • 200 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 2 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżeczki cointreau
  • 275 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

syrop:
  • sok z 3 czerwonych pomarańczy
  • 1 łyżka cukru
  • 3 gałązki rozmarynu

lukier:
  • 130 g cukru pudru
  • 2 łyżki syropu
  • 2 łyżki gorącej wody

Pomarańcze na ciasto wyfiletować, wycisnąć sok z pozostałych błonek i wszystko razem zmiksować blenderem.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Cały czas miksując, wlewać sok z cointreau, a następnie partiami dodawać przesianą z proszkiem do pieczenia mąkę.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. 40-45 minut, aż do suchego patyczka.

W czasie pieczenia przygotować syrop:
Sok przecedzić, wlać do garnuszka, dodać cukier i całe gałązki rozmarynu. Gotować na średnim ogniu, aż 1/3 płyny odparuje. 

Ciasto wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie 15 minut, wyjąć na kratkę i odstawić na kolejne 15-20 minut. Po tym czasie podgrzać syrop, a w cieście wykałaczką zrobić dziurki. Polać syropem (2 łyżki odłożyć na lukier), odstawić do całkowitego ostudzenia.

Gdy ciasto wystygnie, resztę syropu wymieszać z gorącą wodą, a następnie z przesianym cukrem pudrem. Polać lukrem ciasto, odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Tak, wiem, postów jest mało, w dodatku karygodnie zaniedbałam odwiedzanie moich ulubionych blogów. Ostatnio jednak mam mało czasu, ciągle gdzieś gonię, a jak już jestem w domu, to mam ochotę leżeć na kanapie i nic nie robić... Nawet za ulubionymi serialami ostatnio nie nadążam! 
Nie obiecuję poprawy, bo nie wiem, kiedy w końcu uda mi się ogarnąć... Mam nadzieję jednak, że wykażecie się zrozumieniem.

Babki Wielkanocne 2015

piątek, 21 listopada 2014

Duńskie bułki z parówką

Dzisiaj mam dla Was nietypowe bułeczki, bo z parówką. W dzisiejszym świecie, gdzie połowa ludzkości ogarnięta jest manią zdrowego żywienia, parówki często określane są mianem zła wcielonego. Że to zmiksowane najgorsze odpady, niedobre i niezdrowe. Ja uważam, że można dostać dobre parówki, tak samo jak dobrą i złą szynkę, czy lepsze i gorsze pieczywo. Wszystko jest kwestią wyboru.
Nie jadam jednak parówek zbyt często. Niespecjalnie za nimi przepadam, od czasu do czasu robimy domową wersję hot dogów, i to chyba tyle w temacie. Zawsze jednak kilka kiełbasek zostanie, i powstaje pytanie - co zrobić? Dwa dni z rzędu bułki z parówką w grę nie wchodzą. Aż pewnego dnia C. podrzucił mi pomysł na pølsehorn, i od tamtej pory pojawiają się one u nas zawsze po dniu hotdogowym.
Cóż to takiego? W dosłownym tłumaczeniu pølse to kiełbaska, a horn - róg. Kiełbasiane rożki...? Dziwnie to brzmi... W praktyce ciasto drożdżowe, takie jak na bułki, cienko rozwałkowane, posmarowane pastą z ketchupu, musztardy i różnych przypraw, owijamy wokół parówek i pieczemy. I już! Idealna przekąska gotowa. Świetnie nadają się na drugie śniadanie, bo nie trzeba robić kanapek, ale też można je podjadać przy oglądaniu filmu. U nas zawsze znikają szybko, bo są takie malutkie i urocze, i nie sposób im się oprzeć.

Mój przepis pochodzi z Alletiders kogebog, świetnego serwisu, gdzie można znaleźć mnóstwo inspiracji na duńskie dania.

Pølsehorn Karstena

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 400 g mąki pszennej
  • 165 ml mleka
  • 80 g masła
  • 16 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka soli

sos:
  • 2 łyżki ketchupu
  • 1/2 łyżki ostrej musztardy
  • 1/2 łyżki sosu sojowego
  • 1 łyżka słodkiej papryki w proszku
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 1/2 łyżeczki suszonego majeranku
  • 1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu
  • 1/2 łyżeczki kolendry w proszku
  • 1/2 łyżeczki chilli w płatkach

dodatkowo:
  • 4 długie parówki
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka

Masło z mlekiem rozpuścić. Zalać drożdże (płyn ma być letni, nie gorący), wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę, wymieszać z cukrem i solą. Wlać mleko z masłem i drożdżami, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 30-60 minut.

W tym czasie przygotować sos: dokładnie ze sobą wymieszać wszystkie składniki.

Wyrośnięte ciasto podzielić na pół. Każdą część rozwałkować na długość 2 parówek i szerokość 15-20 cm. Podzielić na 6 części po lekkim skosie. Szerszy koniec każdego paska posmarować sosem.
Każdą parówkę podzielić na 3 części. Układać kawałek parówki na sosie, zawinąć, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia łączeniem do dołu.
Odstawić do wyrośnięcia na 15 minut.

Jajko roztrzepać z mlekiem, posmarować bułeczki.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Przepis idealnie pasuje do Skandynawskiej akcji Mopsika.

Kuchnia skandynawska 2014

piątek, 5 września 2014

Jeszcze trochę letnia focaccia z jeżynami

Ja wiem - nudna już jestem z tymi jeżynami. Nic jednak nie poradzę, że jest ich zatrzęsienie, i coś muszę z nimi robić. Odczuwam mocny wewnętrzny przymus, bo wiem, że niedługo się skończą, i wtedy będzie mi smutno, że nie wykorzystałam ich tak bardzo, jak mogłam. Poza tym ich cudowny, lekko kwaśny, jedyny w swoim rodzaju smak, jeszcze się nam nie znudził. 
Dla Was mam dobrą wiadomość - jeśli nie macie lub nie chcecie ich używać, w większości przepisów można je zastąpić malinami, jagodami, czy nawet porzeczkami. Wszystko zależy od Waszej wyobraźni.

W tym jednak przypadku nie jestem pewna, jak sprawdzą się inne owoce. Jeżyny bowiem smakują tak dobrze w tym lekko wytrawnym zestawieniu, że sama nie zamieniłabym ich na nic innego.
Gdy tylko zobaczyłam ten przepis na blogu Zielony stolik wiedziałam, że muszę go czym prędzej wypróbować. Tak naprawdę następnego dnia pobiegłam nazbierać jeżyn, i zabrałam się za pieczenie (pozostałe składniki zawsze mam w domu). Wyszło coś fantastycznego - focaccia, czyli włoski, płaski chlebek, wytrawny, delikatnie rozmarynowy, soczysty od jeżyn. Smakuje wyśmienicie zanurzony w oliwie, lub - mniej tradycyjnie - przekrojony na pół i posmarowany cienką warstwą ulubionego dżemu.
Ja się w tym pieczywie zakochałam. Spróbujecie i Wy...?

Focaccia z jeżynami i rozmarynem

Składniki:
(na 1 sporą sztukę)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • igiełki z 1 gałązki rozmarynu

dodatkowo:
  • 2 łyżki oliwy
  • 115 g jeżyn
  • igiełki z 1 gałązki rozmarynu

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem, zalać 1/4 wody. Odstawić na 15 minut.
Rozmaryn do ciasta drobniutko posiekać. 
DO wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i posiekany rozmaryn. Zagnieść gładkie ciasto, odstawić na 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, po czym rozwałkować na grubość 1-1,5 cm. Ułożyć ciasto na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto posmarować oliwą, następnie palcem zrobić dość głębokie wgłębienia. Powciskać w nie jeżyny. Ciasto obsypać pozostałymi igiełkami rozmarynu, delikatnie wcisnąć je w ciasto.

Piec w 200 st. C. przez 20-25 minut, aż focaccia nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Od środy znów chodzę w sandałach. Szczerze mówiąc, nie myślałam, że tego lata będę mogła sobie jeszcze na to pozwolić. W tej chwili siedzę przed monitorem w letniej, białej spódnicy, bez skarpetek, i nie mogę przestać uśmiechać się do słonka zaglądającego mi przez ramię. 
Lato, trwaj!

czwartek, 21 sierpnia 2014

Malina z rozmarynem

Wyprawa do Kopenhagi? No cóż. Minęła spokojnie. Pociąg jedzie prawie trzy godziny, ale w doborowym towarzystwie czas mija szybko. Dużo się śmiałyśmy, trochę rozmawiałyśmy o poważnych sprawach. Dostałyśmy śniadanie, nieograniczony dostęp do kawy sprawił, że toaletę musiałam odwiedzać często, jednak zbawienny był dla osoby, która kompletnie odzwyczaiła się od wstawania o barbarzyńskiej porze, jaką jest wpół do piątej rano. Ciemno, zimno... Cieszę się ogromnie, że na co dzień już nie muszę tego robić.
Spotkanie? Było krótsze, niż myślałam (na szczęście), za to nudne jak flaki z olejem (jak mawia Babcia). Ale swoje odsiedziałam, uśmiechałam się nawet; myślę, że całkiem przyjaźnie. Po czym spędziłam kolejne trzy godziny w pociągu... Tu dwie panie konduktorki na nas nakrzyczały, że przecież siedzimy w wagonie, w którym obowiązuje cisza, a my co? Śmiejemy się tak, że gdyby nie dźwiękoszczelne drzwi, to by nas w całym pociągu słychać było. Na szczęście obie szybko się zreflektowały i przeprosiły za pomyłkę. Droga więc minęła nam radośnie, z kawą, czekoladkami, które dostałyśmy, i muffinami, które dla nas zabrałam (moje towarzyszki podróży, wcinając z apetytem, wyśmiewały się z tego, że zawsze mam ze sobą ciasto. Ciekawa jestem, czy by się tak śmiały, jakby musiały całą drogę jechać głodne...).
Wróciłam do domu wcześniej, niż myślałam, ale i tak byłam zmęczona okrutnie. Po niemal nieprzespanej nocy i długiej podróży, kiedy napięcie już opadło (nieco się tym spotkaniem denerwowałam), przespałam jednym cięgiem dwanaście godzin. Ach, jak mi było dobrze...
Porozumienie nie zostało osiągnięte, czeka mnie więc przynajmniej jeszcze jedna podróż. Zanim jednak terminy zostaną ustalone, może minąć sporo czasu... Póki co więc, nie muszę o tym myśleć.

Pogoda jest, jaka jest. U nas ciągle popaduje, wieje niemiłosiernie, jest coraz chłodniej. Zamiast herbaty mrożonej pijam gorącą, mam już za sobą pierwszy kubek kakao. Na przekór - dla Was mam dzisiaj lody.
Lody malinowe z rozmarynem zobaczyłam pierwszy raz w którejś z moich książek, chociaż oczywiście, gdy już chciałam się za nie zabrać, nie mogłam znaleźć przepisu. Zadziałałam więc intuicyjnie, i lody wyszły jak marzenie.
Lody przygotowałam na żółtkach, są więc absolutnie cudownie kremowe. Mają śliczny kolor, są mocno owocowe (nie jak sorbet, ale zadowalająco), z lekką nutą rozmarynu w tle. Gdybym dodała posiekany rozmaryn, pewnie jego smak byłby wyraźniejszy (i jeśli chcecie taki efekt osiągnąć, to polecam ten sposób), nie chciałam jednak niczym zakłócić idealnie kremowej konsystencji.

Przygotowałam je z malin, które sami zebraliśmy w lesie, narażając się na ataki ze strony wielgachnych pokrzyw i straszliwie strasznych pająków. Udało się zebrać raptem trzysta gram; poza tym nie były specjalnie zachwycające. Małe, troszkę zgniecione, średnio słodkie. Na lody jednak - idealne.

Lody malinowo-rozmarynowe

Składniki:
(na 800 ml lodów)
  • 300 g malin
  • 200 ml mleka
  • 3 gałązki rozmarynu
  • 100 g cukru
  • 3 żółtka
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

Mleko zagotować z całymi gałązkami rozmarynu, ostudzić.
Gdy mleko całkowicie ostygnie, wyjąć rozmaryn, zagotować raz jeszcze. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać mleko do żółtek, cały czas mieszając. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając (nie gotować!), aż masa nieco zgęstnieje. Zdjąć z palnika, przecedzić, ostudzić.

Maliny zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko, żeby pozbyć się pestek.

Malinowe puree wymieszać z masą jajeczną i kremówką na gładką masę. Przelać do maszyny do lodów, a po zakończeniu jej pracy do plastikowego pojemniczka na lody. Zamrozić.

Smacznego!

A jutro, zamiast bułek, będzie coś pysznego. Z jeżynami. A jak!

piątek, 20 czerwca 2014

Chleb z rabarbarem. Bo dlaczego by nie...?

Rabarbar jadam głównie na słodko, jako dodatek do ciast, deserów czy lodów. Uwielbiam, gdy jego kwaśny smak równoważony jest przez słodkie dodatki. Świetnie komponuje się z mnóstwem innych smaków: oczywiście z truskawkami, ale też na przykład ze słodkimi malinami, z miodem czy z jeszcze kwaśniejszą cytryną. Wyśmienicie smakuje w serniku. A kiedy potrzebna mi odurzająca dawka rabarbaru, zanurzam łodygę w cukrze i przypominam sobie stare, dobre czasy. Mmm...

Gdy w Bag brød zobaczyłam chleb z rabarbarem, nie mogłam mu się oprzeć. Ciekawiło mnie ogromnie, jak to wszystko będzie razem smakowało. Dodatek rozmarynu tylko przyśpieszył wdrożenie planów w życie.
Smak chleba jest zaskakujący - nie ma w nim bowiem cukru, a miodu jest za mało, żeby zniwelować kwaśny smak. Jednak nawet bez słodkich dodatków pieczony rabarbar łagodnieje, i gdy natrafiamy na jego kawałki, nie wykrzywia nam buzi, ale wspaniale ożywia całość. Subtelne nuty rozmarynu i miodu pasują tutaj idealnie - miód równoważy smaki, a rozmaryn nadaje wytrawnego charakteru. 
Ja już upiekłam go dwa razy. Spróbujecie i Wy...?

Chleb z rabarbarem i rozmarynem

Składniki:
(na 1 bochenek)
  • 150 g rabarbaru
  • 3 gałązki rozmarynu
  • 25 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżki miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka oleju
  • 100 g mąki żytniej
  • 400 g mąki pszennej

dodatkowo:
  • 3 łyżki wody

Mąki przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Dodać 1 łyżkę miodu, i 1/3 wody, odstawić na 15 minut.
W tym czasie pokroić rabarbar w plastry i drobno posiekać rozmaryn.
Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostałą wodę i miód, wlać olej. Wyrobić ciasto. Kiedy będzie odchodzić od miski, dodać rozmaryn i rabarbar, dokładnie wgnieść w ciasto.
Odstawić na 45-60 minut do wyrośnięcia.

Z wyrośniętego ciasta uformować bochenek. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięty bochenek skropić wodą.

Piec w 250 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i dopiekać jeszcze 20-25 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!

Jeszcze tylko tydzień szkoły przede mną. Strasznie jestem podekscytowana nadchodzącymi wakacjami - mam mnóstwo planów (część uległa zmianie, ale pewnie tak właśnie miało być...) i oczekiwań, głównie względem pysznych, soczystych, słodkich, polskich owoców. Mniam!

piątek, 2 maja 2014

Bułki czosnkowe - idealne na grilla

Maj, sezon grillowy czas zacząć! Ja już go otworzyłam - w zeszłą niedzielę. Razy dwa.
Po urodzinach Natalii, na których zostaliśmy uraczeni kiełbaskami, karkówką i szaszłykami, z grilla rzecz jasna, udaliśmy się na kolejne urodziny - tym razem do młodszej Siostry C. Tam również grill - burgery, piersi z kurczaka i kiełbaski w ilości wystarczającej na wyżywienie pułku wojska. Uff... Najadłam się. Bardzo. Ale jakie to było dobre! Uwielbiam mięsko z grilla. Z przyjemnością również zauważyłam, że obyło się bez kłopotów żołądkowych, które mnie nękały w zeszłym roku. Niech żyje wiosna i grillowanie!

Najlepszym dodatkiem do mięs z grilla, poza jakąś pyszną surówką czy inną sałatką, jest pieczywo czosnkowe. Ten zapach, ten smak! Poezja. Dzisiaj mam więc dla Was propozycję bułeczek czosnkowych - smakują wyśmienicie. Choć myślałam, że smak będzie intensywniejszy. Jeśli więc jesteście fanami czosnku, możecie zwiększyć jego ilość. Koniecznie dajcie znać, jak wyszło.

Przepis, oczywiście, z mojej ulubionej Brød: 100 lækre opskrifter. Nie potrafię się oprzeć tym przepisom...

Bułki czosnkowe

Składniki:
(na 8 sztuk)
  • 350 ml mleka
  • 6 ząbków czosnku
  • 500 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 11 g suszonych drożdży
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 3 łyżki oliwy z oliwek

dodatkowo:
  • 3 łyżki wody

Czosnek przecisnąć przez praskę, dodać do mleka, zagotować. Zdjąć z ognia, przestudzić - mleko ma być letnie, nie gorące.
Mąkę wymieszać z solą, drożdżami i ziołami. Wlać mleko i oliwę, zagnieść gładkie ciasto.
Odstawić na 1 godzinę wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 8 części, z każdej uformować podłużną bułkę.
Odstawić na 20-30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki naciąć po skosie dwa razy, spryskać wodą.

Piec w 220 st. C. przez 20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

I znów weekend... Ja ten czas szybko leci...
Tym razem jednak przeważą obowiązki nad przyjemnościami - z uwagi na Wielkanoc poza domem, opóźniły nam się wiosenne porządki. Czas zakasać rękawy, i zabrać się do roboty!

piątek, 11 kwietnia 2014

Drożdżowe wianuszki

Dzisiaj mam kolejną propozycję na bułeczki do wielkanocnego koszyczka. Wyjątkowo dobrze prezentujące się wianuszki - ich oryginalny kształt przyciąga wzrok. W dodatku smakują wyśmienicie, i są banalnie proste w przygotowaniu.

Miałam w domu resztę marynowanego czosnku, która została po którymś obiedzie. Stał tak sobie i stał biedak w lodówce, aż stwierdziłam, że trzeba by się za niego zabrać. Niewiele myśląc, wyrobiłam proste ciasto na bułeczki, jednak dodatek czosnku i ziół sprawia, że zdecydowanie zyskuje na smaku i aromacie. Pachnie bowiem obłędnie, a smakuje wyjątkowo. Wbrew pozorom wcale nie jest ostre, bo marynowany czosnek jest bardzo delikatny. Jego zapach nie zabija zapachu rozmarynu i estragonu, ale idealnie się z nimi komponuje. A na wierzchu czarnuszka, której zapach i smak pasują do całości idealnie.
Stwierdziłam jednak, że zwykłe okrągłe bułeczki mi się znudziły, i zaplotłam wianuszki. Moim zdaniem są urocze. I tak jakoś... Wielkanocnie mi się kojarzą.
Spróbujecie...?

Wianuszki z marynowanym czosnkiem i czarnuszką

Składniki:
(na 4 sztuki)
  • 500 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 65 g marynowanego czosnku
  • 60 ml oleju ze słoiczka z czosnkiem
  • 1 łyżeczka suszonego estragonu
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki czarnuszki

Drożdże pokruszyć do miseczki, dodać cukier i 2 łyżki mleka. Dokładnie wymieszać. Dodać 1 łyżkę mąki, połączyć. Odstawić zaczyn na 15 minut.

Do dużej miski przesiać mąkę, wymieszać z solą. Dodać zaczyn, resztę mleka, jajko i olej. Zagnieść ciasto.
Czosnek drobno posiekać, dodać do ciasta razem z estragonem i rozmarynem. Wyrobić - ciasto może się nieco lepić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie podzielić ciasto na 8 równych części, z każdej uformować wałeczek. Zawinąć po dwa razem, z każdego warkocza uformować okrąg.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut.
Wyrośnięte bułeczki posmarować mlekiem, posypać czarnuszką.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!

Jeszcze tylko kilka godzin, i jedziemy. Nie mogę się doczekać! Choć sama podróż to średnia przyjemność, to cel zdecydowanie wart jest siedzenia w aucie przez te dziesięć godzin. 

sobota, 22 marca 2014

Zupa nie tylko zimowa

Tę zupę ugotowałam już jakiś czas temu, gdy ciągle zima straszyła rychłym śniegiem i wszyscy żyliśmy w niepewności - trzeba będzie zmieniać opony na zimowe, czy nie...? Na szczęście obyło się bez zmian, zima już przestała dmuchać zimnem w twarze (tych, którzy bąkają o śniegu w kwietniu po prostu nie słucham), za to zostało wspomnienie pysznej zupy, która na wczesną wiosnę też będzie jak znalazł.

Przypadkiem zauważyłam ją u Agatki, i z radością zabrałam się do dzieła. Zupa jest prosta i szybka w przygotowaniu, a smakuje wybornie. Lekko kwaśne pomidory złagodzone ciecierzycą, którą uwielbiam. Czosnek rozgrzewa, subtelna nuta rozmarynu nadaje zupie charakteru. Nam bardzo smakowała, z pewnością powtórzę ją jeszcze nie raz - na szybki obiad w tygodniu jest po prostu idealna!

Włoska zupa krem z ciecierzycy

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 puszki ciecierzycy (2x400 g)
  • 1 puszka pomidorów (400 g)
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 500 ml bulionu
  • 1 łyżka masła
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól
  • pieprz

Czosnek przeciśnąc przez praskę. Razem z rozmarynem podsmażyć na maśle. Kiedy całość zacznie intensywnie pachnieć, dodać pomidory razem z płynem. Całość zalać bulionem, gotować przez 15 minut. Po tym czasie dodać odcedzoną ciecierzycę, gotować jeszcze 5-10 minut.
Odłożyć 4 łyżki ciecierzycy, wyjąć rozmaryn, resztę zupy zmiksować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, wlać kremówkę.
Podawać gorącą, z odłożoną wcześniej ciecierzycą.

Smacznego!

Już za trzy tygodnie jedziemy do Polski! Nie mogę się doczekać - mam nadzieję, że pogoda dopisze, i uda nam się zrobić wszystko, co planujemy. Wielkanoc w domu - cudownie!