Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buraki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buraki. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2018

O tym, jak prawie zostałam feministką. I różowe bułeczki z buraczkami

W sobotę C. był w pracy cały dzień (nie zmyślam; bite trzynaście godzin), a ja po zrobieniu wszystkiego, czego nie musiałam, ale co przyszło mi do głowy, w końcu zasiadłam na kanapie z książką, kawą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I kiedy tak siedziałam sobie zupełnie spokojnie, w końcu zaczęło mi się robić chłodno. Sięgnęłam po koc - ale to nie to. Zamarzył mi się ogień na kominku!

I tutaj mała dygresja - jestem jedną z tych staromodnych kobiet, które lubią, gdy otwiera się im drzwi, pomaga nieść ciężkie torby z zakupami, odsuwa krzesło w restauracji i... Rozpala się dla nich w kominku. C. doskonale to rozumie (albo może lepiej będzie powiedzieć, że pogodził się z zaistniałym stanem rzeczy) i robi dla mnie to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Kominek więc stanowi dla mnie prawdziwą tajemnicę - C. coś tam przy nim pomajstruje, a potem pojawia się ogień i robi się ciepło. Proste, prawda? 
Ha! Nie do końca.
Włożyłam do kominka szczapę, kawałek wymiętoszonej gazety, podpaliłam i czekałam na cud, który się nie zdarzył. Papier spłonął błyskawicznie... I tyle. Ponowiłam próbę - z tym samym, niestety, rezultatem. Podrapałam się w głowę, dołożyłam drewna i gazet, spróbowałam znowu. 
Powoli, najpierw nieśmiało, później nawet dziko, na kominku zaczął buzować ogień. 

Dumna byłam z siebie niesłychanie! Na co mi mężczyźni, skoro potrafię rozwikłać takie tajemnice, i to w zaledwie pół godziny? Krzesło też umiem sama odsunąć, a ciężkie zakupy zawsze można wnieść na dwa razy. Ostatnio nawet zupełnie sama dolałam płynu do spryskiwaczy w aucie, i to do właściwego pojemnika!
Dołożyłam do ognia raz, drugi... I skończyły mi się polana. Uniosłam brew i kategorycznie oznajmiłam moim psom, że ja w te pająki to na pewno nie pójdę!
Porzuciłam więc ideę zostania feministką i pokornie poczekałam na C., żeby ocalił swą damę z opresji (groźba zamarznięcia może nie była realna, ale... W baśniach zawsze się dramatyzuje bez potrzeby). 

Dzisiaj mam dla Was przepis na wyjątkowe bułeczki - idealnie poprawiające humor już samą swoją barwą. W magazynie Bage og sylte, nr 1/2017 zdjęcie bułeczek było zrobione przed ich upieczeniem - kolor jest niesamowicie intensywny! W piekarniku nieco blednie; staje się głębszy i ciemniejszy, ale nadal robi odpowiednie wrażenie. Wszystko za sprawą startych buraczków - sprawiają, że zwykłe pieczywo nie tylko staje się niezwykle przyjemne dla oka, ale jest wilgotne i naprawdę długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi ziaren bułeczki są jeszcze bardziej treściwe; świetnie nadają się do wytrawnych, ale też słodkich dodatków.

Po inne smakołyki z pieczonymi buraczkami koniecznie zajrzyjcie do Patrycji.

Bułki z buraczkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g mieszanki 5 ziaren
  • 200 g buraków
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 225 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
Mieszankę ziaren zalać wrzątkiem.
Buraki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Drożdże rozmieszać w kilku łyżkach wody, następnie wlać pozostałą wodę, dodać odciśnięte ziarna, syrop i buraki. Wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę orkiszową, dodać płynne składniki, zagnieść. Dodać sól, połączyć. Na końcu partiami dodawać mąkę pszenną.
Dobrze wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując duże odstępy.
Odstawić na 25-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


U mnie mieszanka pięciu ziaren to ziarna jęczmienia i żyta, słonecznik, sezam i siemię lniane. Nie wiem, czy w Polsce można kupić taką gotową; jeśli nie, można je kupić osobno i wymieszać samemu w dowolnych proporcjach. 
Mleka użyłam tylko do posmarowania bułeczek; zamiast tego można spryskać je wodą, i będą idealne dla alergików. 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zimowa pizza

Spóźniona raptem miesiąc, zawitała do nas zima. Taka z prawdziwego zdarzenia: z oprószonymi śniegiem chodnikami i parkowymi alejkami, oblodzonymi szybami i szosami (szczególnie o trzeciej nad ranem), oszronionymi konarami nagich drzew i temperaturą zdecydowanie ujemną. Minus dziesięć to już nie przelewki! Na szczęście mam cieplutki, czerwony płaszcz i nowy szalik, który udziergała mi na drutach Siostra (dziękuję!). I choć marznę permanentnie, uśmiecham się, gdy biały puch skrzypi pod stopami, a niesamowicie jaskrawe słońce świeci prosto w oczy. Otulam się ciepłymi swetrami, piję ciągle lekko parzącą język herbatę i cieszę się, że jutro mam wolne. Może w końcu upiekę drożdżówkę...?

Gdy mam chwilę wolnego, a najlepiej cały dzień, lubię sięgnąć po drożdże. Mam wtedy czas, żeby dobrze wyrobić ciasto, a potem cierpliwie czekać, aż wyrośnie. Lubię podglądać przez szybkę piekarnika, jak rośnie; podwaja, potraja swoją objętość. Magia! Czasem żałuję, że rozumiem, jak działają drożdże...

I dzisiaj też mam dla Was przepis na coś z drożdżami, choć jeszcze nie pulchniutką, słodziutką drożdżówkę. Zamiast tego: obiad. Pizza.

Kto nie lubi pizzy, ręka w górę! Nikt...? Tego się właśnie spodziewałam.
W zależności od nastroju, może przybrać najróżniejsze formy. Ta jest na spodzie z dodatkiem mąki graham, który dzięki niej nabiera dodatkowej chrupkości. Na wierzchu buraki i ser pleśniowy. Hmm... Nie jestem fanką tego ostatniego... Tutaj smakował nieźle, ale z kozim byłaby jeszcze lepsza (moim zdaniem, rzecz jasna). Za to pieczone buraczki, mmm... Poezja. 
Jeśli więc macie trochę czasu, zachęcam do wypróbowania przepisu.

Pizza z burakami i serem pleśniowym


Składniki:
(na 3 pizze)

spód:
  • 350 g mąki pszennej
  • 150 g mąki graham
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 400 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy

sos:
  • 150 g serka kremowego
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g pomidorów z puszki
  • 1 ząbek czosnku
  • i łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 1 duży burak
  • 150 g miękkiego sera z niebieską pleśnią
  • 150 g wędzonego boczku
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 150 g żółtego sera

Mąki przesiać, wymieszać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem i zalać 100 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dolać letniej wody, zagnieść. Dodać sól i oliwę, wyrobić gładkie ciasto (może się delikatnie lepić).
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Serek wymieszać z kremówką i pomidorami, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, sól, pieprz i zioła. Połączyć.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części. Każdą rozwałkować na okrąg nieco mniejszy niż średnica kamienia. Posmarować sosem, ułożyć plasterki buraczków, sera pleśniowego i cebuli, posypać pokrojonym w kostkę boczkiem, a na końcu startym żółtym serem.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Podawać gorącą.

Smacznego!


Zawsze sobie obiecuję, że popołudnia takie jak to, będę spędzać na słodkim nieróbstwie. Zamiast tego dostaję nieoczekiwany zastrzyk energii (który przydałby się dużo bardziej w inne dni), i odczuwam głęboką, wewnętrzną potrzebę działania. 
Też Wam się to zdarza...?

niedziela, 13 grudnia 2015

Zamiast barszczu

Lubicie barszcz?
Nie pytam, czy jecie, bo to rozumie się samo przez się. Każdy przecież musi spróbować barszczu w Wigilię; przynajmniej w moich stronach. Wiem, że na południu jada się zupę grzybową lub rybną, albo jeszcze jakieś inne cuda... Ale na naszym stole, odkąd pamiętam, dwudziestego czwartego grudnia, zawsze stawał barszcz. Babcia robiła marynarski, lekko ostry; Mama troszkę oszukuje i nie nastawia zakwasu, ale barszczyk i tak smakuje wybornie. 

Szczerze mówiąc, ja przechodziłam różne etapy. Bywało, że sama wypijałam pół dzbanka; rok później brałam zaledwie dwa łyki. O co chodziło...? Nie mam pojęcia. Po prostu czasem miałam na niego ochotę, a czasem nie...
Teraz już się za barszczem stęskniłam. Od kilku lat spędzam Święta w Danii, a tu się barszczu nie jada... Już więc sobie wyobrażam jego smak i zapach, i aż mnie ciarki z podniecenia przechodzą. Mmm...

Jakoś nigdy nie pomyślałam o tym, żeby sobie samej barszcz ugotować. No nie wiem dlaczego... Ale z pewnością i do tego kiedyś dojrzeję. Póki co, gdy nachodzi mnie ochota na krwistoczerwoną zupę, sięgam po buraczkowe kremy. Eksperymentów było już kilka, ostatni zaliczam do jak najbardziej udanych. 
Przepis znalazłam na blogu Pod zielonym niebem, i od razu mi się spodobał. Dodatek jabłka jest wręcz tradycyjny; owoc ten doskonale łagodzi nieco ostry smak buraczków. Ale kasza jaglana...? Tego jeszcze nie próbowałam. Efekt był taki, jak się spodziewałam: zupa wyszła cudownie gęsta i sycąca, raczej łagodna, pyszna. No i ten kolor! Coś pięknego.

Dla tych, którzy postanowili w tym roku nie iść w kierunku tradycji, idealnie nada się na świąteczny stół. Dla tych, którzy sobie Wigilii bez barszczu nie wyobrażają, proponuję spróbować w każdy inny dzień roku. Nie rozczarujecie się!

Krem buraczkowo-jabłkowy z kaszą jaglaną


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 600 g buraczków
  • 2 marchewki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka oliwy
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • sól
  • pieprz
  • 50 g kaszy jaglanej
  • 550 ml wody
  • 350 ml soku jabłkowego

dodatkowo:
  • 1 jabłko

Buraczki obrać, pokroić w ćwiartki, marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół.
Na balsze położyć duży arkusz folii aluminiowej. Ułożyć buraczki, marchewki i lekko zmiażdżone ząbki czosnku, polać oliwą, posypać solą i majerankiem. Zawinąć szczelnie w folię.

Piec w 180 st. C. przez 1,5 godziny.

W tym czasie kaszę zalać 350 ml wody, zagotować. Gotować pod przykryciem, aż kasza wchłonie całą wodę. Zmiksować blenderem na gładką masę.
Upieczone buraczki, marchewkę i wyłuskany czosnek dodać do kaszy. Zalać sokiem i pozostałą wodą, zmiskować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Jabłko pokroić na plastry grubości 3-4 mm. Podsmażyć z obu stron na patelni grillowej, aż lekko zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Przed podaniem zupę podgrzać. Podawać z grillowanymi plastrami jabłek.

Smacznego!


Coraz bardziej udziela mi się świąteczna atmosfera. Dom już udekorowany, nawet choinka dumnie pręży się przy stole. Pachnie cynamonem, piernikiem i mandarynkami. 
Jak ja lubię ten czas!

niedziela, 14 grudnia 2014

Zamiast barszczu

Nie jestem szaloną wielbicielką barszczu. W ogóle do buraków mam stosunek ostrożny - smakują dość charakterystycznie, i poza buraczkami do obiadu przez długi czas nie widziałam dla nich innego zastosowania. Później przyszło ciasto z ich dodatkiem, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, i od tamtej pory staram się dla nich, choćby od czasu do czasu, znaleźć miejsce w mojej kuchni. Wypróbowałam już kilka wersji zup kremów z ich udziałem, i muszę powiedzieć, że coraz bardziej mi się ta koncepcja podoba. Mają piękny, intensywny kolor i smak, którego nie da się z niczym pomylić. Dobrze komponują się z delikatnymi dodatkami, które łagodzą ostry smak buraczków. 
Jak napisałam wyżej - prawdziwy barszcz przygotowuje Babcia na Święta, i piję go z bulionówki ze smakiem, ale tylko ten jeden dzień w roku. Poza tym nawet o nim nie myślę. Wydaje mi się zresztą, że są takie potrawy, które tylko w Święta smakują nadzwyczajnie; poza tym okresem tracą swoją magię, powszednieją, nie urzekają... 

Dlatego gdy na blogu Posadzone i zjedzone znalazłam przepis na krem z buraczków, stwierdziłam, że będzie on świetną alternatywą dla barszczu, którego zrobić po prostu nie potrafię. A ostatnio przygotowałam najlepsze pierogi świąteczne (o nich już niebawem) i jakoś tak nie mogło się obyć bez wyrazistego smaku buraczków... To chyba ten grudzień tak na mnie działa.
Przepis mnie nie zawiódł - zupa wyszła pyszna. Chilli nadaje jej ostrzejszego smaku, dodatek dyni, choć sam w sobie niezbyt wyczuwalny, idealnie łagodzi smaki. Całość rewelacyjnie smakuje z pierogami, choć i bez nich można się w niej zakochać.

Zupa krem z buraków i dyni

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 szalotki
  • 500 g buraczków
  • 1 jabłko
  • 750 ml bulionu
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1/4 łyżeczki chilli w płatkach
  • 1/2 łyżeczki majeranku
  • 2 łyżki masła
  • 350 g musu z dyni
  • sól
  • pieprz

Szalotki obrać, pokroić w kostkę.
Buraczki i jabłko obrać, pokroić w kostkę.
Na maśle zeszklić cebulę, dodać kolendrę, chilli i majeranek, podsmażać jeszcze chwilę. Dodać buraczki i jabłko, zalać bulionem. Gotować, aż buraczki zmiękną, dodać puree z dyni. Zmiskować całość na gładki krem, doprawić do smaku solą i pieprzem. Przed podaniem podgrzać.

Smacznego!

Śnieg oczywiście stopniał, ale zrobiło się naprawdę zimno, jest więc szansa, że jednak doczekam się białych Świąt.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Już jestem. I krem w wyjątkowym kolorze

Jestem.
Znaczy byłam cały czas. Więc inaczej.
Jestem tu. Znowu.

Czasami w życiu człowieka przychodzi taki moment, że jedyne, co jest w stanie zrobić, to zwinąć się w kuleczkę na kanapie, najlepiej z butelką z gorącą wodą w zasięgu, i tak sobie pół siedzieć i pół leżeć. Przez kilka dni. Dopóki penicylina nie zacznie działać, i wyprostowanie się nie grozi bolesnym skurczem. Na szczęście ten etap mam już za sobą, więc pełna życia, energii i penicyliny wracam do pisania.

Tak naprawdę zostałam mocno zmotywowana przez Tatusia, który ostatnio odkrył Pożeraczkę. Podobno pewnego nawet jeszcze nie poranka, bo czwarta to była, wstał i przeczytał całość od deski do deski (chyba któregoś dnia zrobię mu test. Nie, żebym nie wierzyła, że przeczytał, ciekawa jestem, ile z tego zapamiętał...). Podziwiam - mi by się nie chciało... Ale to chyba taki rodzicielski instynkt. Czy coś.

Dzisiaj będzie zupa. Tak sobie pomyślałam, że skoro Wigilię spędziliśmy po duńsku, to zrobimy sobie namiastkę polskich Świąt. Myślałam o barszczu, ale to jednak zadanie dla wtajemniczonych. Muszę jeszcze trochę poczekać... Zamiast barszczu znalazłam na blogu Matka wariatka bardzo ciekawy zamiennik - krem z buraczków z malinami. Brzmi ciekawie, nieprawdaż...? Wyjątkowo wręcz. Czym prędzej więc zabrałam się do pracy.
Wyszedł dobry, ale nie powalił nas na kolana. Maliny prawdopodobnie były za kwaśne, bo zupa wyszła bardzo wyrazista w smaku - dla mnie aż za. Następnym razem trochę pozmieniałabym proporcje. I przetarła maliny przez sitko, a dopiero potem dodała do zupy - tak chyba byłoby szybciej i wygodniej.
Przepis podaję tak, jak robiłam. Może się skusicie na taką śliczną, intensywną w kolorze zupkę...?

Krem z pieczonych buraków z malinami

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 1,5 kg buraków
  • 500 g malin
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 1 łyżka masła
  • 500 ml bulionu
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 4 łyżki creme fraiche (18%)

Buraki przekroić na pół, ułożyć na blasze.

Piec w 160 st. C. przez 1 godzinę.

Przestudzić, obrać ze skórki, pokroić w kostkę.
Cebulę pokroić w kosteczkę.
W dużym garnku na maśle zeszklić cebulę. Dodać buraki i maliny, chwilę smażyć. Zalać całość bulionem, gotować przez 15-20 minut.
Zupę zmiksować na gładki krem, następnie przetrzeć przez gęste sito.

Przed podaniem podgrzać, udekorować kleksem śmietany.

Smacznego!

W tej zupie szalenie podoba mi się jej kolor - wręcz hipnotyzujący. Nieco rozczarowała mnie natomiast konsystencja - mimo przetarcia przez sitko jest lekko grudkowata, co widać na zdjęciu. Smaku to nie ujmuje, ale... Muszę ją zrobić jeszcze raz, koniecznie.

piątek, 16 listopada 2012

Ciasto z dziwnym, czerwonym składnikiem

Przy okazji buraczkowej zupy wspomniałam, że zostało mi całe mnóstwo tego cudnie barwiącego wszystko wokół warzywa. Prosiłam o pomoc w wymyśleniu zastosowania dla niego - i za wszystkie propozycje serdecznie dziękuję. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w pierwszym odruchu nie sięgnęła po... Ciasto. Jasna sprawa.

Jeszcze parę lat temu na myśl o cieście z buraczkami tylko bym się skrzywiła, i pięć minut później nie pamiętała o tym co najmniej idiotycznym pomyśle. Teraz jednak już wiem, że ta idea idiotyczna nie jest w żadnym razie, co więcej - uśmiechnęłam się na myśl o nowym wyzwaniu. W mojej kuchni nie raz gościło już ciasto marchewkowe, ostatnio dynia również sprawdziła się na słodko. Kilka niewarzywnych dziwactw też już przetestowałam z dużym sukcesem. 

O dodaniu buraczków do ciasta słyszałam już wcześniej, ale dopiero Shinju mi o tym przypomniała, kiedy znalazłam się w potrzebie. Przeszukałam jej bloga w poszukiwaniu rzeczonego, ale nie udało mi się znaleźć, w związku z czym zaczęłam wertować moje książki. Przepis znalazłam w uroczej Saved by cake autorstwa Marian Keyes. Kupiłam ją już jakiś czas temu, bo zachęciła mnie kolorową, lukierkową okładką i pozytywnymi recenzjami. Uwielbiam ją przeglądać, gdyż pełna jest apetycznych, barwnych zdjęć i ciekawych historii, zaznaczyłam też kilkanaście przepisów, które chciałabym wypróbować jak najszybciej, jednak jakoś nie było okazji. 
Marian pisze, że na początku ciężko jej było przejść od sałatkowego buraczka do postrzegania go jako składnika słodkiego ciasta, jednak nie żałuje, że się skusiła. Ja nie żałuję również, bo ciasto wyszło bardzo czekoladowe i pyszne. W pierwszej chwili byłam nieco rozczarowana - kiedy spróbowałam go zaraz po upieczeniu, jeszcze lekko ciepłe, było strasznie suche, a tego w ciastach nie lubię. Byłam zaskoczona, gdyż warzywa nadawały ciastom, które piekłam do tej pory, czasem nawet zbyt dużej wilgotności. Zniechęcona (pierwszy przepis z buraczkami, pierwszy z nowej książki), odstawiłam ciasto do następnego dnia. Ostrzegłam nawet C., że szału nie ma. Jednak kiedy spróbowałam ponownie... Przez noc ciacho nabrało wilgoci, jednak nie straciło sprężystości i miękkości. Gdzieś w tle czuć delikatny, niezidentyfikowany smak (C. nie miał pojęcia, że dodałam buraczki), jednak przede wszystkim ciacho jest obłędnie czekoladowe i pyszne! Zamiast lukru polałam ciasto czekoladą (a jak!), ale żeby zachować słodziutki styl Marian, posypałam je truskawkowymi perełkami. 
Naprawdę warto było dać mu drugą szansę.

Czekoladowe ciasto z burakami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 280 g buraków
  • 1 łyżka octu z białego wina
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • 125 g miękkiego masła
  • 120 g jasnego brązowego cukru
  • 120 g ciemnego brązowego cukru
  • 3 jajka
  • 225 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 30 g kakao
  • 1/4 łyżeczki soli

polewa:
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • 50 ml mleka (3,5%)

dodatkowo:
  • truskawkowe kuleczki

Buraki obrać i gotować w wodzie z octem przez 1-1,5 godziny.
Wyjąć z garnka, ostudzić. Zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
W drugiej misce przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera.
Do masy dodać buraki, dokładnie zmiksować. Następnie wlać czekoladę, połączyć.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki wysmarować masłem. Ciasto przelać do formy, wyrównać powierzchnię.

Piec 60-70 minut w 180 st. C, aż wbity w ciasto patyczek będzie suchy.
Ostudzić.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z mlekiem, polać ostudzone ciasto. Wierzch ozdobić kuleczkami.

Smacznego!

A jakich dziwnych składników Wam zdarzyło się używać do ciast? I nie mówię o marchewce, bo to piekli już chyba wszyscy.

piątek, 9 listopada 2012

Gotowanie z Maggie: pyszny krem z buraczków

Jesień to czas zup, zgodzicie się? Robią się praktycznie same (przynajmniej te z przepisów, po które ja sięgam), są sycące i wspaniale rozgrzewają po powrocie do domu. W dodatku mogą poprawić nastrój cudnym, intensywnym kolorem.

Kiedy Maggie wspomniała, że ma w planie krem z buraczków od razu wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Dwa lata temu, jako szczęśliwa posiadaczka ogródka, miałam w ogrodzie buraczki i nawet ugotowałam botwinkę, ale było ich malutko i nie wrosły jakoś specjalnie, więc długo się nimi nie cieszyliśmy. Zawsze chciałam sama ugotować buraczaną zupę - bo do tej pory jadałam tylko Babciowy barszczyk w Święta. Maggie pokazała mi przepis na Dales life (który sama znalazła w Scandilicious Signe Johansen - mam nadzieję, że stanę się szczęśliwą posiadaczką tej książki jeszcze w tym roku) i zaproponowała wspólne gotowanie. Nie wahałam się ani chwili! W środę po pracy udałam się do sklepu na poszukiwanie buraczków i, jak się okazało, zmuszona byłam udać się do tego położonego dalej, z bogatszym asortymentem. Jednak nawet tam nie mieli świeżego imbiru... Niezrażona, kupiłam chrzan, bo mi się z buraczkami kojarzy. Nie mam pojęcia, jak zupa smakowałaby z imbirem i dodatkiem owoców jałowca (które byłam przekonana, że mam, ale jednak nie znalazłam, a drugi raz do sklepu to już mi się iść nie chciało), ale w mojej wersji jest po prostu boska! Delikatna, z nutką przypraw wyczuwalną na końcu języka. Gęsta i kremowa, po prostu zachwycająca! Jeśli chcecie spróbować czegoś innego od tradycyjnego barszczu - polecam ten krem z pełną odpowiedzialnością.

I oczywiście dziękuję Maggie za przygarnięcie mnie do wspólnego gotowania - jak zawsze miło jest się z Tobą spotkać w wirtualnej kuchni, a efekty tym razem przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Aromatyczny krem z buraków


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 500 g buraków
  • 1 cebula
  • 1 marchewka
  • 60 g selera
  • 2 łyżki masła
  • 2 gwiazdki anyżu
  • 1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka tartego chrzanu
  • 1 l bulionu
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 1 łyżka Akvavitu
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 4 łyżki creme fraiche (18%)
  • szczypiorek

Buraki, marchewkę, seler i cebulę obrać i pokroić w kostkę.
W garnku na maśle podsmażyć ziele, gałkę, imbir, chrzan i anyż. Dorzucić cebulę, zezłocić. Anyż wyjąć.
Do garnka dodać pozostałe warzywa, zalać bulionem, wlać sok z cytryny, ocet i Avavit. Gotoać na średnim ogniu przez 20-30 minut, aż warzywa zmiękną.
Zupę zmiksować na gładko.

Przed podaniem wymieszać z creme fraiche, ozdobić posiekanym szczypiorkiem.

Smacznego!

W związku z tym, że buraczki czerwone mocno są, polecam do ich obróbki używać jednorazowych rękawiczek (co uczyniłam), nie polecam za to kroić ich w ulubionym, białym podkoszulku - może się to skończyć tragicznie. Dla podkoszulka. I tych, którzy akurat staną na drodze.

Macie jakieś pomysły, co mogłabym zrobić z pozostałymi buraczkami, w ilości półtora kilograma? W sklepie mieli tylko w tak dużych woreczkach, a że byłam zdesperowana i bardzo chciałam tej zupy, nie zawahałam się ani przez chwilę. A nie będę jej gotować cztery razy z rzędu, bo przestanie mi smakować... Czekam na podpowiedzi, buraczków starczy pewnie na wypróbowanie wszystkich.

piątek, 1 lipca 2011

W kolorze czerwonym

Uff... Niby wolny dzień, a zmachana jestem bardziej, niż jak normalnie do pracy idę. Rano wizyta w urzędzie trochę mi ciśnienie podniosła (czy ci ludzie naprawdę zawsze muszą robić pod górkę...?), później przyjemniejsze wysłanie kartek wywołało uśmiech spod maski irytacji. Po drodze do domu kupiłam śliczne, pachnące truskawkami truskawki, ale o nich opowiem Wam innego dnia. 
Poza tym że sprzątałam, pakowałam i z psem spacerowałam, przygotowałam też dla moich Panów całkiem niezły obiad. Wykorzystałam sprawdzony już spód, znaleziony w gazetce Pieczenie jest proste, nr 5/2009, ale tym razem zaszalałam z farszem. Wzorowałam się na tym od Zauberi, choć zmieniłam to i owo, głównie ze względu na wielkość blachy. Miałam wielką ochotę na botwinkę z ciastem drożdżowym - i mam. I powiem Wam, że jest pyszna. Buraczki zdecydowanie grają pierwsze skrzypce, cała reszta jest cudownym dodatkiem. Na kruchym pewnie też byłoby pysznie, ale jednak drożdżowe, to drożdżowe... Nie do podrobienia. Polecam Wam z całego serca obie wersje, bo taka odsłona botwinki (dla mnie zupełnie nowa) z pewnością warta jest wypróbowania.

Dodam jeszcze, że choć lista składników wydaje się długa, tak naprawdę w większości to po prostu przyprawy. Podane ilości są orientacyjne - ja dałam tyle, i wyszło lekko ostre, co dobrze współgra z delikatną masą jajeczno-śmietanową. Oczywiście należy ich ilość dopasować do własnego gustu.

Placek drożdżowy z botwinką



Składniki:
(blacha 35x25 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 160 g masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

nadzienie:
  • 650 g botwinki z buraczkami
  • 2 łyżki masła
  • 2 łyżki czosnku w płatkach
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki chilli w płatkach
  • 1/2 łyżeczki kminku
  • 1/2 łyżeczki majeranku
  • 2 łyżki świeżego koperku

polewa:
  • 2 jajka
  • 160 g twarożku kremowego
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

Mąkę przesiać do miski. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać 1/3 mleka. Ostawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać resztę składników. Wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 40 minut, do podwojenia objętości.

Blachę wysmarować masłem i wyłożyżyć rozwałkowanym ciastem, formując krawędź. Odstawić na 15 minut do napuszenia.

Botwinkę i buraczki pokroić. Na głębokiej patelni rozpuścić masło, podsmażyć czosnek. Dodać botwinkę, smażyć około 10 minut. Wsypać przyprawy, wymieszać, podsmażać aż do całkowitego wyparowania płynu. Przestudzić.

Jajka roztrzepać, dodać twarożek i śmietanę, wymieszać trzepaczką na gładką masę.

Na drożdżowy spód wyłożyć buraczki, zalać masą jajeczną.

Piec w 220 st. 40-50 minut (jeśli boki zrumienią się zbyt szybko, przykryć folią aluminiową.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Wybaczcie, że dzisiaj tak na szybko, ale przed jutrzejszym wyjazdem jeszcze tyle do zrobienia... 
Gwoli wyjaśnienia: jedziemy na wesele do Kuzyna moich Panów (którego nie znam, podobnie jak większości Rodziny...), jutro rano wyruszamy, w niedzielę wieczorem wracamy. Eskapada będzie pewnie dość męcząca, ale mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić (to moje pierwsze wesele, a nie chciałabym się zrazić...). Trzymajcie kciuki za powodzenie misji, i do napisania w przyszłym, mam nadzieję spokojniejszym, tygodniu.