Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brownies i blondies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brownies i blondies. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lipca 2017

Szalona wyprawa C. i brownie. Z wiśniami i chałwą

O tym, że zmieniłam Niemca na Francuza, już Wam pisałam. Nie wspomniałam jednak, co było przyczyną tak zdecydowanego kroku. Odpowiedź jest prosta: rdza. Zżera biednego mercusia od spodu niczym wygłodzona mysz. A Duńczycy to naród specyficzny, rdzy nie tolerujący. Gdy nadszedł więc w końcu tak przerażający nas moment, czyli przegląd, zgodnie z naszymi najczarniejszymi przewidywaniami, autko go nie przeszło. I nie przejdzie, póki rdzy nie usuniemy. Do ostatniej, najmniejszej plamki. 
Oczywiście, koszt takich zabiegów w Danii przekracza - i to znacznie - wartość samochodu. C. jednak czuje się z nim związany bardzo grubym emocjonalnym sznurkiem, stwierdził więc, że działania podejmiemy w Polsce. Wiązało się to z karkołomną wyprawą, którą odbył w zeszły weekend. Nocna jazda do moich Rodziców, zostawienie autka pod pieczą Taty i powrót busem. 
I tu zaczynają się schody...

Kiedy w końcu udało mi się znaleźć firmę, której pracownicy chcieli ze mną rozmawiać w miarę przystępny sposób, byłam zachwycona. Ustaliliśmy odjazd na niedzielę między ósmą a dziewiątą, i wszystko byłoby pięknie, gdyby przed szóstą C. nie dostał smsa z lakoniczną informacją, że odjazd, z uwagi na awarię busa, opóźni się o pięć godzin.
Na tę wieść uniosłam brew w wyrazie irytacji, i czym prędzej sięgnęłam po telefon, żeby się w sprawie rozeznać. Pani, która wcześniej była bardzo miła, w niedzielę o siódmej rano nagle stała się dość nieprzyjemna i burkliwa. Na moje pytanie, co się właściwie dzieje odparła, że bus się zepsuł i trzeba sprowadzić nowy. Z Koszalina. Aha. Czy w takim wypadku mają przewidziane zniżki dla klientów? Oczywiście, że nie - niemal krzyknęła moja rozmówczyni z wyraźnym oburzeniem. Przecież to wypadek losowy, i co niby oni mają na to poradzić...? Na usta cisnęła mi się riposta, że trzymanie zapasowych busów na miejscu, zamiast na drugim końcu Polski, byłoby całkiem niezłym początkiem... 
I żebyście nie zrozumieli mnie źle - nie chodzi mi o to, że nagle chciałam zaoszczędzić. Ale gdyby pani zaproponowała, choćby i najdrobniejszą, rekompensatę, miałabym wrażenie, że zależy jej na kliencie. Zamiast tego burczała na mnie rozeźlonym głosem, co sprawiło, że pomyślałam, że albo takie sytuacje zdarzają się tak często, że nie mogą pozwolić sobie na straty z tym związane, albo swoich klientów mają po prostu w nosie. I jedna, i druga opcja sprawiły, że z pewnością już z ich usług korzystać nie będę.
Czarę przepełnił fakt, że kierowca, mimo solennych zapewnień wtedy jeszcze miłej pani, po angielsku potrafił wybąkać ze dwa zdania, co według mnie płynną angielszczyzną nie jest. Biedny C. zupełnie nie potrafił się z nim dogadać; na szczęście jeden z pasażerów przyszedł mu z pomocą. 
Nie jest lekko, oj nie...
Albo to może ja jestem zbyt wymagająca...?

Czekając na C. pomyślałam, że umilę mu powrót do domu ciastem. Zbiegło się to ze wspólnym wiśniowym gotowaniem, sięgnęłam więc po przepis z bloga Ginger & honey, który kusił mnie od dawna. Połączenie kleistego, intensywnie czekoladowego brownies z kwaskowatymi wiśniami i słodką chałwą jest obłędne. Sprawdziłam już to połączenie w torcie urodzinowym i wiedziałam, że się nie zawiodę. Ciasto wyszło bardzo wyraziste w smaku, z odpowiednio zbalansowaną słodyczą i głębokim smakiem. I mimo, że dość ciężkie, nie sposób oprzeć się dokładce...

Po przepisy na inne smakołyki z wiśniami koniecznie zajrzyjcie do MirabelkiAni i Mopsika.

Brownie z wiśniami i chałwą


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 75 g ciemnej czekolady (70%)
  • 75 g mlecznej czekolady
  • 115 g masła
  • 20 g kakao
  • 70 g cukru
  • 3 jajka
  • 95 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 115 g wydrylowanych wiśni (mogą być ze słoika)
  • 100 g chałwy
Czekolady posiekać, umieścić w garnuszku razem z masłem, rozpuścić. Zdjąć garnek z palnika, dodać kakao i cukier, wymieszać. Po jednym wbijać jajka, dokładnie mieszając po każdym dodaniu (najlepiej trzepaczką). 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą, dodać do masy czekoladowej. 
Przelać masę do formy, na wierzchu ułożyć wiśnie, na nie pokruszyć chałwę.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Mirabelki:

wtorek, 28 marca 2017

Ciasto na wiosnę. Różowe

W weekend mieliśmy gości. Jak zawsze w tego typu sytuacjach, po dwóch pięknych, słonecznych dniach, przyszła szarawa sobota i deszczowo-mglista niedziela. W planie był długi spacer, z którego, wbrew pogodowym przeciwnościom, nie zrezygnowaliśmy. W pewnym momencie co prawda utknęliśmy, i mimo szczerych chęci, próby off-roadu na nic się zdały. Ptysia, czarna jak święta ziemia, zaraz po powrocie wylądowała pod prysznicem. Pączusi się upiekło - krótkie futro ma jednak swoje zalety.

Zmęczeni i zdyszani, zasiedliśmy przy okrągłym stole kuchennym, popijając ciemne piwo i obserwując ciężko pracującego nad posiłkiem C. Żeby nie było - swój wkład w rzeczony posiłek miałam, w postaci domowych bułek do burgerów. C., poza kwintesencją, czyli mięsem, przygotował też sos grzybowy z porto, który zdetronizował wszystko inne. Był tak pyszny, że - jestem pewna - nie tylko mi śni się po nocach.
Później przenieśliśmy się na kanapę, i przy dźwiękach muzyki rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W międzyczasie raczyliśmy się zielonkawym sernikiem i gulaszem przygotowanym nad ogniskiem (smak nie do podrobienia), a spać poszliśmy późno... A raczej wcześnie. Zależy, z której strony spojrzeć.

Tymczasem z pracy dostałam zadanie domowe. Tak, tak, okazuje się, że uczeń ma się uczyć. Ha! To dopiero nowość...
Niemniej, miałam przygotować ciasto inspirowane wiosną. I przygotowałam.
Najpierw kombinowałam z czymś zielonym, ale gdy koleżanka wspomniała o herbatce z hibiskusa, którą niedawno piła i która bardzo jej smakowała, natchnęło mnie tak, że nie mogłam przejść obok rzeczonego natchnięcia obojętnie.

Spód to blondie, na nim sernik z białą czekoladą - a to wszystko dla zrównoważenia kwaskowatego, malinowo-hibiskusowego musu w bajecznym kolorze. Wierzch oblałam polewą lustrzaną - na drugim zdjęciu widać, jak się w niej wszystko pięknie odbija. Udekorowałam ciasto bezikami posypanymi liofilizowanymi malinami oraz świeżymi owocami. I choć oblewanie nie wyszło mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła, to i tak z ciasta zadowolona jestem. Uroczo różowe, tchnie optymizmem. Bardzo wiosenne - moim zdaniem.

Pamiętajcie, że przy oblewaniu ciast polewą lustrzaną macie tylko jedną szansę. Na zmrożonym cieście polewa zastyga błyskawicznie, a próby poprawek sprawią, że będzie tylko gorzej. Dlatego z podanego przepisu polewy Wam zostanie - dzięki temu jednak pole manewru jest szersze, łatwiej całą sprawę załatwić.

Do ciasta jak najbardziej można użyć malin mrożonych. A właśnie ciasto z mrożonymi owocami było tematem naszego wspólnego gotowania. Koniecznie więc zajrzyjcie do Ani i sprawdźcie, co ona upichciła.

Sernik z białą czekoladą, musem malinowo-hibiskusowym i malinową polewą lustrzaną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

blondie:
(na formę o średnicy 16 cm)
  • 1 żółtko
  • 10 g cukru
  • 30 g masła
  • 30 g białej czekolady
  • 30 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 150 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
mus malinowo-hibiskusowy:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki suszonych kwiatów hibiskusa
  • 100 ml wody
  • 55 g cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g malin
  • 110 g białej czekolady
  • 4 listki żelatyny
  • różowy barwnik spożywczy
dodatkowo:
  • maliny świeże
  • maliny liofilizowane
  • beziki
Żółtko utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie podgrzać masło z czekoladą, aż czekolada się rozpuści. 
Mąkę przesiać z proszkiem.
Do ubitego żółtka dodać czekoladę, połączyć. Wsypać mąkę, wymieszać.

Ciasto wyłożyć do formy o średnicy 16 cm wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Przygotować masę serową:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
100 ml kremówki zagotować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. 
Gorącą kremówką zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać serek, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do masy czekoladowo-serowej, delikatnie wymieszać.

Na spodzie tortownicy o średnicy 18 cm ułożyć spód, następnie wylać masę serową.
Zamrozić.

Maliny na mus umieścić w garnuszku z wodą i kwiatami hibiskusa. Zagotować, odstawić pod przykryciem, aż całkowicie ostygną.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Maliny przetrzeć przez sitko, przełożyć z powrotem do garnuszka. Dodać cukier, podgrzać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.

Kremówkę ubić, delikatnie połączyć z malinami. Wylać na masę serową, zamrozić.

Przygotować polewę:
Maliny przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier, glukozę, kremówkę i maliny podgrzać, aż wszystko się dobrze połączyć. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać masą posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ewentualnie dodać nieco barwnika.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Wyjąć zmrożone ciasto z zamrażarki, oddzielić obręcz ostrym nożem. Ułożyć ciasto na kratce. Polać polewą uważając, żeby dokładnie oblać boki. Zostawić na kilka minut do zastygnięcia, przełożyć na paterę. Udekorować malinami świeżymi i liofilizowanymi oraz bezami.

Smacznego!


A czy ciasto przypadnie do gustu nauczycielom, dowiem się już jutro.

środa, 8 marca 2017

Egzamin, urodziny i sernik kasztanowy w polewie lustrzanej

Egzamin na wypiekacza (nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć, żeby nie brzmiało śmiesznie. Chodzi o pierwszy stopień nauki na cukiernika lub piekarza; właśnie po tych egzaminach wybiera się konkretną specjalność, a jeśli po jednej przyjdzie delikwentowi ochota na drugą, zaczyna właśnie od tego punktu) to nie przelewki. Sześć identycznych chlebów razowych na zakwasie bez dodatku mąki pszennej, sześć identycznych chlebów specjalnych na zakwasie lub starterze, dwa razy po dziesięć ciast z dwoma rodzajami musu lub musem i galaretką, udekorowanych polewą lustrzaną lub spryskanych czekoladą, dwa razy po dziesięć suchych ciast, czyli dowolnych wypieków, które poza lodówką mogą stać do pięciu dni, nic nie tracąc ze swojej świetności, oraz przynajmniej pięćset gramowa konstrukcja z ciasta marcepanowego. Chleb żytni przygotowuje się dnia poprzedniego, tak samo starter na chleb jasny. Jego pieczenie i cała reszta w dzień egzaminu, a na to wszystko raptem pięć godzin! Wydaje się dosyć...? Uwierzcie - nie jest! Czas pędzi jak szalony, a ostatnia godzina to czysta panika, trzęsące się ręce i uczucie, że jeszcze tyyyyle brakuje.

Nie było lekko. I oczywiście - nie zdążyłam ze wszystkim. Na szczęście błędy okazały się drobne, a połączenia smakowe, na które się zdecydowałam, z uwagi na ich oryginalność (szczególnie mus cynamonowy z wsadem z jarzębiny), zrobiły wrażenie na cenzorach. Z sali egzaminacyjnej wyszłam nie do końca usatysfakcjonowana, ale za to dużo mądrzejsza. Aż ciężko uwierzyć, ile można się dowiedzieć o sobie i ciastach w ciągu zaledwie pięciu godzin!

Tymczasem dziś w Polsce mamy święto nie tylko wszystkich kobiet (moim kochanym Czytelniczkom składam najlepsze życzenia!), ale też urodziny mojej Mamy. Dlatego pomyślałam, że ciasto, które udało mi się na egzaminie chyba najlepiej, będzie z tej okazji idealne. 

Mamy tutaj spód brownie z dodatkiem mlecznej czekolady dla złagodzenia intensywnego, czekoladowego smaku (z samą ciemną czekoladą nieco przytłaczał pozostałe elementy) oraz delikatny sernik kasztanowy pod pierzynką z musu karmelowego. Przepis na ten ostatni podpatrzyłam u Sosny, ale delikatnie zmieniłam proporcje - oryginalny miał troszkę zbyt ciągnącą konsystencję (rozumiecie, co mam na myśli...? - że pozwolę sobie zacytować ulubione zdanie mojego nauczyciela). Wierzch to karmelowa polewa lustrzana, która sprawia, że deser staje się po prostu wyjątkowy. Drobna dekoracja z karmelu zaś wynosi go na wyżyny - musicie przyznać, że prezentuje się absolutnie wspaniale. Sama jestem zachwycona i smakiem, i wyglądem. 

Z informacji praktycznych: polewy zostanie, ale żeby ładnie oblać wszystkie porcje, potrzebny jest zapas. Można też przygotować ciasto w tortownicy  o średnicy 26-28 cm i polać je całe, a dopiero później kroić na kawałki. Pamiętajcie: ogranicza Was tylko wyobraźnia... (I pory roku; próba zdobycia jarzębiny w marcu to jak szukanie igły w stogu siana...)

Sernik kasztanowy na zimno z musem karmelowym i karmelową polewą lustrzaną


Składniki:
(na formę 30x20 cm)

spód brownie:
  • 2 jajka
  • 70 g cukru
  • 10 g mąki pszennej
  • 90 g ciemnej czekolady (57%)
  • 90 g mlecznej czekolady
  • 80 g masła

sernik kasztanowy:
  • 300 g serka kremowego
  • 150 g słodzonego puree z kasztanów
  • 200 g śmietany kremówki (38%)
  • 4 listki żelatyny

mus karmelowy:
  • 2 żółtka
  • 195 g cukru
  • 30 g masła
  • 4 listki żelatyny
  • 225 g śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 220 g cukru
  • 150 g glukozy w płynie
  • 230 g śmietany kremówki (38%)
  • 220 g czekolady karmelowej
  • 4 listki żelatyny

dodatkowo:
  • 100 g płatków orzechów laskowych
  • 150 g cukru

Najpierw przygotować spód:
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie rozpuścić masło i posiekaną czekoladę ciemną i mleczną. Do jajek wsypać mąkę, wymieszać. Wlać masło z czekoladą, zmiksować tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 175 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Żelatynę do sernika namoczyć w zimnej wodzie.
Serek i puree zmiksować na gładki krem. 150 g kremówki ubić.
Pozostałą kremówkę zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Powoli wlwać żelatynę do masy kasztanowej, cały czas miksując. Na końcu dodać ubitą śmietanę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód ułożyć w szczelnie zamkniętej formie lub obręczy. Wyłożyć sernik, wyrównać powierzchnię. Zamrozić.

Przygotować mus karmelowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Żółtka i 45 g cukru ubić na puszystą, jasną masę. 
Pozostały cukier skarmelizować. Gdy nabierze dość głębokiego, brązowego koloru, dodać masło, wymieszać. Zdjąć garnuszek z palnika. Dodać żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Na końcu powoli wlewać żółtka, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić, delikatnie wymieszać z musem.

Mus wyłożyć na sernik, zamrozić.

Przygotować polewę lustrzaną:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Cukier, glukozę i kremówkę podgrzać. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Ewentualnie zmiksować blenderem uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Zamrożone ciasto pokroić na 20 równych części. Ułożyć je na kratce z blachą pod spodem, polać polewą. Przełożyć na talerz, boki udekorować uprażonymi na suchej patelni orzechami.

Z pozostałego cukru ugotować karmel. Wlewać go cienkim strumieniem do lodowatozimnej wody, Natychmiast wyjmować na ręcznik kuchenny, delikatnie osuszać. Dekorować karmelem tuż przed podaniem.

Smacznego!


Mojej kochanej Mamusi składam najlepsze życzenia; oby codzienność jawiła Ci się w nieco jaśniejszych barwach, a wszystkie problemy rozwiązały się jak najszybciej (i najlepiej same, choć w takie cuda to już chyba żadna z nas nie wierzy...).

wtorek, 14 lutego 2017

Czekoladowo-różany sernik na Walentynki

I tak, po cudownie leniwym weekendzie (nie licząc dwunastu godzin w pracy w sobotę, uff), znów wylądowałam w internacie. Wczoraj, korzystając z wyjątkowo pysznej pogody: lekki mróz, mnóstwo słońca i niebo w odcieniach najczystszego błękitu, wybrałam się na spacer. Ot tak, bez celu. Odprężywszy się zupełnie, zachłysnąwszy wręcz refleksami tańczącymi na wodzie, oddychając głęboko czystym, zimnym powietrzem, nagle wpadłam na temat mojej pracy. A potem po kolei przyszły mi do głowy wszystkie przepisy na chleby, musy i ciasta, które mam zamiar wykorzystać. Teraz tylko pozostaje mi to wszystko spisać i sprawdzić, czy jest szansa na dostanie tych wszystkich wymyślnych składników, które znikąd pojawiły się w mojej głowie...

Tymczasem mamy Walentynki. Jak ten czas szybko leci! 
Oczywiście, C. jest ponad dwieście kilometrów ode mnie; dzieli nas morze, wyspa, dwa długie mosty i całe kilometry autostrad. Takie to już nasze szczęście...

Żeby choć trochę osłodzić mu ten samotny dzień, przed wyjazdem upiekłam sernik. Tak obłędnie czekoladowy, że, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak niby miałabym upchnąć w nim więcej czekolady. Jest więc miękki, rozpływający się w ustach spód brownie na mące gryczanej (dzięki temu cały wypiek jest bezglutenowy i ma delikatny posmak orzechów), a na nim gęsta, ciężka masa serowa. To takie konkretne ciasto, którego nie da się zjeść na raz za dużo, ale po chwili człowiek i tak ma ochotę na więcej. O tym, że czekolada to najlepszy z afrodyzjaków, z pewnością nie muszę Wam przypominać. A żeby było jeszcze bardziej słodko i romantycznie, dodałam akcent różany w postaci cienkiej warstwy konfitury. Troszkę się bałam, że zniknie wśród tej czekoladowości, ale nie; bez problemu można go wyczuć, choć to czekolada dominuje w tym deserze. Całość udekorowałam różowymi, bezowymi serduszkami z wodą różaną i różanymi płatkami. Jestem tą dekoracją szczerze zachwycona; mam ochotę wykorzystać ją ponownie. Jest banalnie prosta w przygotowaniu, a prezentuje się naprawdę wspaniale.

Oczywiście, sernik bardzo malowniczo pękł, ale... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Smakuje obłędnie!

Sernik czekoladowo-różany na spodzie brownie


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)

spód brownie:
  • 65 g mąki gryczanej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 55 g cukru
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 60 g czekolady (60%)
  • 25 ml śmietany kremówki (38%)

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 125 g ciemnej czekolady (60%)
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g konfitury z płatków róż

bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki wody różanej
  • odrobina czerwonego lub różowego barwnika spożywczego w paście
  • suszone płatki róż

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać.
Masło, czekoladę i kremówkę rozpuścić, przestudzić.
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać czekoladę, wymieszać. Partiami dodawać mąkę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wylać ciasto do tortownicy, wyrównać wierzch.

Podpiec w 160 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową.
Czekoladę i kremówkę umieścić w garnuszku, podgrzewać na małej mocy palnika, cały czas mieszając, aż czekoladą się rozpuści. Przestudzić.
Serek, czekoladę, jajko, żółtko i cukier zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika, posmarować konfiturą różaną. Na nią wylać masę serową, wyrównać wierzch.

Piec w 140 st. C. przez 55-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Białko ubić, pod koniec partiami dodając cukier, a następnie przesiany cukier puder. Dodać wodę różaną i barwnik, połączyć.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wyciskać bezy w kształcie serc, posypać pokruszonymi suszonymi płatkami róż. 

Suszyć w 100 st. C. przez 45-60 minut. 
Ostudzić.

Przed podaniem sernik udekorować bezami.

Smacznego!

A ja, cóż... Na walentynkową kolację udaję się dzisiaj z koleżankami z internatu. Ależ będzie romantycznie!

wtorek, 29 listopada 2016

Lekko świąteczne brownie

Mam sporą słabość do wszystkiego co kwaśne (pewnie dlatego, że sama kwaśna bywam; częściej zresztą, niżby wypadało). Pijam herbatę z cytryną bez cukru, już od marca czekam na rabarbar, a od października - na świeżą żurawinę. Jej charakterystyczny smak zabiera mnie do krain kulinarnych rozkoszy, z których nie mam ochoty wracać. Jest kwaśna, czasami lekko gorzkawa, ale wystarczy ją przemrozić, żeby goryczka niemal całkowicie zniknęła, pozostawiając... No właśnie - smak żurawiny.
Jeśli znacie i lubicie tylko suszoną wersję, koniecznie skuście się na świeżą - jest o niebo lepsza. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, żeby ktoś mógłby się w niej nie zakochać...

Nie wiem, jak sprawy mają się w moim rodzinnym kraju, ale w Danii sezon na żurawinę trwa zatrważająco krótko. Kiedy się więc już w sklepach pojawia, kupuję kilka kilogramów i mrożę, żeby aż do Wielkanocy cieszyć się jej wyjątkowym smakiem. W tym roku właśnie się zaopatrzyłam w kilka woreczków, co oznacza, że od razu musiałam coś z nią przygotować. W końcu zdążyłam się już porządnie stęsknić!

W codziennym zabieganiu nie mam czasu na realizację czasochłonnych przepisów; nie mam też nastroju na porażki. Wybrałam więc przepis prosty, a jednocześnie gwarantujący sukces: brownie. Bardziej czekoladowe od samej czekolady; z odrobiną tylko mąki dla związania całości, opiera się właśnie na czekoladzie i jajkach. Wychodzi więc obłędnie kremowe, kleiste i rozpływające się w ustach. Pełna rozkosz gwarantowana, a chwila czekoladowego zapomnienia w ponury, listopadowy wieczór, jest jak najbardziej wskazana.
Razem z żurawiną dodałam do ciasta marcepanu i płatków migdałowych, dzięki czemu zyskało przedświąteczny charakter, choć próżno w nim szukać korzennych przypraw. Takie zestawienie smaków sprawdzi się w przeddzień Świąt wprost znakomicie, wprowadzających jedzących w odpowiedni nastrój.

Więc jak; skusicie się...?

Marcepanowe brownie z żurawiną i migdałami


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 4 jajka
  • 75 g cukru
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 150 g masła
  • 125 g marcepanu
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 100 g świeżej żurawiny
  • 20 g słupków migdałowych

Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę.
Czekoladę posiekać, rozpuścić razem z masłem. Dodać starty na tarce o drobnych oczkach marcepan, podgrzewać jeszcze chwilę.
Masę czekoladowo-marcepanową powoli wlewać do jajek, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać przesianą mąkę i kakao, połączyć.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć żurawinę, delikatnie wciskając ją w ciasto. Posypać słupkami migdałów.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Sylwii:

piątek, 20 maja 2016

Na niepogodę: brownie z malinami i zielonym pieprzem

Razem z Ptysią, spacerując, odwiedzamy nasze sekretne miejsca. Poziomki już kwitną, bez powoli zaczyna otumaniać zapachem (na razie tylko lilak, czarny ciągle jeszcze śpi), za to jeżyny póki co tylko straszą kolcami. Oj, już się na nie nie załapiemy...
Padła bowiem w końcu ostateczna data: osiemnastego czerwca dostaniemy klucze do naszego nowego domu. Trzeba więc wszystko dobrze zaplanować; szczęściarz C. dostał całe dwa tygodnie urlopu, ja musiałam się zadowolić raptem kilkoma wolnymi dniami. A tu sprzątanie, malowanie, przenoszenie, pakowanie... Mnóstwo tego! A z połowy pewnie nawet nie zdaję sobie jeszcze sprawy... Wiem póki co, że na moje piękne, nowe meble przyjdzie mi czekać niemal tydzień; ale nie szkodzi. Przynajmniej będę miała czas, żeby w miarę zreorganizować całą resztę. Niektóre czynności nieco mnie przerażają, inne frapują, ale większość cieszy i ekscytuje.
A fakt, że w moim własnym ogrodzie rośnie czarny bez, doprowadza mnie na skraj kulinarnej ekstazy.

Pogoda się popsuła. Znów jest chłodno, pochmurno i wietrznie. Zamiast więc lekkich serników na zimno i delikatnych ciast pełnych rabarbaru, sięgnęłam po przepis na brownie, który kusił mnie od dawna.
Przepis znalazłam na blogu Słodka magia od kuchni, i od razu zaintrygował mnie niecodziennym składnikiem: zielonym pieprzem. Jako wielka amatorka udziwnień wszelakich, nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Trochę czasu zajęło mi upieczenie ciasta, ale... Lepiej późno niż później.

Brownie wychodzi boskie! Ale nie ma się co dziwić; w końcu to niemal sama czekolada z jajkami. Ciężkie, klejące i intensywne, zadowoli każdego czekoholika. Do tego soczyste, słodko-kwaśne maliny, orzeźwiająca nuta limonki i pieprz, pozostawiający przyjemny, ostry smak na języku.
Zielony pieprz jest dużo łagodniejszy niż czarny; naprawdę świetnie tutaj pasuje. Jeśli jednak boicie się lub nie lubicie takich połączeń, śmiało możecie z niego zrezygnować. To brownie i tak zwali Was z nóg!

Brownie z malinami i zielonym pieprzem


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 230 g ciemnej czekolady (72%)
  • 165 g masła
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • skórka otarta z 2 limonek

dodatkowo:
  • 220 g malin
  • 1/2 łyżki zielonego pieprzu

Czekoladę posiekać, masło pokroić w kostkę. Rozpuścić, przestudzić.
Jajka i żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać przestudzoną czekoladę z masłem, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać przesiane mąkę i kakao oraz skórkę z limonki, wymieszać.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać maliny, posypać całymi ziarenkami zielonego pieprzu.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Z pozostałych białek postanowiłam przygotować różowiutkie makaroniki. Oczywiście - nie wyszły. Nie winię za to mojego braku umiejętności, ogólnego niechciejstwa, jakie mnie przed pieczeniem dopadło, czy niedokładności przy ubijaniu bezy. Wysoka wilgotność powietrza i zepsuty termometr nadadzą się do tego przecież równie dobrze.

czwartek, 29 października 2015

Brownie z dynią. I sernikiem

Denerwowanie się wszystkim i zawsze mam w genach (nie powiem po kim, bo Mamunia się jeszcze obrazi). Obojętnie, czy nadchodzące wydarzenie jest związane z, choćby i wyimaginowanym, niebezpieczeństwem (egzamin), czy też nie można na nie patrzeć inaczej niż pozytywnie (otrzymanie nagrody), zawsze mocno to przeżywam. Staram się nad tym panować, ćwiczę głębokie wdechy, staram się zająć czym innym - a i tak w brzuchu mi jeździ. Po tysiąckroć wyobrażam sobie, jak to będzie, co zrobię ja, jak zachowają się inni; nie potrafię przestać o tym myśleć. Jeśli nie jesteście tego typu ludźmi, szczerze Wam zazdroszczę. Z pewnością nie macie jeszcze siwych włosów...

W każdym razie, aktualnie jestem w stanie nerwicy permanentnej. Długo wyczekiwane i wyidealizowane do granic możliwości praktyki spędzają mi sen z powiek. Zastanawiam się, czy dam sobie radę, i czy już po kilku godzinach nie wyrzucą mnie za drzwi. Uch... Nie jest lekko, naprawdę.
W tym miejscu chciałabym też podziękować za wszystkie przejawy wsparcia - dobre słowa wiele dla mnie znaczą. Choć nadal stresuję się niesamowicie, dobrze jest wiedzieć, że są ludzie, którzy wierzą we mnie bardziej niż ja sama.

Jak ogólnie wiadomo, na wszelkie stany lękowe, znerwicowanie czy depresję, najlepsza jest czekolada. Duuużo czekolady... Najlepiej w formie kremowego, rozpływającego się w ustach brownie...
Właśnie takie cudo mam dla Was dzisiaj (dla siebie zresztą też, a co! Należy mi się). Przepis znalazłam u Averie zupełnie przypadkiem, i od razu zakochałam się w niezwykle apetycznych zdjęciach. Nie czekałam długo z jego przygotowaniem - w końcu sezon i na dynie, i na czekoladę w pełni.
Dyniowo-korzenny sernik zamknięty między warstwami mięciutkiego, kleistego ciasta, a całość przykryta grubą warstwą rozpływającej się na języku polewy czekoladowej. Czy muszę pisać coś więcej...? Ślinka cieknie na samo wyobrażenie.

Nie czekajcie więc na smutniejsze czy bardziej deszczowe chwile, sprawcie sobie przyjemność już teraz!

Warstwowe dyniowe sernikobrownie

Składniki:
(na formę 20x20 cm)

brownie:
  • 115 g masła
  • 165 g ciemnej czekolady (70%)
  • 2 jajka
  • 125 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżka mocnej, ostudzonej kawy
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (proszek)
  • 120 g mąki pszennej
masa serowa:
  • 1 jajko
  • 400 g serka kremowego
  • 200 g puree z dyni
  • 60 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 30 g mąki pszennej
polewa:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 65 ml śmietany kremówki (38%)
Czekoladę posiekać, umieścić z masłem w garnuszku. Podgrzewać aż do całkowitego rozpuszczenia składników, przestudzić.
Jajka, cukier, ekstrakt z wanilii i oba rodzaje kawy dokładnie wymieszać. Wlać masę czekoladową, połączyć. Na końcu dodać przesianą mąkę, wymieszać.

Połowę masy czekoladowej przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia, wyrównać.

Piec w 175 st. C. przez 15-20 minut, aż wierzch będzie ścięty.

W tym czasie przygotować masę serową. Serek, jajko, puree z dyni, cukier, ekstrakt, przyprawy i mąkę dokładnie wymieszać, tylko do połączenia składników.
Wyłożyć równomiernie masę serową na podpieczony spód, na wierzch pozostałe ciasto czekoladowe.

Piec w 175 st. C. przez 20-25 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić.

Czekoladę na polewę posiekać. Kremówkę zagotować, dodać czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Lekko ciepłą polewę wyłożyć na ciasto, wyrównać.
Zostawić do zastygnięcia.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


A jeśli macie ochotę na zupełnie inny sernik lub może typowo duński kisiel, koniecznie zajrzyjcie do Ani, gdzie wczoraj gościłam ze słodkimi przepisami.

Recepturę na sernikobrownie z dynią dodaję oczywiście do festiwalu Bei.

poniedziałek, 5 października 2015

Mój sposób na jesień: brownie

Tym razem Ania spytała o nasze sposoby na jesień. Hmm... Bo ja wiem? W tym roku jest tak piękna, że sposobu na nią mieć nie trzeba; wystarczy się cieszyć słoneczną pogodą i korzystać z niej, ile się da.

Klasyczna jesień jednak to chłodne, zamglone poranki i zimne, deszczowe wieczory, które trwają niemal w nieskończoność, tak szybko robi się teraz ciemno... Z Ptysią na spacer wychodzimy o zmierzchu (cóż za cudowna pora!), obserwujemy zachód słońca, a wracamy do domu, gdy już tylko lampy uliczne rozświetlają nam drogę. Stopy, dłonie i nos mam nieustannie zimne, gorąca herbata jest teraz moją najlepszą przyjaciółką. Nie wyobrażam sobie bez niej dnia, ba! Godziny nawet.
W mojej kuchni do łask znów wrócił cynamon, imbir i goździki, rozmyślam już nawet nad przygotowaniem przyprawy do piernika. Cztery dynie, ustawione rzędem, czekają, aż wreszcie po nie sięgnę (czekałam z tym do października; kierował mną chyba jakiś głęboko ukryty masochizm, bo za dyniami przecież przepadam!). Wakacyjne czytelnicze rozleniwienie ustąpiło jak ręką odjął; najprzyjemniejszy sposób na spędzenie wieczoru to, już po kąpieli, usadowienie się na kanapie, pod ulubionym, fioletowym kocem, z dobrą książką w dłoni. Wczoraj sięgnęłam po dwutomową cegłę - zobaczymy, na jak długo starczy...

A w dzień? W dzień udaję, że to jeszcze lato, słoneczne i przyjemne. Bo kto mi zabroni...?

Tymczasem do przekąszenia mam dla Was typowy jesienny pocieszacz: brownie. Mnóstwo czekolady, a do tego soczyste, fioletowe figi. Czy ktoś mógłby się oprzeć...?
Przepis znalazłam u Kasi, i westchnęłam do niego ze trzy razy z zachwytem, zanim pobiegłam do sklepu po figi. Nie sprawdziłam wcześniej zapasów czekolady, niestety... Okazało się, że większość ciemnej zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Użyłam więc mlecznej, zmniejszając jednocześnie ilość cukru i zwiększając gorzkiego kakao. Wyszło idealnie: brownie jest intensywnie czekoladowe, o bardzo kremowej, rozpływającej się na języku strukturze. Do tego figi, które w sezonie mogłabym dodawać do wszystkiego. Jeśli ich nie lubicie albo nie możecie dostać, można zrobić ciasto bez owoców lub zastąpić je śliwkami, malinami lub (teraz już mrożonymi) truskawkami. Będzie znakomite za każdym razem.
Polecam Wam ogromnie.

Brownie z figami


Składniki:
(na formę 20x20 cm)

  • 165 g masła
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 50 g cukru
  • 1,5 łyżki mąki
  • 3 łyżki kakao
  • 5 fig
Czekoladę posiekać, podgrzewać w garnuszku z masłem, aż się całkowicie rozpuści. Przestudzić.
Jajka, żółtka i cukier ubić na puszystą masę. Dodać ekstrakt, zmiksować. Powoli wlewać czekoladę, miksująć na najniższych obrotach. Na końcu dodać przesianą mąkę i kakao, połączyć.

Masę przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy. Na wierzchu ułożyć przkerojone na pół figi.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

A Wy? Znacie coś lepszego na jesienne smutki niż brownie bardziej czekoladowe od samej czekolady...?

poniedziałek, 7 września 2015

Lato smakuje poziomkami

Wakacje w tym roku spędziłam w Polsce. Upalne dwa tygodnie sierpnia, gdzie jedynie wyprawa na zakupy przynosiła niejaką ulgę, a wszyscy mieszczanie jednogłośnie błogosławili galerie handlowe z klimatyzacją. Później okazało się również, że wycieczka nad morze jest niczego sobie w takie upały. Przy nadmorskim wietrze i zimnej (nie bójmy się tego słowa), słonej wodzie, słońce straciło swoją niepojętą moc. Zamiast prażyć, przyjemnie grzało, a ja z radością wystawiałam na jego działanie raz jeden, raz drugi boczek.

Pisałam Wam też już, że na podróż zabrałam ze sobą ciasta. Drożdżówkę, która była przeznaczona do konsumpcji po drodze (a że nic z tego nie wyszło, to już nie moja wina), oraz sernik, który miał uradować moją Rodzinkę. Tak naprawdę powstał z lodówkowych resztek, które koniecznie musiałam zużyć przed wyjazdem. W sobotę rano udałam się w moje tajemne, poziomkowe miejsce, i nazbierałam całkiem pokaźną ilość. Część wylądowała we wspomnianych wyżej drożdżówkach, reszta - w absolutnie bajecznym serniku. Nikt nie uwierzy, że to wypadkowa lodówkowych resztek! Spód to gęste, ciężkie, obłędnie czekoladowe brownie. Na nim delikatna i wyjątkowo wręcz kremowa masa serowa z waniliową nutą. Całość udekorowana hojną ilością aromatycznych, duńskich, a więc lekko kwaśnych, poziomek. Najwybredniejsi wzdychali z rozkoszy nad talerzami. Niektórzy nie chcieli uwierzyć, że sernik jest pieczony, bo ze swoją delikatną i aksamitną konsystencją, mógłby łatwo uchodzić za taki na zimno. Jednym słowem - sernikowe mistrzostwo.

Jeśli nie macie już poziomek (a nie macie z pewnością, bo i skąd), polecam użyć dorodnych, soczystych śliwek, na które teraz jest sezon. Można też pokusić się o maliny, te jeszcze bowiem dzielnie trzymają się na krzaczkach. W ostateczności można śmiało wspomóc się owocami mrożonymi, truskawkami na przykład, które do poziomek zbliżone są chyba najbardziej.
I jeszcze jedno - sernik jest malutki; tak jak wspomniałam, zużyć chciałam ostatnie zapasy. Polecam więc od razu podwoić ilość składników i upiec w większej formie - jest tak pyszny, że taki malutki tylko rozbudzi apetyty amatorów słodkości. O zaspokojeniu mowy być nie może!

Sernikobrownie z poziomkami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

brownie:
  • 90 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 55 g cukru
  • 50 g masła
  • 60 g ciemnej czekolady (70%)
  • 1 jajko
  • 25 ml śmietany kremówki (38%)

masa serowa:
  • 300 g serka kremowego
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 60 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

dodatkowo:
  • 100 g poziomek

Masło, kremówkę i drobno posiekaną czekoladę umieścić w garnuszku. Podgrzewać, stale mieszając, aż czekolada się rozpuści. Zdjąć z palnika, przestudzić.
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać letnią czekoladę, miksując na najniższych obrotach. Na końcu partiami wsypać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. 

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 15 minut.

W tym czasie zmiksować serek, kremówkę, cukier, jajko, ekstrakt i mąkę na gładką masę, tylko do połączenia składników.
Masę serową wylać na podpieczony spód, na wierzchu ułożyć poziomki.

Piec w 140 st. C. przez 45-60 minut, aż masa się zetnie.
Wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Obiecuję jednak, że to jeszcze nie ostatnie tchnienie lata na blogu. Z uporem maniaka bowiem trzymam się letnich receptur; nie dopuszczam do siebie myśli, że teraz będzie już tylko chłodniej i ciemniej...

środa, 10 czerwca 2015

Sernikobrownie z rabarbarem, i nagły przypływ sił

W poniedziałek dużo czasu spędziłam w kuchni. Nie dlatego, że robiłam wyjątkowo dużo różnych rzeczy. Skupiłam się na jednym - drożdżówce. Gdzieś w międzyczasie przygotowałam pyszny koktajl i szybką sałatkę na obiad, ale to właśnie ciasto drożdżowe pochłonęło całą moją uwagę. Zrelaksowało mnie niesamowicie, i sprawiło, że znów nabrałam chęci na blogowanie. Przez ostatni miesiąc pisałam bowiem raczej z przyzwyczajenia czy też niepisanego obowiązku. Moją głowę zaprzątają teraz zupełnie inne sprawy, choć większość z nich, w sposób pośredni lub nie, związana jest z jedzeniem. A tutaj nagle znalazłam te parę godzin na nacieszenie się przygotowaniami, na podziwianie tych wszystkich pięknych kolorów. Zielono-różowy rabarbar, soczystoczerwone truskawki, zarumienione, dojrzałe morele, intensywnie zielony szpinak, wiosenno-seledynowe szparagi... Coś pięknego. A w głowie same układały mi się zdania kolejnych postów, aż miałam ochotę pobiec do komputera i czym prędzej je zapisać, żeby móc sięgnąć do tych myśli, gdy natchnienia i chęci zabraknie.

Czasu, niestety, mi od tego nie przybędzie, ale myślę, że zorganizuję go sobie nieco lepiej, żeby mieć dla bloga więcej czasu. Bo przecież ja to po prostu lubię robić, prawda...?

Dzisiaj jednak nie o drożdżówce będzie mowa, a o cieście zupełnie innym, choć też z rabarbarem (no ba!). Połączyłam intensywnie czekoladowe brownie z delikatnym, waniliowym sernikiem i kwaskowym, dodającym całości charakteru, rabarbarem. Wyszło obłędnie! Ciacho zabrałam do koleżanki, i znikało w tempie błyskawicznym. C. wybłagał kawałek zanim wyszłam i stwierdził, że to jedne z najlepszych ciast, jakie ostatnio jadł. A ja się z nim w pełni zgadzam! Połączenie może i jest nieco zaskakujące, ale wszystkie warstwy idealnie się uzupełniają, a karmelizowany w czerwonym winie rabarbar to czysta poezja. Spróbujcie koniecznie, póki można jeszcze znaleźć te kwaśne łodygi na sklepowych półkach.

Sernikobrownie z rabarbarem

Składniki:
(na formę 25x22 cm)

brownie:
  • 100 g ciemnej czekolady (75%)
  • 100 g masła
  • 2 jajka
  • 80 g cukru
  • 30 g kakao
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

masa serowa:
  • 300 g serka kremowego
  • 100 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 300 g rabarbaru
  • 80 g cukru
  • 50 ml czerwonego wina

Rabarbar pokroić na mniejsze kawałki. 
Cukier skarmelizować, dodać rabarbar, poddusić. Zalać winem, gotować 5-10 minut, aż rabarbar zacznie się rozpadać.
Ostudzić.

Masło rozpuścić, zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia, przestudzić.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać czekoladę, cały czas miksując. Na końcu partiami dodać przesianą z kakao i proszkiem mąkę.

Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Serek, mleko skondensowane, jajko, mąkę i ekstrakt zmiksować tylko do połączenia składników. Wyłożyć na masę czekoladową, lekko przemieszać.
Na wierzchu ułożyć rabarbar.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Wystudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

To było moje pierwsze serniko-brownie, ale będę do tego połączenia wracała, z innymi owocami, a może i zupełnie innymi dodatkami. Nie mogę przestać się nim zachwycać, choć czasu od konsumpcji minęło już sporo. To zdecydowanie o czymś świadczy, prawda...?

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jaglane brownie na niepogodę

W sobotę mieliśmy pierwszy prawdziwie wiosenny dzień. Na spacer z psem wyszłam w lekkim tylko swetrze; później, gdy jechałam do pracy, do autka poszłam w koszulce z krótkim rękawem. Nie zmarzłam - było dziewiętnaście i pół stopnia! Słonko świeciło jak szalone, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Nareszcie! Długo wyczekiwana, cudownie ciepła, zielona wiosna...
Niestety, trzy godziny później, gdy z pracy wychodziłam, lało jak z cebra, a temperatura drastycznie spadła. I tak utrzymuje się na tym zadziwiająco niskim poziomie; wspomagana lodowatym wiatrem, nie pozwala zapomnieć o czapce i ciepłym szalu. I choć dziś znów trochę słonka wyjrzało zza chmur, to wychodząc na dwór ma się wrażenie, że to początek raczej jesieni niż wiosny... Brrr!

Wieść niesie, że wczoraj był Dzień Czekolady. Nie sprawdzałam tej informacji zbyt uważnie - tego typu słowa biorę na wiarę. Głęboką. Szczególnie, że przy takiej pogodzie, tylko czekolada może sytuację uratować. A skoro ma być naprawdę obłędnie czekoladowo, zostaje tylko brownie...
W lodówce miałam pudełeczko obłędnie pachnących truskawek (smak, niestety, aromatowi nie dorównał), pomyślałam więc, że z czekoladowym ciastem skomponują się dobrze. Przypadkiem trafiłam na przepis na jaglane brownie u Kasi, i postanowiłam go wypróbować. Od dawna miałam ochotę na jakieś ciasto na bazie tej kaszy (bo zdrowa, ale przede wszystkim pyszna), serników trochę się lękam (no bo jak to tak - sernik zupełnie bez nabiału...?), a brownie przecież nie udać się nie może (w końcu to zakalec z definicji). 

Wszystko przygotowuje się sprawnie i szybko, najdłużej trwa oczywiście pieczenie i gotowanie kaszy. Można użyć takiej z poprzedniego dnia, z obiadowych resztek na przykład. 
Do musu truskawkowego dodałam kremu balsamicznego - kupiłam to cudo przy okazji poprzedniej wizyty w Polsce, i pomyślałam, że do truskawek pasować będzie (tak jak balsamiczny ocet). Nie myliłam się. To połączenie nieoczywiste, lekko wykwintne... Naprawdę dobre.
Jeśli nie macie kremu, śmiało możecie zastąpić go octem balsamicznym (w nieco mniejszej ilości, jest bardziej wyrazisty i ostry w smaku), lub pominąć, jeśli nie lubicie. We wszelkich kombinacjach - będzie pysznie. Brownie z kaszą jaglaną ma lekko orzechowy smak, i wychodzi bardzo dobre - jak ktoś nie wie (C.), co tam w środku jest, to z pewnością się nie domyśli, że chcecie mu podać nieco zdrowszą alternatywę. Spróbujcie koniecznie!

Jaglane brownie z musem truskawkowo-balsamicznym

Składniki:
(na blachę 22x30 cm)
  • 160 g suchej kaszy jaglanej
  • 400 ml gorącej wody
  • 50 ml oleju
  • 3 jajka
  • 150 g cukru
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g kakao
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

mus:
  • 300 g truskawek
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki kremu balsamicznego

Kaszę dokładnie wypłukać. Przesypać do garnka, zalać wrzącą wodą i gotować 15-20 minut na małym ogniu, aż kasza będzie miękka.
Ostudzić, zmiksować blenderem na gładką masę.

Truskawki zasypać cukrem, dolać 50 ml wody. Gotować pod przykryciem, aż truskawki zmiękną. Zmiksować na gładką masę.
Mąkę rozmieszać w pozostałej wodzie, dodać do zmiksowanych truskawek, podgrzać, cały czas mieszając. Zdjąć z palnika, dodać krem balsamiczny, wymieszać.

Do zmiksowanej i ostudzonej kaszy dodać olej, cukier, śmietanę, kakao, rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladę i sodę. Na końcu wbić jajka, zmiksować.
Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć mus, zrobić widelcem esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, aż masa się zetnie, ale będzie lekko galaretowata przy poruszeniu blachą.
Ostudzić.

Smacznego!

Nie oszukujcie się - takie nieco zdrowsze ciasta zawsze będą smakowały inaczej niż te z dodatkiem masełka i białej mąki. Ale inaczej, wcale nie znaczy gorzej. Nasze kubki smakowe to brownie podbiło, i z pewnością jeszcze do niego wrócę, bo powtórek jest warte jak najbardziej.

sobota, 29 listopada 2014

Jak straciłam szacunek do samej siebie. I boskie brownie z powidłami, na pocieszenie

Widziałam kiedyś w internecie spot, nie pamiętam już, czego konkretnie dotyczył. Wielu z Was pewnie też miało okazję go obejrzeć - o ludziach, którzy utknęli na ruchomych schodach, i mechaniku, który miał im pomóc, ale niestety, również został złapany w pułapkę. I tak sobie siedzieli i wzywali pomocy. Śmieszyło mnie to ogromnie (pominę cały wywód na temat skomputeryzowanego społeczeństwa, które nie radzi sobie z całkiem prostymi problemami), dopóki w zeszły czwartek nie okazało się, że jestem jedną z nich.
Właściwie nie powinnam się do tego głośno przyznawać, bo z pewnością stracę cały szacunek, jaki kiedykolwiek w kimkolwiek wzbudziłam. Właściwie to sama sobą jestem zdegustowana okrutnie, i doszłam do wniosku, że muszę coś ze sobą zrobić. Bo naprawdę - nie chcę być jedną z nich!
Ale zacznijmy od początku...

W czwartek C. był w pracy (cóż to, że stracił niemal pół palca, prawdziwy mężczyzna nie przejmuje się tego typu drobiazgami!), a ja zabrałam się za sprzątanie. Jeszcze nie to absolutnie gruntowne, przedświąteczne, ale z tych dokładniejszych. Wymyłam łazienkę, wytarłam kurze, przewróciłam łóżko do góry nogami, żeby odkurzyć wszystkie zakamarki, włączyłam odkurzacz, i bum! Wszystko zgasło... Korki wysiadły. Udałam się więc do skrzynki, oglądam ją ze wszystkich stron, pstrykam, jak umiem, delikatnie, żeby niczego jeszcze bardziej nie popsuć... I nic. Zadzwoniłam więc do koleżanki z nadzieją, że jej mąż udzieli mi potrzebnych wskazówek. Kazał jeszcze trochę popstrykać, po czym zasugerował, że może zgasiłam wszystkie światła i dlatego nie działa... Podziękowałam grzecznie za pomoc, i zadzwoniłam do Taty, który akurat wysłał mi smsa pełnego znaków zapytania. Zdziwiona usłyszałam, że to ja wysłałam mu dwa puste, i on się zastanawiał, o co mi chodzi. No tak - rozmawiając ze Sławkiem, przyświecałam sobie polskim telefonem. Przypadkiem musiałam wysłać smsy do Taty (na szczęście - do Taty). Okazało się, że w Polsce działa to nieco inaczej, i Tato też nic nie potrafił zdziałać. Ze złością stwierdziłam, że poczekam na C. w ciemnościach, nawet herbaty sobie nie zrobię... Na co Tato przypomniał mi, że przecież kuchenka działa, i mogę sobie zagotować wody w garnku (w domu mamy tylko czajnik elektryczny). 
Jestem jedną z nich! Nie zobaczyłam jakże oczywistej możliwości ugotowania wody w garnku. Zupełnie straciłam głowę. Zaczęłam się śmiać, ale generalnie wstyd mi za siebie, ech...

Uratował mnie C., który zadzwonił pół godziny później, i powiedział, jak wymienić bezpiecznik. Nie było łatwo, ale się udało, i wróciłam do cywilizowanego świata prądu i techniki. I odkurzyłam całe mieszkanie, a później zrobiłam pranie. W pralce, która też znów zaczęła działać.

Na szczęście na chwile przy świecach, niekoniecznie romantyczne, miałam idealnego pocieszacza. Upiekłam go dzień wcześniej dla C., żeby poprawić mu humor po wypadku. Poza tym od upieczenia pierniczków (moje pierwsze nadziewane!) miałam ogromną ochotę na tego typu ciasto. Mocno czekoladowe, ciężkie, intensywne. Koniecznie z dużą ilością powideł. Przepis znalazłam na niezawodnych Moich wypiekach, oczarował mnie on prostotą - wszystko wystarczyło wymieszać łyżką, przełożyć do formy i upiec. Ach, jak przyjemnie! Dorocie wyszedł murzynek, mi raczej brownie - być może za krótko je piekłam, ale nie wiem, jak przy tak małej ilości mąki można otrzymać puszystsze ciasto. Nie narzekam jednak, wręcz przeciwnie - smakuje bowiem obłędnie! Niesamowicie wilgotne, czekoladowo-śliwkowe, z delikatną nutą cynamonu. Sycące i poprawiające humor. Oboje z C. się w nim zakochaliśmy - ta porcja jest zdecydowanie za mała, nawet dla dwóch osób. 
Ja mojego nie ozdabiałam polewą, bo C. chciał zabrać część do pracy. Ale można. Przypuszczam, że będzie jeszcze lepsze...

Brownie z powidłami i cynamonem

Składniki:
(na keksówkę 8x22 cm)
  • 125 g masła
  • 100 g ciemnej czekolady (74%)
  • 300 g powideł śliwkowych
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu

Masło rozpuścić. Dodać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przelać masę do większej miski, wymieszać z powidłami i cukrem. Wbić jajka, połączyć.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem i cynamonem. Partiami dodawać do ciasta, mieszając drewnianą łyżką tylko do połączenia składników.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

A przede mną znów aktywny weekend - dzisiaj do Karoliny, której mąż najwyraźniej bardzo nisko ceni moje zdolności intelektualne, a jutro do rodziców C. na æbleskivergløgg.

wtorek, 11 lutego 2014

Wyjątkowe i najlepsze: brownie bazyliowo-cytrynowe

Otworzyłam jedno oko o godzinie siódmej osiemnaście. I co? Nie było ciemno! Nie to, że jasno, ale już przyjemnie szaro (jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało). W tej chwili nie muszę już zapalać w pokoju światła. Czy to nie cudowne? Tak już mam dość tych zimowych, krótkich dni. A dzisiaj wreszcie zauważyłam ten wydłużający się dzień. Nareszcie! Teraz już nie ma wymówek, że się nie chce, bo ciemno i zimno. Coraz cieplej, coraz jaśniej... Wiosna...?

I właśnie na takie wiosenne brownie chciałabym Was dzisiaj zaprosić. Połączenie cytryny i bazylii w czekoladowym cieście zaciekawiło mnie od chwili, gdy zobaczyłam je u Pomidorowej Ani. Już sama cytryna z czekoladą jest na tyle interesująca, że warto spróbować. Dwa smaki, które królują w mojej kuchni, a które nie spotykają się ze sobą. Nie mam pojęcia dlaczego, bo to wyśmienite połączenie - ciężka czekolada i lekka, orzeźwiająca cytryna. A do tego bazylia, która nadaje ciastu wyjątkowości. Jeśli nie wiecie, co jest w tym brownie, bez problemu wyczujecie cytrynę, i coś jeszcze... Orzeźwiającego, lekkiego. Zakochacie się, a potem zdziwicie. 
Bazylia...? 
Niemożliwe...
To brownie jest wyjątkowe nie tylko ze względu na połączenie tak nieoczywistych smaków, ale też konsystencję. Jest lepkie, mega czekoladowe, a jednocześnie zaskakująco lekkie... Tak, tak - lekkie właśnie. Przez ubicie jajek z cukrem ma niepowtarzalną konsystencję, w której się z C. zakochaliśmy. 

To ciasto zaskoczyło mnie na kilku poziomach, we dwójkę zjedliśmy całą blaszkę w dwa dni. Nie można mu się oprzeć... Z pewnością wypróbuję inne wersje smakowe na jego bazie - z orzechami, mocno kawowe albo może jeszcze jakieś inne, zupełnie zwariowane... Kto wie.

Brownie bazyliowo-cytrynowe

Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 3 jajka
  • 100 g cukru trzcinowego
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 15 g mąki ziemniaczanej
  • 250 g ciemnej czekolady (70%)
  • 130 g masła
  • 15 g kakao
  • 3 łyżki mocnej kawy
  • 6 g świeżych listków bazylii
  • skórka otarta z 2 cytryn

Kakao rozpuścić w kawie.
Masło z czekoladą rozpuścić w garnuszku, dodać kakao, wymieszać, ostudzić.
W moździerzu utrzeć listki bazylii ze skórką cytrynową. 
Jajka porządnie ubić, partiami dodawać cukier, cały czas miksując. Dodać mąkę, zmiksować. Wlać ostudzoną czekoladę, wymieszać dokładnie łyżką. Następnie dodać proszek i bazylię z cytryną, połączyć.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 175 st. C. przez 30 minut bez termoobiegu.
Ostudzić.

Smacznego!

To idealne ciasto na Walentynki. Szybkie i proste w przygotowaniu, bardzo czekoladowe, zaskakujące i niesamowicie pyszne. Jeśli jeszcze nie macie pomysłu na piątkowy deser, ten jest idealny. I już.

czwartek, 5 grudnia 2013

Bodil. I ciasto z czerwonym winem

Słyszeliście o Bodil? Właśnie szaleje za oknami, a ja najchętniej schowałabym się zaraz obok Ptysi pod kołdrą. Wygląda tylko jednym okiem, czy aby na pewno jesteśmy w pobliżu, i w razie czego uratujemy ją przed katastrofą. 

W Danii szaleje sztorm. Przyszedł z zachodu, więc u nas dopiero się rozkręca. Mimo wszystko strach wyjść z domu: drzewa za oknami ledwo opierają się porywistym podmuchom, a gdzie tu miałby sobie dać radę mały człowieczek...? Albo mikroskopijna wręcz (w skali kraju) Ptysia...? 
Siedzimy więc sobie w domu, i czekamy, aż wichura minie. Ponoć Bodil - bo tak nazwano sztorm - ma szaleć do rana. Coś mi się wydaje, że nie wyśpię się tej nocy...

Na szczęście w domu jest ciasto. Idealne na taką pogodę - gęste, mocno kakaowe, z cynamonem i czerwonym winem. Alkohol nie jest mocno wyczuwalny, ale dzięki niemu to brownie jest zupełnie wyjątkowe. Cynamon to taka delikatna, świąteczna nuta. I choć nie ma tu ani grama czekolady, ciasto zaspokoi pragnienia największych czekoholików. 

Znalazłam je na stronie Smitten kitchen. Choć ciasto po 30 minutach pieczenia wydawało mi się ciągle surowe w środku, wyciągnęłam je z piekarnika - bałam się je przesuszyć. Coś mi mówiło, że akurat tego lepiej nie dopiec... Dzięki temu wyszło mi modelowe wręcz brownie - słodkie, ciężkie, lepkie w środku. Wyborne z lodami waniliowymi. Spróbujcie koniecznie, zanim pierniczki kompletnie zawrócą Wam w głowach!

Kakaowe brownie z czerwonym winem

Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)
  • 85 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • 100 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 180 ml czerwonego wina
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 135 g mąki pszennej
  • 40 g kakao
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

Masło utrzeć z cukrami na puszystą masę. Wbić jajko, potem żółtko, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Cały czas ucierając, wlewać wąskim strumieniem wino wymieszane z ekstraktem. Masa będzie wyglądała na zważoną - nie należy się tym przejmować.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać dokładnie z sodą, proszkiem, solą i cynamonem. Partiami dodawać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera.

Formę wysmarować masłem.
Masę przelać do formy, wyrównać wierzch

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Tak naprawdę troszkę boję się jutrzejszego poranka. Po ostatnim sztormie, który nie był nawet w połowie tak silny jak Bodil, chodniki upstrzone były zerwanymi z dachów dachówkami i połamanymi gałęziami. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie dużo gorzej...

wtorek, 8 października 2013

Wspomnienie lata

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze świeciło słońce, wybraliśmy się z C. na spacer. Szliśmy polną drogą, która w końcu zamienia się w leśną, co sprawdziliśmy jeszcze dawniej. Tym razem jednak nie starczyło nam sił, i w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie zawróciliśmy. I wtedy w oczy wpadła mi jeżyna. Może i niezbyt słodka, ale pierwsza od kilku ładnych lat. W Danii bowiem jeżyny kosztują fortunę, a w Polsce jakoś nie mogłam załapać się na sezon... W każdym razie - najpierw jedna. Później druga, trzecia, kolejne... Okazało się, że odkryliśmy prawdziwe jeżynowe pole. Zbieraliśmy je do woreczka, połowę zjadając od razu. Pyszności!

W domu długo szukałam odpowiedniego przepisu. Aż w końcu w Chocolate cakes wydawnictwa The Australian women's weekly znalazłam boskie brownie. Tam było z malinami, które kolorystycznie może i lepiej się komponują, ale jeżyny smakują tu wybornie. Świetnie przełamują ciężki, czekoladowy smak. Bo ciasto, choć pyszne, jak dla nas jednak zbyt czekoladowe (nigdy w życiu bym nie pomyślała, że takie słowa wyjdą mi spod palców). Mnóstwo czekolady w cieście, i do tego ganache (które trochę mi się zważyło, ech). Zamiast polewy następnym razem ubiję kremówkę - ciasto będzie lżejsze, chyba nawet bardziej letnie. Z drugiej strony - teraz odkrywam w sobie ogromne zapotrzebowanie na czekoladę... Może dziś smakowałoby mi bardziej...?

Brownie z czekoladowym ganache i jeżynami

Składniki:
(na formę o średnicy 21 cm)
  • 35 g kakao
  • 80 ml gorącej wody
  • 150 g ciemnej czekolady (70%)
  • 150 g masła
  • 300 g ciemnego brązowego cukru
  • 125 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 4 jajka

ganache:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 160 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 150 g jeżyn

Kakao wsypać do szklanki, wlać gorącą wodę i mieszać aż do rozpuszczenia.
Czekoladę i masło rozpuścić razem w kąpieli wodnej. NIeco przestudzić, dodać rozpuszczone kakao, cukier, migdały, proszek do pieczenia i żółtka, dokładnie wymieszać. Białka ubić na sztywną pianę, delikatnie wmieszać do masy.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przełożyć ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 75 minut.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić 15 minut w formie, a następnie przełożyć na kratkę i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Kremówkę podgrzać, ale nie gotować. Ciepłą zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, aż czekolada się rozpuści. Oblać masą ciasto, udekorować jeżynami.

Smacznego!

Tak naprawdę duńskie jeżyny kompletnie wysiadły przy włoskich - też udało nam się znaleźć takie dziko rosnące - słodkie i soczyste. Od razu widać, jak wielką różnicę robi słońce...