Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złoty syrop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złoty syrop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 września 2017

Ślub po duńsku, czyli uwaga! Kobieta! I jesienne ciasto ze śliwkami

O ślubie z C. dyskutowaliśmy długo i szeroko. Jak się pochodzi z różnych krajów i wyznaje różne religie, pytanie gdzie? nabiera dwojakiego sensu. 
Muszę przyznać, że nie było łatwo. W końcu jednak podjęliśmy decyzję praktyczną: ślub odbędzie się w Danii, bo C. ma zdecydowanie większą rodzinę niż ja. Teraz pozostawała tylko kwestia rodzaju ceremonii: świecka czy kościelna? C. nie miał wątpliwości; ślub musiał odbyć się w kościele. Koniec, kropka. Hmm... Ale jak to rozwiązać? Ma być dwóch duchownych? Słyszałam też o ślubach, gdzie tylko jedno z małżonków przysięgało, a drugie stało sobie jak parasol i miało tylko ładnie wyglądać. Coś takiego w grę nie wchodziło!
Udaliśmy się więc do najbliższego kościółka, i co się okazało? Że nasze religie są tak do siebie zbliżone, że bez problemu ślubu nam udzielą! Bez żadnych ceregieli; każde ma powiedzieć dwa razy tak, i pozamiatane. 
Musze przyznać, że odetchnęłam z wielką ulgą.

Problem pojawił się na kilka dni przed ceremonią; okazało się, że godzinę przed naszym jest inny ślub i pastor, który miał się nami zająć, nie da rady. Będzie więc inny. A raczej inna; bo tutaj pastorzy są obojga płci. Szczerze mówiąc, mnie samą średnio to obeszło, ale obawiałam się reakcji mojej Babci... Na szczęście okazała się kobietą na tyle nowoczesną, że zaakceptowała sprawę bez mrugnięcia okiem. 
Uff... Skandalu nie będzie.

A Wy? Byliście kiedyś na ślubie, którego udzielała kobieta...?

Tymczasem mam dla Was banalnie proste ciasto z wczesnojesiennymi owocami: śliwkami i jeżynami. Pierwsze od sąsiada zza płotu, drugich nazbierała Młoda z Tomaszem. Nic nie może się zmarnować, wrzuciłam więc wszystko do prostego ciasta jogurtowego podkręconego kardamonem. Wyszło, muszę przyznać, wyjątkowo pysznie. Soczyste owoce, chrupiąca, cukrowo-migdałowa skorupka i delikatna nuta kardamonu w tle - naprawdę smakowita kompozycja. Spróbujcie, póki jeszcze można w lesie nazbierać jeżyn!

A jeśli macie ochotę na jakieś inne desery ze śliwkami, koniecznie sprawdźcie, co upichciły Mirabelka i Malwina!

Ciasto jogurtowe ze śliwkami i jeżynami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 295 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 2 jajka
  • 50 g złotego syropu
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 150 ml oleju
dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)
  • 100 g jeżyn
  • 50 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego
Mąkę z proszkiem i sodą przesiać, dodać cukier i kardamon, połączyć.
Jajka roztrzepać, dodać syrop, jogurt i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć owoce, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Wczoraj, zerkając do kalendarza, z zaskoczeniem odkryłam, że dzisiaj mija równo miesiąc od wesela. Z tej okazji kupiłam koszyczek dorodnych i drogich jak nieszczęście kurek - będzie tarta. Z białym winem. W końcu taka okazja nie zdarza się co dzień...

wtorek, 19 września 2017

Ostatnie tchnienie lata: tarta z malinami i morelami

Dłuższą chwilę mnie tutaj nie było, prawda...? Ale tym razem mam naprawdę dobre usprawiedliwienie - w podróży poślubnej po prostu nie wypada spędzać czasu przed ekranem komputera, choćby nie wiem jak bardzo miało się ochotę podzielić z Wami wrażeniami. A uwierzcie - tych jestem pełna; pomysłów na posty nie zabraknie mi przynajmniej do końca roku. Mam tylko jeden problem - od czego zacząć...?
Hmm... Myślę, że żeby nie popadać w rutynę - spróbuję od końca.

Do domu wróciliśmy już tydzień temu, ale okazuje się, że człowiek w ostatnich dniach urlopu nie ma czasu na leniuchowanie. Trzeba było wyprać wszystkie ubrania z podróży (a przez dwa tygodnie trochę się tego nazbierało), a także pościele, ręczniki i wszystko to, czego przed wyjazdem wyprać nie zdążyłam. Jak w zegarku więc co dwie godziny i piętnaście minut schodziłam na dół żeby wymienić zawartość pralki. I tak przez trzy dni...
Poza tym siostra C. wraz z małżonkiem postanowili wyprawić wspólne urodziny, a że przez ponad trzy tygodnie nic nie piekłam zawzięłam się, i przygotowałam tort. Taki porządny, z marcepanowymi dekoracjami i kremem maślanym. Pokażę Wam go przy innej okazji. 

A wczoraj wróciłam do pracy.
Oj, ciężko było wstać o wpół do czwartej nad ranem... Szczególnie, że teraz słońce wschodzi dopiero po szóstej, więc nie tylko wstaję, ale całą drogę odbywam w całkowitych ciemnościach. Razem z niemal nieustannym deszczem działa to na mnie, muszę przyznać, dość depresyjnie. Szczególnie po dniach spędzonych w słonecznej i ciepłej Barcelonie. Na szczęście koledzy nie zawiedli i w sposób jednoznaczny wyrazili ukontentowanie z mojego powrotu; były i całusy, i uściski i wyrazy nadziei, że moje małżeństwo będzie trwałe, a co za tym idzie, potrzeba tak długiego urlopu po raz kolejny nie zaistnieje.

Tymczasem powoli na nowo rozgaszczam się w mojej kuchni. Odnajduję lekko zaniedbane ścieżki i właściwie proporcje. Połączenia smaków, do których tak lubię wracać i te zupełnie nowe, które sprawdzą się albo i nie.
Zaskoczył mnie fakt, że w Danii jest już jesień. I to nie ta złota, stonowana, która pozwoli pomału się przestawić. Jest szaro, buro i deszczowo, a gdy rano na termometrze zobaczyłam siedem stopni powyżej zera, odruchowo szczelniej otuliłam się szalem. W sklepach królują śliwki, gruszki i dynie, a pierwszym, co z niemal pietyzmem włożyłam do koszyka, było opakowanie świeżych, soczyście fioletowych fig. I tak, to zdecydowanie są moje smaki, niecierpliwie przecież czekam na pierwsze kasztany, ale... Gdzie lato, gdzie truskawki, maliny, porzeczki...? Gdzie ciepłe wieczory w ogrodzie, ogniska i kiełbaski nad nimi pieczone? Nie zdążyłam się tego roku tym wszystkim nacieszyć; pogoda nie dopisała, owocom zabrakło słodyczy, a ja czuję tak wielki niedosyt, że ciężko mi się z obecnym stanem rzeczy pogodzić. Co robić...?
Upiec ciasto!

Mam dla Was jeszcze letnią tartę, z malinami, morelami i boskim kremem budyniowym, pod którym ukryłam cienką warstwę obłędnej masy orzechowej. A wszystko to zapiekłam na cudownie kruchym cieście. Prosta, pełna słońca tarta, która z pewnością uczyni niejedno deszczowe popołudnie odrobinę bardziej znośnym.

Tarta z kremem budyniowym i owocami


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa orzechowa:
  • 50 g złotego syropu
  • 40 g grubo zmielonych orzechów włoskich
  • 20 g masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczka ekstraktu z wanilii

krem budyniowy:
  • 110 g serka mascarpone
  • 60 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 jajko
  • 30 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 25 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g malin
  • 3 morele

Mąkę przesiać, wymiezać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a nastpęnie rozterzeć palcami na kruszonkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce prze 30-45 minut.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem. Przykryć papierem od pieczenia, obciążyć kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Podpiekać kolejne 10 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować masę orzechową.
Orzechy, syrop, masło,jajko i ekstrakt umieścić w garnuszku. Zagotować, a następnie podgrzewać przez 5 minut, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje. Jeszcze ciepłą masę orzechową równomiernie rozprowadzić na kruchym spodzie.
Odstawić.

Mascarpone, kremówkę, jajko, budyń i cukier roztrzepać tylko do połączenia składników. Wylać na masę orzechową. Na wierzchu ułożyć połówki moreli i maliny.

Piec w 160 st. C. przez 20-25 minut, aż masa się zetnie.
Ostudzić, schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Przez następne tygodnie będę pisać o ślubie i tych wszystkich wspaniałych miejscach, które miałam okazję odwiedzić. 
I choć było wspaniale, to wiecie co...? W domu też jest dobrze...

wtorek, 15 grudnia 2015

Pepperkaker, czyli pierniczkowe zoo

Nie umiem (wcale zresztą nie próbuję...) się powstrzymać przed wyszukiwaniem nowych przepisów na pierniczki, a później ich wypróbowywaniem. Te maleńkie, korzenne ciasteczka mają niesamowitą właściwość - znikają z puszek szybciutko, w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach, a Rodzina i znajomi ciągle domagają się kolejnych porcji. Naprawdę ciężko jest uchować jakieś do Świąt... Trzeba je chować głęboko, gdzie nikt nie spodziewałby się ich znaleźć. Albo przygotowywać te, na których można sobie zęby połamać zaraz po upieczeniu. Wtedy jest szansa, że konsumenci, zrażeni i nieusatysfakcjonowani, dadzą im poleżeć i w spokoju doczekać Wigilii...

Cóż, pierniczki, które chcę Wam dzisiaj zaproponować, mają być chrupkie, więc zbyt długie leżakowanie im nie grozi. Przepis znalazłam w książce Scandilicious baking Signe Johansen i muszę uczciwie przyznać, że marzyłam o nich już od dawna. Kupiłam nawet specjalne foremki w Ikei! Ale tak jakoś... Lata mijały, a ja nadal jadłam tylko kupne pepperkaker. Jest to ich szwedzka nazwa; po polsku byłyby to po prostu pieprzne ciasteczka. Nazwa pochodzi z dawnych czasów, gdy czarny pieprz był ich nieodzownym składnikiem; dzisiaj wiele receptur go pomija, ale za Signe, postanowiłam z niego nie rezygnować. Dzięki temu ciasteczka mają charakter! 
Wbrew pozorom, nie są aż tak pikantne, ale pięknie pachną korzennymi przyprawami. Są chrupiące i nie przypominają za bardzo tradycyjnych polskich pierniczków. Są jednak pyszne, i zdecydowanie warto je sobie upiec!

Zabawa z ciastem może być nieco uciążliwa; jest ono dość miękkie i lepkie, bez podsypywania mąką się nie obejdzie. Najlepiej wałkować je już na blasze, inaczej ciężko może być przenieść cieniutkie ciasteczka z blatu. A im cieńsze, tym lepsze i bardziej chrupiące! Moja pierwsza partia wyszła zbyt pulchna, później opanowałam system i każda blaszka wyglądała lepiej. 
Pierniczki nieco rosną, należy więc zachować odstępy.
I jeszcze jedno - użyłam foremek z Ikei różnej wielkości: od malutkich ślimaczków, jeży i wiewiórek, przez średniej wielkości niedźwiadki i lisy, aż do całkiem pokaźnych łosi (tudzież reniferów). Nie wiem więc, ile pierniczków wyjdzie, jeśli - tak jak Signe - postawicie na bardziej tradycyjne kształty.

Pepperkaker


Składniki:
(na 60-65 sztuk)
  • 150 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 70 ml melasy
  • 50 ml złotego syropu
  • 75 ml mleka
  • 1 żółtko
  • 450 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 1/4 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
  • 1.2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
Utrzeć masło z cukrem na puszystą, jasną masę.
Melasę, syrop, mleko i żółtko dokładnie ze sobą wymieszać. Do drugiej miski przesiać 400 g mąki, dodać przyprawy, sól i sodę. Wymieszać. Na zmianę dodawać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera. Jeśli ciasto będzie zbyt luźne, dodać pozostałą mąkę.

Ciasto podzielić na pół, z każdej części uformować kulę, a następnie spłaszczyć, formując dysk o średnicy 10 cm.
Zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez noc.

Ciasto wyjąć z lodówki 15-20 minut przed wałkowaniem.
Wałkować ciasto na grubość 2-3 mm (im cieniej, tym ciasteczka będą bardziej chrupiące), układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Najlepiej jednak wałkować od razu na papierze, wycinać kształty a następnie usunąć pozostałe ciasto spomiędzy ciastek. 

Piec w 170 st. C. przez 8-10 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Czy zdajecie sobie sprawę, że zostało raptem dziewięć dni do Wigilii...? 
Ach, już się nie mogę doczekać!

środa, 9 września 2015

Ciasteczka na każdą pogodę

Jak tam u Was z pogodą? Wczoraj rozmawiałam z Rodzicami i ze zdziwieniem patrzyłam na Mamę opatuloną w ciepły sweter. Podobno jest zimno i nieprzyjemnie, a po tropikalnych upałach nie ma nawet śladu. I choć w większości narzekaliśmy na te nieludzkie temperatury, to co niektórzy już zaczynają za nimi tęsknić...
Nie ja jednak. U nas bowiem pogoda jest wprost zachwycająca - słonecznie i ciepło, w okolicach dwudziestu stopni. Idealna pora na spacery, z czego wczoraj skwapliwie skorzystaliśmy. C. wrócił z pracy wyjątkowo wcześnie, szybko więc przebrał się w szorty i pojechaliśmy nad jezioro. Szum liści, ten charakterystyczny, trudny do opisania dźwięk fal uderzających o brzeg, i ostatnie jagody sprawiły, że spędziliśmy tam kilka fantastycznych godzin. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na ostatnie już chyba lody w plenerze; usiedliśmy na bulwarze i podziwialiśmy słońce chowające się za budynkami... Pięknie było.
Taką jesień to ja lubię.

Na tego typu wycieczki dobrze jest zabrać ze sobą jakąś drobną przekąskę. Ciasteczka na przykład. Owsiane sprawdzą się idealnie, dodadzą energii do dalszych spacerów.
Słynne, australijskie ciasteczka anzac będą wprost wymarzone. O ich powstaniu czytaliście już za pewnie nie raz, więc daruję Wam opowieści o cierpliwych matkach, żonach i córkach, piekących, pakujących i wysyłających ciasteczka na front do swoich dzielnych mężczyzn. Zamiast tego powiem Wam, że te ciasteczka są proste i szybkie w przygotowaniu, sycące i smakują naprawdę wyśmienicie. Dokładnie tak, jak ciasteczka owsiane smakować powinny.

A jeśli u Was pogoda już do spacerów nie nastraja - nie martwcie się, nic straconego. Można ciasteczka upiec i zapakować do puszki (doskonale się przechowują) i obdzielać nimi członków rodziny wracających z pracy, ze szkoły czy innych niezwykle ważnych i męczących wojaży. Nikt takiego ciasteczka nie odmówi. Gwarantuję.

Ciasteczka owsiane anzac

Składniki:
(na 25-30 ciasteczek)
  • 170 g płatków owsianych
  • 150 g mąki
  • 100 g cukru
  • 80 g wiórków kokosowych
  • 125 g masła
  • 2 łyżki złotego syropu
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżka wrzącej wody

Masło rozpuścić w garnuszku, dodać złoty syrop, dobrze wymieszać (nie gotować).
Sodę rozpuścić we wrzącej wodzie, dolać do masła, wymieszać.Mąkę przesiać, dodać płatki, cukier i wiórki kokosowe, wymieszać.Do mąki wlać masło, wymieszać na jednolitą masę. Będzie dość gęsta.

Układać porcje ciasta na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, spłaszczać - ciasteczka nie będą rozlewać się na boki prawie wcale podczas pieczenia.

Piec 10-15 minut w 180 st. C. na złoty kolor.

Ostudzić na blaszce - będą bardzo miękkie, stwardnieją w czasie stygnięcia.

Smacznego!

Nie wiem tylko, skąd mam przepis... Zapisany był na jakimś skrawku papieru, bez dodatkowych informacji. Receptura jednak jest bardzo popularna i wielokrotnie była zmieniana, ciężko więc będzie dokopać się do źródła...

czwartek, 6 marca 2014

Flapjacks po raz pierwszy

Bardzo lubimy płatki owsiane. Na zimno z mlekiem i odrobiną cukru, lub w formie owsianki (najlepsza z jabłkami i odrobiną cynamonu, choć próbujemy różnych wariacji). Ciasteczka owsiane też nie są mi obce, choć bardzo rzadko je robię. Dlaczego? Dobre pytanie. Nie mam pojęcia - jakoś zawsze jest coś bardziej interesującego czy efektownego. Dlatego gdy w propozycjach wspólnego gotowania na marzec pojawiły się flapjacki, wiedziałam, że to będzie idealna okazja do przygotowania czegoś na bazie płatków. 

Nigdy nie robiłam flapjacks. Musiałam więc sobie troszkę poczytać - okazuje się, że to krajanka - pieczemy całość w formie, a potem kroimy w kwadraty lub prostokąty. Słodka, lepka, bardzo sycąca. Oj tak, to musiało być coś pysznego...
Okazało się też, że flapjcki są błyskawiczne w przygotowaniu - o ile nie trzeba iść w trakcie do sklepu, bo nagle okazało się, że w domu jest tylko sto osiemdziesiąt siedem gram płatków owsianych. Ale nawet wliczając ten mały wypad, przygotowania zamykają się trzydziestu minutach. Potem dwadzieścia na pieczenie, i dłużące się oczekiwanie, aż ciasto ostygnie i będzie je można pokroić. Ciepłe bowiem się pokruszy.

Moje flapjacki są kokosowe, słodkie, lepkie i lekko ciągnące. Z jagodami, które wręcz eksplodują między zębami, ożywiając całość. Wyszły pyszne i sycące, idealne na drugie śniadanie. Jeśli jeszcze nie próbowaliście - jak najszybciej naprawcie ten błąd.

Flapjacks miałam przyjemność przygotować wspólnie z Panną Malwinną oraz Siaśką, a inspirowałam się przepisem z bloga Frugalfeeding.

Kokosowe flapjacki z jagodami

Składniki:
(na formę 25x25 cm)
  • 300 g płatków owsianych
  • 150 g masła
  • 65 g cukru
  • 40 g cukru kokosowego
  • 3 łyżki złotego syropu
  • 40 g chipsów kokosowych
  • 125 g jagód (świeżych lub mrożonych)

Masło, oba cukry i syrop rozpuścić w garnuszku.
Płatki owsiane wymieszać z chipsami kokosowymi, wlać masło, dokładnie wymieszać. Dodać jagody, delikatnie wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia.
Przełożyć masę do formy, ugnieść łyżką lub dłonią uważając, żeby nie rozgnieść jagód.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut, aż brzegi się zezłocą.
Ostudzić.

Ciasto pokroić w kwadratu lub prostokąty, przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

Ostatnio nie ciągnie mnie do komputera - w szkole mnóstwo zadań wiąże się z siedzeniem przed monitorem; na szczęście skończyliśmy projekt, i mogę znów zapomnieć, jak działa Power Point. 
Ja jakaś nie z tej epoki jestem chyba...

piątek, 1 listopada 2013

Troszkę się zadumałam... I lody

Dziś pierwszy listopada, dzień zadumy i wspomnień. Po wczorajszych hulankach wypada się nieco uspokoić, pomyśleć o tych, których z nami nie ma...
W Danii to święto nie istnieje. Tutaj ludzie nie myślą o śmierci zbyt wiele, a swoich najbliższych, którzy odeszli, wspominają bez okazji. Mimo wszystko nie mogę oprzeć się mojemu wychowaniu - te wszystkie lata, kiedy z Rodzicami odwiedzałyśmy cmentarze, zapalaliśmy znicze i staliśmy nad grobami pełni zadumy... 
Tak naprawdę znaczenie tego dnia dotarło do mnie dopiero po śmierci ukochanego Dziadka. Wcześniej rozmawialiśmy o ludziach, których nie znałam lub nie pamiętałam. Śmierć była dla mnie swego rodzaju abstrakcją. Gdy dotknęła najbliższą mi osobę, zmieniłam pogląd na sprawę.
Tak naprawdę o moim Dziadku myślę często. W trudnych chwilach zastanawiam się, co by mi poradził; w radosnych mam nadzieję, że byłby ze mnie dumny. Zawsze mnie wspierał, zawsze był ze mną i dla mnie. Tęsknię za nim okrutnie i w tej chwili, pisząc te słowa, mam łzy w oczach... Nie, nie chcę być ckliwa, i się nad sobą nie rozczulam. Po prostu wspominam...

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam lody. Dlaczego? Bo kojarzą mi się właśnie z moim Dziadkiem i myślę, że by mu zasmakowały. Pisałam już o tym, jak będąc małą dziewczynką suszyłam z Dziadkiem pestki dyni, i ile miałam z tego radości. Dlatego lody są dyniowe, choć bez pestek. 
Dziadek często zabierał mnie do lodziarni mieszczącej się na parterze budynku, w którym mieszkaliśmy. Najczęściej wybierałam te smerfowe, bajecznie niebieskie. Choć pierwszy raz zdecydowałam się na nie dopiero, gdy Dziadek solennie zapewnił, że nie są ze Smerfów zrobione. Pyszne były. Słodkie... Nie pamiętam już, czym dokładnie smakowały. Wiem, że już później takich nie jadłam. Może to magia miejsca, a może Dziadka...? I choć Babcia potrafiła go nieźle ofukać za kupowanie lodów przed obiadem, nic sobie z tego nie robił, puszczał do mnie oko, i kiedy tylko zrobiłam proszącą minę, wychodziliśmy do parku, zahaczając o moje ulubione miejsce.

Moje lody nie są niebieskie, a smakują cynamonem i pomarańczą. Trochę dynią. Mimo, że zimne, na przekór stereotypom, rozgrzewające. Kremowe i słodkie. Pyszne.
A znalazłam je u Doroty.

Lody dyniowe z pomarańczą

Składniki:
(na l lodów)
  • 400 ml mleka
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 ml złotego syropu
  • 110 g ciemnego brązowego cukru
  • 70 g białego cukru
  • 4 żółtka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 300 g puree z dyni
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 2 łyżki rumu

Żółtka, syrop i oba rodzaje cukru utrzeć na puszystą masę. Dodać cynamon, imbir i gałkę, dokładnie zmiksować.
Mleko ze śmietaną zagotować. Powoli wlać do masy jajecznej, miksując na najniższych obrotach. Przelać całość do garnka, podgrzewać na średnim ogniu, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). Zdjąć z palnika, dodać puree z dyni, skórkę pomarańczową i rum dobrze wymieszać. Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce.

Schłodzoną mieszankę przelać do maszyny do lodów. 
Przełożyć do pudełek do lodów, zamrozić.

Smacznego!

Też zapalaliście znicze na nieznanych grobach? Moi Rodzice zawsze kupowali jeden więcej, i chodząc po cmentarzu, szukaliśmy grobu, o którym wszyscy zapomnieli. Zapalaliśmy na nim lampkę, żeby dusza wiedziała, że ktoś o niej pomyślał. Choć przez chwilę...

środa, 3 kwietnia 2013

Imbir z gruszką w najprostszej formie

Przed Wielkanocą nabrałam ochoty na coś słodkiego. W związku z tym, że byłam naprawdę zajęta, nie miałam czasu ani siły na żadne skomplikowane wypieki. Sięgnęłam więc po najlepszą książkę o muffinach, jaką mam: 1 mix, 100 muffins Susanny Tee. Szybko znalazłam inspirację - muffinki imbirowe. Mmm... Uwielbiam imbir. Jego charakterystyczną ostrość, lekko cytrynowy posmak świeżego, słodkość kandyzowanego. Do tego przepisu użyłam tego drugiego, drobno posiekanego, oraz imbiru w proszku. Od siebie dodałam gruszki, które z imbirem tworzą niezwykle zgrany duet. Muffiny wyszły obłędne - idealnie zrównoważone słodko-ostre smaki, soczyste owoce idealnie zgrały się z muffinkowym ciastem. Zniknęły błyskawicznie!

Podwójnie imbirowe muffinki z gruszkami


Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 80 g jasnego brązowego cukru
  • 2 łyżeczki imbiru
  • 1 łyżeczka cynamonu

mokre:
  • 2 jajka
  • 260 g jogurtu naturalnego
  • 90 ml oleju
  • 4 łyżki złotego syropu

dodatkowo:
  • 2 gruszki
  • 30 g kandyzowanego imbiru

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia, solą, cukrem, imbirem i cynamonem.
W drugiej misce rozptrzepać jajka, dodać jogurt, olej i syrop, dokładnie połączyć.
Gruszki obrać, wykroić gniazda nasienne i pokroić w kostkę. Imbir pokroić w drobną kosteczkę.

Wlać mokre składniki do suchych. Wymieszać niedbale, tylko do połączenia składników. Dodać gruszkę i imbir, wymieszać.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 200 st. C. 20-25 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!
Coś mi brakuje weny do pisania... Ale myślę, ze w przyszłym tygodniu, kiedy w końcu będę miała kilka zasłużonych dni wolnych, wena powróci.

sobota, 26 stycznia 2013

Mamusi zakręcenie i bardzo kakaowe muffiny. Z gruszkami

Mamy to istoty wyjątkowe - każdy się z tym zgodzi, prawda? Sama nie jestem mamą, ale za to jestem dzieckiem mojej Mamy, co dostarcza mi nie tylko mnóstwa pozytywnych wrażeń, ale też okazji do śmiechu niemało. Moja Rodzicielka bowiem jest tym typem człowieka, który uważa się za bardzo poważnego, a przy tym robi mnóstwo zabawnych rzeczy, o których zresztą potrafi opowiadać z kamienną twarzą sprawiając, że wręcz zwijam się ze śmiechu. Tym razem przeszła samą siebie - już chyba wszystkim opowiedziałam tą historię, i z Wami też chcę się podzielić.

Nie znając mojej Mamy, być może nie dostrzeżecie całego komizmu sytuacji, który kryje się w fakcie, że zachowanie jest tu typowe, i naprawdę każdego z elementów z osobna można by się spodziewać. Połączenie tego w całość to sztuka, która tylko jej może się udać.

Moja kochana Mamusia pewnego pięknego dnia próbowała wypłacić pieniądze z bankomatu. Próbowała, gdyż transakcja nie doszła di skutku - kartę bankomat bezczelnie połknął. Zła jak osa Mama wsiadła do samochodu, w którym czekał na nią niczego nie świadomy, ale, jak się po chwili okazało, wszystkiemu winny, Tato. Bo jakbyś ze mną poszedł, to nic by się nie stało, a teraz to ja nie mam ani kary, ani pieniędzy, i ty coś z tym zrób! 
Tato jest człowiekiem spokojnym, zrobił więc, co mógł - wykonał telefon i pan obiecał, że starą kartę zablokują, a nową przyślą w przeciągu dwóch tygodni.

Zaledwie po kilku dniach przyszedł list. Mamusia cała w skowronkach ogląda nową kartę, chce ją schować do portfela, a tam... Stara karta! Ale jak to...?
Otóż, zamiast karty, Mama do bankomatu włożyła kartę stałego klienta do apteki, no i bankomat nie podzielił jej entuzjazmu...

Tato, usłyszawszy co zaszło z przekąsem stwierdził - No faktycznie, jakbym z tobą poszedł, to nic by się nie stało.
Teraz czekamy na nowy PIN, Mamusia więc nadal jest bezgotówkowa. Ach, życie, życie...

A teraz, po przydługim wstępie, przejdźmy do sedna, czyli muffinek. Razem z MirabelkąEmmą i Tomkiem upiekliśmy muffiny z gruszkami. Pomysł od razu mnie ucieszył, bo dawno już gruszek u mnie nie było, a bardzo te owoce lubię. Muffinek też dawno nie jedliśmy, a akurat z C. miałam w planie dłuższy spacer do lasu (cudowny! ten śnieg, mróz i słońce - po prostu rewelacja), więc w sam raz nadały się na prowiant. Z dużą ilością kakao, na jogurcie waniliowym, wyszły bardzo aromatyczne i zdecydowane w smaku, a gruszka zapewniła im wilgotność upodabniając nieco do brownies. Mmm, pycha! Nie bardzo słodkie, po prostu idealne. Zniknęły błyskawicznie.

Przepis znalazłam w niezastąpionej 1 mix, 100 muffins Susanny Tee, modyfikując go delikatnie o dodanie gruszek - bo nie mogłam znaleźć żadnego przepisu, gdzie gruszki byłyby już w nim zawarte. Hmm, dziwne.

Muffinki kakaowo-waniliowe z gruszkami


Składniki:
(na 15 sztuk)

suche:
  • 255 g mąki pszennej
  • 60 g kakao
  • 110 g jasnego brązowego cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli

mokre:
  • 2 jajka
  • 150 g jogurtu waniliowego (0,1%)
  • 100 ml mleka (3,5%)
  • 90 ml oleju
  • 3 łyżki złotego syropu

dodatkowo:
  • 4 gruszki

Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne i pokroić w kostkę.

Mąkę przesiać z kakao i proszkiem do pieczenia, dokładnie wymieszać z cukrem i solą.
Jajka lekko ubić, wlać olej i syrop, połączyć. Wlać jogurt i mleko, dokładnie wymieszać.

Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać niedbale tylko do połączenia składników. Dodać pokrojone gruszki, szybko wymieszać.

Przełożyć masę do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. 25-30 minut, aż wykałaczka wbita w środek muffiny będzie sucha.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Dziękuję za wspólne pieczenie - jak zwykle, bardzo przyjemne doznanie.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Zaśniegowanie. I biscotti o smaku piernika

Siódma czterdzieści. Budzik. Drzemka. I jeszcze pięć minut.
Otwieram oczy. Przecieram je ze zdziwieniem - w pokoju jest zupełnie ciemno. Owszem, zdążyłam się już przyzwyczaić, że wstając przed piątą niemal nie jestem w stanie zobaczyć drzwi do łazienki, jednak trzy godziny później spodziewałam się chociaż zalążka światła... Dopiero gdy uważniej przyjrzałam się szybie zauważyłam, że jest kompletnie zasypana śniegiem. Czym prędzej pobiegłam do drugiego pokoju żeby wyjrzeć przez nasze jedyne normalne okno. 
Biało. Wszędzie. 
Dachy sąsiednich domów zasypane, czerwone huśtawki w ogrodzie w ciągu godziny zostały przemalowane na biało. Z pewnym niepokojem wychodziłam z domu - chodniki ośnieżone, choinka na największym rondzie obsypana śniegiem wyglądała przecudnie. Lampki na ulicach już się świecą, wszystko nabiera świątecznego charakteru.

I ten zapach... Wiecie, jak pachnie śnieg? Mrozem i świeżością. Nic innego nie wprawia mnie w ten szczególny nastrój - wtedy chcę, żeby w domu zapachniało piernikiem i pomarańczą. Zapalam świeczki i cieszę się nastrojowymi cieniami na ścianach. A później zakopię się pod kołdrą i będę patrzeć w moje zasypane śniegiem okno. A jeszcze później C. wróci z pracy i ogrzeje mi zmarznięte stopy.

Aromat piernika unosi się u nas od piątku - wtedy zaczęłam piec ciasteczka. Zapełniłam już dwie puszki, ale wątpię, żeby w stanie nienaruszonym dotrwały do Świąt. To nic - mam mnóstwo pomysłów, co jeszcze mogę do nich schować.
Dzisiaj chciałabym pokazać kolejne biscotti - twarde, chrupiące ciasteczka. Zrobiłam je tak, jak pierwsze, które pojawił się na blogu, zmieniając tylko dodatki. Pojawiły się więc orzechy włoskie i suszone śliwki, do tego całe mnóstwo przyprawy do piernika i delikatny aromat pomarańczy w tle. Boskie! Dzięki dodatkowi kakao mają głęboki, zachwycający kolor. Mówię Wam - nie ma nic lepszego do kawy na pierwsze ośnieżone wieczory.

Piernikowe biscotti z orzechami włoskimi i suszonymi śliwkami


Składniki:
(na 8-10 sztuk)
  • 30 g miękkiego masła
  • 90 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki złotego syropu
  • 110 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżki przyprawy do piernika
  • 2 łyżki kakao
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 g suszonych śliwek
Masło utrzeć z cukrem. Wbić jajko, dokładnie zmiksować. Wlać ekstrakt i złoty syrop, połączyć.
Mąkę przesiać z kakao i proszkiem do pieczenia, wymieszać z przyprawą do piernika i skórką z pomarańczy. Partiami wsypywać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera.
Śliwki pokroić w kosteczkę, orzechy grubo posiekać. Dodać do masy, dokładnie wymieszać łyżką.

Z ciasta uformować wałeczek, lekko spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.
Schłodzone ciasto odwinąć z folii, przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20-30 minut. 

Wyjąć z piekarnika, przestudzić 10 minut. Pokroić ukośnie w 1centymetrowe kromki, ułożyć płasko na blasze.

Piec 20 minut w 180 st. C.
W połowie przewrócić na drugą stronę.
Ostudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!


W Polsce są Mikołajki. W Danii ich nie obchodzą, co jednak nie znaczy, że nie ma przedsmaku świątecznych prezentów. Powiem więcej - Duńczycy ewoluowali na wyższy poziom, bo dzieci dostają drobne prezenty codziennie od pierwszego grudnia aż do Wigilii, a dorośli obdarowują się drobiazgami w każdą niedzielę adwentową.
Miła tradycja, prawda...?

wtorek, 13 grudnia 2011

Sposób na banany według Nigelli

Wczoraj mieliśmy w pracy Wigilijne spotkanie. Tradycją w Danii jest tak zwany Julefrokost, czyli świąteczna impreza - obiad, a później zabawa do białego rana. To jeszcze przed nami. Póki co spotkaliśmy się, żeby wymienić się prezentami. Każdy przynosi jakiś drobiazg, i kładzie go pod choinką. Później po kolei rzucamy kostką - kto wyrzuci szóstkę, może wybrać sobie paczuszkę. Zabawne, ale szczyt napięcia następuje później. Kiedy już pod choinką nie ma nic, staramy się wyrzucić jedynkę - wtedy możemy komuś ukraść prezent. I wtedy zaczyna się szaleństwo! Mówię Wam - zabawa jest przednia. Ja skończyłam bez paczuszki, ale K., która miała trzy, podzieliła się ze mną. W udziale przypadł mi mały ośnieżony domek z lampką w środku - uroczy! K. dostała między innymi puszkę tuńczyka. Z ciekawszych podarunków: mrożona kaczka, olej w spreju, pęto kiełbasy, gotowe blaty biszkoptowe, płyn do czyszczenia łazienek (jak znalazł przed Świętami!). Nasi kucharze wykazali się ułańską wręcz fantazją.
Posiedzieliśmy, pojedliśmy (ach, te mandarynki - już czas!), pośmialiśmy się, i w przyjemnej atmosferze udaliśmy się do domów. Ja do własnego tylko na moment - razem z Czarną (bez kradzionej kaczki) udałyśmy się do K. kontynuować tak przyjemnie rozpoczęte popołudnie, które nie wiadomo kiedy, zamieniło się w wieczór. Dzięki Dziewczyny!

Przy okazji chciałabym nadmienić, że jestem super ciocią - córeczka A. pozwoliła się prowadzić za rączkę bez żadnego sprzeciwu, a synek K. wgramolił mi się na kolana i puszczaliśmy bańki mydlane. Dzieci mnie lubią - sama nie wiem dlaczego. Ale muszę przyznać, że bardzo to miłe.

Co ja przyniosłam w prezencie? O tym innym razem (już niedługo). Dzisiaj na tapecie sernik - i to jaki! 
Zaczęło się od smętnie czerniejących w misce bananów, na które nikt już nie miał ochoty. Myślałam, co by tu z nimi zrobić. Chlebek bananowy...? Eee, jakoś nie miałam chęci. Koktajl...? Za dużo do picia na jeden raz. Wtedy przypomniałam sobie, że w Kuchni Nigelli widziałam kiedyś sernik bananowy. Czym prędzej zaczęłam wertować książkę - i tak! Jest. W dodatku z sosem toffi... Niewiele myśląc, zabrałam się za pieczenie. I uwierzcie - warto było! Sernik jest delikatny, wcale nie ciężki, choć kremowy. Słodki, ale tak w sam raz. Z odrobiną sosu smakuje wybornie! Jak kiedyś będziecie mieli zbyt dojrzałe banany - to jest pomysł idealny!

Bananowy sernik z sosem toffi od Nigelli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 23 cm)

spód:
  • 125 g ciastek digestive
  • 55 g masła

masa serowa:
  • 700 g serka śmietankowego
  • 125 g jasnego brązowego cukru
  • 6 jajek
  • 4 dojrzałe banany
  • sok z 1 cytryny

sos toffi:
  • 125 ml złotego syropu
  • 50 g cukru
  • 100 g masła

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem.
Tortownicę wyłożyć folią aluminiową, na dnie ugnieść ciastka. 
Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Banany obrać i rozgnieść widelcem na papkę. Skropić sokiem z cytryny.

Serek ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Dodać banany, zmiksować na gładką masę.

Piec 85-95 minut w 150 st. C.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.
Schłodzić w lodówce przez noc.

Wszystkie składniki na sos umieścić w rondelku. Podgrzewać na średnim ogniu, aż cukier i masło się rozpuszczą. Wymieszać, żeby wszystkie skłądniki dobrze się połączyły. Gotować 2 minuty, zdjąć z ognia, wystudzić. 
Sernik podawać z sosem w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

Poza tym D. zrobił mi wczoraj wspaniałą niespodziankę - obudziłam się obok niego po dziewiątej, a przecież na siódmą chodzi do pracy! Skubany, wziął wolne i nic nie powiedział. Dzięki temu mamy weekend po weekendzie - załatwiliśmy razem parę spraw, i cieszymy się swoim towarzystwem. Super!

piątek, 28 października 2011

Dynia, jabłko, trochę boczku...

Już jakiś czas temu, kiedy tylko zobaczyłam w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2008 przepis na tą zapiekankę wiedziałam, że prędzej czy później ją przygotuję. Później o niej zapomniałam (taka kolej rzeczy i wielu, wielu przepisów...), żeby ostatnio nagle, nie wiadomo skąd, przyszła mi do głowy. Nie pamiętałam zupełnie, że do nadzienia dodaje się dynię, a było to o tyle miłym zaskoczeniem, że akurat mamy na nią sezon. Niewiele myśląc dokupiłam, co trzeba., i zabrałam się do dzieła.

Jedynym mankamentem przygotowań był fakt, że mi się blender wykopyrtnął, przy czym ochlapał gorącym musem z dyni nie tylko szafkę, ekspres do kawy, blat kuchenny, mój sweter i spodnie, ale też dłoń. I wiecie co...? Bolało... Na szczęście dwadzieścia minut trzymania ręki pod strumieniem zimnej wody pomogło, zapobiegło bąblom i ogólnie uratowało sytuację. Nawet zaczerwienie zeszło dość szybko, i jedząc, już o nim nie pamiętałam. A jadło się, oj, jadło... Wyszła boska! 

Ciasto francuskie na spodzie smakuje świetnie, i choć kusiło mnie, żeby zastąpić je kruchym, w końcu zdecydowałam się na oryginał z przepisu. Sądzę, że dobre, maślane kruche też by dobrze pasowało. Może następnym razem... Ale francuskie jest świetne - delikatne i rozpływające się w ustach. Do tego mus - niezbyt pikantny (Panowie nie lubią), ale nie mdły. Wierzch to cudownie soczyste kawałki jabłek, oraz cebula z kiełbasą i boczkiem, dodające całości charakteru. Wszystko do siebie pasuje, gra idealnie - poezja! Oczywiście, jeśli ktoś lub takie niecodzienne połączenia... Tradycjonalistom może nie przypaść do gustu. Ze swojej strony jednak szczerze polecam - naprawdę wyjątkowo smakuje!

Pikantna tarta dyniowa z jabłkami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 300 g ciasta francuskiego

masa dyniowa:
  • 600 g miąższu dyni
  • 120 g marchwi
  • 15 g masła
  • 1 czerwona papryczka chilli
  • 2 żabki czosnku
  • 1 łyżeczka curry
  • 2cm kawałek imbiru
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 100 g kwaśnej śmietany
  • 4 jajka

dodatkowo:
  • 2 jabłka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 g kiełbasy pepperoni
  • 65 g wędzonego boczku
  • 1 cebula
  • 10 g masła

Marchewkę obrać, pokroić w średniej wielkośći kostkę razem z dynią.
Papryczkę przekroić na pół, usunąć pestki, drobno pokroić. Czosnek posiekać. Imbir obrać.
Na głębszej patelni roztopić masło, wrzucić czosnek i papryczkę. Kiedy czosnek się zarumieni, zetrzeć imbir na tarce o drobnych oczkach, następnie dodać dynię z marchewką. Smażyć 1-2 minuty, następnie dusić pod przykryciem 6-7 minut.

Dynię zmiksować na gładką masę ze złotym syropem, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, dodać śmietanę, dokładnie wymieszać i ostudzić.

Na patelni podsmażyć boczek, zdjąć, potem pepperoni, zdjąć, wyłożyć masło, rozpuścić, zeszklić cebulę. Wszystko przestudzić.

Ciasto francuskie rozwałkować na wielkość formy, wyłożyć, dokłądnie dociskając brzegi. Gęsto ponakłuwać widelcem i schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Schłodzone ciasto podpiec przez 10 minut w 200 st. C. 

Poczekać, aż opadnie, wyłożyć dynię.

Zapiec w 180 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie obrać jabłka, wydrążyć pestki bez rozkrawania i pokroić w plastry z dziurką w środku. Skropić sokie z cytryny.

Na wierzch wyłożyć jabłka, poukładać kiełbasę, posypać cebulą i boczkiem.

Piec w 180 st. C. 20-25 minut.
Podawać ciepłe lub ostudzone. 

Smacznego!

Danie idealne na szarą, pochmurną jesień. Wszędzie mnóstwo szeleszczących liści - szkoda, że coraz częściej mokrych... Rano ciemno, wieczorem ciemno... Brrr! Chyba znowu potrzeba mi czekolady...

czwartek, 27 października 2011

Ucieraniec. I sukces

Dzisiaj będę się chwalić. Kto mnie choć troszkę zna, a przynajmniej moje zdolności (i ich brak) kulinarne, zrozumie. Kto nie, niech przeczyta wpis chociażby o cieście agrestowym - tam jest chyba wszystko na temat mojej fobii. W skrócie - panicznie wręcz boję się ciast ucieranych. Wiem, że uchodzą za najprostsze, umie je zrobić nawet sześciolatek, a bardziej doświadczone Panie i znający się na pieczeniu Panowie robią je z zamkniętymi oczami. A ja nie potrafię! Piekę zakalce, jeden za drugim, wpadając w coraz głębszą czarną dziurę. Co jakiś czas podejmuję nowe próby, bo przecież nie wolno się poddawać. Ostatnim udanym wypiekiem był chlebek bananowy, później zaliczyłam kompletną klapę z ciastem, które piekłam już kilka razy. Cóż... 
Tym razem moje dobre samopoczucie powierzyłam gazecie Pieczenie jest proste nr 2/2011. I wiecie co...? Nie zawiodła mnie. Udało się! Ciasto wyszło dokładnie takie, jak powinno: babkowe, a więc lekko zapychające, idealne do kawy, herbaty czy mleka. Lekkie, puchate, dzięki gruszkom nie kompletnie suche, bo soczyste owoce nadają mu wilgotności i stanowią przyjemnie orzeźwiający akcent w czekoladowym niebie. Konsystencja przypomina murzynka (którego z obawy przed zakalcem nie upiekłam nigdy, a który w wielu przypadkach jest ciastem, które późniejsza genialna Pani Domu piecze jako pierwsze). Nic wyszukanego, ot, zwykłe ciasto. A ja jestem z niego dumna co najmniej, jakby przygotowała najbardziej efektowny tort! Tych też nie mam zbyt wielu na koncie, ale biszkopt mnie nie przeraża. A ucieraniec owszem. Dlatego cieszcie się ze mną - zapraszam na kawałek ciasta czekoladowego z gruszkami.

I naprawdę nie ma znaczenia, że gruszki wyglądają, jakby miały gęsią skórkę...

Czekoladowy gruszkowiec



Składniki:
(na formę o średnicy 24 cm)

ciasto:
  • 125 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 100 g ciemnej czekolady (49%)
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 3 gruszki
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki złotego syropu

Gruszki obraż, pokroić na ćwiartki, pozbawić gniazd nasiennych. Sok z cytryny wymieszać ze złotyk syropem, zalać nim gruszki i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbijać po jednym jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Wlać czekoladę, zmiksować.
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami, na zmianę w kremówką, dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Przełożyć ciasto do formy, na wierzchu ułożyć gruszki, delikatnie wciskając w ciasto.

Piec w 175 st. C. 75-80 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

Użyłam czekolady o 49procentowej zawartości kakao. Można użyć ciemniejszej, lub, jeśli ktoś lubi, mlecznej. Moim zdaniem z taką słodycz jest wyważona idealnie - ciasto jest słodkie, ale nie przesłodzone, nie jest też gorzkawe; generalnie takie, jakie lubimy najbardziej. Bałam się je kroić na ciepło (wiadomo, widmo zakalca wisiało nade mną przez cały czas pieczenia), ale myślę, że takie też smakowałoby świetnie...

sobota, 26 lutego 2011

Karmelowo

Kiedy zobaczyłam to ciasto w Brulionie z przepisami wiedziałam, że muszę je upiec. Akurat miałam dylemat i zastanawiałam się głęboko, co by tu przygotować, a wszystkie składniki - zupełnie przypadkiem - miałam w domu; decyzja zapadła błyskawicznie. I absolutnie jej nie żałuję! Ani nikt z moich gości, którzy mieli okazję próbować tego cuda. Mimo sporej ilości cukru i białej czekolady nie jest mega słodkie, ale wspaniale karmelowe. Nawet K., który z reguły słodyczom mówi stanowcze nie, jest wybredny jak nie wiem co i jak chcę go nakarmić, to muszę się niesamowicie gimnastykować, tym razem zjadł z przyjemnością. Naprawdę!
Głównymi zaletami ciasta są jego wspaniały smak i aromat roznoszący się po domu w trakcie pieczenia. Dodatkowo jest dziecinnie wręcz proste, nie ma szansy, żeby się nie udało.I ten kolor... Dzięki ciemnemu cukrowi jest głęboko brązowy i bardzo apetyczny. Miękkie, lekko wilgotne, dobrze się przechowuje - świeże nawet następnego dnia. Bajka! 

Właściwie to nie wiem, co jeszcze napisać, bo cały czas jestem podekscytowana faktem, że coś tak prostego może zrobić furorę. Polecam - jest warte każdej minuty nad nim spędzonej.

Ciasto karmelowe




Składniki:
(tortownica o średnicy 22 cm)
  • 200 g masła
  • 200 g białej czekolady
  • 200 g ciemnego brązowego cukru
  • 180 ml gorącej wody
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka 
  • 300 g mąki
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

polewa:
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 40 g masła
  • 50 g ciemnego brązowego cukru
  • 1/4 łyżeczki soli

W granku podgrzać połamaną czekoladę, pokrojone w kawałki masło, wodę, ekstrakt, cukier i złoty syrop. Trzymać na małym ogniu, aż się wszystko rozpuści i dokładnie połączy. Masa powinna mieć konsystencję płynnego, gęstego karmelu.
Wystudzić.
Do chłodnej masy wbić po kolei jajka, dokładnie ucierając mikserem po każdym dodaniu.
Następnie wsypać przesianą z proszkiem i sodą mąkę, wymieszać łyżką na gładką masę.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać masę.

Piec w 160 st. C. 50-70 minut, do suchego patyczka. Przestudzić.

Polewa:
W garnuszku umieścić śmietanę masło, cukier i sól. Zagotować. Gotować przez około pięć minut, cały czas mieszając, aż polewa zgęstnieje.
Przestudzoną polać ciasto.

Smacznego!

Hmm... Jest jeszcze coś, na co czekam z utęsknieniem - słońce! Pomijając fakt, że chciałabym wychodząc z domu nie wkładać na siebie dwóch swetrów i najcieplejszych skarpet, to bardzo, bardzo chcę mieć możliwość robienia zdjęć przy naturalnym świetle. Bo teraz, choćbym nie wiem jak się starała, i tak wychodzą mocno takie sobie. Ale pewnie nie tylko ja mam z tym problem...