Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liofilizowane owoce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liofilizowane owoce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Przed-poślubnie. I tort kawowo-malinowy z różaną nutą

Pogoda, póki co, zachwycająca.
Suknia pasuje, choć jej wkładanie to droga przez mękę.
Próba w kościele wypadła pomyślnie i chyba wiem, kiedy mam powiedzieć tak (dwa razy).
Lista gości wydaje się być kompletna, choć nie wykluczam w tej kwestii niespodzianek.
Kwiaty zostały dostarczone, a mój bukiet będzie na mnie czekał jutro o dziesiątej rano.
Tak idealnie pomalowanych paznokci nie miałam od lat - i nie jest to metafora.
Babcia będzie na miejscu za niecały kwadrans, a C. wybył w niewiadomym kierunku i nie wiemy, kiedy właściwie wróci. A przecież tylko on wie, jak się obsługuje monstrualnego grilla w ogrodzie.

Wszystko będzie dobrze, prawda...?

Tyle zdążyłam napisać przez ostatni tydzień. Choć bardzo się starałam, zostałam pochłonięta przez wir przygotowań - okazuje się, że przed ślubem, choć ma się wrażenie, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, ciągle jest coś do zrobienia! Ale wiecie co? Udało się! Impreza była jak się patrzy, choć momentami goście popatrywali na siebie z pewną dozą nieufności i niezrozumienia. W sobotę naprawdę żałowałam, że nie przyjął się esperanto; taki uniwersalny język rozwiązałby połowę moich problemów.

Dziś mam dla Was przepis na ciasto, które zabrałam ze sobą do pracy przed urlopem. Wywołało skrajne emocje - albo się je kocha, albo nienawidzi. Wszystko zależy od Waszego stosunku do kawy; jeżeli nie pijacie, ciasto nie pobudzi u Was apetytu, ale jeśli lubicie - przepadniecie. Miękki, wilgotny biszkopt migdałowy z Moich wypieków delikatnie nasączony amaretto, do tego mus malinowy na żółtkach i kawowy, również z dodatkiem jajek. Dzięki temu mają głębszy smak i nieco cięższą konsystencję niż te przygotowane tylko na śmietanie. Polewa lustrzana wywołała uwielbienie u kilku kolegów - podobno smakuje jak trufla. Jest mocno czekoladowa i pyszna, jej słodycz idealnie komponuje się z wyrazistym wnętrzem.
Spróbujcie koniecznie, jestem pewna, że Wam posmakuje.

Tort kawowo-malinowy z różaną nutą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt migdałowy:
  • 2 jajka
  • 1 łyżka letniej wody 
  • 110 g cukru
  • 85 g mąki pszennej
  • 70 g mielonych migdałów
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

mus malinowo-różany:
  • 225 g malin
  • 2 żółtka
  • 110 g cukru
  • 20 ml wody
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka przecieru z płatków róży
  • 3 listki żelatyny
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

mus kawowy:
  • 95 ml mocnej kawy
  • 120 g cukru
  • 3 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 90 g miękkiego masła
  • 180 ml śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 115 g śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczlanej (proszek)
  • 55 g ciemnej czekolady (60%)
  • 55 g mlecznej czekolady
  • 2 listki żelatyny

nasączenie:
  • 2 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • liofilizowane maliny
  • czarny i złoty proszek
  • czekoladowe ozdoby

Jajka, wodę i cukier umieścić w dużej misce. Ubijać na wysokich obrotach, aż masa będzie jasna i bardzo gęsta. Wlać ekstrakt, zmiksować.
Mąkę i proszek przesiać, wymieszać z migdałami. Wsypać do ubitej masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką, tylko do połączenia składników.

Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać ciasto do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mus malinowo-różany:
Maliny podgrzać. Gdy zaczną się rozpadać, zdjąć garnuszek z palnika, zmiksować owoce blenderem na gładką masę, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać z przecierem różanym, odstawić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Z cukru i wody zagotować syrop. W tym czasie ubić żółtka. 
Gdy cukier całkowicie się rozpuści, powoli wlać syrop do żółtek, cały czas miksując. Przelać całość do garnka, podgrzewać, aż masa nieco zgęstnieje. Przelać przez sitko, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Miksować przez około pięć minut, aż masa ostygnie. Dodać mus malinowy, połączyć.
Kremówkę ubić, dodać do masy jajecznej, delikatnie mieszając.
Spód polać amaretto, wylać mus, zamrozić.

Mus kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Mus malinowy wyjąć z formy, ułożyć na środku większej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Zalać musem kawowym tak, żeby z boków formy nie było dziur z powietrzem.
Zamrozić.

Polewa lustrzana:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie
Cukier, glukozę, kremówkę i kawę zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać, ostudzić do temperatury 35-40 st. C.

Zmrożone ciasto wyjąć z formy, ustawić na kratce, pod nią podłożyć folię spożywczą lub papier do pieczenia. Oblać ciasto polewą, odczekać kilka minut, ostrożnie przełożyć na paterę.

Udekorować liofilizowanymi malinami, złotym i czarnym proszkiem oraz ozdobami czekoladowymi.

Smacznego!


Dekoracja jest prosta, ale zrobiło się późno i nie chciało mi się kombinować. Przygotowałam więc zawijaska z ciemnej kuwertury, posypałam całość kolorowymi proszkami i liofilizowanym malinami. Dopiero później przyszło mi do głowy, że mogłam też użyć suszonych płatków róż... 
Cóż - następnym razem.

I jeszcze jeden drobiazg -jeśli planujecie wycieczki z tym ciastem, dodajcie do musów odrobinę więcej żelatyny, nie trzymają się bowiem za dobrze w cieple. 

wtorek, 28 marca 2017

Ciasto na wiosnę. Różowe

W weekend mieliśmy gości. Jak zawsze w tego typu sytuacjach, po dwóch pięknych, słonecznych dniach, przyszła szarawa sobota i deszczowo-mglista niedziela. W planie był długi spacer, z którego, wbrew pogodowym przeciwnościom, nie zrezygnowaliśmy. W pewnym momencie co prawda utknęliśmy, i mimo szczerych chęci, próby off-roadu na nic się zdały. Ptysia, czarna jak święta ziemia, zaraz po powrocie wylądowała pod prysznicem. Pączusi się upiekło - krótkie futro ma jednak swoje zalety.

Zmęczeni i zdyszani, zasiedliśmy przy okrągłym stole kuchennym, popijając ciemne piwo i obserwując ciężko pracującego nad posiłkiem C. Żeby nie było - swój wkład w rzeczony posiłek miałam, w postaci domowych bułek do burgerów. C., poza kwintesencją, czyli mięsem, przygotował też sos grzybowy z porto, który zdetronizował wszystko inne. Był tak pyszny, że - jestem pewna - nie tylko mi śni się po nocach.
Później przenieśliśmy się na kanapę, i przy dźwiękach muzyki rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W międzyczasie raczyliśmy się zielonkawym sernikiem i gulaszem przygotowanym nad ogniskiem (smak nie do podrobienia), a spać poszliśmy późno... A raczej wcześnie. Zależy, z której strony spojrzeć.

Tymczasem z pracy dostałam zadanie domowe. Tak, tak, okazuje się, że uczeń ma się uczyć. Ha! To dopiero nowość...
Niemniej, miałam przygotować ciasto inspirowane wiosną. I przygotowałam.
Najpierw kombinowałam z czymś zielonym, ale gdy koleżanka wspomniała o herbatce z hibiskusa, którą niedawno piła i która bardzo jej smakowała, natchnęło mnie tak, że nie mogłam przejść obok rzeczonego natchnięcia obojętnie.

Spód to blondie, na nim sernik z białą czekoladą - a to wszystko dla zrównoważenia kwaskowatego, malinowo-hibiskusowego musu w bajecznym kolorze. Wierzch oblałam polewą lustrzaną - na drugim zdjęciu widać, jak się w niej wszystko pięknie odbija. Udekorowałam ciasto bezikami posypanymi liofilizowanymi malinami oraz świeżymi owocami. I choć oblewanie nie wyszło mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła, to i tak z ciasta zadowolona jestem. Uroczo różowe, tchnie optymizmem. Bardzo wiosenne - moim zdaniem.

Pamiętajcie, że przy oblewaniu ciast polewą lustrzaną macie tylko jedną szansę. Na zmrożonym cieście polewa zastyga błyskawicznie, a próby poprawek sprawią, że będzie tylko gorzej. Dlatego z podanego przepisu polewy Wam zostanie - dzięki temu jednak pole manewru jest szersze, łatwiej całą sprawę załatwić.

Do ciasta jak najbardziej można użyć malin mrożonych. A właśnie ciasto z mrożonymi owocami było tematem naszego wspólnego gotowania. Koniecznie więc zajrzyjcie do Ani i sprawdźcie, co ona upichciła.

Sernik z białą czekoladą, musem malinowo-hibiskusowym i malinową polewą lustrzaną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

blondie:
(na formę o średnicy 16 cm)
  • 1 żółtko
  • 10 g cukru
  • 30 g masła
  • 30 g białej czekolady
  • 30 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 150 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
mus malinowo-hibiskusowy:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki suszonych kwiatów hibiskusa
  • 100 ml wody
  • 55 g cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g malin
  • 110 g białej czekolady
  • 4 listki żelatyny
  • różowy barwnik spożywczy
dodatkowo:
  • maliny świeże
  • maliny liofilizowane
  • beziki
Żółtko utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie podgrzać masło z czekoladą, aż czekolada się rozpuści. 
Mąkę przesiać z proszkiem.
Do ubitego żółtka dodać czekoladę, połączyć. Wsypać mąkę, wymieszać.

Ciasto wyłożyć do formy o średnicy 16 cm wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Przygotować masę serową:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
100 ml kremówki zagotować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. 
Gorącą kremówką zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać serek, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do masy czekoladowo-serowej, delikatnie wymieszać.

Na spodzie tortownicy o średnicy 18 cm ułożyć spód, następnie wylać masę serową.
Zamrozić.

Maliny na mus umieścić w garnuszku z wodą i kwiatami hibiskusa. Zagotować, odstawić pod przykryciem, aż całkowicie ostygną.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Maliny przetrzeć przez sitko, przełożyć z powrotem do garnuszka. Dodać cukier, podgrzać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.

Kremówkę ubić, delikatnie połączyć z malinami. Wylać na masę serową, zamrozić.

Przygotować polewę:
Maliny przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier, glukozę, kremówkę i maliny podgrzać, aż wszystko się dobrze połączyć. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać masą posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ewentualnie dodać nieco barwnika.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Wyjąć zmrożone ciasto z zamrażarki, oddzielić obręcz ostrym nożem. Ułożyć ciasto na kratce. Polać polewą uważając, żeby dokładnie oblać boki. Zostawić na kilka minut do zastygnięcia, przełożyć na paterę. Udekorować malinami świeżymi i liofilizowanymi oraz bezami.

Smacznego!


A czy ciasto przypadnie do gustu nauczycielom, dowiem się już jutro.

sobota, 21 stycznia 2017

Dla Babci i Dziadka. I drożdżowe, bożonarodzeniowe serce

Ależ ten czas szybko leci! Ledwo co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok, a tu już niemal koniec stycznia, a w raz z nim kolejne ważne dni. Nikt chyba bowiem nie zapomniał, że dziś mamy Dzień Babci, a jutro Dzień Dziadka...? 
W tym czasie nie mogę opędzić się od myśli o moim nieżyjącym już Dziadku ze strony Taty. Tym najlepszym; najukochańszym. Choć to już tyle lat, ja nadal tęsknię...

Ale w tym roku, na przekór samej sobie, skupiłam się na tych, którzy wciąż ze mną są. Choć nie na co dzień, a raczej od święta, bo odległości, niestety, nie są małe. Na szczęście internet pełen jest możliwości, które postanowiłam wykorzystać, i sprawić Dziadkom małe niespodzianki.
Kilka dni temu pieczołowicie wybrałam czekoladowe telegramy (to nie jest wpis sponsorowany, jakby ktoś miał podejrzenia), dobrałam wstążki i wypisałam bileciki. Uważam je za bardzo elegancki, a jednocześnie uroczy prezent, który można dowolnie spersonalizować. Pomysł genialny w swej prostocie!
Dopiero później będę dzwonić, żeby złożyć życzenia; mam nadzieję, że Dziadkom ta odrobina czekoladowej słodyczy przypadła do gustu.

Dzisiaj mam przepis, który idealnie sprawdziłby się na wizytę u ukochanych Dziadków, ale generalnie pomyślany został jako smakołyk bożonarodzeniowy. Od kiedy tylko zobaczyłam zdjęcie w Spis bedre, nr 11/2016, nie mogłam przestać o tym wieńcu myśleć. Te kolory, i ta czekolada na wierzchu! No coś wspaniałego!

Oczywiście, zajęta pierniczeniem, na drożdżowe czasu już nie znalazłam. Za to w styczniu poczułam nagle drożdżowy zew, i nie mogę się od niego opędzić. Przewertowałam więc magazyn, znalazłam odpowiednią stronę, i zabrałam się do dzieła. Znów zapachniało u nas Świętami... Ale czy to źle...? Dopiero niedawno poprószył śnieg, przysypując park i las cienką warstwą białego puchu. Choinki już dawno nie ma, dekoracje powędrowały do piwnicy w wielkich pudłach, ale światełka w oranżerii nadal umilają mi ciemne poranki. C. rozpala w kominku, ja siadam w bujanym fotelu, i delektujemy się tym niesamowitym zapachem... A później zajadamy miękką, puchatą drożdżówkę. I cieszymy się jej smakiem, bez względu na uniesioną brew Kalendarza (gdyby to nie był tylko zeszyt wypełniony datami, a poważny, starszy pan, jestem absolutnie pewna, że na taką profanację jego jakże ważnej profesji, uniósłby wymownie brew). 

Świąteczny wieniec cynamonowy z białą czekoladą i liofilizowanymi malinami


Składniki:
(na 1 średniej wielkości wieniec)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 100 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 300 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 65 g miękkiego masła
  • 65 g jasnego cukru muscovado
  • 1 łyżka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonych goździków
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g surowego marcepanu

dodatkowo:
  • 100 g białej czekolady
  • 2 łyżki liofilizowanych malin
  • 1 łyżka niesolonych pistacji (bez łupinek)
  • złoty pyłek

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Drożdże pokruszyć, rozetrzeć z cukrem. Dodać mleko, wymieszać. Wbić jajko, wsypać kardamon i sól, połączyć. Wlać przestudzone masło, a na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać przyprawy, skórkę z pomarańczy i pokruszony marcepan, zmiksować na gładką masę. Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Lekko podsypując mąką, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x45 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie ciasto zawinąć w rulon wzdłuż dłuższego boku. Przeciąć na pół w poprzek, a następnie każdą część wzdłuż, nie rozcinając jednak do końca. Zapleść razem końcówki, a następnie z obu części ciasta uformować na blasze wyłożonej papierem do pieczenia serce. Odstawić do napuszenia na 30-45 minut.

Piec w 190 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Pistacje posiekać.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Udekorować ciasto, od razu posypać malinami i pistacjami. Oprószyć złotym pyłkiem.

Smacznego!


Jeśli nie macie niesolonych pistacji (a wiem, że nie tylko ciężko je dostać, ale też ich cena potrafi przerazić jeszcze bardziej niż koszt ich solonych kuzynek), wystarczy solone wyłuskać, namoczyć, a następnie lekko uprażyć na suchej patelni. Efekt będzie dostatecznie zbliżony do oryginału.

czwartek, 8 grudnia 2016

ŻurawInka

Codziennie z zapałem otwieramy kolejne okienka adwentowych kalendarzy. Czujemy się jak małe dzieci, czekające na niespodziankę. Niewiarygodne, jak takie drobnostki mogą cieszyć i sprawiać, że zwykły dzień nagle stanie się lepszy, a o uśmiech będzie dużo łatwiej.

Kolejną drobną radością, której nie potrafię sobie odmówić, jest wieczorna filiżanka kawy. Zbożowej, bo po zwykłej spać nie mogę (a kto mnie zna, ten wie, że snu potrzeba mi bardzo przy tym dziwnym trybie pracy, który sobie wybrałam). Sięgam więc po starą, dobrą Inkę, którą znają chyba wszyscy.

Z racji, że lubię w życiu nowości i urozmaicenia, szukam ciągle nowych sposobów na podanie kawy. Tym razem sięgnęłam po syrop żurawinowy, który nie tylko jest pyszny, ale i zdrowy. Razem z Inką stworzył pyszny, kwaskowy duet. Do tego puszysta piana z mleka, której nie potrafię się oprzeć, i kwadrans pod kocem okazuje się być najprzyjemniejszą chwilą zabieganego dnia.

Inka z syropem żurawinowym


Składniki:
(na 1 porcję)
Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać. Po ściance szklanki wlać sok.
Mleko podgrzać do temperatury 65 st. C., spienić. Wyłożyć na kawę.
Wierzch udekorować liofilizowanymi żurawinami.

Smacznego!

Przepis dodaję do konkursu organizowanego przez Inkę:

niedziela, 24 lipca 2016

Duński kiermasz i duński deser. Idealny na upały

Wczoraj wybraliśmy się na kiermasz, dumnie chełpiący się mianem największego w Danii. Muszę przyznać, że nie były to tylko czcze przechwałki; kramów tyle, że nie sposób obejrzeć wszystkich, a kupić na nich można chyba wszystko: niepotrzebne starocie, okna, kuchnie, dywany, sprzęt do kuchni wszelkiej maści, łóżka, konie, kurczaki, króliki i świnki morskie, przyprawy, churros, watę cukrową; i tylko jak przyszła nam ochota na lody, to akurat nigdzie nie mogliśmy znaleźć...

Ludzi tyle, że niełatwo przecisnąć się w tłumie; szczególnie, jeśli już na wstępie człowiek upatrzy sobie komplet garnków. W naszych siatkach znalazło się jeszcze trochę przypraw, kosz piknikowy (teraz nie ma już wymówek!), o którym marzyłam od dawna, komplet świec w idealnie świątecznej czerwieni i zawadiacka figurka  Mikołaja (zaskakująco dużo ozdób świątecznych można było nabyć). Do tego herbata i olejek z owoców dzikiej róży oraz krzaczek bardzo ostrego chilli. Generalnie pan sprzedawał aromatyzowane oleje, ale C. aż się oczka zaświeciły na widok krzaczka. Zapytał więc o cenę, a pan z kolei swoje oczęta na niego nieco wytrzeszczył: Mojej dekoracji...? Po krótkim targowaniu pół darmo dostaliśmy roślinkę; razem z doniczką. Dumnie się teraz rozpiera na kuchennym parapecie między moimi orchideami i bazylią. A niech jej będzie na zdrowie!

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazuje się, że pod koniec lipca łatwiej kupić rabarbar niż truskawki. Trochę mi smutno, bo się tymi ostatnimi w tym roku zdecydowanie nie zdążyłam nasycić. Na pociechę kupuję bukiet kwaśnych łodyg, i przygotowuję z nich słodko-kwaśny syrop do duńskiej zupy.
Pomysł na takie połączenie podpatrzyłam w czerwcowym wydaniu magazynu Hjemmets bedste mad. Wyszło pysznie - niezbyt słodko, delikatnie, a jednocześnie wyraziście. Mocno schłodzona miseczka takiej zupy to idealny deser, podwieczorek lub... Obiad, gdy jest naprawdę gorąco. Spróbujcie koniecznie!

Zupa jogurtowa z syropem z rabarbaru


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 g serka skyr
  • 2 żółtka
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 2 łyżki cukru
  • 300 ml mleka
syrop rabarbarowy:
  • 250 g rabarbaru
  • 50 g truskawek
  • 500 ml wody
  • 175 g cukru

dodatkowo:
  • liofilizowane truskawki

Żółtka ubić z cukrem i wanilią na puszystą, jasną masę. Dodać skyr i mleko, połączyć.
Schłodzić w lodówce.

Rabarbar pokroić na mniejsze kawałki, truskawki pozbawić szypułek i pokroić w ćwiartki. Przełożyć do garna, zalać wodą i gotować 10-15 minut, aż owoce zmiękną.
Przecedzić płyn przez gęste sitko wyłożone kuchenną ściereczką. Przelać z powrotem do garnka, dodać cukier i gotować, aż cukier się rozpuści.
Ostudzić.

Schłodzoną zupę przełożyć do miseczek. Podawać z syropem i liofilizowanymi truskawkami.

Smacznego!

Skyr to taki duński serek, coś pomiędzy jogurtem naturalnym, a serkiem homogenizowanym. Można go zastąpić właśnie jogurtem (ja tak czasem robię) - będzie równie pysznie!

Przepis dodaję do akcji Ani

poniedziałek, 11 lipca 2016

C. w roli jasnowidza i słodka, duńska zupa. Nie tylko dla C.

Psa bardzo przeżyła naszą przeprowadzkę. Nie mam pojęcia dlaczego, ale zawsze, kiedy się pakujemy, boi się, że o niej zapomnimy. Gdy spakowaliśmy wszystko, Ptysia chodziła ciągle poddenerwowana; a gdy w końcu zabraliśmy ją ze sobą, przez kilka dni nie mogła przyzwyczaić się do nowego miejsca. W końcu nadszedł czas, że musiała zostać sama - raptem kilka godzin. Gdy wróciłam, biegała dziko, więc szybko zabrałam ją na spacer. Po wejściu do jadalni okazało się, że się spóźniłam - pod stołem leżało wiadomo co. Westchnęłam więc tylko, i zabrałam się za sprzątanie.

Gdy C. wrócił z pracy, ja już dawno spałam. Gdy tylko otworzyłam oczy, stanął nade mną i oświadczył bez ogródek: Tina zrobiła kupę. Wytrzeszczyłam na niego oczy i zaczęłam intensywnie się zastanawiać, skąd on to wie? Przecież posprzątałam, wyszorowałam wykładzinę, śladu najmniejszego nie zostawiłam. Po chwili, widząc moje kompletne zagubienie i niedowierzanie, dodał: W piwnicy.
Na twarzy wykwitł mi uśmiech zrozumienia, po czym szybko naświetliłam mu sytuację.
Chyba się cieszę, że C. nie jest jasnowidzem.

Teraz szybciutko zapomnijcie, o czym pisałam, i wyobraźcie sobie talerz najlepszej truskawkowej zupy, jaką jedliście. Jest bowiem duża szansa, że poniższy przepis przebije tamto doświadczenie.
Truskawki niestety już się kończą, jest to więc przysłowiowy ostatni dzwonek, żeby się na taką zupę skusić. Tato wczoraj stwierdził, ciężko wzdychając, że u nich temperatury w okolicach trzydziestki, więc taki chłodny, lekki deser, niejednej osobie umili upalne popołudnie.
Wystarczy wszystko razem zmiksować, schłodzić - i gotowe. Jeśli nie macie w spiżarce domowego syropu z kwiatów czarnego bzu, kupcie buteleczkę, i zauroczeni jego smakiem pamiętajcie o przygotowaniu swojego w przyszłym roku. Ciekawostkę stanowią chrupiące kawałeczki żytniego chleba - sprawiają, że zupa nabiera ciekawej tekstury i naprawdę wyjątkowego smaku.
Spróbujcie koniecznie!

Inspirację znalazłam w duńskim magazynie Spis bedre, nr 5/2016.

Po więcej przepisów na skandynawskie zupy zajrzyjcie do Ani i Marty.

Zupa truskawkowo-bzowa z grzankami


Składniki:
(na 3-4 porcje)
dodatkowo:
  • 200 g ciemnego chleba żytniego
  • 1,5 łyżki ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżka liofilizowanych truskawek
Truskawki umyć, osuszyć, pozbawić szypułek. Zmiksować z syropem, wanilią i maślanką na gładką zupę. Schłodzić w lodówce.

Chleb pokroić w kostkę o boku 1 cm. Wymieszać z cukrem. Podsmażyć na dobrze rozgrzanej patelni przez 10 minut, aż grzanki będą chrupiące.
Ostudzić.

Zupę nalać do miseczek, posypać grzankami i posypać liofilizowanymi truskawkami.
Podawać natychmiast.

Smacznego!


Przepis dodaję oczywiście do akcji Ani:

środa, 20 kwietnia 2016

Zmiany, łóżko i babeczki. Z czekoladą i truskawkami

Jeszcze wczoraj pogoda była zupełnie paskudna. Wszędobylski wiatr wciskał się we wszystkie najmniejsze szpary i szczeliny sprawiając, że nawet po domu chodziłam w grubym swetrze. Tym granatowym, który kupiłam w Polsce przy okazji ostatniej wizyty. Choć szalenie mi się podoba, miałam nadzieję, że z dna szafy wydobędę go dopiero na jesień...
Dzisiaj, choć nadal dmucha wręcz nieprzyzwoicie, wiatrowi towarzyszą promienie słoneczne i wariacka wręcz temperatura: całe trzynaście stopni! Aż oczy przecierałam ze zdziwienia, patrząc na termometr w aucie. 
Czyżby wiosna przypomniała sobie o Danii...? Mam szczerą nadzieję; bo w końcu jak długo można chodzić w najcieplejszym z zimowych płaszczy...? Mi już się naprawdę znudziło.

W niedzielę wybraliśmy się na zakupy. Takie poważne - meblowe. W zasadzie chcieliśmy tylko pooglądać, ale jak to w takich sytuacjach bywa, znaleźliśmy okazję, której nie mogliśmy przepuścić. Tym sposobem stałam się posiadaczką łóżka wartego małą fortunę (przynajmniej w oczach Polki nienawykłej do takich luksusów); z wodą w materacu, którą w dodatku można sobie podgrzać! Co prawda na wypróbowanie tych dziwności muszę poczekać do lipca (a ciągle żyję nadzieją, że chociaż wtedy będzie ciepło i podgrzewane łóżko mi się nie przyda), ale i tak jestem niesamowicie podekscytowana.
Gdy bowiem podpisywaliśmy dokumenty o zakupie domu, czułam się niesamowicie dorosła. Ale tak naprawdę dostałam wtedy tylko teczkę pełną papierów, których i tak nie rozumiem. A na łóżku usiadłam, poleżałam sobie nawet, mogłam je dotknąć z każdej strony i... Wszystko nagle stało się takie prawdziwe

Zadziwiające, jak działa ludzki mózg.

Na cudownie słoneczną pogodę i idealnie układające się życie mam doskonale wpasowujące się w te standardy babeczki. Można je przygotować na zalegających w zamrażarce białkach pozostałych po wielkanocnych babach; a mimo, że jakby z resztek, są zaskakująco pyszne i delikatne. Do tego lekki i słodki krem z białej czekolady i wieńczące dzieło, intensywnie czerwone truskawki. Twistem są liofilizowane truskawki zmielone na pył, którym posypujemy babeczki. Dzięki temu prezentują się jeszcze bardziej elegancko, wręcz wytwornie. 
Czy ktoś byłby w stanie takiej babeczce odmówić...?

Nie sądzę...

Migdałowe babeczki z kremem z białej czekolady i truskawkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 6 białek
  • 100 g cukru pudru
  • 190 g mąki pszennej
  • 1.2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 g masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu migdałowego

krem:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka mascarpone
  • 100 g białej czekolady

dodatkowo:
  • 2 łyżki liofilizowanych truskawek
  • 3 truskawki

Masło rozpuścić, a następnie podgrzewać, aż nabierze złoto-brązowej barwy i zacznie intensywnie, orzechowo pachnieć. Zdjąć z palnika, przestudzić.
Mąkę, proszek i cukier puder przesiać, wymieszać.
Białka ubić na pół sztywno. Powoli wlewać letnie masło, mieszając łyżką. Następnie partiami dodać mąkę z cukrem, delikatnie połączyć.

Masę przelać do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

50 ml kremówki zagotować. W tym czasie posiekać czekoladę, przełożyć do miseczki. Zalać czekoladę gorącą kremówką, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, dodać mascarpone, połaczyć. Powoli wlewać czekoladę, miksując na najniższych obrotach.

Krem przełożyć do rękawa cukierniczego z tylką w kształcie dużej gwiazdy. Wyciskać na babeczki.

Liofilizowane truskawki zmielić lub rozetrzeć na pył. Przed podaniem oprószyć babeczki, udekorować pokrojonymi na ćwiartki truskawkami. 

Smacznego!

Żeby nie było tak słodko i lukrowo, dzisiaj w pracy pocięłam się kartonami (znowu!). Nie mogę wyprostować środkowego palca lewej dłoni, bo ranka pęka i krew się leje niczym z poważnej rany ciętej. 
Jak bardzo bolą nawet najdrobniejsze zacięcia papierem wie pewnie każdy z Was, więc tłumaczyć nie będę, i po prostu skupię się na trzymaniu palca w tej samej, zgiętej pozycji...

wtorek, 1 marca 2016

Babka bzowo-jagodowa

Jak wspaniale jest mieć wolny dzień niemal w środku tygodnia. Gdy wszyscy po śpiąco-męczącym poniedziałku zwlekają się z łóżek z niechętną myślą, że to dopiero wtorek, ja mogę poczuć prawdziwy luksus i pospać do ósmej. Później Ptysia wskakuje mi na brzuch i zapalczywie liże po nosie informując, że C. już wstał i z pewnością spragniony jest mojego towarzystwa. Uśmiecham się więc do zamglonego świata i idę szykować śniadanie, podczas gdy C. walczy z nieposłusznym żelazkiem i niewspółpracującym stołem, wyrażając po raz pierwszy, odkąd go znam, chęć posiadania deski do prasowania (moja Babcia ma prawie osiemdziesiąt lat i odkąd pamiętam, prasowała na stole; nie róbcie mi więc wyrzutów). 
Po śniadaniu pełnym zieleni i i planów na najbliższe dni, idziemy na spacer. Brr! Znów temperatura spadła poniżej zera. Aż się wierzyć nie chce, że to już marzec!
Ptysia jednak podskakuje, biega i wącha wszystko wokół z zapałem szczeniaka, C. jedzie do pracy (wyjątkowo ważny dzień przed nim, skoro nawet koszulę wyprasował), a my wracamy do domu; do gorącej herbaty i cudownie rozpoczętego, wolnego dnia.

Plany na dziś mam niezwykle ambitne: wyszorować łazienkę, poczytać książkę, wypić całe litry herbaty i poświęcić trochę więcej czasu na blogowanie, które ostatnio zaniedbałam. 

Niech żyją wolne wtorki! Jeśli takich nie macie, nawet nie wiecie, co tracicie...

Dzisiaj mam dla Was pierwszy wielkanocny przepis w tym roku. Święta wypadają tym razem wyjątkowo wcześnie, pora więc zabrać się za planowanie menu. Ja nie muszę się starać; wielkanocny weekend spędzę w pracy, więc później na świętowanie sił wiele miała nie będę... Ale mam już wielką ochotę na babki, mazurki i serniki; podzielę się więc kilkoma przepisami.

Na początek babka - królowa wielkanocnego stołu. A ta jest zupełnie wyjątkowa!
Inspiracją był dla mnie przepis Edyty na babkę na piwie cytrynowym. Nie miałam takiego, za to z kąta zerkał na mnie cydr bzowo-jagodowy. Zaopatrzyłam się więc w borówki, i dorzuciłam je do mojej babeczki. Dzięki temu wyszła cudownie soczysta. Wierzch to klasyczny lukier cytrynowy, za to dekoracja jest naprawdę niezwykła: latem nazbierałam kwiatów czarnego bzu, i część z nich ususzyłam między kartkami książek; tak, jak w starych dobrych czasach suszyło się kwiatki czy chwasty do zielnika. Proste, a jednocześnie bardzo efektowne. Do tego liofilizowane jagody, które podkręcają owocowy smak.
Babka jest delikatna, mięciutka i wilgotna, naprawdę pyszna. Gwarantuję, że zrobi odpowiednie wrażenie.

Jeśli nie macie suszonych kwiatów bzu, udekorujcie ją cukrowymi jajeczkami - będzie jeszcze bardziej świątecznie!

Babka jagodowo-bzowa na cydrze


Składniki:
(na 2,5 l formę do babki z kominem)
  • 4 jajka
  • 200 g cukru
  • 510 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml oleju
  • 250 ml cydru bzowo-jagodowego
  • 175 g borówek amerykańskich
lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku z cytryny
dodatkowo:
  • 1 łyżka liofilizowanych jagód
  • 1 łyżka suszonych kwiatów czarnego bzu
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując.
1 łyżkę mąki wymieszać z jagodami. Pozostałą przesiać, wymieszać z proszkiem. Partiami, na zmianę z cydrem, dodawać do masy jajecznej. Na końcu dodać obtoczone w mącę jagody, delikatnie wymieszać łyżką.
Masę przelać do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15-20 minut, wyłożyć na talerz. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Cukier puder przesiać, utrzeć z sokiem z cytryny na gładki lukier. Polać babkę. Wierzch udekorować liofilizowanymi jagodami i suszonymi kwiatami czarnego bzu.

Smacznego!


Po głowie chodzi mi zielony mazurek. Co Wy na to...?

wtorek, 1 grudnia 2015

Liofilizowane jeżyny w ciasteczkach

Czy możecie uwierzyć, że pierwsza niedziela Adwentu już za nami...? Ten rok pędzi jak szalony, na mecie rozbije się z hukiem - jestem pewna. 

Zgodnie z tradycją, zeszły tydzień został spędzony na sprzątaniu. Wyrazy uznania dla C.; to on w tym roku wykonał lwią część pracy. Ja ciągle jestem nieogarnięta i zmęczona, sił na domowe prace brakuje mi nieustannie. Chłopak jednak stanął na wysokości zadania - pucował, szorował, odkurzał i zamiatał. Efekt tego był taki, że gdy w niedzielę wróciłam do domu, wszystko błyszczało, a na stole czekały rzędami ustawione świąteczne krasnale i inne dekoracje, czekające na odpowiednie zaaranżowanie. Gdy więc dzisiaj piszę te słowa, otaczają mnie Mikołaje, bałwanki, elfy, świeczuszki, dwa renifery (które były prezentem z okazji znalezienia praktyk) oraz świąteczne puszki (w części już zapełnione). I choć widok za oknem nijak Świąt na myśl nie przywodzi, ja zamiast herbaty piję kakao i uśmiecham się do siebie. 
To już czas!

W niedzielę pojechaliśmy też z wizytą do rodziców C. Zebrało się nieco szersze grono i w nierównym tempie, lekko fałszując, ale ciesząc się chwilą, śpiewaliśmy (no dobrze; oni śpiewali, a ja jadłam æbleskiver) świąteczne piosenki. Hyggelig, jak mawiają Duńczycy.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała ze sobą puszek pełnych ciastek. Furorę zrobiły łakocie z migdałami i... Liofilizowanymi jeżynami. Tak, tak, takie cuda.

Przepis znalazłam na stronie Kager til kaffen, i od razu mnie zaintrygował. Szukałam czegoś szybkiego i prostego, i te ciasteczka takie właśnie są. Składniki razem miksujemy, formujemy rulonik, chowamy do lodówki na czas, którego potrzebujemy na sprzątanie, kąpiel, wyjście z psem (niepotrzebne skreślić), a potem kroimy w plasterki i pieczmy. Betka! Jednak interesująco zaczyna się robić w momencie, gdy bliżej przyjrzymy się składnikom. Migdały są chrupiące, pyszne i świąteczne, ale to liofilizowane owoce są magicznym składnikiem. W oryginale autorka przepisu dodawała do ciasta orzechy lub owoce, ja postanowiłam połączyć je razem. Maliny zmieniłam na jeżyny nie z premedytacją, ale dlatego, że tych pierwszych zabrakło w szufladzie. Wyszło pysznie! Ciasteczka są chrupiące, lekko sypkie, z kwaśnymi nutami jeżyn. Coś wspaniałego!

I nawet brat C. wyjadał je z puszki, co zdecydowanie coś znaczy, bo według niego poza lukrecją słodycze mogłyby nie istnieć.

Ciasteczka z jeżynami i migdałami


Składniki:
(na 50 sztuk)
  • 150 g miękkiego masła
  • 185 g mąki pszennej
  • 60 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki liofilizowanych jeżyn

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru

Masło utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać przesianą mąkę. Następnie dodać migdały i jeżyny, wymieszać dłońmi.

Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 3 cm, obtoczyć w pozostałym cukrze. Zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę (można przez noc).

Schłodzone ciasto pokroić w plastry grubości 3-4 mm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 10-13 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

I tak, mi też pomysł z dodaniem liofilizowanych owoców do ciastek wydał się nieco dziwny... Ale spróbujcie sami; jestem pewna, że będziecie zachwyceni!

piątek, 31 lipca 2015

Słodkie maleństwa z poziomkami

Większość słodkości, które przygotowuję w mojej kuchni, to ciasta; zdecydowanie rzadziej desery, a małe, słodkie pralinki to już w ogóle rzadkość. Są dość praco- i czasochłonne, ale efekt wizualny i smakowy wynagradzają każdą poświęconą minutę. Dlaczego więc tak rzadko po nie sięgam?

Nie wiem. Szczerze - często się nad tym zastanawiam, i nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przecież lubię spędzać czas w kuchni, chcę się rozwijać i uczyć, pracować nad dekoracjami. A takie maleństwa są do tego idealne! Dlatego, gdy zobaczyłam przepis na jagodowe praliny na blogu Ciastko z dziurką, aż westchnęłam z zachwytu. Ten kolor! No coś fenomenalnego. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, i, tym razem nie zwlekając, ruszyłam do kuchni. Z racji braku jagód i wątpliwości co do efektownej barwy borówek amerykańskich, zdecydowałam się na własnoręcznie zebrane poziomki i odrobinę soku z cytryny dla przełamania smaku białej czekolady.

Efekt? No cóż, nie są idealne - chwilę trwało, zanim opanowałam technikę oblewania ich czekoladą. Metoda z nabijaniem na wykałaczkę w tym wypadku nie zdała, niestety, egzaminu. Zamiast tego wrzucałam kuleczki do czekolady, wyjmowałam widelczykiem do przekąsek (takim malutkim, z dwoma ząbkami), czekałam chwilę, aż czekolada obcieknie, następnie układałam na papierze do pieczenia, posypywałam kawałeczkami liofilizowanych truskawek i zostawiałam w spokoju, sięgając po kolejną kuleczką... Tak - to zajmuje trochę czasu. Ale mina i komentarz C. wynagrodziły wszystkie trudy. Stwierdził, że kiedy myśli, że już go niczym nie zaskoczę, serwuję mu coś takiego... Zjadł pięć od razu, bez zająknięcia.

Jeśli więc chcecie wywołać efekt łał, to przepis zdecydowanie dla Was. Idealnie nada się na Walentynki; zamiast poziomek można użyć mrożonych truskawek - też będzie pysznie.

Jeśli chodzi o temperowanie czekolady, przygotuję o tym cały osobny post. Bo to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać...

Poziomkowe praliny w białej czekoladzie

Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 110 g białej czekolady
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g poziomek
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g biszkoptów
dodatkowo:
  • 250 g białej czekolady
  • 3 łyżki liofilizowanych truskawek
Czekoladę do pralinek posiekać. Kremówkę zagotować, zalać nią czekoladę, odstawić na 5 minut. 
W tym czasie poziomki z sokiem z cytryny zmiksować blenderem na gładką masę, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Biszkopty drobno pokruszyć, wymieszać z owocami.
Czekoladę wymieszać, aż do rozpusczenia. Dodać biszkopty z poziomkami, wymieszać na jednolitą masę. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Ze schłodzonej masy formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ułożyć na talerzu, schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pozostałą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zatemperować.
Trufle oblewać czekoladą, układać na papierze do pieczenia. Natychmiast wierzch dekorować liofilizowanymi truskawkami. Zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Alicji - wyobrażacie sobie takie pralinki na tak niezwykłym talerzu...? Ależ to byłoby piękne!

czwartek, 30 kwietnia 2015

Ostatnia wielkanocna babka

Kwiecień-plecień już się kończy. Razem z nim odchodzi kolejny rok z osobistego kalendarza C. - znów starszy, poważniejszy (akurat), pełen nowych przeżyć i doświadczeń. I choć dzisiejszy dzień niczym nie różni się od całego zabieganego tygodnia, to planujemy wspólny leniwy weekend. Mają być długie godziny spędzone na kanapie i wspólne mordowanie wrogów (urodziny mają do siebie to, że na pocieszenie dostaje się prezenty. Między innymi kolejną część jedynej gry, w którą potrafię i lubię grać ja; i wbrew pozorom, to nie był podarunek ode mnie), wielkie zakupy, podczas których mam zamiar uzupełnić nadszarpnięte zapasy czekolady, orzechów i innych smakołyków, być może jakiś miły spacer z Ptysią, o ile pogoda pozwoli. I jakieś dobre jedzenie - a co! W końcu urodziny.

Koniec kwietnia zmotywował mnie również to pokazania Wam ostatniego wielkanocnego przepisu. Zapodziała się gdzieś ta babeczka między innymi zdjęciami... Szczerze mówiąc, przygotowałam ją już po Świętach, gdy wybierałam się do koleżanki z wizytą. Zaopatrzona byłam w duże, czekoladowe jajka dla jej pociech; pomyślałam też, że miło by było zjeść coś jeszcze w wielkanocnych klimatach do kawki (najlepsza kawa - tylko u Karoliny). A że pomysł na taką właśnie babkę chodził za mną już od dawna, zabrałam się do pracy.
Tak naprawdę nie ma jej tutaj dużo. Ot - zwykła baka, niezwykle śmietankowa dzięki dodatkowi kwaśnej śmietany, lekko kwaskowata od malin, słodka od białej czekolady i bardzo efektowna dzięki dekoracji z liofilizowanych owoców.
Tutaj mała dygresja - nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale tutaj liofilizowane owoce robią prawdziwą furorę. Można je kupić wszędzie, i to coraz taniej (choć nadal są stosunkowo drogie; używamy ich jednak oszczędnie, więc nawet mały słoiczek jest dość wydajny). Mają niezwykle intensywny, lekko kwaskowaty smak, świetnie podbijają smak świeżych owoców. Mojej babeczce dodały urody i smaku, i bardzo jestem z nich zadowolona. Oczywiście, jeśli nie macie takich pod ręką, możecie użyć cukrowych perełek albo poprzestać na czekoladzie - i tak będzie ślicznie (bo czy ktoś kiedyś widział brzydką babkę...?).

Ostatnia uwaga - trzeba być ostrożnym i użyć wszystkich składników w temperaturze pokojowej, gdyż istnieje ryzyko zakalca. Sama miałam duszę na ramieniu, gdy Karolina kroiła ciasto... Na szczęście się udało. Jeśli nie macie ręki do ucieranych, proponuję utrzeć z cukrem całe jajka, pomijając ubijanie białek. Dzięki temu ciasto będzie bardziej stabilne i ryzyko zakalca zmaleje. Babka może wyjść odrobinę mniej puszysta, ale smakować i tak będzie wspaniale.

Przepis z bloga Słodka babeczka - od siebie dodałam maliny i zmieniłam proporcje składników.

Babka na kwaśnej śmietanie z malinami

Składniki:
(na formę z kominem o pojemności 2,5 l)
  • 300 g kwaśnej śmietany
  • 4 jajka
  • 340 g mąki pszennej
  • 115 g mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 45 ml oleju
  • 200 g cukru

dodatkowo:
  • 250 g malin
  • 1 łyżka mąki pszennej

lukier:
  • 150 g białej czekolady
  • 2 łyżki liofilizowanych malin

Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać śmietanę, następnie mąki i olej. Na koniec dodać ubitą pianę z białek, delikatnie mieszając łyżką.
Maliny obtoczyć w mące, dodać do ciasta, wymieszać delikatnie, żeby rozgnieść owoców.

Masę przelać do wysmarowanej tłuszczem formy.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, aż patyczek wbity w ciasto będzie suchy.
Ostudzić.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, przestudzić. Polać wystudzoną babkę, udekorować liofilizowanymi malinami.

Smacznego!

A Wy - macie już plany na majówkę...?