Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

Kochanie przez czytanie, czyli kilka słów o rzeczach ważniejszych

Magdę, a właściwie jej bloga Save the magic moments, poznałam przypadkiem. Ot, gdzieś jakiś link, w który kliknęłam, bo akurat temat mnie zainteresował. Okazało się, że Madzia, choć nie o ciastach pisze, potrafi czytelnika przyciągnąć na tyle, że ma ochotę zostać dłużej.
Po jakimś czasie okazało się, że jest tak samo zwariowana na punkcie książek, jak ja. Gdy więc postanowiła zorganizować akcję Kochanie przez czytanie nie miałam wątpliwości, że wezmę w niej udział, choć teoretycznie - niezupełnie jest mi po drodze.

Dawno, dawno temu, gdy byłam zupełnie malutka, a później już nieco większa, moi Dziadkowie czytali mi na okrągło. Serio! Nie pamiętam wieczoru, kiedy jedno z nich nie przeczytałoby mi przynajmniej kilku bajek na dobranoc. Przodował w tym Dziadek - jako emerytowany milicjant, zakochany po uszy w swojej pierworodnej wnusi, wykorzystywał niemal cały swój czas wolny na umilanie życia małej terrorystce. Skąd taka brutalna samokrytyka...? Otóż wyobraźcie sobie taką scenę: późny wieczór, dzień najprawdopodobniej powszedni (choć to akurat nie ma większego znaczenia); Dziadek z wnusią, obleczeni w piżamki, leżą w łóżku. Dziadek czyta, wnusia słucha. Jedną bajkę, drugą, trzecią... Dziadek zaczyna przysypiać, wnusia niezbyt elegancko go szturcha i stanowczym, choć piskliwym głosikiem żąda, aby kontynuował. Dziadek czyta dalej, bo jak tu się skarbowi oprzeć...? 
Po kilku powtórzeniach, kiedy już niemal cała książka jest po raz nie wiadomo który przeczytana od deski do deski, do pokoju wpada Babcia, w podomce i wałkach na głowie, żeby dosadnie, aczkolwiek elegancko, wyrazić swoje niezadowolenie. W końcu do zerówki wstać trzeba! Dziadek potulnie przyznaje jej rację, mówi, że tylko skończy tę ostatnią bajeczkę, po czym czyta minimum pół godziny. 

Gdyby sześcioletnim dziewczynkom zlecano międzynarodowe zadania dyplomatyczne, świat wyglądałby zupełnie inaczej...

Morał z tej historii jest taki, że wychowano mnie na książkach. Nawet kiedy już nauczyłam się czytać, nadal wieczorem Babcia lub Dziadek czytali mi bajki. Do znudzenia, w kółko te same książki. Miałam ich całkiem sporo, baśnie Andersena czy braci Grimm (za tymi ostatnimi nie przepadałam; były straszne same w sobie, a okładki książek wywoływały koszmary), ale dwie były ulubione: Bajarka opowiada i Baśnie Dalekiego Wschodu (polecam je Wam z całego serca!). Doszło do tego, że zanim nauczyłam się czytać, potrafiłam siedzieć z którąś tych książek na kolanach i udawać, że czytam, powtarzając tekst baśni słowo w słowo! Ach, to były czasy... Aż mi się łezka w oku kręci na samo wspomnienie.

Te długie godziny spędzone na czytaniu w dużym stopniu ukształtowały moją osobowość. Sprawiły, że mam raczej bogate słownictwo, a językiem ojczystym posługuję się poprawnie i intuicyjnie. Bajki w telewizji czy czas spędzony przed komputerem czy z telefonem w ręku z pewnością tego nie dadzą. Dlatego tak ważne jest, żeby dzieciom czytać. Żeby od małego nauczyć je, że to coś wspaniałego. Bo inaczej czarne literki na białym tle przegrają z kolorowymi obrazkami.


Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o książce dla dzieci nieco starszych, ale która mnie - osobę dorosłą - oczarowała. Mowa o Na szczęście mleko... Neila Gaimana. Gaiman, absolutnie genialny autor książek fantastycznych, zabrał się za powieść dla dzieci - i wyszło mu to znakomicie! Na szczęście mleko... to historia zapominalskiego taty, który musiał zająć się dziećmi, gdy jego żona wyjechała w podróż służbową. Poprzedniego dnia zapomniał kupić mleka, czym prędzej więc przed śniadaniem udał się do sklepu. Niestety, droga nie była prosta; napatoczyli się na niej profesor Steg, czyli podróżujący w czasie dinozaur, królowa piratów, wumpiry i śluzowate stwory. Czy Tacie uda się wrócić i nakarmić dzieci, które powoli tracą nadzieję na szczęśliwe zakończenie...? Koniecznie sprawdźcie razem ze swoimi dziećmi!

I chociaż jeszcze nie mam swoich dzieci, to książek dla dzieci mam całe mnóstwo i wiem, że jak już się pojawią, to będę im czytać tyle, ile czytano mnie. Bo to jedna z tych rzeczy, które mają na dzieci ogromny wpływ; nie tylko w danej chwili, ale na ich przyszłość. A to chyba najważniejsze...

sobota, 18 lutego 2017

Historia szpiegowska

Dawno już nie pisałam o tym, co trzymam na nocnym stoliku, a że ostatnio spotkało mnie bardzo miłe zaskoczenie stwierdziłam, że najwyższy czas nadrobić zaległości w tej materii.

Mieszkając w internacie, z braku zajęć innych niż nauka, siedzenie przed komputerem i wymigiwanie się od najróżniejszych wydarzeń socjalno-towarzyskich, pochłaniam książki w tempie dużo większym niż na co dzień. Nie, żeby zwykłe tempo było oszałamiające... Przy ilości czasu, który spędzam w pracy i samochodzie, doba staje się za krótka nawet na takie drobne przyjemności, jak tych kilka stron przed snem. Teraz więc, gdy mam możliwości, wykorzystuję je, jak tylko się da.

Na miniony tydzień zabrałam ze sobą dwie powieści. Jedną przeczytałam całą i jestem w połowie drugiej. Całkiem nieźle, moim zdaniem; zważywszy, że jestem też już w połowie projektu egzaminacyjnego.

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o tej pierwszej. Jestem pewna, że większość z Was o niej słyszała, pewnie wiele osób ma już tę lekturę za sobą. Ja zabierałam się do niej jak przysłowiowy pies do jeża z tej prostej przyczyny, że choć znam i cenię twórczość Kena Folletta, to jednak kryminały i powieści szpiegowskie nie znajdują się najwyżej na liście moich zainteresować. Tym razem wybrał za mnie przypadek: wyjeżdżając z domu w poniedziałek rano, tuż przed wyjściem przypomniałam sobie, żeby zabrać jakąś książkę. Igła leżała na wyciągnięcie ręki... I znalazła się w torbie.


Mój egzemplarz to wydanie z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku; szara okładka z jednym, czerwonym akcentem. Można by przejść obok niego zupełnie obojętnie; ja patrzyłam z pewną podejrzliwością. Bo czyż może mnie wciągnąć historia niemieckiego szpiega...?
Okazało się, że może. I to do tego stopnia, że na posiłki schodziłam z książką w dłoni (raz nawet prawie spadłam ze schodów, a przecież dawno mi się już takie rzeczy nie zdarzały). 

Bohaterem powieści Folletta jest Heinrich Faber - niemiecki szpieg o kryptonimie Igła, który od kilku już lat działa na terenie Wielkiej Brytanii, przekazując niezwykle istotne informacje. W kilku pierwszy akapitach poznajemy też doktora Godlimana, który przez swojego wuja zostaje zwerbowany do wojska w celu odszukiwania agentów nieprzyjaciela oraz Lucy i Davida, parę, której tragiczny wypadek w dzień ślubu zrujnował życie. I o ile od razu rozumiemy związek Fabera z doktorem, to postacie młodych małżonków i ich losy wplecione w historię szpiegowską intrygują. Jaki bowiem mogą mieć związek mieszkańcy maleńkiej wysepki, zamieszkanej raptem przez cztery osoby, z najważniejszymi wydarzenia wojny rozgrywającymi się w dalekim Londynie...?

Książka wciągnęła mnie od samego początku. Dobrze napisana, porywa czytelnika już od pierwszych stron nieoczekiwanymi morderstwami i zwrotami akcji. I choć, tak jak napisałam wyżej, nie jestem wielbicielem tego typu historii, tu dałam się bez reszty wciągnąć w grę głównych bohaterów. Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, jak się to wszystko skończy!
I choć zakończenie mnie usatysfakcjonowało, to jednak żal mi było...

Czego...? 
Przeczytajcie sami.

Igła
Ken Follett
Czytelnik
Warszawa, 1989

piątek, 13 maja 2016

Uwaga, spoiler! Czyli ostatnio przesłuchałam książkę

Słuchanie książek idzie mi naprawdę znakomicie. Codziennie, po drodze do pracy i z pracy, słucham sobie kilku rozdziałów. Ostatnio sięgnęłam po Zaginioną dziewczynę Gillian Flynn, bo zrobiło się o niej tak głośno, że opinie dotarły nawet do mnie (a uwierzcie, z nowościami na rynku wydawniczym i bestsellerami nie jestem na bieżąco). Nie jestem wielką fanką kryminałów, ale tym razem dałam się skusić. I dobrze zrobiłam...

Zaginiona dziewczyna to opowieść o małżeństwie. Z pozoru niemal idealnym: on jest dziennikarzem, ona pisarką (a przynajmniej sama tak o sobie myśli). Poznali się na przyjęciu u znajomych, potem stracili kontakt na długie miesiące. Gdy znów przypadkiem na siebie wpadli, nic nie mogło ich rozdzielić. Wzięli ślub, mieszkali w pięknym domu w Nowym Jorku, aż nagle wszystko zaczęło się sypać. Najpierw Nick stracił pracę, później Amy poszła w jego ślady. Do tego matka Nicka zachorowała na raka. 
Decyzja zapadła: wyjeżdżają. 

Powrót do Missouri nie był łatwy dla Nicka, a co dopiero dla Amy. Ciężko jej się było przyzwyczaić do zupełnie nowej rzeczywistości, a nierozumiejący jej frustracji mąż nie poprawiał sytuacji. Do tego oddała mu wszystkie pozostałe oszczędności, żeby mógł z siostrą bliźniaczką kupić bar. 
Ach, no tak! Zapomniałam; Amy jest bogata. Została bohaterką serii słynnych powieści Niezwykła Amy napisanych przez jej rodziców, które zapewniły dostatek rodzinie.

Pewnego dnia Amy znika. Nie tak po prostu; Nick zastaje kota na ganku, a poprzewracane meble w salonie świadczą o szamotaninie. Czy ktoś porwał Amy? Co na to policja? Czy uda się ją odnaleźć...?

Wiele pytań ciśnie się na usta.

A teraz uwaga: ci, którzy nie czytali, niech szybko zamkną tę stronę i znajdą książkę, a po lekturze niech wrócą podzielić się wrażeniami. Bo teraz dzielić się będę ja, a naprawdę ciężko to zrobić bez zagłębiania się w fabułę.
Żeby nie było, że nie ostrzegałam...


Książka mi się podobała. Przy słuchaniu pierwszej części przez głowę przechodziły mi różne scenariusze: najpierw, że to nie Nick, później (gdy okazało się, że ma kochankę), że to może jednak on. Później znów zwątpiłam w jego winę, i nawet pomyślałam, że Amy porwała się sama, żeby dać mu nauczkę. Ani jednak razu nie zwątpiłam w prawdziwość Amy z pamiętnika; gdy okazało się, że to tylko gra, szczęka mi opadła (dość dosłownie, muszę przyznać z niechęcią). Prawdziwa Amy wzbudzała we mnie najróżniejsze uczucia; chwilami ją lubiłam, czasem nawet trochę rozumiałam, momentami sama miałam ochotę ją udusić. 
A zakończenie... Nie wywołało u mnie aż tak silnych emocji; zaskoczyło, ale nie wbiło w fotel. Bardziej rozemocjonowały mnie pytania, które zostały: jak będzie wyglądało to małżeństwo? Kto wyrośnie z dziecka mającego takich rodziców? Czy może jednak ktoś kogoś zabije...?

Śmiać chciało mi się tylko, gdy czytałam o całowaniu w oparach cukru pudru. Owszem, w wyobraźni może to być całkiem romantyczne; w rzeczywistości jednak człowiek się po prostu dusi, i o całowaniu nie może być mowy. Wiem, co piszę (niestety).

Po książkę - mimo wszystko - zdecydowanie warto sięgnąć. Świetny kryminał, a do tego studium wyjątkowo nietypowego małżeństwa. Bo kto to słyszał, żeby żona fingowała swoją śmierć, a winę za nią zrzucała na męża...?

Teraz już tylko pozostaje mi obejrzenie filmu i sprawdzenie, co z książką zrobił David Fincher...

Zaginiona dziewczyna
Gillian Flynn
Burda Publishing Polska
2013
Czyta: Zbigniew Dziduch

środa, 2 marca 2016

Bajki nie tylko dla dorosłych

Tegoroczne Goodreads'owe wyzwanie ma się całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę, jak niewiele mam czasu, który mogę poświęcić na czytanie, jestem całkiem zadowolona. Nie będę jednak przed Wami ukrywać zatrważającej prawdy - ratują mnie audiobooki. 

Książki czytam praktycznie od zawsze, i muszę przyznać, że jestem w tej kwestii tradycjonalistką. Skamieliną, jak powiedzieliby niektórzy sympatyczni znajomi. Uznaję książki papierowe, wydrukowane; z okładkami, których mogę dotknąć i kartkami, które da się przewracać. Nie dla mnie ebooki bez duszy. 
Jestem też typowym wzrokowcem; dopóki czegoś nie zobaczę, marne szanse, że zapamiętam. W szkole koszmarem były momenty, gdy trzeba było czegoś wysłuchać, a później to streścić. Ciężko mi skupić się na słuchaniu, gdy nie mam przed sobą tekstu. Cóż - ten typ tak ma (choć zasadniczo nie lubię tego stwierdzenia).

Codziennie jednak dojeżdżam do pracy około czterdziestu minut. Prowadzę auto, co sprawia mi niekłamaną przyjemność, jednak mocno ogranicza możliwości. Choćbym nie wiem, jak kombinowała - książki czytać się nie da. A o piątej rano spać ciągle się chce... Wpadłam więc na genialny w swej prostocie pomysł, i postanowiłam zacząć słuchać książek. Jako dziecko lubiłam, gdy Babcia czy Dziadek czytali mi bajki; stwierdziłam, że to będzie taki powrót do szczenięcych lat. Może właśnie dlatego jednym z pierwszych audiobooków, których wysłuchałam, były Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury Philipa Pullmana. Dodatkową zachętą była czytająca bajki Krystyna Czubówna, którą chyba wszyscy pamiętamy z filmów przyrodniczych, które oglądało się całymi rodzinami.


Najpierw może kilka słów o książce. Są to klasyczne baśnie, które wszyscy znamy; od Kopciuszka do Śpiącej królewny, poprzez Królewnę Śnieżkę; ale także te mniej znane, które znalazły się w zbiorach braci Grimm. Pullman bada ich rodowody; podaje, kto je braciom Grimm opowiedział, gdzie miały swe źródło. Zmienia też nieznacznie niektóre z nich; wybiera te wersje, które odpowiadają mu najbardziej. Na końcu zawsze uzasadnia swoje motywy i tłumaczy, dlaczego według niego takie zakończenie jest lepsze od oryginału, dlaczego pominął lub dodał pewne szczegóły.
Czytając dopisek bez cenzury w tytule spodziewałam się jakichś pikantniejszych elementów, ale poza pewnymi interpretacjami, nie doczekałam się ich. Chodzi chyba bardziej o rozbieranie baśni na części pierwsze, poszukiwania drugiego dna i ukrytych znaczeń. Poza tym z pewnością jest to świetny chwyt marketingowy.

Czy taka wersja czytania spodobała mi się? Tak. Po pierwsze, podczas drogi do pracy oczy mi się nie zamykają, co ma duże znaczenie dla bezpieczeństwa mojego i innych kierowców. Po drugie, nie mam wrażenia zmarnowanego czasu; w końcu czytam, prawda...? A to zawsze jest pożyteczne zajęcie. Nie wiem, czy dałabym radę z jakąś poważną, psychologiczną książką, na której naprawdę trzeba się skupić. Przerywanie w połowie zdania, gdy dojeżdżam do pracy sprawia, że momentami czuję się nieco wyrwana z kontekstu. Niemniej, książka Pullmana zdała egzamin znakomicie. Z przyjemnością posłuchałam sobie baśni, które Czubówna czyta z nienaganną dykcją i świetnie je interpretuje. 
Polecam Wam więc z czystym sumieniem. Nawet wzrokowcom!

Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury
Philip Pullman
Wydawnictwo Albatros
2014
Czyta: Krystyna Czubówna

sobota, 17 października 2015

Książka z historią w tle

Większość książek, których jestem dumną posiadaczką, sprawiła mi Babcia, albo kupiłam sobie sama. Sporą część stanowią też prezenty od Rodziców, bliższych i dalszych znajomych oraz krewnych. Na osiemnaste urodziny na przykład dostałam od mojej Chrzestnej całą górę powieści Jonathana Carrolla, bo wspomniałam, że polubiłam tego autora. Ależ ja byłam wtedy szczęśliwa!
Zresztą, Ciocia jest jedną z niewielu osób, które znam, która z całym sercem do kupowania prezentów podchodzi. I choć zdarzają jej się wpadki, jak na przykład cudownie puchate golfy w pastelowych kolorach, sztuk trzy (dla Mamy, Młodej i mnie), które były piękne i gryzły tak niesamowicie, że nie dało ich się nosić nawet na sweter pod spodem. W końcu wszystkie się poddałyśmy, i co się właściwie z nimi stało, nie mam pojęcia... Najczęściej jednak prezenty od niej sprawiają wszystkim mnóstwo radości.

Z drugiej strony, nie jest tajemnicą, że żeby sprawić mi frajdę, tudzież wkupić się w moje łaski, wystarczy obdarować mnie książką. Na któreś Święta, dość dawno temu, dostałyśmy od Cioci właśnie Tchnienie śniegu i popiołu Diany Gabaldon, w dwóch tomach. Jeden dla Młodej, drugi dla mnie. Odstawiłyśmy je na półkę, bo akurat nikt nie miał czasu pogrążać się w ponad tysiąc stronicowej lekturze. I tak sobie stały i stały, a życie płynęło. Wyjechałam do Danii, i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, książki te pojechały ze mną. Już miałam zabrać się za czytanie, otworzyłam tom pierwszy, aż tu nagle - wypadła z niego koperta! Zaglądam - a tam rozjaśniający me oblicze banknot. Czym prędzej zajrzałam do drugiej części - to samo. Okazało się, że Ciocia chciała nam dać coś więcej niż kilka godzin zapomnienia...


Nie wiem dlaczego, ale książki znów odłożyłam na półkę (wcale nie z nadzieją, że gdy zajrzę do nich ponownie, znów znajdę pieniądze). Ostatnio jednak wpadły mi w oko i wiedziałam, że nadszedł ich czas. Czytam, czytam, aż tu nagle: kot. O tyle niezwykły, że wspomniano jego konotacje z pewnym majorem, o których słowa wcześniej nie było. No nic to - w końcu bohaterowie nie biorą się z powietrza, i jakieś sytuacje z pewnością miały miejsce, zanim autorka wkroczyła do akcji, spisując ich historię. Gdy takich momentów jednak było więcej, poprosiłam Google o pomoc. Co się okazało? Że Tchnienie śniegu i popiołu to część szósta przygód Claire... Wahałam się przez chwilę, czytać czy nie czytać, ale stwierdziłam, że zanim kupię pięć pierwszych tomów muszę sprawdzić, czy mi się spodoba. 
Po kilku kolejnych stronach doszłam do opisu sytuacji intymnych, i aż się zarumieniłam z wrażenia. Kolor moich policzków znacząco się pogłębił, gdy dodałam dwa do dwóch, a właściwie odjęłam to i owo i wyszło mi, że Młoda miała lat piętnaście, gdy książkami zostałyśmy obdarowane! To chyba jednak było zrządzenie losu, że nie sięgnęłyśmy po nie wcześniej...


Po tym przydługim wstępie, już skupiam się na treści. 
Akcja ma miejsce w latach 1773-1776, w przeddzień wojny o niepodległość w Stanach Zjednoczonych. Główni bohaterowie to Jamie Fraser i jego małżonka Claire oraz ich rodzina i znajomi. Pani Fraser nie jest jednak zwyczajną kobietą - jest lekarką z zaskakującą jak na tamte czasy wiedzą... Wszystko dlatego, że przybyła w przeszłość z czasów nam współczesnych, poznała twardego szkockiego górala, który zdobył jej serce, i postanowiła z nim zostać. Jakim sposobem udała jej się taka podróż? Nie wiem. A i w książce odpowiedzi nie znajdziecie - po nie musicie sięgnąć do poprzednich części.
Na tle ważnych wydarzeń politycznych, które dotykają naszych bohaterów, obserwujemy ich codzienne, ale nie zwyczajne życie. Są dramatyczne porwania, morderstwa i zdrady, ukryte złoto Stuartów i ludzie, którzy niespodziewanie pokazują drugą twarz. Claire jest lekarką, więc możemy obserwować jej zmagania z ówczesnymi ograniczeniami medycyny i walkę o niejedno życie. Jamie natomiast, osoba szanowana i wpływowa, staje przed trudnym wyborem: stanąć po stronie króla, któremu przysiągł wierność, czy rebeliantów, którzy wojnę wygrają...? Do tego wszystkiego nad głowami głównych bohaterów wisi notatka z gazety z roku 1776, informująca o pożarze w domu państwa Fraserów i śmierci całej rodziny...

Książka wciąga. Historia jest fascynująca, akcja wartka, a postacie nieszablonowe. Można spodziewać się wszystkiego. Niestety - odczułam wyraźne luki z powodu nieprzeczytania części wcześniejszych. Jeśli więc macie ochotę zapoznać się z Claire i Jamiem, zacznijcie od Obcej... Ja mam zamiar nadrobić, jak tylko uda mi się ją zdobyć.

Tchnienie śniegu i popiołu, tom 1 i 2
Diana Gabaldon
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa, 2008

wtorek, 1 września 2015

Czy można nauczyć psa czytać...?

Chciałam Wam o tej książce napisać już w zeszłym tygodniu (a właściwie jeszcze wcześniej, zaraz po przeczytaniu), ale nie zdążyłam... Weekend okazał się być długi i bardzo aktywny - C. miał wolny piątek, więc dwa dni spędziliśmy hasając między szalonymi ludźmi na Średniowiecznym Festiwalu. Jest to zdecydowanie mój ulubiony czas w sierpniu - można obejrzeć tradycyjny ślub i pogrzeb, posłuchać muzyki, przekąsić co nieco, obejrzeć pokazy ogniowe (w tym roku, niestety, nieco rozczarowujące), pośmiać się na przedstawieniu kukiełkowym lub oglądając komediantów (grupa ze Szwecji o niewymawialnej nazwie przedstawieniem Królewny Śnieżki w najrozmaitszych rytmach zrobiła w tym roku furorę).
Ale nie o tym chciałam! I książce ma być przecież.

Zawsze gdy jedziemy do Polski, zamawiam paczkę (przynajmniej jedną) z książkami. Tym razem znalazły się w niej długo wyczekiwane pozycje, a między nimi świeżutka, bo w kwietniu tego roku wydania, najnowsza powieść Carrolla Ucząc psa czytać. Już sam tytuł robi wrażenie, prawda? Intryguje, nęci... Dokładnie tak, jak Carroll ma w zwyczaju. Jestem jego ogromną fanką, przebolałam nawet Zakochanego ducha, który był dowodem na ewidentny spadek formy pisarza, i z ogromną niecierpliwością czekałam na kolejną powieść. Najpierw nieco rozczarowałam się jej rozmiarami - niecałe sto stron. To przecież raczej dłuższe opowiadanie! Ale niech już będzie... Po kilkunastu pierwszych stronach przepadłam w jego magicznym świecie, i gdy wynurzyłam się z niego po niecałych dwóch godzinach żałowałam ogromnie, że to już koniec.

Ucząc psa czytać to historia Tony'ego Areala, typowego przeciętniaka pracującego w korporacji. W biurze koledzy mu dokuczają, a najpiękniejsza z kobiet nie raczy nawet na niego spojrzeć. Zniechęcony takim stanem rzeczy, Tony poświęca swój wolny czas na marzenia o lepszym życiu. Gdy pewnego dnia otwiera paczkę z wyśnionym zegarkiem, nie może uwierzyć w swoje szczęście. Z dumą nosi go na nadgarstku, nie zastanawiając się zbytnio nad motywami darczyńcy. Gdy po tygodniu na parkingu przed firmą znajduje nowiutkie, niemal idealne porsche, a w nim kobietę, którą już kiedyś chyba widział, zaczyna zastanawiać się, o co w tym wszystkim chodzi... Okazuje się, że to postać z jego snów, której znudziło się być tylko sennym marzeniem, i która daje Tony'emu zaskakującą propozycję...

Jak to u Carrolla, świat snów miesza się z rzeczywistością, a we wszystkim dodatkowo macza palce Alice... Fabuła kilkakrotnie zmienia kierunek, zaskakując czytelnika. Nasi bohaterowie okazują się być kimś zupełnie innym, niż na początku sądziliśmy. A wszystko kończy się dobrze... Ale czy dla wszystkich? 
O tym musicie przekonać się sami.

Powrót Carrolla w typowym dla niego stylu. Mnie zachwycił i pozostawił ogromny niedosyt. Polecam Wam z całego serca, jeśli też skrycie wierzycie, że za cienką zasłoną kryje się coś magicznego...

Ucząc psa czytać
Jonathan Carroll
Wydawnictwo Rebis
Poznań, 2015

poniedziałek, 20 lipca 2015

Lektura na wakacje. W pięciu tomach

Kto mnie zna, ten wie - na punkcie książek mam fioła. Takiego zdrowego - w końcu czytanie to cudowna sprawa: rozwija wyobraźnię, poszerza słownictwo, przenosi nas w zupełnie inny świat i rozbudowuje, czasem przyziemne do tej pory, marzenia.
Dlatego gdy u Ani przeczytałam o jej nowym wyzwaniu, z radością pomyślałam o pierwszym wpisie.
Tu pragnę uczynić (i uczynię, w końcu to mój blog) małą dygresję - te wszystkie wyzwania i akcje przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie nadążam za nimi, tak szybko pojawiają się nowe, a znikają stare, do których powoli zaczynałam się przyzwyczajać. Oglądam je więc z zaciekawieniem, czasem nawet uważnie studiuję różne wpisy (bo wielu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o ludziach, blogach, blogowaniu, życiu; w ogóle to chyba o wszystkim - kto śledzi blogosferę, ten wie), ale blogowo raczej omijam. Tym razem jednak postanowiłam się pobawić, bo bloga Ani, jak i samą Anię zresztą, lubię bardzo. Nie znamy się osobiście, ale myślę, że w idealnym świecie bez setek kilometrów między ludźmi, mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Ania jest ciepła, troszkę zwariowana, podąża za głosem serca i swoimi pasjami. Nie odwleka rzeczy na później: zapragnęła założyć bloga, i po prostu to zrobiła. I świetnie jej idzie! Musicie wiedzieć, że Ania pisze przede wszystkim o podróżach i swoich zainteresowaniach - i robi to z pasją, dzięki czemu czyta się go tak przyjemnie.
No, dość już tej reklamy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że mi za nią zapłacono!

Pierwszym punktem wyzwania jest opisanie wakacyjnej lektury. Ja posunę się krok dalej - skoro lato trwa aż dziewięćdziesiąt trzy dni zakładam, że jedna książka to zdecydowanie za mało. Chciałabym więc Wam polecić całą serię książek, w których zakochałam się już dobre dziesięć lat temu, a dopiero teraz dane mi było skończyć serię.

Po słowiczej podłodze wpadło w moje rączki na studiach, pożyczył mi je jeden z kolegów z grupy, tak samo zafiksowany na punkcie książek, jak ja. Przeczytałam szybciutko, od deski do deski, zachwycona klimatem powieści. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że dostępna jest jeszcze tylko jedna część, a na ostatnią (na początku autorka planowała trylogię) przyjdzie mi czekać parę lat! Zniechęcona, zaniechałam poszukiwań części drugiej, i o książce po jakimś czasie, z wielkim bólem, zapomniałam.

Teraz, po latach, przypadkowo trafiłam na Lian Hearn w jednej z internetowych księgarni, i od razu zamówiłam całą serię, która rozrosła się do pięciu tomów. Mimo, że pozycje do cienkich nie należą, przeczytałam je zaskakująco szybko. Tak jak pierwsza, tak i pozostałe wciągają bez reszty, pozostawiając na koniec zdecydowany niedosyt.

Słowicza podłoga - uguisu-bari - otacza centralną część zamku rodu Tokugawa w Nijo, gdzie mieściły się komnaty feudalnego władcy. Cedrowe deski, lśniące i gładkie niczym jedwab, zostały położone w taki sposób, że przy najmniejszym nacisku wydają dźwięk przypominający śpiew japońskiego słowika. To zapora, przez którą nie prześliźnie się najzręczniejszy ninja, czytamy na obwolucie.
I właśnie do pokonania takiej podłogi przygotowywany jest Takeo. Uratowany przez pana Shigeru po masakrze maleńkiej wioski ukrytej wysoko w górach, gdzie mieszkał z rodziną, staje się jego przybranym synem. W ramach podzięki za całe dobro i serce, poznając tajemniczą historię rodu Otori, zgadza się pomóc w zabójstwie pana Iidy - bezlitosnego wroga Shigeru.

Akcja powieści dzieje się w wymyślonej krainie, bardzo przypominającej jednak średniowieczną Japonię. Choć nigdy nie przeżywałam fascynacji Krajem Kwitnącej Wiśni, opisy zwyczajów w powieści Hearn mnie urzekły. Te książki mają niesamowity klimat, któremu nie potrafiłam się oprzeć, a język, jakim są napisane, tylko potęguje to wrażenie.
Kolejne trzy części opowiadają dalsze losy Takeo, a ostatnia cofa się do czasów, gdy nie było go jeszcze na świecie. Poznajemy dokładną historię romansu Shigeru i Naomi, losy rodu Otori, które doprowadziły do akcji z pierwszego tomu. Całość jest spójna, szalenie ciekawa i wprost wymarzona do zabrania ze sobą na wakacje. Romanse, uczucia, walka o władzę, sprawy prywatne na tle wielkich wojen, a wszystko to zamknięte w specyficznej kulturze Dalekiego Wschodu - to po prostu trzeba przeczytać!

Lian Hearn
Po słowiczej podłodze
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2003
Na posłaniu z trawy
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2004
W blasku księżyca
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2006
Krzyk czapli
Wydawnictwo WAB 
Warszawa, 2007
Sieć niebios
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2008

sobota, 20 czerwca 2015

Mortdecai, czyli przestępca niedoskonały

Dano, oj dawno już o książkach nie pisałam. Nie dlatego, że nie czytam - broń Boże! W wyzwaniu Good reads jestem ciągle on track, więc wszystko idzie zgodnie z planem. Zaczytawałam się ostatnio w Grze o tron, muszę dokupić brakujące części i wtedy opowiem o moich wrażeniach z całości (bo tu naprawdę nie ma co opisywać pojedynczych książek). A że tomiszcza to solidne, gdzieś tam w niedalekiej przyszłości majaczył egzamin (który w tej chwili pochłania dziewięćdziesiąt siedem procent mojej uwagi), to i czasu trochę mi zeszło... Gdy skończyłam ostatnią posiadaną część, odłożyłam ją wielce zawiedziona, że będę musiała czekać na kolejną do wizyty w Polsce. Cóż - jest, jak jest. Sięgnęłam więc po pozycję, którą nabyłam przypadkiem, bardzo impulsywnie, w kiosku. Szukałam jakichś ciekawych czasopism kulinarnych (nie znalazłam), gdy w oko wpadła mi okładka z Johnnym Deppem. Charakterystyczna mina, staromodny strój, podkręcony wąs - któż by się oparł...? Ja nawet nie próbowałam. Dopiero później wyczytałam, że do kin niedawno wszedł film na podstawie powieści Kyrila Bonfiglioliego, i właśnie premierą filmu skuszeni redaktorzy postanowili książkę wydać. 
Dla ciekawych - filmu jeszcze nie widziałam, ale mam zamiar to nadrobić w przyszłym tygodniu. Tymczasem opowiem Wam o książce...

Nie wymachuj mi tym gnatem, znane być może bardziej pod filmowym tytułem Bezwstydny Mortdecai, to opowieść o nieco zdeprawowanym, podstarzałym marszandzie. Charlie nie jest pierwszej młodości, ale, jak sam twierdzi, Czasami, w przyćmionym świetle, z wciągniętym brzuchem, mógłbym nawet wpaść w oko samemu sobie. Czarujący dżentelmen zajmuje się sprzedażą dzieł sztuki - oficjalną, ale również nielegalną. Przez tą drugą działalność żywo interesuje się nim niejaki Martland, były pułkownik wojsk spadochronowych, a obecnie supernadinspktor z tajemniczego oddziału SPG, powołanego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Wielkiej Brytanii; zupełnie przypadkowo dawny szkolny kolega Mortdecaia. Martland podejrzewa, całkiem zresztą słusznie, że Charlie maczał palce w kradzieży słynnego obrazu Goi, a teraz, być może, stara się go przeszmuglować za granicę. Już od początku sprawy przybierają barwny obrót, gdyż przesłuchanie z użyciem akumulatora nie jest tutaj niczym niezwykłym. Obolały i zniesmaczony Charlie stara się działać według planu, jednak śmierć wspólnika i nieoczekiwany zamach na jego własne życie nieco komplikują sprawy. W efekcie wyjeżdża do Ameryki, gdzie czeka go burzliwy romans, kolejne trupy, agenci z najróżniejszych agencji, a w rezultacie... 
Ale może o tym lepiej poczytajcie sami.

Charlie Mortdecai to postać niezwykle interesująca, narrator posługujący się barwnym i fantazyjnym językiem. Powieść czytało się szybko, a przy tym momentami nie mogłam powstrzymać śmiechu - znajdziecie tutaj cudowne perełki językowe, odniesienia do innych powieści i cudowny klimat lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. 
Na uwagę również zasługuje postać Jocka - służącego, a w pewnym sensie i przyjaciela głównego bohatera. Silny i lojalny, nie zawaha się użyć mięśni w obronie swego pana. Polecenia wykonuje bez szemrania i z pełnym zrozumieniem - ten duet jest naprawdę genialny!

Książkę polecam ogromnie; na liście do kupienia znajduje się oczywiście kolejna część. Już nie mogę się doczekać!

Nie wymachuj mi tym gnatem
Kyril Bonfiglioli
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa, 2015

piątek, 20 marca 2015

Kolejny Patrol Łukjanienki

Po Łukjanienkę sięgam w ciemno. Przeczytałam już tyle jego książek, że mam niemal sto procent pewności, że i na kolejnej się nie zawiodę. Tak było i tym razem - kontynuacja jego najsłynniejszej serii zdecydowanie stoi na poziomie.

W Nowym Patrolu spotykamy starych znajomych (o poprzednich częściach możecie przeczytać tutaj), którzy trochę dojrzeli, wydorośleli. Anton nadal pracuje w Patrolu, mimo, że jego żona ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Ich córka, Nadia, czarodziejka absolutna, tym razem odegra jeszcze ważniejszą rolę...
Gdy podczas rutynowego patrolu na lotnisku Anton zauważa chłopca, który przewidział katastrofę samolotu, postanawia go uratować. Niestety, nie dostaje zezwolenia na tak dużą ingerencję - zamiast tego przekonuje matkę malca, że zostawiła w domu włączone żelazko, i koniecznie musi to sprawdzić przed odlotem. Nie byłoby w tym zupełnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że samolot bezpiecznie ląduje w miejscu przeznaczenia. I to bez ingerencji Innych! O co chodzi? Tego właśnie dowiedzieć się muszą pracownicy Nocnego Patrolu. Okazuje się, że chłopak jest prorokiem - rzadkim typem Innego, który potrafi przepowiadać przyszłość. Jednocześnie budzi on bestię zrodzoną w Zmroku, która za wszelką cenę nie chce dopuścić do wygłoszenia pierwszego prawdziwego, najważniejszego proroctwa...
Anton, w poszukiwaniu rozwiązania kolejnych tajemnic, udaje się do Londynu na spotkanie z Erazmem Darwinem (tak, od tych Darwinów), któremu w młodości udało się oszukać Tygrysa. Zamiast jednak wyjaśnień, Anton znajduje kolejne pytania, a wraz z nimi pewną jasną czarodziejkę, która kiedyś była wiedźmą...

Dla tych, którzy nie znają świata stworzonego przez Łukjanienkę, opis z pewnością wyda się zagmatwany i nieczytelny. Ci jednak, którzy tak samo niecierpliwie jak ja wyczekują kolejnych części, powinni być zaciekawieni na tyle, żeby od razu wyruszyć do księgarni. Jak zwykle mamy do czynienia z tajemnicami i knowaniami nie tylko sił ciemności, ale również starego Hesera, A wszystko to osadzone jest w realiach współczesnej Moskwy. Ja nie umiem się oprzeć magii tych powieści - gdzie siły dobra i zła wcale nie są takie oczywiste, gdzie wiedźmy mogą być dobre, a w dodatku zdobywają serca jasnych magów, gdzie nic nie jest takie, jak się wydaje...
Jeśli lubicie Łukjanienkę - koniecznie sięgnijcie po kolejny tom serii. Jeżeli jeszcze go nie znacie - zapoznajcie się czym prędzej.

A już w wakacje w Polsce ukaże się kolejna część - Szósty Patrol. Już się nie mogę doczekać!

Nowy Patrol
Sergiej Łukjanienko
Wydawnictwo MAG
Warszawa, 2014

czwartek, 12 marca 2015

O życiu na cmentarzu

Nikt Owens mógłby uchodzić za zwykłego chłopca z nieco tylko dziwnym imieniem, gdyby nie fakt, że jego domem był cmentarz, a opiekunami i przyjaciółmi duchy go zamieszkujące.
Jeśli to zdanie nie wzbudziło w Was ciekawości i nie zachęciło do sięgnięcia po Księgę cmentarną Neila Gaimana, to pewnie cały dalszy opis również Was nie skusi. Ja nie wiedziałam, o czym będzie ta książka - wystarczyło nazwisko na okładce, żeby przekonać mnie do kupna.

Księga cmentarna to historia dzieciństwa Nika (skrót od Nikt), który miał niezwykłe szczęście. W pewną noc do jego domu zakradł się mężczyzna o imieniu Jack, i długim, ostrym nożem zamordował jego rodziców i starszą siostrę. Chłopczykowi udało się wydostać z łóżeczka i uciec z domu, zupełnym przypadkiem trafił na cmentarz na wzgórzu. Tu wzbudził poruszenie wśród jego mieszkańców - wszelkiej maści duchów. Ochroniły go przed Jackiem, po czym zaczęły deliberować, co począć z małym, w dodatku żywym chłopcem. Po długich dyskusjach, w których szalę przeważyło zdanie Silasa, państwo Owensowie postanowili Nika adoptować. Tym sposobem chłopczyk stał się częścią tej co najmniej zaskakującej społeczności, jego rodzice są duchami, najlepszy przyjaciel - wampirem, a nauczycielka... Cóż, o pannie Lupescu najlepiej przeczytajcie sami.

Nikt przeżywa wiele różnych przygód - zaprzyjaźnią się z żywą dziewczynką i duchem prawdziwej czarownicy, przechodzi przez ghulową bramę i tylko cudem udaje mu się ujść z życiem; uczy się też różnych rzeczy, tak naprawdę niewiele mających wspólnego z typowymi zajęciami kilkulatków - znikanie i wędrówki we śnie to tylko niektóre z nich. Okazuje się jednak, że poza bezpiecznym cmentarzem, w szerokim i niebezpiecznym świecie, Jack ciągle szuka Nika. I nie spocznie, póki go nie zabije. Dlaczego? O tym też musicie przekonać się sami.

Książka jest rewelacyjna - posty, choć zupełnie niesamowity koncept Gaiman rozbudował w historię zabawną, fantastyczną, pełną niespodzianek i fenomenalnych charakterów. Dla nieznającego innego życia Nika niematerialni przyjaciele nie są niczym zaskakującym, nocne wędrówki po cmentarzu są pełne przygód, a nie strachu (no dobrze, to też - ale tylko czasami), a wyjście na pizzę z wampirem jest niemal rutynowym zajęciem. Dla czytelnika to wszystko jest nowe, zaskakujące i przyciąga uwagę tak, że ciężko się od książki oderwać.
Polecam ogromnie!

Księga cmentarna
Neil Gaiman
Wydawnictwo MAG
Warszawa, 2014

czwartek, 19 lutego 2015

O dziwnych losach Jane Eyre

Czasem zabieram się za książki, które wszyscy już chyba znają. Wpada mi taka znienacka w oczy, i od razu czuję wyrzuty sumienia, że jeszcze się z nią nie zapoznałam. Tak było i tym razem, gdy przeglądałam półki przed wyjazdem na wakacje w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Wiedziałam, że w Polsce czekają na mnie nowe lektury - musiało być więc to coś, czego nie porzucę na widok nowych książek. Niepozorna, w różowej, cukrowej okładce, skryła się na mej półce Jane Eyre. Sięgnęłam po nią bez wahania - lubię ten typ powieści, a o tej słyszałam wiele pozytywnych opinii.


Każdy chyba zna, jeśli nie z powieści, to z jednej z wielu ekranizacji, historię ubogiej, ale dumnej nauczycielki. Jako dziecko została sierotą i trafiła pod opiekę swojej ciotki, która nie była z tego obrotu spaw zadowolona. Mała Jane doznała wielu upokorzeń, zanim trafiła na pensję rządzoną twardą ręką przez pana Brocklehursta. Jednak mimo ciężkich warunków, w końcu była choć trochę szczęśliwsza. Znalazła przyjaciółkę w wychowawczyni - pannie Temple; dzięki temu po skończeniu nauki została na pensji jako nauczycielka. Po dwóch latach Jane, znużona swoim przewidywanym życiem, postanowiła coś zmienić. Dała ogłoszenie do gazety, i została przyjęta jako guwernantka Adeli. Szybko zżyła się z dziewczynką i innymi domownikami. Po pewnym czasie do pałacu powrócił pan domu - Edward Rochester. Z Jane połączyło go na początku niechciane, ale głębokie uczucie. Na drodze ich miłości stanęła jednak nie tylko pozycja społeczna obojga, ale również tajemnicza mieszkanka domostwa, która śmiejąc się histerycznie, przerażała niczego nieświadomą Jane. 

Jak skończy się historia tej niepożądanej miłości? Czy Jane i pan Rochester potrafili zwalczyć wszystkie przeciwności losu, czy może jednak poddali się konwenansom? Jeśli jeszcze nie wiecie, koniecznie sięgnijcie po powieść Charlotte Bronte.

Niektórym Dziwne losy Jane Eyre mogą się wydać nudne, język, którym napisana jest powieść - przestarzały, sposób, w jaki rozmawiają bohaterowie - sztuczny. Należy jednak pamiętać, że książka została wydana w roku 1847, kiedy właśnie w ten sposób pisano. Mi się to podoba ogromnie - wielki pałac pełen najróżniejszych zakamarków, tajemnicze postaci i wydarzenia, duma i konwenanse, które utrudniają, lub wręcz uniemożliwiają drogę ku szczęściu. Wszystko to razem sprawia, że losy Jane mnie wciągnęły i nie pozwoliły się od książki oderwać. Polecam ogromnie, choć chyba tym razem raczej paniom.

Dziwne losy Jane Eyre
Charlotte Bronte
Hachette Livre Polska
Warszawa, 2006

piątek, 6 lutego 2015

O tajemniczej księdze imion

O książkach (o jedzeniu zresztą też) lubię pisać na świeżo. Tak dwa - trzy dni po skończeniu lektury, kiedy ciągle pamiętam szczegóły, a jednocześnie udało mi się co nieco w głowie ułożyć. Po powieści, które mi się spodobały, po jakimś czasie sięgam znowu, żeby je sobie odświeżyć i spojrzeć na treść być może z nieco innego punktu widzenia. Do tych, które mnie nie zachwyciły, nie wracam. Po co, skoro tyle jest nowych, ciągle czekających, aż wreszcie się za nie zabiorę...?
Z przykrością muszę stwierdzić, że książka, o której dziś Wam opowiem, zalicza się do tej drugiej kategorii.

Po Księgę imion sięgnęłam z kilku powodów. Spodobała mi się okładka, a tekst na obwolucie tylko dodatkowo zachęcił. Zachwycona i podekscytowana,  końcu zabrałam się do lektury. Niestety, treść mnie rozczarowała.

Księga imion Jill Gregory i Karen Tintori to historia widziana oczami Davida - wykładowcy akademickiego, inteligentnego młodego człowieka. Jako dziecko przeżył poważny wypadek - razem z koleżanką i znajomym spadli z dachu. Niestety, drugi chłopiec zapadł w śpiączkę, z której się nigdy (podobno) nie obudził. 
Dwa lata później w głowie naszego bohatera zaczynają pojawiać się nazwiska. Nie widzi w tym sensu, nie rozumie, o co chodzi, ale skrzętnie zapisuje je w notatniku w czerwonej oprawie. Po latach z przerażeniem zauważa, że jedno z nazwisk należy do jego pasierbicy, którą, mimo rozwodu z jej matką, nadal traktuje jak córkę. Nie wiedząc, co robić, udaje się po pomoc do najbliższego przyjaciela - katolickiego księdza. Ten wysyła go do starego rabina, który odsłania przed Davidem tajemnice kabały. Okazuje się, że nazwiska należą do lamed wowników - sprawiedliwych, dzięki którym świat się nie rozpada. Niestety, tajna organizacja gnozytów pragnie ich wszystkich zamordować i doprowadzić tym sposobem do końca świata.
Czy im się uda? Czy David zrozumie, jaka odpowiedzialność na nim spoczywa? Cy uda mu się uratować pasierbicę i cały świat? Na te pytania odpowiedzi znajdziecie w książce.

A teraz odrobina prywatnej refleksji. Temat spodobał mi się bardzo - kabała to zawiła sprawa, a w książce zostajemy sprawnie wprowadzeni w szczegóły. Podoba mi się taki motyw intrygi, tajne stowarzyszenie, które od wieków dąży do upadku ludzkości. Niestety, choć historia jest ciekawa, główni bohaterowie, zamiast sprawiać, że krew nam szybciej w żyłach popłynie, sprawiają, że powieść dużo traci. Są bowiem płascy, stereotypowi, do bólu przewidywalni. Mamy Davida, inteligentnego, przystojnego, wysportowanego. Kobieta, która wprowadza go w świat kabały okazuje się idealną pięknością, w której po prostu nie można się nie zakochać. Jego pasierbica jest miłą i zupełnie bez wyrazu dziewczynką, a jej matka urodzoną histeryczką. Zwroty akcji, owszem, są, ale niestety - nie zaskakują. 
Podsumowując - autorki miały pomysł, jednak za bardzo skupiły się na kabale i jej tajemnicach, pozostawiając resztę samej sobie. A wiadomo, że z tego nic dobrego wyjść nie może.

Książka - żebyście nie odnieśli mylnego wrażenia - nie jest zupełnie beznadziejna, ale nie jest też porywająca. Ot, takie czytadło do autobusu - nawet jeśli się je zgubi, wielkiej straty nie będzie.

Księga imion
Jill Gregory, Karen Tintori
Świat Książki
Warszawa 2007

środa, 28 stycznia 2015

O bogach z Ameryki według Gaimana

Piszę i piszę o książkowych wyzwaniach, o tym, jak to spędzam popołudnia i wieczory wylegując się na kanapie i czytając, ale z przerażeniem stwierdzam, że zdecydowanie brakuje tu konkretów. Bo jak takie czytanie nie wiadomo czego ma być dla innych motywujące? Dla mnie nie jest. Owszem, podziwiam tych, którzy czytają po sto książek rocznie (szczerze i z całego serca), ale sam fakt, że ktoś potrafi, nie zachęca mnie do sięgnięcia po lekturę. Co innego, gdy ktoś poleca tytuł bądź autora, najlepiej z przekonaniem i światełkiem w oczach. O, to już zupełnie co innego! Wtedy przy najbliższej trafiającej się okazji dokonuję stosownego zamówienia, i kiedy już nowy nabytek wpada w moje łapki, szybciutko zabieram się za czytanie. W związku z tym mam zamiar popracować nad częstotliwością dodawania postów książkowych - żeby motywować Was do czytania, a siebie do szukania ciekawych, nieoczywistych pozycji.

Mam spore zaległości w opisywaniu powieści, które przeczytałam, niemniej ten rok otworzę tytułem, który wciągnął mnie ogromnie, a który z lekkim smutkiem dziś odłożyłam na półkę jako przeczytany. Mowa o Neilu Gaimanie i jego Amerykańskich bogach, czyli jednej z najsłynniejszych powieści. Zdobyła ona najważniejsze nagrody 2002 roku: Hugo, Nebula, Locus oraz Bram Stoker Award, w kategorii Najlepsza powieść. Była również nominowana do nagrody BSFA. I mówię Wam - nie bez powodu.

Gaiman zabiera nas w magiczną podróż po Ameryce, jakiej do tej pory nie znaliście. Głównym bohaterem jest Cień, który odsiaduje końcówkę wyroku za pobicie. Jedyne, o czym marzy, co trzymało go w ryzach przez ten czas, to powrót do ukochanej żony i życia, jakie wiódł przed trzema laty. Gdy naczelnik wzywa go do biura i oświadcza, że może opuścić więzienie nieco wcześniej, Cień jest w pierwszej chwili uradowany. Po chwili zostaje brutalnie sprowadzony na ziemię wiadomością o śmierci żony. Otępiały, wyrusza na pogrzeb. W samolocie poznaje niejakiego Wednesday'a, który składa mu ofertę pracy. Cień odmawia, wręcz ucieka przed nowym znajomym, ale gdy okazuje się, że żona miała romans, w dodatku z jego najlepszym kumplem, i nic już na Cienia nie czeka - zgadza się zostać ochroniarzem. Nie raz żałował później swojej decyzji... Wednesday nie jest bowiem zwykłym, nieco tylko dziwnym staruszkiem, ale jednym ze starych bogów, przywiezionych do Ameryki dawno temu. Potrzebuje pomocy Cienia, aby odnaleźć i namówić do współpracy innych. Okazuje się bowiem, że panowanie chcą przejąć nowi bogowie: telewizji, internetu, samochodów. Są uzbrojeni i niebezpieczni; szykują się do bitwy, w której może być tylko jeden wygrany. Kto? O tym przeczytacie w książce.

Amerykańscy bogowie wciągają od pierwszej chwili, bo już po kilkunastu stronach robi się naprawdę ciekawie. Tajemniczy pan Wednesday, który potrafi przemieszczać się tylko sobie (i innym bogom) znanymi ścieżkami; żona, która odwiedza Cienia w pokoju hotelowym już po swoim pogrzebie - pachnie rozkładem, ale nie ma najmniejszego zamiaru wracać pod ziemię; sztuczki z monetami, które pozwalają ściągnąć księżyc z nieboskłonu, a do tego cała masa przeróżnych bogów, którzy po długich, chudych latach mają swoje dziwne przyzwyczajenia i nawyki. Czy można się oprzeć takiej mieszance? Wątpię. Ja dałam się jej pochłonąć, i z niedosytem odłożyłam dziś książkę na półkę. Bo historia, choć zamknięta (w pewien sposób), wydaje się być zdecydowanie za krótka.

Polecam Wam ogromnie - jeśli lubicie fantastykę wpisaną w realia, będzie zachwyceni.

Amerykańscy bogowie
Neil Gaiman
Wydawnictwo MAG
Warszawa 2013

czwartek, 9 października 2014

"Gwiazd naszych wina"

Po Gwiazd naszych wina Johna Greena sięgnęłam zupełnie przypadkiem. Będąc na wakacjach w Polsce, namiętnie chodziliśmy do kina. Zobaczyłam plakat filmu, później sobie o nim poczytałam. Dobre recenzje i wysokie oceny mimo wszystko nie skusiły C. - nie przepada on za tego typu filmami. Trzeba oddać mu sprawiedliwość - nie jest to typowa męska rozrywka; brak wartkiej akcji i strzelanin co pięć minut z pewnością odstrasza męską część publiczności.
Później w księgarni zauważyłam książkę, i stwierdziłam, że i tak lepiej jest zacząć od papierowej wersji. Kupiłam, przeczytałam - bo co jak co, ale czyta się ją naprawdę szybko. Niestety, nieco się rozczarowałam...

Ale od początku.
Gwiazd naszych wina to historia miłosna dwójki nastolatków chorych na raka. Ona całe życie spędza w towarzystwie butli z tlenem, on jest po amputacji nogi i wychodzi na prostą. Poznają się na jednym ze spotkań grupy wsparcia, i od razu przypadają sobie do gustu. Hazel zaraża Augustusa swoją miłością do prozy niejakiego van Houtena. Napisał on powieść, która inspiruje i frapuje Hazel od lat. Gdy więc nadarza się okazja spotkania, Augustus wykorzystuje swoje marzenie, aby spełnić pragnienie przyjaciółki. Wyruszają w szaloną podróż do Holandii, gdzie zmienia się wszystko...
Gdybym przeczytała tę książkę, mając lat naście, z pewnością bym się w niej zakochała. Jest romantyczna, wzruszająca, wielka miłość spada na naszych bohaterów niczym piorun, po czym zostaje brutalnie przerwana. Jest romans, szalona podróż, poświęcenie i walka z nieuleczalną chorobą, która sprawia, że całość jest jeszcze bardziej dramatyczna. Podoba mi się język powieści - jest lekki i zabawny, co kontrastuje z, bądź co bądź, poważną tematyką. Książka nie jest nudna ani przygnębiająca, czyta się ją szybko i przyjemnie.
Dla mnie problemem jest, że całość wyszła nierzeczywista. Wielokrotnie podkreślane jest, czy to przy narracji, czy w dialogach, że Hazel ani Augustus nie chcą być bohaterami. Jednak autor pokazuje ich w takim świetle, że na bohaterów wychodzą, bo przecież zachowują optymizm niemal do ostatnich chwil. A mi się wydaje, że to jednak nie do końca tak wygląda... Brakuje mi w tej powieści realizmu, mrocznej, głębokiej strony. Niby jest dużo przemyśleń i rozważań na tematy różne, ale dla mnie... No cóż, są na poziomie nastolatków, z którego ja już jakiś czas temu wyrosłam.

Książka mnie wciągnęła, bo przeczytałam ją szybciutko. Jeśli jednak oczekujecie prawdziwej historii, to się rozczarujecie. To bardziej wyobrażenia na temat bycia śmiertelnie chorym, które niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością.

Podsumowując - moim zdaniem, to książka o nastolatkach dla nastolatków. Jeśli zdecydujecie się na nią, będąc nieco starszymi i doświadczonymi, może rozczarować. Lub troszkę rozśmieszyć swoją naiwnością. Niemniej, jest wzruszająca i napisana przyjemnym językiem, więc może dlatego warto po nią sięgnąć...?

Gwiazd naszych wina
John Green
Wydawnictwo Bukowy Las
Wrocław 2013

niedziela, 3 sierpnia 2014

O ogrodach zoologicznych i nie tylko

Będąc w Polsce, wybraliśmy się do zoo. 
Zoo w Myślęcinku nie jest ani duże, ani nowoczesne. Tak naprawdę miałam wrażenie, jakbym cofnęła się dwadzieścia lat wstecz (o mamuniu, jak to brzmi!). Moi Dziadkowie (obie pary) mieszkają niedaleko zoo, i od czasu do czasu mnie tam zabierali. Wybieg dla niedźwiedzi wygląda identycznie, klatki z ptakami i mniejszymi zwierzakami również. Zoo zwiększyło asortyment o zwierzęta egzotyczne, takie jak lamy czy surykatki. Gdy byłam mała można tam było zobaczyć tylko zwierzęta występujące na terenie Polski. 
Nadal jest malutkie zoo dla dzieci, gdzie można pogłaskać osiołka albo kozę. I wszystko to... Troszkę smutne.
Ilekroć wybieram się do zoo (a nie robię tego zbyt często) mam wrażenie, że te zwierzaki nie są tam szczęśliwe. Snują się z kąta w kąt albo tylko leżą, niemrawo machając ogonami. Na zwiedzających nie reagują, chyba, że liczą na jakieś frykasy (mimo wszechobecnych tabliczek z prośbami o niedokarmianie zwierząt wiele osób wciąż to robi; choć powinni sobie zdawać sprawę, jakie to może być niebezpieczne). Zoo w Poznaniu zrobiło na mnie inne wrażenie - jest ogromne, przestronne, zwierzaki mają mnóstwo miejsca. Tutaj wszystko jest ściśnięte i takie jakieś... Zakurzone.

Moje spojrzenie na zwierzęta w zoo nieco zmieniła książka, którą ostatnio przeczytałam. Zdałam sobie bowiem sprawę, że zwierzęta zamknięte całe życie w klatkach nie przeżyłyby w naturalnym środowisku tygodnia! Nie potrafią polować, nie będą potrafiły znaleźć schronienia czy uciec przed drapieżnikami. Najzwyczajniej w świecie nie dadzą sobie rady.
Tak samo, jakby dziecku wychowanemu w mieście nagle ktoś kazał wydoić krowę. Mogłoby się to skończyć prawdziwym nieszczęściem.

Książka, o której piszę, to Życie Pi Yanna Martela. Już dość dawno obejrzałam film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Gdy tylko dowiedziałam się, że powstał on na podstawie powieści, zapragnęłam ją mieć. A gdy już zdobyłam, od razu zabrałam się za czytanie.

Życie Pi to opowieść o hinduskim chłopcu, którego rodzice są właścicielami zoo. Całe swoje życie spędził na obserwacji zwierząt, ich zachować i zwyczajów. Wie o nich więcej niż niejeden dorosły. 
Poza tym Pi jest znakomitym pływakiem (w końcu został nazwany na cześć najsłynniejszego basenu świata!), nie lubi swojego pełnego imienia, i wierzy we wszystkich Bogów równocześnie, nie widząc w tym żadnych sprzeczności. 
Gdy rodzice Pi podejmują decyzję o opuszczeniu Indii, chłopiec nie jest tym zachwycony. Nie ma jednak wpływu na to, co się stanie, więc z radością i optymizmem stawia czoła przygodzie. Niektóre ze zwierząt zostaję sprzedane, inne wraz z całym dobytkiem zapakowane na statek wyruszający w podróż do Kanady. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem. Sztorm zatapia okręt, a Pi ląduje w łodzi ratunkowej z małpą, hieną, ranną zebrą i ogromnym tygrysem bengalskim.
Tu zaczyna się jego niezwykła podróż, trwająca 227 dni, w czasie której chłopiec dryfuje po Oceanie Spokojnym w niewiarygodnym towarzystwie. Po dramatycznych chwilach przychodzi spokój, chwila refleksji, a następnie zmagań o przetrwanie. Całość poprzetykana różnymi filozoficznymi przemyśleniami naszego bohatera.

Jak Pi poradzi sobie w tej niezwykłej sytuacji? Czy uda mu się zapanować nad tygrysem? Czy w końcu dotrze do stałego lądu, czy już na zawsze stanie się dzieckiem oceanu?
Na te pytania, i wiele, wiele innych znajdziecie odpowiedzi w powieści Martela.

Ja się w tej książce zakochałam. Napisana prostym, aczkolwiek interesującym językiem, zgłębia mnóstwo zagadek i problemów egzystencjalnych. W książce padają pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi, ale pokazana jest filozofia życia, która mi osobiście wydaje się bardzo bliska.
Przeczytajcie koniecznie; ta książka jest tego warta.

Życie Pi
Yann Martel
Wydawnictwo Albatros
Warszawa, 2013

środa, 28 maja 2014

O dziecięcej przyjaźni i nie tylko

Nie mam ostatnio weny na pisanie o książkach. Mam mnóstwo zdjęć jedzenia, całą masę zaległych przepisów (jak już myślę, że jestem tuż, tuż, okazuje się, że nagle, nie wiadomo skąd, pojawiają się nowe foldery i nowe przepisy do opublikowania), i tak jakoś... Lepiej mi idzie pisanie o jedzeniu. Może dlatego, że książki wymagają większego skupienia, a ja ostatnio robię po kilka rzecz na raz. Przede wszystkim zbliżające się wielkimi krokami egzaminy pochłaniają wiele moich myśli... A do tego śliczna pogoda (choć wczoraj niewiarygodnie wiało i było raczej chłodno) zachęca do spacerów. I jak tu się wziąć za siebie i pisać o zaległych lekturach...?
Dzisiaj jednak nadszedł ten dzień, i piszę. O książce, którą przeczytałam dość dawno, a która jakoś zniknęła mi między innymi. Nie dlatego, że mi się nie podobała - wręcz przeciwnie, zaciekawiła mnie bardzo. Po prostu powędrowała na półkę, i zagubiła się wśród innych...

Vaclav i Lena Haley Tanner to historia dwójki przyjaciół. Vaclav postanawia zostać magikiem, a Lena, jego jedyna przyjaciółka, jego śliczną asystentką. Jako dzieci rosyjskich imigrantów nie mają łatwego życia - w szkole się z nich śmieją, przez luki w nauce języka ciężko znaleźć im przyjaciół. Gdy więc pewnego dnia się spotykają, od razu łączy ich nić porozumienia. Dzieci spędzają ze sobą każdą wolną chwilę, ćwicząc magiczne sztuczki. Planują wielki pokaz na promenadzie, który ma sprawić, że świat się nimi zachwyci. Niestety, w przeddzień pokazu Lena znika...
Vaclav jest kompletnie załamany. Mając dziesięć lat nie potrafi zrozumieć, jak jego przyjaciółka mogła odejść bez pożegnania. A może stało się jej coś złego...? Jego obaw nie potrafi rozwiać nawet kochająca matka, która o sprawie wie nieco więcej niż jej syn, ale nie chce się z tym zdradzić.

Przez osiem lat co wieczór Vaclav mówi Lenie dobranoc. To jedno z jego magicznych zaklęć - chłopiec głęboko wierzy, że dopóki życzy jej dobrej nocy, nic złego jej nie spotka. Pewnego wieczoru, leżąc w łóżku i zastanawiając się nad sprawą, postanawia zaniechać rytuału. Jakie będą konsekwencje...?

Vaclav i Lena to opowieść o przyjaźni i młodzieńczej miłości, o trudnościach, jakie czekają dzieci w obcym dla nich kraju. Szczególnie dla Leny życie nie jest łatwe - sierota, której nikt nie chce... 
Okazuje się jednak, że prawdziwa przyjaźń potrafi przetrwać wszystko.
Jeśli lubicie obyczajowe historie, trochę o dzieciach, trochę o dorosłych, o sprawach poważnych i błahych - powieść Haley Tanner z pewnością przypadnie Wam do gustu.

Vaclav i Lena
Haley Tanner
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2011

środa, 30 kwietnia 2014

Wielki powrót, czyli najnowsza powieść Carrolla

Czekałam na tę książkę długo. Naprawdę. Właściwie to od 2005 roku, czyli dziewięć lat. Szmat czasu. W końcu, kiedy już ją dostałam, przeczytałam w trzy dni z wielkim zapałem. I nie rozczarowałam się. Warto było czekać.

Mowa o Kapiąc lwa Jonathana Carrolla - bezsprzecznie mojego ukochanego pisarza. Szaleję za nim, mam wszystkie jego książki, Krainę Chichów przeczytałam chyba z dziesięć razy, pozostałe przynajmniej dwa, w zależności od tego, jak bardzo mi się spodobały. Każda ma w sobie magię, każda zachwyca, nie można się w nich nie zakochać. Carroll ma niesamowity talent - w codzienność potrafi wpisać zjawiska, których nikt się nie spodziewa, a u niego, w jakiś tajemniczy, magiczny sposób, wszystko łączy się w logiczną całość, pasuje do siebie. Do tego zakończenia, które nie tylko zaskakują, ale często mrożą krew w żyłach. Dla mnie każda jego książka to podróż do innego świata, niby tak podobnego do tego, w którym żyję, a jednak milion razy ciekawszego, fascynującego. Ciężko później wrócić do rzeczywistości...

Dwa lata po Szklanej zupie wydano w Polsce Zakochanego ducha. Byłam zawiedziona - to z pewnością jego najsłabsza książka. Choć ciekawa, to jednak nie dorównuje poprzednim. Poczułam się trochę oszukana - czekałam na nią niecierpliwie, z drżeniem dłoni otwierałam po raz pierwszy, a później otwierałam buzię nie z zachwytu, jak to bywało przy innych jego książkach, ale z rozczarowania. Rozumiem - ciężko jest trzymać tak wysoki poziom przez tyle lat. Każdemu może zdarzyć się twórczy dołek, nawet mojemu ukochanemu pisarzowi. Nie zrażona więc, czekałam na kolejną pozycję z jego nazwiskiem na okładce. 
Dwa lata temu pojawiła się Kobieta, która wyszła za chmurę. Wspaniała, ale... To opowiadania. Podobały mi się, nawet bardzo, ale jednak wolę powieści. W nich Carroll rozwija swoją fantazję i porywa mnie ze sobą; opowiadania, jak dla mnie, są po prostu za krótkie. 
Czekałam więc nadal. 

Pod koniec zeszłego roku wydano w Polsce Kąpiąc lwa. Dopiero na Wielkanoc trafiła w moje ręce. Po powrocie do Danii zatopiłam się w lekturze, i po trzech dniach skończyłam ją z szerokim uśmiechem na twarzy. To jest Carroll, jakiego znam, na jakiego czekałam! Powieść jest mistrzowska, jest w niej wszystko, na co czekałam. Dziękuję!

Kąpiąc lwa to historia pięciu osób, przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, których w pewnym momencie połączył wspólny sen. Jednej nocy śnią dokładnie to samo, co więcej - doskonale zdają sobie z tego sprawę. Nie wiedząc, co to znaczy, postanawiają stawić czoła tajemnicy i znaleźć odpowiedzi. Pomaga im Josephine - tajemnicza, biegająca po dachach dziewczynka, która zna sekret, ale nie może go wyjawić. A przynajmniej nie tak od razu...
W powieści ścierają się ze sobą mechanicy - ci, którzy dbają o porządek wszechrzeczy - oraz Chaos, którego jedynym pragnieniem jest zniszczenie wszystkiego. Żadna ze stron nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć cel. Jaki związek ze sprawami tak wielkimi mają nasi bohaterowie? Czy znajdą rozwiązanie zagadki? Jak sobie poradzą z tym, co odkryją? I wreszcie, o co chodzi z tajemniczym kąpaniem lwa...?
Na te pytania odpowiedzi znajdziecie w magicznej, pełnej tajemnic powieści Carrolla.

Wiem, że to co napisałam, w najmniejszym nawet stopniu nie jest obiektywne. Nic jednak na to nie poradzę - uwielbiam te książki, pałam do nich gorącym uczuciem, i nikt ani nic tego nie zmieni. Wam polecam je z całego serca - może też się zakochacie...?

Kąpiąc lwa
Jonathan Carroll
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań, 2013

wtorek, 22 kwietnia 2014

W dziewiętnastowiecznej Moskwie Akunina

Święta, Święta, i wiadomo co. Wszystko, co dobre, szybko się kończy i te sprawy. Czas pędzi błyskawicznie, szczególnie, kiedy spędza się go przyjemnie. Co oznacza, że urlop, poza dwoma dniami podróży, minął mi niesamowicie szybko. Za mało czasu na wszystko, co chciałam zrobić, ale nic nie szkodzi. Fantastycznie było pojechać do domu, i już planuję następną wyprawę, choć dopiero co się rozpakowałam, a góry prania piętrzą się w łazience. 
Miałam wielkie plany co do pieczenia - oczywiście, nic z tego nie wyszło. Ani mazurka, ani paschy, ani nawet chleba z Tatą nie upiekłam. No nic - w wakacje spędzę w domu całe trzy tygodnie, więc nic straconego - co się odwlecze, to nie uciecze... 
Ależ mnie dzisiaj powiedzonka męczą. Tak się kończy dłuższa styczność z językiem ojczystym widocznie...

Mam dla Was jeszcze jedną babkę, którą upiekłam przed Świętami, ale o niej następnym razem. Dzisiaj będzie bowiem o książkach.
Z Polski przywiozłam sobie kilkanaście sztuk - powieści, o których marzyłam od dłuższego czasu, niedługo więc utonę w nich całkowicie. Carroll, Schmitt, Hearn, Sapkowski i Martel, do tego Hamelman i Pina w nieco bardziej kulinarnych klimatach. Aż mnie ciarki z radości i podniecenia przechodzą...
Dzisiaj jednak będzie o książkach (sztuk dwie), które przeczytałam przed wyjazdem.
Akunina nabyłam przypadkiem. Gdzieś coś mi się o uszy obiło, zobaczyłam w przecenie, to kupiłam. I tak sobie biedak leżał i czekał, aż się nim zainteresuję. Zerknęłam na niego przychylniejszym okiem dwa tygodnie temu - wstyd się przyznać - ale dlatego, że książeczki są cienkie. Stwierdziłam więc, że zdążę się z pierwszą rozprawić przed wyjazdem bez większych problemów. Okazało się, że wciągnięta zostałam tak bardzo, że przeczytałam obie i zaczęłam żałować, że nie mam więcej...

Azazel i Gambit turecki to dwie pierwsze powieści z cyklu o przygodach dzielnego Erasta Fandorina. Poznajemy go w 1876 roku, gdy dopiero co zaczął służbę w moskiewskiej policji. Młody, pełen marzeń o niebezpiecznej, ale arcyciekawej pracy policji, Erast spędza czas za biurkiem do momentu, gdy nie natrafia na wyjątkowo podejrzaną sprawę - bogaty student publicznie popełnia samobójstwo, zostawiając cały majątek w spadku niejakiej lasy Astair. Bogata Angielka prowadzi ośrodki dla osieroconych chłopców, właśnie otworzyła kolejny w Moskwie. 
Fandorin, wietrząc skandal, za zgodą przełożonego przystępuje do akcji. Wplątuje się w niezwykle skomplikowaną sprawę, w którą zamieszani są wysoko postawieni ludzie na całym świecie. Jak młody, niedoświadczony policjant poradzi sobie z trudną sytuacją, która przerosła jego najśmielsze marzenia...?

W Gambicie tureckim Fandorin staje się postacią drugoplanową. Historię poznajemy z punktu widzenia Warwary Suworow - dwudziestodwuletniej dziewczyny, która wyruszyła na front w poszukiwaniu ukochanego. Przypadkiem spotyka Fandorina, który nie tylko ratuje jej życie, ale zabiera ze sobą w dalszą podróż. 
Ciężko poznać młodego policjanta z Azazela w człowieku, którego spotyka Warwara. Posiwiałe skronie, ironiczno-cyniczne podejście do świata. O wiele dojrzalszy i poważniejszy Erast nadal jednak pracuje dla swojego kraju, tym razem poszukując szpiega w szeregach rosyjskiej armii. Warwara zostaje jego sekretarką, i wspólnie starają się dotrzeć do sedna sprawy. 

Choć nie przepadam za kryminałami, te wciągnęły mnie bez reszty. Cudowny klimat powieści, gdzie honor jest na wagę złota, a o dobre imię panny mężczyźni się pojedynkują bez wahania. Szacunek do przyjaciela i wroga jest na pierwszym miejscu, ojczyzna zaraz po nim. 
Jeśli chcecie odrobinę cofnąć się w czasie, a do tego rozwiązać wraz z Fandorinem niezwykle frapujące zagadki - polecam z całego serca. Nie zawiedziecie się.

Azazel
Gambit turecki
Boris Akunin
Świat Książki
Warszawa, 2003

wtorek, 8 kwietnia 2014

Babska lektura, czyli romans historyczny

Przyznaję się bez bicia - to jeden z moich ulubionych gatunków. Miłość i zdrada, bohaterowie czarni i biali, a wszystko skrzy się od złota na królewskim dworze.
Według mojej Babci tego typu książki nie mają absolutnie żadnej wartości, C. patrzy na mnie z lekkim politowaniem, jak z wypiekami na twarzy opowiadam mu o nieszczęśliwe zakochanej w trubadurze księżniczce. A ja daję się takim powieściom pochłonąć całkowicie, wyobraźnia działa na najwyższych obrotach, i nie słyszę, gdy ktoś coś do mnie mówi. Romanse (ale tylko historyczne!) zabierają mnie w zupełnie inny świat, odrywają od rzeczywistości. Zawsze dobrze się kończą, miłość zwycięża wszystkie przeciwności, źli i okrutni zostają odpowiednio ukarani, i przez chwilę można wierzyć, że to prawda.

Zemsta róży Nicole Galland czekała na półce dość długo. Jakoś mi umykała między innymi pozycjami. Na szczęście w końcu po nią sięgnęłam - i przepadłam.

Akcja dzieje się na dworze cesarza Konrada, władcy naprawdę dającego się lubić, choć ma też swoje na sumieniu (cóż by był z niego za cesarz, gdyby nie miał). Konrad jest postacią fikcyjną, inspiracją dla jego powstania był bohater trzynastowiecznej Roman de la Rose Jeana Renarta. Miejsca i pozostali bohaterowie to mieszanina prawdy i fikcji - książki nie należy więc traktować poważnie pod tym względem. Historii nikt się z niej nie nauczy. Ale zabawy jest przy niej mnóstwo.
Pozostali bohaterowie to Lienor i jej brat Willem. Szlacheckie pochodzenie nie uchorniło ich przed utratą majątku - zdani na łaskę kuzyna, żyją na obrzeżach cesarstwa. Willem jednak jest wiernym poddanym, co postanawia wykorzystać Jouglet - trubadur jego wysokości. Jouglet darzy rodzeństwo prawdziwą sympatią, i poprzez małżeństwo Lienor z cesarzem chce pomóc odzyskać należny im majątek. Na drodze jednak stają mu kardynał Paweł, brat Konrada oraz wuj Willema, którzy ze względów politycznych pragną, aby cesarz poślubił dziewicę z Besancon. Plany Jougleta są również zagrożone przez Marcusa - najbliższego człowieka Konrada. Zakochany do szaleństwa, zrobi wszystko, aby zdobyć damę swego serca.

Nasi bohaterowie są barwni, ale też przewidywalni. Ciekawie zbudowana fabuła nie zaskakuje, a mimo to trzyma w napięciu. Klasyka gatunku - jeśli lubicie romanse (historyczne!), ten spodoba Wam się z pewnością. Jeśli nie - nie zawracajcie sobie głów.

Zemsta róży
Nicole Galland
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław, 2007

czwartek, 3 kwietnia 2014

Powrót Wolanda - dobrze to, czy źle...?

Jakaś jestem rozmemłana dzisiaj. Nic mi się nie chce, dzień taki jakiś szary i nieciekawy... Poza tym późno się robi, a ja ciągle mam mnóstwo rzeczy do zrobienia na jutro. Na szczęście to już piątek, będzie można się wyspać i odpocząć.
Mam straszne zaległości w pisaniu - mam przepisy i książki, o których koniecznie muszę opowiedzieć, tylko nie mam kiedy... Dzisiaj będziemy nadrabiać zaległości w sferze bardziej umysłu, bo chcę Wam opowiedzieć o powieści zupełnie wyjątkowej.

Znacie Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa? Jeśli nie, szybko pędźcie do biblioteki albo księgarni i zaopatrzcie się w to spore tomisko. Choć powieść wydaje się długa, czyta się ją błyskawicznie, a potem zostaje ogromny niedosyt. Zakochałam się w niej jeszcze w liceum, od tamtej pory czytałam kilka razy, i ciągle nie mogę się nadziwić, jaka jest świetna. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych pozycji.
Kiedy więc w ręce trafił mi Powrót Wolanda albo nowa diaboliada, sami rozumienie, nie mogłam się oprzeć. Dopiero po zakupie zwróciłam uwagę na pewien szczegół, który sprawił, że z lekturą czekałam chyba ze trzy lata. Otóż autorem nie jest słynny Bułhakow, ale niejaki Ruczinski, Witalij zresztą. Hmm... W głowie kłębiły mi się pytania: czy aby na pewno sprostał wyzwaniu? Co zrobił z moimi ukochanymi bohaterami? Kogo spotkam, a o kim zapomniał? Czy warto w ogóle się za to zabierać...?
Książka stała nieniepokojona na półce, a ja podchodziłam do niej bardzo ostrożnie. Za każdym razem znajdowałam coś, co powinnam przeczytać wcześniej. Aż w końcu, pod koniec zeszłego roku, przemogłam się. Teraz albo nigdy, pomyślałam, i zaczęłam czytać. Cóż... Nie powiem, że się rozczarowałam, bo to nieprawda, ale jednak Bułhakow to to nie jest.

Ruczinski zabrał Wolanda i jego barwną świtę do Moskwy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Po ulicach pod osłoną nocy jeździ tajemnicza kareta, nikt nie potrafi wyjaśnić jej pochodzenia ani przeznaczenia, a zajmują się tym najtęższe głowy stolicy. Tymczasem Woland upodobał sobie Jakuszkina - nieznanego nikomu pisarza, który godzi się spalić rękopis w zamian za poznanie dalszych losów swoich bohaterów. Woland, tylko sobie znanymi sposobami, powołuje do życia królika Kuzię, którego ugryzienie powoduje nagły wylew szczerości w ofierze. Cóż się stanie, gdy królik zacznie gryźć coraz to ważniejszych dla politycznego życia Rosji mieszkańców Moskwy...? Jak poradzi sobie Jakuszkin z szatanem, który zaoferuje mu nie tylko zaproszenie na bal, ale i konieczną w takiej sytuacji kochankę? Ile osób zniknie, aby później pojawić się w zupełnie innym miejscu i czasie? Na te pytanie należy szukać odpowiedzi w powieści Rudzinskiego.

Książka jest ciekawa, napisana bardzo charakterystycznym językiem. Satyra na ówczesną Rosję, pełna podtekstów i zawoalowanych metafor. Nie tak błyskotliwa i porywająca jak powieść Bułhakowa, czasem troszkę ciężka i zawiła. Jeśli oczekujecie rewelacyjnej lektury na miarę Mistrza i Małgorzaty - rozczarujecie się. Jeśli szukacie lektury wyjątkowej, ta z pewnością taka jest.

Powrót Wolanda albo nowa diaboliada
Witalij Ruczinski
Wydawnictwo Książnica
Katowice 2006