Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Babki i ciasta ucierane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Babki i ciasta ucierane. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Ciasto z kasztanami, wiśniami i kruszonką. Nie tylko dla zakochanych

W poniedziałek na zajęciach byłyśmy we dwie. Muszę przyznać, że taki system niemal prywatnych lekcji bardzo przypadł mi do gustu. Nauczyciel nie patrzy nam na ręce przez cały czas, zajmując się swoimi sprawami (wypiekaniem wyjątkowo apetycznie pachnących bochenków, jeśli ktoś by się zastanawiał), ale jest do naszej dyspozycji na każde zawołanie; można więc pytać i się radzić dowoli, tylko chwilami narażając się na buraczane aluzje. W dodatku odkryłam, że niemal cała kulinarna wiedza, jaką zgromadziła ludzkości przez wieki, w wypadku mojego nauczyciela nie ma zastosowania, bo niemal wszystko jest - tutaj cytuję - ble! Albo brr!, jeśli to coś wyjątkowo paskudnego, jak na przykład owsianka. Albo kapusta kiszona. Lub wieprzowina.
Koty też są brr!, chociaż ich akurat nie jada. Ale to pewnie dlatego, że są brr!

Wracając do poniedziałku - musiałam wydrukować kartkę. Właściwie to pół, bo tylko jedną stronę. Zostałam więc odesłana do informatyków z informacją, że mają mi umożliwić dostęp do drukarki o tajemniczej nazwie C39, znajdującej się w pokoju nauczycielskim. Dotuptałam więc z trudem do pokoju przez nich zajmowanego, wyjaśniłam, na czym rzecz polega, oddałam laptopka i czekałam. Przez prawie czterdzieści minut! Gdyby mój Tato zobaczył, co chłopaki wyrabiali, wyłysiał by na miejscu (bo siwawy to już ździebko jest). Było ich trzech; oglądali ten mój biedny komputer w trybie zmianowym - jak już coś się któremuś udało, to za chwilę tracił rezon i wątek, i wołał kolegę. I tak w kółko!
Na ich usprawiedliwienie muszę jednak dodać, że pewnym utrudnieniem mógł być fakt, że mój laptopek nadal trwa w zawieszeniu lingwistycznym pomiędzy językiem polskim a duńskim, nie mogąc się zdecydować, który jest bliższy jego procesorowi (chciałam napisać sercu, ale to w końcu bezduszna maszyna jest). 

W końcu się udało. Mogłam wydrukować potrzebny mi świstek, chłopcy załapali się na świeżutkie croissanty, a wszystko stanęło na tym, że w walentynkowy wieczór wylądowałam w moim pokoju z butelką whisky. I deserem, o co zadbał jeden z miłych kucharzy z kantyny. W sumie, to mogło być gorzej... Chyba.

Dzisiaj mam dla Was przepis na bardzo zwykłe, a jednocześnie lekko zaskakujące ciasto. Myślałam o przygotowaniu czegoś wystrzałowego, ale po tych wszystkich cudnych ciastach, których miałam okazję próbować w szkole, naszła mnie ochota na coś prostego. Ciasto ucierane - oto moje marzenie.
Przygotowałam więc puszyste, maślane i lekkie ciasto, wypełnione słodkimi kasztanami i kwaskowatymi suszonymi wiśniami, a wszystko pod warstwą chrupiącej, kasztanowej kruszonki. Prawdziwa uczta! C. był zachwycony; wcinał, aż mu się uszy trzęsły. A chyba właśnie o to chodzi w taki dzień jak dziś, prawda...?

Ciasto ucierane z kasztanami, suszonymi wiśniami i kasztanową kruszonką


Składniki:
(na formę serce o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 115 g cukru
  • 4 jajka
  • 230 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka likieru amaretto
  • 75 g obranych pieczonych kasztanów
  • 100 g suszonych wiśni

kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 30 g mąki kasztanowej
  • 30 g cukru
  • 40 g zimnego masła

Mąkę pszenną i kasztanową przesiać, dodać cukier, wymieszać. Dodać pokrojone w kosteczkę zimne masło, szybko zagnieść kruszonkę.
Odstawić.

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślanej, miskując tylko do połączenia składników. Wlać amaretto, zmiksować.
Na końcu dodać pokrojone na mniejsze kawałki kasztany i wiśnie, wymieszać.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem, równomiernie posypać kruszonką.

Piec w 170 st. C. przez 50-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ja tymczasem szybciutko idę pod prysznic, żeby spokojnie zaszyć się pod kołdrą z książką i herbatką w zasięgu ręki.
Bo - jak mnie dzisiaj uświadomił facebook:
- Wszystko, czego ci trzeba, to...
- Miłość.
- Co? Nie, nie. Książki!

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Sen o fidze

Przyśniło mi się, że kupiłam figi.
Zdałam sobie z tego sprawę w momencie, gdy przeglądałam plik ze zdjęciami do przepisów; w oko wpadło mi to z ciastem czekoladowym i dorodną figą na wierzchu, i nagle przypomniałam sobie swój sen. Nie pamiętam szczegółów; tylko to, że stałam w kuchni, a na blacie obok deski do krojenia i noża leżały soczyście fioletowe figi. Później wzięłam jedną do ręki i oglądałam z zaskakującą uwagą... I tyle. 

To z kolei skłoniło mnie do zastanowienia się nad zjawiskiem deja vu. Bo wiecie co? Mam wrażenie, że zdarza mi się ono dość często. 
Dzień jak co dzień, nic niezwykłego się nie dzieje, aż tu nagle mam nieodparte wrażenie, że... To już kiedyś było. I wiem, co wydarzy się za chwilę, co ktoś powie albo zrobi. Doskonale wiem, że to niemożliwe; że to tylko mój mózg płata mi figle, ale i tak przeszywają mnie dreszcze. I tak sobie myślę, że może jednak nie powinnam o tym pisać, bo jeśli przeczyta to jakiś psychiatra, to jeszcze będzie chciał się za moją psychikę zabrać... A przecież ze mną wszystko w porządku; prawda...?

A skoro już o figach mowa; skoro mi się śniły i później wkroczyły w moje myśli niezwykle wręcz stanowczo, będzie i ciasto z figami. Taki mały torcik, niemalże...

Przepis na ciasto z ciemnym piwem znalazłam u Agaty; akurat miałam butelkę na zbyciu, więc czym prędzej zabrałam się za pieczenie. Miałam jednak ochotę jakoś je urozmaicić; przygotowałam więc krem budyniowy w dodatkiem masy krówkowej, a dodatkowo przełożyłam je karmelizowanymi figami. Efekt jest oszałamiający! Ciasto czekoladowe jest dość ciężkie i obłędnie wyraziste w smaku, wilgotne i mięsiste - wprost idealne na styczniowe, szare dni. Krem budyniowy z bitą śmietaną zamiast masła jest lekki i delikatny, a jego krówkowy smak świetnie komponuje się z czekoladowym ciastem. Figi są tu kropką na i - można je pominąć, ale lepiej zastąpić jakimiś innymi owocami. Może świeżą żurawiną...? Wyjdzie wtedy ciasto z pazurem.

Czekoladowe ciasto na ciemnym piwie z kremem krówkowym i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 250 ml ciemnego piwa
  • 150 g masła
  • 145 ml śmietany kremówki (38%)
  • 70 g ciemnego kakao
  • 200 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

budyniowy krem krówkowy:
  • 250 ml mleka
  • 25 g budyniu krówkowego
  • 20 g cukru
  • 50 g masy krówkowej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru
  • 2 figi

dekoracja:
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 figa

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z piwem i śmietaną.
Kakao przesiać, wymieszać z cukrem, dodać do mokrych składników, połączyć. Wlać ekstrakt z wanilii, wbić jajka i dokładnie wymieszać.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą. Dodać do mokrych składników, wymieszać tylko do ich połączenia.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Wlać ciasto.

Piec w 170 st. C. przez 50 minut.
Przestudzić w formie, a następnie odłożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

200 ml mleka zagotować wraz z cukrem. W pozostałym mleku rozpuścić budyń, wlać do gotującego się mleka, gotować jeszcze chwilę, aż budyń zgęstnieje. Dodać masę krówkową, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Kremówkę ubić, partiami dodawać do budyniu, delikatnie mieszając łyżką.

Na patelni skarmelizować cukier. Figi pokroić w plasterki, skarmelizować. 
Przestudzić.

Ciasto przekroić na pół. Na paterze ułożyć spód, wyłożyć krem i plasterki fig, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Ewentualnie wyrównać brzegi.

Przed podaniem ciasto oprószyć cukrem pudrem i udekorować świeżą figą.

Smacznego!

A tymczasem, choć dopiero co wróciłam ze szkoły, już za dwa tygodnie czeka mnie kolejna tura... Ależ ten czas pędzi!

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Listopadowe zadziwienie i ciasto dyniowe z mandarynkowym syropem

C. obudził mnie chwilę przed ósmą. Zbuntowałam się jednak; w końcu to mój wolny poniedziałek, ostatni w tym roku! Budzik nastawiłam na ósmą, nie ma więc absolutnie najmniejszego usprawiedliwienia dla wyciągania mnie z łóżka wcześniej, niż to sobie zaplanowałam.
Gdy wróciłam z łazienki, okazało się, że Ptysia zdążyła się już wygodnie ułożyć na mojej poduszce. Nie bacząc na protesty, wygospodarowałam dla siebie kawałek, po czym zawinęłam się w kołdrę na wzór naleśnika. Tu do akcji wkroczyła Pączusia; położyła się w miejscu, gdzie plecy me tracą swą szlachetną nazwę, uprzednio odpowiednio uklepawszy podłoże.
W takim oto położeniu spędziłam kolejne dwadzieścia minut, planując następne godziny tego jakże obiecującego dnia.

Za mną śniadanie, pierwsza gorąca herbatka i poranny spacer z potworami; ten ostatni wprowadził mnie w stan lekkiego zdumienia i niedowierzania. Bo czy mogłam się spodziewać, że trawnik za płotem, a także sam płot, będzie okryty migoczącymi w słońcu kryształkami szronu...? Owszem, autko ostrzegało mnie już kilka razy przed możliwością lodu na drodze, ale nadal pokazywało minimum trzy stopnie powyżej zera. Czyżby sytuacja ta miała niedługo ulec zmianie...? 
Spojrzenie w kalendarz potwierdza moje obawy; mamy listopad. Mgliście pamiętam, że rok temu o tej porze nosiłam już czerwony, zimowy płaszcz. Cóż, jeszcze kilka dni wytrzymam bez niego; w końcu muszę się choć odrobinę z tą myślą oswoić...

Dzisiaj mam dla Was obłędnie pyszne ciasto, które rozjaśni nawet najciemniejsze listopadowe popołudnie. Przepis znalazłam w magazynie Bage og sylte, nr 1/2017, i od razu się w nim zakochałam. Dyniowe, wilgotne, a w dodatku z mandarynkami zamiast tak popularnych w tego typu wypiekach pomarańczy. Nie mogłam się oprzeć, szczególnie, że i dyniowe puree, i mandarynki, czekały na wykorzystanie.
Ciasto smakuje obłędnie na ciepło, podane z lodami, choć wydaje się wtedy nieco zakalcowate. Gdy pozwolicie mu całkowicie wystygnąć, nadal będzie niesamowicie wilgotne, ale wrażenie zakalca znika. Dzięki polaniu mandarynkowym syropem długo zachowuje świeżość i nawet po czterech - pięciu dniach smakuje wybornie. Chrupiące orzechy i pestki dyni tylko dodają mu uroku, a przewijające się w tle korzenne i miodowe nuty sprawiają, że rozgrzewa nie tylko ciało, ale i duszę.
Sami powiedzcie - czy temu można się oprzeć...?

Korzenne ciasto dyniowe z syropem mandarynkowym


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 30x11 cm)

  • 250 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 100 g jasnego cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 20 g miodu
  • 100 g masła
  • 100 ml soku z mandarynek
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka zielonych nasion anyżu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:

  • 15 g pestek dyni
syrop: 

  • 20 g miodu
  • 100 ml soku z mandarynek
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ubić jajka z cukrem trzicnowym i muscvado na puszystą, jasną masę. Dodać ekstrakt z wanilii i miód, połączyć. Dodać przestudzone masło, zmiksować. Wlać sok z mandarynek, cynamon, kardamon i zmielone w młynku do kawy ziarna anyżu, połaczyć. Mąkę przesiać z proszkiem, dodać do ciasta. Na końcu dodać puree z dyni i posiekane orzechy, zmiksować. 
Masę przelać do formy wyłożónej papierem do pieczenia.
Wierzch posypać pestkami dyni.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut, do suchego patyczka.

W małym garnuszku zagotować sok z mandarynek z miodem, gotować przez 5 minut.

Gorące ciasto nakłuć wykałaczką, polać gorącym syropem. 
Przestudzić. Podawać letnie.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

środa, 18 października 2017

Pierwsza w tym roku prawie szarlotka

Mamy w ogrodzie jabłonkę. Tak naprawdę rośnie za domem, w bardzo niedogodnym miejscu; między ścianą budynku, a wysokim żywopłotem. Mało tam słońca; tak naprawdę biedaczka nawet w pogodne dni rzadko ma możliwość wygrzania się w ciepłych promieniach. Była tam, gdy się wprowadziliśmy; straszliwie zaniedbana, z martwym konarem, który wysysał z niej ostatnie życiowe siły. Pierwszej jesieni w naszym nowym domu dała zaledwie kilka jabłek; średnio nawały się do jedzenia, bo są dość kwaśne, ale za to kruche i idealne do ciast. Na wiosnę więc C. zajął się jabłonką; dość brutalnie pozbawił ją utrudniających rozkwit pnączy, przyciął żywopłot tak, żeby choć trochę ułatwić jej życie i podlewał magicznymi miksturami ze sklepu ogrodniczego. Efekt przerósł nasze oczekiwania; w tym roku jeszcze w sierpniu ilość jabłuszek była wręcz zatrważająca! Część z nich spadła, zanim wróciliśmy z wakacji; większość pieczołowicie zebraliśmy i ułożyliśmy w piwnicy. Będą szarlotki, jak się patrzy!

Ostatnio C. przyszedł do mnie z miną niewiniątka i oświadczył, że obiecał w pracy ciasto. A właściwie to dwa. I z szelmowskim uśmiechem dodał, że jak nie mam czasu ani chęci, to on może przecież kupić coś w cukierni... Wie chłopak, jak mi na ambicję wjechać! I choć w poniedziałek po pracy wróciłam ledwo żywa, a we wtorek miałam w perspektywie wycieczkę do Kopenhagi, i jednego, i drugiego dnia upiekłam ciasto. Z jabłkami z naszej nie tracącej nadziei jabłonki.

Pierwsza wersja była migdałowa; z mielonymi migdałami w cieście i migdałowymi płatkami na wierzchu. Przy drugiej postawiłam na nieco bardziej charakterny smak, i migdały zastąpiłam orzechami laskowymi. C. nie potrafił się zdecydować, która smakowała mu bardziej; ja obstawiam orzechową, bo orzechy i jabłka to duet absolutnie doskonały.

A Wy? Upiekliście już pierwszą w sezonie szarlotkę...?

Ciasto orzechowe z jabłkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 175 g mąki pszennej
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

dodatkowo:
  • 1 jabłko
  • 15 g orzechów laskowych w płatkach
  • 1 łyżka cukru perłowego

Masło z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, dodać zmielone orzechy, wymieszać.

Do masy maślanej wbić jajko, połączyć. Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miskując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.
Przełożyć masę do wysmarowanej tłuszczem formy.

Jabłko obrać, pokroić w ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne, a następnie pokroić w cienkie plasterki. Ułożyć je na cieście, posypać orzechami i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ciasto, dzięki dodatkowi maślanki, jest cudownie wilgotne. Ma delikatny, maślany posmak, który przy wersji migdałowej jest nieco wyraźniejszy. Przez dodatek orzechów jest nieco cięższe, ale nie zbite i nadal delikatne. No i ta chrupiąca, cukrowo-orzechowa skorupka na wierzchu... Uwielbiam!
Proste i szybkie w przygotowaniu, idealne na mały głód w środku tygodnia.

wtorek, 26 września 2017

Ślub po duńsku, czyli uwaga! Kobieta! I jesienne ciasto ze śliwkami

O ślubie z C. dyskutowaliśmy długo i szeroko. Jak się pochodzi z różnych krajów i wyznaje różne religie, pytanie gdzie? nabiera dwojakiego sensu. 
Muszę przyznać, że nie było łatwo. W końcu jednak podjęliśmy decyzję praktyczną: ślub odbędzie się w Danii, bo C. ma zdecydowanie większą rodzinę niż ja. Teraz pozostawała tylko kwestia rodzaju ceremonii: świecka czy kościelna? C. nie miał wątpliwości; ślub musiał odbyć się w kościele. Koniec, kropka. Hmm... Ale jak to rozwiązać? Ma być dwóch duchownych? Słyszałam też o ślubach, gdzie tylko jedno z małżonków przysięgało, a drugie stało sobie jak parasol i miało tylko ładnie wyglądać. Coś takiego w grę nie wchodziło!
Udaliśmy się więc do najbliższego kościółka, i co się okazało? Że nasze religie są tak do siebie zbliżone, że bez problemu ślubu nam udzielą! Bez żadnych ceregieli; każde ma powiedzieć dwa razy tak, i pozamiatane. 
Musze przyznać, że odetchnęłam z wielką ulgą.

Problem pojawił się na kilka dni przed ceremonią; okazało się, że godzinę przed naszym jest inny ślub i pastor, który miał się nami zająć, nie da rady. Będzie więc inny. A raczej inna; bo tutaj pastorzy są obojga płci. Szczerze mówiąc, mnie samą średnio to obeszło, ale obawiałam się reakcji mojej Babci... Na szczęście okazała się kobietą na tyle nowoczesną, że zaakceptowała sprawę bez mrugnięcia okiem. 
Uff... Skandalu nie będzie.

A Wy? Byliście kiedyś na ślubie, którego udzielała kobieta...?

Tymczasem mam dla Was banalnie proste ciasto z wczesnojesiennymi owocami: śliwkami i jeżynami. Pierwsze od sąsiada zza płotu, drugich nazbierała Młoda z Tomaszem. Nic nie może się zmarnować, wrzuciłam więc wszystko do prostego ciasta jogurtowego podkręconego kardamonem. Wyszło, muszę przyznać, wyjątkowo pysznie. Soczyste owoce, chrupiąca, cukrowo-migdałowa skorupka i delikatna nuta kardamonu w tle - naprawdę smakowita kompozycja. Spróbujcie, póki jeszcze można w lesie nazbierać jeżyn!

A jeśli macie ochotę na jakieś inne desery ze śliwkami, koniecznie sprawdźcie, co upichciły Mirabelka i Malwina!

Ciasto jogurtowe ze śliwkami i jeżynami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 295 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 2 jajka
  • 50 g złotego syropu
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 150 ml oleju
dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)
  • 100 g jeżyn
  • 50 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego
Mąkę z proszkiem i sodą przesiać, dodać cukier i kardamon, połączyć.
Jajka roztrzepać, dodać syrop, jogurt i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć owoce, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Wczoraj, zerkając do kalendarza, z zaskoczeniem odkryłam, że dzisiaj mija równo miesiąc od wesela. Z tej okazji kupiłam koszyczek dorodnych i drogich jak nieszczęście kurek - będzie tarta. Z białym winem. W końcu taka okazja nie zdarza się co dzień...

poniedziałek, 24 lipca 2017

Duńskie ciasto z rabarbarem. I o tym, jak moja przyszłość zawisła na włosku. Czy może raczej na odnóżu...?

Boję się pająków.
Nie jestem pewna, czy to dobry moment i miejsce na takie wyzwania, ale co mi tam. Raz się żyje.
Nie to, że mnie brzydzą (choć to też); one przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Na samą myśl o tych ośmiu odnóżach na mojej skórze dostaję spazmów. Każde zaobserwowanie stawonoga kończy się piskiem i wezwaniem C. na ratunek. Zazwyczaj przybywa z odsieczą z miną wskazującą na odczuwane politowanie... Ale co tam. Najważniejsze, że się ich pozbywa, a ja mogę znów czuć się we własnym domu jak u siebie.

W weekend, po kąpieli, wyszłam spod gorącego prysznica rozgrzana i różowiutka, pachnąca nowym, morelowo-truskawkowym mydłem. Owinęłam się mięciutkim, kremowym szlafrokiem, włożyłam puchate, fioletowe skarpetki i zadowolona weszłam do sypialni. Moje czujne oko od razu dostrzegło jakąś dziwną, czarną plamę na prześcieradle. Podeszłam bliżej, zapaliłam światło i... W tym momencie plama dała nura pod kołdrę! 
Przysięgam, takiego pisku nie wydałam z siebie od pamiętnej sytuacji z domniemanym szczurem. C. wpadł do pokoju nim mój krzyk zdążył przebrzmieć. W dłoni, zamiast miecza, dzierżył łapkę na muchy, co było zdecydowanie mniej romantyczne, na uznanie jednak zasługuje jego błyskawiczna reakcja i brak krzywego uśmiechu, który zawsze mnie tak irytuje. Wydukałam nieskładnie, że pod kołdrą jest pająk, i że jeśli on się go natychmiast nie pozbędzie, to ja się wyprowadzam.
Pisząc tego posta, siedzę na kanapie w moim własnym salonie, wniosek nasuwa się więc sam: pająk został pokonany. Choć muszę przyznać, że i tak niespecjalnie dobrze spałam tamtej nocy...

Po opowiedzeniu tej mrożącej w żyłach krew historii w pracy usłyszałam: To za ile wystawiliście dom na sprzedaż...?
Ha. Ha.

Przepis na to ciasto z rabarbarem znalazłam na blogu Pistachio. Spodobał mi się bardzo, bo są w nim same dobre rzeczy: miękkie, waniliowe ciasto ucierane, karmelizowany rabarbar i krem budyniowy. Niewielki dodatek kardamonu nadaje mu wyrazistego, niecodziennego charakteru. Czy może być coś lepszego...?
Przygotowanie, choć obejmuje kilka etapów, jest banalnie proste i wcale nie zajmuje dużo czasu. A ciacho wychodzi obłędne! Delikatne, słodko-kwaśne i wilgotne, a do tego długo zachowuje świeżość. 
Czy ktoś w ogóle mógłby próbować mu się oprzeć...?

Duńskie ciasto z rabarbarem, kardamonem i budyniem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

krem budyniowy:

  • 250 ml mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 15 g mąki ziemniaczanej
  • 15 g masła
ciasto:

  • 175 g miękkiego masła
  • 175 g cukru
  • 4 jajka
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
nadzienie rabarbarowe:

  • 400 g rabarbaru
  • 30 g masła
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
dodatkowo:

  • 30 g płatków migdałowych
Mleko zagotować.
Jajko, cukier i mąkę roztrzepać, powoli wlewać gorące mleko, cały czas mieszając. Przelać całość do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć z palnika, dodać pokrojone w kostkę masło, wymieszać aż do jego rozpuszczenia.
Ostudzić.

Rabarbar pokroić na 2cm kawałki.
Na patelni rozgrzać masło, dodać cukier. Gdy się rozpuści, dodać rabarbar, wymieszać i smażyć 2-3 minuty, aż rabarbar się skarmelizuje.
Ostudzić.


Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. Partiami dodawać do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera. 

Ciasto przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy. Na wierzchu równomiernie rozłożyć masę budyniową, a na niej lekko odsączony rabarbar. Posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 180 st. C. przez około 1 godzinę.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

wtorek, 4 lipca 2017

Migdałowe ciasto z rabarbarem i białą czekoladą

Pogoda, jaka jest, każdy widzi, że tak pozwolę sobie sparafrazować znane hasło z pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej. W sobotę, i owszem, wyszło słonko i grzało na tyle, że wyciągnęłam szorty z najgłębszych zakamarków szafy. Od razu poczułam się dziesięć lat młodsza. W tym swobodnym stroju przystąpiłam do poważnych działań ogrodniczych, czyli wyrywania chwastów spomiędzy kostki na tarasie i uważnego obserwowania C. podczas przycinania żywopłotu. Mój zapał skończył się wraz z ugryzieniem przez nie wiem co w lewy nadgarstek, który swędzi mnie do dzisiaj, a dwa bąbelki niespecjalnie dodają mu uroku. Zamiast więc dzielnie pielić dalej, nadziałam na kijek kilka pianek i je sobie podpiekłam nad ogniskiem. I znów poczułam się kolejne pięć lat młodsza.
Nie ma to jak słoneczna sobota...

Gdzieś w międzyczasie pojawiło się u mnie ciasto z rabarbarem. Przepis znalazłam w gazecie Spis bedre, nr 4/2017. Połączenie białej czekolady i rabarbaru jest doskonałe, a jak dodamy do tego jeszcze migdałową nutę, to już w ogóle nie można się oprzeć. W ogrodzie rabarbar ciągle panoszy się niemal na równi z miętą, więc z zapałem wypróbowuję kolejne przepisy. Ten sprawił, że mam ogromną ochotę do niego wrócić... Słodko-kwaśne ciasto, soczyste i wilgotne - czy może być coś lepszego na pociechę po słonecznej sobocie, gdy w niedzielę niebo zasnuwają ciężkie, ołowiane chmury..?

Ciasto rabarbarowe z białą czekoladą i migdałami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

  • 225 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 2 jajka
  • 190 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g mielonych migdałów
  • 100 ml jogurtu naturalnego
  • 150 g białej czekolady
na wierzch:

  • 200 g rabarbaru
  • 1 łyżka cukru
dodatkowo:

  • 2 łyżki cukru pudru
Masło utrzeć z cukrem i wanilią na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i migdałami. Na zmianę z jogurtem dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać grubo posiekaną czekoladę, połączyć.

Ciasto przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Rabarbar pokroić wzdłuż na cieńsze paski o długości około 10 cm. Ułożyć promieniście na cieście, delikatnie je w nie wciskając. Posypać cienką warstwą cukru.

Piec w 175 st. C. przez 45-55 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przepis, oczywiście, dodaję do akcji kulinarnej Ani:

czwartek, 25 maja 2017

Problemy przyszłej panny młodej i ciasto z rabarbarem na maślance

Wakacje to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Człowiek może się byczyć, spać do późna, spacerować, chodzić do kina i w ogóle robić, co mu się żywnie podoba; i absolutnie nikt nie może mieć mu tego za złe. W tym właśnie duchu spędzamy leniwe, czasem słoneczne, a czasem - niestety - deszczowe i pochmurne dni. Oczywiście, zaczęliśmy od rzeczy najważniejszych - zamówiliśmy zaproszenia, dzisiaj C. pojechał szukać garnituru w zacnym towarzystwie mojego Taty i Tomasza, a ja już nawet wybrałam sukienkę... 

Z sukniami ślubnymi bywa różnie. Niektóre panie chodzą, chodzą i chodzą, i wychodzić nie mogą. Nic im się nie podoba, nic nie satysfakcjonuje. Szyją więc suknie na zamówienie, a efekt w większości przypadków (mam nadzieję) jest zadowalający. Inne wybierają na szybko, pierwszą z brzegu, byleby była biała, długa i niedroga (choć wydaje mi się, że tych jest naprawdę niewiele). Jeszcze inne dopada miłość od pierwszego wejrzenia - i właśnie to przytrafiło się mnie.
Już w internecie, gdy zobaczyłam zdjęcie, wiedziałam, że tę sukienkę przymierzyć muszę. Do wybranego salonu udałam się więc na samym początku długiej wędrówki, miła pani pomogła mi się w to cudo ubrać, stanęłam przed wielkim lustrem... I wiedziałam, że to jest to. Suknia idealna. Delikatna, skromna, a jednocześnie niesamowicie efektowna. Z górą z koronki i z takimże wykończeniem, z krótkim trenem i wycięciem w kształcie łezki na plecach (gdy nieopatrznie nazwałam je dziurą, miła pani gwałtownie spochmurniała). 
Żeby tradycji stało się zadość, przymierzyłam jeszcze kilka innych w tym samym salonie, a potem udałam się do trzech kolejnych, gdzie również mocowałam się z tasiemkami, wiązaniami, zamkami, guziczkami, tiulami i koronkami. Owszem, niektóre były naprawdę piękna, ale ta jedna jedyna już zdobyła moje serce i wiedziałam, że nic innego nie stanie na wysokości zadania.

Teoretycznie wszystko wygląda wręcz bajecznie, ale oczywiście - musi być jakieś ale
Jestem człowiekiem raczej praktycznym, i wydanie dwóch średnich krajowych* na sukienkę, którą ubiorę raz, wydaje mi się czynem co najmniej ekstrawaganckim. Jak pomyślę, ile bym za to mogła mieć książek albo foremek do ciast... Z drugiej strony zakładam, że wychodzić za mąż będę tylko raz, może więc warto odpuścić rozsądkowi i dać się ponieść szaleństwu...?

A Wy, moje kochane Czytelniczki...? Jak to było z Wami...?

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym, nawet na wakacjach, nie dobrała się do piekarnika. Mama była w pracy, mogłam więc swobodnie szaleć w kuchni. Kupiłam bukiet różowo-zielonych łodyg, mąkę, jajka i maślankę, i zabrałam się za pieczenie. Ciasto jest bardzo proste i szybkie w przygotowaniu; taki klasyczny ucieraniec. Dzięki dodatkowi maślanki jest cudownie mięciutki i wilgotny, dłużej też zachowuje świeżość. Słodka cukrowa skorupka świetnie smakuje w połączeniu z mięciutkim ciastem i kwaśnym rabarbarem. Już pierwszego wieczoru zniknęła połowa, polecam więc gorąco. 
Budyniu można użyć waniliowego lub śmietankowego; ten o smaku toffi nadaje jednak ciastu delikatnego karmelowego posmaku, który mi bardzo odpowiada.

Ciasto na maślance z rabarbarem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 400 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 60 g budyniu o smaku toffi (proszek)
  • 3 jajka
  • 300 g cukru
  • 100 ml oleju
  • 250 g maślanki

dodatkowo:
  • 375 g rabarbaru
  • 55 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z budyniowym proszkiem.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując. Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miksując na najniższych obrotach, tylko do połączenia składników.

Masę przełożyć do formy wyłożonej na spodzie papierem do pieczenia, o bokach posmarowanych masłem.

Rabarbar pokroić na plastry grubości 1-1,5 cm, wyłożyć na wierzch, delikatnie wciskając w ciasto.
Wierzch posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

* Nie mam pojęcia, ile wynosi obecnie średnia krajowa w Polsce. 
Ani w żadnym innym kraju, jeśli kogoś to interesuje.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Działkowanie. I babka limonkowa na maśle

Pogoda jest, jaka jest. Czyli trochę słońca, trochę deszczu, a do tego wiatr, który rozwiewa poły kurtek, szale i niepokorne warkocze. Mimo wszystko, ilość światła i temperatury cieszą mnie ogromnie - w końcu to dopiero połowa kwietnia! Rok temu ciągle jeszcze żyłam w obawie przed śniegiem i porannym skrobaniem szyb.

W związku z tym, postanowiliśmy na serio zabrać się za nasz ogródek. Kupiliśmy skrzynki i donice, całe litry ziemi i ilość nasionek i sadzonek, która przyprawia o lekki zawrót głowy. Zasadziliśmy (a może posialiśmy...? Nie jestem pewna; w końcu amatorszczyzną od nas wręcz bije) całe mnóstwo ziół: od klasycznych bazylii, tymianku i rozmarynu, po nieco mniej codzienny estragon i majeranek, aż do egzotycznych chilli oregano czy bazylii tajskiej. Swoje miejsce znalazły rzodkiewki, jagody goji (te będą rosnąć w szklarni), żółte maliny, porzeczki w dwóch kolorach i czerwony agrest. Na swoją kolej cierpliwie czekają cukinie (czyżbym w tym roku po raz pierwszy miała przygotować nadziewane kwiaty cukinii...?), cebulki i kilka gatunków (a może rodzajów...?) chilli. Truskawki już dawno rozpleniły się aż w dwóch skrzynkach, rabarbar winny i truskawkowy (ten to będzie musiał mieć fantastyczny kolor!), mam nadzieję, wypełnią kolejną, a malusieńkie poziomki dopiero pokazują pierwsze listki.
Wszystko jest tak ekscytujące, że aż dech mi zabiera. 
Jeśli choć połowa da jakieś owoce, będę w siódmym niebie.
A teraz biegnę wypełniać ziemią kolejne skrzynki - cukinie same się nie posieją (a może zasadzą...?).

Czy jest coś bardziej wielkanocnego od baby? Chyba nie. Oczywiście, drożdżowa klasyka wiedzie tutaj prym. Ja jednak ostatnio jestem zajęta pracą i działkowaniem, i brakuje mi czasu na mozolny proces przygotowywania babki drożdżowej. Sięgnęłam więc po prosty przepis z Moich wypieków na zwykłą babkę ucieraną. Duża ilość masła nadaje jej wyjątkowego, maślanego smaku, który doskonale przełamuje kwaskowa nuta limonki. Babeczka jest cudownie mięciutka, pachnie bajecznie i pozostaje wilgotna przez kilka dni.
Swoją posypałam po prostu cukrem pudrem, a i tak wygląda pięknie. Choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby polać ją limonkowym lukrem - będzie wtedy prawdziwą królową wielkanocnego stołu.

Babka maślano-limonkowa


Składniki:
(na formę z kominem o pojemności 2,5 l)
  • 250 g miękkiego masła
  • 180 g cukru
  • 4 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • skórka otarta z 4 limonek
  • 150 ml soku z limonki

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z solą, odstawić.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. dodać skórkę z limonki, połączyć. Następnie na zmianę partiami dodawać mąkę i sok z limonki, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Piec w 160 st. C. przez około 60 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15 minut, przełożyć na talerz do góry spodem i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Ja tymczasem jestem w trakcie, również dość żmudnego, procesu przygotowywania paschy. Takiej od podstaw, z samodzielnie wykonanym twarogiem.

Zagotowanie dwóch litrów mleka tak, żeby się nie przypaliło, zabiera zaskakująco dużo czasu...

piątek, 17 marca 2017

Babka bananowa. Z budyniem. Czekoladowym

Uff... Nie mogę się skoncentrować dzisiaj. Pewnie dlatego, że nie pamiętam już, kiedy spałam więcej niż pięć godzin na dobę, a z domu wyszłam o wpół do trzeciej w nocy. Kiedy już skończyłam pracę i mogłam jechać do domu, zaraz po wyjściu z piekarni uderzył we mnie deszczem raczej zimny wiatr. W tej chwili, siedząc na kanapie, przypatruję się gałęziom drzew i żywopłotowi, bezlitośnie szarpanym gwałtownymi podmuchami. W dach deszcz bębni nieustępliwie sprawiając, że psy zajęły strategiczne pozycje jak najbliżej mnie. 
Cóż, niech żyje piątek! Przede mną wolny weekend, i jeśli pogoda nie dopisze, będę miała wymówkę, żeby spędzić go w kuchni. Tyle planów, a czasu tak mało!

Skoro weszliśmy już w temat babek, dzisiaj mam dla Was kolejną. Zobaczyłam ją u Angie, zaśliniłam klawiaturę i niemal natychmiast pobiegłam do kuchni. Niemal, bo jednak pozwoliłam moim bananom dojrzeć jeszcze te dwa dni. Gdy pokryły się gęstą siatką czarnych plamek, uznałam, że są doskonałe. Miękkie i obłędnie słodkie, idealnie nadają się do ciast.
Ten przepis oczarował mnie dodatkiem budyniu. Od kilku tygodni już chyba chodził za mną budyń; uznałam więc, że takich znaków i zrządzeń losu lekceważyć nie można, a babkę upiec należy niezwłocznie. 

I bardzo dobrze zrobiłam! Babeczka już podczas pieczenia pachnie tak pięknie, że będziecie dreptać przed piekarnikiem, siłą woli wspomagając proces rośnięcia; gwarantuję! Później wystarczy tylko cierpliwie poczekać, aż ciasto ostygnie, polać je polewą i znów zaczekać, aż zastygnie... I już można delektować się tymi pysznościami. 
U nas z cierpliwością kiepsko, pokroiłam więc babeczkę jeszcze ciepłą. Moi drodzy, to po prostu czysta rozkosz! Smakuje obłędnie, i ten ciepły budyń, mmm... Coś wspaniałego. Musicie ją upiec; napisałabym, że na Wielkanoc, ale szczerze mówiąc - szkoda czasu. Upieczcie już dziś!

A przy okazji - najlepszy życzenia imieninowe dla mojego Taty! Nic zielonego nie mam, ale Tata nie Patryk, więc się nie obrazi...

Babka bananowa z budyniem czekoladowym


Składniki:
(na formę do babki o pojemności 2,5 l)
  • 3 banany
  • 320 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 150 g cukru trzcinowego
  • 100 ml oleju rzepakowego
  • 60 ml jogurtu naturalnego
dodatkowo:
  • 42 g budyniu czekoladowego (proszek)
  • 350 ml mleka
polewa:
  • 70 g ciemnej czekolady (57%)
  • 40 g masła
  • suszone banany
300 ml mleka zagotować. W pozostałym mleku rozmieszać budyń, wlać do gotującego się mleka. Gotować jeszcze chwilę, cały czas mieszając.
Ostudzić.

Banany zmiksować blenderem na gładką masę.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą. Jajka roztrzepać, wymieszać z cukrem, olejem i jogurtem. Na końcu dodać banany, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.

Do natłuszczonej formy wylać połowę ciasta, następnie wyłożyć budyń i zalać pozostałym ciastem.

Piec w 170 st. C. przez 1 godzinę.
Przestudzić w formie przez 15 minut, następnie wyłożyć na kratkę do góry spodem i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Masło rozpuścić z czekoladą w garnuszku na małej mocy palnika. Polać ciasto, udekorować plasterkami suszonych bananów.

Smacznego!


Jedyne zmiany w stosunku do oryginały to rodzaj mąki (nie miałam na stanie jęczmiennej) i smak budyniu. Czekoladowy nasuwa się sam...

A że ciasto wygląda, jakby miało zakalec? Wyjaśnienie znajduje się powyżej - kroiłam babkę jeszcze ciepłą. Po wystygnięciu, wyglądała jak należy.

środa, 15 marca 2017

Trzecia po bogu. I o przygotowaniach do Wielkanocy

Ostatnio Birthe wpadła do piekarni, pociągnęła mnie za rękaw i oświadczyła, że muszę iść z nią. Natychmiast! Poszłam więc, lekko zaniepokojona, a odrobinę rozbawiona jej przejętą miną. Po drodze do sklepu wyjaśniła mi, że klientka stanowczo domaga się rozmowy z szefem, a że szef na wakacjach, razem z małżonką zresztą, która w przypadku jego nieobecności takimi nagłymi sprawami się zajmuje, tym razem to ja będę musiała zamówienie przyjąć. 
Ha! - pomyślałam. Wygląda na to, że w końcu zapracowałam sobie na opinię osoby umiejącej porozumiewać się po duńsku, skoro wypychają mnie do klientów. Miło, kiedy ktoś doceni umiejętności lingwistyczne, nad którymi tak ciężko pracuję.

Tak jakoś się złożyło, że choć pracę zaczynam wyjątkowo wcześnie, to zdarza się, że kończę ją równie wyjątkowo późno. Takie dni sprawiają, że czuję się wyzuta z ostatnich sił i nie mam chęci na nic. Nawet leżenie na kanapie i totalne nieróbstwo mnie wtedy nie satysfakcjonują; chodzę jak cień samej siebie, szukając czegokolwiek, co sprawiłoby, że odzyskałabym chęci do życia.
Bywa jednak i tak, że po dwunastu godzinach mieszania, wałkowania i pieczenia, do domu wracam pełna energii i chęci do działania. Przygotowuję wtedy zapasy granoli na najbliższy tydzień, zagniatam ciasto na drożdżówki z owocami lub odkurzam i myję podłogi, nie zważając na psie protesty.

Ostatnio w kwestii chcenia i niechcenia największe znaczenie ma pogoda. Po pierwsze, dni zrobiły się dłuższe i nie mam wrażenia, że powoli zamieniam się w bladolicego, spragnionego krwi (tych, którzy akurat zaleźli mi za skórę) wampira. Słońce działa na mnie w sposób niemal magiczny; wystarczy, że wyjrzy zza chmur, a ja od razu mam wrażenie, że mogłabym góry przenosić (i tak, sprawdzałam; skóra mi się jeszcze w promieniach słonka nie mieni). Odczuwam już nie tylko potrzebę, ale niemal przymus do działania. Siedzenie na kanapie przed laptopem nie wchodzi w grę, bujany fotel i książka przestają być opcją na spędzenie popołudnia. Zamiast tego, zabieram psy na długie spacery, pomału rozkręcam się z wiosennymi porządkami i... Zaczynam wymyślać ciasta na Wielkanoc. 
Wiadomo, że w tym okresie królują babki. Mazurki, serniki i paschy też są cudowne, ale to właśnie babka jest dla mnie symbolem wielkanocnego stołu. Nie mogę im się oprzeć; po tym, gdy parę lat temu w końcu zaczęły mi wychodzić, a zakalec (odpukać!) już dawno mi humoru nie zepsuł, w okresie przed wielkanocnym z uporem maniaka piekę kolejne i następne. Nigdy mi się chyba nie znudzą!

Tym razem dość oczywiste połączenie, czyli migdały z rabarbarem. Klasyczne, słodkie ciasto ucierane z kwaśnymi, różowymi łodygami. Swoje wyjęłam z zamrażarki, bo na świeże jeszcze nam chwilę przyjdzie poczekać... I wiecie co...? Dzięki nim już niemal poczułam wiosnę!

Babka jest prosta i szybka w przygotowaniu, wygląda ślicznie, a smakuje wprost obłędnie. Częstowałam nią sąsiadów, i nikt nie oparł się dokładce. W tajemnicy Wam też powiem, że Pan Sąsiad spod piątki wziął nawet kawałek na wynos... A to chyba o czymś świadczy, prawda...?

Migdałowa babka z rabarbarem i lukrem z amaretto


Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2,5 l)
  • 250 g miękkiego masła
  • 250 g cukru
  • 2 jajka
  • 200 ml mleka
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mielonych migdałów
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia

dodatkowo:
  • 350 g rabarbaru

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 3 łyżki amaretto
  • 30 g płatków migdałowych

Rabarbar pokroić na kawałki grubości 0,5-1 cm.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masą. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z migdałami. Na zmianę z mlekiem dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach. Na końcu dodać rabarbar, delikatnie wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Piec w 175 st C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15-20 minut, następnie wyłożyć na talerz, obracając do góry spodem. Zostawić do całkowitego wystudzenia.

Płatki migdałowe uprażyć na suchej patelni, wystudzić.
Cukier puder przesiać, wymieszać z amaretto na gładki lukier. Polać lukrem babkę, udekorować płatkami migdałów.

Smacznego!

A Wy...? Myślicie już o Wielkanocy...?
Bo ja już kupiłam pierwsze w tym roku porcelanowe jajeczka...

czwartek, 16 lutego 2017

Ciasto z czerwonymi pomarańczami z horrorem w tle

Zdecydowała, że jednak wyjedzie w poniedziałek. Oczywiście, wiązało się to z zabójczo wręcz wczesną pobudką o wpół do czwartej nad ranem, ale czego nie robi się dla jeszcze jednej nocy we własnym łóżku. Zresztą, była przyzwyczajona; codziennie do pracy wstawała o godzinach, w których istnienie wielu nadal powątpiewa.
Zaskoczył ją brak korków i płynny ruch, nawet w okolicach, w których zazwyczaj nie udawało się uniknąć choćby i krótkich postojów. Wszystko szło gładko; minęła most bez kolejki do kasy. Już od dłuższego czasu zaciskała zęby, powtarzając sobie, że będzie na miejscu już niedługo; okazało się jednak, że natura zwyciężyła nad silną wolą. Zatrzymała się więc na przydrożnym parkingu, żeby skorzystać z toalety. Świat ciągle powlekały ciemności, choć gdzieś na horyzoncie majaczyła bladoróżowa, cieniutka linia. 
Opatuliła szyję szalem, wcisnęła dłonie w kieszenie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku szarego budyneczku. Weszła do pomieszczenia, zaskoczona jego wielkością; spokojnie można by tu zrobić trzy kabiny zamiast jednej; pomyślała. Zerknęła przelotnie za załom muru, i stanęła jak wryta. Na stoliku w rogu pomieszczenia leżały stopy w czarnych szpilkach, na nich czarne, koronkowe majtki, a całość wieńczyła głowa... Sklepowego manekina. Tuż obok leżała kartka z odręczną notką: Oto moja żona, Tove... Reszta była zamazana; ktoś niefrasobliwie ochlapał intrygujący świstek. 

Włoski na karku nieprzyjemnie przypomniały o swoim jestestwie; szybko załatwiła potrzebę, a do samochodu niemal biegła.

I przysięgam, że właśnie to wydarzyło się w miniony poniedziałek.

Niedawno wspominałam, że rozpoczął się sezon na moje ukochane czerwone pomarańcze. Kupiłam ich sporo; z części przygotowałam tartę, którą już Wam pokazywałam, kilka po prostu zjadłam, a resztę zamieniłam w ciasto znalezione u Doroty. Tamto było ze zwykłymi pomarańczami; jestem pewna, że w smaku bardzo się od siebie nie różnią, ale ten kolor... Musicie przyznać, że chyba wszystko wygląda lepiej w krwistej czerwieni niż w banalnym pomarańczu.

Ciasto jest wilgotne, słodkie i intensywnie pomarańczowe, a owoce na wierzchu to prawdziwe delicje. Nie można mu się oprzeć.

Klejące ciasto z czerwonymi pomarańczami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

pomarańcze w syropie:
  • 2 pomarańcze
  • 150 g cukru
  • 100 ml wody

ciasto:
  • 185 g creme fraiche (18%)
  • 110 g masła
  • 4 jajka
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 220 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 160 g cukru

Cukier i wodę zagotować w szerokim garnku lub na patelni. 
Pomarańcze pokroić w grube plastry.
Gdy cukier się całkowicie rozpuści, ułożyć plastry pomarańczy w garnku. Gotować na małej mocy palnika 12-15 minut, w połowie przewracając na drugą stronę, aż staną się szkliste. Odsączyć z syropu, ułożyć na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.
Syrop zachować.

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać ze śmietaną. Po jednym wbijać jajka, następnie dodać cukier i skórkę z pomarańczy. 
Mąkę przesiać z sodą, dodawać partiami do pozostałych składników, dokładnie mieszając.

Ciasto wyłożyć na pomarańcze, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez około30 minut, do suchego patyczka. 

Przestudzić chwilę w formie, następnie wyjąć na talerz. Gdyby ciasto urosło z dużą górką, należy ją równo ściąć. Ciasto ponakłuwać wykałaczką, polać syropem, zachowując 2-3 łyżki. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem obrócić do góry spodem, wierzch ciasta polać pozostałym syropem.

Smacznego!

A dlaczego nagle zaczęłam pisać o sobie w osobie trzeciej...? Bo ciągle przechodzą mnie dreszcze, jak o tym myślę...

czwartek, 27 października 2016

Dyniowa babka na Halloween

Gdy wieczorem wychodzę na spacer z Ptysią, już od progu otula nas kłębiasta mgła. Po chwili okazuje się jednak, że to wcale nie mgła; a przynajmniej - niezupełnie. Chyba wszyscy w miasteczku, jakby się umówili, o tej samej porze rozpalają w kominkach. Z kominów unosi się szary dym, a razem z nim zapach palonego drewna. Ten dymny aromat przenika na wskroś; niepostrzeżenie zostaje na ubraniach, włosach, dłoniach. Nienasycona, zaraz po powrocie namawiam C., żeby i on napalił w kominku. Ciepły, pomarańczowy ogień to idealny sposób, żeby oswoić ciemności i zimno.

Przedwczoraj na wieczornym spacerze spotkałyśmy jeża. Przycupnął na chodniku przed bramą parku, rozglądając się ciekawie. Prychnął ostrzegawczo na Ptysię, gdy ta zbyt blisko podsunęła ciekawski nos. Zostawiłyśmy go jego jeżowym sprawom, nie zagłębiając się w otulony ciemnością, cichy park. O tej porze już tylko jeże tuptają po obsypanych liśćmi ścieżkach...

Zamyślone popołudnia i nostalgiczne wieczory pchają mnie do kuchni. Zapalam tylko lampki nad blatami; górne światło jest zbyt jaskrawe, nie pasuje do tych jesiennych chwil. Wyciągam miski i łyżki, natłuszczam formę i mieszam składniki. Wszystko spowite październikową ciszą. 
A gdy już z pieca zaczyna się dobywać słodki aromat, niecierpliwie zaglądam przez szybkę i staram się skrócić czas oczekiwania siłą pozytywnych myśli. Gdy w końcu na stole staje w pełnej krasie dyniowa babka, mam ochotę od razu ją rozkroić. Powstrzymuję się jednak; czekam aż ostygnie, żeby udekorować ją odpowiednio.

Już za chwilę Halloween, wyciągnęłam więc z szuflady barwniki czarny i pomarańczowy, i białe cukrowe kosteczki. Razem stworzyły nienachalną, a jednocześnie oczywistą dekorację. Czarno-pomarańczowy lukier subtelnie podkreślił kolory babki, a kosteczki nie pozostawiają złudzeń - kochamy świętować Halloween.

Babka jest cudownie wilgotna (dzięki dodatkowi dyni), smakuje czekoladowo i naprawdę ciężko jest się od niej oderwać. W dodatku długo zachowuje świeżość, więc nawet jeśli nie uda jej się zjeść od razu, spokojnie poczeka, aż apetyt znowu nadejdzie. Udekorować można ją klasycznym białym lukrem, jeśli ktoś nie ma ochoty emanować halloweenowymi elementami. W końcu i tak najważniejsze jest wnętrze...

Babka dyniowo-kakaowa z kosteczkami


Składniki:
(na formę do babki o pojemności 2 l)
  • 4 jajka
  • 200 g musu z dyni
  • 50 ml mleka
  • 155 ml oleju
  • 240 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 150 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 2 łyżki kakao
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • wody
  • czarny i pomarańczowy barwnik spożywczy w żelu

dekoracja:
  • posypka cukrowa w kształcie białych kosteczek

Mąkę, proszek i sodę przesiać, wymieszać z cukrem i cukrem waniliowym.
Jajka roztrzepać, wymieszać z musem z dyni, mlekiem i olejem. Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Podzielić ciasto na pół, do jednej części dodać przesiane kakao i mleko, dokładnie wymieszać.

Formę wysmarować masłem.
wykładać do formy na zmianę ciasto jasne i ciemne, żeby powstały paski.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, aż do suchego patyczka.
Przestudzić 15=20 minut w formie, następnie wyjąć na kratkę, obracając do góry spodem. Zostawić do całkowitego wystudzenia.

Cukier puder przesiać, wymieszać z wodą. Podzielić w proporcji 1/3 i 2/3. Większą część zabarwić na czarno, mniejszą - na pomarańczowo.
Polać babkę czarnym lukrem, pomarańczowym zrobić wzorki. Posypać cukrowymi kosteczkami.

Smacznego!


Kosteczki na zdjęciu złapały nieco kolor lukru; w zasadzie w niczym to nie przeszkadza, ale jeśli chcecie, by zostały białe, posypcie nimi babkę tuż przed podaniem.

środa, 5 października 2016

O cieple domowego ogniska. I cynamonowe ciasto ze śliwkami

Gdy zdecydowaliśmy się z C. na kupno domu, przeglądając ogłoszenia szybko stwierdziliśmy, że musimy ustalić jakieś kryteria. Ogłoszeń bowiem jest cała masa; większość zupełnie nas nie interesowała, nie było więc sensu tracić na nie czasu. Tym sposobem stworzyliśmy dość długą listę naszych wymagań; niektóre z domów, które zdecydowaliśmy się obejrzeć, nie spełniały ich wszystkich, ale miały w sobie coś czarującego, co sprawiało, że i tak mieliśmy ochotę zapoznać się z nimi bliżej. Jeden miał cudowne półokrągłe okna, ale okazał się niesamowicie brudny i za mały, a jedna łazienka po prostu nie ma racji bytu. Kolejny był piękny, z drzwiami i ramami okiennymi z ciemnego drewna, rustykalny i przytulny. Jednak znów tylko jedna łazienka i schody na piętro, które mogłyby konkurować z niejedną drabiną. Mogłabym tak wymieniać długo, bo całkiem sporo wycieczek w celu oglądania domów odbyliśmy. 
Skupmy się jednak na naszej liście: dwie łazienki, w tym jedna z wanną lub możliwością jej wstawienia; duża, jasna kuchnia, koniecznie z miejscem na stół; duży, a jednocześnie przytulny salon, obowiązkowo z kominkiem. Dom, który po miesiącach dylematów w końcu kupiliśmy ma to wszystko. A nawet więcej. Jednak to kominek był tym, co intrygowało mnie najmocniej.

Wychowałam się w bloku, nigdy kominka nie miałam. 
Przeprowadzaliśmy się w czerwcu; upały moje myśli od kominka skutecznie odsunęły. Gdy jednak w ostatni wrześniowy weekend pogoda nagle się zepsuła, deszcz nie pozwalał na dłuższy spacer z Ptysią, a wiatr szumiał wśród ostatnich liści na naszej jabłonce, namówiłam C. na rozpalenie w kominku. Tak naprawdę określenie namówiłam nie oddaje w pełni zaistniałej sytuacji; ja tylko wspomniałam, że mógłby to być całkiem niezły pomysł, a C. już biegł do szopki po drewno. Tym sposobem popołudnie spędziliśmy na sofie, opatuleni kocykami, z kubkami gorącej herbaty w zasięgu rąk, wpatrując się w wesoło trzaskający w kominku ogień. Gratulowałam nam obojgu gorąco nieustępliwości w szukaniu domu idealnego; kominek bowiem zapewnia zupełnie inny rodzaj ciepła niż kaloryfery. To ciepło, które rozgrzewa duszę. Nie można go porównać z niczym innym; no może z ciepłem piekarnika, gdy w środku piecze się cynamonowe ciasto ze śliwkami...

Sezon na śliwki trwa w najlepsze, ten na figi powoli się kończy. W międzyczasie zobaczyłam u Komarki przepis na bajecznie proste i niesamowicie kuszące ciasto z letnimi owocami. Przerobiłam go więc po swojemu, dodałam nieco cynamonu, żeby nabrało bardziej jesiennego charakteru, a na wierzchu ułożyłam fioletowe dary jesieni. Pachniało tak, że nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie je pokroić. Okazuje się, że połączenie cytryny z cynamonem jest zaskakująco trafione - mimo, że pozornie do siebie nie pasują, uzupełniają się w nieopisywalny sposób. Do tego soczyste owoce, i uwierzcie - nie można się od tego ciasta oderwać.
Po prostu musicie tego spróbować!

Cytrynowo-cynamonowe ciasto ze śliwkami i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 jajka
  • 150 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 200 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 3 świeże figi
  • 3 śliwki

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cynamonem.
Jajka ubić z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, a następnie partiami dodawać mąkę.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół figi i śliwki bez pestek.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!


Nie wiem, jak to się dzieje, że niektóre przepisy, choć kuszą mnie ogromnie, czekają całymi latami na wypróbowanie. Inne po prostu rozgaszczają się w mojej kuchni natychmiastowo, robią się wręcz same. Tak było z tym ciastem - kilka minut roboty, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Spróbujecie...?