Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śliwki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śliwki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Pieczona owsianka ze śliwkami

Muszę przyznać, że zmiana firmy sprawującej pieczę nad naszymi posiłkami podczas pobytu w internacie, była znakomitym pomysłem. Zamiast ludzi, którym niechcenie wylewa się z oczu, którzy serwują surówki prosto z woreczków (nie przejmując się zupełnie, że kawałki owych lądują na talerzach razem z warzywami), dla których szczytem inwencji twórczej jest podanie na kolację resztek z obiadu (na zimno) i których zupełnie nie obchodzi, czy jedzenia wystarczy dla wszystkich, mamy zespół młodych, i - wydaje mi się - całkiem ambitnych kucharzy. 
Jako, że z ludźmi, którzy Cię karmią, należy żyć dobrze (podstawowa zasada, której należy nauczyć się jak najszybciej, jeśli w kwestii posiłków jesteśmy zależni od innych), zawarłam znajomość z jednym z kucharzy z kantyny. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak ma na imię, ale krótsze lub dłuższe dyskusje o jedzeniu nie przewidują (widocznie) wtrącania nic na temat, choćby i najbardziej podstawowych, danych osobowych.

Wszystko zaczęło się, gdy na obiad zaserwowano wielki kawał pieczonego mięsa, a wyżej wymieniony kucharz nie tylko kroił je na porcje i nakładał na talerze, ale też opowiadał, co jeszcze tego dnia serwują. Poczułam się jak w restauracji; w dodatku całkiem niezłej. Gdy po posiłku podziękowałam, popatrzył na mnie uważnie i stwierdził, że wyglądam na zdziwioną. Byłam, więc przyznałam się bez ogródek. Później przegadaliśmy chyba ze dwadzieścia minut na temat serc serwowanych w sosie śmietanowym, ich smaku, konsystencji, a także innych możliwości na podanie tego dość specyficznego smakołyku. Tak więc on mówi mi, czego koniecznie muszę spróbować, bo akurat znakomicie mu się udało, a ja podrzucam mu próbki tego, co akurat pichcimy po drugiej stronie korytarza. Sorbet z koziego sera, muszę przyznać, wywołał mieszane uczucia... I żarliwą dyskusję na temat wanilii w wytrawnych daniach.
Lubię takich ludzi, od których pasja aż bije. Można wtedy przegadać całe godziny (choć nauczyciel nie pochwala takich zachowań w godzinach lekcyjnych).

I chociaż dobrze mi jest, gdy pod nos podsuwane mi są wszystkie posiłki, a ja jedynie muszę odnieść talerz na stertę innych, to czasami tęsknię za gotowaniem. Szczególnie za przygotowywaniem jakichś smakowitych śniadań; tu bowiem, choć wybór jest spory, to jednak dość monotonny...
Tak więc dzisiaj mam dla Was przepis - wspomnienie. Moja pierwsza pieczona owsianka - z pewnością jednak nie ostatnia.

Przejrzałam trochę przepisów w sieci, żeby później i tak przygotować wszystko po swojemu. Moim zdaniem najlepsza jest drugiego dnia - koniecznie na ciepło! Jest wtedy gęstsza, bardziej kremowa i po prostu rozpływa się w buzi! Do tego słodko-kwaśne, soczyste śliwki i odrobina cynamonu - i idealne, jesienno-zimowe śniadanie gotowe. Ciepłe, rozgrzewające i wywołujące uśmiech.
Czego chcieć więcej w ciemny, grudniowy poranek...?

Pieczona owsianka cynamonowa ze śliwkami


Składniki:
(na formę do zapiekania o średnicy 26 cm)
  • 400 g płatków owsianych
  • 750 ml mleka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g miodu
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu

dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)

Płatki, mleko, śmietanę, miód, cukier i cynamon dobrze wymieszać. Przelać do formy, na wierzchu ułożyć śliwki rozcięciem do góry.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Lekko przestudzić przed podaniem.

Smacznego!

Akurat, gdy pisałam posta, do drzwi zapukała koleżanka. Czas na kolację!
I wiecie co...? Przyłapałam się na tym, że jestem ciekawa, co nam tym razem podadzą.
Bardzo przyjemne uczucie.

piątek, 3 listopada 2017

Opowieść o Czerwonym Rycerzu. I tarta obłędnie czekoladowa

Młoda Piekareczka, jak niemal co dzień, na długo przed świtem ruszyła w daleką podróż do pracy. Jej rączy, mechaniczny rumak, nieodłączny i wierny towarzysz, tym razem jednak zaniemógł. Stanął uparcie w miejscu najmniej odpowiednim, zapierając się wszystkimi czterema kołami. Bezsilna, zaciskając zęby, próbowała wszystkiego - ułagodzić bestię, przekonać, zmusić podstępem, aż wreszcie - o zgrozo! - przemocą. Nic nie podziałało - rumak jak stanął, tak stał.
W międzyczasie z pomocą przyszedł inny podróżny, będący - wnioskując z wielkości wozu - w równie co ona dalekiej, podróży.
Ów nieznany jej mężczyzna, mimo szczerych chęci, nie zdołał przekonać rumaka do dalszej jazdy, jednak siłą własnych mięśni pomógł sprowadzić go na pobocze, aby nie tarasował drogi innym, ewidentnie o tak wczesnej porze rozdrażnionym, podróżnym. Pożegnał się z uśmiechem i życzył powodzenia.
Piekareczka, zmuszona przez okrutne okoliczności, zdecydowała się na kroki drastyczne - obudzenie Małżonka. Ten, zdecydowanie niezadowolony z takiego obrotu sprawy, wskazał  jednak jedyną w takiej sytuacji możliwość - wezwanie na pomoc Czerwonego Rycerza. Ten zjawił się już po półgodzinie, w czerwonej zbroi z odblaskowymi paskami. Popatrzył, pomyślał, postukał gdzie trzeba, nakarmił rumaka odrobiną prądu, po czym ten, radośnie parskając, ruszył, jakby nic się nie stało. Piekareczka, uradowana do granic możliwości, pożegnała swego Czerwonego Rycerza z uśmiechem wiedząc, że prędzej czy później spotkają się znowu...

Wystąpili:
rumak - prawie nowy samochód;
Czerwony Rycerz - pracownik pomocy drogowej;
Małżonek - C.;
Piekareczka - ja we własnej osobie.

Wypadałoby nadmienić, że na moje potrzeby Falck (duńska pomoc drogowa) trzyma chyba specjalnego pracownika, bo za każdym razem przyjeżdża do mnie ten sam pan, który nawet już nie kręci głową z politowaniem dla mojej niewiedzy...
A jeden z kolegów z pracy, przejeżdżając tuż obok mojego rozkraczonego auta, nawet pomyślał, jakie to przykre...

Po tak ekscytującym początku dnia, na uspokojenie zdecydowanie przyda się kawałek mocno czekoladowej tarty.
Przepis znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 9/2017 i wiedziałam, że go sobie nie odpuszczę. Lekko migdałowy, cudownie kruchy spód, czekoladowy ganache, który wręcz zniewala intensywnością, a do tego pieczone w cukrze muscovado, lekko karmelowe śliwki i figi. Określenie niebo na talerzu to zdecydowanie za mało, żeby oddać ten cudowny smak. Mimo, że nie da się jej zjeść zbyt dużo na raz, gdyż czekoladowe wypełnienie jest konkretne i syte, nie mogłam oprzeć się dokładce.
Idealne dla czekoholików, szczególnie na początku listopada, gdy za oknami tylko szaruga i deszcz.

Tarta czekoladowa z pieczonymi śliwkami i figami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 100 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 25 g mielonych migdałów
  • 25 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 160 g mąki pszennej
  • 1 jajko

ganache:
  • 250 g ciemnej czekolady (58%)
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka miodu
  • 1/4 łyżeczki soli

pieczone śliwki i figi:
  • 3 świeże figi
  • 5 śliwek
  • 50 g ciemnego cukru muscovado

dodatkowo:
  • 15 g niesolonych pistacji, bez łupinek

Masło, cukier, wanilię, sól, migdały i mąki umieścić w malakserze. Zmiksować. Dodać jajko, połączyć.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy, wyłożyć nim formę i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchym grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Dopiekać jeszcze 15 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Śmietanę, miód i sól umieścić w garnuszku, zagotować.
W tym czasie posiekać czekoladę. Zalać czekoladę wrzącą kremówką, wymieszać do jej całkowtego rozpuszczenia. Przelać ganache do formy, schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić w ćwiartki, śliwki na połowy, usunąć pestki. Ułożyć owoce w formie, równomiernie posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Owoce ułożyć na zastygniętym ganache, polać powstałym podczas pieczenia sosem. Posypać posiekanymi pistacjami, podawać.

Smacznego!


Jako, że przepis znalazłam w duńskiej gazecie, a wypełnianie ciast gęstym, czekoladowym kremem to zdecydowanie coś, co Duńczycy wręcz uwielbiają, dodaję go do akcji Ani

piątek, 13 października 2017

Rozterki blogera kulinarnego, czyli sweter nie od parady. I muffiny dyniowo-śliwkowe. Z cynamonem

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że gdy zaczynałam moją przygodę z blogowaniem, prawie dziewięć lat temu, zdjęcia były dla mnie sprawą drugorzędną. Nie myślałam o nich wcale; robiłam, bo tego wymagało ode mnie pisanie bloga. Blog kulinarny bez zdjęć jest jak... Deser bez cukru. Niby coś tam można zrobić, niby będzie nawet całkiem niezłe, ale jednak czegoś mu będzie brakowało. 
Nie miałam profesjonalnego sprzętu (to się akurat nie zmieniło), a tego, który miałam, nie potrafiłam za bardzo obsługiwać. Przyciskałam największy guzik na ustawieniach auto, uprzednio sprzątnąwszy wszystko ze stołu i ustawiwszy na środku ciasto. Ot, wszystko w temacie. Specjalnie dużo czasu mi to nie zabierało, i jakoś się blog kulał...
Ale później zaczęłam zazdrościć (to również nie uległo zmianie) tym wszystkim blogerom z pięknymi zdjęciami. Że ich blogi są takie ładne, apetyczne i w ogóle och i ach. Ale co poradzić na fakt, że fotografia nadal nie była moją pasją...? Cóż, czasem trzeba się zdobyć na wysiłek. Zamiast więc po prostu robić zdjęcie, zaczęłam próbować. Początki były koszmarne; nic się nie udawało. Ale z czasem było coraz lepiej.
I choć nadal nie jestem pasjonatką fotografii, to muszę przyznać, że niejaką przyjemność sprawiają mi zdjęcia, na których moje dania wyglądają tak, że ma się ochotę po nie sięgnąć. I nie, nie wmawiam sobie, że moje zdjęcia są świetne; doskonale wiem, gdzie się w tej kwestii znajduję i jak daleko mi do tych naprawdę dobrych. Ale różnica jest zauważalna gołym okiem; małymi kroczkami do celu. Może kiedyś robienie zdjęć będzie mi sprawiało taką przyjemność jak gotowanie? I kto wie, czy moje zdjęcia nie staną się wtedy naprawdę dobre...?

Póki co, jest jak jest, ale muszę przyznać, że z poniższych zdjęć jestem całkiem zadowolona. Mają odpowiednią temperaturę, muffinki wyglądają niemal tak smakowicie, jak w rzeczywistości, a całość sprawia wrażenie jesienno-przytulnej za sprawą... Swetra. Tak, ostatnio jeden z moich ulubionych swetrów stał się nieodłącznym elementem moich zdjęć. Jakiś czas temu miałam nawet ochotę go ubrać, ale stwierdziłam, że później trzeba by go uprać; a co, jeśli w w międzyczasie przygotuję coś, co będzie rzeczonego swetra w tle wymagać...? Włożyłam więc inny; też jasny, ciepły i mięciutki. Prawie idealny...

Z Mirabelką umówiłam się na wspólne dyniowe pieczenie na słodko. Ciasto w lodówce akurat miałam, więc stwierdziłam, że musi to być coś małego, niezobowiązującego. Kupiłam dynię (moją ulubioną, ogniście pomarańczową Hokkaido) i zabrałam się do rzeczy. 
Muffinki są proste i szybkie w przygotowaniu; jeśli nie kupicie jakiejś bardzo twardej odmiany, nawet ścieranie dyni nie powinno nastarczyć kłopotów. Reszta to po prostu wymieszanie mokrych składników z suchymi, przełożenie całości do formy, nadzianie śliwkami i posypanie błyskawiczną, cudownie maślaną kruszonką.
Muffiny są bardzo wilgotne, ale nie zakalcowate, mięciutkie i aromatyczne, z przyjemnie chrupiącą kruszonką. Świetne na drugie śniadanie albo na dłuższą podróż do pracy; mała dawka cukru zdecydowanie pomaga nie zasnąć za kierownicą, kiedy nocny świat oblepia mgła...

Muffiny dyniowo-cynamonowe ze śliwkami i kruszonką


Składniki:
(na 9 sztuk)
  • 125 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 100 ml mleka
  • 40 ml oleju
  • 100 g dyni, bez skóry i pestek
  • 5 śliwek
kruszonka:
  • 25 g mąki pszennej
  • 15 g cukru
  • 15 g zimnego masła
Najpierw przygotować kruszonkę:
Wymieszać mąkę z cukrem, dodać masło, posiekać. Następnie zagnieść kruszonkę, odstawić.

Śliwki przekroić na połowy, usunąć pestki.
Mąkę z proszkiem przesiać, dodać cukier i cynamon, wymieszać.
Dynię zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Jajko roztrzepać, dodać olej i mleko, połączyć. Dodać startą dynię, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do ich połączenia.

Formę na muffiny wyłożyć papilotkami. Do każde nakładać 1 łyżkę ciasta, naspnie wkładać po pół śliwki. Przykryć pozostałym ciastem, posypać kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


I tak, to dopiero mój pierwszy przepis z dynią w tym roku, I tak, wiem, że to już połowa października.
Mi też się to w głowie nie mieści...

wtorek, 26 września 2017

Ślub po duńsku, czyli uwaga! Kobieta! I jesienne ciasto ze śliwkami

O ślubie z C. dyskutowaliśmy długo i szeroko. Jak się pochodzi z różnych krajów i wyznaje różne religie, pytanie gdzie? nabiera dwojakiego sensu. 
Muszę przyznać, że nie było łatwo. W końcu jednak podjęliśmy decyzję praktyczną: ślub odbędzie się w Danii, bo C. ma zdecydowanie większą rodzinę niż ja. Teraz pozostawała tylko kwestia rodzaju ceremonii: świecka czy kościelna? C. nie miał wątpliwości; ślub musiał odbyć się w kościele. Koniec, kropka. Hmm... Ale jak to rozwiązać? Ma być dwóch duchownych? Słyszałam też o ślubach, gdzie tylko jedno z małżonków przysięgało, a drugie stało sobie jak parasol i miało tylko ładnie wyglądać. Coś takiego w grę nie wchodziło!
Udaliśmy się więc do najbliższego kościółka, i co się okazało? Że nasze religie są tak do siebie zbliżone, że bez problemu ślubu nam udzielą! Bez żadnych ceregieli; każde ma powiedzieć dwa razy tak, i pozamiatane. 
Musze przyznać, że odetchnęłam z wielką ulgą.

Problem pojawił się na kilka dni przed ceremonią; okazało się, że godzinę przed naszym jest inny ślub i pastor, który miał się nami zająć, nie da rady. Będzie więc inny. A raczej inna; bo tutaj pastorzy są obojga płci. Szczerze mówiąc, mnie samą średnio to obeszło, ale obawiałam się reakcji mojej Babci... Na szczęście okazała się kobietą na tyle nowoczesną, że zaakceptowała sprawę bez mrugnięcia okiem. 
Uff... Skandalu nie będzie.

A Wy? Byliście kiedyś na ślubie, którego udzielała kobieta...?

Tymczasem mam dla Was banalnie proste ciasto z wczesnojesiennymi owocami: śliwkami i jeżynami. Pierwsze od sąsiada zza płotu, drugich nazbierała Młoda z Tomaszem. Nic nie może się zmarnować, wrzuciłam więc wszystko do prostego ciasta jogurtowego podkręconego kardamonem. Wyszło, muszę przyznać, wyjątkowo pysznie. Soczyste owoce, chrupiąca, cukrowo-migdałowa skorupka i delikatna nuta kardamonu w tle - naprawdę smakowita kompozycja. Spróbujcie, póki jeszcze można w lesie nazbierać jeżyn!

A jeśli macie ochotę na jakieś inne desery ze śliwkami, koniecznie sprawdźcie, co upichciły Mirabelka i Malwina!

Ciasto jogurtowe ze śliwkami i jeżynami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 295 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 2 jajka
  • 50 g złotego syropu
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 150 ml oleju
dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)
  • 100 g jeżyn
  • 50 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego
Mąkę z proszkiem i sodą przesiać, dodać cukier i kardamon, połączyć.
Jajka roztrzepać, dodać syrop, jogurt i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć owoce, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Wczoraj, zerkając do kalendarza, z zaskoczeniem odkryłam, że dzisiaj mija równo miesiąc od wesela. Z tej okazji kupiłam koszyczek dorodnych i drogich jak nieszczęście kurek - będzie tarta. Z białym winem. W końcu taka okazja nie zdarza się co dzień...

niedziela, 16 października 2016

Tarta kasztanowa. Ze śliwkami i jesienią w tle

Szaro, buro, nieprzyjemnie... 
Jesień rozgościła się na dobre. Ta wietrzna, która szalonymi podmuchami przedziera się przez najcieplejsze swetry, kurtki i szale. Gwałtownymi porywami targa ostatnie, kolorowe liście, które z cichym szumem opadają na chodniki, tworząc miękkie, szeleszczące dywany. Brodzimy w nich razem z Ptysią, wzbijając butami i łapkami barwne fontanny. 
Słońce kryje się za grubą warstwą wełnistych, sino-szarych chmur. Mam wrażenie, jakby przez cały dzień panował wczesny wieczór. Nic, tylko wtulić się w poduszkę i spać... Ewentualnie poczytać, ale bywa, że jest zbyt melancholijnie, aby skupić się na treści. Wtedy można wpatrywać się w wesoło trzaskający ogień na kominku, który ogrzewa nie tylko pokój, ale też serce. Pomarańczowo-złote iskry wywołują na twarzy rumieniec i uśmiech, od razu robi się przytulniej i przyjemniej. I wtedy ten zaokienny, bury świat już mi tak nie doskwiera...

Najlepszym lekarstwem na taka pogodę jest udanie się do kuchni (chociaż wiem, jak bardzo się nie chce w pierwszej chwili), wyciągnięcie wagi, kilku misek, łyżek i formy, i upieczenie ciasta. Może to być zwykła babka (koniecznie z cynamonem!), bardziej wymyślana tarta albo aromatyczny sernik. Albo w ogóle co tylko się Wam zamarzy! Najważniejsze, żeby piekło się odpowiednio długo, rozsiewając wokół magiczny zapach. To dzięki niemu dom staje się domem...

Pewnej niedzieli, przed wyjazdem do szkoły, upiekłam ciasto. Aromatyczne i pyszne, pełne śliwek i fig. C. popatrzył, powąchał, spróbował. I spytał, czy jest bez glutenu. Spojrzałam na niego lekko spłoszona; nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Bo on by to ciasto zabrał do pracy jutro, ale jak jest z glutenem, to Jane będzie przykro... Westchnęłam więc ostentacyjnie (nie mógł, no naprawdę nie mógł powiedzieć mi o tym wcześniej...?), i zabrałam się za pieczenie kolejnego ciasta.

Najbezpieczniejszym bezglutenowym wyborem są dla mnie serniki (na żaden nie miałam już czasu) i tarty. Nic nie rośnie, nic nie może opaść, nie ma ryzyka i atmosfery kruchej nerwowości. Przygotowałam więc tartę na spodzie z mąki gryczanej i kasztanowej, które świetnie ze sobą współgrają, dając lekko orzechowe ciasto. Do tego kajmakowa masa serowa, z odrobiną mąki kasztanowej dla konsystencji, ale przede wszystkim smaku. Połączenie kasztanów z kajmakiem już wcześniej wypróbowałam - jest znakomite. Tu te smaki doskonale się przenikają. 
Śliwki akurat miałam pod ręką, ale można je zamienić na przykład na świeże żurawiny (już niedługo!), może maliny albo gruszki, albo zupełnie pominąć. Soczyste owoce dodają ciastu wilgotności i wyrazistości; bez nich tarta będzie idealnie gładka i kremowa. Kuszące, nieprawdaż...?

A Wy...? Na jaką wersję się skusicie...?

Karmelowo-kasztanowa tarta ze śliwkami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:
  • 80 g mąki kasztanowej
  • 80 g mąki gryczanej
  • 40 g cukru
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

krem:
  • 100 g serka mascarpone
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g masy kajmakowej
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mąki kasztanowej

dodatkowo:
  • 300 g śliwek

Mąki przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. 
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzeg. Schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kamyczkami do pieczenia.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec jeszcze 12 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować nadzienie.
Mascarpone, kremówkę, kajmak, jajko i mąkę zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. 
Wyłożyć nadzienie na przestudzony spód, na wierzchu ułożyć śliwki rozcięciem do góry.

Piec w 160 st. C. przez 40-50 minut, aż wierzch tarty będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku.

Smacznego!

Za dwa tygodnie Halloween. Dzisiaj będziemy wycinać pierwsze dynie, żeby odświeżyć sobie niemal zapomniane przez cały rok umiejętności. 
A Wy - świętujecie Halloween...?

środa, 5 października 2016

O cieple domowego ogniska. I cynamonowe ciasto ze śliwkami

Gdy zdecydowaliśmy się z C. na kupno domu, przeglądając ogłoszenia szybko stwierdziliśmy, że musimy ustalić jakieś kryteria. Ogłoszeń bowiem jest cała masa; większość zupełnie nas nie interesowała, nie było więc sensu tracić na nie czasu. Tym sposobem stworzyliśmy dość długą listę naszych wymagań; niektóre z domów, które zdecydowaliśmy się obejrzeć, nie spełniały ich wszystkich, ale miały w sobie coś czarującego, co sprawiało, że i tak mieliśmy ochotę zapoznać się z nimi bliżej. Jeden miał cudowne półokrągłe okna, ale okazał się niesamowicie brudny i za mały, a jedna łazienka po prostu nie ma racji bytu. Kolejny był piękny, z drzwiami i ramami okiennymi z ciemnego drewna, rustykalny i przytulny. Jednak znów tylko jedna łazienka i schody na piętro, które mogłyby konkurować z niejedną drabiną. Mogłabym tak wymieniać długo, bo całkiem sporo wycieczek w celu oglądania domów odbyliśmy. 
Skupmy się jednak na naszej liście: dwie łazienki, w tym jedna z wanną lub możliwością jej wstawienia; duża, jasna kuchnia, koniecznie z miejscem na stół; duży, a jednocześnie przytulny salon, obowiązkowo z kominkiem. Dom, który po miesiącach dylematów w końcu kupiliśmy ma to wszystko. A nawet więcej. Jednak to kominek był tym, co intrygowało mnie najmocniej.

Wychowałam się w bloku, nigdy kominka nie miałam. 
Przeprowadzaliśmy się w czerwcu; upały moje myśli od kominka skutecznie odsunęły. Gdy jednak w ostatni wrześniowy weekend pogoda nagle się zepsuła, deszcz nie pozwalał na dłuższy spacer z Ptysią, a wiatr szumiał wśród ostatnich liści na naszej jabłonce, namówiłam C. na rozpalenie w kominku. Tak naprawdę określenie namówiłam nie oddaje w pełni zaistniałej sytuacji; ja tylko wspomniałam, że mógłby to być całkiem niezły pomysł, a C. już biegł do szopki po drewno. Tym sposobem popołudnie spędziliśmy na sofie, opatuleni kocykami, z kubkami gorącej herbaty w zasięgu rąk, wpatrując się w wesoło trzaskający w kominku ogień. Gratulowałam nam obojgu gorąco nieustępliwości w szukaniu domu idealnego; kominek bowiem zapewnia zupełnie inny rodzaj ciepła niż kaloryfery. To ciepło, które rozgrzewa duszę. Nie można go porównać z niczym innym; no może z ciepłem piekarnika, gdy w środku piecze się cynamonowe ciasto ze śliwkami...

Sezon na śliwki trwa w najlepsze, ten na figi powoli się kończy. W międzyczasie zobaczyłam u Komarki przepis na bajecznie proste i niesamowicie kuszące ciasto z letnimi owocami. Przerobiłam go więc po swojemu, dodałam nieco cynamonu, żeby nabrało bardziej jesiennego charakteru, a na wierzchu ułożyłam fioletowe dary jesieni. Pachniało tak, że nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie je pokroić. Okazuje się, że połączenie cytryny z cynamonem jest zaskakująco trafione - mimo, że pozornie do siebie nie pasują, uzupełniają się w nieopisywalny sposób. Do tego soczyste owoce, i uwierzcie - nie można się od tego ciasta oderwać.
Po prostu musicie tego spróbować!

Cytrynowo-cynamonowe ciasto ze śliwkami i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 jajka
  • 150 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 200 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 3 świeże figi
  • 3 śliwki

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cynamonem.
Jajka ubić z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, a następnie partiami dodawać mąkę.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół figi i śliwki bez pestek.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!


Nie wiem, jak to się dzieje, że niektóre przepisy, choć kuszą mnie ogromnie, czekają całymi latami na wypróbowanie. Inne po prostu rozgaszczają się w mojej kuchni natychmiastowo, robią się wręcz same. Tak było z tym ciastem - kilka minut roboty, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Spróbujecie...?

czwartek, 18 sierpnia 2016

Powidła prawie klasyczne. Z piekarnika

Śliwki nieodmiennie kojarzą mi się z jesienią. Tak samo jak jabłka czy gruszki - to pierwsze oznaki kolejnej pory roku. Jeszcze tej nienachalnej, złotej; łagodnie grzejącej ciągle jeszcze ciepłymi promieniami słońca. 
Wczoraj byłam na długim spacerze z Tiną - choć ciągle jeszcze wcześnie, słońce już powoli chyliło się ku horyzontowi. Mimo przyjemnego ciepła coraz dłuższe cienie przypominają, że lato już niedługo ustąpi jesieni. Wiem, wiem - to dopiero połowa sierpnia, a ja już popadam w lekko melancholijny, jesienny nastrój... Ale cóż ja na to poradzę...?

Wracając jednak do śliwek - zostałam nimi dosłownie zasypana. Sąsiad spod siódemki miał w tym roku niesamowity urodzaj, i tylko pukał do drzwi z coraz to nowymi kartonami pełnymi fioletowych, dorodnych owoców. Słodkie kulki lądowały w naszych brzuchach w ilości wręcz nieprzyzwoitej, większość jednak znalazła swoje miejsce w zamrażarce i powidłach. 
Postanowiłam w tym roku wypróbować nowy sposób - pieczenie. Okazuje się, że to naprawdę niezła metoda - wystarczy ułożyć owoce na blasze i włożyć do piekarnika. Nic nie trzeba mieszać ani pilnować - taka wersja dla zabieganych. Powidła przygotowujemy w tradycyjnym systemie, czyli podgrzewamy, studzimy, znów podgrzewamy i studzimy, i tak aż do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji. Moim zdaniem trzy takie sesje pasują akurat - powidła wychodzą odpowiednio gęste, ale nie wysuszone. Od siebie dodałam troszkę korzennych przypraw, żeby podkręcić smak. Wyszło bosko!

Ach, zapomniałabym zupełnie! Są też bez cukru, czyli idealne dla wszystkich na diecie. Moje śliwki były słodkie, i powidła wyszły lekko kwaskowe; jeśli więc Wasze śliwki nie są zupełnie dojrzałe, można wspomóc się odrobiną słodzidła.

Wczoraj po południu rozdałam trzy słoiczki sąsiadom - ciekawa jestem ogromnie, czy im zasmakują...

Pieczone powidła śliwkowe z korzenną nutą


Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 3 kg śliwek (waga bez pestek)
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

Śliwki wysypać na blachę, oprószyć przyprawami.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.
Wystudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.
Przemieszać.

Podgrzewać jeszcze dwa razy, przy czym za trzecim razem nie studzić, ale przełożyć do wyparzonych słoików i zamknąć. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Pomysł na pieczenie powideł zobaczyłam - oczywiście - w internecie, ale gdzie dokładnie...? Nie wiem. Można go znaleźć na wielu stronach, a idea chodziła za mną już ze dwa lata, ciężko więc znaleźć oryginalne źródło...

czwartek, 26 listopada 2015

Wyjątkowe ciasto marchewkowe. Ze śliwkami

Po śniegu nie zostało ani śladu. Słupek rtęci znów radośnie podskoczył powyżej zera, i to o całe osiem kresek. Jeśli spojrzeć w błękitne, bezchmurne niebo, można się pomylić i sięgnąć po letnią sukienkę. Wystarczy jednak tylko spuścić wzrok nieco niżej; na ogołocone z liści korony drzew, na chodniki ciągle zasłane grubą warstwą podmokłych liści, na ludzi w zimowych płaszczach (choć rozpiętych); od razu wracamy do listopadowej rzeczywistości.

Dzisiaj jeszcze na moment porzucę mój niemal świąteczny nastrój, żeby pokazać Wam ciasto, które przygotowałam już jakiś czas temu. Zapragnęłam ciasta marchewkowego; wiadomo, to najlepsze, co nas może spotkać w pochmurny, jesienny dzień. Zaostrzyłam je imbirem, nadałam czaru kruszonką, ale ciągle czegoś mi brakowało... Sięgnęłam więc po sezonowe, intensywnie fioletowe śliwki. I to był, moi drodzy, strzał w dziesiątkę! Ciasto jest cudownie wilgotne, ale nie mokre, ze słodkimi, rozpływającymi się w ustach, pieczonymi śliwkami i chrupiącą kruszonką. Imbir nadaje całości charakteru. W dodatku ciasto przygotuje się bajecznie prosto: wystarczy zagnieść kruszonkę, wymieszać składniki suche z mokrymi, poukładać na cieście owoce, posypać kruszonką i upiec. Każdy da sobie radę.

Gwarantuję, nikt nie poprzestanie na jednym kawałku!

Ciasto marchewkowo-imbirowe ze śliwkami i kruszonką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 90 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 75 ml oleju
  • 150 g marchewki
  • 3-cm kawałek świeżego imbiru
dodatkowo:
  • 350 g śliwek
kruszonka:
  • 55 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 35 g zimnego masła
Mąkę, cukier i imbir na kruszonkę wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami, aż powstanie kruszonka.
Odstawić.

Marchewkę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Odcisnąć.
Śliwki przekroić na połowy, usunąć pestki.

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia.
Jajka roztrzepać, dodać olej i mleko, wymieszać. Imbir zetrzeć, dodać do masy jajecznej, wymieszać. Dodać marchewkę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć śliwki, rozcięciem do góry. Posypać ciasto kruszonką.

Piec w 180 st. C. przez około 60 minut.
Wystudzić.

Smacznego!

Dziś króciutko, bo choć mam dzień wolny, to całe mnóstwo zadań na mnie czeka. Trzeba upiec kolejne ciasteczka i zacząć myśleć o przedświątecznych porządkach. A muszę szczerze przyznać, że akurat na te najmniejszej nawet ochoty w tym roku nie mam...

wtorek, 3 listopada 2015

Migdałowe ciasto ze śliwkami

Budzik zadzwonił o czwartej. Ostatnio zrywam się na pierwszy sygnał; wybiegam z łóżka jak oparzona z niepokojem w brzuchu, że chyba zaspałam. To chyba przejaw zadowolenia z pracy, co jest dobre, choć mogłoby się ono (zadowolenie znaczy) objawiać w nieco przyjemniejszy sposób. Mam nadzieję, że to ekscytacja początkującego; jak się wszystko ustabilizuje, mój żołądek również przestanie przypominać o sobie w ten, raczej dokuczliwy, sposób.
O czwartej trzydzieści, owinięta w ciepły, czerwony płaszcz, z czapką nasuniętą głęboko na oczy i szalem zakrywającym większość twarzy, spróbowałam przekonać Ptysię do wyjścia na dwór. Spojrzała na mnie jak na wariatkę, rozłożyła się zupełnie płasko na plecach i chrapnęła. Nie dałam jednak za wygraną - założyłam jej szelki (czerwone zupełnym przypadkiem) i na siłę wyciągnęłam z łóżka. Nie była zadowolona... Ja zresztą też nie, ale z opinią żadnej z nas dzisiejszy dzień się nie liczył.
Spacer był krótki i konkretny; na głównej ulicy świeciła się raptem co druga latarnia, boczne uliczki spowijała mglista ciemność. Nie zapuszczałyśmy się w nie z obawy przed Kubą Rozpruwaczem... Mógłby się bowiem łatwo pomylić i nie zauważyć nawet, że dawno opuścił już Londyn.
Wróciłyśmy więc szybko do domu, Ptysia do łóżka, ja do kubka z gorącą herbatą. Szybko wlałam w siebie zawartość, starając nie poparzyć się za mocno, i pojechałam do pracy.

A tam czekały na mnie rolady (czekoladowe, pistacjowe, orzechowe i marcepanowe), dużo czerwonego marcepanu, a na koniec krem waniliowy, który złośliwie postanowił nie tężeć. Na szczęście w końcu opanowałyśmy jego krnąbrną naturę, i mogłyśmy udać się do domów na zasłużony odpoczynek. 
Muszę Wam powiedzieć, że czuję się szalenie produktywna. Tylko w domu już nic mi się nie chce... Ale i w tej kwestii, mam nadzieję, dojść w końcu do wprawy.

Dzisiaj mam dla Was proste ciasto, które uda się szybko upiec nawet po ciężkim dniu. Najprostsze ciasto ucierane ze śliwkami, które powoli się kończą. Na wierzchu migdałowo-cukrowa skorupka, która cudownie chrupie, kontrastując z miękkim jak gąbeczka ciastem i rozpływającymi się w ustach owocami.
I nie mówcie, że nie macie już siły. Gwarantuję, że nagroda w postaci aromatycznego ciasta warta jest tych kilkunastu dodatkowych minut w kuchni.

Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 4/2014, ale pozmieniałam po swojemu.

Migdałowo-waniliowe ciasto ze śliwkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 1 jajko
  • 100 ml mleka
  • 175 g mąki pszennej
  • 100 g mielonych migdałów
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
dodatkowo:
  • 500 g śliwek
  • 45 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru
Śliwki umyć, osuszyć, przeciąć na połowy i pozbawić pestek.
Mąkę przesiać, wymieszać z migdałami i proszkiem do pieczenia.
Masło utrzeć z cukrem i wanilią na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, połączyć. Na zmianę dodawać do masy mąkę i mleko, miksując na najniższych obrotach miksera.

Masę przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć śliwki, rozcięciem do góry. Wierzch posypać płatkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

A teraz już pora najwyższa zabrać się za obiad. Ma być sałatka od Jamiego O., tylko sałaty kupić zapomniałam... Cóż, będzie się trzeba pomysłowością wykazać (mam nadzieję, że jeszcze tyle jej w sobie znajdę).

poniedziałek, 19 października 2015

Pan Helmig i czekoladowa tarta ze śliwkami

Tydzień temu C. zabrał mnie na koncert. Ucieszyłam się ogromnie, bo rzadko nam się to zdarza. Prawdę mówiąc, do tej pory byliśmy tylko na jednym... Ale za to jakim! Nie co dzień można na żywo posłuchać zespołu takiego kalibru jak Metallica. Możecie tego o mnie nie wiedzieć, ale jestem wielką fanką rocka. Gdy moje koleżanki w podstawówce kochały się w członkach zespołu Backstreet Boys, ja wzdychałam do dawno zmarłego Morrisona. Gdy one śpiewały Viva forever, ja nuciłam Lady in black. Tatuś był ze mnie dumny, Babcia łapała się za głowę, a ja w końcu kupiłam glany (takie prawdziwe, z blachą). 
To były czasy...

Gdy więc C. powiedział, że idziemy na koncert, prawie podskoczyłam z radości. Później powiedział, że to koncert Thomasa Helmiga, a mi nieco zrzedła mina. Kto to, u licha, może być...?
Nie miałam jednak okazji sprawdzić. Nastawiłam się więc na duńskie piosenki, których w życiu nie słyszałam. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jego najbardziej znaną piosenką jest Stupid men! Zajrzyjcie w linka, z pewnością też to znacie, a przynajmniej obiło Wam się o uszy. Tak samo Don't leave tonight. Spróbujcie też posłuchać jego duńskich piosenek - łatwo wpadają w ucho, są naprawdę przyjemne i bardzo lekkostrawne.
Bawiłam się więc znakomicie. Już samo obcowanie z żywym artystą przyprawia mnie o motylki w brzuchu, a jeśli jeszcze śpiewa miłe dla ucha utwory, mogę słuchać godzinami. Skończyło się po dwóch i pół... Zdecydowanie za szybko.

Na osłodę, nie tylko dla siebie, mam absolutnie bajeczną tartę. Moją przygotowałam ze śliwkami, ale można użyć malin, jeżyn, albo też owoce pominąć zupełnie. Samo bowiem obłędnie czekoladowe, kremowe i delikatne nadzienie, każdego powali na kolana. Nas urzekło; mówię Wam, ciężko na jednym kawałku skończyć. Do tego lekko kwaśne śliwki, które ożywiają całość, a to wszystko zamknięte w kruchym, mocno kakaowym cieście z nutą cytryny. Jest ona zaskakująca, ale bardzo tutaj pasuje. Jeśli nie lubicie takich połączeń, zastąpcie skórkę cynamonem. Będzie równie aromatycznie, a dodatkowo rozgrzewająco.

Czekoladowa tarta ze śliwkami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

ciasto kruche:
  • 150 g mąki pszennej
  • 25 g kakao
  • 45 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

krem:
  • 100 g ciemnej czekolady (72%)
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 75 g cukru
  • 2 łyżki budyniu czekoladowego (proszek)

dodatkowo:
  • 300 g śliwek

Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z cukrem i skórką cytrynową. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść kruche ciasto.

Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, formując brzeg.
Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto przykryć papierem do pieczenia, wypełnić formę fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C.
Przestudzić.

Śliwki przekroić na połówki, usunąć pestki.
Czekoladę posiekać. Kremówkę zagotować, zalać nią czekoladę, odstawić na 5 minut. Po tym czasie dokładnie wymieszać, aż czekolada całkowicie się rozpuści.
Przestudzić.

Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać budyń, a następnie powoli wlać czekoladową masę (może być letnia). Na końcu delikatnie wmieszać ubite na sztywno białka.

Masę przelać na podpieczone ciasto, na wierzchu ułożyć śliwki.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


I już deszcze i wiatry mi niestraszne...

środa, 7 października 2015

Na jesień: drożdżowe ze śliwkami

Obiecałam Karolinie, że przez godzinkę przypilnuję jej dzieci. Obiecałam już w zeszłym tygodniu, nie wypadało więc dzień wcześniej cofnąć obietnicy. Denerwowałam się jednak, bo dopadło mnie jakieś paskudne przeziębienie. Kicham, prycham, kaszlę i smarkam; ogólnie - nie jest wesoło. Opracowałam już nawet plan, jak by się tu od tych pilnowanych dzieci jak najdalej trzymać, żeby ich choróbskiem nie uraczyć (dwójka małych dzieci w deszczowe, październikowe dni może być męcząca; dwójka chorych dzieci w takich warunkach może nieszczęsną matkę doprowadzić do stanu zbliżonego furii). Okazało się jednak, że nie mam się o co martwić - oboje ochoczo asystowali w pokasływaniu i chrząkaniu, a Natalce bardzo spodobało się wspólne chodzenie do łazienki i wydmuchiwanie nosów. A gdy nieco zmoknięta i zmęczona Karolina wróciła do domu, dołączyła do naszego trio, nie wyróżniając się za bardzo.

Wczorajsze popołudnie spędziłyśmy więc z herbatą (może Was to nie dziwić, ale my zawsze, ale to zawsze, pijemy razem kawę) i drożdżówką, którą rano upiekłam. Zabrałam ją ze sobą jeszcze cieplutką! Mięciutkie, maślane ciasto drożdżowe, nadziane słodkim, waniliowym twarogiem i cudownie fioletowymi śliwkami. Wierzch posypałam migdałami i cukrem, który utworzył chrupiącą, lekko karmelową skorupkę. Ciasto zawinęłam w roladę, a następnie pokroiłam na plastry; wyszły zgrabne ślimaczki, które można od siebie odrywać bez konieczności sięgania po nóż.
Taka aromatyczna drożdżówka to idealny jesienny przysmak, moim zdaniem. Już podczas wyrabiania ciasta można się uspokoić i zamyślić; a gdy z piekarnika zacznie dobywać się słodki zapach, ciężko wytrzymać, aż będzie można sięgnąć po kawałek. Najlepiej jeszcze cieplutki, mmm...

A Wy? Jakie jesienne smakołyki lubicie najbardziej?

Drożdżowe ślimaczki z twarogiem i śliwkami


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 250 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 65 g cukru
  • 60 g masła
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g twarogu, 3krotnie zmielonego
  • 50 g cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 500 g śliwek
dodatkowo:
  • 35 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki mleka
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać pozostały cukier, mleko i jajko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

W tym czasie śliwki umyć, osuszyć, przekroić na pół. Usunąć pestki, owoce pokroić w kostkę.
Twaróg zmiksować ze śmietaną, cukrem i wanilią na gładką masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości 40 cm. Posmarować masą twarogową, na wierzch równomiernie wyłożyć śliwki. Zwinąć ciasno, jak roladę, wzdłuż dłuższego boku. Pokroić na 12 plastrów.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć płasko bułeczki, jedną obok drugiej.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie wierzch posmarować mlekiem, posypać płatkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut, aż się ładnie zrumienią.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis dorzucam do wyzwania u Ani, gdzie inni blogerzy dzielą się swoimi ulubionymi jesiennymi smakołykami. Zajrzyjcie koniecznie!

wtorek, 29 września 2015

Ciasto ze słonecznymi śliwkami

Wstałam rano (tym razem się udało), ubrałam marynarkę i wysokie buty, i poszłam z Ptysią do parku. Pięknie było. Poranne słońce rozświetlało krople rosy na ciągle jeszcze wiosenno-zielonej trawie, wśród których moja psa buszowała zapamiętale. Gdy podniosła łepek i spojrzała na mnie z zabawnie przekrzywioną główką, na nosie zalśniły jej kropelki wody. Otrząsnęła się szybko i pobiegła dalej, a ja żałowałam, że nie mam ze sobą aparatu. Śliczne by było to zdjęcie...
Ona z mokrymi łapami i brzuszkiem, ja z mokrymi butami, wróciłyśmy niespiesznie do domu, wdychając zapach jesieni. Bo choć słońce świeci radośnie i jest nawet całkiem przyjemnie ciepło, nie można się już dłużej oszukiwać. Jesień rozgościła się już na polach i w sadach, na bezkresnych łąkach i nawet w zakamarkach dużych miast. Choćby tylko opadłym liściem i lśniącym kasztanem, naznaczyła swoją obecność. 
A ja wcale nie mam jej za złe! Lubię jesień, która otula nas szeleszczącym płaszczem spokoju. Trochę zagubiona, poddaję się jej nastrojom. Kroczymy ramię w ramię, ku nieznanemu.

I dzisiaj mam dla Was prawdziwie jesienne ciasto. Razem z Panną Malwinną, Mopsikiem, Lejdi i Anią postanowiłyśmy wykorzystać w naszych kuchniach śliwki. Ich intensywny fiolet przyprawia niemal o zawroty głowy, gdy słodki sok ścieka po brodzie. Tym razem jednak nie poszłam utartą ścieżką, i sięgnęłam po zupełnie inny rodzaj śliwek. Słonecznie żółte, dziko rosnące niemal wszędzie: mirabelki. Ach, jaka śliczna to nazwa! Nie wiem dlaczego, kojarzy mi się z Paryżem i francuską elegancją. Dlatego moje słonecznie kuleczki, jeszcze z Polski przywiezione, połączyłam z migdałami. Tarte w cieście i płatki na wierzchu, które razem z cukrem tworzą cudownie chrupiącą skorupkę. Moje śliwki były bardzo soczyste; na zdjęciu widać, że sok się skarmelizował na brzegach. Całość wyszła obłędnie pyszna - słodko-kwaśna, miękko-chrupiąca, cudownie soczysta. Spróbujcie, póki jeszcze można znaleźć mirabelki!

Przepis znalazłam na blogu Bazylia czy wanilia, nieco tylko zmieniając.

Migdałowe ciasto z mirabelkami


Składniki:
(na formę o średnicy 26 cm)
  • 3 jajka
  • 125 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g mielonych migdałów
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml jogurtu naturalnego
  • 200 g masła
dodatkowo:
  • 500 g mirabelek
  • 30 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru
Mirabelki umyć, przekroić na połowy i usunąć pestki.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z mielonymi migdałami i proszkiem do pieczenia.

Jajka utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Na zmianę dodawać mąkę, jogurt i masło, miksując na najniższych obrotach miksera. Masę przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć mirabelki, rozcięciami do góry, posypać płatkami migdałów i pozostałym cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 45-50 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Po spokojnym i zadumanym poranku, nadszedł obfitujący we wrażenia dzień; tu spotkanie, tam spotkanie... 
Zmęczyłam się.

wtorek, 30 września 2014

Tarta ze śliwkami - możliwe, że najlepsza

Nie jestem wielką fanką śliwek. Owszem lubię, ale jakoś tak... Specjalnie mnie do nich nie ciągnie. Jesienne jabłka, gruszki, kasztany czy dynia - o, to jest to, co mnie kręci! One przychodzą mi do głowy, gdy wymyślam kolejne słodkości. To przepisów z ich udziałem szukam w internecie i książkach. Śliwki zeszły na dalszy plan, i muszę przyznać, że jakoś bardzo mi ich nie brakuje. Niemniej, będąc ostatnio w sklepie i szukając pomysłu na jakiś szybki obiad, najlepiej na dwa dni, w oko wpadły mi śliwki właśnie. Dorodne, intensywnie fioletowe kulki. Wyglądały tak smakowicie, że nawet nie próbowałam się im oprzeć, i przyniosłam kilogram do domu. Już po drodze ułożyłam w głowie ogólny plan, pozostało tylko dopracowanie szczegółów.

Musiała to być tarta - bo dostałam nową, prostokątną formę i koniecznie musiałam ją w końcu wypróbować. Z lekkim, serowym nadzieniem, bo kiedyś jadłam sernik ze śliwkami i smakował bosko. Na kruchym cieście, koniecznie kakaowym, bo będzie pięknie wyglądać. I te śliwki... Co zrobić, żeby podkreślić ich smak...? Postanowiłam je upiec, ale nie na cieście, tylko osobno. Dzięki temu wyraźne widoczne są wszystkie warstwy, które idealnie się uzupełniają. Do śliwek i spodu dałam cynamon, bo pomyślałam, że będzie pasował. Do śliwek i kremu dałam miód zamiast cukru, bo jego posmak wydawał mi się znakomitym uzupełnieniem. Wyszło, szczerze mówiąc, lepiej, niż się spodziewałam.
Bardzo kruchy spód, delikatna masa serowa i miękkie, rozpływające się w ustach śliwki, lekko kwaskowate, trochę słodkie - całość komponuje się rewelacyjnie! Smaki są doskonale wyważone, i mówię Wam - od tej tarty nie można się oderwać.

I tak - byłoby łatwiej upiec po prostu wszystko razem. Ale to już nie byłoby to samo...

Tarta sernikowo-miodowa ze śliwkami

Składniki:
(na prostokątną formę do tarty 34x10 cm)

ciasto kruche:
  • 230 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 55 g miodu

pieczone śliwki:
  • 700 g śliwek
  • 100 g miodu
  • 1 łyżeczka cynamonu

Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z cukrem, solą i cynamonem. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto podzielić na pół, z każdej części uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Śliwki przekroić na pół, wyjąć pestki. Ułożyć na blasze skórką do dołu.
Miód wymieszać z cynamonem, polać nim śliwki.

Piec w 180 st. C. przez 45 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Jedną kulkę ciasta kruchego (drugą zachować do innego wypieku) rozwałkować, wyłożyć nią formę do tarty.
Gęsto nakłuć widelcem, a następnie przykryć kawałkiem papieru do pieczenia i wysypać ceramicznymi kulkami (lub grochem czy fasolą).

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.

Usunąć z ciasta kulki i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C.
Przestudzić.

Serek, kremówkę, jajka, ekstrakt i miód krótko zmiksować, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.

Piec w 160 st. C. przez 30 minut, aż masa się zetnie.
Wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Przed podaniem wyłożyć na tartę śliwki; zupełnie ostudzone lub jeszcze lekko ciepło. Polać powstałym przy pieczeniu syropem.

Smacznego!

Śliwek radzę upiec więcej. Są doskonałym dodatkiem do wszelkich puddingów czy kremów śniadaniowych, a także gofrów czy tostów na słodko. Znikają błyskawicznie, bo cynamonowo-słodki zapach kusi ogromnie. Mówię Wam - temu nie można się oprzeć...

Ciasta kruchego wychodzi na dwie takie tarty. Ale nie wiem, jak przygotować połowę, bo w składnikach jest tylko jedno jajko... Niemniej - nic się nie zmarnuje, i już niedługo pokażę Wam, jak można takie ciasto wykorzystać.

środa, 27 listopada 2013

W klimacie nieświątecznym: tarta ze śliwkami

Wiem, że sezon na śliwki się skończył. Ale jak dobrze poszukacie, to z pewnością jeszcze gdzieś się jakieś znajdą. A jak nie, można naruszyć zmrożone zapasy pieczołowicie upchane na dnie zamrażarki. Dlaczego? Bo ta tarta jest tego warta...

Nie było u mnie zbyt wielu śliwek tej jesieni. Trochę zjadłam prosto z ulubionej, zielonej miski. Prosto z drzewa niestety nie dało rady... W końcu jednak doszłam do tego, że kilka śliwek leżało sobie w lodówce, jeść ich się nie chciało, a i ciasta nie było. Stwierdziłam więc, że to jest właśnie ten moment...
Przejrzałam książki i gazety, zachwyciłam się kilkoma przepisami. Śliwki z cynamonem albo marcepanem, w cieście ucieranym, drożdżowym i serniku. Wybór ogromnie szeroki, człowiek sam już nie wie, czego chce... Aż w gazetce Pieczenie jest proste nr 4/2009 w oczy wpadła mi taka sobie niepozorna tarta... Na zdjęciu wyglądała inaczej niż moja, owoce były niemal całkowicie zatopione w masie (i nie mam bladego pojęcia, jakim cudem otrzymano taki efekt, bo ja ilość masy zwiększyłam dwukrotnie, a i tak przykryła śliwki tylko do połowy). Zainteresowało mnie jednak połączenie śliwek i orzechów laskowych - pyszne, ale nie tak popularne. Poza tym ciasto mogłam przygotować od razu, nie czekając, aż masło i jajka zmienią temperaturę na pokojową. Potem godzinka w lodówce, pokroić owoce, zalać masą, i hop - do piekarnika. Szybko, łatwo i przyjemnie. A efekt...? Mniamniuśny.

Tak jak napisałam wcześniej - zwiększyłam ilość masy, zmniejszyłam śliwek (bo tyle mi się zmieściło na płasko w formie), myślałam o posypaniu całości kruszonką, ale jednak się rozmyśliłam. I tak smakuje wybornie - jeszcze lekko ciepła, ale najlepsza jest po nocy spędzonej w lodówce, kiedy masa się zetnie i smakuje niemal jak creme brulee. Do tego słodkie, soczyste śliwki i kruchutki, orzechowy spód. Bardzo łatwe ciasto, zniknęło u nas błyskawicznie - jest stosunkowo lekkie i bez większego problemu można pochłonąć większy kawałek. Polecam - jeśli nie teraz, to za rok.

Orzechowa tarta ze śliwkami

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 180 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 20 g zmielonych orzechów laskowych
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa:
  • 2 jajka
  • 40 g cukru
  • 200 ml śmietany kremówki
  • 15 g zmielonych orzechów laskowych

dodatkowo:
  • 750 g śliwek

Mąkę przesiać do miski, wsypać sól i orzechy, wymieszać. Dodać masło, posiekać nożem, a następnie szybko, ale dokładnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy 30 cm, wyłożyć nim formę, formując brzeg.
Schłodzić w lodówce przez 15-20 minut.

Śliwki rozkroić, wypestkować. Pokroić na ćwiartki, jeśli są duże.
Jajka lekko ubić z cukrem, wymieszać z kremówką i orzechami.

Spód tary nakłuć wielokrotnie widelcem. Ułożyć śliwki, skórką do dołu, ciasno jedną obok drugiej. Zalać masą jajeczno-śmietanową.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut, aż masa się zetnie, a ciasto przyrumieni.
Ostudzić, wyjąć z formy.
Schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Czytałam niedawno, że u kogoś już spadł śnieg. A potem się zreflektowałam - jakie już...? Przecież to już niemal grudzień... 

wtorek, 30 kwietnia 2013

Leniwy wtorek, czyli okazja do świętowania

Wtorek. Inny niż wszystkie. Spanie długo, jak najdłużej. Wychynęłam spod kołdry dopiero, kiedy Ptysia stanowczo usiadła mi na brzuchu i zaczęłam wiercić dziurę niecierpliwym wzrokiem dokładnie na środku mojej twarzy. Poszliśmy we trójkę na spacer, a później zjedliśmy niespieszne śniadanie, zakończone miseczką duńskich truskawek. Teraz czas na prezenty! Nie, nie, nic mi się nie pomyliło. Dobrze wiem, że Wielkanoc już dawno za nami. Dziś inna okazja do świętowania - C. ma urodziny! Robimy więc wszystko to, na co brakuje nam ostatnio czasu - wylegujemy się w łóżku po tym, jak słońce już dawno wstało, zabieramy Ptysię do lasu, żeby mogła się porządnie wybiegać, spędzimy pół dnia na kanapie, oglądając Harry'ego Pottera, a wieczorem pójdziemy na kolację do Oksen (i będziemy jeść wołowinę, koniecznie!). 

Teraz pewnie wszyscy czekają na tort... Niestety, muszę Was rozczarować - tortu nie będzie. Nie dzisiaj. W niedzielę mamy w planie przyjęcie urodzinowe, i to wtedy na naszym stole pojawi się ciasto wybitnie urodzinowe, które mam nadzieję, uda mi się sfotografować. W tajemnicy Wam wyznam, że kilka dni temu mi się przyśniło - dokładnie wiem, jaki efekt chcę osiągnąć, i miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanowałam. Będą truskawki, bita śmietana, delikatny biszkopt i... Mam nadzieję, kropka nad i

Póki co zapraszam Was na deser, właściwie zupełnie nie urodzinowy. 
Pewnego pięknego dnia oglądaliśmy jakiś program kulinarny (nie mogę sobie teraz przypomnieć, jaki), w którym przygotowywano pudding ryżowy. Mniami, prawda? Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy C. oświadczył, że on jeszcze czegoś takiego nie jadł... Później sobie uświadomiłam, że tradycyjny duński bożonarodzeniowy deser to coś w rodzaju puddingu ryżowego, ale nieważne... Istotny natomiast jest fakt, że czym prędzej za przygotowanie rzeczonego się zabrałam.
Pudding ryżowy to sprawa niezwykle prosta - gotujemy ryż na mleku z dowolnymi dodatkami, i już. Okazało się jednak, że mleka nie mam wystarczająco... W przypływie paniki i wizji przypalonego ryżu, dodałam kremówkę. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę! Śmietana bowiem nadaje całości niewiarygodnej więc, cudownie kremowej konsystencji. Rewelacja! Musicie tego spróbować!
W ramach urozmaicenia wystąpiły śliwki, które akurat zalegały w naszej zielonej, owocowej misce. Wyszło pysznie.

Waniliowy pudding ryżowy z karmelizowanymi śliwkami


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 125 g ryżu
  • 750 ml mleka
  • 55 g cukru
  • 1 laska wanilii
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 60 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • kawałek kory cynamonu długości 5 cm
  • 30 g masła
  • 4 śliwki

Laskę wanilii przekroić na pół, wyskrobać ziarenka. Całość włożyć do garnka, wlać mleko, wsypać cukier i zagotować. Do gotującego się mleka wsypać ryż, gotować na średnim ogniu przez 25-30 minut, od czasu do czasu mieszając.
Po tym czasie wlać kremówkę, gotować jeszcze 5-10 minut, aż masa nabierze kremowej konsystencji. Ostudzić, wyjąć wanilię, przełożyć do szklanek.

Śliwki pokroić w ósemki, usunąć pestki. 
W garnku o grubym dnie umieścić cukier, wodę i cynamon, podgrzewać na średnim ogniu, aż cukier się rozpuści i zacznie karmelizować. Kiedy nabierze głębokiej, złotej barwy dodać masło, wymieszać. Dosać śliwki, smażyć kilka minut, aż owoce zmiękną, ale nie będą się rozpadać. Ostudzić, wyjąć cynamon. Śliwki ułożyć na puddingu, polać resztą karmelu.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

I tak, wiem, że jeszcze wczoraj pisałam, że nie chce mi się pisać. No ale sami rozumiecie - urodziny...

wtorek, 15 listopada 2011

Śliwki po raz pierwszy

Miałam śliwki. Całkiem sporo, choć bez przesady. Część po prostu zjadłam, bo je lubię bardzo. To takie specyficzne owoce - albo się je kocha, albo nienawidzi. Surowe smak mają zupełnie inny od tych przetworzonych - jak byłam młodsza bardzo ciężko było mi uwierzyć, że powidła naprawdę są zrobione ze śliwek. Cóż... Dzisiaj to po prostu wiem (dzieciństwo ma w sobie pewną magię...). W każdym razie uwielbiam takie prosto z drzewa - na Dziadkowej działce było kilka śliw - mogłam je zjadać kilogramami, a Babcia pilnowała, żebym - broń Boże! - nie popiła ich zimną wodą. Dziś działki już nie ma, a śliwki muszę kupować. Tak czy inaczej - smaczne bardzo były.

Nie samymi śliwkami jednak człowiek żyje - część trzeba było przetworzyć. Drożdżówka czy tarta ze śliwkami to klasyka, sernik jest pyszny, ale miałam chęć na coś innego. Szukałam, wertowałam, aż w końcu wypatrzyłam przepis w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2009 (tak, naprawdę lubię tą serię). Nie namyślając się długo - przystąpiłam do działania. Efekt - rewelacja! Spód to ciasto ucierane (znów się udało!), wierzch to to samo ciasto przykryte słodką, kruchą bezą. Środek to oczywiście lekko podgotowane śliwki przykryte kisielem i grubą warstwą pysznego, winnego kremu. Gastronomiczna poezja! 
Ciasto nie jest trudne w wykonaniu, ale zajmuje trochę czasu - wszystko, co gorące, musi najpierw wystygnąć, a całość musi przeleżeć w lodówce przynajmniej kilka godzin, żeby ładnie się scaliła. Smak jest zaskakujący - śliwki w tortach chyba jednak nie są zbyt popularne. U mnie było to zwykłe ciasto do kawy, ale prezentuje się naprawdę świetnie, i z powodzeniem może wystąpić w roli jesiennego tortu na większej imprezie.

Kosztować go miał okazję Kuzyn moich Panów, i usłyszałam ten specyficzny komplement - jak ze sklepu! Hmm... W mniemaniu wielu osób jest to jeden z najbardziej komplementowych komplementów, jakim można obdarzyć ciasto. Mnie nie przestanie zadziwiać nigdy.

Grunt, że smakowało.

Tort śliwkowy z bezą


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto:
  • 125 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 5 żółtek
  • 150 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 30 ml mleka

beza:
  • 3 białka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 130 g cukru
  • 25 g płatków migdałowych

masa śliwkowa:
  • 500 g śliwek
  • 300 ml soku winogronowego
  • opakowanie kisielu o czerwonym kolorze (40 g)
  • 55 ml zimnej wody

krem:
  • 300 ml czerwonego półwytrawnego wina
  • 200 ml soku winogronowego
  • 75 g cukru
  • 1 cytryna
  • 1 opakowanie budyniu śmietankowego (40 g)
  • 2 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)

Masło utrzeć z cukrem, cukrem waniliowym i solą na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać żółtka, dokłądnie miskując po każdym dodaniu. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami dodawać do ciasta, na zmianę z mlekiem.

Spody 2 tortownic wyłożyć papierem do pieczenia. 
Ciasto podzielić na pół, wyłożyć do foremek, równomiernie rozprowadzić łyżką.

Piec w 200 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie ubić na sztywno białka, pod koniec partiami wsypując cukier. Wlać sok z cytryny, połączyć.
Wyjąć jedną z tortownic, rozprowadzić na wierzchu masę bezową, posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Wyjąć obie tortownice, rozpiąć obręcze i wystudzić ciasto.

Śliwki umyć, przekorić na połowy i usunąć pestki. 
Sok zagotować, poddusić w nim owoce przez 3-4 minuty.
Odcedzić, wystudzić.

Kisiel wymieszać z wodą, powoli wlewać do gotującego się soku, cały czas mieszając. Pogotować jeszcze chwilę, ostudzić.

Spód ciasta (bez bezy) ułożyć na dnie formy, zamknąć obręcz. Wyłożyć śliwki, na wierzch wylać kisiel rozprowadzając tak, żeby dokładnie zakrywał wszystkie owoce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Budyń rozprowadzić w 100 ml soku winogronowego.
Wino, resztę soku, cukier, skórkę otartą z cytryny i sok z niej wyciśnięty zagotować. Odlać kilka łyżek, w których rozpuścić żelatynę.
Do gotującego się płynu wąskim strumieniem wlać budyń, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia, dodać żelatynę, dokładnie wymieszać i odstawić do całkowitego ostudzenia.

Kremówkę ubić na sztywno, połączyć z kremem. Masę wyłożyć na kisiel, przykryć wierzchem ciasta (z bezą).

Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Smacznego!

Poza tym chciałabym się podzielić pewną nowiną. Otóż uczyniliśmy krok w kierunku normalności, i sprawiliśmy sobie telewizor. Kiedy Panowie zasapani wkulali się do korytarza z ogromnym pudłem, byłam w lekkim szoku. Cóż - Phillipek robi wrażenie swoimi 52 calami... Teraz filmy będzie można oglądać prawie jak w kinie. Do tego Wii, i coś mi się wydaje, że Chłopcy przestaną zamykać się w swoich pokojach...