Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto kruche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto kruche. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

Wiem, że nic nie wiem, czyli siódme urodziny bloga

Im więcej się uczę, tym mnie wiem - a przynajmniej takie mam wrażenie. Ogrom wiedzy, której nigdy nie opanuję, mnie przeraża.
Ale może zacznę od początku...

Swoją przygodę z pieczeniem, a później z blogowaniem, zaczęłam z przypadku. W nowym miejscu, sama jak palec, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą robić. Bo ile można czytać czy oglądać seriale...? Najpierw nieśmiało oglądałam inne blogi, piekłam jakieś plaskate cuda i byłam z nich nieziemsko dumna (mówię to ja - osoba, które w wieku lat dwudziestu potrafiła zrobić sobie herbatę i kanapkę. Szczytem inwencji było przyrządzenie zupy z proszku). Później, z jednym okiem zamkniętym z wrażenia, założyłam bloga i skakałam z radości przy każdym komentarzu. Ach, cóż to były za czasy...
Później (dużo później, jeśli mam być szczera), gdy zobaczyłam postępy, a pieczenie sprawiało mi coraz większą frajdę, zaczęłam szkołę cukierniczą. I wiecie co...? Te dwa lata otworzyły mi oczy i pokazały, jak niewiele wiem. Zauważyłam też, że są rzeczy, których człowiek, choćby nie wiem, jak się starał, w domu się nie nauczy. Dopiero praca w cukierni pokazała mi, co to naprawdę znaczy być cukiernikiem, a nie tylko się w cukiernika bawić. To ciężka praca - fizycznie, bo dwudziestopięciokilogramowe worki z cukrem same się nosić nie chcą, ale też umysłowo, bo, powiedzmy to sobie szczerze, klienci są różni, i nie zawsze jest to łatwa współpraca. Człowiek nieźle się musi nagłowić, żeby co niektórych zadowolić. Ale gdy później przychodzą z uśmiechem i podziękowaniami - bezcenne. Dla takich chwil warto się starać.

Już za cztery miesiące będę zdawać końcowe egzaminy. Strasznie się denerwuję, ale jednocześnie nie mogę się doczekać - bo znów zacznie się coś nowego. Jeszcze nie wiem co i jak, ale już się cieszę, bo z pewnością nudno nie będzie.
Tymczasem blog dryfuje sobie gdzieś obok mnie; nie mam dla niego tyle czasu, co kiedyś. Posty bywają zdecydowanie krótsze i piszę je rzadziej, ale staram się, jak mogę. Tym bardziej, że dziś Pożeraczka kończy siedem lat - warto więc chyba nad nią pracować, skoro mi ciągle chce się pisać, a Wam czytać.

Dziękuję, że nadal tu ze mną jesteście; bez Was już dawno bym się poddała. A jednak, mimo krótszych i dłuższych przerw, ciągle wracam. Bez motywacji, którą dla mnie jesteście, z pewnością by mi się nie udało.

Na te huczne urodziny mam... Tartę. Nie tort; niestety, ale nie miałam czasu na bardziej skomplikowane wypieki. Tarta jednak jest urocza i pyszna, więc w tym roku musi wystarczyć. Jeśli dotrwamy do urodzin dziesiątych, obiecuję tort prawdziwie wystrzałowy; no, ale do tego zostało jeszcze parę chwil.

Kruchy spód bez jajek jest niesamowicie kruchy i nie nasiąka wilgocią, co jest jego dużym plusem. Kisiel malinowo-hibiskusowy jest kwaskowy i wyrazisty, świetnie równoważy go delikatny i słodki krem z białej czekolady. Całość smakuje wybornie, połączenie smaków jest wyjątkowo harmonijne. Dekoracja to urocze mini makaroniki i świeże maliny - prosta, a jednocześnie efektowna.
Na C. zrobiła wrażenie; mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Tarta malinowo-hibiskusowa z kremem z białej czekolady


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
kisiel malinowo-hibiskusowy:
  • 185 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
krem z białej czekolady:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 120 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3-4 mm, wyłożyć nim formę, formując brzeg o wysokości około 3 cm.
Nakłuć ciasto widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 190 st. C. przez 12 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 12-15 minut w 190 st. C.
Ostudzić.

Maliny, hibiskus, cukier i 40 ml wody przełożyć do rondelka, zagotować. Gdy maliny się rozpadną, a cukier rozpuści, przetrzeć przez sitko. Przelać z powrotem do rondelka, dodać mąkę rozpuszczoną w pozostałej wodzie, zagotować.
Gorący kisiel przelać na spód tarty, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, czekoladę drobno posiekać. 100 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Dodać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do czekolady w 3 turach, delikatnie mieszając łyżką.
Wylać krem na kisiel, schłodzić w lodówce.

Przed podaniem udekorować malinami, makaronikami, bezikami i suszonymi kwiatami hibiskusa.

Smacznego!


A co byście powiedzieli na taką tartę z okazji Walentynek...? W końcu czternasty lutego już za chwilkę!

piątek, 3 listopada 2017

Opowieść o Czerwonym Rycerzu. I tarta obłędnie czekoladowa

Młoda Piekareczka, jak niemal co dzień, na długo przed świtem ruszyła w daleką podróż do pracy. Jej rączy, mechaniczny rumak, nieodłączny i wierny towarzysz, tym razem jednak zaniemógł. Stanął uparcie w miejscu najmniej odpowiednim, zapierając się wszystkimi czterema kołami. Bezsilna, zaciskając zęby, próbowała wszystkiego - ułagodzić bestię, przekonać, zmusić podstępem, aż wreszcie - o zgrozo! - przemocą. Nic nie podziałało - rumak jak stanął, tak stał.
W międzyczasie z pomocą przyszedł inny podróżny, będący - wnioskując z wielkości wozu - w równie co ona dalekiej, podróży.
Ów nieznany jej mężczyzna, mimo szczerych chęci, nie zdołał przekonać rumaka do dalszej jazdy, jednak siłą własnych mięśni pomógł sprowadzić go na pobocze, aby nie tarasował drogi innym, ewidentnie o tak wczesnej porze rozdrażnionym, podróżnym. Pożegnał się z uśmiechem i życzył powodzenia.
Piekareczka, zmuszona przez okrutne okoliczności, zdecydowała się na kroki drastyczne - obudzenie Małżonka. Ten, zdecydowanie niezadowolony z takiego obrotu sprawy, wskazał  jednak jedyną w takiej sytuacji możliwość - wezwanie na pomoc Czerwonego Rycerza. Ten zjawił się już po półgodzinie, w czerwonej zbroi z odblaskowymi paskami. Popatrzył, pomyślał, postukał gdzie trzeba, nakarmił rumaka odrobiną prądu, po czym ten, radośnie parskając, ruszył, jakby nic się nie stało. Piekareczka, uradowana do granic możliwości, pożegnała swego Czerwonego Rycerza z uśmiechem wiedząc, że prędzej czy później spotkają się znowu...

Wystąpili:
rumak - prawie nowy samochód;
Czerwony Rycerz - pracownik pomocy drogowej;
Małżonek - C.;
Piekareczka - ja we własnej osobie.

Wypadałoby nadmienić, że na moje potrzeby Falck (duńska pomoc drogowa) trzyma chyba specjalnego pracownika, bo za każdym razem przyjeżdża do mnie ten sam pan, który nawet już nie kręci głową z politowaniem dla mojej niewiedzy...
A jeden z kolegów z pracy, przejeżdżając tuż obok mojego rozkraczonego auta, nawet pomyślał, jakie to przykre...

Po tak ekscytującym początku dnia, na uspokojenie zdecydowanie przyda się kawałek mocno czekoladowej tarty.
Przepis znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 9/2017 i wiedziałam, że go sobie nie odpuszczę. Lekko migdałowy, cudownie kruchy spód, czekoladowy ganache, który wręcz zniewala intensywnością, a do tego pieczone w cukrze muscovado, lekko karmelowe śliwki i figi. Określenie niebo na talerzu to zdecydowanie za mało, żeby oddać ten cudowny smak. Mimo, że nie da się jej zjeść zbyt dużo na raz, gdyż czekoladowe wypełnienie jest konkretne i syte, nie mogłam oprzeć się dokładce.
Idealne dla czekoholików, szczególnie na początku listopada, gdy za oknami tylko szaruga i deszcz.

Tarta czekoladowa z pieczonymi śliwkami i figami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 100 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 25 g mielonych migdałów
  • 25 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 160 g mąki pszennej
  • 1 jajko

ganache:
  • 250 g ciemnej czekolady (58%)
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka miodu
  • 1/4 łyżeczki soli

pieczone śliwki i figi:
  • 3 świeże figi
  • 5 śliwek
  • 50 g ciemnego cukru muscovado

dodatkowo:
  • 15 g niesolonych pistacji, bez łupinek

Masło, cukier, wanilię, sól, migdały i mąki umieścić w malakserze. Zmiksować. Dodać jajko, połączyć.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy, wyłożyć nim formę i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchym grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Dopiekać jeszcze 15 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Śmietanę, miód i sól umieścić w garnuszku, zagotować.
W tym czasie posiekać czekoladę. Zalać czekoladę wrzącą kremówką, wymieszać do jej całkowtego rozpuszczenia. Przelać ganache do formy, schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić w ćwiartki, śliwki na połowy, usunąć pestki. Ułożyć owoce w formie, równomiernie posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Owoce ułożyć na zastygniętym ganache, polać powstałym podczas pieczenia sosem. Posypać posiekanymi pistacjami, podawać.

Smacznego!


Jako, że przepis znalazłam w duńskiej gazecie, a wypełnianie ciast gęstym, czekoladowym kremem to zdecydowanie coś, co Duńczycy wręcz uwielbiają, dodaję go do akcji Ani

piątek, 27 października 2017

Jesienna tarta dyniowa. Nie tylko na Halloween

Już za kilka dni Halloween; jedno z moich ulubionych amerykańskich świąt. Cóż, tak naprawdę jedyne, z którym mam coś wspólnego. Przeciwnicy mogą sobie narzekać, ile chcą; ja i tak je uwielbiam! Co roku razem z C. zasiadamy przez telewizorem - Miasteczko Halloween Burtona to w ten dzień pozycja obowiązkowa. W tym roku rozważam rozszerzenie repertuaru - Gnijąca panna młoda, albo może stary, dobry Sok z żuka...? 
Do tego wycinanie lampionów z dyni - świetna zabawa, w dodatku pożyteczna, bo wnętrze można przecież dobrze wykorzystać. A dekoracja jest, jak się patrzy.

Oczywiście, trzeba sobie ten i tak już niesamowicie przyjemny czas umilić czymś słodkim. Jakoś w tym roku nie szaleję z dynią (a za chwilę trzeba się będzie przecież zabrać za pierniczki!), ale dwie sztuki przerobiłam na puree, które sukcesywnie wykorzystuję. Całkiem sporą ilość wrzuciłam ostatnio do cudownie jesiennej tarty; która, przy odrobinie wyobraźni, na Halloween też się nada.

Przepis znalazłam w najnowszym numerze Bage og sylte, nr 5/2017 i od razu wiedziałam, że będę musiała go wypróbować. Połączenie kruchego, lekko migdałowego ciasta z dyniowo-cynamonowym nadzieniem wróżyło lepiej niż dobrze. I nie zawiodłam się! Spód jest świetny, nie rozpada się i rewelacyjnie zachowuje kruchość, nadzienie jest kremowe, lekko karmelowe, cynamonowe i... Dyniowe. Czyli wszystko to, czego oczekiwałam. 

Skuście się, nawet jeśli idea Halloween jest Wam obca. Zawsze znajdzie się jakaś inna okazja, żeby upiec pyszną tartę dyniową. Ot, choćby październik sam w sobie...

Tarta dyniowa


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 30 cm)

ciasto kruche:
  • 150 g zimnego masła
  • 90 g cukru
  • 1 jajko
  • 170 g mąki pszennej
  • 80 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
wypełnienie:
  • 500 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 1 żółtko
  • 100 g ciemnego cukru muscovado
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 ml syropu klonowego
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
dodatkowo:
  • 1 białko
  • 1 łyżka cukru
Mąkę, migdały i cukier wymieszać. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 60 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolę lub kamyki do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. kolejne 12-15 minut.

Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem, odstawić do lekkiego przestudzenia.

Jajka i żółtko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, syrop klonowy i cynamon, połączyć. Na końcu dodać puree z dyni, wymieszać. Wylać masę na przestudzony spód.

Podpiec w 180 st. C. przez 15 minut.

Pozostałe ciasto cienko rozwałkować, wyciąć dynie i listki. Wyjąć ciasto z piekarnika, ułożyć na nim dekoracje, posmarować pozostałym białkiem i posypać cukrem.

Piec kolejne 15-20 minut w 170 st. C. uważając, żeby ciasto zbyt się nie przyrumieniło.

Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Ja tymczasem marzę o choćby kilku promykach słońca.
U Was też szarość zdominowała świat...?

piątek, 20 października 2017

Weselne toasty po duńsku. I żółciutka tarta z kurkami

Niezwykle istotnym elementem duńskiego wesela są toasty. I to nie byle jakie, nie proste i oczywiste w stylu Za zdrowie państwa młodych!. Duńskie toasty to całe przemowy; historie poznania, wspólnego życia, wspominki i obserwacje. 

Muszę przyznać, że ten element wesela bardzo mnie stresował. Dlatego już kilka miesięcy wcześniej postanowiłam zabrać się do dzieła. Najpierw zapytałam C., co ja właściwie mam powiedzieć. A on, zawsze tak skory do pomocy i uczynny, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: Co chcesz
Jasne. Nieco zdegustowana takim obrotem sprawy, usiadłam przy kuchennym stole z czystą kartką i długopisem, i zaczęłam myśleć.
Przez pół godziny zapisałam całą stronę. Było trochę skreśleń i poprawek, adnotacje i przypisy, ale muszę przyznać, że byłam z efektów całkiem zadowolona. Szczególnie, że pisałam po angielsku; uznałam go bowiem za najbardziej uniwersalny język. Polski nie wchodził w grę - C. i jego rodzina, czyli większość gości, nic by nie zrozumiała. Z tych samych powodów odpadł duński - tu moja Rodzinka nie wiedziałaby zupełnie, o co chodzi. Po niemiecku w temacie umiem powiedzieć tylko Ich liebe dich, mein Schmetterling, co nie do końca odkrywa głębię moich uczuć. No i brzmi tak, jakbym miała ochotę kogoś zjeść. 

Tak więc, wstęp przemowy miałam skończony. Później pracowałam, wypadło to to, to tamto, przygotowania do ślubu pochłonęły mnie niemal całkowicie, przyjechali Rodzicie i pozostali polscy goście i... Był piątkowy wieczór przed wielkim dniem. A ja nadal miałam tylko wstęp. Nawet chciałam się zaszyć w jakimś kącie i spróbować dopisać coś jeszcze, ale nie było mi dane. W końcu zrobiło się późno, za chwilę trzeba było wstawać i... Stwierdziłam, że jednak pójdę na żywioł.
Ale kartkę ze wstępem pieczołowicie zapakowałam do torebki i kazałam pilnować Młodej po groźbą utraty głowy, a przynajmniej narażenia się na wiązankę, która z ust panny młodej w dniu jej ślubu z pewnością wyjść nie powinna.

Na pierwszy ogień poszedł mój Tato. W krótkich, żołnierskich słowach wyraził uznanie i życzył nam wszystkiego najlepszego. C. z kolei wzruszył się niesamowicie i ze łzami w oczach dziękował gościom i rodzicom, a także opowiadał o tym, jakim to jest szczęściarzem (no ja myślę!). Mój Teść przełożył przez ramię ślubną chustę (która na każdym z wesel jego dzieci służyła mu do ocierania łez) i wspomniał o nieśmiałej Polce, która wślizgnęła się do rodziny nie powodując większego zamieszania, ale wypełniła ich kuchnię głośnym śmiechem, a życie jego syna miłością. Wszyscy, którzy zrozumieli, ukradkiem ocierali oczy.

W końcu przyszła mojej kolej. Odpowiedzialny za trzymanie wszystkiego w ryzach i lekko już pijany, mój ulubiony kuzyn C. podszedł do mnie i wyszeptał do ucha, że po deserze mam być gotowa. Wzięłam głęboki oddech, i stwierdziłam, że będę. Pięć minut później okazało się, że lody potrzebują jeszcze chwili, więc przemowę mam wygłosić przed deserem. Jonas ścisnął mnie za ramię, życzył szczęścia... I zapowiedział pannę młodą. Wydobyłam z torebki kartkę (Młoda spisała się na medal), wstałam, odchrząknęłam znacząco i zaczęłam...
Trochę zerkałam na to, co tak pieczołowicie wcześniej napisałam; gdy skończyłam wstęp, kartkę wyrzuciłam i kontynuowałam, wywołując kolejne salwy śmiechu i totalne zaskoczenie moich gości. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę, opowiadając o naszym pierwszym, niezwykle romantycznym spotkaniu, gdy C. z górą brudnych talerzy próbował zachować równowagę, a ja pędziłam gdzieś ze ścierką i mopem pod pachą. 
Już po wszystkim zebrałam całe mnóstwo gratulacji, a brat C. stwierdził, że czegoś takiego to on się po mnie nie spodziewał. No cóż, ciche myszki też potrafią. Muszą tylko chcieć.

Mnie za to najbardziej zaskoczył fakt, że moja młodsza, tak mało podatna na wzruszenia Siostra, zalała się łzami.
Po wszystkim dałam C. soczystego całusa i usiadłam z policzkami zaczerwienionymi z emocji i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I choć wyszło świetnie, to cieszę się, że akurat tego powtarzać nie muszę.

Tymczasem mam dla Was przepis na idealnie jesienną tartę z kurkami.
W końcu udało mi się kupić koszyczek w cenie wołającej o pomstę do Nieba, ale czego nie robi się dla tego smaku... I choć oczyszczanie tych żółto-pomarańczowych grzybków to droga przez mękę, to warto. 
Przepis znalazłam na blogu Kolorowy Talerz, i zmieniłam nieznacznie proporcje, żeby pasował do większej formy. Wyszło bosko - kruchutkie ciasto wypełnione śmietanowo-jajeczną masą i grzybkami, których delikatny smak nie został niczym zakłócony, a tylko podbity dzięki dodatkowi białego wina i tymianku. Mówię Wam - coś wspaniałego! Do tego lekka, zielona sałata z winegretem i kieliszek dobrego białego wina. Idealny zestaw na romantyczną kolację w pierwszą miesięcznicę ślubu.

Tarta z kurkami, tymiankiem i białym winem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

spód:
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 200 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 1 białko

nadzienie:
  • 400 g kurek
  • 1 cebula
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g twardego, wędzonego sera
  • 3 gałazki tymianku
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • sól
  • pieprz

Mąki, sól, masło, jajko i żółtko umieścić w malakserze, zmiksować. Po łyżce dodawać wody, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji.
Ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, przełożyć do fromy, odpowiednio przyciąć.
Schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i obciążyć.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec przez kolejne 15 minut w 180 st. C.
Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem.

Kurki oczyścić, opłukać, osuszyć. Większe przekroić na połówki lub ćwiartki.
Cebulę pokroić w drobną kosteczkę.

Na patelni rozgrzać masło, zeszklić cebulę. Dodać kurki. Smażyć, aż cały płyn odparuje. Wlać białe wino, smażyć nadal, aż alkohol odparuje. Posolić.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, ser i listki tymianku, doprawić solą i pieprzem.

Na przestudzony spód wyłożyć kurki, zalać masą jajeczno-śmietanową.

Piec w 160 st. C. przez 25 minut, aż masa jajeczna się zetnie.
Podawać na ciepło.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend - nie macie pojęcia, jak się cieszę! Ostatnio jestem ledwo żywa; praca naprawdę daje mi się we znaki. A za pasem Święta, czyli ruch w interesie będzie coraz większy. Uff...

wtorek, 19 września 2017

Ostatnie tchnienie lata: tarta z malinami i morelami

Dłuższą chwilę mnie tutaj nie było, prawda...? Ale tym razem mam naprawdę dobre usprawiedliwienie - w podróży poślubnej po prostu nie wypada spędzać czasu przed ekranem komputera, choćby nie wiem jak bardzo miało się ochotę podzielić z Wami wrażeniami. A uwierzcie - tych jestem pełna; pomysłów na posty nie zabraknie mi przynajmniej do końca roku. Mam tylko jeden problem - od czego zacząć...?
Hmm... Myślę, że żeby nie popadać w rutynę - spróbuję od końca.

Do domu wróciliśmy już tydzień temu, ale okazuje się, że człowiek w ostatnich dniach urlopu nie ma czasu na leniuchowanie. Trzeba było wyprać wszystkie ubrania z podróży (a przez dwa tygodnie trochę się tego nazbierało), a także pościele, ręczniki i wszystko to, czego przed wyjazdem wyprać nie zdążyłam. Jak w zegarku więc co dwie godziny i piętnaście minut schodziłam na dół żeby wymienić zawartość pralki. I tak przez trzy dni...
Poza tym siostra C. wraz z małżonkiem postanowili wyprawić wspólne urodziny, a że przez ponad trzy tygodnie nic nie piekłam zawzięłam się, i przygotowałam tort. Taki porządny, z marcepanowymi dekoracjami i kremem maślanym. Pokażę Wam go przy innej okazji. 

A wczoraj wróciłam do pracy.
Oj, ciężko było wstać o wpół do czwartej nad ranem... Szczególnie, że teraz słońce wschodzi dopiero po szóstej, więc nie tylko wstaję, ale całą drogę odbywam w całkowitych ciemnościach. Razem z niemal nieustannym deszczem działa to na mnie, muszę przyznać, dość depresyjnie. Szczególnie po dniach spędzonych w słonecznej i ciepłej Barcelonie. Na szczęście koledzy nie zawiedli i w sposób jednoznaczny wyrazili ukontentowanie z mojego powrotu; były i całusy, i uściski i wyrazy nadziei, że moje małżeństwo będzie trwałe, a co za tym idzie, potrzeba tak długiego urlopu po raz kolejny nie zaistnieje.

Tymczasem powoli na nowo rozgaszczam się w mojej kuchni. Odnajduję lekko zaniedbane ścieżki i właściwie proporcje. Połączenia smaków, do których tak lubię wracać i te zupełnie nowe, które sprawdzą się albo i nie.
Zaskoczył mnie fakt, że w Danii jest już jesień. I to nie ta złota, stonowana, która pozwoli pomału się przestawić. Jest szaro, buro i deszczowo, a gdy rano na termometrze zobaczyłam siedem stopni powyżej zera, odruchowo szczelniej otuliłam się szalem. W sklepach królują śliwki, gruszki i dynie, a pierwszym, co z niemal pietyzmem włożyłam do koszyka, było opakowanie świeżych, soczyście fioletowych fig. I tak, to zdecydowanie są moje smaki, niecierpliwie przecież czekam na pierwsze kasztany, ale... Gdzie lato, gdzie truskawki, maliny, porzeczki...? Gdzie ciepłe wieczory w ogrodzie, ogniska i kiełbaski nad nimi pieczone? Nie zdążyłam się tego roku tym wszystkim nacieszyć; pogoda nie dopisała, owocom zabrakło słodyczy, a ja czuję tak wielki niedosyt, że ciężko mi się z obecnym stanem rzeczy pogodzić. Co robić...?
Upiec ciasto!

Mam dla Was jeszcze letnią tartę, z malinami, morelami i boskim kremem budyniowym, pod którym ukryłam cienką warstwę obłędnej masy orzechowej. A wszystko to zapiekłam na cudownie kruchym cieście. Prosta, pełna słońca tarta, która z pewnością uczyni niejedno deszczowe popołudnie odrobinę bardziej znośnym.

Tarta z kremem budyniowym i owocami


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa orzechowa:
  • 50 g złotego syropu
  • 40 g grubo zmielonych orzechów włoskich
  • 20 g masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczka ekstraktu z wanilii

krem budyniowy:
  • 110 g serka mascarpone
  • 60 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 jajko
  • 30 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 25 g cukru

dodatkowo:
  • 100 g malin
  • 3 morele

Mąkę przesiać, wymiezać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a nastpęnie rozterzeć palcami na kruszonkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce prze 30-45 minut.

Ciasto gęsto nakłuć widelcem. Przykryć papierem od pieczenia, obciążyć kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Podpiekać kolejne 10 minut w 180 st. C.

W tym czasie przygotować masę orzechową.
Orzechy, syrop, masło,jajko i ekstrakt umieścić w garnuszku. Zagotować, a następnie podgrzewać przez 5 minut, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje. Jeszcze ciepłą masę orzechową równomiernie rozprowadzić na kruchym spodzie.
Odstawić.

Mascarpone, kremówkę, jajko, budyń i cukier roztrzepać tylko do połączenia składników. Wylać na masę orzechową. Na wierzchu ułożyć połówki moreli i maliny.

Piec w 160 st. C. przez 20-25 minut, aż masa się zetnie.
Ostudzić, schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Przez następne tygodnie będę pisać o ślubie i tych wszystkich wspaniałych miejscach, które miałam okazję odwiedzić. 
I choć było wspaniale, to wiecie co...? W domu też jest dobrze...

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

niedziela, 16 lipca 2017

Oszukane lato i tarta z rabarbarem

Jest połowa lipca. Kalendarz nie kłamie (choć bardzo bym chciała). Niby nie jest zimno, niby słońce się czasem pokaże, ale... To jednak nie to. 
Pamiętam, że w lipcu owoce zawsze były słodkie i smakowały słońcem. Można się było wygrzewać w słonku do późnego popołudnia, a wieczorami wkładać sweter tylko dlatego, że komary cięły niemiłosiernie. Letnie burze przychodziły i odchodziły, zostawiając po sobie rześkie powietrze i kolejne ciepłe dni. I owszem, słyszało się narzekania na upały, ale tak naprawdę, w głębi ducha, wszyscy się nimi cieszyliśmy. W końcu było lato! Jak niby miałoby wyglądać...?

W tym roku lata nie ma. Nie takiego, jakie pamiętam. Zima była błotnista i ciepława, teraz kolejna pora roku zawiodła swoim niezdecydowaniem. Zjadłam w tym roku zaledwie jedną naprawdę słodką truskawkę, co samo w sobie jest wystarczająco rozczarowujące. Na dodatek skończyły się tak szybko, że w zasadzie nie zdążyłam się nimi nasycić. Jakiekolwiek by nie były...

Na szczęście rabarbar w ogródku ciągle pokazuje, co potrafi. W zeszłym tygodniu ogołociłam oba krzaczki niemal zupełnie, w tym znowu zielone liście przypominają parasole. Zerwałam więc kilka, żeby przygotować tartę. Skoro nie mogę mieć prawdziwego lipca, będę udawać, że to nadal maj.

Przepis znalazłam w książce Nordisk bagebog Miisy Mink, i spodobał mi się od razu. Kruchutkie ciasto, kwaskowe nadzienie z głębokim, dymno-karmelowym posmakiem cukru muscovado, a do tego chrupiąca, owsiana kruszonka. Banalne wręcz składniki łączące się w idealną całość.

Tarta z rabarbarem i owsianą kruszonką


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:

  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 85 g cukru 
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
nadzienie:

  • 300 g rabarbaru
  • 2 łyżki ciemnego cukru muscovado
kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych
  • 60 g cukru
  • 50 g miękkiego masła
Mąkę z proszkiem przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na koło nieco większe niż średnica formy. Wyłożyć ciastem formę, odstawić.

Rabarbar pokroić na kawałki, wymieszać z cukrem. Odstawić.

Cukier wymieszać z płatkami owsianymi. Dodać masło, zagnieść kruszonkę.

Na spód wyłożyć rabarbar, wierzch posypać kruszonką.

Piec w 200 st. C. przez 30 minut, aż kruszonka nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

wtorek, 13 czerwca 2017

Najważniejsza suknia w życiu kobiety i najprostsze ciasto z truskawkami. Galette

Nigdy bym nie pomyślała, że zwariuję na punkcie kiecki. 

W ogóle do tego całego ślubnego zamieszania podchodzę z pewnym dystansem i zdrową dozą ironii. Niech dowodem na to będzie fakt, że po suknię wybrałam się trzy miesiące przed planowanym zamążpójściem, co w dzisiejszym świecie jest po prostu nie do pomyślenia. Okazało się bowiem (co przyjęłam nie tylko ze zdziwieniem, ale też pewną grozą), że panny młode suknie wybierają minimum rok wcześniej! Na tę nowinę uniosłam brew i przyjrzałam się uważniej pani Ani sądząc, że już na wstępie ze mnie pokpiwa, a tak się przecież nie godzi. 
Jednak nie. Pani Ania była absolutnie poważna, i ona również wpatrywała się we mnie zgrozą przejęta. Westchnęła ciężko, po czym wręczyła mi katalog i nakazała wybranie modeli, które mi się podobają. Zanotowałam więc szybciutko z sześć pozycji zaznaczając, że pierwszą widziałam na stronie i to właśnie ona przekonała mnie, żeby ten akurat salon odwiedzić jako pierwszy. 

Pani Ania zaprowadziła mnie do przebieralni, dała halkę z wielkim kołem, po czym przyoblekła mnie w największą suknię, jaką kiedykolwiek na sobie miałam. Moje jęki skwitowała krótkim stwierdzeniem, że dzisiejsze suknie są bardzo lekkie, a następnie zapędziła mnie przed ogromne lustro. A tam... Stanęłam jak wryta. To była nie tylko najpiękniejsza suknia, jaką widziałam, ale też idealnie do mnie pasowała. Do teraz jestem głęboko przekonana, że projektantowi musiałam się przyśnić, bo czy możliwe jest, żeby ktoś sam z siebie uszył moją wymarzoną suknię ślubną...? Koronkowy dekolt, króciutki rękawek, przedłużony stan i dół, który zawróciłby w głowie każdej kobiecie. A do tego wszystkiego tren! Mówię Wam, poczułam się jak księżniczka. A jak jeszcze moją frywolną tego dnia fryzurę pani Ani przyozdobiła welonem widziałam, jak Mamuni zakręciły się w oczach łezki. 
A potem spojrzałam na metkę, i mój zachwyt ustąpił czystemu przerażeniu...

Czując się w obowiązku, przymierzyłam pozostałe suknie z listy, podziękowałam pani Ani i ruszyłam na podbój kolejnych salonów. Łącznie przymierzyłam z piętnaście sukienek, z czego jedna była też w porządku, ale tańsza od tej wymarzonej o zaledwie trzysta złotych... A gdy wchodzimy w grube tysiące, taki drobiazg nie robi już przecież różnicy.

Wróciłam do domu z mieszanymi uczuciami. Co robić...? Wydać na wymarzoną suknię worek pieniędzy, czy szukać dalej wiedząc, że drugiej takiej nie ma...? Gryzłam się potwornie. Zazwyczaj dość twardo stąpam po ziemi, a fatałaszki nie robią na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Owszem, lubię kupić sobie nową sukienkę, ale tę założę przecież tylko raz! Ciężka sprawa, nie ma co...

Po kilku bezsennych nocach i długich dyskusjach nie tylko z sobą samą, podjęłam męską decyzję. Zadzwoniłam do pani Ani, umówiłam się na spotkanie i... Kupiłam suknię! A raczej zamówiłam, bo teraz muszą sprowadzić mój rozmiar, a później tu zwężyć, tam poszerzyć... I choć poczułam wyraźną różnicę w ciężkości mojego portfela, to poczułam się też lżej na duszy. W końcu ślub bierze się raz w życiu (kto w dniu ślubu zakłada inaczej, chyba jednak powinien zrezygnować z małżeństwa), więc jak szaleć, to szaleć. Najwyżej przez następny miesiąc będziemy jeść tylko chleb...

Póki co jednak śmierć głodowa nam nie grozi, zapraszam więc na wyjątkowo pyszną tartę z truskawkami.
Pomysłem na wspólne gotowanie było tym razem ciasto kruche w towarzystwie najpopularniejszych czerwcowych owoców. Nie miałam jednak zbyt dużo czasu, a i zawartość lodówki jest, powiedzmy, ciągle dość skromna (po wakacjach brakuje nam motywacji na porządne zakupy i uzupełnienie zapasów). Stwierdziłam więc, że galette będzie idealna. Bajecznie prosta, szybka i zaskakująco pyszna. Ciasto pozostaje kruche, owoce są słodkie i miękkie, a całość oprószona cukrem pudrem wygląda nader zachęcająco.
Brak większej ilości truskawek uzupełniłam rabarbarem - prosto z ogródka!

Truskawkowe smakołyki na kruchym cieście znajdziecie też u Ani i Mirabelki.

Galette z truskawkami i rabarbarem


Składniki:
(na niewielką tartę)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
nadzienie:
  • 225 g truskawek
  • 140 g oczyszczonego rabarbaru
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżka mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na koło o średnicy około 28 cm. 

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić na ćwiartki. Rabarbar pokroić na plastry grubości 1 cm.
Owoce wymieszać z cukrem, mąką i kardamonem. Wyłożyć na środek ciasta, zostawiając 5 cm od brzegu. Brzegi ciasta zawinąć na owoce, delikatnie przyciskając.

Piec w 180 st. C. przez 35 minut.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Teraz moim jedynym zmartwieniem w kwestii sukni jest utrzymanie stałej wagi aż do sierpnia. Wcinam więc drugi już kawałek ciasta - w końcu nie mogę schudnąć, prawda...?

czwartek, 8 czerwca 2017

Komizm sytuacyjny i tarta z botwinką

Muszę przyznać, że powrót do pracy łatwy nie był. Dziesięć godzin naprawdę dało mi się we znaki; łydki mnie bolą, ręce mnie bolą, głowa też mnie boli (co będzie sobie, skubana, żałować...?). Mimo wszystko jednak jestem zadowolona; pod koniec pracy, gdy nastąpiło już pewne rozluźnienie świadomością, że czego nie zrobi się dzisiaj, zrobi się jutro, razem z Mette płakałyśmy ze śmiechu. Dosłownie. Czerwone jak buraki, zalane łzami, wzbudzałyśmy ogólną wesołość. A jeden z kolegów tylko nas napędzał, wydając z sienie odgłosy, które i na sawannie, i w wielkim mieście, mogłyby wzbudzić niepokój. 
To jedna z takich chwil, których nie można ubrać w słowa; komizm sytuacyjny, który po fakcie śmieszy tylko tych, którzy byli przy całym tym ambarasie obecni.

Wam też zdarzają się takie chwile...?

Tymczasem zapraszam Was na zupełnie wyjątkową tartę. Wyjątkową dla mnie, gdyż botwinki nie jadłam od wieków!
Jak to się dziwnie w życiu składa... Gdy mieszkałam w Polsce i botwinkę w sezonie miałam na wyciągnięcie ręki, zupełnie mnie nie kusiła. Teraz, gdy jej zdobycie graniczy z cudem, ślinię się do monitora na widok tych wszystkich pyszności, które koleżanki blogerki z botwinką przygotowują. Jako souvenir z Polski przywiozłam więc sobie nie tylko dwa kilogramy prawdziwego twarogu, ale też dwa pęczki botwinki. Dzisiaj pokażę, co przygotowałam z pierwszego.

Tematem wspólnego gotowania była tym razem botwinka w towarzystwie młodych ziemniaczków i koperku. Czyż nie brzmi rozkosznie...? Tak właśnie pomyślałam, i czym prędzej zabrałam się za szukanie przepisu na tartę (że musi to być tarta, nie miałam najmniejszych wątpliwości). Idealną propozycję znalazłam u Małgosi; jedyne co, to zamieniłam rozmaryn na koperek.
Wyszło bosko! Tarta jest cudownie wiosenna, ma piękny, różowo-zielony kolor, smakuje wybornie i naprawdę potrafi nasycić. Dla nas stanowiła pełnoprawny obiad z dodatkiem sałatki ze szpinaku, ale jak ktoś nie może się obyć, może podać do niej na przykład filety z kurczaka. Choć nawet C., zaśniedziały mięsożerca, stwierdził, że nic jej więcej nie trzeba.

Smakowite przepisy z tym kuszącym trio znajdziecie również u Ani, Mirabelki, Malwinny i Pati.

Tarta z botwinką, ziemniaczkami i koperkiem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 27 cm)

kruchy spód:
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 75 g zimnego masła
  • 2 łyżki zimnej wody
farsz:
  • 1 pęczek botwinki
  • 500 g młodych ziemniaków
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki oleju
  • 3 jajka
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 1 pęczek koperku
  • sól
  • pieprz
Mąkę przesiać, wymieszać z solą i cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Po łyżce dodawać wodę, zagnieść gładkie, nielepiące się ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzonym ciastem wylepić formę, formując brzeg. Nakłuć ciasto gęsto widelcem.

Podpiec w 180 st. C. przez 12-15 minut.

W tym czasie wyszorować ziemniaki (młodych nie trzeba obierać), pokroić je w dość drobną kostkę. 
Buraczki pokroić na ćwiartki lub połówki jeśli są bardzo małe. Łodyżki pokroić na kawałki o długości 3 cm, liście porwać.

Na patelni rozgrzać olej, wrzucić ziemniaki, posolić, podsmażać 5 minut, aż się zeszklą. Dodać buraczki, smażyć jeszcze 3 minuty. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i łodyżki botwinki, smażyć jeszcze chwilę. Na końcu dodać liście, podgrzewać około 1 minuty, zdjąć patelnię z palnika.

Jajka i creme fraiche roztrzepać, dodać posiekany koperek, doprawić solą i pieprzem.

Na podpieczony spód wyłożyć ziemniaki z botwinką, zalać masą jajeczno-śmietanową, równomiernie rozprowadzając koperek.

Piec w 180 st. C. przez około 25 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Was zostawiam z tartą, a sama idę do łóżka. W końcu za niecałe siedem godzin trzeba wstać...

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rokitnik w cieście. I o ekscytacji ogrodnictwem

Już prawie dwa tygodnie temu zabraliśmy się za działania w naszym skromnym ogródku. Poszliśmy na całość, kupując spore ilości nasionek i sadzonek, a także kilka skrzynek, doniczki i ziemię. Poskładanie wszystkiego, sianie i sadzenie zajęło nam dwa dni. A teraz - czekamy... Codziennie robimy przynajmniej dwa obchody, żeby sprawdzić, czy coś zaczyna się dziać. Pierwszy zielony koniuszek wyłaniający się z ziemi w jednej z donic doprowadził nas niemal do ekstazy! A niespodziewany, wtorkowy śnieg i prawdopodobny nocny przymrozek przyprawił o drżenie serca - czy aby bazylia to wytrzyma...? Nadal nie mam pojęcia, czy coś z tego będzie, ale muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, że ogrodnictwo może być tak emocjonujące. Mówię Wam - praca w służbach specjalnych to przy tym pikuś.

O egzaminie, do którego podchodziłam w lutym, niemal już zapomniałam. Dlatego ze zdziwieniem stwierdziłam, że na opublikowanie ciągle czeka ostatni z przepisów, który na tę okazję przygotowałam. Myślałam sobie, że świetnie się sprawdzi jako propozycja nietypowego mazurka, ale sami wiecie, jak to u mnie w tym roku z Wielkanocą było... Przepis podaję więc teraz - może ktoś skusi się na tartaletki...? (Zachwyca mnie fakt, że zmieniając jedno słowo można zupełnie zmienić charakter dania.)

Zadaniem było suche ciastko - czy jednoporcjowy deser, który poza lodówką może stać kilka dni, nic ze swoich walorów smakowych i estetycznych nie tracąc. Nie chcąc prezentować czegoś oklepanego, jak malinowa krajanka czy ciasteczka Kaja (kiedyś dokładniej Wam o nich opowiem), szukałam przepisu pasującego do mojego tematu: jesieni. I wtedy pomyślałam o rokitniku - kwaskowym, intensywnie pomarańczowym i owocującym właśnie na jesień. Klasyczna tarta cytrynowa z bezą, po delikatnym tuningu, stała się tartaletkami z rokitnikiem. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!
Słodko-kwaśna, prosta, a jednocześnie naprawdę efektowna. No i może być mazurkiem, jeśli komuś spodoba się taka fantazja.

A Wy, jakbyście nazwali te smakołyki...?

Tartaletki z curdem z rokitnika i bezą włoską


Składniki:
(na 12 tartaletek o średnicy 6 cm)
  • 110 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 130 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli

curd z rokitnika:
  • 200 g rokitnika
  • 20 ml wody
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

beza włoska:
  • 1 białko
  • 165 g cukru
  • 60 ml wody

Masło rozpuścić, podgrzewać, aż nabierze brązowego koloru i zacznie orzechowo pachnieć. Dodać cukier puder i sól, wymieszać, podgrzewać aż cukier się rozpuści. 
Zdjąć garnuszek z palnika, dodać mąkę, wymieszać najpierw łyżką, a następnie zagnieść ciasto dłońmi.
Ciastem wylepić foremki.

Piec w 175 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić.

Rokitnik z wodą zagotować, przetrzeć przez sitko. Masę bez pestek z powrotem przełożyć do garnka, dodać cukier, jajko, żółtka i mąkę, dokładnie wymieszać. Zagotować, dolać olej i gotować jeszcze 2-3 minuty.
Przetrzeć przez sitko, wyłożyć nadzienie na ostudzone spody, ostudzić.

Cukier i wodę zagotować. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., zacząć ubijać białko. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C., powoli wlewać go do białka, cały czas ubijając. Ubijać nadal, aż beza całkowicie wystygnie.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki, wyciskać na tartaletki. Opalić za pomocą panika do creme brulee.

Smacznego!

Ja tymczasem coraz niecierpliwiej czekam na prawdziwą, ciepłą wiosnę. Nie mam już serca do zimowego płaszcza i czapki...

czwartek, 9 lutego 2017

Śnieg, spacery i smsy o niestosownej porze. Oraz tarta z czerwonymi pomarańczami

Nagle budzi mnie dźwięk telefonu. Wyrwana z głębokiego snu, zdezorientowana, z przerażeniem myślę, że to już wpół do siódmej. Zerkam na zegarek; nie, dopiero dwie minuty przed północą. Oddycham z ulgą. Co to jednak w takim razie było...? Zmrużonymi oczami wpatruję się w zbyt jasny ekran. Sms. Od szefa. I jak tam? Brakuje ci czegoś...?

Z głębokim westchnieniem odkładam telefon na nocny stolik, odwracam się na drugi bok i zapadam w te dziwne krainy, na których opisanie brakuje mi słów.

Rano myślę o tym, że tak, wiem doskonale, że o tej porze jest już w pracy i być może mu się nudzi, ale żeby tak zaraz do ludzi pisać...? Oj, będziemy musieli poważnie porozmawiać...

Między zajęciami, croquembouche, tortem Sachera i klasycznym czarnoleskim, a obiadami, które nieznacznie różnią się wyglądem, za to smakiem zupełnie nie, wychodzę na spacery. Szuram butami w śniegu po kostki, z lubością wdycham świeże, mroźne powietrze. Obserwuję na wpół zamarznięty strumień i psy hasające po polu. Każdego kolejnego dnia zaczynam w miejscu, w którym poprzednio przerwałam. Ciekawe, jak daleko zajdę? I co powstrzyma moją dalszą wędrówkę...?

Dzisiaj mam dla Was przepis bardzo prosty, a jednocześnie niezwykły. Zadziwiające, jak tak banalne składniki, jak masło, jajka i cukier, dzięki odrobinie wyobraźni, mogą zmienić się w coś tak pysznego.
Kruche ciasto na bazie palonego masła jest niesamowite. Lekko orzechowe, niesamowicie chrupiące i po prostu doskonałe. Z tego przepisu skorzystam jeszcze nie raz. 
Nadzienie to zwykły, banalny curd, najczęściej podawany w wersji cytrynowej. Tu kwaśne cytrusy zastąpiły ich krwistoczerwone, słodkie kuzynki. Dzięki temu tarta zyskuje piękny, różowy kolor i wprost uwodzicielski smak. Nie mogłam oprzeć się dokładce...

Ze względu na swoją uroczą barwę, świetnie nada się na zbliżające Walentynki. Ale jeśli macie już plany, nic straconego - mazurek też z niej będzie doskonały.

Przepis z bloga White on rice couple.

Tarta z kremem z czerwonych pomarańczy na spodzie z palonym masłem


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 110 g masła
  • 50 g cukru
  • 185 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli

curd z czerwonych pomarańczy:
  • 20 g mąki kukurydzianej
  • 150 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 6 jajek
  • 2 żółtka
  • skórka otarta z 3 czerwonych pomarańczy
  • 300 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • 110 g zimnego masła

dodatkowo:
  • cukier puder

Najpierw przygotować spód:
Masło pokroić w kostkę, włożyć do garnka. Rozpuścić, a następnie podgrzewać, aż zrobi się jasno brązowe i zacznie pachnieć orzechowo. Dodać cukier, wymieszać, aż niemal całkowicie się rozpuści. Dodać sól i mąkę, dokładnie połączyć. 
Ciastem wylepić formę, formując brzegi. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

W tym czasie przygotować krem:
Mąkę, cukier, sól, jajka, żółtka, sok i skórkę z pomarańczy umieścić w garnku. Podgrzewać, często mieszając, aż się zagotuje i nabierze konsystencji budyniu. Po kawałeczku dodawać zimne masło, cały czas mieszając.
Przetrzeć przez sitko.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem. Położyć na cieście papier do pieczenia, wysypać fasolkami. 

Piec w 175 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 175 st. C.

Na gorący spód wyłożyć krem, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez około 15 minut.
Ostudzić.

Schłodzić tartę w lodówce, najlepiej przez całą noc.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przede mną ostatnie popołudnie w internacie. Jutro o tej porze myślami już będę w domu...

wtorek, 25 października 2016

Ciasteczka z pajęczyną

Uff... Nie ma lekko. Powrót do pracy niemal już dwa tygodnie temu zupełnie ograbił mnie z czasu tak zwanego wolnego. W momencie, kiedy człowiek po trzynastu godzinach wraca do domu i konstatuje, że za sześć i pół godziny musi znowu wyjść, żeby zdążyć na czas, a w perspektywie jest kolejny dzień pracy nie krótszy niż godzin dziesięć, odechciewa się wszystkiego. Gorący prysznic działa wtedy jak balsam na znękane całodniowym staniem ciało, a nagrzane zawczasu łóżko w wywietrzonym do temperatur polarnych pokoju jest najbardziej kuszącym miejscem pod słońcem. Nieważna kolacja czy pogawędka przy stole; liczy się tylko ta chwila snu, którą można wyrwać przed natrętnym głosem budzika. 
Jednym słowem - przez dwa tygodnie żyłam jak zombie wśród halloweenowych tart i muffinów, które gapiły się na mnie wytrzeszczonymi, przekrwionymi oczami (z czekolady i kremu maślanego; żebyście nie pomyśleli, że z tego zmęczenia już mi zupełnie odbiło). Na szczęście nikt mnie nie kupił i nie postawił jako dekoracji przed domem; choć, szczerze mówiąc, wydaje się to być niezwykle odprężająca opcja.

Jednocześnie dotarło do mnie, że Halloween już za chwilę; został niecały tydzień! A ja w polu. Szybko więc zakasałam rękawy, i wrzucam pierwszą propozycję. Proste, kruche ciasteczka, z intrygującym smakiem cytrynowo-cynamonowym, w polewie czekoladowej i z krzywymi pajęczynami na wierzchu - ale przecież ma być strasznie, prawda...?
Ciasteczka robi się i piecze szybciutko, a do dekorowania można zagonić domowników. Niektórym ten sposób spędzenia wolnego popołudnia z pewnością przypadnie do gustu. A jak nie, to trudno; czasem trzeba poświęcić się dla idei.

Ciasteczka cynamonowo-cytrynowe z pajęczyną


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 225 g mąki pszennej
  • 40 g cukru pudru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 150 g zimnego masła
  • 1 żółtko

polewa czekoladowa:
  • 150 g czekolady mlecznej
  • 75 g ciemnej czekolady (75%)
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)

lukier:
  • 30 g białka
  • 150 g cukru pudru

Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać ze skórką cytrynową i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na grubość 3 mm, wycinać szklanką koła. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Czekoladę posiekać. Kremówkę zagotować, zalać czekoladę, wymieszać do jej całkowitego rozpuszczenia. Gdy polewa zacznie tężeć, posmarować nią ciasteczka.
Odstawić do zastygnięcia.

Cukier puder przesiać, utrzeć z białkiem na gładki lukier. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, żeby powstała mała dziurka.
Na zastygniętej polewie rysować pajęczyny. Odstawić do całkowitego zastygnięcia.

Smacznego!

Pozytywnym zdarzeniem w zeszłym tygodniu był zakup czapki. Cieplutkiej, popielatej, pasującej do czerwonego płaszcza i brązowej kurtki. 
Czapki z pomponem.
Koniec świata nadchodzi, jestem pewna.

piątek, 21 października 2016

O wyższości samochodu nad transportem publicznym. I urodzinowe ciasteczka

Gdy byłam w klasie maturalnej, wszyscy nagle zaczęli robić prawo jazdy. Jeszcze przed osiemnastką - żeby na urodziny odebrać nowiutki, pachnący dokument. Ja, jak zwykle, stanęłam w poprzek i stwierdziłam, że to nie mój czas. Po pierwsze prowadzenie auta mnie przerażało - patrzenie przed siebie, w lusterka, a do tego zmiana biegów. I oczywiście inni kierowcy, którzy często jeżdżą jak jak wariaci. Do tego patrzyłam na sprawę praktycznie - nie jeździłabym wcale, albo okazjonalnie. Bo i po co, skoro szkoła pod nosem? Za dużo też słyszałam historii o tych, którzy zdali egzamin, przejechali się raz czy dwa, a później zapomnieli, że mają prawo jazdy na lat pięć, dziesięć czy dwadzieścia. Po tym czasie zwyczajnie się bali usiąść ponownie za kółkiem - i ja się im wcale nie dziwię. Prawa jazdy więc nie zrobiłam, i pozwalałam się wozić niczym panna Daisy.
W końcu jednak znalazłam się w takim momencie swojego życia, że prawo jazdy nie tyle okazałoby się przydatne, ile stało się niezbędne. Zacisnęłam więc zęby, i poszłam kurs. Egzamin zdałam przy trzecim podejściu; przy pierwszym spojrzałam w lewo niedostatecznie ostentacyjnie, przy drugim - sama już nie pamiętam, co poszło nie tak. Gdy po trzeciej próbie egzaminator oświadczył, że zdałam, patrzyłam na niego oczami jak złotówki, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Kiedy w końcu spojrzał na mnie znad okularów i spytał: Wysiądzie pani, czy mam zmienić zdanie?, wystrzeliłam z elki niczym pocisk.
Od tamtej por jeżdżę dużo i chętnie. Szczerze mówiąc - uwielbiam prowadzenie auta samo w sobie, a także możliwości, jakie daje. Człowiek jest tak cudownie niezależny, że łatwo się tym zachłysnąć. Trzy miesiące po egzaminie wsiadłam w samochód i pojechałam do domu na Wigilię. Rodzice nie mogli wyjść ze zdumienia, gdy stanęłam na progu ich mieszkania. Przejechanie dziewięćset pięćdziesięciu kilometrów zajęło mi trzynaście godzin, bo w nocy przed odjazdem spadł śnieg. I to nie jakiś tam byle jaki, tylko konkretny; kilkanaście centymetrów. Gdy dotarłam na miejsce, byłam zmordowana i niesłychanie z siebie dumna. Powiem Wam w tajemnicy, że do tej pory czuję niejaką dumę na myśl o tamtej przygodzie. I lekkie przerażenie - dzisiaj bym tego nie powtórzyła. Znaczy się - nadal jeżdżę do Polski, nie tylko na Święta, ale teraz mam zdecydowanie więcej doświadczenia i oleju w głowie. Cóż, młodość ma swoje prawa. Dzisiaj mogę się tylko uśmiechać.

Od tamtej pory od samochodu się uzależniłam. Gdy więc odmawia współpracy, dostaję niemal apopleksji. Tym razem zepsuł się w odpowiednim momencie - o ile taki w ogóle istnieje. Do szkoły pojechałam pociągiem, a pan mechanik miał cały tydzień, żeby go zreanimować. Udało się, i teraz znów jeździ jak marzenie.

Tu jednak dochodzimy do meritum - przez ponad półtorej godziny podróży pociągiem zastanawiałam się, dlaczego ludzie wybierają transport publiczny? Nie jest tańszy (no dobrze, odrobinę. I, mając samochód, trzeba liczyć nie tylko paliwo, ale też ubezpieczenie, koszty napraw itd. Jeśli jednak w aucie będą dwie osoby, a nie jedna, koszty rozkładają się tak, że nie jest drożej nawet z dodatkowymi opłatami). Zdecydowanie nie jest wygodniejszy ani szybszy (tu znowu dygresja. Pociąg jedzie szybciej niż auto, ale do tego pociągu trzeba się jeszcze jakoś dostać. Jeśli w grę wchodzi kilkadziesiąt kilometrów, zostaje autobus, który jedzie zdecydowanie wolniej niż samochód. I dochodzi czas na przesiadki, które czasem zabierają godziny, bo nic do niczego nie pasuje). Trzeba pilnować godzin odjazdów i dojazdów, znaleźć właściwy peron i znosić współpasażerów podróży, którzy kradną miejsca, chociaż są ponumerowane.
I gdy widzę w telewizji reklamy i zachęty do korzystania z transportu publicznego, tylko uśmiecham się pod nosem. Bo wiem swoje, tak samo zresztą jak większość społeczeństwa. 

A Wy? Jaki macie stosunek do samochodów, pociągów i autobusów?

Szóstego października, późno w nocy, urodził się kolejny członek rodziny C. Jego siostra została szczęśliwą mamą malutkiego Willadsa, który bez trudu zdobywa serca wszystkich, którzy choćby raz na niego zerkną. Gdy dumna babcia wręczyła mi zawiniątko z maleństwem, po prostu rozpłynęłam się nad nim z rozkoszy. Jest przeuroczy, i aż wzdychałam z zachwytu.

Gdy kilka miesięcy temu urodziła się mała Astrid, dostała ode mnie ręcznie dekorowane ciasteczka. Oczywiście, dla nowego maluszka też musiałam jakieś przygotować. Ponieważ jego mama przepada za marcepanem, zamiast dekorować je lukrem, użyłam właśnie migdałowej masy, zabarwionej, oczywiście, na niebiesko. Ciasteczka spotkały się z uznaniem i zachwytem, polecam więc je i Wam. Ciasto kruche rozwałkowałam cieniutko, ciasteczka więc dość szybko łapią wilgoć z dżemu i miękną. Nic nie szkodzi - nadal smakują wybornie. 
Spróbujecie?

Ciasteczka migdałowe z marcepanem


Składniki:
(na około 50 sztuk)
  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g migdałów
  • 200 g zimnego masła
  • 2 żółtka

dodatkowo:
  • 200 g dżemu morelowo-jabłkowego
  • 500 g marcepanu plastycznego
  • niebieski barwnik spożywczy w paście

Mąkę przesiać, wymieszać z migdałami solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami na kruszonkę. Dodać żółtka, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z ciasta kulę, spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą. Schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, podsypując mąką. Wykrawać kółka i serduszka, lub inne kształty. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 7-10 minut, do zrumienienia.
Ostudzić na kratce.

Dżem zmiksować  blenderem na gładko.
Marcepan zabarwić na niebiesko, rozwałkować na grubość 2-2,5 mm. Wykrawać kółeczka i serduszka o rozmiar mniejsze od ciastek, wycisnąć na nich napisy stempelkami.
Ciastka smarować cienką warstwą dżemu, układać marcepan, delikatnie dociskając.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Za pasem weekend, u mnie, niestety, pracujący. A w perspektywie trzy torty na chrzciny, z czego dwa z Kubusiem Puchatkiem. Oj, będzie się działo...