Pokazywanie postów oznaczonych etykietą limonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą limonka. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 listopada 2017

Najlepsze ciasteczka imbirowe i kolacja z prawdziwego zdarzenia

Zupełnie niezaplanowana tygodniowa cisza na blogu popsuła mi kilka planów. No ale cóż - czasem trzeba po prostu brać to, co życie przynosi, i zamiast iść pod prąd, dać mu się ponieść.

Najpierw rewolucja w pracy - niespodziewanie odeszła jedna z koleżanek, więc nagle przybyło nam sporo dodatkowych obowiązków. Siedziałam więc w piekarni od rana do nocy (dosłownie!), i kiedy wracałam do domu, nie chciało mi się już nic. Nie miałam czasu ani piec, ani robić zdjęć, ani pisać. Obiecałam sobie jednak solennie, że w internacie nadrobię. Bo w końcu co innego miałabym tu robić...?
Najpierw, zamiast - tak jak planowałam - wyjechać w niedzielę wieczorem, zdecydowałam się na dodatkową noc we własnym łóżku, i wyruszyłam dopiero w poniedziałek nad ranem. A na miejscu - same problemy. Karta do pokoju za nic nie chciała działać; biegałam więc w tę i z powrotem niezliczoną ilość razy. Fakt, że za każdym razem dostaję pokój w najdalszym korytarzu, cenię sobie niezwykle za spokój i brak biegających tuż za drzwiami młodych ludzi; tym razem jednak pokonywanie tych wszystkich schodów i zakrętów okazało się niezwykle męczące. Dopiero po południu przyjechał specjalista, wziął sprawy w swoje zaprawione w bojach ręce, i wybawił mnie z kłopotu. W międzyczasie pierwsze zajęcia w lodowato zimnej sali (w zeszły piątek wysiadło ogrzewanie i póki co, nikomu nie spieszy się, żeby coś z tym zrobić), mnóstwo nowych twarzy, a także kilka znanych, z którymi trzeba było powymieniać wrażenia z ostatnich miesięcy. Później rozpakowywanie, kąpiel i... Padłam jak mucha tuż po dziewiątej. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie choćby najmniejszej iskierki pobudzającej do działania.

Wczoraj natomiast, razem z moją nową współlokatorką, załapałyśmy się na bardzo specjalny obiad. W części szkoły przeznaczonej dla gastronomów odbywał się pokaz ich sztuki kulinarnej - przygotowywali trzydaniowy posiłek dla swoich bliskich, pod czujnym okiem szefa kuchni. Trochę po znajomości, trochę czarującymi uśmiechami, udało nam się przekonać Aleksandra do przygotowania paru dodatkowych porcji.
Aj, dawno już nie jadłam takich pyszności, w dodatku tak pięknie podanych! Na przystawkę biała ryba (nie pamiętam już jaka konkretnie; chyba dorsz) z żółtymi buraczkami, chipsami z topinamburu, jadalną ziemią i majonezem o zachwycającym smaku. Danie główne to marynowana i długo pieczona w niskiej temperaturze cielęcina, glazurowane czerwone buraczki, sos z olejem koperkowym, buraczane puree z lukrecją (której na szczęście nie było czuć, choć podobno podbiła smak buraczków) i brukselką, a do tego zapiekany mus ziemniaczany z pietruszką. Na deser smażone w głębokim tłuszczu kuleczki ryżowe, sos wiśniowy, migdały, lody waniliowe, a to wszystko z dodatkiem oleju rozmarynowego.
Coś niesamowitego, mówię Wam! Dania jak z najlepszej restauracji - ale akurat temu nie można się dziwić, bo szef kuchni pracował wcześniej w jednej z tych najlepszych. Prawdziwy luksus. Do tego odrobina pasującego do poszczególnych dań wina - i udało mi się wpędzić C. w stan całkiem poważnej zazdrości. Nie o mnie rzecz jasna; o jedzenie...

Sami więc widzicie; dzieje się więcej, niż się spodziewałam, ale zamiast narzekać na szczegóły, które zdecydowanie w zachwyt mnie nie wprawiają, biorę wszystko z uśmiechem i zadowoleniem.
To chyba te zbliżające się Święta tak na mnie działają...

Dzisiaj mam dla Was kolejne duńskie ciasteczka - zdecydowany faworyt C. Stwierdził, że mają absolutnie fenomenalną konsystencję, i niemal siłą musiałam go od talerzyka odrywać. 
Słodkie, chrupiące z zewnątrz, a miękkie w środku, z nienarzucającym się posmakiem imbiru. Są boskie! W dodatku całkiem proste i szybkie w wykonaniu. 
Jestem pewna, że z przepisu z Julebag og knas, Familie Journal, nr 49/2015 jeszcze skorzystam, choć następnym razem z pewnością zwiększę proporcje. Mniam!

Chrupiące ciasteczka imbirowe


Składniki:
(na 30 ciastek)

  • 150 g mąki pszennej
  • 40 g cukru pudru
  • 20 g cukru perłowego
  • 2 kawałki imbiru w syropie
  • sok z 1/2 limonki
  • 125 g zimnego masła
  • 1 łyżka śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:

  • 2 łyżki cukru perłowego
Imbir drobno posiekać.
Mąkę wymieszać z cukrem pudrem i perłowym, dodać imbir, połączyć. Dodać pokrojone w kostkę masło, rozetrzeć palcami na kruszonkę. Dodać sok z limonki i śmietanę, szybko zagnieść ciasto.
Ciasto podzielić na pół, z każdej części uformować wałeczek o długości 45 cm, a następnie obtoczyć je w cukrze perłowym. Zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę (można przez noc).

Schłodzone ciasto pokroić na ciastka o długości 3 cm. Układać je na blasze wyłożónej papierem do pieczenia, zachowując odstępy.

Piec w 190 st. C. przez 10-12 minut, aż się zrumienią.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Przepis dorzucam do akcji Ani:

wtorek, 11 kwietnia 2017

Działkowanie. I babka limonkowa na maśle

Pogoda jest, jaka jest. Czyli trochę słońca, trochę deszczu, a do tego wiatr, który rozwiewa poły kurtek, szale i niepokorne warkocze. Mimo wszystko, ilość światła i temperatury cieszą mnie ogromnie - w końcu to dopiero połowa kwietnia! Rok temu ciągle jeszcze żyłam w obawie przed śniegiem i porannym skrobaniem szyb.

W związku z tym, postanowiliśmy na serio zabrać się za nasz ogródek. Kupiliśmy skrzynki i donice, całe litry ziemi i ilość nasionek i sadzonek, która przyprawia o lekki zawrót głowy. Zasadziliśmy (a może posialiśmy...? Nie jestem pewna; w końcu amatorszczyzną od nas wręcz bije) całe mnóstwo ziół: od klasycznych bazylii, tymianku i rozmarynu, po nieco mniej codzienny estragon i majeranek, aż do egzotycznych chilli oregano czy bazylii tajskiej. Swoje miejsce znalazły rzodkiewki, jagody goji (te będą rosnąć w szklarni), żółte maliny, porzeczki w dwóch kolorach i czerwony agrest. Na swoją kolej cierpliwie czekają cukinie (czyżbym w tym roku po raz pierwszy miała przygotować nadziewane kwiaty cukinii...?), cebulki i kilka gatunków (a może rodzajów...?) chilli. Truskawki już dawno rozpleniły się aż w dwóch skrzynkach, rabarbar winny i truskawkowy (ten to będzie musiał mieć fantastyczny kolor!), mam nadzieję, wypełnią kolejną, a malusieńkie poziomki dopiero pokazują pierwsze listki.
Wszystko jest tak ekscytujące, że aż dech mi zabiera. 
Jeśli choć połowa da jakieś owoce, będę w siódmym niebie.
A teraz biegnę wypełniać ziemią kolejne skrzynki - cukinie same się nie posieją (a może zasadzą...?).

Czy jest coś bardziej wielkanocnego od baby? Chyba nie. Oczywiście, drożdżowa klasyka wiedzie tutaj prym. Ja jednak ostatnio jestem zajęta pracą i działkowaniem, i brakuje mi czasu na mozolny proces przygotowywania babki drożdżowej. Sięgnęłam więc po prosty przepis z Moich wypieków na zwykłą babkę ucieraną. Duża ilość masła nadaje jej wyjątkowego, maślanego smaku, który doskonale przełamuje kwaskowa nuta limonki. Babeczka jest cudownie mięciutka, pachnie bajecznie i pozostaje wilgotna przez kilka dni.
Swoją posypałam po prostu cukrem pudrem, a i tak wygląda pięknie. Choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby polać ją limonkowym lukrem - będzie wtedy prawdziwą królową wielkanocnego stołu.

Babka maślano-limonkowa


Składniki:
(na formę z kominem o pojemności 2,5 l)
  • 250 g miękkiego masła
  • 180 g cukru
  • 4 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • skórka otarta z 4 limonek
  • 150 ml soku z limonki

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z solą, odstawić.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. dodać skórkę z limonki, połączyć. Następnie na zmianę partiami dodawać mąkę i sok z limonki, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Piec w 160 st. C. przez około 60 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15 minut, przełożyć na talerz do góry spodem i zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Ja tymczasem jestem w trakcie, również dość żmudnego, procesu przygotowywania paschy. Takiej od podstaw, z samodzielnie wykonanym twarogiem.

Zagotowanie dwóch litrów mleka tak, żeby się nie przypaliło, zabiera zaskakująco dużo czasu...

wtorek, 17 stycznia 2017

Na rozgrzanie: pikantna zupa z kurczakiem

Jesteście przesądni...?
Ja niby nie. Ale mam wrażenie, że od czasu do czasu miewam przebłyski nerwicy natręctw. Zdarza się, że przejdę całą drogę do sklepu, nie następując na łączenia płytek. Często nerwowo szukam niemalowanego, żeby odpukać jakieś wyimaginowane nieszczęście. Bywa, że waham się już z dłonią na klamce, czy aby na pewno bezpiecznie będzie wejść do ciemnego pokoju...
Nie mam pojęcia, skąd to się bierze, i czy może właściwie powinnam udać się z tym do specjalisty...? 

W każdym razie chodzi o to, że miniony piątek był piątkiem trzynastego. Przerażający, owiany złą sławą piątek, którego staramy się wystrzegać, jak tylko możemy. Niestety, nieubłagany kalendarz raczy nas takimi niechcianymi piątkami od czasu do czasu, pozostawiając właśnie nam to, jak się z nimi obejdziemy.

Niektórych nie rusza to zupełnie. Są całkowicie odporni na zabobonne lęki, nie wierzą w duchy i przesądy. Piątek trzynastego traktują jak każdy inny, czyli powolny wstęp do weekendu. Chwała im za to!
Są też tacy, którzy czują lekkie mrowienie w koniuszkach palców już w czwartek po południu. Tego dziwnego dnia starają się unikać wszelkich potencjalnych niebezpieczeństw i zagrożeń, wypatrując ich na każdym kroku. Do północy siedzą na kanapie, pod kocem, i odliczają ostatnie sekundy, żeby wreszcie odetchnąć z ulgą. Bo teraz już przecież nic złego stać się nie może; prawda...?
Zdarzają się też ci, którzy ten dzień przeczekują schowani głęboko pod kołdrą, w pracy tłumacząc się zagrażającym życiu katarem. Bo jeśli tylko przekroczyliby próg mieszkania, ba! Własnej sypialni! To z pewnością skończyłoby się to katastrofą. Z fajerwerkami. Co prawda tych nieszczęsnych piątków przeżyli już kilkadziesiąt, a to, że nic się nie stało, tylko dowodzi słuszności ich tezy; póki siedzą pod kołdrą, są bezpieczni. Lepiej licha nie kusić i na zimne dmuchać...

A Wy? Boicie się piątku trzynastego...?

Tę zupę przygotowałam już jakiś czas temu. Wyszła pyszna: dość pikatna, sycąca i obłędnie aromatyczna. Idealnie rozgrzewa, gdy człowiek wraca do domu zmęczony po długim dniu pracy, gdy za oknami ciemności rozpanoszyły się już znowu na dobre, a ulubione puchate skarpetki są akurat w praniu. 
Chciałam podzielić się z Wami przepisem... I tu nastąpił problem. Bo za nic nie mogłam źródła rzeczonego przepisu znaleźć! Ubzdurałam sobie, że widziałam go w takim, a nie innym, magazynie. Przejrzałam więc prawie wszystkie numery, bez rezultatów. Gdy już zabierałam się do całej zabawy od początku, zauważyłam wystający róg Mad!, nr 10/2015. Pacnęłam się z rozmachem w czoło: oczywiście, że to tutaj!
Przepis znalazłam w kilka minut, szybciutko zanotowała źródło i czym prędzej dzielę się nim z Wami; zupa bowiem ta jest tak pyszna, że grzechem byłoby się nie podzielić.

Pikantna zupa z kurczakiem i mlekiem kokosowym


Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 800 g piersi z kurczaka (bez skóry)
  • 2 łyżki oliwy z chilli
  • 2 bananowe szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 cm kawałek świeżego imbiru
  • skórka otarta z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki karry (proszek)
  • 1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka mielonej kolendry
  • 1 l bulionu drobiowego
  • 800 g mleczka kokosowego
  • 3 suszone liście kaffiru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 g mrożonego bobu

dodatkowo:
  • pęczek kolendry
  • pęczek dymki

Kurczaka pokroić w kostkę, doprawić solą i pieprzem.
Szalotki pokroić w drobną kosteczkę. Zeszklić na oliwie, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i kurczaka. Smażyć, aż mięso się zrumieni. Zetrzeć na tarce imbir, dodać do kurczaka razem ze skórką z cytryny, kminem, kolendrą i karry. Smażyć jeszcze chwilę. Zalać całość bulionem i mleczkiem kokosowym, dodać liście kaffiru. Gotować przez około 10 minut.
Na końcu dodać bób, gotować jeszcze 5 minut. Doprawić do smaku skórką i sokiem z limonki oraz solą i pieprzem. Wyjąć z zupy liście kaffiru.

Zupę podawać gorącą, posypaną posiekaną kolendrą i dymką.

Smacznego!

Ja tymczasem popadam w marazm; już za dziewiętnaście dni znów idę do szkoły!

wtorek, 31 maja 2016

Romantyzmu niedosyt i bazyliowy sernik. Z truskawkami

W pracy słucham radia. Czy raczej może słyszę je - gdzieś w tle. (Znów ten problem; jak po polsku wyrazić różnicę między hear a listen?) Nie z własnej woli; po prostu zawsze ktoś wciśnie ten guzik; i czas jakoś przyjemniej płynie. Od czasu do czasu znów ktoś podejdzie i podkręci głos tak, że niemal nie słychać własnych myśli. Ten będzie nucił pod nosem, tamten śpiewał na całe gardło; na szczęście tylko refren, bo reszty nie zna.
Od czasu do czasu jednak skupiam się na muzyce (na ile to oczywiście możliwe). I tak w ucho wpadł mi stary (w końcu starszy ode mnie!) utwór The Police Every breath You take. Przytupywałam sobie do rytmu, aż nagle uderzyła mnie pewna myśl. Gdy utwór ten miał swoją premierę (a było to w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim), i później, w latach dziewięćdziesiątych, uchodził za piosenkę niezwykle romantyczną. Zakochany po uszy facet obserwuje każdy krok i oddech ukochanej. Która z nas by takiego nie chciała...?

Dzisiaj zostałby uznany za najzwyklejszego w świecie stalkera, a śledzona dziewczyna bez problemu dostałaby sądowy zakaz zbliżania się. 

Ot, dwudziesty pierwszy wiek. Całkowicie obdarty z romantyzmu.

Dzisiaj mam dla Was niby zwykłe ciasto, ale jednak zupełnie wyjątkowe.
Ot, sernik z truskawkami.
Choć już właściwie to powinno wystarczyć, aby wiele osób dostało niepowstrzymanego ślinotoku.
Kiedy jednak dodam, że masa serowa ma niepowtarzalny, bazyliowo-limonkowy smak... Część z Was wpadnie w zachwyt; reszta popuka się w czoła. Bazylia? W serniku? Kto to słyszał...?
A ja mówię Wam, że połączenie bazylii z truskawkami jest wyśmienite - czy to na słodko, czy na wytrawnie. Że serniki są pyszne, nie muszę chyba nikogo przekonywać... Ten miks był wygrany od samego początku.
Sernik jest bardzo delikatny, lekki i kremowy, o subtelnym bazyliowym smaku, przełamanym wyrazistą limonką. Do tego soczyste truskawki - i już.
Mi nic więcej do szczęścia nie potrzeba, a Wam...?

Inną wersję sernika z truskawkami znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Sernik bazyliowy z truskawkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 500 g ricotty
  • 100 g cukru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 pęczek bazylii
  • 2 jajka
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • zielony barwnik spożywczy w żelu
dodatkowo:
  • 200 g truskawek
Listki bazylii porwać, wrzucić do garnuszka, zalać kremówką. Zagotować, odstawić do ostygnięcia pod przykryciem. Odcedzić.

Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciastka drobno rozgnieść, wymieszać z masłem. Mieszankę ugnieść na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.
Ricottę, cukier, skórkę i sok z limonki, kremówkę, jajka i mąkę zmiksować na gładką masę. Ewentualnie dodać barwnik, połączyć.

Masę serową wylać na podpieczony spód. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół, pozbawione szypułek truskawki.

Formę wstawić do piekarnika razem z naczyniem wypełnionym wodą.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec kolejne 50 minut.
Ostudzić  piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Koloru, niestety, bazylia nie oddała, więc wspomogłam się barwnikiem spożywczym. Oczywiście, można go pominąć - wtedy smak sernika będzie jeszcze większym zaskoczeniem.

piątek, 20 maja 2016

Na niepogodę: brownie z malinami i zielonym pieprzem

Razem z Ptysią, spacerując, odwiedzamy nasze sekretne miejsca. Poziomki już kwitną, bez powoli zaczyna otumaniać zapachem (na razie tylko lilak, czarny ciągle jeszcze śpi), za to jeżyny póki co tylko straszą kolcami. Oj, już się na nie nie załapiemy...
Padła bowiem w końcu ostateczna data: osiemnastego czerwca dostaniemy klucze do naszego nowego domu. Trzeba więc wszystko dobrze zaplanować; szczęściarz C. dostał całe dwa tygodnie urlopu, ja musiałam się zadowolić raptem kilkoma wolnymi dniami. A tu sprzątanie, malowanie, przenoszenie, pakowanie... Mnóstwo tego! A z połowy pewnie nawet nie zdaję sobie jeszcze sprawy... Wiem póki co, że na moje piękne, nowe meble przyjdzie mi czekać niemal tydzień; ale nie szkodzi. Przynajmniej będę miała czas, żeby w miarę zreorganizować całą resztę. Niektóre czynności nieco mnie przerażają, inne frapują, ale większość cieszy i ekscytuje.
A fakt, że w moim własnym ogrodzie rośnie czarny bez, doprowadza mnie na skraj kulinarnej ekstazy.

Pogoda się popsuła. Znów jest chłodno, pochmurno i wietrznie. Zamiast więc lekkich serników na zimno i delikatnych ciast pełnych rabarbaru, sięgnęłam po przepis na brownie, który kusił mnie od dawna.
Przepis znalazłam na blogu Słodka magia od kuchni, i od razu zaintrygował mnie niecodziennym składnikiem: zielonym pieprzem. Jako wielka amatorka udziwnień wszelakich, nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Trochę czasu zajęło mi upieczenie ciasta, ale... Lepiej późno niż później.

Brownie wychodzi boskie! Ale nie ma się co dziwić; w końcu to niemal sama czekolada z jajkami. Ciężkie, klejące i intensywne, zadowoli każdego czekoholika. Do tego soczyste, słodko-kwaśne maliny, orzeźwiająca nuta limonki i pieprz, pozostawiający przyjemny, ostry smak na języku.
Zielony pieprz jest dużo łagodniejszy niż czarny; naprawdę świetnie tutaj pasuje. Jeśli jednak boicie się lub nie lubicie takich połączeń, śmiało możecie z niego zrezygnować. To brownie i tak zwali Was z nóg!

Brownie z malinami i zielonym pieprzem


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 230 g ciemnej czekolady (72%)
  • 165 g masła
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • skórka otarta z 2 limonek

dodatkowo:
  • 220 g malin
  • 1/2 łyżki zielonego pieprzu

Czekoladę posiekać, masło pokroić w kostkę. Rozpuścić, przestudzić.
Jajka i żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać przestudzoną czekoladę z masłem, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać przesiane mąkę i kakao oraz skórkę z limonki, wymieszać.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać maliny, posypać całymi ziarenkami zielonego pieprzu.

Piec w 175 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Z pozostałych białek postanowiłam przygotować różowiutkie makaroniki. Oczywiście - nie wyszły. Nie winię za to mojego braku umiejętności, ogólnego niechciejstwa, jakie mnie przed pieczeniem dopadło, czy niedokładności przy ubijaniu bezy. Wysoka wilgotność powietrza i zepsuty termometr nadadzą się do tego przecież równie dobrze.

czwartek, 24 marca 2016

Be green, czyli wiosenno-zielony mazurek

Jak ten czas pędzi! Dopiero co łamaliśmy się opłatkiem, a tu już najwyższy czas dzielić się jajkami. Sama nie wiem, gdzie mi ten czas uciekł. Mam wrażenie, że poza pracą i spaniem robię aktualnie niewiele więcej... Ale nie narzekam. Przecież właśnie tego chciałam. Poza tym w każdej niemal chwili czuję celowość moich działań; jedno z marzeń już wkrótce - odpukać! - powinno przybrać bardzo realne kształty. Niesamowicie jestem podekscytowana.

Dzisiaj mam dla Was mazurek. Zupełnie wyjątkowy, bo w cudownie zielonym kolorze. Matcha znów poszła w ruch; bardzo przypadł mi do gustu jej herbaciany smak, a barwę, którą nadaje, można by jeść oczami. 
Tym razem skorzystałam z przepisu Jagody. Od dawna mi się marzył ten mazurek, właśnie z uwagi na ten piękny, wiosenny kolor. Jego przygotowanie nie jest trudne, nie zajmuje też wiele czasu. A smak... Moi drodzy, to ciasto rozpływa się w ustach! Kruchutki, delikatny spód i cudownie kremowa, idealnie gładka masa. Jej słodko-herbaciany smak świetnie przełamuje limonka. Do tego chrupiące beziki, i będziecie w niebie. Gwarantuję!

Już dzisiaj chciałabym złożyć Wam świąteczne życzenia. Żebyście ten czas spędzili w rodzinnym gronie, spokojnie i wesoło, zapominając o troskach codzienności.

Wesołych Świąt!

Mazurek z matcha


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 150 g mąki pszennej
  • 20 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g zimnego masła
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka jogurtu greckiego

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g białej czekolady
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1/2 limonki
  • 1 łyżeczka herbaty matcha

dodatkowo:
  • herbata matcha
  • kilka bez

Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, dodać jogurt, zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na protokąt nieco większy od formy. Wyłożyć nim formę, formując brzeg. Schłodzić ponownie przez 30 minut.

Przed pieczeniem ciasto nakłuć widelcem. Przykryć papierem do pieczenia, a na ten wysypać fasolę lub kamyki do pieczenia.

Piec z obciążeniem przez 15 minut w 180 st. C.
Po tym czasie usunąć kamyki i papier.

Piec kolejnych 15 minut w 180 st. C.
Wystudzić.

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej. Ostudzić. 
Mascarpone zmiksować z czekoladą, następnie dodać skórkę i sok z limonki oraz herbatę. Zmiksować. 
Krem wyłożyć na całkowicie ostudzony spód. Schłodzić 1-2 godziny.

Przed podaniem oprószyć matchą i udekorować bezami.

Smacznego!


Poza sezonem możecie przygotować dokładnie takie samo ciasto, i nazwać je tartą.
Sprytnie, prawda...?

piątek, 18 marca 2016

Wiosennie zielona zupa z groszku

Była sobie wiosna... Że tak bezczelnie pozwolę sobie sparafrazować tytuł bajki, którą pamiętają pewnie tylko nieco starsi Czytelnicy. Dzisiaj już tylko mgła i nieprzyjemny wiatr nam zostały. Dobrze, że wczorajsze popołudnie wykorzystałyśmy z Ptysią na długaśny, niesamowicie przyjemny spacer. Słoneczko świeciło, ptaszki ćwierkały, trawa jakby zieleńsza się nagle zrobiła. Natchniona wiosennym stanem świata, przygotowałam szybką, zieloną zupę z groszku.

Przepis znalazłam na blogu Secret way to the kitchen już jakiś czas temu. Ujął mnie jej seledynowy, żywy kolor. Iście wiosenny, przywołujący na twarz szeroki uśmiech. Dodatek mięty zastopował nieco moje zapędy; troszkę się bałam, jak to będzie smakować. Działałam więc ostrożnie, żeby później na talerzu hojnie całość listkami mięty posypać. Pasuje tutaj wspaniale; orzeźwia i jakby wyostrza całość. Dlatego śmiało możecie dać jej więcej niż tylko trzy gałązki.

Krem z groszku z miętą i limonką


Składniki:
(na 4 porcje)

  • 750 g mrożonego groszku
  • 250 g ziemniaków
  • 2 cebulki dymki
  • 1 łyżka masła
  • 1 l bulionu
  • 3 gałązki świeżej mięty
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • sok z 1/2 limonki
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 4 łyżki jogurtu naturalnego
W garnku roztopić masło, dodać ziemniaki. Gdy wchłoną tłuszcz, zalać bulionem, dodać dymkę i gotować, aż ziemniaki zmiękną. Pod koniec gotowania dodać groszek i listki mięty, gotować jeszcze 10-15 minut.
Po tym czasie zupę zdjąć z palnika, zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać kremówkę, doprawić do smaku sokiem z limonki, solą i pieprzem.
Podawać na ciepło z kleksem jogurtu.

Smacznego!


Przepis przygotowywałam z myślą o akcji Pinkcake:

czwartek, 22 października 2015

Rozgrzewający krem curry

Zimno.
Rtęć w termometrze nie ponosi się już powyżej dziesięciu kresek, i chyba jakoś podświadomie uznałam to za znak zbliżającej się nieubłaganie zimy. Owijam się w swetry i szale, piję gorącą herbatę i staram się nie myśleć o tym, że odmrożone palce mogą po prostu odpaść. Wychodzę z Ptysią na spacer; idziemy do parku i nagle przenoszę się w zupełnie inny, piękny świat. Liście w odcieniach złota, żółci, czerwieni i głębokiego brązu powoli spadają z drzew, tańcząc na wietrze. Ich szum pod stopami przypomina mi dzieciństwo, gdy z radością wbiegałam w kopczyki liści i rozsypywałam je na boki. Na ulicy szurałam nogami (co do szału doprowadzało Babcię), żeby tylko usłyszeć ten cudowny szelest. 
Teraz za szuranie nikt już nie daje mi bury...

Z uśmiechem obserwuję moją psę, która zanurza nos między liście, fuka i śmiesznie podskakuje. Ona też lubi jesień. Choć spacery są coraz krótsze; chyba nawet ona, mimo coraz dłuższego futra, jednak marznie...

W domu czekają na nas smakołyki - na Tinę jej ulubione psie ciasteczka, na mnie - rozgrzewająca, lekko ostra zupa. Przepis znalazłam na blogu Something ordinary, i od razu oczarował mnie kolorem. Gdy zagłębiłam się w recepturę stwierdziłam, że będzie idealny na te chłodne popołudnia, gdy człowiek po powrocie do domu marzy tylko o tym, żeby rozgrzać przemarznięte wnętrze. A czym innym, jak nie zupą...? Ta ma w swoim składzie chilli (możecie dodać papryczkę razem z pestkami, jeśli lubicie ostre dania, lub pesteczki usunąć, aby uzyskać nieco łagodniejszą wersję) i pastę curry, które łagodzi mleczko kokosowe. Smak papryki przełamany jest kwaśną limonką i aromatycznymi przyprawami. Zupa podana z makaronem ryżowym syci na długo; drugie danie jest zupełnie zbędne.
Jeśli więc jesteście takimi zmarzluchami jak ja, koniecznie musicie wpisać ten krem do Waszego jesiennego menu.

Tajski krem curry


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 7 strąków czerwonej papryki
  • 1 łyżka oleju
  • 2 łyżeczki czerwonej pasty curry
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
  • 2 liście kafiru
  • 1/3 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1 cebula
  • 1 jabłko
  • 1 papryczka chilli
  • 700 ml wody
  • 400 ml mleka kokosowego (1 puszka)
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • sól

dodatkowo:
  • 250 g makaronu ryżowego
  • 1 papryczka chilli
  • pęczek kolendry

Papryki ułożyć na blasze.

Piec w 200 st. C. przez 30-40 minut, aż skórka zrobi się czarna.

Przełożyć papryki do miski, dokładnie zawinąć folią spożywczą i odstawić na 10-15 minut. Po tym czasie obrać papryki ze skórki i wyjąć pestki.

Cebulę pokroić w kostkę. Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne, pokroić na mniejsze kawałki. Papryczkę posiekać.
Na oleju rozgrzać pastę curry, kurkumę, mieloną paprykę i ziele angielskie. Dodać liście kafiru. Podgrzewać, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę, podsmażyć. Dodać jabłko i posiekane chilli, smażyć jeszcze 2 minuty. Dodać upieczone papryki. 
Całość zalać wodą, gotować 10-15 minut, aż jabłka będą miękkie.

Zdjąć zupę z palnika, wyjąć listki kafiru. Zupę zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać mleko kokosowe, sok z limonki i sos sojowy, wymieszać. Doprawić do smaku solą.

Makaron ryżowy przygotować według opisu na opakowaniu.

Zupę przed podaniem podgrzać (ale nie gotować). Podawać z makaronem ryżowym, pokrojonym w plasterki chilli i kolendrą.

Smacznego!

A jakie są Wasze ulubione jesienne rozgrzewacze...?

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zaręczyny, urodziny i makaroniki, czyli wszystko na raz

Wszystko, co dobre, szybko się kończy... Większość z nas przekonuje się o tym prędzej lub później (oby jak najpóźniej!). Tak też było z tegorocznymi letnimi wakacjami - dwa tygodnie zleciały błyskawicznie. I choć do skutku nie doszło wiele planów, to jestem bardzo zadowolona, a nieoczekiwane zakończenie sprawiło, że dziesięciogodzinna podróż do domu nie uwierała jak zwykle. Co się stało? Otóż po pysznym obiedzie bez deseru (w restauracjach zawsze na deser brakuje mi miejsca, niestety), C. padł na kolana, wzbudzając tym moje bezgraniczne zaskoczenie (serio!). Od piątku z lekkim niedowierzaniem noszę na palcu pierścionek, ciągle go obracam i dotykam, i zastanawiam się niekiedy, czy on naprawdę tak na poważnie... 
Razem z moim Ojcem rodzonym poszedł kupować pierścionek, i, uwaga, żaden się nie wygadał. Spiskowcy od siedmiu boleści! Ale niech już będzie... W końcu złapałam dech, zadzwoniłam do Mamy i radośnie oświadczyłam: Wychodzę za mąż! Na co ona, czego w zasadzie mogłam się spodziewać, spokojnie odpowiedziała: Dzisiaj? 
A godzina była dwudziesta druga trzydzieści... 

A poza tym dzisiaj mój Tato ma urodziny. Dlatego chcę mu życzyć dużo zdrówka, radości z dzieci, szczególnie pierworodnej, i w ogóle wszystkiego, co najlepsze. I z tej okazji właśnie chcę Wam pokazać moje ostatnie makaroniki, które wyszły jak malowanie. W końcu opanowałam mój piekarnik, i wszystko się udało, jak należy. Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie i lekko ciągnące w środku, z rozpływającym się w buzi i lekko kwaskowym kremem z wyraźnymi nutami limonki i mięty. Pomysł na krem zaczerpnęłam z książki Macarons, cupcakes, popcakes og andre søde kager Mii Öhrn, choć same makaroniki przygotowałam tradycyjnie, na bezie włoskiej. Moim zdaniem są dużo łatwiejsze, ale to oczywiście sprawa indywidualna.

Po francusku czy włosku, polecam Wam je ogromnie. Są pyszne i niesamowicie efektowne - czy ktoś mógłby się im oprzeć...?

Makaroniki limonkowo-miętowe


Składniki:
(na 20 złożonych makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • kilka kropli zielonego barwnika spożywczego w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 10 listków świeżej mięty czekoladowej
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 2 łyżki miodu
  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. 
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Czekoladę i miętę drobno posiekać. Umieścić w garnuszku razem z pozostałymi składnikami kremu; podgrzewać, cały czas mieszając, aż czekolada się rozpuści (nie gotować!). Ostudzić, przełożyć do woreczka cukierniczego.

Ostudzone makaroniki przekładać kremem, wstawić do lodówki. Najsmaczniejsze kolejnego dnia.

Smacznego!


O wrażeniach z wakacji będę jeszcze pisać, bo choć wiadome wydarzenie nieco przyćmiło wszystko inne, to zdarzyło się kilka miłych rzeczy i parę ciekawych dni.

piątek, 7 sierpnia 2015

Przedwakacyjne ciasto z borówkami

Z uwagi na różne sprawy, nasze wakacje w tym roku stały pod wielkim znakiem zapytania. Co się takiego działo (a właściwie dzieje nadal)? Po pierwsze, nowa praca C., w związku z którą ma dużo więcej obowiązków. Zanim się chłopak całkowicie ogarnie, jeszcze dłuższa chwila minie z pewnością. Póki co bywa, że pracuje po szesnaście godzin na dobę, ale póki twierdzi, że mu się podoba, jest w porządku. Po drugie - moje praktyki, a właściwie, póki co, ich brak. Szukam wytrwale, ale trafiłam w bardzo zły okres - wszyscy są na wakacjach. Mam nadzieję, że we wrześniu, gdy duńscy piekarze i cukiernicy wrócą z urlopów wypoczęci i radości, szczęście i do mnie się w końcu uśmiechnie (trzymajcie, proszę, kciuki). Po trzecie... No cóż, jest, ale wybaczcie - póki co to tajemnica... Zobaczymy, jak sprawy się ułożą, a być może już wkrótce podzielę się niespodzianką.

Mimo wszystko jednak, jakoś nam się to nasze, chaotyczne ostatnio życie, udało ogarnąć. Zaplanowaliśmy urlop, zarezerwowaliśmy hotel (bez możliwości darmowego anulowania rezerwacji - pełen hard core) i już jutro wieczorem jedziemy do Polski! Tak, tak, większość z Was marzy o zagranicznych wyjazdach, a dla mnie dwa tygodnie w kraju, w którym ludzie mnie rozumieją bez powtarzania wszystkiego trzy razy, to spełnienie marzeń. Dwa pełne tygodnie obiadków u Mamusi, gra w karty, dopóki nie zaczniemy ziewać na wyścigi, kręcenie lodów dla Rodzinki, zakupy, kino, kręgle, może jakaś wycieczka w nieznane (dla C.). Taki jest plan - luźny, niespieszny, bez terminów (poza fryzjerem - dla Ptysi, nie dla mnie); wakacje idealne...
W związku z tym dwa tygodnie na blogu również będą zdecydowanie spokojniejsze. Oczywiście, postaram się coś wrzucić, ale wiadomo, jak to jest na wakacjach - ostatnie, o czym człowiek myśli, to siedzenie przed laptopem (szczególnie, gdy przejdzie on w ręce mojego Ojca najlepszego, który ma zamiar zrobić z nim porządek, bo mu wiatraczek za bardzo buczy, jak na Skypie rozmawiamy; no i dlatego, że go ładnie o to poprosiłam). Mam nadzieję, że o nas nie zapomnicie. Jak już wrócę, obiecuję wrześniowe dyniowe szaleństwo - mam cała listę przepisów do wypróbowania, która w zasadzie ciągle się powiększa...

A zostawiam Was z pysznym ciastem, które C. pochłania w ilościach wręcz przerażających, tak mu zasmakowało. Znalazłam je w Cukierni Lidla Pawła Małeckiego, i muszę przyznać, że już na zdjęciach bardzo mi się spodobało. Gdy kupiłam pół kilo borówek w bardzo zachęcającej cenie, od razu zabrałam się do dzieła.
Kruche ciasto wyszło naprawdę cudownie kruche, ale nie kruszące się. Budyniowa pianka jest lekka i delikatna, a owoce nadają ciastu przyjemnej wilgoci i soczystości. Muszę przyznać, że mi również naprawdę zasmakowało i myślę, że spróbuję przygotować je po raz kolejny, z innymi owocami (marzą mi się czerwone porzeczki...). W każdym razie - polecam Wam je ogromnie, szczególnie, że akurat mamy pełnię jagodowego sezonu, a te kuleczki prosto z lasu sprawdzą się w tym cieście znakomicie zamiast amerykańskiego odpowiednika.

Puszysty placek borówkowy

Składniki:
(na formę o wymiarach 22x30 cm)

ciasto:

  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g zimnego masła
  • 50 g cukru pudru
  • 6 żółtek
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 20 g kakao
lekka pianka waniliowa:

  • 6 białek
  • 180 g cukru
  • 100 g masła
  • 120 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • sok z 1 limonki
dodatkowo:

  • 500 g borówek amerykańskich
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtka, zagnieść gładkie ciasto. Podzielić je w proporcji 1/3 - 2/3.
Do większej części ciasta dodać kakao, dobrze zagnieść.

Z każdej części ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 1,5-2 godziny.

Formę do pieczenia wyłożyć papierem. 
Wyjąć ciemne ciasto z lodówki, zetrzeć na tarce, do formy, lekko uklepać.

Podpiec w 180 st. C. przez 18 minut.
Przestudzić.

W tym czasie przygotować piankę:
Masło rozpuścić i przestudzić.
Białka ubić na sztywno, pod koniec dodając partiami 90 g cukru. Następnie powoli wlać sok z limonki. Pozostały cukier wymieszać z proszkiem budyniowym i cukrem waniliowym. Powoli wsypywać do bezy, miksując na najniższych obrotach. Na końcu wąśkim strumieniem wlać przestudzone masło, mieszając trzepaczką. 

Piankę wyłożyć na podpieczony spód, na niej równomiernie rozłożyć borówki. Na wierzch zetrzeć jasne ciasto.

Piec w 180 st. C. przez 50-55 minut, aż wierzch nabierze złocistego koloru.
Ostudzić.

Smacznego!

No dobrze, to może ja się już zacznę pakować...? Lista jest, skrupulatnie uzupełniana co jakiś czas, ale ten delikatny lęk, że jednak czegoś zapomnę, nie chce zniknąć...

piątek, 1 maja 2015

Wiosennie zielona zupa ze szpinaku i awokado

Wygląda na to, że duński maj (a przynajmniej pierwsza jego połowa) będzie bardziej deszczowy niż słoneczny. Troszkę mnie to martwi z uwagi na wycieczkę klasową, która odbędzie się pod znakiem chodzenia. A jeśli człowiek moknie i marznie, takie spacery są średnio przyjemne... Ale - czego się nie robi dla odwiedzenia kilku restauracji i cukierni...

Nie tak dawno temu jednak pogoda nas przez chwilę rozpieszczała (chwilę tę trzeba było później, o zgrozo,  odpracować przy porannym skrobaniu szyb); kiedy więc u Pomidorowej Ani zobaczyłam przepis na obłędnie zielony krem ze szpinaku i awokado, ochoczo zabrałam się za gotowanie.
Zupę przygotowuje się szybko i prosto, nawet za wiele kroić nie trzeba. Smakuje jak wiosna - szpinak z czosnkiem zawsze stanowią zgrany duet, awokado nadaje jej niezwykle kremowej konsystencji, a słodycz mango sprawia, że danie ma naprawdę wyjątkowy charakter. Ja się nie mogłam jej oprzeć, i mało brakowało, a zjadłabym też porcję C. Gwarantuję, że taki krem wprawi Was w doskonały, wiosenny humor - już sam, niezwykle intensywny kolor, zachwyca. A smak - moi drodzy, to po prostu niebo na podniebieniu!
Zupa wyszła mi bardzo gęsta - ja takie lubię, ale zawsze można dolać więcej bulionu, tak, żeby jej konsystencja Wam odpowiadała.

Krem ze szpinaku i awokado z mango

Składniki:
(na 2 porcje)
  • 300 g szpinaku
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 cebula dymka
  • 1 łyżka masła
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki serka mascarpone
  • 1 awokado
  • sól
  • pieprz
  • 200 ml bulionu

dodatkowo:
  • 1 mango
  • 2 łyżki serka mascarpone

Czosnek przecisnąć przez praskę, dymkę posiekać razem ze szczypiorem. Podsmażyć w garnku na maśle, dodać szpinak, podsmażać kilka minut. Dodać bulion, gotować na małym ogniu przez kilka minut. Zdjąć z palnika, dodać sok z limonki, mascarpone i pokrojone w kostkę awokado. Zmiksować wszystko na gładki krem, doprawić do smaku solą i pieprzem, ewentualnie dolać bulionu, jeśli zupa byłaby zbyt gęsta.

Podawać na ciepło lub zimno serkiem mascarpone i pokrojonym w kostkę mango.

Smacznego!

Oczywiście wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, i w całym miasteczku nie mogłam znaleźć ani jednego listka mięty. Zawiedziona, postanowiłam zupę ugotować tak czy siak - kusiła mnie bowiem niesamowicie. 
Nie wiem, jak smakowała z miętą, za to mogę Was zapewnić, że bez niej - wspaniale.

piątek, 3 kwietnia 2015

Wesołych Świąt! I tort z galaretką z cydru

Czas pędzi nieubłaganie. Dopiero co pochowałam ozdoby choinkowe do pudeł i schowałam je na dnie szafy, a tu już trzeba wyciągać zajączki i jajeczka. Jedyne, co nie bardzo się zmieniło, to pogoda - w Boże Narodzenie było szaro, zimno i pochmurno; wyglądając za okno w tej chwili, moim oczom ukazuje się widok niezwykle podobny. Ale - kto by się przejmował pogodą? Najważniejsze to, że mamy chwilę wolnego, gdzie można zwolnić i odsapnąć, spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, posiedzieć przy stole zastawionym pysznościami i po prostu razem pobyć. W tym roku Wielkanoc spędzam w Danii; w niedzielę udamy się na świąteczny brunch (jak to modnie brzmi!) do siostry C., gdzie mam zamiar zaserwować kilka niecodziennych słodkości. Intensywna produkcja rozpoczęła się już dzisiaj, ale na blogu przepisy pojawią się dopiero po Świętach (może komuś przydadzą się w przyszłym roku). 

Zresztą, na moim stole już od paru tygodni królują typowo wielkanocne wypieki - babki, mazurki, serniki. Tylko na paschę czasu zabrakło, niestety...
Dzisiaj mam dla Was coś wyjątkowego, trochę innego, nietradycyjnego. Zaczęło się od tego, że C. z szerokim uśmiechem wyręczył mi dwa granaty i stwierdził, że na pewno przygotuję z nich coś pysznego. Jasne, tylko co...? Granatów nie używam zbyt często (błąd - pyszne są przecież!), bo są owocem nieco problematycznym... Trzeba do nich wymyślać specjalne ciasta i desery, bo ani za jabłka, ani za truskawki uchodzić nie mogą. Wymyśliłam więc sobie, że ich smak doskonale skomponuje się ze słodyczą białej czekolady. Moja wyobraźnia pogalopowała dalej, zahaczając o świeże, pyszne mango. Biszkopt był wyborem oczywistym, a galaretka na wierzchu chyba mi się przyśniła... Niemniej, wyszedł z tego całkiem zgrabny torcik, a owoce zatopione w przezroczystej galaretce wyglądają zjawiskowo. Połączenie niemal krwistej, rubinowej czerwieni granatów z intensywną żółcią mango zachwyci chyba każdego. Smakowo całość wypadła również bardzo dobrze - słodszy krem, lekko kwaśny granat, wszystko miękkie, delikatne i rozpływające się w ustach. Może zdecydujecie się na taki niecodzienny wypiek? A jeśli nie na Święta - to może na najbliższe urodziny...?

Tort z białą czekoladą, granatem i cydrową galaretką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej

nasączenie:
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki cydru bzowego

krem:
  • 500 ml śmietany kremówki
  • 150 g białej czekolady
  • ziarenka z 1 granatu

galaretka:
  • 500 ml cydru
  • 5 łyżeczek żelatyny
  • 3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • ziarenka z 1/2 granatu
  • 1 mango

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 25-35 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić. Brzegi odkroić ostrym nożem, kiedy ciasto będzie już zupełnie ostudzone.
Przekroić na pół.

Sok z limonki wymieszać z cydrem. Nasączyć oba blaty.

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, powoli wlewać całkowicie ostudzoną czekoladę, cały czas miksując. Odłożyć 3-4 łyżki kremu, resztę wymieszać z nasionkami granatu.

Ułożyć blat ciasta na paterze, zapiąć obręcz tortownicy. Równomiernie wyłożyć krem z granatem, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Wierzch posmarować pozostałym kremem. Ułożyć pokrojone w plasterki mango, posypać ziarenkami granatu. Schłodzić w lodówce.

W tym czasie przygotować galaretkę.
Żelatynę zalać wodą. Cydr mocno podgrzać, zdjąć z palnika. Dodać żelatynę, wymieszać aż do jej całkowitego rozpuszczenia. Ostudzić.

Tężejącą galaretkę wylać na ciasto, schłodzić, aż zupełnie zastygnie.

Smacznego!

Ponieważ to już ostatni wpis przed Świętami, chciałabym życzyć Wam cudownej Wielkiej Nocy, spędzonej z rodzinami. Zapomnijcie o idealnie wysprzątanym mieszkaniu, o jajkach jak spod igły, skupcie się na celebrowaniu i zapamiętywaniu tych wspaniałych chwil.

Wesołych Świąt!

wtorek, 17 marca 2015

Sernik z musem bazyliowym dla Patryka i Zbigniewa

Po zdecydowanie za krótkiej niedzieli, znów wpadliśmy z C. w rytm mijania. Wracam ze szkoły, wręczam mu klucze do auta razem z szybkim całusem, i C. wychodzi do pracy. Nie więcej niż dziesięć minut. A niedługo i to zostanie nam odebrane, bo C. wczoraj właśnie podpisał nowy kontrakt. Wiąże się on z całą masą przywilejów, takich jak służbowe auto, telefon i laptop, własne biuro (z oknem!) i stałą miesięczną pensją. Razem z tym całym dobrem przychodzi również mnóstwo nowych obowiązków, szkolenia i kursy. Dla mnie w praktyce oznacza to, że będę miała auto tylko dla siebie (koniec z nerwowymi powrotami do domu, tudzież nużącymi podróżami pociągiem i autobusem), ale chyba będę musiała sobie zdjęcie C. wydrukować, żeby przypadkiem nie zacząć krzyczeć, gdy niespodziewanie wróci do domu, a ja będę przekonana, że to włamywacz.
No dobrze, trochę za bardzo narzekam. Tak naprawdę bardzo się cieszę, bo i C. się cieszy. Nowa praca, nowe wyzwania, coś ciekawszego i pasjonującego. Chłopak jest lekko nerwowy, ale jednocześnie bardzo podekscytowany - a skoro on jest zadowolony, to ja też. Poza tym wychodzi na to, że będzie miał wolne weekendy, więc będziemy mieli czas, żeby nadrobić cały tydzień sporadycznych tylko spotkań.

Dzisiaj natomiast mamy dzień św. Patryka, czyli irlandzkie święto narodowe. Na świecie znane jest z powodu swojej barwy - w tym dniu wszystko w Irlandii jest zielone. Razem z Lejdi, Martynosią i Mopsikiem postanowiłyśmy również, symbolicznie, to święto uhonorować. Z tego powodu w naszych kuchniach zagościły dzisiaj zielone dania - koniecznie sprawdźcie, co dobrego przygotowały dziewczyny.

Ja mam dla Was zielony, a właściwie lekko seledynowy sernik. Jego kolor mnie zachwycił, a gdy przeczytałam na Kwestii Smaku, że otrzymuje się go z pomocą bazylii wiedziałam, że będę musiała go zrobić. Długo się do tego zbierałam, ale w końcu jest - dzień świętego Patryka i nadchodząca Wielkanoc do doskonałe okazje. 
Sernik jest mocno cytrynowy, i nieco tłumi delikatny smak musu bazyliowego. Niemniej, nuta bazylii jest w smaku wyczuwalna, i sprawia, że ciasto staje się naprawdę wyjątkowe. No i ten kolor - mi się ogromnie podoba. Ten delikatny seledyn to zasługa tylko zmiksowanych listków bazylii - jeśli zależy Wam na intensywniejszej barwie, można dodać odrobinę barwnika.

Moim zdaniem ten sernik idealnie nada się również na wielkanocny stół - musicie przyznać, że wyglądem wprost zachwyca.

Sernik cytrynowy z musem bazyliowym

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 40 g masła

masa serowa:
  • 250 g twarogu 3krotnie zmielonego
  • 250 g serka mascarpone
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 150 g cukru

mus bazyliowy:
  • 10 g (pęczek) listków bazylii
  • 250 ml śmietany kremówki (36%)
  • 2 łyżki cukru pudru

dodatkowo:
  • skórka otarta z 2 limonek
  • kilka listków bazylii

Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciasteczka pokruszyć, wymieszać z masłem. 
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na spodzie ciasteczka, schłodzić.

Spód podpiec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Twaróg, mascarpone, mąkę, jajka, skórkę i sok z cytryny krótko zmiksować, tylko do połączenia składników. Przelać masę na podpieczony spód.

Piec w 175 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec jeszcze 45-60 minut, aż sernik się zetnie.
Wystudzić w piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Listki bazyli i 50 ml kremówki zmiksować na gładką masę, przecedzić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie rozpuścić i ostudzić. Dodać do bazylii, wymieszać. Gdyby zrobiły się grudki, można całość lekko podgrzać.
Pozostałą kremówkę ubić z cukrem pudrem na sztywno, powoli wlewać ostudzoną śmietankę z bazylią. Mus przełożyć na sernik, wyrównać wierzch.

Schłodzić w lodówce przez noc.

Przed podaniem udekorować skórką z limonek i listkami bazylii. 

Smacznego!

Dzisiaj są również imieniny mojego Taty - Zbigniewa, pieszczotliwie zwanego Bibusiem (mam nadzieję, że nie wyjawiłam tu publicznie rodzinnej tajemnicy). Chciałabym więc życzyć mu wszystkiego, co najlepsze, i doradzić, aby zgodnie z irlandzką tradycją, koniecznie napił się dzisiaj whisky.
Gdybym mogła, poczęstowałabym go sernikiem - niestety, jest za daleko... Może za rok się uda?

wtorek, 27 maja 2014

Sorbet z czerwonych pomarańczy

Czerwone pomarańcze... Dla mnie to czysta magia. Czytałam o nich sporo, słyszałam mnóstwo świetnych opinii - o ich wyjątkowym smaku, cudownej słodyczy i tym niesamowicie intensywnym kolorze, któremu nikt nie potrafi się oprzeć. Na zdjęciach kusiły ogromnie. Bardzo chciałam coś z nimi przygotować, problem jednak był jeden - nigdzie nie mogłam ich dostać. Ani na straganach, ani w malutkich, prywatnych sklepikach, ani w wielkich supermarketach. Kiedy więc w końcu je zobaczyłam, żywe, leżące na wyciągnięcie ręki, nie mogłam się oprzeć. Przytargałam je do domu z uśmiechem od ucha do ucha i zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu inspiracji. Chciałam, żeby to było coś zupełnie wyjątkowego - w końcu to towar niemal luksusowy, przynajmniej dla mnie.
W końcu na blogu Easy everyday eats znalazłam przepis na sorbet. Z dodatkiem malin. Gdy zobaczyłam zdjęcia i ten absolutnie obłędny kolor wiedziałam, że to jest dokładnie to, czego szukałam.

Lody wyszły obłędne! Niezbyt słodkie, bardzo intensywnie pomarańczowe, z lekką nutą malinową w tle. Cudownie orzeźwiające, na lato wprost wymarzone. Zakochałam się w nich bez pamięci!
Jeśli tylko wpadną Wam w ręce czerwone pomarańcze, nie wahajcie się - to najlepszy sorbet, jaki zdarzyło mi się jeść! Jestem pewna, że i Wy się zakochacie.

Sorbet z czerwonych pomarańczy

Składniki:
(na 900 ml lodów)
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 450 ml soku z czerwonych pomarańczy (8-9 owoców)
  • sok z 1 limonki
  • 120 ml wody
  • 85 g cukru
  • 90 g malin
  • 1,5 łyżki Cointreau

Maliny zasypać 1 łyżką cukru i odstawić.
Z pozostałego cukru i wody zagotować syrop, ostudzić.
Maliny, kiedy puszczą sok, przetrzeć przez sitko. Dodać 60 ml soku z pomarańczy, wymieszać. Następnie wlać ostudzony syrop, połączyć. Wlać resztę soku, sok z limonki i likier. Wymieszać.
Schłodzić w lodówce, następnie przelać do maszyny do lodów. Gdy skończy pracę, przełożyć do plastikowego pojemnika i zamrozić.

Smacznego!

Mam nadzieję, że uda mi się je jeszcze kupić. Jest tyle wspaniałych przepisów na ciasta z wykorzystaniem właśnie czerwonych pomarańczy, i mam ochotę wszystkie je wypróbować! Od teraz to zdecydowanie jeden z moich ulubionych owoców!

środa, 7 maja 2014

Babka drożdżowa po sezonie

Babka drożdżowa to typowo wielkanocny wypiek. Mi się tak przynajmniej kojarzy. Z dawien dawna przygotowywana na kopie żółtek, symbolizowała odrodzenie i dobrobyt. W dzisiejszych kuchniach gospodynie rezygnują z takich ilości żółtek na rzecz całych jajek lub różnych innych zamienników, jak chociażby śmietana. Bo co potem z tymi białkami...?
Ja ostatnio miałam inny problem - po torcie dla Natalki zostało mi siedem żółtek. Jeszcze nie kopa, ale już ilość dość pokaźna. I o ile białka bez problemu przechowują się w lodówce nawet do tygodnia, żółtka, nawet zalane olejem (dzięki temu na wierzchu nie tworzy się twarda skorupka) tyle czasu nie mają. Zaczęłam więc myśleć intensywnie - szkoda mi bowiem było je wyrzucić.

Najpierw pomyślałam o creme brulee, który uwielbiam. Z siedmiu żółtek jednak ilość wyszłaby mi co najmniej nieprzyzwoita. Hmm... Brioszka może? Brzmi lepiej. W końcu odkopałam stary przepis na babkę drożdżową, na samych żółtkach właśnie. Tamta była z czterech, z dodatkiem olejku arakowego, nie wyszła zbyt imponująca, bo w za dużej formie pieczona. Taka troszkę naleśnikowa. Smakowała jednak wspaniale; pamiętam, bo piekłam ją w domu, i Tata się zachwycił (on pewnie nie pamięta, ale to nie szkodzi. Będzie motywacja, żeby znów ją w domu upiec). Podwoiłam proporcje, olejek zamieniłam na cytrusowe skórki. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Babka pachnie bosko, w smaku nuta cytrusów jest delikatnie wyczuwalna. Wyszła mięciutka, puchata i wilgotna, i nawet cztery dni później była jak najbardziej zjadliwa. Z pewnością powtórzę ten wypiek jeszcze nie raz - przy kolejnej okazji z lukrem bądź polewą czekoladową (tym razem służyła mi za drugie śniadanie, darowałam więc sobie wszystkie lepkie szczegóły; i tak była pyszna).

Cytrusowa babka drożdżowa

Składniki:
(na formę do babki o pojemności 1,5 l)
  • 380 g mąki pszennej
  • 160 g cukru
  • 20 g świeżych drożdży
  • 240 ml letniego mleka
  • 7 żółtek
  • 65 g masła
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • skórka otarta z 1 limonki

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżką cukru, wlać całe mleko i wsypać 1 łyżkę mąki. Dokładnie wymieszać, odstawić na 30 minut.

Masło rozpuścić i przestudzić.
Żółtka ubić z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać mąkę, następnie dodać cały zaczyn, dokładnie połączyć. Wlać masło, wyrabiać przez 10 minut - ciasto powinno być jednolite i lejące. Dodać skórki z cytrusów, zmiksować.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Ciasto przelać do wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką formy, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 1 godzinę.
Ostudzić w formie, a następnie wyłożyć na talerz.

Smacznego!

Po głębszych poszukiwaniach okazuje się, że pierwotny przepis pochodzi z bloga Half hour cook. Cóż, daleką drogę przeszedł, pełną modyfikacji... Ostateczny efekt wzbudził jednak zachwyt nie tylko mój, ale wszystkich próbujących tej babki osób. Polecam więc z czystym sumieniem.

Babki Wielkanocne 2015

czwartek, 17 stycznia 2013

Kilka załatwionych spraw i sernik czerwono-biały

Uff... Za pisanie tego posta zabierałam się od dwóch dni, ale ciągle byłam tak zmęczona, że poddawałam się po pierwszym zdaniu (albo jeszcze przed). Dziś jednak się zdrzemnęłam po południu, i uwierzcie - taki krótki sen potrafi zdziałać cuda! W dodatku wzięłam gorący prysznic, i czuję się jak nowo narodzona. Mam jeszcze dłuższą chwilę, zanim będę musiała jechać po C. do pracy, więc mogę opowiedzieć Wam o moim cudnym serniku.

Zanim jednak przejdę do sedna, chciałabym się pochwalić - w końcu udało mi się poskładać pewne sprawy, i jestem coraz bardziej gotowa na wyjazd do Polski. Zarezerwowałam hotel, co wymagało wręcz żelaznej silnej woli (trzy razy musiałam wysłać Pani maila, że mam już urlop, i żaden inny termin mnie nie interesuje), na sobotę umówiłam Ptysię do weterynarza, i już sam telefon sprawił mi mnóstwo frajdy. Ostatni raz w Danii u weterynarza byłam ponad rok temu, a jak tylko się przedstawiłam, Pan stwierdził, że to ja jestem ta dziewczyna z Polski, i jak mu będzie miło nas znowu zobaczyć. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
Autko dzisiaj przeszło przegląd, czyli jechać możemy zupełnie bezpiecznie.
A w dodatku dowiedziałam się, że dostanę nowy kontrakt w pracy, na więcej godzin, co oznacza, że pensja mi całkiem przyjemnie podskoczy. I choć dzień zaczął się niezbyt dobrze, bo od samego rana mnie zdenerwowali, to później wszystko się tak ładnie układało, że z ręką na sercu mogę powiedzieć - dawno nie byłam tak zadowolona z dnia, w którym widziałam się z C. przez jakieś pół godziny. Żyć, nie umierać!

A teraz do sernika, bo naprawdę warto napisać o nim kilka dobrych słów.
Miałam chętkę na taki na zimno. Kupiłam żurawinę - póki jest - i zaczęłam się zastanawiać, jak to połączyć. Stwierdziłam, że nie będę ryzykować, i skorzystałam z poprzedniego przepisu, nieco go tylko modyfikując. Spód standardowy, ciasteczkowy, z dodatkiem niewielkiej ilości kakao. Z żurawiny przygotowałam muso-galaretkę, a na to wyłożyłam słodką masę waniliową z mascarpone i jogurtu. Na wierzch starłam nieco białej czekolady, bo gdzieś mi tam świtało takie połączenie. I muszę powiedzieć, że z efektów jestem bardzo zadowolona. Ciacho wyszło kremowe, delikatne, a kwaskowy mus świetnie komponuje się ze słodką masą serową. C. wcina z zapałem, a on przecież wybredny w kwestii serników jest. 
Wygląda fantastycznie, a smakuje jeszcze lepiej. Koniecznie musicie spróbować!

Waniliowy sernik z musem żurawinowym (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 60 g masła
  • 20 g kakao

mus żurawinowy:
  • 250 g świeżej żurawiny
  • 40 g cukru
  • sok z 5 mandarynek
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 3 płatki żelatyny

masa serowa:
  • 250 g mascarpone
  • 500 g jogurtu waniliowego (0,1%)
  • 50 g cukru pudru
  • sok z 1/2 limonki
  • 6 płatków żelatyny

dodatkowo:
  • 10 g białej czekolady

Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło. Dokładnie połączyć.
Masą wyłożyć dno tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Schłodzić w lodówce 20 minut.

Podpiec w 180 st. C. 10-12 minut.
Ostudzić.

Żurawinę umieścić w garnku z cukrem, sokiem i cynamonem. Gotować, aż żurawina popęka, a płyn częściowo odparuje. Masę przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć, a następnie rozpuścić na parze. Dodać do musu, wymieszać. Ostudzić.

Mus wyłożyć na ostudzony spód, schłodzić w lodówce, aż masa stężeje.

Mascarpone zmiksować z jogurtem, cukrem i sokiem.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć, rozpuścić na parze. Dodać do masy serwoej, dokładnie wymieszać.
Masę wyłożyć na mus żurawinowy, wyrównać powierzchnię.

Schłodzić w lodówce 3-4 godziny przed podaniem.

Przed podaniem na wierzch zetrzeć białą czekoladę.

Smacznego!

Jeszcze tylko jutro pobudka o stanowczo zbyt wczesnej godzinie, a potem cztery i pół dnia wolności. Ach, nie mogę się doczekać! Dzisiaj zjemy po ostatnim kawałeczku sernika, więc już zaczynam kombinować, co by tu dobrego przygotować... W związku z zaistniałą śnieżną zimą mam ochotę na drożdżówkę. Albo czekoladę. A może jedno i drugie...?