Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jagody/borówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jagody/borówki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 sierpnia 2017

Placuszki z ricotty. Z (prawie) jagodami

Wtorek (też wolny; aż sama nie wierzę we własne szczęście) rozpoczęłam od zrobienia czarnych kresek na powiekach i ubrania się w jedną z letnich sukienek; bez rajstop i swetra. Zachwycona zaistniałym stanem rzeczy, razem z C. wręcz frunęłam na kolejne z licznych przedślubnych spotkań. Tym razem ustalaliśmy kolor obrusów, sposób złożenia serwetek, strategię rozmieszczenia stołów, ilość i wielkość bukietów, miejsce, gdzie będzie nas można obsypać ryżem, godziny spotkania, zwiedzania i toastów, zainstalowanie muzyków, bezglutenowego gościa, i tak dalej, i tym podobnie... Godzina minęła, zanim się spostrzegliśmy, ale przynajmniej - takie mam wrażenie - mamy wszystko pod kontrolą. Przynajmniej w kwestii stołów. Teraz pozostaje tylko usadzenie gości; jeśli posadzimy na zmianę raz Polaka, a raz Duńczyka, to wesele będzie bardzo ciche i spokojne... Ale obawiam się, że skończy się na więcej niż jednym pijanym gościu.

Po powrocie do domu, gdy C. natychmiast ruszył do swoich pracowniczych obowiązków, czyli wybył na resztę dnia, zmieniłam czym prędzej sukienkę na szorty i koszulkę, a baleriny na wygodne adidasy, po czym przypięłam psom sznurki i ruszyłyśmy cieszyć się słonkiem. Po drodze Pączusia rzuciła się na jeden z krzewów dalszego sąsiada, a ten niespodziewanie buchnął motylami. W jednej chwili poderwało się z niego chyba z pięćdziesiąt kolorowych owadów, ogarniając nas cicho szumiącą chmurą. Muszę przyznać, że stałam na środku ulicy z lekko rozchylonymi ustami, chłonąc ten niecodzienny widok i zastanawiając się, jakby to było unieść się w powietrze razem z nimi...

Gdy w końcu wróciłyśmy do domu, zachwycone i lekko zasapane (to drugie głównie Ptysia i ja; Pączusia nadal miała chęć gonić za piłką po ogrodzie) stwierdziłam, że najwyższy czas na śniadanie. Tylko co by tutaj zjeść...? Nie miałam chęci na kanapki; mam wrażenie, że ostatnio jem ich zdecydowanie nie dużo, i to na wszystkie posiłki w ciągu dnia. Zajrzałam do lodówki; wodziłam oczami po jej zawartości, a synapsy pracowały na najwyższych obrotach; co z czym, jak, i czy aby na pewno...? W końcu wyjęłam ricottę i borówki amerykańskie (w Danii czarne leśne jagody to towar luksusowy niedostępny zwykłym śmiertelnikom nawet za cenę porzeczek) i stwierdziłam, że będą placuszki.

Muszę przyznać, że to najdelikatniejsze pancakes, jakie przyszło mi jeść. Dzięki ricotcie i ubitym białkom są lekkie jak chmurki, co niestety sprawia, że przy obracaniu ich na patelni trzeba wykazać się niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Jednak kiedy już się uda, nagrodzą nas nie tylko uroczym wyglądem, ale też bajecznym smakiem. Dzięki dodatkowi borówek są soczyste i zyskują nieco bardziej wyrazisty charakter; z dodatkiem świeżych owoców i syropu klonowego smakują wybornie!
Gdybym rankami miała więcej czasu, mogłabym je jeść codziennie aż do Bożego Narodzenia i jestem pewna, że by mi się nie znudziły.

Placuszki z ricotty z jagodami/borówkami


Składniki:
(na 9 placuszków)
  • 1 jajko
  • 100 g serka ricotta
  • 60 ml mleka
  • 2 łyżki oleju
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 40 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g jagód/borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • syrop klonowy
  • jagody/borówki amerykańskie
  • olej do smażenia

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Żółtko, ricottę, mleko, olej, cukier i cukier waniliowy zmiksować na gładką masę. Dodać mąkę, zmiksować.
Białko ubić. Dodać do ciasta, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać jagody.

Smażyć małe placuszki na niewielkiej ilości oleju z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać ciepłe z syropem klonowym i świeżymi owocami.

Smacznego!


Gdy pisałam tego posta, Pączusia ni z tego ni z owego, nagle postanowiła mi pomóc. Z zacięciem zaczęła wciskać na zmianę alt i spację, nie osiągnąwszy jednak pożądanych rezultatów (jakiekolwiek by one nie były) stwierdziła, że zdecydowanie bardziej produktywne będzie ułożenie się na stosie koców i poduszek i poświęcenie swojego jakże cennego czasu na drzemkę. 
A ja, muszę przyznać, miałam ogromną ochotę pójść w jej ślady...

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 8 maja 2017

Letnie gofry

Mam ostatnio długi ogon do pisania postów. Sporo pracuję, a w wolnym czasie... No cóż, piekę ciasta. Mam więc w zanadrzu trzy ciekawe torty, ale o nich opowiem Wam bliżej weekendu. Dzisiaj mam dla Was coś na idealne, wtorkowe śniadanie. O ile macie wtorki wolne, jak ja.

Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje. Taki mały urlop na duże zakupy. Niemniej, obiecałam sobie, że nie będę kupować owoców, bo mam ich pełną zamrażarkę i muszę najpierw je zużyć. Oczywiście wiecie, jak to się skończyło: w piątek wróciłam do domu z kilogramem truskawek, kolejnym rabarbaru i sześcioma pudełeczkami z malinami i jeżynami. Mmm... Pyszności!

Zaczęłam od wyjadania ich tak, po prostu, ale stwierdziłam, że żal byłoby nie zrobić z nich czegoś bardziej specjalnego. Na weekendowe śniadanie przygotowałam więc gofry z przepisu Beaty na serku kremowym (odrobinę tylko zmieniłam proporcje), a do nich obłędnie pyszną owocową sałatkę. W zasadzie jest to chyba bardziej surówka, bo nic się nie gotuje, ale... Owocowa surówka jakoś głupio brzmi.
Truskawki, maliny, jeżyny, czerwone porzeczki i jagody zamacerowałam w mieszaninie miodu, soku z cytryny i ekstraktu z wanilii, a smak podkręciłam odrobiną mięty z ogródka. Do tego lody truskawkowe i, uwierzcie, wyszło tak dobrze, że nie mogłam powstrzymać się przed kolejnym i kolejnym... 
Spróbujcie koniecznie!

Gofry serowe z sałatką owocową


Składniki:
(na 13 gofrów)
  • 340 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 50 g cukru
  • 375 ml mleka
  • 30 ml oleju
sałatka:
  • 125 g jeżyn
  • 125 j malin
  • 200 g truskawek
  • 50 g czerwonych porzeczek
  • 100 g borówek amerykańskich
  • kilka listków mięty
  • 30 g miodu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. 
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. 
Żółtka utrzeć z serkiem, następnie na zmianę dodawać mąkę i mleko. Wlać olej, połączyć. Dodać pianę z białek, delikatnie wymieszać.

Smażyć gofry w gofrownicy, aż będą chrupiące.

Owoce umyć i osuszyć. Truskawki pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki. Jeżyny, jeśli są duże, przekroić na pół. Wszystkie owoce przełożyć do miski, dodać posiekane listki mięty.
Miód, sok z cytryny i ekstrakt dokładnie wymieszać. Polać owoce, delikatnie połączyć, odstawić.

Ciepłe gofry podawać z lodami i sałatką owocową, polane powstałym sosem.

Smacznego!

Moje psy udały się na popołudniową drzemkę. Poważnie rozważam pójście ich śladem...

środa, 26 kwietnia 2017

Dlaczego Pączusia trąciła starym pączkiem i bardzo zielony zimny deser

Muszę się Wam do czegoś przyznać - zrobiłam pączki. Ostatnie w tym roku! Tak obiecałam i sobie, i C. Ale tak namawiał, tak kusił, tak się przymilał, że w końcu ustąpiłam. W końcu za chwilę będzie miał kolejne, poważne urodziny, to niech chociaż trochę radości z życia ma.

Po skończonym smażeniu zostałam z wielkim garem pełnym oleju, który wylądował, póki co, na stole (C. z pewnością żywił nadzieję, że dam się skusić po raz drugi; niedoczekanie jego!). 
Wczoraj pojechaliśmy do sklepu; nie było nas w domu najwyżej pół godziny! Po powrocie nic nie wskazywało na katastrofę, do momentu, gdy Pączusia zaczęła zwracać. Olej. W ilościach, powiedzmy sobie szczerze, dla szczeniaka zdecydowanie niezdrowych. Właściwie, to niezdrowych dla każdego.
Uważne śledztwo ujawniło przebieg sytuacji; Pączusia wskoczyła na stół, po czym wychłeptała niemal litr oleju! Rozpryskane krople i tłuste odciski łapek jednoznacznie wskazywały winowajcę. Rzeczony, po oddaniu większości spożytego oleju, ułożył mi się w ramionach i za nic nie chciał dać się odłożyć na kanapę. A gdy przyszła pora spania, przytuliła mi się do brzucha i nie pozwalała zmienić pozycji przez pół nocy. A oddech z pysia miała, no cóż... Staropączkowy.
Dziś już łobuzuje jak zwykle, więc jestem spokojniejsza. I mam nadzieję, że ją to czegoś nauczy. Bo ja zdecydowanie dostałam lekcję i wyciągnęłam wnioski...

A żebyście czym prędzej zapomnieli o pączkach pod koniec kwietnia, gdy choćbym nie wiem, jak się starała, nie podciągnę ich pod karnawałowe szaleństwa, mam dla Was samo zdrowie w słoiku. Albo w szklance, jak wolicie.
Pudding w intensywnie zielonym kolorze z dodatkiem kolorowych owoców kusi niesamowicie. Smakuje bardzo delikatnie i... Zielono. Tak, to chyba dobre słowo. Jedząc go na pierwsze czy drugie śniadanie, od razu poczujecie przypływ energii. Połączenie szpinaku, awokado i zielonego jęczmienia z ciągle lekko krupiącymi nasionkami chia z pewnością Was zaskoczy.

Pudding chia ze szpinakiem, awokado i jęczmieniem


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 35 g szpinaku
  • 1 dojrzałe awokado
  • 1 łyżeczka zielonego jęczmienia
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki syropu z agawy
  • 3 łyżki nasion chia
  • 350 ml mleka
dodatkowo:
  • czerwone porzeczki
  • jagody/borówki amerykańskie
Szpinak, awokado, jęczmień i sok z cytryny zmiksować blenderem na gładki mus. Dodać syrop z agawy i mleko, ponownie zmiksować. Wsypać chia, dobrze wymieszać łyżką - pudding powinien wyraźnie zgęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować porzeczkami i jagodami.

Smacznego!


I nie, nie podmienili mnie kosmici; po prostu idzie wiosna...
Oby.

Zieloniutki pudding dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

środa, 7 września 2016

Muffiny w przebraniu

Wrzesień mnie w tym roku zupełnie zaskoczył. Wakacyjne miesiące minęły w takim tempie, że czuję się jakaś taka... Zagubiona. Przez codzienne poranne wstawanie wcześnie też chodzę spać; teraz, w czasie urlopu, pozwalam sobie na więcej. Gdy więc nagle okazało się, że o godzinie dwudziestej pierwszej jest już ciemno, a na wieczorny spacer z Ptysią trzeba wkładać puchate skarpetki i ciepły sweter, stałam w tych nieoczekiwanych ciemnościach zaskoczona ogromnie zaistniałym stanem rzeczy. Do tego nitki babiego lata oblepiające mi twarz, pierwsze żółte liście, powoli opadające z drzew i słońce, którego promienie straciły już letnią ostrość. 
Usiadłam więc nad kalendarzem, i przerażona wpatrywałam się w czarne cyfry, które w mojej głowie wyglądały przecież zupełnie inaczej! Już za chwilę urodziny, a potem miesiąc w szkole. Gdy wrócę do domu, będzie już październik. Październik! Halloween tuż-tuż, a Święta za pasem. Czas zabrać się za krojenie pierwszej zakupionej dyni, za planowanie strasznych słodkości i wyrabianie ciasta na piernik staropolski. 

Was też spadające nieubłaganie kartki z kalendarza przerażają, czy też ze stoickim spokojem przyjmujecie ten szaleńczy bieg czasu...?

Jeszcze na początku sierpnia byliśmy na chrzcinach małej Astrid. Dostałam ważne zadanie przygotowania tortu i babeczek z tej jakże doniosłej okazji. O torcie jeszcze Wam napiszę, bo wyszedł mi całkiem nieźle, ale dzisiaj będzie o babeczkach.
Tak naprawdę to zwykłe muffiny przebrane za cupcakes malinowym kremem maślanym. Musiały być szybkie i pyszne, i oczywiście efektowne. Użyłam więc mleka kokosowego z kartonu, którego nikt nie chce pić, bo jest zdecydowanie za słodkie (choć w składzie nie ma żadnego słodzidła), ale tutaj sprawdziło się doskonale, nadając muffinom kokosowego aromatu. Do tego ostatni serek kremowy, który musiałam zużyć przed urlopem. Na wierzch - krem maślany z przyczyn praktycznych. Gdybym serwowała je u siebie, zwieńczyłabym je kremem na bazie mascarpone. Choć muszę przyznać, że maślany z dodatkiem malin smakował całkiem nieźle. 

Soczyste dzięki owocom, wcale nie ciężkie, jak można by się obawiać, podbiły serca gości i zniknęły niemal wszystkie. 
Spróbujecie...? To w końcu takie jeszcze letnie smaki...

Muffiny kokosowe z malinami, jagodami i malinowym kremem maślanym


Składniki:
(na 24 muffinki)
  • 500 g mąki pszennej
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 200 g serka kremowego
  • 400 ml mleka kokosowego (z kartonu)
  • 160 ml oleju
  • 2 jajka
  • 170 g malin
  • 130 g borówek amerykańskich
dodatkowo:
  • 1 białko
  • 65 g cukru
  • 85 g miękkiego masła
  • 80 g malin
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z cukrem i cukrem waniliowym.
Jajka roztrzepać, dodać serek, połączyć. Wlać mleko kokosowe, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników. Na końcu dodać owoce, wymieszać delikatnie, aby ich nie rozgnieść.

Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Maliny zagotować, a następnie przetrzeć przez sitko. Ostudzić.
Malinowe puree partiami dodawać do kremu, mieszając łyżką.

Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką w kształcie dużej gwiazdki. Wyciskać na babeczki. 
Przechowywać w lodówce, wyjąć 30 minut przed podaniem.

Smacznego!

Porcja jest słuszna, z racji większej liczby gości. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby przygotować babeczki z połowy porcji. Bez kremu idealnie nadadzą się na ostatni w tym roku piknik.

niedziela, 31 lipca 2016

Siła wyższa i naleśnik. Z piekarnika

O włosach pisałam już nie raz. Pewnie dlatego, że są one ważnym elementem kobiecej urody i samopoczucia. Nieudana wizyta u fryzjera potrafi doprowadzić niejedną damę o słabych nerwach do histerii, za to idealny odcień kasztanowego - do ekstazy.
Sama plasuję się gdzieś po środku; od Taty nauczyłam się prostego podejścia: przecież odrosną. W związku z tym nieustraszenie eksperymentuję; z lepszym lub gorszym skutkiem. Od krótkich, na chłopaka, aż do takich za pas; z wszelkimi możliwymi długościami pomiędzy. Kolory też mi nie straszne: były brązy, czernie i czerwienie; od kilku lat wierna jestem rudym, choć nadal zmieniam odcienie jak rękawiczki.
Jakiś czas temu ciepłe jesienne barwy na głowie mnie znużyły; odezwała się dusza wiecznego poszukiwacza. Postanowiłam więc: blond! Do tej pory się lękałam; mam ciemną oprawę oczu i boję się, że nijak to pasować nie będzie... Niemniej, do odważnych świat należy; kupiłam więc blond farby i przystąpiłam do działania.
Z miodowego blondu wyszedł mi rudy. Ze złotego - kasztanowy. Który po kilku myciach sprał się do... Rudego.
Koniec świata!
Chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie i siłę wyższą, która nie ma nic pilniejszego do roboty, niż pilnowanie odcienia moich włosów.

Znów kupiłam rudą farbę. 
Z pewnymi zjawiskami nie warto dyskutować...

Ostatnio wertowałam Scandilicious baking Signe Johansen. Wszystkie moje książki nadal leżą w kartonach (jeszcze nie kupiliśmy półek, bo nie mogę się zdecydować, czego tak naprawdę chcę); ta akurat leżała na wierzchu - to wzięłam. W oko wpadł mi przepis na pieczony naleśnik; od razu mi się przypomniało, że to temat wspólnego gotowania, więc wyciągnęłam składniki z lodówki i szafek, i przystąpiłam do działań.
Sprawa jest prosta: mokre składniki, suche składniki, wszystko razem mieszamy - i czekamy pół godziny. Następnie wylewamy ciasto do blaszki, pieczemy, czekamy chwilę, aż lekko przestygnie, i zajadamy się z rozkoszą. Naleśnik wyszedł delikatny, mocno owocowy i lekko słodki. Creme fraiche i słodki syrop klonowy to do niego idealne dodatki. I może jeszcze garść świeżych jagód...?
Spróbujecie zabarwić i Wasze języki na fioletowo...?

Skandynawskie naleśniki znajdziecie też dzisiaj u Mirabelki i Marty.

Fiński pieczony naleśnik z jagodami i maślanką


Składniki:
(na formę 22x30 cm)
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 25 g płatków owsianych
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 285 ml maślanki
  • 215 ml wody
  • 2 jajka
  • 25 g masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 200 g jagód lub borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche (18%)
  • syrop klonowy

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z płatkami, cukrem, proszkiem, sodą i solą.
Maślankę dokładnie wymieszać z wodą.
Jajka roztrzepać, dodać maślanę, masło i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchuch, dokładnie wymieszać.
Odstawić na 30 minut.

Formę wysmarować masłem i oprószyć mąką. Na dno równomiernie wysypać jagody. Zalać ciastem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30, pod koniec ewentualnie przykrywając folią, jeśli zbytnio się zrumieni.

Podawać na ciepło z creme fraiche i syropem klonowym.

Smacznego!

Dziś ostatni dzień akcji Ani. Jest to więc ostatni przepis, który dodaję.
Dziękuję za świetną zabawę i motywację do wyszukiwania przepisów na skandynawskie dania!

piątek, 29 lipca 2016

Jak to czasem z autem bywa... I skandynawskie jagodzianki

Jeżdżę.
Dużo jeżdżę, bo przynajmniej dwieście dwadzieścia kilometrów dziennie, pięć dni w tygodniu. Często więcej, bo droga do domu nieraz kluczy między sklepami, znajomymi lub innymi aktualnie interesującymi mnie miejscami. Oczywiście, nieodzowne w takich przypadkach jest auto. Uwielbiam moje autko; jest duże i bezpieczne. Lawirując między ciężarówkami na autostradzie czuję, że osłania mnie gruba warstwa blachy. No i ma gwiazdkę na masce; wszystkie kobiety lubią gwiazdy, prawda...?
Zaraz usłyszę, że taką, co mieszka za granicą, to stać... A figa! Mój mercedes ma lat dwadzieścia trzy; dokładnie tyle, co moja Siostra. Nie do końca rozumiem, dlaczego ona jest taka młoda, a samochód taki stary, no ale niech już będzie...

Autko dzielnie wozi mnie do pracy i nie tylko, ale z uwagi na sędziwy wiek, to i owo w nim czasem szwankuje. Wczoraj na przykład jechałam sobie spokojnie do domu, aż tu nagle huk! I samochód zaczął wyć niemiłosiernie. Przerażona, zjechałam na najbliższy parking (jakoś nie mogłam się przemóc, żeby stanąć na środku autostrady), wysiadłam i zaczęłam oglądać. Okazało się, że tłumik wziął się i odpadł... Znaczy trzymał się z jednej strony, ale nie poprawiało to mojej sytuacji. Zwłaszcza, że C. miał problemy z elektrykiem (o czym dowiedziałam się później) i baaardzo dłuuugo nie odbierał telefonu. Gdy w końcu przyjechał na ratunek, po dwóch i pół godzinie oczekiwania, byłam zmęczona, spocona (bo w takich razach zawsze musi być co najmniej ładna pogoda), zniechęcona i spragniona. Z ulgą przyjęłam butelkę zimnej wody, i z lekko przerażoną miną obserwowałam C. wczołgującego się pod samochód. Uprzednio nie omieszkał mnie poinstruować, żebym w razie czego (czyli gdyby podnośnik jednak nie wytrzymał) szybciutko zadzwoniła po karetkę, zamiast nad nim biadolić. Na szczęście żaden zagrażający życiu wypadek się nie zdarzył, tłumik z oprzyrządowaniem wylądował w bagażniku, a ja mam wyścigówkę! Niejeden właściciel BMW zapłacił duże pieniądze za takie wruuum!, jakie mi się dostało zupełnie za darmo. I tylko obawiam się, że jutro pobudzę wszystkich sąsiadów już o drugiej trzydzieści nad ranem...

Tymczasem w domu czekały na mnie wyjątkowo pyszne bułeczki. Takie niemal jagodzianki, tylko po skandynawsku. 
Przepis znalazłam w Scandilicious baking Signe Johansen, i od razu zapałałam do niego uczuciem (choć tego dnia miałam w planie zupełnie inne drożdżówki). Sprawę przesądziła przecena na borówki; od razu zabrałam się do pracy. 
Cynamonowa, maślana pasta wbrew pozorom wcale nie dominuje; wręcz przeciwnie - wspaniale podkreśla smak soczystych owoców, których jest tutaj naprawdę dużo. Do tego mięciutkie i delikatne (mimo dodatku mąki razowej) ciasto o aromacie kardamonu i chrupiąca posypka cukrowa. Słodkie, sycące, lekko pikantne. Idealne na deszczowe lato!
Sami powiedzcie - czy można im się oprzeć...?

Drożdżówki z jagodami i kremem cynamonowym


Składniki:
(na 12 sztuk)

  • 225 ml mleka
  • 75 g masła
  • 350 g mąki orkiszowej
  • 125 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
nadzienie:

  • 75 g miękkiego masła
  • 75 g cukru
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 300 g jagód lub borówek amerkańskich
dodatkowo:

  • 1 białko
  • 3 łyżki cukru
Mleko zagotować z masłem, ostudzić (powinno być letnie).
Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru.

W dużej misce wymieszać mąki, pozostały cukier, kardamon i sól. Dodać drożdże, mleko z masłem i roztrzepane jajko. Zagnieść gładkie, nieco lepkie ciasto. 
Miskę z ciastem nakryć ściereczką, odstawić na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie: łyżką dokłądnie roztrzeć masło z cukrem i cynamonem.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 równych części i z każdej uformować kulkę. Następnie po kolei spłaszczać je w dłoniach tak, aby na brzegach były nieco cieńsze niż w środku. Na środku układać 1 łyżeczkę cynamonowego nadzienia i sporą garść jagód. Zakleić i uformować kulki; ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy. 
Przykryć ściereczką, odstawić na 25-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym białkiem i posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

I proszę - nie sugerujcie się plaskatością moich bułeczek. Ciągle jeszcze ie do końca opanowałam obsługę nowego piekarnika, i czasem robi mi psikusy - na przykład ni stąd ni zowąd obniża temperaturę. Tak też stało się tym razem; zamiast więc urosnąć ładne i okrągłe, wyszły odrobinę płaskie... Nic nie szkodzi - nadal smakują obłędnie!

Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 14 lipca 2016

Dama w opałach (tudzież w toalecie) i odwracane ciasto z jagodami

Każdy człowiek (a przynajmniej ja), z samego rana jest nieco nieprzytomny - i niech to będzie moim usprawiedliwieniem.

Przyjechałam do pracy w miarę rześka, choć nieco ścierpnięta po półtoragodzinnej podróży. Jak zwykle zgarnęłam koszulkę i fartuch z półki, po czym przebrałam się w idealnie czarny strój roboczy (który już po dziesięciu minutach zazwyczaj naznaczony jest białym pyłem), po czym weszłam do toalety. Machnęłam ręką, zamykając drzwi, po czym próbowałam złapać klamkę, żeby nie trzasnęły. Tej jednak nie było! Zamiast tego usłyszałam ciche, aczkolwiek stanowcze i niezwykle w tej sytuacji złowróżbne: klik. Odwróciłam się, a moim oczom ukazała się dziura po klamce i perspektywa dnia spędzonego w łazience.

Na szczęście już po kilku minutach zjawiła się M. Na moje raźne Cześć! odpowiedziała nieco niepewnie; rzadko się bowiem zdarzają tak entuzjastyczne powitania prosto z toalety. Kiedy hamując rozpacz w głosie oznajmiłam, że nie mogę wyjść, roześmiała się w głos. Próbowała mnie uwolnić, ale tutaj potrzebne były męskie umiejętności. Na ratunek przybył Arne ze śrubokrętem, i po chwili byłam wolna! Znaczy się, mogłam zacząć wałkować niezliczone metry kruchego ciasta...

Tak właśnie zaczęłam ten niezwykle wietrzny i pochmurny czwartek. Po powrocie do domu okazało się, że piekarnik nie chce współpracować, co przyprawiło mnie najpierw niemal o łzy, a później o dość emocjonalny i kwiecisty w swej wymowie wybuch; ale to już inna historia...

Dzisiaj kolejny skandynawski przepis. Kto by pomyślał, że w tych chłodnych krajach kryje się tyle fantastycznych przepisów na letnie wypieki!
Ten akurat znalazłam w książce Signe Johansen Scandilicious baking, którą zresztą bardzo lubię za prostotę i dużą ilość rozgrzewającego cynamonu, przewijającą się przez jej karty. Tym razem jednak wyjątkowo letnia propozycja - proste ciasto ucierane ze sporą ilością jagód (lub borówek amerykańskich, gdy tych pierwszych brakuje). Dzięki migdałom jest cudownie wilgotne, a cydr nadaje mu charakterystycznego, ulotnego aromatu. Odwrócone do góry spodem prezentuje się doprawdy zachwycająco.
Spróbujecie...?

Odwracane ciasto z jagodami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)
  • 250 g jagód lub borówek amerykańskich
  • 50 ml cydru z kwiatów czarnego bzu
  • 2 jajka
  • 125 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 125 g mąki pszennej
  • 65 g mielonych migdałów
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 60 g masła
  • 50 ml mleka
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Z zewnątrz owinąć formę folią aluminiową, żeby płyn nie wyciekł. Na dnie ułożyć jagody, zalać je cydrem. Odstawić. 

Masło rozpuścić, przestudzić. 
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą jasną masę.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą i migdałami. 

Do masy jajecznej dodać ekstrakt, zmiksować. Na zmianę dodawać mąkę i mleko z masłem, cały czas miksując. 

Masę przelać na jagody, wyrównać wierzch. 

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.

Przestudzić w formie 10-15 minut, po czym odwracając do góry spodem, przełożyć na talerz.
Zostawić do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!

Ja tymczasem idę wyspacerować psę, wykąpać się i spać.
Są bowiem takie dni, które chcemy skończyć jak najszybciej...

Przepis dorzucam do akcji Ani:

wtorek, 1 marca 2016

Babka bzowo-jagodowa

Jak wspaniale jest mieć wolny dzień niemal w środku tygodnia. Gdy wszyscy po śpiąco-męczącym poniedziałku zwlekają się z łóżek z niechętną myślą, że to dopiero wtorek, ja mogę poczuć prawdziwy luksus i pospać do ósmej. Później Ptysia wskakuje mi na brzuch i zapalczywie liże po nosie informując, że C. już wstał i z pewnością spragniony jest mojego towarzystwa. Uśmiecham się więc do zamglonego świata i idę szykować śniadanie, podczas gdy C. walczy z nieposłusznym żelazkiem i niewspółpracującym stołem, wyrażając po raz pierwszy, odkąd go znam, chęć posiadania deski do prasowania (moja Babcia ma prawie osiemdziesiąt lat i odkąd pamiętam, prasowała na stole; nie róbcie mi więc wyrzutów). 
Po śniadaniu pełnym zieleni i i planów na najbliższe dni, idziemy na spacer. Brr! Znów temperatura spadła poniżej zera. Aż się wierzyć nie chce, że to już marzec!
Ptysia jednak podskakuje, biega i wącha wszystko wokół z zapałem szczeniaka, C. jedzie do pracy (wyjątkowo ważny dzień przed nim, skoro nawet koszulę wyprasował), a my wracamy do domu; do gorącej herbaty i cudownie rozpoczętego, wolnego dnia.

Plany na dziś mam niezwykle ambitne: wyszorować łazienkę, poczytać książkę, wypić całe litry herbaty i poświęcić trochę więcej czasu na blogowanie, które ostatnio zaniedbałam. 

Niech żyją wolne wtorki! Jeśli takich nie macie, nawet nie wiecie, co tracicie...

Dzisiaj mam dla Was pierwszy wielkanocny przepis w tym roku. Święta wypadają tym razem wyjątkowo wcześnie, pora więc zabrać się za planowanie menu. Ja nie muszę się starać; wielkanocny weekend spędzę w pracy, więc później na świętowanie sił wiele miała nie będę... Ale mam już wielką ochotę na babki, mazurki i serniki; podzielę się więc kilkoma przepisami.

Na początek babka - królowa wielkanocnego stołu. A ta jest zupełnie wyjątkowa!
Inspiracją był dla mnie przepis Edyty na babkę na piwie cytrynowym. Nie miałam takiego, za to z kąta zerkał na mnie cydr bzowo-jagodowy. Zaopatrzyłam się więc w borówki, i dorzuciłam je do mojej babeczki. Dzięki temu wyszła cudownie soczysta. Wierzch to klasyczny lukier cytrynowy, za to dekoracja jest naprawdę niezwykła: latem nazbierałam kwiatów czarnego bzu, i część z nich ususzyłam między kartkami książek; tak, jak w starych dobrych czasach suszyło się kwiatki czy chwasty do zielnika. Proste, a jednocześnie bardzo efektowne. Do tego liofilizowane jagody, które podkręcają owocowy smak.
Babka jest delikatna, mięciutka i wilgotna, naprawdę pyszna. Gwarantuję, że zrobi odpowiednie wrażenie.

Jeśli nie macie suszonych kwiatów bzu, udekorujcie ją cukrowymi jajeczkami - będzie jeszcze bardziej świątecznie!

Babka jagodowo-bzowa na cydrze


Składniki:
(na 2,5 l formę do babki z kominem)
  • 4 jajka
  • 200 g cukru
  • 510 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 ml oleju
  • 250 ml cydru bzowo-jagodowego
  • 175 g borówek amerykańskich
lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku z cytryny
dodatkowo:
  • 1 łyżka liofilizowanych jagód
  • 1 łyżka suszonych kwiatów czarnego bzu
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując.
1 łyżkę mąki wymieszać z jagodami. Pozostałą przesiać, wymieszać z proszkiem. Partiami, na zmianę z cydrem, dodawać do masy jajecznej. Na końcu dodać obtoczone w mącę jagody, delikatnie wymieszać łyżką.
Masę przelać do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie 15-20 minut, wyłożyć na talerz. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Cukier puder przesiać, utrzeć z sokiem z cytryny na gładki lukier. Polać babkę. Wierzch udekorować liofilizowanymi jagodami i suszonymi kwiatami czarnego bzu.

Smacznego!


Po głowie chodzi mi zielony mazurek. Co Wy na to...?

środa, 24 lutego 2016

Z (prawie) jagodami

Ostatnio miałam całe mnóstwo pomysłów na wpisy. Dobrze pamiętam ten stan: myśli kłębiły się w głowie; jedno zdanie ciągnęło za sobą kolejne, a idee mnożyły się, zostawiając mi trudny wybór, od której zacząć.
Ale oczywiście, gdy już znalazłam czas, żeby coś napisać, w głowie pustka... 
I tak, wiem, że jest na to prosty sposób - wystarczy te pomysły zapisywać. Cóż za problem? Otóż zazwyczaj przychodzą do mnie w miejscach, gdy nie mam w zasięgu ręki ołówka i choćby skrawka papieru (prysznic), a jeśli nawet, niebezpiecznie byłoby się za takie działania zabierać (samochód) lub po prostu wszystko, co nie jest poduszką, wydaje się być za daleko (łóżko po ciężkim dniu pracy; ale tutaj chyba zgadliście...?). W związku z powyższym ucieka mi całe mnóstwo niekoniecznie mądrych, ale często zabawnych pomysłów, które z pewnością miałyby wzięcie jako posty na blogu. 
Hmm... 
Może po prostu powinnam zacząć pisać po prysznicu, a nie od razu po powrocie z pracy...?

Ostatnio uśmiechnęły się do mnie w sklepie borówki, wzięłam paczuszkę a potem głowiłam się co nie miara, co by tu z nimi zrobić. Niech żyją spontaniczne zakupy! - aż chce się powiedzieć. Sięgnęłam jednak po jedną z moich ulubionych książek, The hummingbird bakery: Kagedage Tarka Maloufa, i w niej objawiło mi się ciasto. Banalnie prosta babeczka, w której zmniejszyłam tylko ilość cukru o mniej więcej jedną trzecią, a i tak wyszła dość słodka (dlatego zrezygnowałam z posypywania cukrem pudrem). Jest tak obłędnie maślana, mięciutka i puszysta, że jeszcze ciepłej zjedliśmy prawie połowę (na naszą obronę dodam, że nie wychodzi jakaś bardzo duża...). Jagody dodają jej świeżości; soczyście fioletowe wyglądają prześlicznie. Moje opadły na dno, dlatego przed dodaniem do ciasta polecam obtoczyć owoce w mące. 
Ale nawet jak zapomnicie, ciasto zniknie tak szybko, że i tak nikt się nie zorientuje...

Maślane ciasto z jagodami i creme fraiche


Składniki:
(na keksówkę 8x22 cm)
  • 190 g miękkiego masła
  • 190 g mąki pszennej
  • 120 g cukru
  • 3 jajka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1,5 łyżki creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 125 g borówek amerykańskich lub jagód

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem i solą. Partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach. Dodać creme fraiche, połączyć.
Na końcu wsypać borówki i wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do keksówki wyłożónej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Przestudzić przez 15 minut, następnie wyjąć z formy i pozostawić do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!


Przez słoneczną, optymistyczną pogodę, zaczynam czuć się zielono
A może by tak zielone ciasto...?

czwartek, 11 lutego 2016

Jagodowe pralinki na Walentynki

Powtórzę raz jeszcze, ale tylko dlatego, że to prawda stara jak świat i... Jak najbardziej prawdziwa. Przez żołądek do serca, szczególnie męskiego. 
Cóż, C. jest żywym dowodem na prawdziwość tej teorii.

Dawno, dawno temu (czyli jakieś cztery lata), gdy dopiero co wpadłam mu w oko (albo on mi; nie będziemy się przecież spierać o szczegóły), chodziliśmy często na długie, romantyczne spacery. A styczeń był wtedy mroźny, oj tak... Za każdym razem zabierałam ze sobą coś na przegryzkę: a to ciasteczka, a to muffinki. Tak, to właśnie muffinki (szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam jakie...) były pierwszym smakołykiem domowej roboty, którym poczęstowałam C. A później ciastka czekoladowe z miętą, które dopełniły dzieła: C. zakochał się jak ta lala. Systematycznie podsuwam mu pod nos przeróżne słodkości, i efekt jest taki, że ciągle nosi mnie na rękach. A ostatnio zaczął nawet regularnie myć naczynia! Dla osobnika tak zmęczonego jak ja ostatnimi czasy, to najwyższy dowód gorącego uczucia.

Ponieważ Walentynki już czają się niemal za progiem, postanowiłam zrobić mu przyjemność. Pralinki z przepisu Iwony raz już przygotowałam, w wersji bardzo letniej, bo poziomkowej. Teraz sięgnęłam po mrożone jagody, żeby uzyskać ten niesamowity, intensywny fiolet. I udało się!
I tak samo jak wtedy, C. dla pralinek stracił głowę. A że Walentynki, to liczyć mu przecież nie będę...

Jagodowe praliny w białej czekoladzie


Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 110 g białej czekolady
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g jagód
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g biszkoptów

dodatkowo:
  • 250 g białej czekolady
  • 20-25 sztuk liofilizowanych jagód

Czekoladę do pralinek posiekać. Kremówkę zagotować, zalać nią czekoladę, odstawić na 5 minut. 
W tym czasie jagody z sokiem z cytryny zmiksować blenderem na gładką masę, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Biszkopty drobno pokruszyć, wymieszać z owocami.
Czekoladę wymieszać, aż do rozpusczenia. Dodać biszkopty z jagodami, wymieszać na jednolitą masę. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Ze schłodzonej masy formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ułożyć na talerzu, schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pozostałą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zatemperować.
Trufle oblewać czekoladą, układać na papierze do pieczenia. Natychmiast wierzch dekorować liofilizowanymi jagodami. Zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Przygotowanie takich maleńkich cudeniek jest nieco czasochłonne, ale... Walentynki są przecież raz w roku. I tak, wiem: kochać należy nie tylko od święta. Ale właśnie od święta dobrze jest podarować coś wyjątkowego. 

piątek, 2 października 2015

Francuski klasyk: galette

Wczoraj C. szedł do pracy nieco później, zaraz więc po śniadaniu udaliśmy się z Ptysią na spacer. Najpierw do małego parku (trzy minuty drogi od domu), a później do dużego (niewiele dalej); ostatnio bowiem rzadko nam się udaje na wspólne spacery wychodzić. Pogoda, póki co (odpukać!), zdecydowanie do takich eskapad zachęca; choć nie jest już tak ciepło, wcale nie czuję złowrogiego oddechu października na karku. Lekko zamglone słońce, babie lato, śliwki spadające na głowę... I ciągle jeszcze tylko lekki płaszcz.

W dużym parku wybraliśmy najbardziej okrężną z dróg, czym Ptysię wprawiliśmy w nieukrywany zachwyt. Biegała, skakała, poszczekiwała pełna szczęścia, jak to tylko psy potrafią. A my tymczasem, zupełnie przypadkiem, odkryliśmy jeżynowe krzaki. Ktoś przyciął żywopłot, a zanim właśnie ukrywały się najdorodniejsze sztuki. Szybciutko zapełniliśmy mały woreczek, i do domu wracałam bardzo zadowolona, już po drodze zastanawiając się, co z nich przygotuję. W planach miałam bardzo elegancki mus czekoladowy przynajmniej w trzech kolorach, ale... Cóż, będzie musiał poczekać (nie tak znowu długo, bo po jeżynowej tarcie nie ma już śladu!).

Myślałam długo, ale w głowie pustka. Usiadłam więc przed laptopkiem; on zna odpowiedzi na najdziwniejsze pytania, ciasto z jeżynami to dla niego chleb powszedni. Po kilku kliknięciach, rozważaniach, czy to aby na pewno jest to, moim oczom ukazała się tarta... Ale nie taka zwykła, a galette. Co to takiego? Najprostsza z najprostszych, o francuskim rodowodzie, zyskała więc już poklask w wielu kręgach, mimo swego nieco topornego kształtu. Nie pieczemy jej bowiem w formie, a na zwykłej, dużej blasze z piekarnika. Na środek wykładamy owoce, zawijamy brzegi - i gotowe. Bez wcześniejszego podpiekania spodu, bez skomplikowanych kremów, bez dziwactw i utrudnień. Z piekarnika najpierw unosi się zapach, który wabi do kuchni wszystkich domowników. Następnie wyciągamy tartę; idealnie słodką, doskonale kruchą, pełną miękkich owoców. Spód nie nasiąka i pozostaje chrupiący, a środek... Środek to marzenie, którego nie da się opisać.
I choć nie ma tu zaskakujących połączeń i całość może wydawać się nudna - nie dajcie się oszukać. Jest wyborna! Na ciepło, z gałką lodów... Poezja. Jeśli jeszcze nie próbowaliście - to jest właściwa chwila.

Przepis od Patrycji, nie zawiera więc jajek. Margarynę zamieniłam na masło, dzięki czemu ciasto pięknie nim pachnie i smakuje, ale nie jest już bezlaktozowe. Nam to nie przeszkadza, alergii bowiem nie mamy. Dorzuciłam też trochę borówek amerykańskich, bo samych jeżyn wydawało mi się za mało... Ciasto zdecydowanie na tym nie straciło. Polecam!

Galette z jeżynami i borówkami


Składniki:
(na średniej wielkości tartę)

spód:
  • 250 g mąki pszennej
  • 60 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2 łyżki zimnej wody
nadzienie:
  • 225 g jeżyn
  • 100 g borówek amerykańskich
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Powoli wlewać wodę; tyle, żeby zagnieść gładkie, elastyczne ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na dość cienkie koło na papierze do pieczenia. Razem z papierem przełożyć na dużą blachę z piekarnika.

Owoce wymieszać z cukrem i mąką ziemniaczaną, wyłożyć na ciasto, zostawiając wolne 5-6 cm z brzegu. Zawinąć brzegi na nadzienie, formując galette.

Piec w 180 st. C. przez 35-40 minut.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Mam nadzieję, że taka cudownie jesienna pogoda utrzyma się jeszcze długo... Najchętniej - aż do Gwiazdki.

piątek, 11 września 2015

Na pożegnanie lata: sernik na zimno z galaretką

Jesień. Czuć ją w zachodnim wietrze, który szarpie moim szalem i Ptysi uszami. Patrzy ten mój pies na mnie tymi swoimi wielkimi, okrągłymi oczami, z niemym pytaniem: Ale dlaczego? Przecież wiesz, że nie lubię wiatru...
Niestety, Ptysiu moja kochana, jest to proces nieunikniony. Po lecie przychodzi jesień - zawsze, co roku tak samo. Raczej nie dożyjemy zmiany w tej kwestii. Trzeba więc zacisnąć zęby i udawać, że przecież to lubimy...

Według mądrych prognoz, dzisiaj mamy ostatni dzień ładnej, w miarę jeszcze letniej, pogody. Mimo wiatru słonko świeci, nie jest przeraźliwie zimno i w sumie całkiem przyjemnie. Później ma już być tylko gorzej, aż do wiosny... Choć, jako niepoprawna optymistka, postanowiłam prognozom nie wierzyć. Może jeszcze trafi się miły, ciepły dzień, idealny na spacer...? Niemniej, właśnie dziś chciałabym Wam pokazać ostatnie, wybitnie letnie ciasto. Sernik na zimno, oczywiście.

Kiedy pojechaliśmy do Polski, Mamunia uraczyła nas sernikiem na zimno. Wiecie, takim tradycyjnym: na biszkoptach, waniliowym, z borówkami i galaretką. Pycha! Lekki i delikatny, podbił podniebienie C. Jak zwykle, nie mógł przestać o nim mówić. Postanowiłam więc zrobić mu przyjemność, i przygotować coś podobnego.
Akurat mieliśmy w domu płatki kukurydziane, użyłam więc ich do przygotowania spodu. Pyszny jest, ale ma dwie wady: ciężko się kroi i po dwóch dniach w lodówce łapie wilgoć i przestaje być chrupiący. Masa serowa jest bardzo kremowa i gęsta, jeśli wiecie, co mam na myśli. To nie jest puszyste ptasie mleczko, tylko konkretny sernik. Wierzch to owoce zalane galaretką. U mnie borówki, bo akurat tanio kupiłam, ale można użyć malin, wiśni, porzeczek, a w lipcu z powodzeniem truskawek. To taka klasyka, która nigdy się nudzi, a smakuje każdemu. 
Idealne ciasto na pożegnanie lata...

Sernik z borówkami na spodzie z płatków kukurydzianych


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

spód:
  • 125 g płatków kukurydzianych
  • 60 g masła
  • 50 g miodu
masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 6 listków żelatyny
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 50 g cukru pudru
dodatkowo:
  • 400 g borówek amerykańskich
  • 1 opakowanie galaretki porzeczkowej
  • 500 ml wrzątku
Masło z miodem rozpuścić. Dodać do płatków, wymieszać.
Masę przełożyć do tortownicy, ugnieść na spodzie uważając, żeby nie połamać zbytnio płatków.
Wstawić do lodówki na 30 minut.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Serek, wanilię, cukier waniliowy i cukier puder zmiksować na gładką masę. Żelatynę odcisnąć, rozpuścić, dodać do masy uważając, żeby nie zrobiły się grudki.
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do masy serowej, delikatnie mieszając.

Masę serową wyłożyć na spód, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Na serniku ułożyć borówki, część z nich delikatnie wciskając w masę. 
Galaretkę zalać wrzątkiem, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Tężejącą galaretkę wylać na owoce. Schłodzić w lodówce aż do jej całkowitego stężenia.

Smacznego!


Chciałabym jeszcze nadmienić, że to 800 wpis na blogu. Tak, tak, już tyle za nami! Całkiem imponująca to liczba, muszę przyznać. 
Może powinnam upiec z tej okazji tort...?

piątek, 7 sierpnia 2015

Przedwakacyjne ciasto z borówkami

Z uwagi na różne sprawy, nasze wakacje w tym roku stały pod wielkim znakiem zapytania. Co się takiego działo (a właściwie dzieje nadal)? Po pierwsze, nowa praca C., w związku z którą ma dużo więcej obowiązków. Zanim się chłopak całkowicie ogarnie, jeszcze dłuższa chwila minie z pewnością. Póki co bywa, że pracuje po szesnaście godzin na dobę, ale póki twierdzi, że mu się podoba, jest w porządku. Po drugie - moje praktyki, a właściwie, póki co, ich brak. Szukam wytrwale, ale trafiłam w bardzo zły okres - wszyscy są na wakacjach. Mam nadzieję, że we wrześniu, gdy duńscy piekarze i cukiernicy wrócą z urlopów wypoczęci i radości, szczęście i do mnie się w końcu uśmiechnie (trzymajcie, proszę, kciuki). Po trzecie... No cóż, jest, ale wybaczcie - póki co to tajemnica... Zobaczymy, jak sprawy się ułożą, a być może już wkrótce podzielę się niespodzianką.

Mimo wszystko jednak, jakoś nam się to nasze, chaotyczne ostatnio życie, udało ogarnąć. Zaplanowaliśmy urlop, zarezerwowaliśmy hotel (bez możliwości darmowego anulowania rezerwacji - pełen hard core) i już jutro wieczorem jedziemy do Polski! Tak, tak, większość z Was marzy o zagranicznych wyjazdach, a dla mnie dwa tygodnie w kraju, w którym ludzie mnie rozumieją bez powtarzania wszystkiego trzy razy, to spełnienie marzeń. Dwa pełne tygodnie obiadków u Mamusi, gra w karty, dopóki nie zaczniemy ziewać na wyścigi, kręcenie lodów dla Rodzinki, zakupy, kino, kręgle, może jakaś wycieczka w nieznane (dla C.). Taki jest plan - luźny, niespieszny, bez terminów (poza fryzjerem - dla Ptysi, nie dla mnie); wakacje idealne...
W związku z tym dwa tygodnie na blogu również będą zdecydowanie spokojniejsze. Oczywiście, postaram się coś wrzucić, ale wiadomo, jak to jest na wakacjach - ostatnie, o czym człowiek myśli, to siedzenie przed laptopem (szczególnie, gdy przejdzie on w ręce mojego Ojca najlepszego, który ma zamiar zrobić z nim porządek, bo mu wiatraczek za bardzo buczy, jak na Skypie rozmawiamy; no i dlatego, że go ładnie o to poprosiłam). Mam nadzieję, że o nas nie zapomnicie. Jak już wrócę, obiecuję wrześniowe dyniowe szaleństwo - mam cała listę przepisów do wypróbowania, która w zasadzie ciągle się powiększa...

A zostawiam Was z pysznym ciastem, które C. pochłania w ilościach wręcz przerażających, tak mu zasmakowało. Znalazłam je w Cukierni Lidla Pawła Małeckiego, i muszę przyznać, że już na zdjęciach bardzo mi się spodobało. Gdy kupiłam pół kilo borówek w bardzo zachęcającej cenie, od razu zabrałam się do dzieła.
Kruche ciasto wyszło naprawdę cudownie kruche, ale nie kruszące się. Budyniowa pianka jest lekka i delikatna, a owoce nadają ciastu przyjemnej wilgoci i soczystości. Muszę przyznać, że mi również naprawdę zasmakowało i myślę, że spróbuję przygotować je po raz kolejny, z innymi owocami (marzą mi się czerwone porzeczki...). W każdym razie - polecam Wam je ogromnie, szczególnie, że akurat mamy pełnię jagodowego sezonu, a te kuleczki prosto z lasu sprawdzą się w tym cieście znakomicie zamiast amerykańskiego odpowiednika.

Puszysty placek borówkowy

Składniki:
(na formę o wymiarach 22x30 cm)

ciasto:

  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g zimnego masła
  • 50 g cukru pudru
  • 6 żółtek
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 20 g kakao
lekka pianka waniliowa:

  • 6 białek
  • 180 g cukru
  • 100 g masła
  • 120 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • sok z 1 limonki
dodatkowo:

  • 500 g borówek amerykańskich
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtka, zagnieść gładkie ciasto. Podzielić je w proporcji 1/3 - 2/3.
Do większej części ciasta dodać kakao, dobrze zagnieść.

Z każdej części ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 1,5-2 godziny.

Formę do pieczenia wyłożyć papierem. 
Wyjąć ciemne ciasto z lodówki, zetrzeć na tarce, do formy, lekko uklepać.

Podpiec w 180 st. C. przez 18 minut.
Przestudzić.

W tym czasie przygotować piankę:
Masło rozpuścić i przestudzić.
Białka ubić na sztywno, pod koniec dodając partiami 90 g cukru. Następnie powoli wlać sok z limonki. Pozostały cukier wymieszać z proszkiem budyniowym i cukrem waniliowym. Powoli wsypywać do bezy, miksując na najniższych obrotach. Na końcu wąśkim strumieniem wlać przestudzone masło, mieszając trzepaczką. 

Piankę wyłożyć na podpieczony spód, na niej równomiernie rozłożyć borówki. Na wierzch zetrzeć jasne ciasto.

Piec w 180 st. C. przez 50-55 minut, aż wierzch nabierze złocistego koloru.
Ostudzić.

Smacznego!

No dobrze, to może ja się już zacznę pakować...? Lista jest, skrupulatnie uzupełniana co jakiś czas, ale ten delikatny lęk, że jednak czegoś zapomnę, nie chce zniknąć...

środa, 29 lipca 2015

Lipiec. Ale czy na pewno...? I ptysie nie tylko dla Ptysi

Lipiec stroi sobie z nas żarty. Na palcach jednej ręki policzę, ile razy włożyłam letnią sukienkę czy sandały. A ja tak kocham letnie sukienki! Mam ich już naprawdę całkiem sporo, ciągle znajduję też nowe, które mam ochotę kupić. Bo są takie lekkie, zwiewne i dziewczęce, bo pięknie się w nich wygląda i nie wymagają absolutnie żadnego wysiłku przy noszeniu. Kiedyś cierpiałam na ich niedobór; w czasach, gdy zza zasłony wszechobecnej czerni zaczęłam dostrzegać inne kolory. Powoli zakochałam się w czerwieni i bieli, zieleni, a nawet błękicie i pudrowym różu. Ciągle mam w szafie sukienkę z tamtych czasów - białą w chabry; z chabrowymi tasiemkami. Rzadko ją noszę, ale nie potrafię się z nią rozstać - mam do niej ogromny sentyment. Zaraz myślę o chabrowych wiankach, które Mama plotła dla mnie latem, gdy sama jeszcze nie potrafiłam...

Wracając do sedna - pogoda nas nie rozpieszcza w te wakacje. Po tygodniu upałów, o którym już niemal zapomniałam i wręcz ciężko mi uwierzyć, że nie miał miejsca w jakimś innym życiu, deszcz rozpadał się na dobre. Rzęsiste ulewy, mżawki, pojedyncze krople i lekkie, rześkie opady - do wyboru, do koloru. Choć nie! Świat przybrał barwy najróżniejszych odcieni szarości - jeśli gustujecie w nieco inne palecie, nic tu dla Was.

Wczoraj, po przebudzeniu, wypatrywałam chwili przerwy na spacer z psą. Gdy na chwilę ucichł jednostajny szum, ubrałam się szybko i zabrałam Ptysię na dwór. Niestety - najkrótsza spacerowa trasa tym razem okazała się za długa, i obie wróciłyśmy mokre. Biedna psa, jeszcze bardziej niż ja. Ach, gdybyście tylko widzieli tę minę, te okrągłe oczy wpatrujące się we mnie z niemym wyrzutem! A co ja poradzę...? Kontrolę nad własnym życiem przejęłam już jakiś czas temu; nie zapowiada się jednak, żeby pogoda poszła w życia ślady. Bierzemy to, co nam daje, czy nam się to podoba, czy nie. 
A jak nie, najlepiej zamknąć się w domu, pod dachem, gdzie deszczowe krople nie wyrządzą nam szkody. Zaparzyć gorącej herbaty, i zjeść sobie do niej ptysia. Z jagodowym kremem najlepiej.

To taki prosty deser - ciasto parzone, bita śmietana i świeże borówki. Ja do środka dodałam niespodziankę w postaci curdu, który specjalnie z myślą o tym deserze przygotowałam. Wyszło lekko i lekko, taki deser schyłku lata.
Aż mi troszkę smutno, gdy o tym pomyślę... 

Ptysie jagodowe

Składniki:
(na 6-8 ptysi)
  • 125 ml wody
  • 65 g masła
  • 85 g mąki pszennej
  • 2 jajka

nadzienie:

dodatkowo:
  • 100 g serka mascarpone
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 150 g borówek amerykańskich

Wodę z masłem zagotować w garnuszku o grubym dnie. Gdy masło się rozpuści, dodać przesianą mąkę, intensywnie mieszając. Podgrzewać, aż masa zrobi się szklista i zacznie odchodzić od ścianek.
Ostudzić.

Do ostudzonej masy po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.

Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie dużej gwiazdy, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia okrągłe ptysie, zachowując odstępy (ptysie mocno urosną).

Piec w 200 st. C. przez 20-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Mascarpone, kremówkę i cukier waniliowy ubić na sztywno. Przełożyć masę do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdy.

Ptysie przekroić na pół w poziomie, wycisnąć krem na brzegach, środki wypełniając curdem. Udekorować borówkami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Alicji. Można wygrać zupełnie wyjątkowe talerze i podstawki, które szalenie mi się spodobały. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 28 lipca 2015

O jagodowej tęsknocie. I borówki - zamiast

W Danii nie ma jagód.
Jak to? - spytacie z oburzeniem. Przecież jagody są wszędzie - w lesie całe pola (wystarczy wiedzieć, gdzie szukać), przy drodze siedzą starsze panie z litrowymi słoikami pełnymi tych leśnych skarbów, a jeśli jesteśmy typowymi mieszczuchami, możemy wybrać się na najbliższy targ i tam z pewnością znajdziemy kilka stoisk uginających się, między innymi, pod tymi czarnymi kuleczkami.
A ja Wam odpowiem - wcale nie. Ani w sklepie, ani na targu, ani w mrożonkach nawet - nie ma. Tylko borówki amerykańskie, na które był prawdziwy szał w czasach, gdy uczęszczałam do liceum. Jagody nas znudziły, bo takie małe i niereprezentatywne, a borówki - duże, idealne elipsy, wydawały się dużo bardziej wyrafinowane. No i jeszcze ta nazwa - amerykańskie. Któż by się oparł...?
Jedli wszyscy, jadłam i ja, zachwycając się ich smakiem. A jednocześnie z Rodzicami i Młodą jeździliśmy od czasu do czasu na jagody. Wracałyśmy niemożebnie umorusane, fioletowe nawet za uszami, z brzuchami pełnymi jagodowego dobra. Słoiczki, no cóż... W większości zapełniali Rodzice. 

Dzisiaj jagody przechodzą swoisty renesans - razem z modą na wszystko, co swojskie i lokalne, wróciły do łask. Wszyscy pieką jagodzianki niemal na wyścigi, starając się udoskonalić już przecież doskonałe receptury naszych babć. A ja tylko dostaję ślinotoku na myśl o tych wszystkich sernikach, drożdżówkach i babeczkach, i zadowalam się borówkami. Które owszem, są dobre, ale ze smakiem leśnych jagód niewiele mają wspólnego. 

Postanowiłam przetestować przepis na krem, który przygotowywałam wielokrotnie, z dodatkiem najróżniejszych owoców - od tradycyjnych cytryn, przez inne cytrusy, aż po rabarbar czy żurawinę, a nawet marchewkę. Mowa o curdzie - angielskim kremie-budyniu, lekko kwaskowym, intensywnie owocowym, który podbił chyba cały świat. Na podstawie ulubionego przepisu przygotowałam go z borówek, i muszę przyznać, że mile mnie zaskoczył. Kremowa, budyniowa konsystencja i intensywny, owocowy smak. Czego chcieć więcej...?
Może tylko curdu z prawdziwych, leśnych jagód...

Jagodowy curd

Składniki:
(na 350 g curdu)
  • 300 g jagód/borówek amerykańskich
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

Jagody/borówki zmiksować blenderem na gładką masę, przetrzeć przez sitko. Umieścić w garnuszku razem z jajkami, żółtkami, cukrem, sokiem z cytryny i mąką. Dokładnie wymieszać. Podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa nabierze konsystencji gęstego budyniu. Wlać olej, wymieszać, gotować jeszcze 2 minuty.
Ostudzić.

Smacznego!

A już jutro pokażę Wam, jak zawartość takiego słoiczka można wykorzystać. Bo choć wyjedzenie jej ot, tak po prostu, łyżeczką, a być może nawet palcem, wydaje się niezwykle kuszące, gwarantuję, że są jeszcze lepsze możliwości.