Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bób. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bób. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lipca 2017

Sztuka wyrastania i chlebek z zieloną wkładką

Ostatnio nabrałam znów ochoty na pieczenie drożdżowych ciast. Może dlatego, że niby jest lato, ale jednak chłodno i drożdżowe wydaje się takie... Pocieszające. Kiedy zapach słodkich bułeczek roznosi się po domu, deszcz i wiatr tracą na znaczeniu. I nie ważne, że tylko na chwilę...

Problem jednak jest taki, że kaloryfery oczywiście nie grzeją, w kominku w środku lipca palić nie będę (swoją drogą, w kominku nie palę w ogóle, bo nie umiem; to zadanie C. A on by mnie tak wyśmiał, gdybym wyszła z tak niedorzeczną propozycją, że wolę sobie temat odpuścić), a jakby nie patrzeć, osiemnaście stopni to nie jest optymalna temperatura wyrastania. Co robić...?
Wiedziona piekarniczym instynktem, przystąpiłam do szczegółowej inspekcji jednego z piekarników. Tego z funkcją parowania. I wiecie, co odkryłam...? Że ma specjalny program do wyrastania! Przetestowałam go najpierw na słodkich bułeczkach z porzeczkami, następnie na chlebie, na który przepis znajdziecie poniżej - i jestem zachwycona! Nie dość, że można ustawić idealną dla danego rodzaju ciasta temperaturę, to jeszcze piekarnik sam z siebie utrzymuje odpowiednią wilgotność tak, że powierzchnia ciasta nie ma nawet szansy pomarzyć o wysuszeniu. W dodatku przyspiesza cały proces, i w najwyżej czterdzieści pięć minut mam idealnie wyrośnięte, cudownie puszyste ciasto. No żyć, nie umierać! Jestem zachwycona i jednocześnie zdegustowana samą sobą, że wcześniej tego nie odkryłam. Teraz, skoro coraz lepiej rozumiem mój piekarnik (a nie jest to łatwe, zważywszy na fakt, że rozmawia ze mną po duńsku), możecie spodziewać się kolejnych drożdżowych wypieków. Z tego co wiem, nie zanosi się bowiem na zmianę aury, i lody póki co schodzą na dalszy plan...

Ten chlebek upiekłam z myślą o wspólnym gotowaniu, gdzie miałyśmy przygotować danie z trzech produktów: bobu, czosnku i pomidorów. I muszę przyznać, że trochę naoszukiwałam...
W Danii świeży bób jest nieosiągalny, sięgnęłam więc po mrożony. Bardzo chciałam coś przygotować, myślałam długo, aż w końcu wpadłam na pomysł upieczenia chleba. Tylko te pomidory... Nie bardzo pasowały do mojej wizji. W końcu wykombinowałam, że użyję suszonych; i choć wiem, że sezon na świeże, dorodne jest teraz w pełni, mam nadzieję, że wybaczycie mi to lekkie nadużycie. Na usprawiedliwienie dodam, że chlebek podałam jako dodatek do roladek z kurczaka z mozzarellą i pieczonych pomidorków koktajlowych. Może być...?

Pasta z bobu jest wyborna; śmiało można jej używać jako smarowidło do kanapek, albo nawet wymieszać z ugotowanym makaronem. Sok z cytryny i olej najlepiej dodawać po trochu, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji i smaku. W końcu nie wszyscy lubimy to samo...
Chlebek jest mięciutki, delikatny i puszysty; świetnie nadaje się jako dodatek do zup, ale również do kanapek. Naprawdę warto sobie taki upiec.

Po inne przepisy na inne dania z bobem, czosnkiem i pomidorami koniecznie zajrzyjcie do Ani, Malwinny, Shinju i Martynosi.

Chleb z pastą z bobu i suszonymi pomidorami


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 27x15 cm)
  • 350 g mąki pszennej
  • 200 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 23 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml letniej wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy
pasta z bobu:
  • 350 g ugotowanego, wyłuskanego bobu
  • 2 ząbki czosnku
  • 10 gałązek mięty imbirowej
  • sok z 1 cytryny
  • 100 ml oleju pistacjowego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g suszonych pomidorów w oleju
  • 2 łyżki oleju od pomidorów
Mąki wymieszać, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 150 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać do ciasta pozostałą wodę, zagnieść. Pod koniec wyrabiania dodać sól i oliwę.
Ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować pastę z bobu.
Bób, przeciśnięty przez praskę czosnek, oberwane listki mięty, sok z cytryny i olej zmiksować blenderem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 35x40 cm, delikatnie podsypując mąką. Posmarować równomiernie pastą z bobu, posypać pokrojonymi na mniejsze kawałki pomidorami odsączonymi z zalewy. Zawinąć ciasno w rulon wzdłuż dłuższego boku, złożyć na pół i włożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-25 minut.

Posmarować ciasto olejem z pomidorów.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Ja tymczasem jutro wybieram się do fryzjera na ułożenie próbnej fryzury i zrobienie makijażu ślubnego. Jestem nawet lekko podekscytowana, muszę przyznać.

wtorek, 17 stycznia 2017

Na rozgrzanie: pikantna zupa z kurczakiem

Jesteście przesądni...?
Ja niby nie. Ale mam wrażenie, że od czasu do czasu miewam przebłyski nerwicy natręctw. Zdarza się, że przejdę całą drogę do sklepu, nie następując na łączenia płytek. Często nerwowo szukam niemalowanego, żeby odpukać jakieś wyimaginowane nieszczęście. Bywa, że waham się już z dłonią na klamce, czy aby na pewno bezpiecznie będzie wejść do ciemnego pokoju...
Nie mam pojęcia, skąd to się bierze, i czy może właściwie powinnam udać się z tym do specjalisty...? 

W każdym razie chodzi o to, że miniony piątek był piątkiem trzynastego. Przerażający, owiany złą sławą piątek, którego staramy się wystrzegać, jak tylko możemy. Niestety, nieubłagany kalendarz raczy nas takimi niechcianymi piątkami od czasu do czasu, pozostawiając właśnie nam to, jak się z nimi obejdziemy.

Niektórych nie rusza to zupełnie. Są całkowicie odporni na zabobonne lęki, nie wierzą w duchy i przesądy. Piątek trzynastego traktują jak każdy inny, czyli powolny wstęp do weekendu. Chwała im za to!
Są też tacy, którzy czują lekkie mrowienie w koniuszkach palców już w czwartek po południu. Tego dziwnego dnia starają się unikać wszelkich potencjalnych niebezpieczeństw i zagrożeń, wypatrując ich na każdym kroku. Do północy siedzą na kanapie, pod kocem, i odliczają ostatnie sekundy, żeby wreszcie odetchnąć z ulgą. Bo teraz już przecież nic złego stać się nie może; prawda...?
Zdarzają się też ci, którzy ten dzień przeczekują schowani głęboko pod kołdrą, w pracy tłumacząc się zagrażającym życiu katarem. Bo jeśli tylko przekroczyliby próg mieszkania, ba! Własnej sypialni! To z pewnością skończyłoby się to katastrofą. Z fajerwerkami. Co prawda tych nieszczęsnych piątków przeżyli już kilkadziesiąt, a to, że nic się nie stało, tylko dowodzi słuszności ich tezy; póki siedzą pod kołdrą, są bezpieczni. Lepiej licha nie kusić i na zimne dmuchać...

A Wy? Boicie się piątku trzynastego...?

Tę zupę przygotowałam już jakiś czas temu. Wyszła pyszna: dość pikatna, sycąca i obłędnie aromatyczna. Idealnie rozgrzewa, gdy człowiek wraca do domu zmęczony po długim dniu pracy, gdy za oknami ciemności rozpanoszyły się już znowu na dobre, a ulubione puchate skarpetki są akurat w praniu. 
Chciałam podzielić się z Wami przepisem... I tu nastąpił problem. Bo za nic nie mogłam źródła rzeczonego przepisu znaleźć! Ubzdurałam sobie, że widziałam go w takim, a nie innym, magazynie. Przejrzałam więc prawie wszystkie numery, bez rezultatów. Gdy już zabierałam się do całej zabawy od początku, zauważyłam wystający róg Mad!, nr 10/2015. Pacnęłam się z rozmachem w czoło: oczywiście, że to tutaj!
Przepis znalazłam w kilka minut, szybciutko zanotowała źródło i czym prędzej dzielę się nim z Wami; zupa bowiem ta jest tak pyszna, że grzechem byłoby się nie podzielić.

Pikantna zupa z kurczakiem i mlekiem kokosowym


Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 800 g piersi z kurczaka (bez skóry)
  • 2 łyżki oliwy z chilli
  • 2 bananowe szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 cm kawałek świeżego imbiru
  • skórka otarta z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki karry (proszek)
  • 1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka mielonej kolendry
  • 1 l bulionu drobiowego
  • 800 g mleczka kokosowego
  • 3 suszone liście kaffiru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 g mrożonego bobu

dodatkowo:
  • pęczek kolendry
  • pęczek dymki

Kurczaka pokroić w kostkę, doprawić solą i pieprzem.
Szalotki pokroić w drobną kosteczkę. Zeszklić na oliwie, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i kurczaka. Smażyć, aż mięso się zrumieni. Zetrzeć na tarce imbir, dodać do kurczaka razem ze skórką z cytryny, kminem, kolendrą i karry. Smażyć jeszcze chwilę. Zalać całość bulionem i mleczkiem kokosowym, dodać liście kaffiru. Gotować przez około 10 minut.
Na końcu dodać bób, gotować jeszcze 5 minut. Doprawić do smaku skórką i sokiem z limonki oraz solą i pieprzem. Wyjąć z zupy liście kaffiru.

Zupę podawać gorącą, posypaną posiekaną kolendrą i dymką.

Smacznego!

Ja tymczasem popadam w marazm; już za dziewiętnaście dni znów idę do szkoły!