Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa zbożowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa zbożowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

Rozgrzewająca kawa na styczniową słotę

Zaplanowałam sobie na dzisiaj dzień lenia.
W dodatku uważam, że bezsprzecznie na niego zasłużyłam; szczególnie po piątku, kiedy to wyszłam z domu kwadrans po drugiej (w nocy, jakby ktoś miał wątpliwości), a wróciłam z powrotem o osiemnastej. W tym czasie zdążyłam być w pracy przez niemal dwanaście godzin, zahaczyć o supermarket, żeby kupić noże w promocji, i... Dojechać tam i z powrotem. Lista nie jest imponująca, ale zmęczona byłam tak, że zasnęłam na kanapie w pozycji półsiedzącej, kiedy próbowałam głaskać Ptysię i rzucać piłeczkę Pączusi... 
Obudziłam się cała obalała jakąś godzinę później tylko po to, żeby zawinąć się w najbliższy koc, położyć i znów odpłynąć w objęcia Morfeusza... A kiedy w końcu udało mi się wstać i dojść pod prysznic, pod strugami gorącej wody obiecałam sobie, że w sobotę nie kiwnę nawet palcem... Bo przecież zasłużyłam, prawda...?

Tymczasem, jak to zwykle ze mną bywa, już od rana stwierdziłam, że takie siedzenie na kanapie i nic-nierobienie w wolną sobotę, kiedy C. jest w pracy, jest bezproduktywne i nużące. Z poczuciem czasu uciekającego przez palce, zabrałam się za pranie, odkurzanie, mycie podłóg, ugotowanie zupy i wysprzątanie w szufladzie z przyprawami (wiecie, ile mam w domu rodzajów soli...? Ja już wiem: osiem). Przed odkurzaniem zdążyłam jeszcze wyczesać Ptysię i przyprawić o palpitację Pączusię, kiedy jej również to zaproponowałam (najpierw uciekała przed szczotką jak diabeł przed święconą wodą, a później stała cała sztywna i wyprostowana, jakbym prasowała ją rozgrzanym do czerwoności żelazkiem, a nie miziała szczotką z miękkim włosiem). 

Kiedy już się uporałam ze wszystkim (no, prawie; pranie nadal w toku, ale tutaj do powiedzenia ma więcej pralka niż ja), usiadłam bardzo z siebie zadowolona z książką w dłoni i... Stwierdziłam, że czegoś mi brakuje. Pogoda dzisiaj zdecydowanie nieciekawa - cały dzień jest szaro i pochmurno, a do tego wietrznie; styczeń w takim wydaniu zdecydowanie nie nastraja optymistycznie. Myślałam o gorącej czekoladzie, ale okazało się, że nie mam w domu kremówki. A gorąca czekolada bez bitej śmietany to już zdecydowanie nie to... Na szczęście znalazłam u Leny przepis na niezwykle kuszącą kawę zbożową; akurat mam w lodówce otwartą puszkę z kajmakiem, a przypraw po świątecznych wypiekach ciągle leży w szufladzie pod dostatkiem. Zagotowałam więc wodę, podgrzałam mleko (słodkie kawy bez pianki z mleka w takie dni jak dziś po prostu nie wchodzą w grę) i... To było dokładnie to, czego mi było potrzeba! Aromatyczna, lekko słodka kawa (jeśli na co dzień pijacie kawę z cukrem, proponuję dodać ze dwie łyżki kajmaku zamiast jednej) z puszystą, mleczną pianką - smakuje po prostu obłędnie! 
Jeśli potrzebujecie czegoś bardziej pobudzającego - proponuję użyć zwykłej kawy, też będzie pysznie. 

Kawa korzenno-karmelowa


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 3 łyżeczki kawy zbożowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 250 ml wrzątku
  • 1 łyżka masy krówkowej
  • 100 ml mleka

Kawę i przyprawy wsypać do szklanki, zalać wrzątkiem, odstawić do zaparzenia.
W tym czasie podgrzać mleko do temperatury 60 st. C., spienić.
Do kawy dodać masę krówkową, wymieszać. Na wierzch wylać pianę z mleka.

Smacznego!


A teraz, gdy zrobiło się już niemal zupełnie ciemno, mogę spokojnie ułożyć się na kanapie i poczytać - w końcu wyzwanie książkowe na Goodreads nie śpi!

sobota, 17 grudnia 2016

Kawa i kasztany... Dlaczego by nie...?

Uff... Nie mam na nic już dzisiaj siły. Takie dni jak dziś, gdy w pracy wrze przez bite jedenaście godzin, i tylko świąteczne melodie w tle powstrzymują mnie przed wykrzyczeniem kolejnemu interesantowi prosto w twarz, żeby mi wszyscy w końcu dali święty spokój, wprowadzają mnie w stan lekkiej nerwicy. Z drugiej strony wysysają ze mnie wszystkie siły życiowe, co sprawia, że po powrocie do domu siadam na kanapie i tempo patrzę w ścianę, nawet jej nie widząc. Marzę tylko o wyciągnięciu się w łóżku i spaniu, spaniu, spaniu...
I właśnie to ostatnie mam zamiar wprowadzić w życie już za momencik.

Dziś więc krótko i na temat.
W taki właśnie dzień warto poprawić sobie humor czymś dobrym. Problem w tym, że gdy człowiek pół godziny zbiera się w sobie, żeby wrzucić łyżeczkę do zlewu, jakiekolwiek kuchenne manewry z góry skazane są na niepowodzenie. W takiej sytuacji z pomocą przychodzi kawa z prostym, acz zmieniającym wszystko dodatkiem.
Do zbożowej, klasycznej Inki dodałam odrobinę domowego kasztanowego puree. I wiecie co? Powstało coś tak pysznego, że znalazłam w sobie dość siły, aby przygotować drugą porcję!
Uwielbiam ten słodkawy, charakterystczny, kasztanowy smak. Z kawą komponuje się znakomicie. Do tego odrobina wanilii, puszyste, spienione mleko, i można oddać się totalnemu nicnierobieniu. Ach...

Inka kasztanowa


Składniki:
(na 1 porcję)
Kawę, zalać wrzątkiem, wymieszać. Dodać puree z kasztanów, połączyć.
Mleko lekko podgrzać, spienić. Wyłożyć na kawę. Na wierzch zetrzeć odrobinę wanilii.

Smacznego!


Przepis bierze udział w konkursie Inki:

czwartek, 8 grudnia 2016

ŻurawInka

Codziennie z zapałem otwieramy kolejne okienka adwentowych kalendarzy. Czujemy się jak małe dzieci, czekające na niespodziankę. Niewiarygodne, jak takie drobnostki mogą cieszyć i sprawiać, że zwykły dzień nagle stanie się lepszy, a o uśmiech będzie dużo łatwiej.

Kolejną drobną radością, której nie potrafię sobie odmówić, jest wieczorna filiżanka kawy. Zbożowej, bo po zwykłej spać nie mogę (a kto mnie zna, ten wie, że snu potrzeba mi bardzo przy tym dziwnym trybie pracy, który sobie wybrałam). Sięgam więc po starą, dobrą Inkę, którą znają chyba wszyscy.

Z racji, że lubię w życiu nowości i urozmaicenia, szukam ciągle nowych sposobów na podanie kawy. Tym razem sięgnęłam po syrop żurawinowy, który nie tylko jest pyszny, ale i zdrowy. Razem z Inką stworzył pyszny, kwaskowy duet. Do tego puszysta piana z mleka, której nie potrafię się oprzeć, i kwadrans pod kocem okazuje się być najprzyjemniejszą chwilą zabieganego dnia.

Inka z syropem żurawinowym


Składniki:
(na 1 porcję)
Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać. Po ściance szklanki wlać sok.
Mleko podgrzać do temperatury 65 st. C., spienić. Wyłożyć na kawę.
Wierzch udekorować liofilizowanymi żurawinami.

Smacznego!

Przepis dodaję do konkursu organizowanego przez Inkę:

czwartek, 24 listopada 2016

Inka ze skandynawską nutą

Gdy byłam dzieckiem, Inka i kawa zbożowa były synonimami. Nie wiem, czy to dlatego, że Inka była jedyną kawą zbożową dostępną na rynku, a może po prostu była najlepsza...? W każdym razie to właśnie ją Mama kupowała i parzyła dla mnie i Młodej, gdy domagałyśmy się kawy pitej przecież tylko przez dorosłych.
Oczywiście, jak zwykle musiałam stawać okoniem. Podczas gdy moja Siostra z lubością wypijała kawkę z mleczkiem, jak Mamusia, ja kręciłam nosem i decydowałam się jednak na herbatę. Komu bowiem spieszno do dorosłości, skoro smakuje tak dziwnie...?
Przez długie lata kawy nie pijałam. Ot tak, od wielkiego święta; czasem ją we mnie wręcz wmuszano. Herbat za to miałam w domu bez liku, i to nimi poiłam swoich gości. Gdy na studiach znajomi przed sesją wspomagali się hektolitrami czarnego jak smoła napoju, ja ciągle popijałam herbatkę, patrząc na nich z politowaniem.

Dzisiaj nadal kawy pijam niewiele, ale za to przeprosiłam się z Inką. Kupiłam ot tak, na próbę, bo wpadła mi w oko w polskim sklepie. Smak już niemal zapomniany, stwierdziłam więc, że warto go sobie odświeżyć. Okazało się, że jej charakterystyczny, lekko słodki smak wprost idealnie wpasowuje się w moje podniebienie! I choć nadal to herbata jest moim ulubionym napojem, kilka razy w tygodniu zaparzam sobie kawę zbożową i piję ją z dodatkiem mleka (jak Mamusia).

Tym razem postanowiłam ją sobie nieco urozmaicić. Oprócz spienionego mleka i odrobiny amaretto dla rozgrzania w ten zimny, listopadowy wieczór, na wierzch dodałam przygotowane poprzedniego dnia palone migdały. Nadały kawie dodatkowej słodyczy i chrupiących niespodzianek, które zatopiły się w lekkiej jak puch pianie z mleka. Wyszło naprawdę pysznie i jestem pewna, że taką kawkę będę popijała aż do Świąt.

A Wy? Pamiętacie jeszcze Inkę...?

Inka z palonymi migdałami


Składniki:
(na 1 porcję)
Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać. 
Mleko podgrzać do temperatury 65 st. C., spienić.
Do kawy dodać amaretto, wymieszać. Na wierzch wylać spienione mleko, posypać posiekanymi migdałami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w inkowym konkursie: