Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeżyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeżyny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 września 2017

Ślub po duńsku, czyli uwaga! Kobieta! I jesienne ciasto ze śliwkami

O ślubie z C. dyskutowaliśmy długo i szeroko. Jak się pochodzi z różnych krajów i wyznaje różne religie, pytanie gdzie? nabiera dwojakiego sensu. 
Muszę przyznać, że nie było łatwo. W końcu jednak podjęliśmy decyzję praktyczną: ślub odbędzie się w Danii, bo C. ma zdecydowanie większą rodzinę niż ja. Teraz pozostawała tylko kwestia rodzaju ceremonii: świecka czy kościelna? C. nie miał wątpliwości; ślub musiał odbyć się w kościele. Koniec, kropka. Hmm... Ale jak to rozwiązać? Ma być dwóch duchownych? Słyszałam też o ślubach, gdzie tylko jedno z małżonków przysięgało, a drugie stało sobie jak parasol i miało tylko ładnie wyglądać. Coś takiego w grę nie wchodziło!
Udaliśmy się więc do najbliższego kościółka, i co się okazało? Że nasze religie są tak do siebie zbliżone, że bez problemu ślubu nam udzielą! Bez żadnych ceregieli; każde ma powiedzieć dwa razy tak, i pozamiatane. 
Musze przyznać, że odetchnęłam z wielką ulgą.

Problem pojawił się na kilka dni przed ceremonią; okazało się, że godzinę przed naszym jest inny ślub i pastor, który miał się nami zająć, nie da rady. Będzie więc inny. A raczej inna; bo tutaj pastorzy są obojga płci. Szczerze mówiąc, mnie samą średnio to obeszło, ale obawiałam się reakcji mojej Babci... Na szczęście okazała się kobietą na tyle nowoczesną, że zaakceptowała sprawę bez mrugnięcia okiem. 
Uff... Skandalu nie będzie.

A Wy? Byliście kiedyś na ślubie, którego udzielała kobieta...?

Tymczasem mam dla Was banalnie proste ciasto z wczesnojesiennymi owocami: śliwkami i jeżynami. Pierwsze od sąsiada zza płotu, drugich nazbierała Młoda z Tomaszem. Nic nie może się zmarnować, wrzuciłam więc wszystko do prostego ciasta jogurtowego podkręconego kardamonem. Wyszło, muszę przyznać, wyjątkowo pysznie. Soczyste owoce, chrupiąca, cukrowo-migdałowa skorupka i delikatna nuta kardamonu w tle - naprawdę smakowita kompozycja. Spróbujcie, póki jeszcze można w lesie nazbierać jeżyn!

A jeśli macie ochotę na jakieś inne desery ze śliwkami, koniecznie sprawdźcie, co upichciły Mirabelka i Malwina!

Ciasto jogurtowe ze śliwkami i jeżynami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 295 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 2 jajka
  • 50 g złotego syropu
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 150 ml oleju
dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)
  • 100 g jeżyn
  • 50 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego
Mąkę z proszkiem i sodą przesiać, dodać cukier i kardamon, połączyć.
Jajka roztrzepać, dodać syrop, jogurt i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć owoce, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Wczoraj, zerkając do kalendarza, z zaskoczeniem odkryłam, że dzisiaj mija równo miesiąc od wesela. Z tej okazji kupiłam koszyczek dorodnych i drogich jak nieszczęście kurek - będzie tarta. Z białym winem. W końcu taka okazja nie zdarza się co dzień...

niedziela, 24 września 2017

Jej puchatość drożdżówka. I o moim nastawieniu do jesieni

Jesień... 
W tym roku, muszę przyznać, niemiło zaskoczyła mnie jeszcze pod koniec lata. Wracając z cudownych wakacji, prosto z ciągle jeszcze przyjemnie ciepłej Barcelony i słonecznego Turynu, trafiłam wprost pod duńskie ulewy. Wrzesień był mokry, wietrzny i nieprzyjemny, a pochłaniające świat ciemności już w okolicach dwudziestej przygnębiają mnie ogromnie. Jeszcze chwila, a znów wejdę w wampirzy tryb - wychodzę do pracy po ciemku, wracam po ciemku... Ciężko wtedy znaleźć motywację do czegokolwiek; siedzenie na kanapie pod kocem (albo dwoma), z kubkiem gorącej herbaty w zasięgu ręki i talerzykiem pachnącego ciasta na kolanach, wydaje się być szczytem możliwości. 

Gdy w końcu znalazłam chwilę na przejrzenie znajomych blogów, niemal wszędzie wyczytałam mniej lub bardziej zawoalowane przytyki pod adresem jesieni. Że brzydka, deszczowa i zimna, i że w ogóle nikt jej nie chce. A wiecie, co ja Wam powiem...? Ja już wolę jesień od lata, którego w tym roku jakby nie było. Bo pierwszy jesienny dzień (ten kalendarzowy) przywitał mnie słońcem i ciepłem. Z kubkiem herbaty usiadłam w ogrodzie i wystawiłam twarz na słoneczne promienie; z zadowoleniem przymknęłam oczy i spod przymrużonych powiek obserwowałam lepkie nitki babiego lata leniwie osiadające na żywopłocie. Po niebie snuły się białe obłoczki, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Mam nadzieję, że taka właśnie jesień zostanie z nami jak najdłużej i wynagrodzi deszczowe, zimne lato...

Jeszcze przed wyjazdem upiekłam nam drożdżówkę. Prostą, szybką, a jednocześnie efektowną z uwagi na jej ślimaczy kształt. Młoda nazbierała jeżyn, w szafce znalazłam słoiczek kremu z białej czekolady z pistacjami, i tak powstała mięciutka, słodka i pyszna drożdżówka. Wyrosła niesamowicie; wyszła zaskakująco puchata i delikatna. Lekko kwaśne jeżyny świetnie skomponowały się ze słodkim kremem; skubaliśmy ją w drodze do Amsterdamu i muszę przyznać, że zniknęła szybciej, niż się spodziewałam. W końcu byliśmy już tylko we dwoje...

Drożdżówka z kremem czekoladowo-pistacjowym i jeżynami


Składniki:
(na formę o średnicy 28 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli

nadzienie:
  • 150 g kremu czekoladowo-pistacjowego
  • 100 g jeżyn

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki cukru pudru

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x50 cm. Przeciąć wzdłuż na trzy paski, każdy z nich posmarować kremem czekoladowym, a następnie zwinąć w rulon. 
Formę wyłożyć papierem do pieczenia, a w niej ułożyć ruloniki z ciasta w formie ślimaka. Pomiędzy nie wcisnąć jeżyny, jedna przy drugiej.
Odstawić do wyrośnięcia na 20 minut.

Posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


I tak, wiem; miałam pisać o ślubie i podróżach. Ale powrót do pracy nie był łatwy, i zanim wejdę znów w codzienny rytm i na nowo przyzwyczaję się do wstawania o nieludzkich porach, będę pisać, co z palców na klawiaturę spłynie...

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...

piątek, 28 lipca 2017

Bardzo skandynawska tarta nie tylko na skandynawską kieszeń

Patrząc na moje przepisy dodane do akcji Ani można by pomyśleć, że Skandynawowie w ogóle, a Duńczycy w szczególności, jeszcze nie wpadli na pomysł, żeby do ciast i deserów dodać coś innego niż rabarbar. Oczywiście, jest to bzdura na resorach; powiem więcej: rabarbar wcale aż tak bardzo przez Duńczyków lubiany nie jest. Oni bowiem wolą zdecydowanie słodkie smaki; kwaskowatość rabarbaru jest zarezerwowana dla koneserów.
Takich jak ja. A że dorobiłam się w tym roku całych trzech rabarbarowych krzaczków (które, o dziwo, nawet teraz jeszcze mnie w rabarbarowym szaleństwie podtrzymują licznymi różowo-zielonymi łodygami), nie mogę się po prostu powstrzymać. Część z przepisów przygotowałam jeszcze w maju, gdy już myślałam o akcji wiedząc, że później może nie być czasu na przetestowanie tylu przepisów, ile bym sobie życzyła. Później zaś nadal korzystałam z rabarbarowego dobrodziejstwa, i tak się jakoś rabarbarowo kulało... Aż tu nagle okazało się, że tematem wspólnego gotowania jest skandynawski deser z owocami leśnymi! Zaskoczona i lekko zdezorientowana, czym prędzej wysłałam C. do sklepu, a sama rozpoczęłam poszukiwania odpowiedniego przepisu.

W oko wpadła mi tarta z Scandilicious baking Signe Johansen. Z tym, że w oryginale jest z czerwonymi porzeczkami. Wygląda piękne! Ale ten, kto kiedyś próbował kupić czerwone porzeczki w Danii ten wie, że to frykasy tylko dla elit. Bo, uwaga, tutaj kilogram porzeczki kosztuje... Sto polskich złotych! Rozumiecie...? Rozbój w biały dzień! Mnie na to nie stać; poczekam, aż drzewko w ogrodzie zacznie owocować, i wtedy się porzeczkami nasycę. Póki co stawiam na owoce leśne, w których skład wchodzą właśnie wyżej wymienione czerwone porzeczki, a także ich czarne kuzynki, jagody, maliny oraz jeżyny. Sami widzicie - mieszanka jest odpowiednio kwaskowa, dzięki czemu świetnie kontrastuje z intensywnie migdałową, słodką masą. 
Zamiast marcepanu użyłam masła migdałowego, w którego skład wchodzą tylko migdały i sól. Jeśli zdecydujecie się na marcepan lub dosładzaną masę, koniecznie zmniejszcie ilość cukru! 
Moja masa jest dość ciemna, ponieważ migdały zmielono całe, razem ze skórkami. Jeśli zależy Wam na lepszym kontraście kolorystycznym, zdecydujcie się na marcepan lub jasną masę migdałową.

Inne propozycje na skandynawskie ciasta z owocami leśnymi znajdziecie u Siankoo, Mopsika i Ani.

Tarta z masą migdałową i owocami leśnymi


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 24 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 100 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa migdałowa:
  • 330 g masła migdałowego
  • 150 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 300 g mieszanki owoców leśnych
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać pokrojone w kostkę masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Wyłożyć nim formę, formując brzegi.
Schłodzić w lodówce przez 60 minut.

Po tym czasie ciasto gęsto nakłuć widelcem, położyć na nim arkusz papieru do pieczenia i wysypać groszkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Masło migdałowe utrzeć z cukrem. Dodać miękkie masło, zmiksować. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt, połączyć. Na końcu dodać mąkę, zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę migdałową równomiernie rozłożyć na ostudzonych cieście. Na wierzch wysypać owoce leśne, delikatnie wciskając je w masę. 

Piec w 180 st. C. przez około 20 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

wtorek, 6 czerwca 2017

O wściekłej fretce i truskawkowym lesie deszczowym, czyli o powrocie do domu. I letnie ciasto bez pieczenia

Wszystko, co dobre, szybko się kończy...
Nawet pełne dwa tygodnie wakacji mijają zdecydowanie zbyt szybko. Szczególnie, gdy lista zadań i zajęć jest długa, a każdy dzień wypełniony jest po brzegi umówionymi spotkaniami. Gdy odwiedza się rodzinne strony po półtora roku, wiele rzeczy po prostu trzeba zrobić. Zwiedzić stare kąty, odwiedzić krewnych i znajomych, wybrać się na zakupy, zachwycać się tym, co chyba już zawsze zostanie takie samo i z zapartym tchem obserwować niezliczone zmiany.

Gdy już wszystko było spakowane, a nam zostało tylko wsiąść do samochodu i znów ruszyć na zachód, zakręciła mi się w oku łezka. Bo znów nie wiem, kiedy wrócę...

Mimo wszystko jednak dobrze jest wrócić do domu. Co prawda z szopki na rowery wyskoczyła na nas wściekła fretka, która podczas naszej nieobecności rzeczoną szopkę zaanektowała i urządziła w niej sobie przytulne gniazdko. Bardzo jej się powrót starych lokatorów nie spodobał; stała na ulicy, prychając i wyrażając swoją furię na wszystkie znane fretkom sposoby. 
Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pierwszej w nocy, rozpakowaliśmy więc szybciutko rzeczy wymagające natychmiastowego rozpakowania (twaróg), żeby po szybkim prysznicu wskoczyć pod własną kołdrę we własnym łóżku... Od tygodni tak dobrze nie spałam!

Rano, gdy tylko Pączusia skoczyła C. na twarz informując, że to już najwyższa pora na załatwienie porannej toalety, ruszyliśmy do ogrodu, wciągając swetry przez rozespane głowy. A tam, moi drodzy - prawdziwe cuda! Niepozorne jeszcze dwa tygodnie temu krzaczki truskawek przypominają las deszczowy; mięta imbirowa rozrosła się tak, że truskawkową ledwo znaleźliśmy; rabarbar, tymianek i szałwia (zwykła i ananasowa) wyglądają, jakby spadł na nie cały duński deszcz, a na krzewie czerwonej porzeczki znalazłam pierwszą zieloną kuleczkę. Wszystko aż kipi setką odcieni zieleni, zaskakuje intensywnością barw i kusi, żeby zrywać i jeść... 
Bo są jeszcze przecież rzodkiewki, buraczki liściowe, dymka, szczypior, koper, czarna porzeczka, czerwony agrest, poziomki, oregano... 
Chwilo, trwaj!

Przed wyjazdem przygotowałam szybkie, letnie ciasto z galaretek. Tych ostatnich bowiem u mnie pod dostatkiem, a w lodówce stało opakowanie śmietany, którą kupiłam z myślą o czymś, czego w końcu nie przygotowałam. A że trzeba było wyczyścić lodówkę, pozbierałam różne resztki, i powstało takie oto ciacho. Bez pieczenia, więc idealne na upalne dni. Lekkie, umiarkowanie słodkie, orzeźwiające dzięki galaretce i kwaskowym owocom. Szczerze mówiąc, wyszło lepiej, niż się spodziewałam. Polecam Wam więc ogromnie!

Śmietanowiec z owocami i galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 125 g nutelli

masa śmietanowa:
  • 75 g galaretki cytrynowej (proszek)
  • 150 ml wrzątku
  • 165 ml mleka skondensowanego słodzonego
  • 500 g creme fraiche (18%)

wierzch:
  • 25 g czarnej porzeczki
  • 20 g malin
  • 35 g jeżyn
  • 130 g truskawek
  • 400 ml wrzątku
  • 75 g galaretki malinowej (proszek)

Ciastka pokruszyć, wymieszać z nutellą. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć masę ciasteczkową, dobrze ugnieść.
Schłodzić.

Galaretkę cytrynową rozpuścić we wrzątku, ostudzić.
Creme fraiche zmiksować w mlekiem. 
Gdy galaretka zacznie tężeć, wlać ją do śmietany, cały czas miksując.
Przelać masę na spód, wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.

Malinową galaretkę rozpuścić we wrzątku, ostudzić.

Na schłodzonej masie śmietanowej ułożyć owoce, zalać tężejącą galaretką. Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

Smacznego!

Jakby ktoś się zastanawiał, to suknię kupiłam. Jaką...? 
Opowiem następnym razem...

środa, 17 maja 2017

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia. I o tym, że pszczoły bywają niebezpieczne

Już na wstępie chciałabym Was lojalnie uprzedzić: to jest wpis tylko dla Czytelników o mocnych nerwach.
Żeby później nie było, że nie ostrzegałam...

W poniedziałek, mając lat trzydzieści, miesięcy osiem i dni siedem, zostałam po raz pierwszy w życiu użądlona przez pszczołę. Boli cholerstwo niesamowicie! Podstępna, przyczepiła się do mnie już w ogródku, czego w swej naiwności nie zauważyłam. Stoję więc sobie w kuchni, nucę pod nosem Jingle bells (nie pytajcie; ta melodia prześladuje mnie przez okrągły rok), aż tu nagle coś mnie załaskotało w ramię. Pewna, że to jakiś włos czy inny pyłek, niecierpliwie machnęłam dłonią. Na blacie, ni z tego, ni z owego, wylądowała pszczoła. Natychmiast zawołałam C., żeby czym prędzej się z nią rozprawił, zanim kogoś użądli. I wtedy poczułam ból w ramieniu...
Z paniką spojrzałam w oczy C. i wykrztusiłam: Chyba mnie użądliła... Zerknął fachowo, jednym sprawnym ruchem wyciągnął żądło i orzekł, że należy przyłożyć kostkę cukru. Uniosłam brew, bo wydawało mi się to co najmniej dziwnym pomysłem. C. już jednak wkładał buty i pędził do sklepu, bo w domu mamy przynajmniej siedem rodzajów cukru, ale żadnego w kostkach.
Gdy wrócił, zastał mnie w bujanym fotelu, ściskającą ramię i cóż... Kiwającą się w tył i w przód. Teraz już wiem, że takie użądlenie to nie przelewki, a komary to przy tym pikuś.

W czasie, gdy ja snułam te ponure rozmyślania, C. odpakował cukrowy sześcian, po czym, dokładnie go wpierw obśliniwszy, przyłożył do śladu po użądleniu. Moja zniesmaczona mina szybko zmieniła się w błogą, gdy ze szczerym zdziwieniem stwierdziłam, że to naprawdę działa! 
Dzisiaj już nic mnie nie boli, a w miejscu użądlenia czuję tylko dziwne zgrubienie. Niech żyją Duńczycy i naturalne sposoby na wszystko!

Ach, zapomniałabym! Wiecie, co powiedział C., wynosząc z kuchni martwą pszczołę...? 
Biedna pszczoła... Bo wiesz, to nie była osa, tylko jedna z tych dobrych...
Tu pozwoliłam sobie na niemy protest. Ale że cukier działał, zostawiłam go dla siebie.

Tymczasem mam dla Was kolejną propozycję na śniadanie pierwsze, drugie, deser lub podwieczorek. Nie ma to jak uniwersalność!

Pisałam Wam niedawno, że przytargałam do domu całe mnóstwo owoców. Zużyłam je bardzo szybko; głównie po prostu podjadając po jednej czy dwie jagódki prosto z lodówki. Z części jeżyn przygotowałam jednak znakomity pudding z dodatkiem chia, suszonych jagód acai i jogurtu. Muszę przyznać, że pomysł z jogurtem jest wręcz genialny! Jeśli zamiast łyżką, wymieszacie wszystko porządnie trzepaczką, całość lekko się spieni, dzięki czemu gotowy pudding będzie miał wyjątkowo lekką i delikatną konsystencję. Musze przyznać, że mnie ten efekt bardzo przyjemnie zaskoczył. 
Mocno owocowy, z lekko chrupiącymi nasionkami, pudding doda energii na kolejnych kilka godzin; nawet, jeśli są bardzo intensywne.

Jeżynowo-jogurtowy pudding chia


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 300 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 3 łyżki chia
  • 100 g jeżyn
  • 1 łyżka suszonych jagód acai
  • 3 łyżki miodu

dodatkowo:
  • jeżyny
  • maliny

Jeżyny zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Wymieszać jogurt, mleko, chia, jeżynowe puree, acai i miód. Mieszać trzepaczką przez kilka minut, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Odstawić na noc do lodówki.

Pudding przełożyć do szklanek, podawać ze świeżymi owocami.

Smacznego!


A Wy? Macie sprawdzone sposoby na użądlenia...?

poniedziałek, 8 maja 2017

Letnie gofry

Mam ostatnio długi ogon do pisania postów. Sporo pracuję, a w wolnym czasie... No cóż, piekę ciasta. Mam więc w zanadrzu trzy ciekawe torty, ale o nich opowiem Wam bliżej weekendu. Dzisiaj mam dla Was coś na idealne, wtorkowe śniadanie. O ile macie wtorki wolne, jak ja.

Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje. Taki mały urlop na duże zakupy. Niemniej, obiecałam sobie, że nie będę kupować owoców, bo mam ich pełną zamrażarkę i muszę najpierw je zużyć. Oczywiście wiecie, jak to się skończyło: w piątek wróciłam do domu z kilogramem truskawek, kolejnym rabarbaru i sześcioma pudełeczkami z malinami i jeżynami. Mmm... Pyszności!

Zaczęłam od wyjadania ich tak, po prostu, ale stwierdziłam, że żal byłoby nie zrobić z nich czegoś bardziej specjalnego. Na weekendowe śniadanie przygotowałam więc gofry z przepisu Beaty na serku kremowym (odrobinę tylko zmieniłam proporcje), a do nich obłędnie pyszną owocową sałatkę. W zasadzie jest to chyba bardziej surówka, bo nic się nie gotuje, ale... Owocowa surówka jakoś głupio brzmi.
Truskawki, maliny, jeżyny, czerwone porzeczki i jagody zamacerowałam w mieszaninie miodu, soku z cytryny i ekstraktu z wanilii, a smak podkręciłam odrobiną mięty z ogródka. Do tego lody truskawkowe i, uwierzcie, wyszło tak dobrze, że nie mogłam powstrzymać się przed kolejnym i kolejnym... 
Spróbujcie koniecznie!

Gofry serowe z sałatką owocową


Składniki:
(na 13 gofrów)
  • 340 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 50 g cukru
  • 375 ml mleka
  • 30 ml oleju
sałatka:
  • 125 g jeżyn
  • 125 j malin
  • 200 g truskawek
  • 50 g czerwonych porzeczek
  • 100 g borówek amerykańskich
  • kilka listków mięty
  • 30 g miodu
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą. 
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania partiami dodając cukier. 
Żółtka utrzeć z serkiem, następnie na zmianę dodawać mąkę i mleko. Wlać olej, połączyć. Dodać pianę z białek, delikatnie wymieszać.

Smażyć gofry w gofrownicy, aż będą chrupiące.

Owoce umyć i osuszyć. Truskawki pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki. Jeżyny, jeśli są duże, przekroić na pół. Wszystkie owoce przełożyć do miski, dodać posiekane listki mięty.
Miód, sok z cytryny i ekstrakt dokładnie wymieszać. Polać owoce, delikatnie połączyć, odstawić.

Ciepłe gofry podawać z lodami i sałatką owocową, polane powstałym sosem.

Smacznego!

Moje psy udały się na popołudniową drzemkę. Poważnie rozważam pójście ich śladem...

czwartek, 27 kwietnia 2017

Zimny deser - kasztanowy budyń ryżowy

W tym tygodniu już trzy razy skrobałam szyby w aucie. W poniedziałek, gdyby ktoś zapomniał albo uważał kalendarz za rzecz zbędną lub przynajmniej niepraktyczną, będzie pierwszy maja. A maj to pączki na krzewach i mrowie drobniutkich, seledynowych listków na drzewach, soczyście zielona trawa, błękitne, bezchmurne niebo i mnóstwo słońca. Co oznacza, że pogoda musi się zmienić o jakieś sto osiemdziesiąt stopni w ciągu trzech dni. Wierzycie w to...? Bo ja powoli przestaję...
C. jednak uparcie twierdzi, że od niedzieli znajdziemy się w raju. I to bynajmniej nie dlatego, że nagle oszalał albo planuje przeprowadzkę w ciepłe kraje; trzydziestego ma urodziny. A w jego urodziny zawsze jest ładna pogoda.
No cóż, zobaczymy...
Bardo bym chciała, żeby tym razem to on miał rację.

Dziś mam dla Was kolejny przepis na pyszne śniadanko, które doda energii z samego rana (nawet, jeśli Wasze rano jest tak naprawdę w środku nocy). Zainspirowała mnie resztka kremu kasztanowego; słoiczek stał w lodówce już kilka dni, a nie mogłam pozwolić, żeby taka pyszność się zmarnowała. I tak, wiem; koniec kwietnia to nie pora na kasztany... Ale cóż, czasem można sobie pozwolić na niesezonowe szaleństwo.
Tak naprawdę to po prostu płatki ryżowe ugotowane na mleku i zmiksowane na gładki budyń. Zamiast kremu kasztanowego można dodać trochę czekolady, albo odrobinę miodu i wanilii. Do tego kolorowe owoce, i przynajmniej śniadanie pasuje do moich majowych marzeń.

Kasztanowy budyń ryżowy


Składniki:
(na 2-3 porcje)

  • 130 g płatków ryżowych
  • 250 ml mleka
  • 250 ml wody
  • 75 g słodzonego kremu kasztanowego
dodatkowo:

  • jeżyny
  • czerwone porzeczki
Płatki, mleko, wodę i krem kasztanowy umieścić w garnuszku, dokładnie wymieszać. Zagotować, a następnie gotować 3-5 minut. Zmiksować blenderem na gładki krem, w razie potrzeby dolewając nieco mleka.
Podawać ciepły lub schłodzony, przybrany owocami.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Lodovo, zdrovo, domovo, w której do wygrania są książki Lodovo:

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Czarno-biały tort na urodziny

Hmm... Powinnam dzisiaj napisać coś wyjątkowego. W końcu blog obchodzi szóste urodziny! Trzy razy sprawdzałam kalendarz, i do sześciu liczyłam na palcach - nie pomyliłam się. To tyle już lat piekę, robię zdjęcia i piszę czasem zawrotnie długie posty o niczym, które, o dziwo, ciągle czytacie. Sama nie wiem, co z tego zadziwia mnie najbardziej...

Żeby znaleźć inspirację do dzisiejszego wpisu, przejrzałam te z lat poprzednich. I nadal nie wiem, co Wam powiedzieć... Poczułam się nieco zawstydzona obietnicami, które poczyniłam, a których nie zrealizowałam. Ale i tak uważam, że blogowanie idzie mi całkiem nieźle. Szczególnie przez ostatnie pół roku, gdy poza domem spędzam minimum dwanaście godzin dziennie, wstaję o porach, z których istnienia połowa ludzkości nie zdaje sobie nawet sprawy, i wracam do domu wykończona po całych godzinach pieczenia i dekorowania ciast. Mimo wszystko, nadal mam ochotę piec, eksperymentować i szaleć w kuchni. Nie zawsze starcza mi siły, ale i tak próbuję. I nie mogę doczekać się wiosny i światła, bo ciągłe ciemności i tak już wątpliwej jakości moich zdjęć nie poprawiają...

Co wydarzyło się przez ten rok? Cóż, jestem już w dwóch piątych cukiernikiem. Za półtora roku, o ile nic paskudnego na mojej drodze nie stanie, będę zdawać egzaminy. Już trzęsę portkami na samą myśl...
Wymieniłam też kuchnię na większą, przygotowałam w domu pięciopiętrowy tort weselny, opanowałam obkładanie tortów marcepanem i wypełniłam wszystkie nowe szuflady cukierniczymi utensyliami. Całkiem niezły bilans, moim zdaniem.

No i oczywiście, jesteście Wy. Moi najlepsi, najcudowniejsi Czytelnicy. Bez Was już dawno bym ten projekt porzuciła, uznając za chwilową fanaberię. Jednak Wasze komentarze, porady i słowa zachęty sprawiły, że przeskoczyłam wszystkie przeciwności, i mimo pewnych zawirowań - zawsze wracałam. Póki co, nie wybieram się nigdzie, i mam nadzieję, że Wy też nadal tak chętnie będziecie odwiedzać ten mój malutki skrawek wirtualnej rzeczywistości. 

A teraz przejdźmy już do konkretów. Tak, wiem; przy takich okazjach zazwyczaj rozpisuję się niemiłosiernie. Co jak co, ale słów brakuje mi rzadko (w języku polskim; duński to zupełnie inna bajka...); dzisiaj jednak mam wrażenie, że napisałam już wszystko.
Tak więc - konkrety. Czyli ciasto. I to nie byle jakie, bo dwupiętrowy tort pokryty masą cukrową. Musze przyznać, że solidnie się nad nim napracowałam... A i tak trochę mnie zdenerwował, bo na górze miały być literki, które w ostatniej chwili się posypały, i przez to jest trochę zbyt płaski. Ale trudno - i tak wywarł na gościach odpowiednie wrażenie. No bo wiecie - tej wielkości smakołyków nie ma sensu przygotowywać dla dwóch osób...

Tak naprawdę upiekłam to ciasto na swoje urodziny; najpierw nie mogłam się zebrać, żeby rozpisać przepis, później... No cóż, zrobiło się za późno. Doszłam więc do wniosku, że z publikacją poczekam na kolejną, odpowiednio doniosłą okazję. No i proszę, ta dam!

Piętro dolne, większe, to biszkopt kawowy z musami kawowym i jeżynowym. Górne, mniejsze, to biszkopt orzechowy z kremem kajmakowym i jabłkami. Wydaje się, że do siebie nie pasują, ale to idealne połączenie końca lata i początku jesieni. Doskonale wpisuje się w czas moich urodzin. 
Każdy z tortów można przygotować osobno; zamiast kremu maślanego i masy cukrowej, użyć śmietany i owoców do dekoracji. Będzie jeszcze pyszniej (sama nie przepadam za kremem maślanym, a masa cukrowa jest przecież zupełnie bez smaku). Tym razem jednak miałam dokładną wizję; tort miał być czarno-biały, z koronką. Po prostu musiałam taki mieć! A trzydzieste urodziny wydają się doskonałym momentem na spełnianie tego typu zachcianek.

Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję, że jesteście tu ze mną. A tort polecam Wam z całego serca - cały, lub we fragmentach. Nie rozczarujecie się.

Tort czarno-biały


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 30 g mąki pszennej
  • 40 g mielonych orzechów laskowych

mus jabłkowy:
  • 450 g jabłek
  • sok z 1/2 cytryny
  • 65 g cukru
  • 2 listki żelatyny
  • 100 ml wody

mus kajmakowy:
  • 160 g masy kajmakowej
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, wymieszać z orzechami, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w niedużą kostkę. Skropić sokiem cytryny. Przełożyć owoce do garnka, dodać wodę i cukier. Gotować przez 15-20 minut, aż większość jabłek się rozpadnie, a płyn odparuje.
W tym czasie namoczyć żelatynę w zimnej wodzie. 
Zdjąć garnek z jabłkami z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Ostudzić.

Biszkopt przekroić w poziomie na 3 części. 
Na płaskim talerzu ułożyć pierwszy blat biszkoptu, zamknąć w okół niego obręcz tortownicy. Wyłożyć mus jabłkowy, przykryć kolejnym blatem, wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Kajmak dość mocno podgrzać, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do letniego kajmaku, delikatnie mieszając łyżką.
Wyłożyć mus na ciasto, przykryć ostatnim blatem biszkoptu i wstawić do lodówki do całkowitego zastygnięcia, najlepiej na całą noc.

(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 7 jajek
  • 265 g cukru
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 160 g mąki pszennej
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)

mus kawowy:
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g białej czekolady
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)

mus jeżynowy:
  • 185 g jeżyn
  • 65 g cukru
  • 2 listki żelatyny
  • 335 ml śmietany kremówki (38%)

Białka oddzielić od żółtek. Mąki przesiać, wymieszać z kawą.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę z kawą, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać masę, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Mus kawowy:
100 ml kremówki zagotować. Dodać kawę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Gorcą kremówką zalać drobno posiekaną czekoladę; mieszać, aż czekolada się rozpuści. Przestudzić.
Pozostała kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do letniej czekolady, delikatnie mieszając łyżką.

Biszkopt przekroić w poziomie na 3 części. 
Na płaskim talerzu ułożyć pierwszy blat, zamknąć w okół niego obręcz tortownicy. Wyłożyć mus, przykryć drugim blatem i schłodzić w lodówce, aż mus stężeje.

Mus jeżynowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Jeżyny z cukrem zagotować, przetrzeć przez sitko. Do gorącego płynu dodać odciśniętą żelatynę, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do owoców, delikatnie mieszając łyżką. 
Mus wyłożyć na ciasto, przykryć ostatnim blatem biszkoptu. Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.

(na dwupiętrowy tort)

krem maślany:
  • 2 białka
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła

dodatkowo:
  • 500 g białej masy cukrowej 
  • 500 g czarnej masy cukrowej
  • masa do koronek

Przygotować krem maślany:
Białka i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Oba torty posmarować kremem maślanym, dolny obłożyć czarną masą cukrową, górny - białą.
Z pozostałej masy przygotować kwiaty: róże, orchidee, stokrotki i dowolne małe kwiatki, a także liście.
Przygotować koronki. Większy tort udekorować koronkami, na jego środku ułożyć mniejszy. Udekorować kwiatami. 
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Przepis jest dłuuuugi... Ale co zrobić; jest tam sporo warstw, a chciałam, żeby opis był w miarę klarowny. Mam nadzieję, że mi się udało...

czwartek, 19 stycznia 2017

Lek na styczeń: jeżyny i krówki w drożdżówkach

Wszechogarniające ciemności dołują nie tylko C. i mnie, ale również Ptysię. Leży tylko z łepkiem złożonym na łapkach i spod futra wpatruje się w nas okrągłymi, orzechowymi oczami. A gdy już pora spać, ładuje się pod kołdrę i przytula do mojego brzucha. Gdy tylko próbuję się poruszyć, donośnie wyraża swoje niezadowolenie. Jeśli śpię i jej pomruki nie robią odpowiedniego wrażenia, z pełną premedytacją kładzie mi się na głowie. W momencie, gdy zaczyna brakować mi tchu, nie mogę nadal udawać, że ją ignoruję. Przewracam się na bok, mamrocząc pod nosem coś o własnej głupocie sprzed lat, a ona znów zajmuje miejsce tuż przy mnie, łaskocząc mnie futrem w podbródek. 
Gdy do domu wraca C., mości się między nami, rozpychając się puchatymi łapkami. 

Ja tymczasem, niedospana przez te wszystkie nocne pobudki, czuję się, jakbym ciągle była na lekkim rauszu. Popołudniami jestem zupełnie do niczego; kuchnię omijam szerokim łukiem. Za to namiętnie zajadam grejpfruty... Czyżby aż tak brakowało mi witaminy C...?

Zanim jednak weszłam znów w ten dziwny rytm pracy piekarza, upiekłam drożdżówki z myślą o bardzo wczesnych śniadaniach. Mrożę je po jednej, żeby później wyjmować z zamrażarki, odgrzewać i delektować się słodką bułeczką na dzień dobry... 
Tym razem zmotywowały mnie kupione na przecenie jeżyny. Tak, tak, wiem; to nie sezon. Ale co z tego...? Skoro mi się tak bardzo chce słońca i lata...

Oczywiście, w domu okazało się, że w szafce jest tylko resztka mąki pszennej. Niezrażona, sięgnęłam po orkiszową. Cóż, też nie było jej wiele... Dosypałam więc pełnoziarnistej, żeby się gramatura mniej więcej zgadzała. Jakież było zdziwienie, gdy bułeczki wyrosły jak szalone! Tak puchate i delikatne nawet na samej pszennej mi nie wychodzą. Może to zasługa tego, że do wyrastania ustawiłam je w okolicy rozgrzanego kominka...? 
Do środka dałam serka, bo akurat jedno opakowanie po sernikach zostało, i data ważności groziła mi już palcem. Spośród masy cukierków, które C. wysypał do miseczki w ramach Świąt, wyłuskałam pozostałe krówki, i je też do drożdżówek dorzuciłam. W końcu na ten szary styczeń przyda się odrobina słodyczy...

Bułeczki są pyszne. Puszyste, lekkie, wyrośnięte niesamowicie, trochę słodkie, trochę owocowe. Nie można im się oprzeć. 
Ja nie umiem... Zdecydowanie zbyt dużo zniknęło, zanim udało mi się resztkę zamrozić...

Drożdżówki z jeżynami, krówkami i serem


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 200 g mąki pszennej
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 50 g cukru
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 białko
  • 60 g masła
  • 25 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 50 g cukru
  • 90 g krówek
  • 190 g jeżyn

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 15 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego

Mąki przesiać do dużej miski (dodać to, co zostało na sicie z pełnoziarnistej). Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, dodać 1 łyżeczkę cukru i 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.
Do zaczynu dodać resztę mleka i cukru, kardamon, jajko oraz białko. Zagnieść. Dodać sól, a na końcu powoli wlać masło. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.
W tym czasie serek wymieszać z żółtkiem i cukrem, a krówki pokroić na nieduże kawałki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować serkiem, równomiernie posypać krówkami i jeżynami. Zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 równej grubości kawałków.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej bułeczki (3x4). Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki opędzlować mlekiem, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Jedząc je na śniadanie, tłumaczę sobie, że pełnoziarniste pieczywo jest w takich razach jak najbardziej zalecane. 
W końcu styczeń ma swoje prawa, nieprawdaż...?

czwartek, 10 marca 2016

Zaćmienie umysłu. I mazurek porzeczkowo-jogurtowy

Każdy, nawet geniusze (a przynajmniej taką mam nadzieję), a co dopiero zwykły, szary człowiek, miewa chwile totalnego zaćmienia umysłu. Łapię się na tym od czasu do czasu, i jest mi później niewypowiedzianie głupio. No bo jak tak można...? Przecież każdy normalny, rozsądny człowiek... 
A może wcale nie? Może on też by nagle stracił umiejętność racjonalnego myślenia i zrobił bubla?

Przez wilgotny, duński klimat skóra na wargach pęka mi na potęgę; wszyscy wiedzą, jakie to nieprzyjemne. Pomadki ochronne noszę więc w kieszeniach wszystkich płaszczy, kurtek i innych okryć wierzchnich. Kilka tygodni temu jedną udało mi się zgubić. Nie było tragedii - i tak niemal się kończyła. Oczywiście, najpierw sprawdziłam kieszenie i ewentualne w nich dziury (brak), a później doszłam do racjonalnego wniosku, że musiała mi wypaść na spacerze z psą, gdy wyciągałam woreczek na wiadomo co (swoją drogą, rzeczonych woreczków mam jeszcze więcej niż pomadek. Są wszędzie). Przeszłam nad tym niefortunnym drobiazgiem do porządku dziennego, wkładając do kieszeni następną sztukę. Gdy jednak i ta wyparowała niedługo po swej poprzedniczce, zaczęłam się zastanawiać. Obmacałam kieszenie, sprawdziłam w domu i pracy, pod fotelem w aucie - nic. Diabeł ogonem nakrył, jak mawia Babcia. Lekko już zdenerwowana (do tej pory pomadek bowiem nie gubiłam), zaplanowałam zakupy - jeśli będą nadal znikać w takim tempie, przyda mi się zapas.
Następnego dnia, ubrana w płaszcz, szalik i czapkę, sięgałam po klucze do tylnej kieszeni spodni. Poczułam, że w płaszczu jest z tyłu coś dziwnego. Po wejściu do mieszkania rozebrałam się, obmacałam rzeczony płaszcz, a tam - pomadki. Obie! 

Okazało się, że w kieszeni dziura jednak była; tak zakamuflowana, że jej nie wyczułam. Gdy zbyt gwałtownie w niej grzebałam (kieszeni, nie dziurze), pomadki wyślizgiwały się i lądowały pod podszewką.
Ot, tajemnica rozwiązana. 
A mi znów było niewypowiedzianie głupio...

Przejdźmy jednak do rzeczy przyjemnych.
Lubicie mazurki? Mi sporo czasu zajęło przekonanie się do nich. Gdy jednak odkryłam, że nie muszą być twardymi ulepkami smakującymi chyba tylko cukrem, na których można sobie zęby połamać, obdarzyłam je gwałtownym, acz szczerym uczuciem. W końcu trwa ono do dziś!
Tym razem mam więc dla Was cudownie kruche ciasto wypełnione delikatnym, lekko serowym kremem z czarnej porzeczki. Kwaskowe nadzienie świetnie komponuje się ze słodkimi bezami, a świeże jeżyny nie tylko dodają całości uroku, ale też świeżości.

I tak, wiem, mazurek to trochę oszukany... Ale dobra wiadomość jest taka, że w ciągu roku można taki upiec, nazywając po prostu tartą. I nikt nie prawa się przyczepić!

Mazurek porzeczkowo-jogurtowy


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko
masa jogurtowo-porzeczkowa:
  • 170g jogurtu greckiego
  • 170 g czarnych porzeczek ze słoika (lub 150 g porzeczek i 20 g cukru)
  • 45 g cukru
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:
  • kilka bez
  • jeżyny
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, zagnieść ciasto.
Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie rozwałkować na prostokąć nieco większy niż forma. Wyłożyć formę, formując brzeg.
Schłodzić w lodówce kolejne 30 minut.

Ciasto przed pieczeniem nakłuć widelcem. Ułożyć na cieście papier do pieczenia, wysypać kamykami lub fasolą.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 180 st. C.
Przestudzić.

Świeże lub mrożone porzeczki wsypać do garnka, zasypać 20 g cukru i podgrzewać, aż cukier się rozpuści, a owoce puszczą sok.
Ostudzić.

Porzeczki (ugotowane lub ze słoika razem z sokiem) zmiksować blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko. Wymieszać trzepaczką z jogurtem, cukrem, jajkami, ekstraktem i mąką.
Masę wylać na przestudzony spód.

Piec w 150 st. C. przez 20 minut.
Przestudzić w piekarniku, następnie całkowicie ostudzić na kratce.

Schłodzić przez noc w lodówce.

Przed podaniem udekorować pokruszonymi bezami i jeżynami.

Smacznego!


A co z obiecanym, zielonym mazurkiem? - zapytacie.
Spokojnie, pracuję nad tym.

poniedziałek, 7 marca 2016

Na Dzień Kobiet. I na urodziny. A może na Wielkanoc...?

Jutro ważny dzień. Panowie pod krawatami, a przynajmniej w prawie wyprasowanych koszulach, ustawiają się w długaśnych kolejkach w kwiaciarniach i cukierniach. Bukiety wiele mówiących, czerwonych róż i pudełka pełne najlepszych czekoladek (choć z tym akurat trzeba uważać; nie każda pani, w dobie bycia slow i healthy, spojrzy przychylnym okiem na ten kuszący, acz zakazany podarunek), będą wyręczane wśród ochów i achów. Przedstawicielki płci pięknej (w dzisiejszych czasach, gdzie zachwycamy się mężczyznami księcioseksualnymi - czy nie wydaje się Wam, że to oksymoron? - ten związek frazeologiczny powoli traci swe pierwotne znaczenie) będą trzepotać rzęsami, ich adoratorzy będą się głupawo uśmiechać, i wszyscy będą szczęśliwi. No chyba, że jakiś nieszczęśnik zapomni. Oj, wtedy nie chciałabym być w jego skórze...

W moim domu rodzinnym to podwójne święto. Ósmego marca urodziny ma bowiem moja Mamusia. Dlatego już dzisiaj chciałabym jej życzyć wszystkiego, co najlepsze, spełnienia marzeń, wygrania w totka, i żeby udało jej się odwiedzić Danię. No dobra, tego ostatniego bardziej sobie życzę... 
Ale to w końcu też Dzień Kobiet, prawda...?

Z tej jakże podniosłej okazji mam tort. No dobrze, torcik raczej... Przygotowany w tortownicy o średnicy osiemnastu centymetrów, nie powala wielkością. Za to smak, moi kochani... Zbija z nóg.
Miękki biszkopt mocno nasączony likierem, na nim delikatny mus o smaku kawy, warstwa słodkich bezików i mus z ciemnej czekolady, niemal wytrawny w smaku. Wszystko przykryte cienką warstwą galaretki kawowej, której intensywny smak wspaniale wieńczy całość. Całość jest kawowo-czekoladowa; ciężko powiedzieć, który smak dominuje. Oba się ze sobą wspaniale komponują; po prostu.

A jeśli nie z okazji Dnia Kobiet, to może przygotujecie takie cudo na Wielkanoc...? Nie jest to tradycyjny wypiek, ale z pewnością zrobi na gościach odpowiednie wrażenie.

Jeżeli jednak kawowe smaki Was nie kuszą, koniecznie zajrzyjcie do Malwi i sprawdźcie jej przepis na biszkopt z galaretką.

Torcik kawowo-czekoladowy z kawową galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 1 jajko
  • 35 g cukru
  • 20 g mąki pszennej
  • 10 g mąki ziemniaczanej
  • 20 g kakao
nasączenie:
  • 1 łyżka likieru kawowego
mus kawowy:
  • 65 ml mocnej kawy
  • 80 g cukru
  • 2 żółtka
  • 1 listek żelatyny
  • 60 g miękkiego masła
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
  • 30 g bezików
mus czekoladowy:
  • 90 g ciemnej czekolady (70%)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
galaretka:
  • 200 ml gorącej,  mocnej kawy
  • 2 łyżeczki cukru
  • 3 listki żelatyny
dekoracja:
  • bezy
  • jeżyny
  • ziarna kakaowca
Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki i kakao przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć na blachę, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 10-15 minut w 160 st. C.
Wystudzić.

Mus kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorącą kawę, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

W formie ułożyć biszkopt, zapiąć obręcz, nasączyć likierem. Wylać krem kawowy, posypać pokruszonymi bezikami. Schłodzić w lodówce.

75 ml kremówki zagotować. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do czekolady, delikatnie mieszając łyżką. Wyłożyć na mus kawowy, wyrównać wierzch. Schłodzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę posłodzić, wymieszać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Ostudzić.

Tężejącą galaretkę wylać na mus czekoladowy. Schłodzić w lodówce przez noc.


Tort przed podaniem udekorować bezikami, jeżynami i pokruszonymi ziarnami kakaowca.

Smacznego!

Ja nie dostanę jutro kwiatów. W Danii Dnia Kobiet się nie obchodzi, i jakoś nie mogę przekonać C. do zmiany zdania. 
Zresztą, on w ogóle mi ciętych kwiatów nie kupuje. Zazwyczaj dostaję doniczki (a czasem wręcz donice!) z orchideami albo innym zielskiem, czasami siatki pełne czerwonych pomarańczy...

sobota, 5 marca 2016

Kokosowy pudding chia. Dla zabieganych

Zabiegana jestem okrutnie. Szczególnie rano brakuje mi czasu na cokolwiek. I jakoś nie mogę się zmusić, żeby wstawać jeszcze wcześniej i robić sobie śniadanie. Zazwyczaj zjadam jabłko lub, ostatnio, kiwi, czasem banana, i pędzę do pracy. A tam, po jakiejś godzince, dopada mnie głód. No dobra, mały głodek raptem... Niemniej, jak możecie sobie z pewnością wyobrazić, otoczona jestem przez ciasta, ciastka i ciasteczka, co tylko potęguje ssanie w żołądku. W końcu, skuszona smakołykami, sięgam po drożdżóweczkę, albo - czyste szaleństwo! - po kawałek ciasta z bitą śmietaną... 
W końcu jednak powiedziałam sobie: dość! Tak dalej być nie może. Nie chcę skończyć praktyk dwa razy grubsza i ani trochę wyższa, niż zaczęłam. Pierwszy krok - śniadanie w domu, które nasyci mnie na tyle, że będę mogła smarować biszkopty kremem, i nie podjadać. Kanapki są na drugie śniadanie, owsianka...? Za długo. Granola jest dobrym rozwiązaniem (koniecznie domowa!), ale od czasu do czasu potrzeba zmiany. Z czeluści szafki wygrzebałam więc zapomniane nasionka szałwii hiszpańskiej (która, wbrew pozorom, pochodzi z Meksyku i Gwatemali), i przygotowałam sobie pudding. Jest to genialna opcja z tego względu, że całą pracę (której jest, prawdę powiedziawszy, niewiele), należy wykonać wieczorem. Rano tylko dodać elementy chrupiące i owoce, i można wcinać.

Taki niepozorny pudding syci na długo i smakuje naprawdę dobrze. Małe, ciemne ziarenka, nawet po nocy moczenia się w mleku, nadal delikatnie chrupią. Ta wersja jest obłędnie kokosowa (jeśli pudding rano będzie zbyt gęsty, można dolać odrobinę mleka i wymieszać) i niezbyt słodka. Mi zasmakowała bardzo.
I na podwieczorek się nada, a nawet na zdrowy deser.
Czego chcieć więcej...?

Kokosowy pudding chia z jeżynami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 400 ml mleka kokosowego
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
dodatkowo:
  • chipsy kokosowe
  • jeżyny
Mleko kokosowe, miód i chia dokładnie wymieszać. Przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia przełożyć do szklanek, udekorować chipsami kokosowymi i jeżynami.

Smacznego!


Chia jeszcze się z pewnością u mnie pojawi, bo coraz bardziej lubię te maleńkie kuleczki.
Może nawet w duecie z czerwonymi pomarańczami...?

poniedziałek, 8 lutego 2016

Walentynkowe tiramisu. Z jeżynami

Pogoda - pod psem. Zresztą, nad psem i obok psa też zdecydowanie nieciekawa. Pada tak intensywnie, że stukot kropel zagłusza radio w pracy. Po drodze do domu wycieraczki pracują na pełnych obrotach, a i tak bożego świata nie widać. Gdy przechodzę przez próg mieszkania, Ptysia pędzi na złamanie karku, żeby dać mi powitalnego całusa; zaraz jednak wraca do łóżka, na swoje wygrzane, wymoszczone miejsce. Zerkam za okno i doskonale rozumiem jej motywy; odkładamy spacer na później. 
Tylko co takiego to później nam przyniesie...?

Z pączkami w tym roku zawiodłam przez choróbsko, które ciągle trzyma mnie w swych łapach, i jakbym nie kombinowała i się nie wierciła, nie chce puścić. Jutro grzecznie pójdę do pana doktora; jeśli znów każe mi pić więcej gorącej herbaty, to chyba otwarcie go wyśmieję. Gdyby od tego zależało zdrowie, nigdy bym nie chorowała!
W każdym razie, wracając do meritum: postanowiłam, że z Walentynkami spiszę się lepiej niż z Tłustym Czwartkiem. Mam więc dzisiaj dla Was smakowitą propozycję na zbliżające się wielkimi krokami Święto Zakochanych.

Wiadomo, w taki dzień nie chce się nikomu stać przy garach; a jednak zaproszenie ukochanej/ukochanego na własnoręcznie przygotowaną kolację (jeśli ma być połączona ze śniadaniem, wypadałoby upiec też chleb, albo przynajmniej bułeczki; ale to już temat dla bardziej zaawansowanych: i kulinarnie, i związkowo) przyprawia wiele osób o przyjemny dreszczyk w dole brzucha. Nie na darmo nasze babcie mawiały, że przez żołądek do serca.
Dlatego dzisiaj podsuwam Wam pomysł na banalnie prosty w przygotowaniu, a jednocześnie cudownie efektowny i obłędnie pyszny deser. Tiramisu, bo o nim mowa, nie tylko z nazwy doskonale pasuje na Walentynki. Jest delikatne, lekkie, a w mojej wersji: owocowo-orzeźwiające. Zamiast kawy: sok z pomarańczy z odrobiną likieru z czarnej porzeczki (dla podgrzania atmosfery). Do tego kuszące swym głębokim kolorem jeżyny (zamiast nich możecie użyć malin albo czarnej porzeczki), a reszta już tradycyjnie: lekki krem z mascarpone i podłużne biszkopty. Przygotowanie zajmie Wam nie więcej niż kwadrans, a efekt...
Wyznanie miłości po spożyciu gwarantowane!

Tiramisu z jeżynami


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 jajka
  • 60 g cukru pudru
  • 115 g podłużnych biszkoptów
  • 150 ml soku z pomarańczy
  • 50 ml likieru z czarnej porzeczki
  • 250 g jeżyn

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, zmiksować tylko do połączenia składników. Białka ubić na sztywno, partiami dodawać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Sok wymieszać z likierem. Maczać w nim krótko biszkopty, ułożyć na dnie szklanek. Przykryć warstwą kremu, wyłożyć owoce. Znów ułożyć warstwę nasączonych biszkoptów, krem i jeżyny. Schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

A Wy...? Macie już plany na Walentynki...?

wtorek, 1 grudnia 2015

Liofilizowane jeżyny w ciasteczkach

Czy możecie uwierzyć, że pierwsza niedziela Adwentu już za nami...? Ten rok pędzi jak szalony, na mecie rozbije się z hukiem - jestem pewna. 

Zgodnie z tradycją, zeszły tydzień został spędzony na sprzątaniu. Wyrazy uznania dla C.; to on w tym roku wykonał lwią część pracy. Ja ciągle jestem nieogarnięta i zmęczona, sił na domowe prace brakuje mi nieustannie. Chłopak jednak stanął na wysokości zadania - pucował, szorował, odkurzał i zamiatał. Efekt tego był taki, że gdy w niedzielę wróciłam do domu, wszystko błyszczało, a na stole czekały rzędami ustawione świąteczne krasnale i inne dekoracje, czekające na odpowiednie zaaranżowanie. Gdy więc dzisiaj piszę te słowa, otaczają mnie Mikołaje, bałwanki, elfy, świeczuszki, dwa renifery (które były prezentem z okazji znalezienia praktyk) oraz świąteczne puszki (w części już zapełnione). I choć widok za oknem nijak Świąt na myśl nie przywodzi, ja zamiast herbaty piję kakao i uśmiecham się do siebie. 
To już czas!

W niedzielę pojechaliśmy też z wizytą do rodziców C. Zebrało się nieco szersze grono i w nierównym tempie, lekko fałszując, ale ciesząc się chwilą, śpiewaliśmy (no dobrze; oni śpiewali, a ja jadłam æbleskiver) świąteczne piosenki. Hyggelig, jak mawiają Duńczycy.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała ze sobą puszek pełnych ciastek. Furorę zrobiły łakocie z migdałami i... Liofilizowanymi jeżynami. Tak, tak, takie cuda.

Przepis znalazłam na stronie Kager til kaffen, i od razu mnie zaintrygował. Szukałam czegoś szybkiego i prostego, i te ciasteczka takie właśnie są. Składniki razem miksujemy, formujemy rulonik, chowamy do lodówki na czas, którego potrzebujemy na sprzątanie, kąpiel, wyjście z psem (niepotrzebne skreślić), a potem kroimy w plasterki i pieczmy. Betka! Jednak interesująco zaczyna się robić w momencie, gdy bliżej przyjrzymy się składnikom. Migdały są chrupiące, pyszne i świąteczne, ale to liofilizowane owoce są magicznym składnikiem. W oryginale autorka przepisu dodawała do ciasta orzechy lub owoce, ja postanowiłam połączyć je razem. Maliny zmieniłam na jeżyny nie z premedytacją, ale dlatego, że tych pierwszych zabrakło w szufladzie. Wyszło pysznie! Ciasteczka są chrupiące, lekko sypkie, z kwaśnymi nutami jeżyn. Coś wspaniałego!

I nawet brat C. wyjadał je z puszki, co zdecydowanie coś znaczy, bo według niego poza lukrecją słodycze mogłyby nie istnieć.

Ciasteczka z jeżynami i migdałami


Składniki:
(na 50 sztuk)
  • 150 g miękkiego masła
  • 185 g mąki pszennej
  • 60 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki liofilizowanych jeżyn

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru

Masło utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać przesianą mąkę. Następnie dodać migdały i jeżyny, wymieszać dłońmi.

Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 3 cm, obtoczyć w pozostałym cukrze. Zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę (można przez noc).

Schłodzone ciasto pokroić w plastry grubości 3-4 mm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 10-13 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

I tak, mi też pomysł z dodaniem liofilizowanych owoców do ciastek wydał się nieco dziwny... Ale spróbujcie sami; jestem pewna, że będziecie zachwyceni!