Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jogurt/kefir/maślanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jogurt/kefir/maślanka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2017

Zmiana czasu i pyszne śniadanie, żeby łatwiej ją znieść

Pamiętaliście o zmianie czasu...?

Mądrze zostało wymyślone, że następuje ona w weekend; większość osób ma wtedy wolne, i nawet jeśli ktoś żyje w mydlanej bańce, do której nie dochodzą fale radiowe, i się zapomni, to co najwyżej postuka w zamknięte jeszcze drzwi piekarni (choć przewidujący właściciele tego typu przybytków zapobiegawczo tego dnia otwierają godzinę wcześniej). 
Ja w weekend pracowałam, więc już tydzień wcześniej się stresowałam, czy aby się tego dnia nie spóźnię. Po rozwlekle dokładnej rozmowie z szefem zostało ustalone, że przychodzimy do pracy wedle czasu letniego. A że czas w magiczny sposób przeskakuje z godziny trzeciej na drugą, wydłużając dobę o całe sześćdziesiąt minut, nie miałam problemu, tylko wstałam, jak zwykle: o wpół do pierwszej. Okazało się jednak, że ci, którzy mieli stawić się w pracy po godzinie czwartej, mieli cięższy orzech do zgryzienia... Jednak Henrik, nauczony wieloletnim doświadczeniem, nie gniewał się o spóźnienia; doskonale rozumie, że ten krytyczny moment dla wielu jest po prostu nie do obejścia.
Kolejna zmiana czasu, gdzie tym razem brutalnie odbiera się darowaną pół roku wcześniej godzinę, przejdzie bezboleśnie; to mój wolny weekend, więc po prostu prześpię tę niesprawiedliwość...

Niedziela w pełni, w dodatku cudownie słonecznej (choć również wietrznej; ale tego przez okna nie czuć), a ja już myślę o poniedziałku... Wszystko dlatego, że poniedziałkowe śniadania są bardzo ważne; muszą przecież wprowadzić w odpowiedni nastrój na cały tydzień!
Dziś mam dla Was propozycję na pyszny, jesienny pudding chia. Przygotowany na jogurcie jest przyjemnie gęsty, bez dodatkowych słodzideł - wystarczą porządnie dojrzałe banany, smakuje świetnie z dodatkiem kakao i cynamonu. Ja przygotowałam dwie warstwy, ale możecie doprawić całość oboma składnikami; jak mawia Tato: w żołądku i tak się wymiesza...
Ja robiłam go już dwa razy z rzędu; jest po prostu genialny w swej prostocie! Polecam Wam bardzo.

Bananowo-jogurtowy pudding chia z kakao i cynamonem


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 3 banany
  • 400 g jogurtu naturalnego
  • 200 ml mleka
  • 5 łyżek nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

dodatkowo:
  • 1 banan
  • 2-3 łyżeczki kiełkującej gryki

Banany rozgnieść widelcem na papkę. Dodać jogurt, mleko i chia, wymieszać (najlepiej trzepaczką). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje, podzielić ją na pół. Do jednej części dodać kakao, do drugiej cynamon, wymieszać.
Odsatwić na noc do lodówki.

Do szklanek lub miseczek rozlać pudding z kakao, następnie ten z cynamonem.
Podawać z plastrami banana i gryką.

Smacznego!

Nie jestem pewna, czy kiełkująca gryka (forspirede boghvede) tak właśnie nazywa się po polsku. Nigdy czegoś takiego w Polsce nie jadłam; kupiłam tutaj, ot tak, żeby spróbować - i przepadłam. Jest super chrupiąca, ma lekko orzechowy posmak i genialnie pasuje do wszelkich puddingów i kremowych śniadań, nadając im ciekawej struktury. 

wtorek, 24 października 2017

O prądowych pieszczotach, czyli lepsze coś niż nic. I placuszki z figami

Z C. widujemy się rzadko. Niby razem mieszkamy, niby nawet jesteśmy po ślubie, ale wszystko zostało po staremu. On pracuje popołudniami, ja nocami i porankami, i tak się w tym naszym wspólnym życiu mijamy. Ale nie narzekam; przynajmniej trochę potrwa, zanim się sobą znudzimy. 
Ostatnio w pracy z zakamarków zaplecza wyciągnęliśmy podgrzewacze do czekolady. Nie mam pojęcia, czy tak to się naprawdę po polsku nazywa (ale to już temat na inny wpis); chodzi mi o garnki z wbudowaną grzałką. Podłącza się taki do prądu przed pójściem do domu, na nim ustawia miskę z czekoladą, a rano czekolada o temperaturze czterdziestu pięciu stopni czeka cierpliwie na zatemperowanie. Problem pojawił się w momencie podłączania... Ja wtyczkę do gniazdka, a gniazdko: bzzzt! Przepływający prąd poczułam aż w łopatce! Szczerze mówiąc, nie pamiętam, żeby kiedyś mi się coś takiego przytrafiło. Dla tych, którzy mają jakieś wątpliwości: zdecydowanie nie polecam.
Choć ponoć zawsze lepsze coś niż nic...

W domu zrzędziłam przez dwa dni tak, że w końcu C. zaproponował wizytę u lekarza. Ale wiecie, jacy są duńscy lekarze; polecają picie gorącej herbaty w dużych ilościach i spanie przy otwartym oknie, a jeśli pacjent jest w stanie niemal agonalnym - penicylinę. Odpuściłam więc temat, jęczeć przestałam, a następnego dnia i tak samo przeszło.

Choć, muszę przyznać, do naszych podgrzewaczy podchodzę teraz bardzo nieufnie.

Tymczasem, jako że tradycja wolnego wtorku obowiązuje, mam dla Was propozycję na pyszne, leniwe śniadanko.
Przygotowałam je z ostatnich już chyba w tym roku fig (wszystko, co dobre, szybko się kończy...). I choć ten sezon wykorzystałam w pełni, to i tak, myślę sobie, mogłabym przygotować coś jeszcze... Wracając jednak do placuszków; dzięki dodatkowi karmelowego budyniu i ciemnego cukru mają cudowny, karmelowy posmak, świetnie się z figami komponujący. Są puszyste, delikatne i nie bardzo słodkie, co nadrabia daktylowo-orzechowy syrop, który został mi po budyniu ryżowym. Całość wyszła naprawdę znakomita; jeśli macie pół godziny na przygotowanie śniadania, polecam Wam ogromnie!

Placuszki budyniowo-maślankowe z figami i syropem daktylowo-orzechowym


Składniki:
(na około 15 placuszków)
  • 200 g mąki pszennej
  • 65 g budyniu karmelowego (proszek)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 35 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 jajko
  • 300 g maślanki
  • 30 ml oleju
  • 2-3 figi

dodatkowo:

Mąkę przesiać z sodą, wymieszać z budyniem i cukrem.
Jajko roztrzepać, dodać maślankę i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać.
Figi umyć, osuszyć, pokroić na średniej grubości plastry.

Na rozgrzaną patelnię wykładać porcje ciasta (około 1 łyżki), smażyć na złoty kolor. Na wierzchu układać po plasterku figi, obracać na drugą stronę, również smażyć na złoty kolor.

Podawać z syropem daktylowo-orzechowym.

Smacznego!


Ja tymczasem czekam, aż nieco się rozjaśni; na popołudnie zapowiedzieli się goście, więc muszę posprzątać. Ale jak niby mam umyć podłogę w tych październikowych ciemnościach...?

środa, 18 października 2017

Pierwsza w tym roku prawie szarlotka

Mamy w ogrodzie jabłonkę. Tak naprawdę rośnie za domem, w bardzo niedogodnym miejscu; między ścianą budynku, a wysokim żywopłotem. Mało tam słońca; tak naprawdę biedaczka nawet w pogodne dni rzadko ma możliwość wygrzania się w ciepłych promieniach. Była tam, gdy się wprowadziliśmy; straszliwie zaniedbana, z martwym konarem, który wysysał z niej ostatnie życiowe siły. Pierwszej jesieni w naszym nowym domu dała zaledwie kilka jabłek; średnio nawały się do jedzenia, bo są dość kwaśne, ale za to kruche i idealne do ciast. Na wiosnę więc C. zajął się jabłonką; dość brutalnie pozbawił ją utrudniających rozkwit pnączy, przyciął żywopłot tak, żeby choć trochę ułatwić jej życie i podlewał magicznymi miksturami ze sklepu ogrodniczego. Efekt przerósł nasze oczekiwania; w tym roku jeszcze w sierpniu ilość jabłuszek była wręcz zatrważająca! Część z nich spadła, zanim wróciliśmy z wakacji; większość pieczołowicie zebraliśmy i ułożyliśmy w piwnicy. Będą szarlotki, jak się patrzy!

Ostatnio C. przyszedł do mnie z miną niewiniątka i oświadczył, że obiecał w pracy ciasto. A właściwie to dwa. I z szelmowskim uśmiechem dodał, że jak nie mam czasu ani chęci, to on może przecież kupić coś w cukierni... Wie chłopak, jak mi na ambicję wjechać! I choć w poniedziałek po pracy wróciłam ledwo żywa, a we wtorek miałam w perspektywie wycieczkę do Kopenhagi, i jednego, i drugiego dnia upiekłam ciasto. Z jabłkami z naszej nie tracącej nadziei jabłonki.

Pierwsza wersja była migdałowa; z mielonymi migdałami w cieście i migdałowymi płatkami na wierzchu. Przy drugiej postawiłam na nieco bardziej charakterny smak, i migdały zastąpiłam orzechami laskowymi. C. nie potrafił się zdecydować, która smakowała mu bardziej; ja obstawiam orzechową, bo orzechy i jabłka to duet absolutnie doskonały.

A Wy? Upiekliście już pierwszą w sezonie szarlotkę...?

Ciasto orzechowe z jabłkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 175 g mąki pszennej
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

dodatkowo:
  • 1 jabłko
  • 15 g orzechów laskowych w płatkach
  • 1 łyżka cukru perłowego

Masło z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, dodać zmielone orzechy, wymieszać.

Do masy maślanej wbić jajko, połączyć. Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miskując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.
Przełożyć masę do wysmarowanej tłuszczem formy.

Jabłko obrać, pokroić w ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne, a następnie pokroić w cienkie plasterki. Ułożyć je na cieście, posypać orzechami i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ciasto, dzięki dodatkowi maślanki, jest cudownie wilgotne. Ma delikatny, maślany posmak, który przy wersji migdałowej jest nieco wyraźniejszy. Przez dodatek orzechów jest nieco cięższe, ale nie zbite i nadal delikatne. No i ta chrupiąca, cukrowo-orzechowa skorupka na wierzchu... Uwielbiam!
Proste i szybkie w przygotowaniu, idealne na mały głód w środku tygodnia.

poniedziałek, 9 października 2017

Budyń ryżowy. Orzechowo-gruszkowy

Mimo, że na mapie odległość między Polską a Danią nie jest duża, różnic kulturowych jest między tymi krajami bez liku. Taki ślub na przykład; niby to samo, a jednak zupełnie inaczej. Jako, że zdecydowaliśmy się na ślub w kraju mojego lubego, postanowiliśmy trzymać się jednej konwencji. Co, momentami, miałam wrażenie, wprawiało moich polskich gości w lekkie zdumienie. Już sam fakt, że do kościoła zaprosiliśmy ich na godzinę jedenastą sprawił, że Mama i Młoda wpadły w popłoch; no bo o której to trzeba będzie wstać, żeby się wyszykować...?
No cóż; wcześnie.
Ale ja nie o tym.

Z tego, co się orientuję (a jeśli jest inaczej, poprawcie mnie; ostatni raz bowiem na ślubie w Polsce byłam z siedem lat temu, i co nieco mogło się od tego czasu zmienić), w naszym rodzinnym kraju jest ślub, a potem wesele. A w Danii mamy jeszcze recepcję. Co to takiego? Otóż dla osób, które zaprosić wypada, ale nie ma konieczności wpisywania ich na listę gości na późniejsze przyjęcie, organizuje się poczęstunek po mszy czy też akcie w urzędzie stanu cywilnego. Uważam takie rozwiązanie za znakomite - nikt nie czuje się pominięty, a impreza nie będzie kosztowała trzy razy tyle, ile zakładaliśmy. U nas były kanapki, musujące wino (ekologiczne, porzeczkowe i agrestowe - super pyszne) i tort, a na koniec zwiedzanie pałacu, w którym wszystko się odbywało. Pogoda była piękna, goście więc rozpierzchli się po parku i podwórzu, nigdzie nie było tłoku, choć lokale w pałacyku nie są zbyt duże. Dzięki temu koledzy z pracy C. i mojej, a także dalsi znajomi mogli być z nami w tym tak ważnym dniu.
My w międzyczasie załatwiliśmy zdjęcia i zadowoleni, że wszystko idzie wyśmienicie, mogliśmy przejść do kolejnego punktu programu.

Za mną wolny weekend; w sobotę cały dzień lało, za to w niedzielę było niesamowicie słonecznie. Mimo chłodnego wiatru, gdy C. wrócił z pracy, wybraliśmy się z psami do lasu; mówię Wam, taki spacer po szeleszczących liśćmi ścieżkach, wśród czerwieni, żółci i brązów, to coś wspaniałego. Uwielbiam moje miasteczko i fakt, że takie luksusy znajdują się niemal tuż za progiem.
Ponieważ czasu miałam sporo, przygotowałam sobie pyszne śniadanko. W sumie jego zrobienie nie zajmuje dużo czasu, ale w codziennym rytmie każda minuta jest na wagę złota. Tym razem mogłam jednak sobie pozwolić na stanie przy garnku przez dziesięć minut, i skwapliwie to wykorzystałam.
Najpierw miałam zamiar przygotować pieczoną owsiankę, ale okazało się, że płatki owsiane wyszły... Sięgnęłam więc po ryżowe, i ugotowałam budyń z dodatkiem masła orzechowego. Jest w nim tylko odrobina syropu klonowego; jeśli wolicie zdecydowanie słodsze puddingi, dodajcie więcej. Ja jednak podałam swój z syropem daktylowo-orzechowym, który jest mocno słodki i świetnie wszystko równoważy. Do tego grillowana, miękko-chrupiąca gruszka, i idealne jesienne śniadanie gotowe.

C. takich wynalazków z zasady nie jada, więc to, co zostało, przełożyłam do miseczki i zjadłam na zimno dzisiejszego poranka. I muszę przyznać, że nie mogę się zdecydować, która wersja smakowała mi bardziej...

Budyń ryżowy z masłem orzechowym i grillowaną gruszką


Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 130 g płatków ryżowych
  • 250 ml mleka
  • 250 ml wody
  • 50 g masła orzechowego
  • 25 g syropu klonowego
  • 100 ml maślanki
dodatkowo:
Płatki ryżowe, mleko, wodę, masło orzechowe i syrop klonowy umieścić w garnuszku. Zagotować, a następnie zmniejszyć moc palnika i gotować 5 minut, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć garnek z palnika, dodać maślankę i zmiksować całość na gładki budyń.

Gruszkę umyć, pokroić w plastry i podsmażyć na grillowej patelni. 

Budyń podawać na ciepło lub zimno z syropem daktylowo-orzechowym i grillowanymi plastrami gruszki.

Smacznego!


Ja tymczasem odliczam tygodnie do rozpoczęcia kolejnej szkolnej sesji.
Siedem...

piątek, 6 października 2017

Figi i kawa. Muffinki

Przytłacza mnie fakt, że o dziewiętnastej jest już niemal zupełnie ciemno. Przeżyję jakoś te nieustanne wichury i ulewy tak intensywne, że czasami mam wrażenie, że dach mam w domu ze szkła. Jakoś dam radę wstawać i dojeżdżać do pracy w egipskich ciemnościach, jeśli będę miała świadomość, że po powrocie do domu czeka mnie jeszcze przynajmniej parę godzin dziennego światła. Ono dodaje energii; nawet, jeśli niebo zasnute jest grubą warstwą chmur, to i tak jest jakoś raźniej...
Tymczasem już za trzy tygodnie zmiana czasu; z godziny trzeciej w niemal magiczny sposób zrobi się druga. Będzie można godzinę dłużej pospać! A takie rzeczy są w cenie, szczególnie, gdy to pracujący weekend...
Niestety, efekt będzie taki, że ciemność spowije świat zanim zdążę w ogóle wrócić do domu. A ja tak lubię jesienne światło do zdjęć! Jest ciepłe, rozproszone; znikają ostre krawędzie, a fotografie zyskują jesienną głębię. 

I choć październik dopiero się zaczął, ja już myślami jestem w listopadzie. I wiecie co...? W weekend chyba zagniotę ciasto na piernik staropolski
Uwierzycie, że to już ten czas...?

Dzisiaj mam dla Was przepis na muffiny z przypadku. Po ostatnim torcie została mi mała miseczka kremu maślanego; nie przepadam za nim, ale ten z dodatkiem kawy wyszedł naprawdę niezły. Szkoda było wyrzucić...
Przygotowałam więc błyskawiczne muffinki w wersji mini, z dodatkiem fig, które w mojej kuchni w tym sezonie rozgościły się na dobre, spychając na dalszy plan inne jesienne smakołyki. Wierzch udekorowałam kremem i świeżymi figami; wyglądają uroczo, a smakują naprawdę rewelacyjnie.
Przez swój rozmiar doskonałe są na raz czy dwa, przez co znikają w zastraszającym tempie.
Skusicie się...? Póki ciągle można znaleźć figi na sklepowych półkach...

Inne przepisy na muffiny znajdziecie dziś u AniEmilii oraz Pati. Koniecznie sprawdźcie, co pysznego przygotowały dziewczyny!

Kawowe mini muffinki z kremem kawowym i figami


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 170 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/8 łyżeczka soli
  • 100 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżka kakao
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 50 ml oleju
  • 2 łyżki mocnej kawy
  • 1,5 figi
kawowy krem maślany:
  • 1 białko
  • 65 g cukru
  • 85 g miękkiego masła
  • 1 łyżka mocnej kawy
dodatkowo:
  • 3 figi
  • 2 łyżki kakao
Mąkę przesiać z proszkiem, sodą i kakao, dodać sól i cukier, wymieszać.
Jajko roztrzepać, dodać maślankę, olej i kawę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać szybko, tylko do ich połączenia.

Formę na mini muffinki wyłożyć papilotkami.
Ciasto przełożyć do rękawa cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać do formy.

Figi pokroić w ósemki, a następnie w poprzek na pół. Ułożyć kawałki owoców na cieście, delikatnie je w nie wciskając.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.
Na końcu dodać kawę, połączyć.

Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki. Wyciskać na babeczki, następnie oprószyć je kakao i udekorować figami pokrojonymi w ósemki.

Smacznego!

A za niecałe dwa miesiące znów jadę do szkoły. Ależ ten czas pędzi...

wtorek, 26 września 2017

Ślub po duńsku, czyli uwaga! Kobieta! I jesienne ciasto ze śliwkami

O ślubie z C. dyskutowaliśmy długo i szeroko. Jak się pochodzi z różnych krajów i wyznaje różne religie, pytanie gdzie? nabiera dwojakiego sensu. 
Muszę przyznać, że nie było łatwo. W końcu jednak podjęliśmy decyzję praktyczną: ślub odbędzie się w Danii, bo C. ma zdecydowanie większą rodzinę niż ja. Teraz pozostawała tylko kwestia rodzaju ceremonii: świecka czy kościelna? C. nie miał wątpliwości; ślub musiał odbyć się w kościele. Koniec, kropka. Hmm... Ale jak to rozwiązać? Ma być dwóch duchownych? Słyszałam też o ślubach, gdzie tylko jedno z małżonków przysięgało, a drugie stało sobie jak parasol i miało tylko ładnie wyglądać. Coś takiego w grę nie wchodziło!
Udaliśmy się więc do najbliższego kościółka, i co się okazało? Że nasze religie są tak do siebie zbliżone, że bez problemu ślubu nam udzielą! Bez żadnych ceregieli; każde ma powiedzieć dwa razy tak, i pozamiatane. 
Musze przyznać, że odetchnęłam z wielką ulgą.

Problem pojawił się na kilka dni przed ceremonią; okazało się, że godzinę przed naszym jest inny ślub i pastor, który miał się nami zająć, nie da rady. Będzie więc inny. A raczej inna; bo tutaj pastorzy są obojga płci. Szczerze mówiąc, mnie samą średnio to obeszło, ale obawiałam się reakcji mojej Babci... Na szczęście okazała się kobietą na tyle nowoczesną, że zaakceptowała sprawę bez mrugnięcia okiem. 
Uff... Skandalu nie będzie.

A Wy? Byliście kiedyś na ślubie, którego udzielała kobieta...?

Tymczasem mam dla Was banalnie proste ciasto z wczesnojesiennymi owocami: śliwkami i jeżynami. Pierwsze od sąsiada zza płotu, drugich nazbierała Młoda z Tomaszem. Nic nie może się zmarnować, wrzuciłam więc wszystko do prostego ciasta jogurtowego podkręconego kardamonem. Wyszło, muszę przyznać, wyjątkowo pysznie. Soczyste owoce, chrupiąca, cukrowo-migdałowa skorupka i delikatna nuta kardamonu w tle - naprawdę smakowita kompozycja. Spróbujcie, póki jeszcze można w lesie nazbierać jeżyn!

A jeśli macie ochotę na jakieś inne desery ze śliwkami, koniecznie sprawdźcie, co upichciły Mirabelka i Malwina!

Ciasto jogurtowe ze śliwkami i jeżynami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 295 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 2 jajka
  • 50 g złotego syropu
  • 250 ml jogurtu naturalnego
  • 150 ml oleju
dodatkowo:
  • 200 g śliwek (waga bez pestek)
  • 100 g jeżyn
  • 50 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego
Mąkę z proszkiem i sodą przesiać, dodać cukier i kardamon, połączyć.
Jajka roztrzepać, dodać syrop, jogurt i olej, połączyć.
Dodać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć owoce, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Wczoraj, zerkając do kalendarza, z zaskoczeniem odkryłam, że dzisiaj mija równo miesiąc od wesela. Z tej okazji kupiłam koszyczek dorodnych i drogich jak nieszczęście kurek - będzie tarta. Z białym winem. W końcu taka okazja nie zdarza się co dzień...

czwartek, 21 września 2017

Psie historie. I zdrowe śniadanie figowo-orzechowe

Psa pierwsza ma bzika na punkcie swoich łapek. Nikt nie może ich dotykać, nawet C. A musicie wiedzieć, że C. to dla niej bóstwo nad bóstwami, najlepszy, najcudowniejszy i jedyny pan. I choć jest moja, i moja była, zanim w ogóle go jeszcze poznałam, zdradziła mnie bez mrugnięcia okiem, wesoło merdając ogonkiem. Wzięła mnie z zaskoczenia; normalnie bowiem dłuższą chwilę zajmuje jej zaznajomienie się z nowymi ludźmi. Nie ma tak, że od razu buźki i daj łapkę, nie nie... Najpierw powarkiwanie, później obszczekiwanie, następnie niepewne obchodzenie wielkim łukiem, a na końcu ewentualnie zgoda na miźnięcie. Jedno. Może dwa, jeśli osobnik wyjątkowo przypadnie jej do gustu.
C. tylko zobaczyła, obwąchała, po czym bez jakiegokolwiek przymusu wskoczyła mu na kolana. Jest w niego wpatrzona jak w obrazek, a mnie niechybnie za pięć groszy by sprzedała.

Ale łapek nawet jemu nie pozwala dotykać.
Kiedy więc znów podjęliśmy się karkołomnego wyzwania, jakim jest strzyżenie Ptysi, zaczęliśmy od grzbietu. Poszło zadziwiająco łatwo. Później główka i pyszczek - kilka podejść, ale obeszło się bez dantejskich scen. Przycięcia ogona nawet nie zauważyła, zostały już tylko łapki... I tak, tu własnie zaczęły się schody. Do tylnych kilka podejść, na raty, myląc tropy - ale w końcu się udało. Przednie - jak puchate były, tak puchate są.
Wyobraźcie więc sobie Ptysię w aktualnym stanie: przycięta trochę krzywo, ale z gracją, króciutko, żeby nie trzeba było za chwilę całej procedury powtarzać, mała główka, małe ciałko, i dwie wielkie, włochate łapki...
Myślę, że żaden pudel by się nie powstydził.

Tematem kolejnego wspólnego gotowania było śniadanie z dodatkiem fig. Tym razem troszkę się spóźniłam ze względu na wakacje, ale odmówić sobie przecież nie mogłam. Figi, moje ukochane... To je pierwsze włożyłam do koszyka przy okazji pierwszej wizyty po powrocie. nie umiem oprzeć się ich kuszącej, fioletowej barwie... Działają na mnie jak narkotyk; po prostu muszę je mieć!
Zaczęłam od skarmelizowania ich w miodzie i podania z domowymi lodami; ale o tym innym razem. Gdy za oknem cztery stopnie, takie śniadania w grę nie wchodzą.

U Pomidorowej Ani znalazłam jednak przepis na pudding chia. Z dodatkiem kakao. I fig. Czy można się oprzeć takiemu połączeniu...? Szczególnie zaintrygował mnie syrop daktylowo-orzechowy; nie jestem wielką fanką klasycznego masła orzechowego z fistaszków, ale od czasu do czasu miewam na nie chrapkę. Tak ja teraz.
Okazuje się, że rzeczony syrop bardziej przypomina dość gęsty krem. Smakuje... No cóż, daktylami i masłem orzechowym (w końcu tak naprawdę to tylko te dwa składniki). Najpierw zdecydowanie czuć smak orzeszków, później dochodzi słodycz daktyli. Po pierwszej łyżeczce stwierdziłam, że to chyba jednak nie mój smak. Po drugiej, że chyba jednak coś w nim jest. Po trzeciej, że właściwie to nawet mi smakuje. Po czwartej, że połączenie daktyli i masła orzechowego to naprawdę dobry pomysł. Po piątej... Że muszę przestać jeść, bo do puddingu nie starczy!
Myślę, że fani masła orzechowego będą zachwyceni. Ja myślę tymczasem o nieco delikatniejszym połączeniu daktyli z masłem migdałowym... Ale póki co - tylko myślę.
Pudding zrobiłam po swojemu, na maślance, przez co nie jest specjalnie słodki. Ale nie martwcie się - syrop nadrabia. Całość smakuje wyśmienicie ze świeżymi figami, ale inne sezonowe owoce też się sprawdzą (gruszki, mmm...).

Jeśli jednak macie apetyt na figi właśnie, koniecznie sprawdźcie śniadaniowe propozycje Mirabelki i Ani.

Kakaowo-maślankowy pudding chia z syropem daktylowo-orzechowym i figami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 300 ml maślanki
  • 100 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki kakao
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2-3 łyżki syropu z agawy
dodatkowo:
  • 2 figi
syrop:
(na ok 500 g)
  • 200 g suszonych daktyli (bez pestek)
  • 200 ml wrzątku
  • 75 g masła orzechowego
Przygotować syrop:
Daktyle zalać wrzątkiem, przykryć, odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać masło orzechowe, zmiksować blenderem na gładki krem. W razie potrzeby dolać nieco wody.
Schłodzić.

Maślankę, mleko i chia dobrze wymieszać (najlepiej trzepaczką), odstawić na 15 minut. Po tym czasie dodać kakao, sól i syrop, dobrze połączyć. Odstawić na noc do lodówki.

Rano pudding przełożyć do szklanek, polać syropem. Podawać z ćwiartakami fig.

Smacznego!


Syropu wychodzi więcej, niż potrzeba. Ale nie martwcie się; następnym razem powiem Wam, co zrobić z resztą (o ile po prostu nie wyjecie jej łyżeczką...).

wtorek, 15 sierpnia 2017

Cukiernicze tajemnice i gofry jogurtowo-miodowe z nutką mięty

Wszyscy mamy tajemnice. Takich, których nie wyjawilibyśmy i za milion dolarów. Ale te sekrety to prywatna sprawa każdego z nas, i nie o nich chcę dzisiaj pisać.
Kiedy zaczęłam interesować się pieczeniem ciast i ich dekoracją, z zapartym tchem oglądałam niesamowite zdjęcia i zastanawiałam się, jak to w ogóle jest możliwe. Dzisiaj wiem, że nie tylko da się większość z tych rzeczy przygotować w domu, ale również, że wcale nie jest to takie skomplikowane. Maleńkie, marcepanowe buciki? Ależ proszę, mogę przygotować parę w dwie minuty. Wystarczy wiedzieć, że tak naprawdę to tylko dwie odpowiednio ze sobą złączone kuleczki. Wymyślny rant czekoladowy, który będzie trzymał formę? Nie ma sprawy, dajcie mi tylko chwilę na porządne zatemperowanie czekolady i kawałek sztywnej folii. Będzie tak widowiskowy, jak tylko można sobie wyobrazić.

Ostatnio jednak odkryłam kolejną ciekawą rzecz, która banalna w swej prostocie z pewnością uratowałaby niejedno ciasto bez wyrazu. W czym rzecz? W soku z cytryny i... Cukrze waniliowym.
Niedawno robiłam w pracy mus z szampana; mimo coraz większej ilości alkoholu, ciągle smakował po prostu jak bita śmietana. Co robić...? Przecież nie dodam całej butelki, bo zamiast musu wyjdzie zupa (co w innych okolicznościach być może nie byłoby problemem, ale w przypadku tortu weselnego - byłam pewna - nie mogło się sprawdzić). Mnie i tort uratowała bardziej doświadczona koleżanka sugerując, żebym dodała odrobinę soku z cytryny i cukru waniliowego. I o ile wiem, że sok z cytryny znacząco wyostrza smak, o tyle na pomysł z cukrem waniliowym zareagowałam lekkim niedowierzaniem. Przecież całość będzie tylko jeszcze słodsza... Ona tymczasem uśmiechnęła się tajemniczo i stwierdziła, że cukier waniliowy to sól cukierników.

I wiecie co...? Ma dziewczyna rację! Już odrobina tych dwóch składników sprawiła, że mus stał się wyrazisty w smaku, a szampan doskonale wyczuwalny nawet po szklaneczce wypitej przy okazji (nie pytajcie; Duńczycy to taki dziwny naród, który wychodzi z założenia, że odrobina alkoholu w pracy jeszcze nikomu nie zaszkodziła).
Zapamiętajcie więc sobie: gdy musowi brakuje charakteru, można wydobyć jego głęboko ukryte walory odrobiną cukru waniliowego. Jeśli mi nie wierzycie - spróbujcie i tak. Bo co Wam szkodzi...?

Wolne wtorki to dla mnie okazja do śniadaniowych szaleństw. C. jest zazwyczaj w pracy, mogę więc sobie dogadzać nie zastanawiając się, czy jemu aby na pewno będzie smakować. Tym razem sięgnęłam po przepis z bloga Aleksandry, bo bardzo spodobał mi się pomysł na gofry o subtelnym zapachu miodu. 

Gofry są chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, cudownie puszyste i naprawdę pyszne. Podane z jogurtem i miodem nie są zbyt słodkie, ale idealnie wyważone, a miodowy aromat wyraźny, ale stonowany. Dodatek mięty sprawia, że całość jest świeża i cudownie letnia.
Spróbujcie, póki jeszcze mamy lato.

Gofry jogurtowo-miodowe


Składniki:
(na 10-15 gofrów)
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 270 g jogurtu greckiego
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • 150 g masła
  • 150 ml mleka
dodatkowo:
  • jogurt
  • miód
  • listki mięty
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą.
Miód dokładnie wymieszać z jogurtem.
Masło rozpuścić, wymieszać z mlekiem i jajkiem. Dodać jogurt z miodem, połączyć. Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać.

Smażyć gofry w nagrzanej gofrownicy.

Podawać z jogurtem wymieszanym z miodem i listkami mięty.

Smacznego!


Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, ile dokładnie mi ich wyszło; w czasie pieczenia podjadałam i tak mi zasmakowały, że straciłam rachubę... 
Ale nie martwcie się, dla dwóch osób wystarczy.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wieczór panieński po duńsku i cobbler. Rabarbarowo-miodowy

Wczoraj zostałam wzięta z zaskoczenia. I to tak, że szczęka opadła mi do samych kolan. 

Dzień zaczął się niezbyt szczęśliwie; zaspałam. I to o półtorej godziny! W panice umyłam zęby, zarzuciłam na siebie pierwsze ubranie, które nawinęło mi się pod rękę i bez choćby łyka gorącej herbaty ruszyłam w noc. Brak śniadania, makijażu i rozbudowanej porannej toalety zaowocował piętnastominutowym spóźnieniem. A moi potworni koledzy, zamiast mi choć odrobinę współczuć wyrazili nieskrywaną radość z powodu ciasta na środę (zasady są proste: ten, kto się spóźni, zaczyna lub kończy ferie albo ma urodziny - stawia). 
Rozdygotana, na szczęście zdążyłam ze wszystkim na czas i chwilę przed jedenastą już myślałam o powrocie do domu i wygodnej kanapie, której wołanie słyszałam nawet z odległości tych stu kilometrów. Jeszcze tylko musiałam wyciągnąć marchewkę z zamrażarki, gdy nagle szefowa wydarła się na całą piekarnię: Gdzie ona jest? No tu jestem, już idę przecież... Zaciągnęła mnie do biura tłumacząc, że przyszło zamówienie na jakieś dziwne ciasto, i muszę na nie popatrzeć i powiedzieć, czy dam radę. Stoję więc przed monitorem, a ona oczywiście nie może znaleźć zdjęć. Poczekaj, zaraz przyjdę. No to czekam. Za chwilę wpada jak burza, ciągnie ma za rękaw i jak najęta tłumaczy, że muszę zajrzeć w listę zamówień. Zupełnie nie rozumiem tego nadzwyczajnego poruszenia z powodu jakiegoś ciasta, wchodzę do piekarni nieco zdezorientowana, a tam moje szalone koleżanki stoją z wielkim, błyszczącym od brokatu transparentem Wieczór panieński Anny. Jesteś gotowa?

Nie byłam. Ale tym akurat nikt się nie przejął.

Przebrały mnie w różowe, falbaniaste i sterczące na wszystkie strony tutu, białe pończochy, koszulkę z muffinem i napisem ratunku, wychodzę za mąż, różowy welon i królicze uszy. Natapirowały włosy, nałożyły taką ilość niebieskich cieni, która nawet rybkę Wandę przyprawiłaby o zawrót głowy, a usta wysmarowały niezmywalną, ogniście czerwoną pomadką. Ach, jaka byłam piękna!
Tak wystrojoną wsadziły do auta, nie pozwoliwszy zabrać telefonu, dokumentów czy butelki z wodą, i zabrały w pola. Tam wsadziły na konia (kucyka właściwie) i kazały jeździć. To jeździłam, choć muszę przyznać, że czułam się w tej roli bardzo niepewnie. Gdy już pozwoliły mi zsiąść, znów zapakowały do samochodu i zabrały na lunch. Po drodze do restauracji wyręczyły torebkę pełną cukierków i kazały je sprzedawać - za pięć koron albo całusa. Powiem tak - sprzedałam trzynaście, a bogatsza się nie zrobiłam. Brawo ja.

(Rada na przyszłość - jeśli nagle ogarnie Was nieodparta potrzeba bycia obcałowywaną przez obcych mężczyzn, idźcie do sklepów sportowych. Tam panowie zawsze są na tak.)

Po lunchu i jednym truskawkowym daiquiri pojechałyśmy dalej. Tym razem wylądowałam w poczekalni, gdzie po chwili wyszedł do mnie pan w lekarskim fartuchu i zaproponował tarmudskylning, na co ochoczo się zgodziłam, wprowadzając go w lekkie osłupienie. Gdy wyszedł, wytłumaczono mi bardzo poważnym tonem, co to znaczy: płukanie jelit... Ochota przeszła mi od razu. Gdy wrócił, zaczął tłumaczyć mi procedurę, a ja bladłam coraz bardziej... Widząc moją nieszczęśliwą minę zaproponował, że w takim razie zrobimy tatuaż. Tutaj uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam, że mam jeden wymarzony, tylko nie mam przy sobie telefonu, ale bez problemu znajdę obrazek w internecie (tak; w końcu zorientowałam się, że robią mnie w konia). Pan westchnął, zdjął fartuch i zaprosił mnie do gabinetu, który okazał się być studiem nagraniowym. Wydzierałyśmy się więc przez następną godzinę, a pan obiecał zrobić z tego coś nadającego się do słuchania. 
Lękam się. Niewypowiedzianie.
Bo i owszem, śpiewam ochoczo, ale tylko wtedy, gdy mam pewność, że nikt mnie nie usłyszy...

Gdy wróciłam do domu i C. zobaczył moje najróżowsze z różowych tutu i królicze uszy, tylko przytulił i pogłaskał po plecach, tłumiąc śmiech. 
A ja pięknie mówię tak (stali Czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że po duńsku to znaczy dziękuję) za ogromną niespodziankę i fantastyczny dzień. Działo się, oj działo... Jestem pewna, że nigdy tego nie zapomnę.

Tymczasem mam dla Was przepis na bardzo prosty i zaskakująco pyszny deser.
Wszystko zaczęło się od Komarki i jej lodów z malinami. Ogromnie mi się spodobały; a że akurat nabyłam drogą kupna sporą ilość malin, nie mogłam sobie odmówić. Zajrzałam jednak na stronę Half baked harvest, z której przepis pochodzi, a tam w składzie były miodowe ciasteczka... I też mi się ich zachciało. Tymczasem przepis na ciasteczka okazał się być bardziej kompleksowy; tak naprawdę był to bowiem cobbler. I tak wspaniale na zdjęciach wyglądał... A że robi się go szybko i prosto, czym prędzej zabrałam się do pracy. Z przepisu Tieghan wychodzi dwa razy więcej ciasteczek, niż potrzeba. W poniższym przepisie odpowiednio dopasowałam proporcje, ale i tak uważam, że powinniście przygotować więcej ciasteczek. Wtedy będziecie mogli zrobić też lody...

Zamiast truskawek użyłam malin, zmniejszyłam też nieco ilość cukru. Cobbler smakuje genialnie podany na ciepło z lodami waniliowymi. Takie proste, a tak zaskakująco pyszne. 
Po prostu nie można się oprzeć.

Cobbler malinowo-rabarbarowy z miodowymi ciastkami


Składniki:
(na formę o średnicy 25 cm)
  • 375 g malin
  • 175 g rabarbaru
  • 100 g cukru kokosowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli
miodowe ciastka:
  • 165 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 60 g zimnego masła
  • 65 g jogurtu naturalnego
  • 45 g miodu
dodatkowo:
  • 30 g masła
  • 1 łyżka cukru perłowego
Rabarbar pokroić na kawałki o grubości 1 cm. Wymieszać z malinami, cukrem, skórką z cytryny, ekstraktem z wanilii i solą. Przełożyć do formy, odstawić.

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. Dodać masło pokrojone na kawałki, rozetrzeć palcami. 
Jogurt wymieszać z miodem, dodać do ciasta. Szybko zagnieść.

Ciasto rozwałkować na grubość 1 cm. Wykrawać szklanką koła, układać na owocach.

Pozostałe masło rozpuścić, polać nim wierzch ciastek. Posypać cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 35-40 minut.

Podawać na ciepło z lodami.

Smacznego!


A na koniec mały bonus, ale ostrzegam - zerkacie na własną odpowiedzialność.
Ja w tutu i króliczych uszach, o tutaj.

Tymczasem idę piec ciasto.
Kto to słyszał, żeby trzeba było zabierać ze sobą ciasta do cukierni...?

środa, 2 sierpnia 2017

Nocna owsianka. Bardzo owocowa

Jak ten czas pędzi! Wiecie, że do mojego Wielkiego Dnia (tak, tak, z wielkich liter; bo to naprawdę Wielki Dzień), zostały raptem dwadzieścia cztery dni...? Niby dużo, a tak naprawdę bardzo niewiele. Tyle jeszcze jest do zrobienia... Powoli zaczynam czuć jakiś dziwny ucisk w żołądku. Nie to, żeby nagle naszły mnie wątpliwości... Mam zdecydowanie za krótkie nogi i planuję zbyt wysokie obcasy, żeby bawić się w uciekającą pannę młodą. Ale to duże przedsięwzięcie, i boję się, że coś pójdzie nie tak. Że zapomnimy o czymś ważnym (o obrączkach na przykład. Albo cała znajomość duńskiego wywietrzeje mi z głowy, i nie będę potrafiła odpowiedzieć na jedno z najważniejszych pytań w moim życiu), że fryzura rozpadnie mi się w najważniejszym momencie albo potknę się o tren mojej wspaniałej sukni. Albo, co gorsza, potknie się kto inny. No wiecie, taki ze mnie Kubuś fatalista...

Czas pędzi nieubłaganie, ale życie obok mnie toczy się swoim normalnym rytmem. Co oznacza pobudki o wpół do czwartej nad ranem i piętnaście minut na zjedzenie śniadania. Przygotowuję więc puddingi chia i nocne owsianki, które dodają mi energii na kilka pierwszych godzin i pozwalają jakoś przetrwać półtorej godziny w samochodzie bez narażania na szwank siebie i innych.

Tym razem zmiksowałam to, co akurat ostało się w lodówce i na kuchennym blacie: ostatni, lekko już sczerniały banan, dwie nektarynki, o których wszyscy zapomnieli, trochę jogurtu, nieco mleka i oczywiście zagęszczacze w postaci nasionek chia i płatków owsianych. 
Wyszło pysznie! Niezbyt słodko, ale całość zawsze można polać sobie miodem. Mocno owocowe, sycące śniadanko. W sam raz na rozpoczęcie kolejnego aktywnego dnia.

Bananowo-nektarynkowa nocna owsianka z chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 1 banan
  • 2 nektarynki
  • 400 g jogurtu greckiego
  • 300 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki drobnych płatków owsianych

dodatkowo:
  • jeżyny
  • czerwone porzeczki

Banana obrać, z nektarynek usunąć pestki. Zmiksować owoce blenderem na gładki mus. Dodać jogurt, mleko, chia i płatki owsiane, dokładnie wymieszać, najlepiej trzepaczką, aż masa zacznie gęstnieć.
Odstawić na noc do lodówki.

Schłodzony pudding przełożyć do szklanek, podawać z jeżynami i porzeczkami.

Smacznego!

A na weekendowe śniadanie planuję coś ekstra. W końcu bowiem będziemy mieli trochę czasu na celebrowanie wspólnego posiłku; a musicie wiedzieć, że takie luksusy nie zdarzają się co dzień...

wtorek, 4 lipca 2017

Migdałowe ciasto z rabarbarem i białą czekoladą

Pogoda, jaka jest, każdy widzi, że tak pozwolę sobie sparafrazować znane hasło z pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej. W sobotę, i owszem, wyszło słonko i grzało na tyle, że wyciągnęłam szorty z najgłębszych zakamarków szafy. Od razu poczułam się dziesięć lat młodsza. W tym swobodnym stroju przystąpiłam do poważnych działań ogrodniczych, czyli wyrywania chwastów spomiędzy kostki na tarasie i uważnego obserwowania C. podczas przycinania żywopłotu. Mój zapał skończył się wraz z ugryzieniem przez nie wiem co w lewy nadgarstek, który swędzi mnie do dzisiaj, a dwa bąbelki niespecjalnie dodają mu uroku. Zamiast więc dzielnie pielić dalej, nadziałam na kijek kilka pianek i je sobie podpiekłam nad ogniskiem. I znów poczułam się kolejne pięć lat młodsza.
Nie ma to jak słoneczna sobota...

Gdzieś w międzyczasie pojawiło się u mnie ciasto z rabarbarem. Przepis znalazłam w gazecie Spis bedre, nr 4/2017. Połączenie białej czekolady i rabarbaru jest doskonałe, a jak dodamy do tego jeszcze migdałową nutę, to już w ogóle nie można się oprzeć. W ogrodzie rabarbar ciągle panoszy się niemal na równi z miętą, więc z zapałem wypróbowuję kolejne przepisy. Ten sprawił, że mam ogromną ochotę do niego wrócić... Słodko-kwaśne ciasto, soczyste i wilgotne - czy może być coś lepszego na pociechę po słonecznej sobocie, gdy w niedzielę niebo zasnuwają ciężkie, ołowiane chmury..?

Ciasto rabarbarowe z białą czekoladą i migdałami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

  • 225 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonej wanilii
  • 2 jajka
  • 190 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g mielonych migdałów
  • 100 ml jogurtu naturalnego
  • 150 g białej czekolady
na wierzch:

  • 200 g rabarbaru
  • 1 łyżka cukru
dodatkowo:

  • 2 łyżki cukru pudru
Masło utrzeć z cukrem i wanilią na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i migdałami. Na zmianę z jogurtem dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać grubo posiekaną czekoladę, połączyć.

Ciasto przełożyć do wysmarowanej masłem formy.

Rabarbar pokroić wzdłuż na cieńsze paski o długości około 10 cm. Ułożyć promieniście na cieście, delikatnie je w nie wciskając. Posypać cienką warstwą cukru.

Piec w 175 st. C. przez 45-55 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przepis, oczywiście, dodaję do akcji kulinarnej Ani:

sobota, 1 lipca 2017

Chłodnik na niepogodę. Ogórkowy

Wczoraj wróciłam do domu zdecydowanie później, niż zamierzałam. I to nie dlatego, że dzień był pełen przyjemności (choć właściwie jak inaczej nazwać przygotowywanie tortu przypominającego Raphaela z Wojowniczych Żółwi Ninja?), ale dlatego, że ilość nadgodzin powoli sprawia, że zapominam, co innego można robić poza pracą. W związku z tym pisanie postów i w ogóle włączanie komputera odeszło w niepamięć. Zamiast tego zjedliśmy szybki obiad, po czym ułożyliśmy się na kanapie i stwierdziliśmy, że idealnym zakończeniem kolejnego długiego piątku będzie obejrzenie Trzech muszkieterów. Tych najlepszych, z dziewięćdziesiątego trzeciego. Skończyło się, muszę przyznać z pewną dumą, na drugiej reklamie, która uśpiła nas na dobre. Chwilę po szóstej (rano, jeśli kogoś ogarnęłyby wątpliwości) przebudziłam się ścierpnięta, wytarmosiłam więc C. i przenieśli się do łóżka, żeby dospać te kilka brakujących godzin.
A teraz weekend. Nareszcie...

Tymczasem duńska aura postawiła na zaskoczenie, i zamiast lata serwuje nam jesień. Późną. Chłodną, deszczową i wietrzną. Czekam na choćby odrobinkę słońca, żeby nazbierać kwiatów czarnego bzu na syrop (wiadomo przecież, że cały smak kryje się w pyłku, który spłukany deszczem znika zdecydowanie zbyt szybko). Wbrew prognozom jednak, zachęcona ideą wspólnego gotowania, przygotowałam chłodnik. Ogórkowy.

Nie przepadam za chłodnikami, zdecydowanie wolę ciepłe zupy. Tym razem jednak, muszę przyznać, trafiłam w dziesiątkę wypróbowując przepis z Hjemmets bedste mad, nr 7/8/2017. Zupa smakuje jak rzadka mizeria, a dodatek miętowego pesto nadaje jej charakteru. Z chrupiącymi grzankami smakuje wybornie; w ciepły, prawdziwie letni dzień znakomicie nada się na pełnoprawny obiad.
Swoją drogą miętowe pesto jet wyjątkowo smakowite; zróbcie go więcej, świetnie nadaje się do kanapek. Albo może makaronu...?

A po inny przepis na chłodnik koniecznie zajrzyjcie do Ani.

Chłodnik ogórkowy z miętowym pesto


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 długie ogórki
  • 1 garść listków mięty imbirowej
  • 600 ml bulionu
  • 400 g jogurtu greckiego
  • sól
  • pieprz

pesto miętowe:
  • 1 pęczek mięty imbirowej
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 40 g orzeszków piniowych
  • 40 g parmezanu
  • 1 ząbek czosnku
  • 50 ml oliwy
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 4-8 kromek pszennego chleba

Ogórki obrać, pokroić na mniejsze kawałki. Umieścić w blenderze z miętą, bulionem i jogurtem, zmiksować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, mocno schłodzić.

Listki mięty, sok i skórkę z cytryny, orzeszki, starty parmezan i czosnek umieścić w blenderze. Zmiksować na jak najgładszą pastę. Dodać oliwę, połączyć. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Z chleba przygotować tosty.
Zimny chłodnik podawać z grzankami z pesto.

Smacznego!


Mięty możecie użyć dowolnej; u mnie w ogórku rozpleniła się imbirowa, więc to właśnie ją dorzucam do wszystkiego.

czwartek, 22 czerwca 2017

O fretce, która nie jest fretką, czyli poznajcie Mortena. I różowy, letni chłodnik

Pamiętacie, jak pisałam o naszym powrocie z wakacji i wściekłej fretce, która przywitała nas godnymi fretki prychnięciami? Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że rzeczona fretka wcale fretką nie jest. A okazja znalazła się szybciej, niżbyśmy sobie tego życzyli, bo futrzak, podczas naszej dwutygodniowej nieobecności, postanowił wprowadzić się na poddasze. 
Muszę przyznać, że kiedy C. mnie o tym poinformował, lekko zdębiałam. Nie tak bowiem wyobrażałam sobie nasz przytulny domek; nie z dzikim (dosłownie!) lokatorem. 
Obejrzeliśmy dach, znaleźliśmy dziurę, psy kunę wywęszyły. Roboczo nazwaliśmy ją Morten (po duńsku kuna to mår, co przy poprawnej duńskiej wymowie rymuje się z Morten) i zaczęliśmy się zastanawiać, co by tu teraz zrobić... C., po dogłębnej analizie internetowych mądrości, znalazł jedyne słuszne remedium: Metallikę. Tak, ten zespół, który dla niewtajemniczonych po prostu hałasuje na bardzo dużą skalę. Codziennie rano tuż pod dachem ustawiał głośnik, i puszczał największe przeboje chłopaków. Okazuje się, że chyba mamy z Mortenem inny gust muzyczny; po kilku dniach się wyprowadził. A przynajmniej taką mamy nadzieję, bo nagle zapadła cisza, i nie znajdujemy już niepokojącej ilości piór na trawniku przed domem. 
Teraz czeka nas tylko ściąganie dachówek i sprzątanie po gościu... 

I co? Nadal marzycie o własnym domu i ogrodzie...?

Tymczasem póki co - odpukać! - w Danii nadal lato w pełni, mam więc dla Was przepis na chłodnik, który znalazłam w magazynie Moje gotowanie, nr 7/2016. Skusił mnie absolutnie cudownym, różowym kolorem i dodatkiem botwinki - a jak wiecie, przywiozłam ze sobą z Polski dwa pęczki tego specjału. Grzechem byłoby wyrzucić! 
Ten akurat chłodnik to miks świeżych, wiosennych warzyw z maślanką, lekko tylko doprawiony solą i pieprzem, podany z jakiem i słonym serem feta. Całość smakuje nieźle - według mnie, i naprawdę dobrze - według C. Ale ja chyba nigdy nie polubię chłodników... Dla mnie zupa musi być gorąca - i basta. Jeśli jednak w ciepły, letni dzień miska z chłodnikiem wypełnia Wasze myśli, ten będzie doskonały. Szczególnie, że dzięki dodatkowi ziemniaków naprawdę syci i może stanowić pełnoprawny obiad nawet dla głodnego przedstawiciela płci silnej - sprawdziłam.

Dania z dodatkiem kalarepki znajdziecie też dzisiaj u MopsikaPati, Marty i Malwinny.

Chłodnik z wiosennych warzyw na maślance



Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 1 pęczek botwinki
  • sól
  • pieprz
  • cukier
  • sok z 1 cytryny
  • 1,5 l maślanki
  • 500 g creme fraiche (18%)
  • 1 długi ogórek
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1 kalarepka
  • 500 g młodych ziemniaków
  • 4 dymki
  • 6-8 jajek
  • koperek
  • natka pietruszki
  • 100 g fety
Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić.
Botwinkę umyć, osuszyć, posiekać. Wrzucić na lekko osolony, doprawiony cukrem i sokiem z 1/2 cytryny wrzątek. Gotować 5 minut, odcedzić, ostudzić.

Maślankę dokładnie wymieszać z creme fraiche. 
Ogórek obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić na nieduże kawałki. Rzodkiewki pokroić w plasterki. Kalarepkę obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Ziemniaki obrać, pokroić w plastry. 
Dymki drobno pokroić, oddzielając białe części od zielonych. Koperek i natkę posiekać. 
Do maślanki dodać ogórka, rzodkiewki, kalarepkę, ziemniaki, botwinkę i białe części cebuli. Dokładnie wymieszać, doprawić do smaku solą, cukrem, pieprzem i sokiem z cytryny. Dobrze schłodzić.

Jajka ugotować na pół twardo. 
Nalać chłodnik do miseczek. Podawać z połówkami jajek i pokruszoną fetą, posypany szczypiorem, koperkiem i natką.

Smacznego!


Ja tymczasem codziennie smaruję mój łaciaty nos grubą warstwą kremu, ale chyba nawet to już mu nie pomoże...

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak się nie opalać i koktajl bananowy z mietą

Weekend był cudowny! Obłędnie słoneczny i ciepły; poczułam się, jakbyśmy zamiast wracać z urlopu do Danii, wybrali się do ciepłych krajów. Zasiedliśmy więc z C. w ogrodzie, bardzo z siebie zadowoleni, popijaliśmy herbatkę, pieliliśmy, rozmawialiśmy; i tak nam czas przyjemnie, leniwie płynął. 
Pod wieczór zrobiło się chłodniej; gdy weszłam do domu, a chwilę później do łazienki - zdębiałam. Patrzyłam w lustro i nie wierzyłam własnym oczom - przypominałam dobrze już obgotowanego raka. I kiedy zobaczyłam to, czego przez cały dzień nie czułam - poczułam
Zawsze tak jest, prawda...? Dopóki nie zdajemy sobie z czegoś sprawy, żyjemy z tym, nie poświęcając większej uwagi; gdy ktoś nas uświadomi (lub nastąpi to samoistnie za sprawą dziwnych - bądź nie - zbiegów okoliczności), nagle okazuje się, że mamy problem.
I ja właśnie ten problem poczułam na własnej skórze (bardziej dosłownie, niż bym sobie tego życzyła). Czoło, ramiona i łydki nagle zaczęły mnie bardzo nieprzyjemnie piec. I muszę przyznać, że mimo zatrważającej ilości Panthenolu, który na siebie nałożyłam, pieką nadal. Choć jest już zdecydowanie lepiej - tylko strategiczne miejsca, które nie widziały słońca od nie wiem jak długiego czasu, są zaognione. Z nosa skóra schodzi mi płatami, ale ramiona i reszta twarzy zrobiły się brązowawe. Nie powiem, że było warto, ale... W niezwykle pożądanym, brzoskwiniowo-brązowym odcieniu, naprawdę mi do twarzy.

Na pocieszenie przygotowałam sobie koktajl. Tak naprawdę przekonał mnie do tego banan, smutnie leżakujący na stole w kuchni i zmieniający barwę ze słonecznożółtej na ciemnobrązową. Przejrzałam więc niedawno nabytą w Polsce gazetę Kuchnia: koktajle. Wydanie specjalne, nr 3/2017 poświęconą w głównej mierze, jak sama nazwa wskazuje, koktajlom. Przepis na bananową piankę zaintrygował mnie dodatkiem mięty; musicie przyznać, że to niecodzienne połączenie. Okazuje się jednak, że naprawdę trafione - koktajl jest lekki, odpowiednio słodki i orzeźwiający. Świetnie gasi pragnienie w upalne, duńskie dni.
Polecam!

Bananowa pianka z miętą


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 1 dojrzały banan
  • 100 ml zimnej maślanki
  • 1 łyżeczka nasion konopi
  • 1 łyżeczka mielonych migdałów
  • 2 listki mięty imbirowej
  • 1 łyżeczka miodu

Maślankę miksować w blenderze kielichowym przez 3 minuty, aż się dobrze spieni. Partiami dodawać obranego i pokrojonego na plasterki banana, następnie dodać konopie, migdały, miętę i miód i zmiksować na gładki koktajl.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

Plus tego wszystkiego jest taki, że moje łydki zmieniły kolor mącznej bieli, którym straszą zazwyczaj przez okrągły rok.
Warto było...?
Eee...

czwartek, 15 czerwca 2017

O imionach. I drożdżówkach z morelowym twarożkiem

Imiona... Dziwna jest z nimi sprawa. Kiedy kogoś poznajemy, pierwszą rzeczą, którą na temat tej osoby słyszymy, jest jej imię. Czasem utrwala nam się od razu; bywa, że ulatuje w rejony, z których ciężko jest je później ściągnąć. 
Moja ostatnia współlokatorka z internatu miała na imię Monica. Gdy mi się przedstawiała, imienia nie dosłyszałam; lub też coś rozproszyło moją uwagę, i go nie zakodowałam. Za to ubzdurałam sobie, że nazywa się Julie, i kiedy w końcu ktoś mnie litościwie po tygodniu z błędu wyprowadził, zrazu nie mogłam się przestawić. Bo jak to tak...? Przecież Julie pasowało do niej znacznie bardziej!

I o ile ta sytuacja jest krępująca, ostatnio doświadczyłam podobnej, ale w dużo większym natężeniu. W poniedziałek wyręczałam w pracy zaproszenia na ślub; wszystko poszło gładko, koledzy się cieszyli i dziękowali, ja się uśmiechałam i rumieniłam. W środę natomiast uświadomiono mi, że Mads, który pracuje z nami od niemal roku, tak naprawdę ma na imię Bas! (Nie pytajcie; niech wystarczy jedno słowo: Holender. Ale nie latający.)
Najpierw zrobiło się strasznie głupio i wstyd, no bo jak to tak...? Później przypomniałam sobie sytuację, która nastąpiła krótko po jego przybyciu; jedna z koleżanek (już z nami nie pracuje) nie mogła się nadziwić, że Mads jest z Holandii, a ma typowo duńskie imię! I tak utkwiło mi to w głowie, że chociaż Bas słyszałam kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie przez ponad pół roku, w magiczny sposób między moich uchem a mózgiem zamieniało się w Mads. 
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię się przestawić. Bas już chyba zawsze pozostanie dla mnie Madsem... Ale to dobry chłopak i się na mnie o to nie gniewa. 

Ja natomiast nie mogę wyjść z szoku, jak zadziwiający potrafi być ludzki mózg...

Pogoda w Danii po powrocie z wakacji zdecydowanie nie dopisywała - pochmurno, deszczowo; trzynaście kresek powyżej zera to już był prawdziwy cud. I choć prognozy nadal nie są zbyt obiecujące, to dzisiaj nagle zrobiło się w miarę ciepło i słonecznie. Zachęcona takim obrotem sprawy, nabrałam ochoty na piknik. Nie mam pojęcia, czy się uda, bo aura w weekend z pewnością będzie kaprysić, nie mniej mam dla Was przepis idealnie na piknik się nadający. Pyszne, mięciutkie drożdżówki z owocowym twarożkiem.
Przez dodatek moreli nadzienie jest dość rzadkie i ciasto trochę ciężko się kroi i zawija, ale za to wynagradza te niedogodności smakiem. Delikatna nutka pomarańczy świetnie się bowiem z morelowym smakiem komponuje. Należy też pamiętać, że drożdżowe na maślance jest bardziej wilgotne i dłużej zachowuje świeżość; choć oczywiście, najlepsze i tak jest zaraz po upieczeniu.
Słodkie, owocowe, drożdżowe bułeczki z pewnością wzbudzą wiele achów.

Przepis bazowy znalazłam u Doroty, po czym nieco go zmodyfikowałam według własnego widzi mi się.

Drożdżówki z morelowym twarożkiem


Składniki:
(na 12sztuk)
  • 765 g mąki pszennej
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 230 g letniej maślanki
  • 90 g masła
  • 3 jajka

nadzienie:
  • 60 g serka kremowego
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g cukru
  • 150 g moreli
  • 1,5 łyżki mąki pszennej

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 4-5 łyżek soku z pomarańczy

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać 2 łyżki maślanki i 2 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, pozostałą maślankę, jajka i sól. Zagnieść ciasto. Wlać przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Przykryć miskę ściereczką, odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce.

W tym czasie przygotować nadzienie. 
Morele przekroić na połowy, wyjąć pestki i zmiksować owoce na gładki mus. Dodać serek, masło, żółtko, skórkę z pomarańczy, cukier i mąkę. Wymieszać.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60x30 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie złożyć w poziomie trzy razy. Przekroić na 12 kawałków. Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skręcając każdą na środku.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. c. przez 25-30 minut.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem z pomarańczy. Polukrować jeszcze ciepłe drożdżówki.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Nie macie pojęcia, z jaką niecierpliwością na niego czekam...

czwartek, 25 maja 2017

Problemy przyszłej panny młodej i ciasto z rabarbarem na maślance

Wakacje to jeden z najlepszych wynalazków ludzkości. Człowiek może się byczyć, spać do późna, spacerować, chodzić do kina i w ogóle robić, co mu się żywnie podoba; i absolutnie nikt nie może mieć mu tego za złe. W tym właśnie duchu spędzamy leniwe, czasem słoneczne, a czasem - niestety - deszczowe i pochmurne dni. Oczywiście, zaczęliśmy od rzeczy najważniejszych - zamówiliśmy zaproszenia, dzisiaj C. pojechał szukać garnituru w zacnym towarzystwie mojego Taty i Tomasza, a ja już nawet wybrałam sukienkę... 

Z sukniami ślubnymi bywa różnie. Niektóre panie chodzą, chodzą i chodzą, i wychodzić nie mogą. Nic im się nie podoba, nic nie satysfakcjonuje. Szyją więc suknie na zamówienie, a efekt w większości przypadków (mam nadzieję) jest zadowalający. Inne wybierają na szybko, pierwszą z brzegu, byleby była biała, długa i niedroga (choć wydaje mi się, że tych jest naprawdę niewiele). Jeszcze inne dopada miłość od pierwszego wejrzenia - i właśnie to przytrafiło się mnie.
Już w internecie, gdy zobaczyłam zdjęcie, wiedziałam, że tę sukienkę przymierzyć muszę. Do wybranego salonu udałam się więc na samym początku długiej wędrówki, miła pani pomogła mi się w to cudo ubrać, stanęłam przed wielkim lustrem... I wiedziałam, że to jest to. Suknia idealna. Delikatna, skromna, a jednocześnie niesamowicie efektowna. Z górą z koronki i z takimże wykończeniem, z krótkim trenem i wycięciem w kształcie łezki na plecach (gdy nieopatrznie nazwałam je dziurą, miła pani gwałtownie spochmurniała). 
Żeby tradycji stało się zadość, przymierzyłam jeszcze kilka innych w tym samym salonie, a potem udałam się do trzech kolejnych, gdzie również mocowałam się z tasiemkami, wiązaniami, zamkami, guziczkami, tiulami i koronkami. Owszem, niektóre były naprawdę piękna, ale ta jedna jedyna już zdobyła moje serce i wiedziałam, że nic innego nie stanie na wysokości zadania.

Teoretycznie wszystko wygląda wręcz bajecznie, ale oczywiście - musi być jakieś ale
Jestem człowiekiem raczej praktycznym, i wydanie dwóch średnich krajowych* na sukienkę, którą ubiorę raz, wydaje mi się czynem co najmniej ekstrawaganckim. Jak pomyślę, ile bym za to mogła mieć książek albo foremek do ciast... Z drugiej strony zakładam, że wychodzić za mąż będę tylko raz, może więc warto odpuścić rozsądkowi i dać się ponieść szaleństwu...?

A Wy, moje kochane Czytelniczki...? Jak to było z Wami...?

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym, nawet na wakacjach, nie dobrała się do piekarnika. Mama była w pracy, mogłam więc swobodnie szaleć w kuchni. Kupiłam bukiet różowo-zielonych łodyg, mąkę, jajka i maślankę, i zabrałam się za pieczenie. Ciasto jest bardzo proste i szybkie w przygotowaniu; taki klasyczny ucieraniec. Dzięki dodatkowi maślanki jest cudownie mięciutki i wilgotny, dłużej też zachowuje świeżość. Słodka cukrowa skorupka świetnie smakuje w połączeniu z mięciutkim ciastem i kwaśnym rabarbarem. Już pierwszego wieczoru zniknęła połowa, polecam więc gorąco. 
Budyniu można użyć waniliowego lub śmietankowego; ten o smaku toffi nadaje jednak ciastu delikatnego karmelowego posmaku, który mi bardzo odpowiada.

Ciasto na maślance z rabarbarem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 400 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 60 g budyniu o smaku toffi (proszek)
  • 3 jajka
  • 300 g cukru
  • 100 ml oleju
  • 250 g maślanki

dodatkowo:
  • 375 g rabarbaru
  • 55 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z budyniowym proszkiem.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując. Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miksując na najniższych obrotach, tylko do połączenia składników.

Masę przełożyć do formy wyłożonej na spodzie papierem do pieczenia, o bokach posmarowanych masłem.

Rabarbar pokroić na plastry grubości 1-1,5 cm, wyłożyć na wierzch, delikatnie wciskając w ciasto.
Wierzch posypać migdałami i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

* Nie mam pojęcia, ile wynosi obecnie średnia krajowa w Polsce. 
Ani w żadnym innym kraju, jeśli kogoś to interesuje.