Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta bezowe i makaroniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta bezowe i makaroniki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 lutego 2018

Makaroniki malinowe z hibiskusem (w wersji mini)

Obudził mnie C. przed wyjściem do pracy. Nie, żeby tak złośliwie; nawet zaproponował, żebym sobie jeszcze pospała, w końcu wcześnie jest... Jednak jutro muszę wstać o czwartej, i jako człowiek myślący perspektywicznie doszłam do wniosku, że lepiej wstać dziś trochę wcześniej, żebym wieczorem nie miała problemów z zasypianiem. Wyczołgałam się więc spod kołdry i udałam do łazienki. Z niejakim zdziwieniem zerknęłam przez dachowe okno... Nie było widać niemal nic. Z miną niezwykle podejrzliwą, upodabniającą mnie do inspektora Gadgeta, udałam się do salonu, żeby obiektywnie ocenić sytuację. Moim oczom ukazał się śnieg nie tylko okrywający puszystą kołdrą meble, krzewy i żywopłot, ale nadal padający zawzięcie. Wielkie płatki przypominające bardziej pierze niż śnieg wirowały w szaleńczym, wietrznym tańcu. Stałam tak i patrzyłam, z niezbyt mądrze rozdziawioną buzią, na ten krajobraz jak z bajki. Szczerze mówiąc nie myślałam, że przyjdzie jeszcze prawdziwa zima. Jest pięknie! 
Tyle, że jutrzejsza poranna podróż na Zelandię przyprawia mnie w tej chwili o dreszcze...

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo urocze makaroniki. Przygotowałam je już jakiś czas temu, w ramach smakołyków na ostatni dzień pracy przed wakacjami (jak okres szkolny określa mój szef). Oczywiście, idealnie nadadzą się na Walentynki - makaroniki mają w sobie coś romantycznego...
Te zebrały mnóstwo pochwał. Słodkie, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, wypełnione lekko kwaskowatym kremem z białej czekolady, malin i hibiskusa. Dzięki niemu nie są za słodkie i da się ich zjeść zdecydowanie więcej niż jeden czy dwa... Przygotowałam je w rozmiarze mini, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby upiec je nieco większe; wtedy wyjdzie około dwudziestu pięciu gotowych makaroników.

Makaroniki malinowe z hibiskusem


Składniki:
(na około 60 złożonych mini makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • różowy lub czerwony barwnik w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 65 g śmietany kremówki (38%)
  • 75 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
dodatkowo:
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. Połowę makaroników posypać zmielonym w młynku do kawy hibiskusem.
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Maliny i hibiskus umieścić w garnuszku, podgrzać, aż maliny zaczną się rozpadać. Przetrzeć przez sitko.
Czekoladę ze śmietaną podgrzać w kąpieli wodnej, aż czekolada się rozpuści. Dodać puree z malin, dokładnie wymieszać. Przełożyć do rękawa cukierniczego, wstawić do lodówki.

Gdy makaroniki całkowicie ostygną, a nadzienie zgęstnieje, sklejać je po dwie połówki tak, żeby jedna z pary była posypana hibiskusem.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Wczoraj kopnęłam krzesło. Nie ze złości; ot tak, przez przypadek. Efekt - palec u lewej stopy w kolorze lila. Trochę się boję, że jet złamany, bo boli jak nie wiem co. 
I co ja mam teraz zrobić...?

piątek, 15 grudnia 2017

Spóźniony tort urodzinowy i post, który zaginął

Za pisanie tego posta zabrałam się w środę wieczorem. Zaparzyłam sobie herbaty, usiadłam przy biurku, zrobiłam dwa głębokie wdechy i zaczęłam pisać o świątecznych piosenkach, od których płynnie przeszłam do świątecznych wspomnień z dzieciństwa...
I wtedy zadzwonił telefon. Na pogaduchach z C. zeszło nam ponad pół godziny; w tym czasie komputer zdążył przejść w stan spoczynku uznając, że skoro ja się im nie interesuję, to on baterii tracił niepotrzebnie nie będzie.
Po skończonej rozmowie i lustracji herbaty (wystygła w tym czasie zupełnie) stwierdziłam, że nastrój na pisanie mi minął, i spróbuję dnia kolejnego. Poszłam więc pod prysznic, założyłam puchate skarpetki i ulokowałam się w łóżku z książką w dłoni i kubkiem gorącej herbaty na nocnym stoliku. Czy może być coś przyjemniejszego w ciemny, grudniowy wieczór...?

W czwartek po południu znów usiadłam do komputera - w końcu blogerskie obowiązki to nie przelewki. Zaczęłam tam, gdzie skończyłam, dopisując drugą część zdania, na którym przerwałam, i pozwalając myślom dryfować wokół świątecznych tematów. Zadowolona z siebie, wkleiłam do posta obrazki, kliknęłam opublikuj, a tam... Tylko ta część, którą napisałam w środę! Reszta - zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie pomagało cofnij i wstecz; wszystko przepadło. Zacisnęłam zęby, energicznie zamknęła laptopa i jak na dorosłą kobietę przystało, obraziłam się na bloggera, internet i w ogóle wszystko z blogowaniem związane.
Ech...

Dzisiaj więc zaczynam od nowa. Do tematu świątecznych piosenek jeszcze wrócę, bo bardzo je lubię, ale... Już nie dzisiaj. Teraz spieszy mi się, żeby do końca się spakować, szybciutko wypić herbatę i ruszyć w dwu i półgodzinną podróż na Jutlandię. W planach na ten weekend mam dokupienie trzech brakujących prezentów, zakupienie i przystrojenie choinki z nadzieją, że Pączusia do Wigilii nie zdąży jej przewrócić podczas swych szalonych harców po salonie, odwiedziny u rodziców C. i wyjście do kina w ramach adwentowego prezentu dla C. Są wśród Was jacyś inni fani Gwiezdnych wojen...? Mnie temat niespecjalnie pociąga (zdecydowanie wolę fantasy od sf), ale czego się nie robi dla Męża, którego widuje się raptem raz na tydzień...?

Tymczasem mam dla Was przepis na tort, który przygotowałam już ładnych kilka miesięcy wcześniej. Po powrocie z wakacji odczuwałam ogromną ochotę na upieczenie czegoś, a że akurat wypadały urodziny najmłodszej siostry C. i jej małżonka stwierdziłam, że to doskonała okazja.
Tort nie jest trudny w przygotowaniu: klasyczny kakaowy biszkopt, warstwa chrupiącej bezy i dwa musy - karmelowy i kawowy. Wbrew pozorom - wcale nie jest za słodki. Moim zdaniem smaki świetnie się uzupełniają, a biorąc pod uwagę, że zniknął niemal w całości, goście musieli się ze mną zgadzać.
Jedyny problem z tym ciastem to to, że na świeżo ciężko ukroić zgrabny kawałek - beza psuje szyki nawet najbardziej ostrożnym. Jednak po nocy w lodówce, kiedy nabierze nieco wilgoci z musu, krojenie nie powinno sprawiać trudności.

Dekoracja była adekwatna do okazji - rożowo-księżniczkowa część dla Alice, i wojskowo dla Jespera. Oboje byli zachwyceni. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, że obłożyć tort białym marcepanem i udekorować na przykład śnieżynkami, choinkami czy marcepanowym reniferem - świetnie się wtedy sprawdzi na bożonarodzeniowym stole.

Tort kakaowo-bezowy z musem kawowym i karmelowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt kakaowy:
  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 25 g mąki ziemniaczanej
  • 75 g mąki pszennej
  • 25 g kakao

beza:
  • 2 białka
  • 105 g cukru
  • 1 łyżeczka białego octu winnego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

mus kawowy:
  • 200 g serka mascarpone
  • 100 ml mocnej kawy
  • 3 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 65 g cukru pudru

mus karmelowy:
  • 150 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka mascarpone

nasączenie:
  • 50 ml mocnej kawy

kawowy krem maślany:
  • 2 białka
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła
  • 2 łyżki mocnej kawy

dodatkowo:
  • marcepan plastyczny

Przygotować biszkopt:
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki i kakao przesiać, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Przygotować bezę:
Białka ubić, pod koniec partiami dodając cukier. Gdy masa będzie sztywna i lśniąca, dodać ocet, ekstrakt i mąkę. Połączyć.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wyłożyć bezę do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 110 st. C. i piec jeszcze 30-40 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przygotować krem kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Mascarpone zmiksować z cukrem pudrem, dodać żelatynę, połączyć.
Kremówkę ubić, delikatnie wmieszać do masy kawowej.

Biszkopt przeciąć na pół, na dnie tortownicy ułożyć spodni blat. Nasączyć. Wyłożyć krem kawowy, przykryć bezą, wstawić do lodówki.

Przygotować mus karmelowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Cukier skarmelizować na patelni, dodać 100 ml kremówki, wymieszać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Wlać mieszankę do mascarpone, połączyć.
Kremówkę ubić, delikatnie wmieszać do masy karmelowej.
Wylać mus na bezę, przykryć drugim blatem biszkoptu, schłodzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.
Na końcu dodać kawę, połączyć.

Boki i wierzch tortu posmarować kremem maślanym.
Tort obłożyć marcepanem, udekorować według uznania.

Smacznego!


Ciasto obłożyłam kremem maślanym, żeby marcepan lepiej się trzymał. Jeśli macie ochotę na dekorację na przykład z bitej śmietany, krem maślany należy pominąć.
Muszę jednak przyznać, że tak jak kremów maślanych nie lubię (są dla mnie za tłuste i za ciężkie), tak w wersji kawowej wyjątkowo przypadł mi do gustu.

czwartek, 14 grudnia 2017

O pierwszym śniegu i bezie z czerwonymi owocami

Nareszcie! W końcu, tuż po Mikołajkach, w Danii spadł pierwszy śnieg. Wieczorem, siedząc przy kominku, z zachwytem obserwowałam wirujące na wietrze płatki. Z zapamiętaniem, powoli, acz skutecznie, przykrywały wszystko warstwą białego puchu. Stół i krzesła w ogrodzie, a także żywopłot, zostały przystrojone puszystymi czapkami. Szarozielona trawa zniknęła pod grubym dywanem. Niebo przybrało tę charakterystyczną, różowawą barwę. 
Zasypiałam pełna nadziei wierząc, że w tym roku w końcu będziemy mieć białe Święta.

Moja radość nieco przygasła o poranku, gdy stanęłam przed sporą górką śniegu, która jeszcze poprzedniego wieczoru była moim samochodem. Na szczęście pod puchem nie kryła się szelmowsko warstwa lodu; otrzepanie autka poszło mi więc całkiem sprawnie.
Po drodze do pracy obserwowałam gwiezdne wojny - śnieg padający pod kątem prosto na przednią szybę. Jako dziecko i młoda dziewczyna uwielbiałam to zjawisko! Fakt, że teraz to ja siedzę za kierownicą, odbiera mu nieco uroku...

A dzisiaj po śniegu pozostało już tylko wspomnienie. Z nieba niestrudzenie kapie śnieg z deszczem, zalewając chodniki i ulice szarą breją, w której toną krótkie, psie łapki. A mi pozostaje tylko wkładanie naprawdę grubych skarpet i kaloszy; inne obuwie nie ma tutaj bowiem racji bytu.
A jak tam u Was? Ciągle żyjecie nadzieją...?

Dzisiaj mam dla Was przepis, który może być świąteczny, ale możecie też zaserwować go gościom zupełnie niezobowiązująco. Jest to chrupiąca z zewnątrz i mięciutka, lekko ciągnąca w środku beza, pod chmurą bitej śmietany. Udekorowana czerwonymi owocami, jakie akurat uda Wam się znaleźć w sklepie czy zamrażarce. U mnie były to czerwone pomarańcze, porzeczki i maliny, choć bardzo żałuję, że nie sięgnęłam po wiśnie i świeżą żurawinę - ciasto z pewnością by na tym zyskało.
Do tego kandyzowane listki mięty, które pięknie się mienią w świetle choinkowych lampek - i do całkowitego błogostanu potrzeba już tylko mocnej, czarnej kawy...
Jacyś chętni na taki zestaw...?

Przepis znaleziony u Doroty.

Bezowy wieniec z czerwonymi owocami


Składniki:
(na 1 duży wieniec)

beza:
  • 5 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • 1 łyżeczka mąki kukurydzianej
krem:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g serka mascarpone
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
dodatkowo:
  • 1 czerwona pomarańcza
  • czerwona porzeczka
  • maliny
mięta w cukrze:
  • listki świeżej mięty
  • 1 białko
  • 3-4 łyżki drobnego cukru
Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw cukier, a następnie cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę kukurydzianą, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować na nim okrąg o średnicy 20 cm. Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z odciętą końcówką, wyciskać duże bezy po okręgu, jedna obok drugiej.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i suszyć przez 1,5-2 godziny.
Zostawić do całkowitego wystygnięcia w wyłączonym piekarniku.

Listki mięty maczać w lekko ubitybiałku, a następnie w cukrze. Odłożyć do zastygnięcia.

Przed podaniem ubić kremówkę z mascarpone i cukrem waniliowym. Wyłożyć na bezę. Udekorować pokrojonymi w plastry pomarańczami, porzeczkami, malinami i listkami mięty w cukrze.

Smacznego!

Wiem, że w tym roku słabo u mnie ze świątecznymi przepisami. Wszystko dlatego, że w ogóle nie ma mnie w domu, a co za tym idzie - nie mam kiedy piec.
Nawet nie macie pojęcia, jak mi z tym źle...

poniedziałek, 1 maja 2017

Mrożony tort tiramisu na rozpoczęcie wiosny

C. znowu miał rację. Mimo nocnych przymrozków i wietrznych, deszczowych dni uparcie powtarzał, że od niedzieli aura się zmieni. Zapowiadał słońce i ciepło, a na moje pesymistyczne reakcje tylko wzruszał ramionami. I wiecie co? W niedzielę wyszło słońce! Może nie mieliśmy nagle trzydziestu stopni, ale w porównaniu z sobotą było zdecydowanie cieplej. Po błękitnym niebie leniwie snuły się nieliczne, białe obłoczki, a ja w ciężkim szoku wpatrywałam się zmrużonymi oczami prosto w oślepiająco jasną słoneczną tarczę.

Przyjęcie urodzinowe, choć z uwagi na chłodny wiatr odbyło się wewnątrz a nie w ogrodzie, na co mieliśmy nadzieję, było niezwykle udane. Pączusia dzielnie znosiła dobre chęci dwóch małych chłopców, skutecznie odciągając tym ich uwagę od Ptysi, która w stosunku do dzieci jest raczej mało tolerancyjna. A po wyśmienitym obiedzie, w którego skład wchodził domowy sos berneński, na deser podałam mrożony tort tiramisu. Pracowałam cały weekend, nie miałam więc za bardzo czasu na przygotowanie odpowiednio efektownego tortu. Stwierdziłam, że lody lubią wszyscy, lodowy tort będzie więc rozwiązaniem doskonałym. I nie pomyliłam się!
Słodkie, bezowe blaty przełożone kawowym semifreddo z wyraźnym dodatkiem amaretto. Do tego odrobina kakao, i uwierzcie - nic więcej do szczęścia nie trzeba. Tort prezentuje się niezwykle efektownie, a smakuje tak, że ciężko oprzeć się dokładce. Nawet po sutym obiedzie.

Mrożony tort bezowy tiramisu


Składniki:
(na ciasto o średnicy 25 cm)

beza:
  • 6 białek
  • 250 g cukru
  • 50 g cukru pudru
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

lody:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 jajka
  • 100 g cukru pudru
  • 50 ml amaretto
  • 50 ml mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 3 łyżki kakao

Białka ubić, pod koniec partiami dodając najpierw zwykły cukier, później cukier puder. Na końcu dodać ocet i mąkę ziemniaczaną, połączyć.
Trzy blachy wyłożyć papierem do pieczenia, na każdej narysować okrąg o średnicy około 20 cm.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę i wyciskać bezę na blachy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze przez 50-60 minut.
Ostudzić.

Żółtka ubić z 25 g cukru pudru na puszystą, jasną masę. Dodać mascarpone, połączyć. Wlać kawę i amaretto, wymieszać. Kremówkę ubić, dodać do mascarpone. Białka ubić, pod koniec partiami dodając pozostały cukier puder. Porcjami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.
Wstawić lody na 2-3 godziny do zamrażarki.

Na talerzu ułożyć pierwszy bezowy blat, rozłożyć 1/2 na wpół zmrożonych lodów, posypać kakao. Ułożyć kolejny blat, resztę lodów i kakao. Przykryć ostatnim blatem, zamrozić.

Przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!


Wiosna, miejmy nadzieję, już niedługo zmieni się w prawdziwe lato, przepisy na lody i zimne desery będą się więc pojawiać na blogu coraz częściej.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rokitnik w cieście. I o ekscytacji ogrodnictwem

Już prawie dwa tygodnie temu zabraliśmy się za działania w naszym skromnym ogródku. Poszliśmy na całość, kupując spore ilości nasionek i sadzonek, a także kilka skrzynek, doniczki i ziemię. Poskładanie wszystkiego, sianie i sadzenie zajęło nam dwa dni. A teraz - czekamy... Codziennie robimy przynajmniej dwa obchody, żeby sprawdzić, czy coś zaczyna się dziać. Pierwszy zielony koniuszek wyłaniający się z ziemi w jednej z donic doprowadził nas niemal do ekstazy! A niespodziewany, wtorkowy śnieg i prawdopodobny nocny przymrozek przyprawił o drżenie serca - czy aby bazylia to wytrzyma...? Nadal nie mam pojęcia, czy coś z tego będzie, ale muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, że ogrodnictwo może być tak emocjonujące. Mówię Wam - praca w służbach specjalnych to przy tym pikuś.

O egzaminie, do którego podchodziłam w lutym, niemal już zapomniałam. Dlatego ze zdziwieniem stwierdziłam, że na opublikowanie ciągle czeka ostatni z przepisów, który na tę okazję przygotowałam. Myślałam sobie, że świetnie się sprawdzi jako propozycja nietypowego mazurka, ale sami wiecie, jak to u mnie w tym roku z Wielkanocą było... Przepis podaję więc teraz - może ktoś skusi się na tartaletki...? (Zachwyca mnie fakt, że zmieniając jedno słowo można zupełnie zmienić charakter dania.)

Zadaniem było suche ciastko - czy jednoporcjowy deser, który poza lodówką może stać kilka dni, nic ze swoich walorów smakowych i estetycznych nie tracąc. Nie chcąc prezentować czegoś oklepanego, jak malinowa krajanka czy ciasteczka Kaja (kiedyś dokładniej Wam o nich opowiem), szukałam przepisu pasującego do mojego tematu: jesieni. I wtedy pomyślałam o rokitniku - kwaskowym, intensywnie pomarańczowym i owocującym właśnie na jesień. Klasyczna tarta cytrynowa z bezą, po delikatnym tuningu, stała się tartaletkami z rokitnikiem. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!
Słodko-kwaśna, prosta, a jednocześnie naprawdę efektowna. No i może być mazurkiem, jeśli komuś spodoba się taka fantazja.

A Wy, jakbyście nazwali te smakołyki...?

Tartaletki z curdem z rokitnika i bezą włoską


Składniki:
(na 12 tartaletek o średnicy 6 cm)
  • 110 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 130 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli

curd z rokitnika:
  • 200 g rokitnika
  • 20 ml wody
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

beza włoska:
  • 1 białko
  • 165 g cukru
  • 60 ml wody

Masło rozpuścić, podgrzewać, aż nabierze brązowego koloru i zacznie orzechowo pachnieć. Dodać cukier puder i sól, wymieszać, podgrzewać aż cukier się rozpuści. 
Zdjąć garnuszek z palnika, dodać mąkę, wymieszać najpierw łyżką, a następnie zagnieść ciasto dłońmi.
Ciastem wylepić foremki.

Piec w 175 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić.

Rokitnik z wodą zagotować, przetrzeć przez sitko. Masę bez pestek z powrotem przełożyć do garnka, dodać cukier, jajko, żółtka i mąkę, dokładnie wymieszać. Zagotować, dolać olej i gotować jeszcze 2-3 minuty.
Przetrzeć przez sitko, wyłożyć nadzienie na ostudzone spody, ostudzić.

Cukier i wodę zagotować. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., zacząć ubijać białko. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C., powoli wlewać go do białka, cały czas ubijając. Ubijać nadal, aż beza całkowicie wystygnie.
Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie gwiazdki, wyciskać na tartaletki. Opalić za pomocą panika do creme brulee.

Smacznego!

Ja tymczasem coraz niecierpliwiej czekam na prawdziwą, ciepłą wiosnę. Nie mam już serca do zimowego płaszcza i czapki...

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rabarbar, poziomki i beza. I krótki traktach o letnich sukienkach

Wczoraj zaczęłam pakować ubrania, żeby C. w szale, który dopada go średnio co dwa dni, nie wywiózł mi wszystkich majtek do nowego domu. Niemal dwa tygodnie bez bielizny nie wchodzą w grę - dla mnie to oczywiste, ale dla niego...? Kto wie... Puder wyjechał już w zeszłym tygodniu, więc wszystkiego się można spodziewać.

Opróżniłam jedną szafę, wypełniając ubraniami trzy wielkie worki. Prym wiodły swetry i letnie sukienki. I o ile tę pierwszą preferencję łatwo wytłumaczyć i zrozumieć (Dania to zimny i wilgotny kraj; przez większą część roku z nieba coś kapie - często ciężko to coś zidentyfikować - i bez ciepłych sweterków bardzo ciężko byłoby się obejść takiemu zmarzluchowi jak ja), to druga... No cóż, może wymagać wdania się w szczegóły.
Miałam w życiu okres, że w mojej szafie nie było ani jednej letniej sukienki. Miałam jedną - czarną, prostą i elegancką, którą uwielbiałam określać mianem pogrzebowej, a której nie dało się nosić poza naprawdę ważnymi okazjami. Pewnego upalnego lata zapragnęłam sukienki - koniecznie w kwiaty; zwiewnej, lekkiej; idealnej. Dwa lata zajęło mi jej znalezienie; nie podobało mi się prawie nic, a to, co na pierwszy rzut oka przyciągało moją uwagę, okazywało się leżeć na wieszaku znacznie lepiej niż na mnie. Zadowoliłam się więc białą spódnicą, a marzenia o sukience odłożyłam na koleje lata.

W końcu się udało; biała w błękitne prawie-chabry, wiązana na szyi chabrową tasiemką. Cudna! Nosiłam ją z uporem maniaka dzień w dzień, kiedy tylko pogoda na to pozwała. Ciągle ją zresztą mam, i nadal mi się podoba (taka jestem niemodna). 
Kiedy po jakimś czasie znalazłam inną sukienkę, która spełniała wszystkie moje wygania - kupiłam. W końcu ile można chodzić w jednej i tej samej!
Potem jeszcze jedną, kolejną... Ciągle w strachu, że później już mogę nic nie znaleźć. 

I tak zawartość mojej szafy pęczniała; sukienki ledwo się mieszczą na swojej półce. Nadal kupuję je zapamiętale; mam kilka ulubionych, kilka na wyjątkowe okazje; kilka, które się nie sprawdziły i tylko łypię na nie spod oka, zdejmując z wieszaka jednak coś innego. Na ostatnich zakupach hurtem kupiłam trzy sztuki; jedną, prostą i lekką, noszę ostatnio ciągle. Wiosna bowiem postanowiła pokazać, co potrafi, i jeden upalny dzień goni kolejny. 
Bosko!
Poważnie rozważamy możliwość wybrania się na plażę. A uwierzcie - obcokrajowcom w Danii ta decyzja nie przychodzi łatwo...

Ostatnio na spacerze z Ptysią zobaczyłam na krzaczkach zielone poziomki. Dedukuję więc, że w Polsce już albo za momencik, będzie je można dostać. Dlatego już dziś, póki rabarbar nie został jeszcze całkowicie zdominowany przez truskawki, proponuję Wam bajeczne połączenie tych dwojga.

Zainspirowałam się przepisem z  gazety Moje gotowanie, wydanie specjalne, 5/2014. Jest to jednak raczej dość luźna inspiracja; w oryginale nie było ani poziomek, ani bezy. Na początku tylko te maleńkie truskaweczki miały być niecodziennym dodatkiem, ale gdy wyjęłam tartę z piekarnika, zdecydowanie czegoś jej brakowało. Myślałam, myślałam; aż wymyśliłam.

Wyobraźcie to sobie: chrupiący, kruchy spód, kwaśny rabarbar i smakujące lasem poziomki, a to wszystko pod imponującą czapą bezy włoskiej. Delikatnie opaliłam ją palnikiem do creme brulee - moim zdaniem wygląda wręcz zjawiskowo.
Tarta smakuje wyśmienicie, ale jest też naprawdę sycąca. To taka familijna porcja; idealna na deser po rodzinnym, czerwcowym grillowaniu.

Tarta z rabarbarem, poziomkami i bezą włoską


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 31 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 500 g rabarbaru
  • 350 g poziomek
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 35 g mąki ziemniaczanej

beza włoska:
  • 3 białka
  • 330 g cukru
  • 120 ml wody

odrobina czerwonego barwnika spożywczego w paście
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Uformować z ciasta kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy nieco większej niż średnica formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzeg.
Przykryć ciasto papierem do pieczenia, wysypać kulki do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 10 minut w 200 st. C.
Lekko przestudzić.

W tym czasie rabarbar pokroić na kawałki o długości 2 cm, wymieszać z poziomkami, mąką, cukrem i ekstraktem. Wyłożyć owoce na podpieczony spód.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić.

Cukier z wodą zagotować. W tym czasie zacząć ubijać białka. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C., powoli wlewać do białek, cały czas miksując. Następnie ubijać jeszcze przez 5-10 minut, aż beza całkowicie wystygnie, pod koniec dodając barwnik.

Gotową bezę wyłożyć na ostudzoną tartę, formując lekką kopułę. Wierzch przypalić palnikiem do creme brulee.

Smacznego!


Oczywiście, zamiast poziomek można użyć truskawek. Albo malin. Albo może jeszcze czegoś innego...
Dajcie się ponieść fantazji!

środa, 11 listopada 2015

Gruszki w sosie

Tematem wspólnego gotowania na dziś były gruszki w sosie. Hmm... Wiele jest możliwości, które przychodzą do głowy niezwłocznie; a ile więcej, jeśli tylko człowiek odrobinę się nad tym zastanowi! Gruszki pięknej Heleny, gruszki w sosie karmelowym... Już tutaj poczułam satysfakcję, i dalej się nie zastanawiałam. Gruszki i karmel to bowiem połączenie wyborne, które podbiło niejedno podniebienie.
Przygotowałam więc lekko korzenny karmel, w którym poddusiłam owoce. Pozostały syrop za pomocą niezbędnej w mojej kuchni kremówki zamieniłam w pyszny, gęsty sos. Nadal jednak czegoś brakowało... Szybko więc upiekłam bezy z dodatkiem cynamonu (sezon na korzenne przyprawy bowiem w pełni), które zwieńczyłam chmurą bitej śmietany i gruszkami w sosie karmelowym.

Jest słodko. Czego innego się spodziewaliście...? Ale jednocześnie tak pysznie, że nie można się od tego deseru oderwać. Połączenie chrupko-ciągnącej bezy, lekkiej bitej śmietany, miękkich i soczystych gruszek oraz obłędnego, korzenno-karmelowego sosu sprawiło, że C. stracił głowę. A ja nie pozostałam za nim w tyle! Zajadaliśmy się, aż miło. 
Dopóki deser się nie skończył...
Spróbujecie...?

Gruszki w sosie przygotowała również Mirabelka; koniecznie sprawdźcie, co wyczarowała!

Bezy cynamonowe z gruszkami i sosem karmelowym


Składniki:
(na 4 porcje)

bezy:
  • 3 białka
  • 165 g cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
gruszki w sosie karmelowym:
  • 4 gruszki
  • 110 g cukru
  • 25 ml gorącej wody
  • 25 g masła
  • 90 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki białego pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
dodatkowo:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
Cukier wymieszać z cynamonem.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier.
Uformować 4 okrągłe bezy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec jeszcze 1 godzinę.
Ostudzić.

Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne i pokroić w plasterki.
Cukier, cynamon, imbir, pieprz i gałkę wsypać na patelnię. Podgrzewać, aż cukier się rozpuści i nabierze złocistej barwy. Dodać gruszki, zalać całość gorącą wodą. Smażyć 2-3 minuty, aż gruszki zmiękną, ale nie będą się rozpadać. Zdjąć owoce z patelni. Karmel podgrzewać, aż całkowicie się rozpuści.
Zdjąć mieszaninę z ognia, dodać masło i kremówkę, wymieszać. Podgrzewać jeszcze 1-2 minuty, aż sos nieco zgęstnieje.
Ostudzić.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno tuż przed podaniem. Wyłożyć ją na bezy, udekorować całość gruszkami i sosem.

Smacznego!


Cóż, a teraz to już najwyższa pora spać...

poniedziałek, 28 września 2015

Bananowa tarta z bezą

Troszkę dzisiaj zaspałam. Miałam wstać razem z C., przed siódmą; miałam mieć trochę czasu dla siebie. Chciałam niespiesznie zjeść śniadanie, wypić kubek (albo dwa) gorącej herbaty. Poczytać książkę, bo koniec roku zbliża się nieubłaganie, o czym świadczą pierwsze świąteczne dekoracje na sklepowych wystawach. 
Tymczasem ciepła pościel okazała się być tak kuszącą i miękką, że nie mogłam wydobyć się z jej objęć. Wręcz przeciwnie - wiercąc się i moszcząc, zanurzałam się w niej coraz głębiej... Gdy w końcu wstałam, słońce było już całkiem wysoko. Zamiast więc porannych rytuałów i rozleniwienia, towarzyszył mi stary przyjaciel: pośpiech. Szybko się umyłam, uczesałam, ubrałam. W biegu wypiłam kilka łyków wczorajszej herbaty, chwyciłam czekoladowe ciastko zamiast śniadania. Pobiegłam łapać życie za ogon; znów się nie udało. A może...? 
Odpowiedzi, póki co, brak.

Dzisiaj mam dla Was bardzo ciekawe, nieoczywiste ciasto. Znalazłam je w książce Saved by cake Marian Keyes, gdzie od razu wpadło mi w oko. Głównie dlatego, że banany kojarzą mi się z tradycyjnymi chlebkami, ewentualnie muffinami. Czasem jeszcze wrzucam je do koktajlów, albo dodaję do owocowych sorbetów, żeby były bardziej kremowe. Jest jeszcze znane wszystkim banoffee pie, któremu, choć niemożebnie wręcz słodki, nikt się oprzeć nie umie...

A tutaj Marian proponuje tartę, w dodatku z bezą. Hmm... Szczerze mówiąc, bałam się, że wyjdzie śmiertelnie słodka i mdła, i trochę się wahałam, zanim zabrałam się do dzieła. Dusza eksperymentatora jednak doszła do głosu, i w końcu postanowiłam przerobić banany na taką właśnie tartę.
W przepisie zaszło kilka zmian. Po pierwsze: kruchy spód z dodatkiem jajka, żeby się tak nie kruszył. Do kremu dodałam rozgniecione banany zamiast esencji, o której sama Marian pisze, że możliwe, że że względu na skład chemiczny, jest nielegalna w niektórych krajach. Przez to zabrakło mi bananów na spód, ale całość i tak wyszła intensywnie bananowa. Nawet beza przeszła smakiem tych owoców!

Ciasto zaskakuje konsystencją: kruchy spód, rozpływający się w ustach, bardzo delikatny krem i znów na górze: chrupiąca beza. Całość jest słodka, ale nie przesłodzona - nie martwcie się o to. Do kremu można dodać nieco soku z cytryny - zbalansuje słodycz, a przy okazji zapobiegnie ciemnieniu ciasta, co jest jego jedyną wadą. Cóż, banany mają to do siebie, że w kontakcie z powietrzem tracą swoją słoneczną barwę... 
Mimo tej drobnej niedogodności - polecam Wam ogromnie! To taka przyjemna odskocznia od klasyki.

Tarta bananowa z bezą


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

spód:
  • 170 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

krem bananowy:
  • 500 ml mleka
  • 100 g cukru
  • 100 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 4 żółtka
  • 55 g zimnego masła
  • 1 banan

beza:
  • 4 białka
  • 170 g cukru

dodatkowo:
  • 2 banany

Mąkę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozterzeć palcami. Na końcu wbić jajko, szybko zagnieść ciasto.
Ciasto rozwałkować na koło o średnicy nieco większej niż średnica formy. Wyłożyć ciastem foremkę. Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

W tym czasie przygotować krem bananowy.
Mleko zagotować. Cukier, mąkę i sól wymieszać. Wlewać powoli gorące mleko, cały czas mieszając trzepaczką, żeby nie zrobiły się grudki. Przelać z powrotem do garnka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa zacznie nieco gęstnieć.
W tym czasie ubić żółtka na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać do nich gorącą masę mleczną, cały czas miksując. Przelać całość z powrotem do garnka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa osiągnie konsystencję gęstego budyniu. Zdjąć z palnika, dodać rozgniecionego widelcem banana, dokładnie wymieszać. Na końcu dodać masło pokrojone w kostkę, wymieszać, aż całkowicie się rozpuści.
Odstawić krem do wystudzenia.

Po tym czasie ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kulkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Na ostudzonym spodzie ułożyć pokrojone w grube plasterki banany. Na wierzch wyłożyć krem, wyrównać powierzchnię. Wstawić na 2-3 godziny do lodówki.

Po tym czasie ubić białka na sztywną masę, pod koniec partiami dodając cukier. Wyłożyć bezę na krem.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, aż beza się zezłoci.
Ostudzić.

Smacznego!

Oglądaliście zaćmienie księżyca...? Ja, szczerze mówiąc, poddałam się o wpół do czwartej, bo nic się nie działo...

czwartek, 17 września 2015

Bezy z figami

Sezon na figi w pełni. Słodko-fioletowe, kuszą ze sklepowych półek. Nie daję się im prosić; wkładam do koszyka najpierw cztery, później jeszcze dwie. Bo co, jeśli przyjdę kolejnym razem, a ich już nie będzie...?

Tym razem stanowiły one temat wspólnego gotowania, razem z miodem i orzechami. Klasyczne trio, wyśmienite zresztą. Czy mogłam się oprzeć...? 
To pytanie, oczywiście, czysto retoryczne.

Długo się zastanawiałam, jak połączyć ze sobą te trzy składniki, żeby otrzymać nie tylko pyszny, ale też niebanalny deser. W końcu postawiłam na bezę, bo czy jest coś piękniejszego...? Idealnie biała, krucha na zewnątrz i delikatna, mięciutka w środku; nieco nawet ciągnąca. Do tego chrupiące orzechy, chmura lekkiej, bitej śmietany i zniewalająca słodycz fig w miodzie. Mówię Wam, poezja!
Deser jest słodki, ale jednocześnie tak pyszny, że nie można się od niego oderwać.

Sezon na figi jest tak krótki, można więc troszkę zaszaleć...

Figi, miód i orzechy zagospodarowała również Mirabelka; koniecznie sprawdźcie, jak!

Orzechowe bezy z figami


Składniki:
(na 4 porcje)

bezy:
  • 3 białka
  • 165 g cukru
  • 50 g orzechów laskowych
dodatkowo:
  • 4 figi
  • 2 łyżki miodu
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Na koniec dodać posiekane orzechy, delikatnie wymieszać łyżką.

Z masy uformować 4 okrągłe bezy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 120 st. C. i piec jeszcze 1 godzinę.
Ostudzić.

Przed podaniem figi pokroić w ósemki. Miód rozpuścić na patelni, wyłożyć figi. Smażyć krótko, zdjąć patelnię z palnika.
Kremówkę ubić, wyłożyć na bezy. Udekorować figami i powstałym miodowym sosem.

Smacznego!


U nas, niestety, coraz chłodniej... Przy laptopie siadam w ciepłym swetrze, z parującym kubkiem tuż obok. Zastanawiam się już nawet, czy to nie czas, aby przygotować przyprawę do piernika...?

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zaręczyny, urodziny i makaroniki, czyli wszystko na raz

Wszystko, co dobre, szybko się kończy... Większość z nas przekonuje się o tym prędzej lub później (oby jak najpóźniej!). Tak też było z tegorocznymi letnimi wakacjami - dwa tygodnie zleciały błyskawicznie. I choć do skutku nie doszło wiele planów, to jestem bardzo zadowolona, a nieoczekiwane zakończenie sprawiło, że dziesięciogodzinna podróż do domu nie uwierała jak zwykle. Co się stało? Otóż po pysznym obiedzie bez deseru (w restauracjach zawsze na deser brakuje mi miejsca, niestety), C. padł na kolana, wzbudzając tym moje bezgraniczne zaskoczenie (serio!). Od piątku z lekkim niedowierzaniem noszę na palcu pierścionek, ciągle go obracam i dotykam, i zastanawiam się niekiedy, czy on naprawdę tak na poważnie... 
Razem z moim Ojcem rodzonym poszedł kupować pierścionek, i, uwaga, żaden się nie wygadał. Spiskowcy od siedmiu boleści! Ale niech już będzie... W końcu złapałam dech, zadzwoniłam do Mamy i radośnie oświadczyłam: Wychodzę za mąż! Na co ona, czego w zasadzie mogłam się spodziewać, spokojnie odpowiedziała: Dzisiaj? 
A godzina była dwudziesta druga trzydzieści... 

A poza tym dzisiaj mój Tato ma urodziny. Dlatego chcę mu życzyć dużo zdrówka, radości z dzieci, szczególnie pierworodnej, i w ogóle wszystkiego, co najlepsze. I z tej okazji właśnie chcę Wam pokazać moje ostatnie makaroniki, które wyszły jak malowanie. W końcu opanowałam mój piekarnik, i wszystko się udało, jak należy. Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie i lekko ciągnące w środku, z rozpływającym się w buzi i lekko kwaskowym kremem z wyraźnymi nutami limonki i mięty. Pomysł na krem zaczerpnęłam z książki Macarons, cupcakes, popcakes og andre søde kager Mii Öhrn, choć same makaroniki przygotowałam tradycyjnie, na bezie włoskiej. Moim zdaniem są dużo łatwiejsze, ale to oczywiście sprawa indywidualna.

Po francusku czy włosku, polecam Wam je ogromnie. Są pyszne i niesamowicie efektowne - czy ktoś mógłby się im oprzeć...?

Makaroniki limonkowo-miętowe


Składniki:
(na 20 złożonych makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • kilka kropli zielonego barwnika spożywczego w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 10 listków świeżej mięty czekoladowej
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 2 łyżki miodu
  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. 
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Czekoladę i miętę drobno posiekać. Umieścić w garnuszku razem z pozostałymi składnikami kremu; podgrzewać, cały czas mieszając, aż czekolada się rozpuści (nie gotować!). Ostudzić, przełożyć do woreczka cukierniczego.

Ostudzone makaroniki przekładać kremem, wstawić do lodówki. Najsmaczniejsze kolejnego dnia.

Smacznego!


O wrażeniach z wakacji będę jeszcze pisać, bo choć wiadome wydarzenie nieco przyćmiło wszystko inne, to zdarzyło się kilka miłych rzeczy i parę ciekawych dni.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Bezy z bzem

Pamiętacie jeszcze moją konfiturę z lilaka? U nas zrobiła prawdziwą furorę; jej wyjątkowy, słodko-gorzki smak rewelacyjnie komponuje się z naprawdę słodkimi słodkościami. Dlatego ostatnio postanowiłam zrobić z niej użytek, i przełożyć nią najprostsze w świecie bezy. Delikatnie je zafarbowałam, upiekłam, dodałam odrobinę konfitury - i efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Smak jest niewiarygodny, w dodatku takie malutkie całuski wyglądają po prostu przepięknie. Nikt nie przejdzie obok nich obojętnie.

W tym roku bez, nawet u mnie, już przekwitł, ale zapiszcie sobie ten przepis, i skorzystajcie z niego w przyszłym roku - zapewniam Was, że warto.

Beziki z konfiturą z lilaka

Składniki:
(na 20-30 złożonych bezików)
  • 2 białka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka białego octu winnego
  • kilka kropli czerwonego barwnika spożywczego w paście
  • kilka kropli niebieskiego barwnika spożywczego w paście
dodatkowo:
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Wlać ocet, zmiksować. Masę podzielić na pół, do jednej części dodać odrobinę czerwonego, do drugiej niebieskiego barwnika. Wymieszać.

W rękawie cukierniczym z końcówką w kształcie gwiazdki namalować cienkim pędzelkiem niebieski pasek barwnikiem. Napełnić rękaw błękitną masą bezową. Wyciskać małe beziki, zachowując odstępy.
Tak samo postąpić z czerwonym barwnikiem i różową bezą. 

Piec w 120 st. C. przez 1,5-2 godziny, aż beziki całkowicie się wysuszą.
Wystudzić.

Wystudzone bezy przekładać konfiturą.

Smacznego!

Ja tymczasem idę przygotować kolejną porcję mrożonej herbaty, przyjemne ciepło bowiem nadal się utrzymuje (choć podobno niedługo znów ma zacząć padać...).

wtorek, 26 maja 2015

Ciasto z malinami i bezą na Dzień Mamy

Jak zapewne wszyscy wiecie, moja Mama jest ode mnie daleko. Jakieś tysiąc kilometrów, mniej więcej. W dzisiejszym świecie jednak nie jest to tak dokuczliwe, jak mogłoby się wydawać. Internet zapewnia nam długie, regularne (i, co nie bez znaczenia, darmowe) rozmowy, możemy się widzieć, a wczoraj nawet jadłyśmy razem obiad (no dobrze, ja jadłam, a ona patrzyła, ale nic nie poradzę na to, że nie da się porcyjki przez USB wysłać). Kiedyś to były czasy - listy, które często dochodziły spóźnione o lata; dalekie i żmudne podróże w niekoniecznie komfortowych warunkach. Dzisiejszy świat skurczył się wręcz dramatycznie - jest to, owszem, wygodne, ale czasem brakuje mu tego staroświeckiego romantyzmu...

Na Dzień Mamy, nie tylko dla mam, mam wyjątkowo pyszną propozycję. Ciasto, choć nieco czasochłonne, jest banalnie proste w przygotowaniu, a smakuje obłędnie! Kruchy, maślany spód, galaretka z zatopionymi w niej słodko-kwaśnymi malinami, rozpływający się na języku waniliowy krem z mascarpone, a całość zwieńczona śnieżnobiałą, idealnie kruchą bezą. Jeśli jeszcze nie dostaliście ślinotoku, należy Wam się order, bo ja na samo wspomnienie robię się głodna. Ciacho smakuje niebiańsko, i jestem pewna, że każda mama będzie takim prezentem zachwycona. Bo te wykonane własnoręcznie, od serca, choć nie idealne, zawsze cieszą najbardziej.

Przepis znalazłam u Doroty, zmieniłam nieco proporcje, żeby pasowały do mojej mniejszej blachy. 

Malinowa chmurka

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

kruchy spód:
  • 2 żółtka
  • 20 g cukru pudru
  • 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g mąki pszennej
  • 65 g zimnego masła

galaretka:
  • 500 g malin
  • 2 galaretki malinowe
  • 600 ml wrzątku

krem:
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka mascarpone
  • 2 łyżki cukru pudru
  • nasiona z 1 laski wanilii

beza:
  • 2 białka 
  • 100 g cukru
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 30 g płatków migdałowych

Kruchy spód:
Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać z proszkiem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtka, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę. 

Ciasto rozwałkować na wielkość formy, wyłożyć spód. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem.

Piec w 200 st. C. przez 15-20 minut, aż nabierze złoto-brązowego koloru.
Ostudzić.

Beza:
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Wsypać mąkę, zmiksować.

Na papierze do pieczenia odrysować kontur tortownicy, uforować bezę odrobinę mniejszą od średnicy otrzymanego koła. Wierzch posypać płatkami migdałowymi.

Piec w 140 st. C. przez 1 godzinę.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Galaretkę zalać wrzątkiem, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić, a następnie wstawić do lodówki, aż galaretka zacznie tężeć.

Na upieczony spód wyłożyć maliny, zalać tężejącą galaretką(jeśli tortwonica nie jest zupełnie szczelna, owinąć ją najpierw z zewnątrz folią aluminiową). Wstawić do lodówki do całkowitego stężenia galaretki.

Kremówkę ubić z mascarpone, cukrem pudrem i wanilią na puszystą, jasną masę, niezbyt długo, żeby masa się nie zważyła. Wyłożyć na całkowicie stężoną galaretkę, przykryć bezą. Schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Dzisiaj znów kupiłam pół kilo malin w bardzo przystępnej (na duńskie warunki) cenie i już się zastanawiam, co z nimi zrobić. Najchętniej w duecie z truskawkami, bo te również mnie zauroczyły, i nie potrafiłam się oprzeć. W siatce przywędrował z nami również rabarbar, ale nim już się zajęłam...

wtorek, 19 maja 2015

Nie tylko dla dzieci

Dorośli - generalnie rzecz biorąc - lubią torty. Wiadomo, nie codziennie, bo po pierwsze zdrowy rozsądek, a po drugie nawet największy łasuch by wymiękł, jakby miał dzień w dzień pałaszować kawał ciacha z obłędnie słodkim kremem. Niemniej, od czasu do czasu, każdy z nas z przyjemnością sięga po kawałek tortu. Oczywiście, preferencje są różne - krem maślany, śmietanowy, a może mus czekoladowy lub owocowy? Lekki biszkopt lub jakaś cięższa baza, albo dla odmiany beza. Owoce, karmel, orzechy - możliwości dodatków są nieograniczone. Każdy, nawet największy wybredziuch, znajdzie coś dla siebie. 
Ale co z dziećmi? Nie dla nich nieporęczne trójkąty, wszystko brudzące i lepiące kremy. Zjedzą łyżeczkę, może dwie i grzecznie podziękują, albo po prostu uciekną się bawić. Czym więc zadowolić wybredne podniebienia małych smakoszy? Odpowiedź jest, wbrew pozorom, prosta: babeczkami. Najlepiej w wersji mini. Takimi, które da się łatwo złapać w biegu, które nie wybrudzą wszystkiego i wszystkich, a najlepiej, żeby jeszcze były kolorowe. Takie maleństwa znikają w małych brzuszkach zaskakująco szybko, a i starsi biesiadnicy z przyjemnością sięgają po takie słodkości.

Te babeczki przygotowałam już niemal miesiąc temu, ale znów - jakoś nie było okazji o nich napisać. Szkoda, żeby przepały w czeluściach dysku, bo są naprawdę urocze i pyszne. Intensywnie kokosowa babeczka z delikatnie truskawkowym, bezowym kremem, który smakuje jak ciepłe lody. Dzieciaki je uwielbiają, a dorośli z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy. Spróbujecie?

Mini muffinki kokosowe z bezą truskawkową

Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 60 g cukru kokosowego
  • 3 łyżki wiórków kokosowych
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 45 ml oleju

beza truskawkowa:
  • 2 białka
  • 100 g truskawek
  • 220 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • kilka kropli czerwonego barwnika spożywczego w paście

dodatkowo:
  • 2 łyżki wiórków kokosowych

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą, cukrem i wiórkami kokosowymi. Jajko roztrzepać, wymieszać z maślanką i olejem. Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Truskawki zmiksować blenderem na gładką masę. Mus razem z cukrem i wodą umieścić w garnuszku, podgrzewać, aż syrop osiągnie temperaturę 115 st. C. 
Białka ubić prawie na sztywno, powoli wlewać gorący syrop. Ubijać kolejne 10 minut, aż masa całkowicie ostygnie. Ewentualnie dodać barwnik, jeśli kolor wyjdzie zbyt blady.

Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki. Wyciskać na muffinki, posypać wiórkami kokosowymi.

Smacznego!

Od razu przypomniałam sobie tamten kwietniowy dzień - znajomi, grill, słoneczko... Miło było.

środa, 31 grudnia 2014

Szczęśliwego Nowego Roku! I obłędnie kawowe ciasto

Ostatni dzień roku... Czy Wam też ten dwa tysiące czternasty zleciał tak szybko? Bo ja mam wrażenie, że śmignął sprintem przez moje życie, pozostawiając pewien niedosyt. Czuję, że zrobiłam tak mało, choć z drugiej strony muszę przyznać, że był to bardzo miły rok. Rozprawiłam się z tą częścią swojego życia, która mnie nie satysfakcjonowała (praca), skupiłam się na inwestycjach w przyszłość, raczej długofalowych. Skończyłam szkołę językową, i wreszcie podjęłam decyzję dotyczącą tego, co chcę w życiu robić. Próbowałam sił na różnych frontach, z raczej miernym skutkiem. Głównie dlatego, że tak naprawdę mnie to nie interesowało, a jestem z tych osób, które jeśli nie widzą w czymś sensu, szybko się poddają. Jeśli coś nie sprawia mi radości, a w perspektywie mam robienie tego do końca życia - podziękuję tym bardziej. Przez trudniejsze i łatwiejsze okresy, w końcu dojrzałam do decyzji. Wiem, że jest właściwa. I choć jeśli powinie mi się noga, dużo stracę, to jestem gotowa podjąć wyzwanie. Bo może w końcu zdobędę zawód, który będzie mi dawał satysfakcję, którego wykonywanie mnie uszczęśliwi. Lata zajęło mi zrozumienie i odnalezienie pasji, ale teraz już wiem. Nie chcę tego robić na pół gwizdka, z doskoku - chcę się temu poświęcić. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za niecałe cztery lata będę cukiernikiem. Dobrym, mam nadzieję. Poprzeczkę postawiłam sobie wysoko, ale gra jest warta świeczki (skoro już przy starych porzekadłach jesteśmy).

Większych podsumowań i obietnic nie planuję, bo mam zamiar skupić się właśnie na tej jednej, jedynej rzeczy. Jeśli wypali, świat będzie stał przede mną otworem (a przynajmniej tak to sobie wyobrażam).

Dzisiaj mam dla Was ciasto obłędnie kawowe, które znalazłam u Ansi. Idealne na Sylwestra - ilość kofeiny w jednym kawałku pobudzi nawet największego śpiocha do całonocnej zabawy. Moim zdaniem ciasto jest genialne - intensywne w smaku; kruchy, ciasteczkowy spód, kremowa, rozpływająca się w ustach masa i delikatna, leciutka beza - po prostu niebo w buzi. Rzadko to robię, ale do tego przepisu wrócę z pewnością, bo to zdecydowanie to, co Tygryski lubią najbardziej.

Ciasto cappuccino

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 140 g ciasteczek oreo (z kremem)
  • 1 łyżka kawy rozpuszczalnej (proszek)
  • 25 g masła

krem kawowy:
  • 250 ml mleka
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)
  • 55 g cukru
  • 25 g mąki ziemniaczanej
  • 2 żółtka

beza:
  • 2 białka
  • 100 g cukru

dodatkowo:
  • 1 łyżka kakao

Ciasteczka pokruszyć, wymieszać z kawą. Maśło rozpuścić i przestudzić, wlać do ciasteczek, wymieszać.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Na to wyłożyć masę ciasteczkową, ugnieść dłonią lub łyżką.

Podpiec w 190 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Mleko, kawę, cukier i mąkę dokładnie wymieszać w rondelku. Podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać żółtka, połączyć.Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier.Na ostudzony spód wyłożyć krem kawowy, na wierzch bezę. 

Piec w 190 st. C. przez 10-12 minut, aż beza się lekko zrumieni.
Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny.

Przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam wszystkim szczęśliwego Nowego Roku; oby wszystkie plany i marzenia się spełniły, wiosna nadeszła jak najszybciej i ten nowy, dwa tysiące piętnasty, był jeszcze lepszy od swego poprzednika.
Do napisania w przyszłym roku!

wtorek, 9 grudnia 2014

Pavlova z żurawiną

Ten weekend był dla mnie niesamowicie miłą niespodzianką. Jak wspominałam w poprzednim wpisie, planowaliśmy krótki wyjazd do Kopenhagi. Okazało się jednak, że w czasie, który wybraliśmy, C. nie dostanie wolnego. W pierwszej chwili bardzo mnie to zmartwiło - ogromnie cieszyłam się na te nasze mini ferie. Jednak C. sprawę szybko załatwił - okazało się, że możemy wyjechać nazajutrz. W pierwszej chwili byłam w szoku - im jestem starsza, tym bardziej lubię wszystko planować, szczególnie tego rodzaju wycieczki. Lubię mieć czas na zrobienie listy, spakowanie, sprawdzenie, czy spakowałam wszystko... Tak powoli i z namysłem. Skoro jednak zostałam postawiona przed teraz albo nigdy (a przynajmniej nie w najbliższym czasie) stwierdziłam, że odrobina spontaniczności jeszcze nikogo nie zabiła. Kiedy więc C. poszedł do pracy w sobotę, ja zrobiłam wszystko, co do zrobienia było, i w niedzielę rano wyruszyliśmy w naszą podróż. Dzisiaj już wracamy - z jednej strony trochę za szybko, bo przecież tyle jeszcze do zobaczenia, z drugiej - miło będzie usiąść na własnej kanapie z ulubionym kubkiem pełnym parującej herbaty (to chyba kolejny dowód na to, że się starzeję).

Całą wycieczkę opiszę Wam niebawem, bo była naprawdę cudowna - Kopenhaga jest już w świątecznym nastroju, błyszczy się i miga milionami kolorowych świateł, na jarmarku można kupić jabłka i migdały w karmelu, a Tivoli zamieniło się w miejsce jeszcze bardziej magiczne niż na co dzień. Wrażeń było co nie miara! Teraz przed nami ostatni spacer ulicami duńskiej stolicy, a potem wsiadamy do auta i wracamy do domu.

Ponieważ sezon na świeżą żurawinę trwa w najlepsze, dzisiaj mam dla Was kolejny sposób na jej wykorzystanie. Inspiracją był przepis Beaty, ale zmieniłam w nim niemal wszystko. Zamiast dużego tortu - mniejsze puchate bezy, do tego odrobina kremówki i sos ze świeżej żurawiny. Wyszło coś obłędnie pysznego; C. stwierdził, że to chyba najlepsze bezy, jakie jadł. Słodko-kakaowe, chrupiące z wierzchu i ciągnące w środku - idealne. Do tego śmietana ubita na delikatny puch i nieco cierpki mus z żurawiny. Całość pięknie wygląda, i jeszcze lepiej smakuje. Niekonwencjonalny deser na Święta, lub, dla tradycjonalistów, coś na zimową niedzielę.

Deser nie jest trudny w przygotowaniu, jedynie beza może płatać figle. Można ją jednak upiec dzień lub dwa wcześniej, i przechowywać w szczelnie zamkniętym opakowaniu. Dzięki temu pozostanie idealnie chrupiąco-ciągnąca. Polecam Wam bardzo.

Kakaowa mini Pavlova z musem z żurawiny

Składniki:
(na 4 sztuki)

beza:
  • 4 białka
  • 220 g cukru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka kakao

mus żurawinowy:
  • 150 g żurawiny (świeżej lub mrożonej)
  • 50 g cukru
  • 1 łyżka soku z cytryny

dodatkowo:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Na końcu wlać sok z cytryny i wsypać kakao, połączyć.

Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia uformować cztery okrągłe, dość wysokie bezy.

Piec w 120 st. C. przez 2-2,5 godziny.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Żurawinę z cukrem i sokiem z cytryny umieścić w rondelku. Gotować, aż żurawina popęka. Przetrzeć przez sitko, ostudzić.

Kremówkę ubić na sztywno. Ułożyć na bezach, polać musem.

Smacznego!

Przed wyjazdem spotkała mnie jeszcze jedna miła niespodzianka. Rano, gdy jeszcze wylegiwaliśmy się w łóżku, ktoś nagle zapukał do drzwi. C. z niezbyt zadowoloną miną poszedł otworzyć, a po chwili wrócił, wyręczając mi paczkę z niezbyt zadowoloną miną. Zmienił ją jednak szybko, gdy tylko zobaczył, co jest w środku. W pięknym czerwonym pudełku kryły się bowiem prawdziwe szwajcarskie słodycze, a pod nimi zupełnie niespodziewany dodatek w postaci ziaren tonki. Beo, dziękuję Ci ogromnie - słodkości są obłędnie pyszne, i muszę od nich C. odganiać, żeby wszystkiego od razu nie wyjadł. Nie mogę się też już doczekać pierwszego wykorzystania tonki w mojej kuchni - bardzo jestem tym podekscytowana, bo marzyła mi się od dawna. Raz jeszcze - bardzo, bardzo dziękuję! Idealny prezent na Mikołajki.