Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dodatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dodatki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2017

Śnieg, spacery i smsy o niestosownej porze. Oraz tarta z czerwonymi pomarańczami

Nagle budzi mnie dźwięk telefonu. Wyrwana z głębokiego snu, zdezorientowana, z przerażeniem myślę, że to już wpół do siódmej. Zerkam na zegarek; nie, dopiero dwie minuty przed północą. Oddycham z ulgą. Co to jednak w takim razie było...? Zmrużonymi oczami wpatruję się w zbyt jasny ekran. Sms. Od szefa. I jak tam? Brakuje ci czegoś...?

Z głębokim westchnieniem odkładam telefon na nocny stolik, odwracam się na drugi bok i zapadam w te dziwne krainy, na których opisanie brakuje mi słów.

Rano myślę o tym, że tak, wiem doskonale, że o tej porze jest już w pracy i być może mu się nudzi, ale żeby tak zaraz do ludzi pisać...? Oj, będziemy musieli poważnie porozmawiać...

Między zajęciami, croquembouche, tortem Sachera i klasycznym czarnoleskim, a obiadami, które nieznacznie różnią się wyglądem, za to smakiem zupełnie nie, wychodzę na spacery. Szuram butami w śniegu po kostki, z lubością wdycham świeże, mroźne powietrze. Obserwuję na wpół zamarznięty strumień i psy hasające po polu. Każdego kolejnego dnia zaczynam w miejscu, w którym poprzednio przerwałam. Ciekawe, jak daleko zajdę? I co powstrzyma moją dalszą wędrówkę...?

Dzisiaj mam dla Was przepis bardzo prosty, a jednocześnie niezwykły. Zadziwiające, jak tak banalne składniki, jak masło, jajka i cukier, dzięki odrobinie wyobraźni, mogą zmienić się w coś tak pysznego.
Kruche ciasto na bazie palonego masła jest niesamowite. Lekko orzechowe, niesamowicie chrupiące i po prostu doskonałe. Z tego przepisu skorzystam jeszcze nie raz. 
Nadzienie to zwykły, banalny curd, najczęściej podawany w wersji cytrynowej. Tu kwaśne cytrusy zastąpiły ich krwistoczerwone, słodkie kuzynki. Dzięki temu tarta zyskuje piękny, różowy kolor i wprost uwodzicielski smak. Nie mogłam oprzeć się dokładce...

Ze względu na swoją uroczą barwę, świetnie nada się na zbliżające Walentynki. Ale jeśli macie już plany, nic straconego - mazurek też z niej będzie doskonały.

Przepis z bloga White on rice couple.

Tarta z kremem z czerwonych pomarańczy na spodzie z palonym masłem


Składniki:
(na formę do tary o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 110 g masła
  • 50 g cukru
  • 185 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli

curd z czerwonych pomarańczy:
  • 20 g mąki kukurydzianej
  • 150 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 6 jajek
  • 2 żółtka
  • skórka otarta z 3 czerwonych pomarańczy
  • 300 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • 110 g zimnego masła

dodatkowo:
  • cukier puder

Najpierw przygotować spód:
Masło pokroić w kostkę, włożyć do garnka. Rozpuścić, a następnie podgrzewać, aż zrobi się jasno brązowe i zacznie pachnieć orzechowo. Dodać cukier, wymieszać, aż niemal całkowicie się rozpuści. Dodać sól i mąkę, dokładnie połączyć. 
Ciastem wylepić formę, formując brzegi. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

W tym czasie przygotować krem:
Mąkę, cukier, sól, jajka, żółtka, sok i skórkę z pomarańczy umieścić w garnku. Podgrzewać, często mieszając, aż się zagotuje i nabierze konsystencji budyniu. Po kawałeczku dodawać zimne masło, cały czas mieszając.
Przetrzeć przez sitko.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem. Położyć na cieście papier do pieczenia, wysypać fasolkami. 

Piec w 175 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 15 minut w 175 st. C.

Na gorący spód wyłożyć krem, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez około 15 minut.
Ostudzić.

Schłodzić tartę w lodówce, najlepiej przez całą noc.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przede mną ostatnie popołudnie w internacie. Jutro o tej porze myślami już będę w domu...

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Najlepszy rodzaj zimy i chlebki kukurydziane

Uwielbiam, gdy grudzień otula nas grubą kołdrą puszystego śniegu. Gdy wielkie płatki wirując, opadają na zaczerwienione nosy i policzki, gdy topią się na rzęsach. Gdy świat nagle zastyga w tej mroźnej ciszy, której my, ludzie, nie mamy czego przeciwstawić. 
W tym roku grudzień rozczarował mnie setnie. Po zaledwie trzech dniach zimy z prawdziwego zdarzenia, która jednak dotarła zaledwie do połowy półwyspu, wszystko stopniało, zamieniając się najpierw w brązowo-szarą breję, a później spłynęło brudnymi potokami i wsiąknęło w pola. 

Bezśnieżnie minął Nowy Rok, a ja straciłam nie tylko nadzieję, ale też ochotę na śnieg. Sami musicie przyznać - gdy dojeżdża się do pracy sto dziewięć kilometrów w jedną stronę, oblodzone drogi to ostatnie, czego by sobie człowiek życzył. Gdy więc pewnego poranka (ach, jakże bym chciała, żeby poranek nie oznaczał u mnie środka nocy!) wyjrzałam przez okno i zobaczyłam samochód okryty białym puchem, zaniemówiłam z przerażenia. Ogarnęłam wzrokiem ulicę, i zbladłam. Wszyściutko było białe! Dachy, chodniki, auta, bezlistne krzaki i drzewa; wszystko otulił najprawdziwszy śnieg.

Zlana zimnym potem, wyjechałam z domu wcześniej niż zwykle. Już na pierwszym zakręcie lekko zarzuciło mi tyłem, więc od razu pogodziłam się z myślą, że będę musiała zafundować kolegom z pracy colę (taką mamy karę za spóźnienia). Gdy jednak wyjechałam na główną drogę, śnieg zniknął. Owszem, tu i ówdzie zdarzały się białe plamy, ale niewielkie i niespowalniające. Gdy wyjechałam na autostradę, odetchnęłam z wyraźną ulgą - droga była czarna. Dojechałam więc na miejsce przed czasem, czym zaskarbiłam sobie zadowolenie szefa (a o to ostatnio niełatwo, bo ciągle jakiś naburmuszony chodzi). 

Taki dziwny stan rzeczy, czyli zima lokalna, utrzymał się przez prawie dwa tygodnie. Chodziliśmy z Ptysią na spacery do zmrożonego lasu, wygrzewaliśmy się przy kominku, podziwiając ośnieżony krajobraz za oknami, a do pracy jeździłam gładkimi, nieoblodzonymi drogami. Ideał!
Teraz już niestety temperatura podskoczyła, i wszystko zaczyna się topić...

Ten przepis na dysku przeleżał kilka lat chyba. Nie pytajcie mnie dlaczego; nie wiem. Tak jakoś wyszło po prostu... Co nie zmienia faktu, że od czasu, gdy zrobiłam to niezbyt udane zdjęcie, chlebek przygotowałam jeszcze kilka razy. Jest cudownie chrupki i mocno kukurydziany, ze świetnym akcentem kolendry. Czasem dodaję do niego odrobinę chilli, wychodzi chyba jeszcze lepszy! Rewelacyjny dodatek do zup kremów, albo jako przekąska przy oglądaniu filmów. 

Przepis znalazłam w książeczce Szybko i smacznie: chleby i chlebki, i wierzę autorom na słowo, że ma coś wspólnego z Indiami...

Indyjski chlebek kukurydziany


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 250 g kukurydzy z puszki
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka mielonej kolendry
  • 2 łyżki świeżej kolendry
  • 160 g mąki pszennej

dodatkowo:
  • mąka do wałkowania
  • masło do smażenia

Kukurydzę z solą zmiksować blenderem na gładką masę. Przełożyć do szerokiej miski, wymieszać z mieloną i posiekaną, świeżą kolendrą. Partiami wsypywać przesianą mąkę, mieszając na początku łyżką, a potem zagniatając dłonią. Ciasto powinno być zwarte, trochę klejące.

Podzielić ciasto na 12 równych części, z każdej uformować kulkę. Rozwałkować każdą kulkę na jak najcieńszy placuszek - 10-15 cm średnicy. Ciasto podsypywać mąką, żeby się nie kleiło.

Placuszki smażyć na maśle, na dobrze rozgrzanej patelni, z obu stron, aż nabiorą złotego koloru z brązowymi plamkami.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

Teraz już zaczynam czekać na wiosnę. Ciekawe, kiedy się doczekam...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sposób na kasztany

Jak Wam mija początek nowego roku? Ja, choć z pracy dostałam całe trzy dni wolnego, niesamowicie jestem zabiegana. Wszystko przez to, że w miniony weekend mieliśmy przyjemność udać się na wesele najmłodszej siostry C., a mi zostało powierzone niezwykle odpowiedzialne zadanie przygotowania tortu na tą doniosłą okazję. Wierzcie lub nie, ale od tygodni o niczym innym nie myślałam, a gdy już zabrałam się do rzeczy, ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania i podekscytowania. Bardzo chciałam, żeby panna młoda była przynajmniej zadowolona, a i gościom zaimponować byłoby miło. Długie godziny na pieczeniu spodów, kręceniu musów i lepieniu różyczek z marcepanu zaowocowały łzami wzruszenia u głównej zainteresowanej i wieloma komplementami od gości. 
Jak nic, urosłam ze trzy centymetry. 

O torcie opowiem Wam bardziej szczegółowo, jak tylko dostanę zdjęcia. W ferworze i zamieszaniu zupełnie bowiem zapomniałam, żeby pstryknąć kilka fotek. Na szczęście pan fotograf wiedział, co do niego należy, i tortowi uwagi nie skąpił. Będą więc zdjęcia i przepis, choć nie jestem pewna, czy ten ostatni komuś się przyda... A już z pewnością nie w tych proporcjach.

Dzisiaj coś zdecydowanie prostszego i szybszego, choć może też nie do końca na czasie. Sezon na kasztany już bowiem minął, a ciężko krem kasztanowy bez owych przygotować. Na pocieszenie dla tych, którym ślinka pocieknie i nie będą mieli ochoty czekać do września napiszę, że już upieczone lub ugotowane i obrane kasztany można kupić od czasu do czasu na przykład w Lidlu. Śmiało z nich takie puree można przygotować.
Co później można z nim zrobić? Ja zamroziłam w małych porcjach, żeby później rozmrozić i przygotować na przykład creme brulee. Kasztanowy to prawdziwa uczta...

Krem z kasztanów


Składniki:
(na około 650 g kremu)

Kasztany włożyć do garnuszka, zalać wodą i mlekiem. Laskę wanilii rozciąć wzdłuż, wyskrobać ziarenka, włożyć i ziarenka, i laskę do garnuszka. Gotować na średniej mocy palnika bez przykrycia przez 40 minut, aż kasztany całkowicie zmiękną. Wyjąć laskę wanilii, zmiksować kasztany blenderem na gładki krem, w razie potrzeby dolewając więcej mleka.

Smacznego!

Przepisów widziałam kilkanaście; różnią się od siebie proporcjami i dodatkami smakowymi. Ja postawiłam na najprostszy, z dodatkiem wanilii, bez cukru. Już przy przygotowywaniu ciasta czy deseru dosładzam tak, żeby pasowało. 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Syrop żurawinowy z wanilią

Grudzień, choć piękny, ciepły i słoneczny, grudnia w zasadzie wcale nie przypominający, światło dawkuje nam bardzo skąpo. Cały dzień spędziłam na wyczekiwaniu odpowiedniego momentu na zdjęcia: żeby ostre światło schowało się już za framugami, dając tylko rozproszone promienie. Mimo wszystko kolory na zdjęciu są dziwne; wręcz niepokojące. Nie potrafię nad nimi zapanować. Cóż, nawet już nie próbuję; taki już urok grudnia...

Pisałam Wam już wcześniej, że zaopatrzyłam się w słuszne ilości świeżej żurawiny. Jest to jeden z moich ulubionych owoców: kwaśny, cierpkawy, nie do pomylenia z niczym innym. W dodatku intensywna czerwień tych niepozornych kuleczek nieodmiennie mnie zachwyca. Po obłędnym brownie, które podbiło serca współpracowników C. na tyle, że prośby o przepis posypały się jak z rękawa, przygotowałam syrop. Rzecz prosta i szybka, a sprawia, że zwykła herbata stanie się niesamowitym doznaniem. Kwaskowaty, intensywny, niezbyt słodki, po prostu idealny.

C., który herbatę pija zdecydowanie rzadziej niż ja, nawet teraz, w grudniu, syrop pije po prostu z wodą z lodem. Mówi, że tak smakuje najlepiej.

Syrop żurawinowy z wanilią


Składniki:
(na około 1 l syropu)
  • 500 g żurawiny
  • 1 l wody
  • 250 g cukru trzcinowego
  • 1 laska wanilii
Żurawinę przełożyć do garnka, zalać wodą. Gotować przez 15-20 minut, aż owoce popękają. Przetrzeć przez sitko.
Płyn przelać do garnka, dodać cukier, ziarnka wyskrobane z wanilii i strąk. Gotować na średniej mocy palnika przez 30 minut, aż syrop odpowiednio zgęstnieje. 
Wyjąć laskę wanilii.
Gorący syrop przelać do butelek, mocno zamknąć. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Do mojego syropu dodałam wanilii, żeby jego smak nieco wzbogacić, ale nie zdominować. Zamiast można dodać laskę cynamonu albo kilka kapsułek kardamonu. Ale w ogóle przygotować jego korzenną wersję.
Wybór pozostawiam Wam.

Ach! Zupełnie bym zapomniała!
Nie wyrzucajcie resztek żurawiny. Już niebawem pokażę Wam, jak przeistoczyć je w coś naprawdę pysznego...

środa, 23 listopada 2016

Brændte mandler, czyli duńskie smakołyki świąteczne

Odkąd mieszkam w Danii, miewam od czasu do czasu napady tęsknoty za Polską. Za Mamą i Tatą, za językiem, który rozumiem mimochodem, zupełnie się nad nim nie zastanawiając, i oczywiście za jedzeniem. Brakuje mi kiszonych ogórków i kapusty, twarogu, pierogów i gołąbków. Szczególnie jednak braki odczuwam w okresie przedświątecznym, bo wiem, że nie zjem karpia (no dobra, akurat karp nigdy nie był moim ulubieńcem; ale, o dziwo, skoro go mieć nie mogę, to właśnie na niego mam chrapkę), słonych śledzi czy uszek, że nie popiję tego wszystkiego barszczem i nie zagryzę drożdżowym makowcem mojej Babci. 
Oczywiście, co roku stawiam sobie nowe wyzwania: lepię pierogi, robię piernik staropolski (to już ostatni moment, żeby nastawić ciasto!) i gotuję zupy z buraków. Na szczęście Duńczycy nie są zupełnie bez serca, i przyszli mi z pomocą. Już pierwszego roku w grudniu odkryłam rzecz, która nie ma sobie równych. Jeśli nie przekonują Was wysokie zarobki, trzydziesto-siedmio godzinny tydzień pracy i fakt, że Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie, jest jeszcze inny powód, dla którego warto się tu przeprowadzić; albo chociaż spędzić czas od listopada aż do Wigilii. Jaki? 
Brændte mandler, czyli palone migdały. Cóż to takiego? Absolutna rozkosz na języku. Migdały obsmażone w karmelu.
Tak, tak, wiem; nie brzmi to zbyt imponująco. Tak właściwie to tylko trzy składniki: migdały, cukier i woda, i, jak się wczoraj okazało, zaledwie dziesięć minut roboty. Ale uwierzcie; czasem najprostsze znaczy najlepsze. Tak właśnie jest w tym wypadku.

Już od początku listopada na deptakach przechodniów kusi głęboki zapach karmelu. Pakowane w papierowe rożki migdały, ciągle jeszcze ciepłe, rozgrzewają nie tylko zmarznięte dłonie, ale też przytłoczone listopadową szarugą dusze. Słodkie, chrupiące; idealne.
Co roku wydaję na nie mały majątek, bo po prostu nie umiem się im oprzeć. Tym razem jednak stwierdziłam, że to przecież nie może być aż tak trudne, i zaczęłam szukać przepisu w internecie. Jest ich całe mnóstwo, różnią się nieznacząco proporcjami. Wybrałam ten ze strony Dan Sukker, bo wydawało mi się, że przez stosunkowo niewielki dodatek wody szybciej będą gotowe.

Przygotowanie zajęło mi dosłownie dziesięć minut; są to jednak minuty intensywne, bo na karmel cały czas trzeba mieć oko. Łatwo się przypala, a migdały dosłownie spalone wcale takie dobre nie są.
Oczywiście, wariacji jest mnóstwo: z kakao, cynamonem, pomarańczą... Ja zaczęłam od najprostszej, klasycznej wersji, jaką można kupić na ulicach. Moim zdaniem - jest po prostu najlepsza.

Skusicie się na taką świąteczną przekąskę? Gwarantuję, że zaskoczycie swoich gości.

Palone migdały


Składniki:
(na 1 słoik)

  • 250 g migdałów w skórkach
  • 250 g cukru
  • 75 ml wody
Cukier, wodę i migdały przełożyć na patelnię. Podgrzewać na największej mocy palnika, od czasu do czasu mieszając. Gdy cukier nabierze złoto-brązowej barwy, zmniejszyć płomień i podgrzewać nadal, cały czas mieszając, aż cukier oblepi migdały. 
Przełożyć migdały na papier do pieczenia. Gdy ostygną, rozdzielić.

Smacznego!

Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 26 września 2016

Dzień pełen przygód i otwarcie sezonu dyniowego. Dynia kandyzowana

Plany planami, a życie - swoje. Tak to już jakoś jest. Rzeczy, które przyjmujemy za pewnik, nagle się zmieniają, stawiając nas w nieoczekiwanych sytuacjach. Na przykład na poboczu ruchliwej drogi (ale nie w weekendy), po środku niczego

Zaczęło się od tego, że autko zaczęło mi się jakby krztusić, wypuszczając z rury wydechowej chmury gęstego, szarawego dymu, przy okazji tracąc moc. Czyli ja pedał gazu do podłogi, a ono więcej niż osiemdziesiąt kilometrów na godzinę jechać i tak nie chciało. Jakoś dotoczyłam się w piątek do domu, a w sobotę rano do pracy (po drodze zatrzymana przez panów policjantów, którym wyłożyłam sprawę bardzo szczegółowo moim łamanym duńskim; puścili mnie bez mandatu, surowo nakazując oddać auto do mechanika). Przez cały długi dzień, czyli dwanaście godzin pracy, modliłam się w duchu, żeby jakoś dowiozło mnie do domu. Gdy zapaliło bez problemów, w radosnym nastroju ruszyłam żwawo do domu. Nie ujechałam jednak daleko - po kilku kilometrach samochód zastrajkował; i to na dobre. Zniechęcona, zmęczona i z coraz gorszym nastawieniem do świata, zadzwoniłam do C., żądając pomocy. Najlepiej natychmiastowej. Oddzwonił po kilku minutach informując, że pomoc drogowa zjawi się... Za godzinę. 

Najpierw miałam ochotę kogoś udusić, ewentualnie zacząć rzucać czymś ciężkim w niewdzięczne auto, które ostatnio wypucowałam na wysoki połysk, tracąc na to pół dnia z i tak niedługiego urlopu. Później wzięłam trzy (no dobrze, może siedem) głębokie wdechy i powiedziałam sobie, że czas zaakceptować to, czego zmienić nie mogę. Wysiadłam więc z samochodu, usadowiłam się na barierce, wystawiłam twarz do słońca i oddałam się kontemplacji. Wyrwał mnie z niej już po dwudziestu minutach młody, uśmiechnięty od ucha do ucha człowiek, który stwierdziwszy, że naprawdę fantastyczne miejsce sobie na postój wybrałam (jakbym sama nie wiedziała), załadował auto na lawetę, mnie do swojego pojazdu, i ruszyliśmy w drogę. Okazało się jednak, że po drodze do domu czeka mnie przesiadka; przeładowano mój samochodzik razem ze mną, i tym razem zostałam odstawiona niemal pod drzwi. Po drodze od obu panów dowiedziałam się co nieco o ich pracy, zgodziliśmy się w kwestii starych samochodów (są cudowne, dopóki nie zaczną się psuć), rozdałam całe pieczywo, które miało umilić C. nadchodzący tydzień i już o godzinie siedemnastej trzydzieści byłam w domu. 
Tak zaczęłam mój weekend. O tym, jak go skończyłam, opowiem innym razem, bo to też długa historia...

Tymczasem jesień powoli się rozgaszcza. W ciągu dnia nadal raczy nas cudowną pogodą, która kusi do wyciągania z szafy ciągle jeszcze letnich sukienek (co robię bez zastanowienia, bo kto wie, kiedy to się skończy), wieczory jednak są coraz dłuższe i coraz chłodniejsze. Nic to! Swetry też przecież są super!
Najwyższy jednak czas zabrać się za jesienne smakołyki. Dynia to jedno z moich ukochanych warzyw; co roku rozprawiam się w kuchni z kilkoma egzemplarzami, kilka kolejnych C. przeistacza w halloweenowe lampiony. 

Ten sezon zaczniemy od dyni kandyzowanej. Tak naprawdę przygotowałam ją w zeszłym roku z myślą o pewnym cieście, ale... Została zjedzona jako nadzienie do naleśników. Jest boska!
Przepis znalazłam na blogu Every cake you bake, i wzięłam go w ciemno. Nie zawiodłam się! Banalnie prosta w przygotowaniu, wychodzi karmelowo-słodka i mięciutka. W dodatku wygląda naprawdę ślicznie! W tym roku mam zamiar przepis powtórzyć; prawdopodobnie w większej ilości, żeby jednak starczyło do ciasta...

Kandyzowana dynia


Składniki:
(na 2 małe słoiczki)
  • 350 g dyni (waga bez skóry i pestek)
  • 110 g cukru
  • 1 łyżka masła

Dynię pokroić w małą kosteczkę.
W garnku podgrzewać cukier, aż nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Dodać masło i dynię, gotować 3-5 minut, aż stanie się szklista. Gorącą przełożyć do słoiczków, zalać syropem, dobrze zamknąć.

Smacznego!

Tymczasem znów jestem w internacie, daleko od mojej kuchni... W głowie więc układam listy zakupów i wypieków na kolejny weekend. Oby udało mi się przygotować choć połowę!

czwartek, 8 września 2016

Czerwone korale! Suszone...?

Fakt, że jarzębina, z której jako dziecko namiętnie robiłam korale dla całej żeńskiej części Rodziny (i Dziadka też, a co!), jest jadalna, odkryłam z wielkim zaskoczeniem w zeszłym roku. Najpierw patrzyłam na nią nieufnie, potem przegryzłam najdorodniejszą kulkę, jaką udało mi się znaleźć - i skrzywiłam się z niesmakiem. Gorzka! Co robić...? 
Chęć spróbowania jest ogromna, rozsądek i wrodzona ostrożność mówią nie. Duch innowatorstwa jednak okazał się od rozsądku silniejszy, i najpierw przygotowałam dżem, potem z tego dżemu lody, a jarzębinę, która z tych eksperymentów została - ususzyłam. Nie jest to proces skomplikowany ani żmudny; najbardziej przerażający moment to ten, gdy do kuchni wnosi się pełną siatkę pomarańczowo-czerwonego dobrodziejstwa, a ona zaczyna się ruszać... I to gwałtownie! Wtedy należy wezwać na pomoc C., który upora się z żywym inwentarzem z miną, powiedzmy, pobłażliwą, i już można zabrać się do dzieła. Umyć, osuszyć, podgotować z syropie cukrowym, na blachę i do piekarnika. A jak już się ususzy - do słoiczków. Gotowe!
Taką jarzębinę można dodać do granoli (niedługo pokażę Wam mój sposób; podpowiem tylko, że doskonale zgrywa się z cynamonem), albo do... Ciastek. Brzmi ciekawie...? Ususzcie więc jarzębinę już teraz - mnóstwo jej w parkach i lasach. A ja mam to szczęście, że kilka drzewek rośnie przed domem, i tylko czekają, aż do nich sięgnę...

Przepis na suszoną jarzębinę znalazłam na blogu Magia w kuchni.

Suszona jarzębina


Składniki:
(na 2 małe słoiczki)
  • 400 g jarzębiny
  • 175 g cukru
  • 300 ml wody

Wodę z cukrem zagotować. Gdy cukier się rozpuści, dodać jarzębinę. Gotować przez 10-15 minut, aż owoce jarzębiny lekko się pomarszczą.
Odcedzić.

Owoce ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Owoców powinna być jedna warstwa.

Suszyć w 70 st. C. przez 5-6 godzin, od czasu do czasu mieszając.
Przechowywać w szczelnie zamkniętych słoiczkach.

Smacznego!

Pogoda dzisiaj zaskakująco przyjemna. Słonko świeci, jest przyjemnie ciepło, ale lekki wietrzyk nie pozwala się spocić. Późno letni ideał po prostu!
Duńczycy wyznają zasadę, że pogoda zależy od tego, kto ma danego dnia urodziny. Jeśli był grzeczny, pogoda będzie ładna, jeśli nie - wiadomo. Dzisiejsze słońce więc to bezsprzecznie moja zasługa!

piątek, 17 lipca 2015

Dla marzycieli. Syrop z kwiatów czarnego bzu

Na wczoraj ambitnie zaplanowałam sprzątanie mieszkania. Obiad uszykowałam dzień wcześniej na dwa dni, na deser - błyskawiczne ciasto, które nie wymagało nawet użycia miksera. Na drodze stanęła mi... Pogoda. Bo kiedy parno, duszono i naprawdę ciepło, ostatnia rzecz, na jaką się ma ochotę, to bieganie ze ścierką i odkurzaczem. Niezrażona jednak, poczekałam aż po południu się ochłodzi, i zabrałam się do działania. Efekt był taki, że dopiero co wypraną zasłonkę od prysznica wieszałam o godzinie dwudziestej drugiej... Po czym padłam na krzesło przed laptopem, znów pełna optymizmu i wiary w siebie, z zamiarem napisania posta na dziś (bo, uwaga, C. w końcu ma wolne, co oznacza ni mniej, ni więcej, że laptopa omijać będę szerokim łukiem). Niestety - zziajana, spocona nawet lekko, nijak nie mogłam się skupić. I choć podczas sprzątania układałam w myślach piękne zdania, odnajdywałam ciekawe historie i idealne wstępy, gdy przyszło co do czego, w głowie miałam jedynie pustkę...
Też tak macie? Że przypadkiem, podczas jazdy samochodem czy autobusem, na spacerze z psem lub choćby właśnie podczas sprzątania, wasza jaźń wręcz kipi pomysłami i doskonałymi zwrotami, oddającymi sedno sprawy, a gdy w końcu siadacie do pisania - cisza...?
Oczywiście, nie zawsze i nie wciąż, ale zdarzają mi się takie momenty. I wtedy część duszy odpowiedzialna za estetykę cierpi ogromnie, bo zamiast pięknych słów, muszę pisać o ich braku i sprzątaniu...

Przejdźmy więc już lepiej do sedna, którym dzisiaj jest syrop z kwiatów czarnego bzu. Wiąże się z nim zaskakująca mnie samą historia. Po pierwsze, ku mojej wielkiej radości, odnalazłam w parku kilka krzewów (drzew...?) czarnego bzu właśnie. Radość moja nie miała granic do momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że to już czwarty rok, gdy chadzam do tego parku niemal codziennie, a obok rzeczonych krzewów (drzew...?) przechodziłam niezliczoną ilość razy, również w porze kwitnienia. I jakoś do tej pory nie uderzyło mnie, że to właśnie on, mój wymarzony i wytęskniony, bez...
Po krótkiej chwili zastanowienia nad własną głupotą, czy, będąc nieco dla siebie milszą - ignorancją, zabrałam się za zbieranie kwiatostanów. Nie raz, i nie dwa - był już dżem, zrobiłam też drożdżówki z bzowym lukrem, mam jeszcze kilka innych pomysłów - oby bez nie przekwitł, zanim zdążę je wszystkie wcielić w życie! W każdym razie największa ich ilość wylądowała w misce z cukrem i wodą, zamieniając się w niezwykle aromatyczny, obłędnie intensywny i bajkowo wręcz pachnący - syrop. Zakochałam się w nim od razu, i za przepis Bei będę składać dozgonne dzięki.

Nie wiem, jak się u Was ma sprawa z bzem - jeśli tak jak u mnie, czyli ciągle kwitnie, nie zastanawiajcie się ani chwili - ten syrop to spełnienie najskrytszych kulinarnych marzeń...

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Składniki:
(na 1,3 l syropu)
  • 20-40 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • sok z 1 cytryny
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru
Kwiaty zebrać w słoneczny poranek. Ułożyć na białym papierze i zostawić na 1 godzinę, żeby pozbyć się robczków. Następnie odciąć łodyżki lub oddzielać kwiaty od łodyżek widelcem (jak porzeczki). Przesypać je do dużego słoja razem z pyłkiem, który opadł.
Wodę, cukier i sok z cytryny zagotować. Gdy cukier się rozpuści, gorącym płynem zalać kwiatki tak, żeby były całkowicie przykryte.
Odstawić na 2-4 dni pod przykryciem, raz dziennie mieszając.

Po tym czasie syrop przecedzić, a następnie przefiltorwać, na przykład przez filtr do kawy.
Zagotować, przelać do słoiczków lub butelek, dokładnie zakręcić. Ewentualnie zapasteryzować.
Otwarty przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Co zaskoczyło mnie mocno, C. był wniebowzięty moim pomysłem przygotowania syropu. Okazało się bowiem, że po wymieszaniu z wodą gazowaną smakuje dokładnie jak lemoniada, którą raczył się lata temu u szkolnego kolegi, a którą przygotowywała tegoż kolegi babcia. W jednej z moich duńskich gazet, już po fakcie (czyli gdy butelki stały równiutko, dokładnie zakręcone), znalazłam bardzo podobny przepis, z nieco tylko zmienionymi proporcjami. Tym samym dorzucam kolejny wpis do akcji Mopsika Skandynawskie lato 2015. Bo skoro przywołuje wspomnienia z dzieciństwa u Duńczyka, to bardziej duński już nie może być...

Skandynawskie lato 2015

czwartek, 4 czerwca 2015

Suszony rabarbar, czyli genialna prostota

Jeśli ktoś jeszcze jakimś cudem nie zauważył, oświadczam - kocham rabarbar. Dla mnie to po prostu ideał - po pierwsze, tradycyjnie dodajemy go do ciast i kompotów, a okazuje się, że jest warzywem. Samo to jest wystarczająco intrygujące, żeby sięgnąć po zielono-różowe łodygi na straganie. Jest piękny i dostojny, i kwaśny jak diabli. Zdecydowanie ma charakter. Nadaje się nie tylko do klasycznych połączeń, które znamy z dzieciństwa, jak na przykład najlepsza na świecie drożdżówka z rabarbarem i kruszonką, która Babcia częstowała, gdy wpadaliśmy zziajani do kuchni, opowiadając o najnowszym, wielkim odkryciu. Można go dodawać do dań wytrawnych, serwować w nieoczywistych kombinacjach, a nawet... Ususzyć! I wcale nie potrzeba do tego specjalnych, drogich urządzeń, choć podobno suszarka do grzybów/warzyw ułatwia sprawę. Ja takich cudów w mojej malutkiej kuchni nie mam, użyłam więc piekarnika, i efekt mnie absolutnie zachwycił. Zresztą, gdy tylko zobaczyłam suszony rabarbar na blogu Chilli bite wiedziałam, że to będzie to. Ususzyłam zaledwie kilogram, i już żałuję, bo znika podjadany w naprawdę szybkim tempie. Obłędnie kwaśny idealnie pasuje do słodkiej granoli (będzie przepis), można nim udekorować letnie ciasta, albo może dodać do mięsa...? Takie połączenie z pewnością zaskoczy gości.

Czas suszenia może nieco przerażać, ale po prostu włączamy piekarnik i zostawiamy całość samej sobie. Od czasu do czasu trzeba zamienić blachy miejscami i przemieszać rabarbar, ale to zajmuje raptem parę minut. A później można się oddać lekturze i wdychać ten niebiański zapach... 
Chyba czas zabrać się za suszenie kolejnej porcji!

Suszony rabarbar

Składniki:
(na 1 l słoik)
  • 1 kg rabarbaru

Rabarbar umyć, osuszyć. Pokroić na kawałki długości 5 cm, następnie wzdłuż na cieniutkie paseczki. Rozłożyć na dwóch blachach z piekarnika.

Suszyć w 70 st. C. przez około 4 godziny, co jakiś czas mieszając i zamieniając blachy miejscami.

Gotowy rabarbar powinien być bardzo suchy.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Ja tymczasem zabieram się za bezy, bo niedługo zamrażarka w nich utonie...

poniedziałek, 6 października 2014

Syrop z dyni do październikowej kawy

Październik nas rozpieszcza. Niemal nie pada, a jeśli już, to w nocy, gdy słuchanie kropli równomiernie uderzających o szyby sprawia, że lepiej mi się zasypia. Dni są ciepłe, słoneczne. W piątek świat powleczony był mgłą, co jednak też miało swój urok. Park, nieco bardziej tajemniczy niż zazwyczaj, liście szeleszczące pod stopami, cisza, przerywana tylko szumem wiatru. W sobotę znów wyszło słońce. Ptysia z zachwytem biega po trawnikach obsypanych złotymi i czerwonymi liśćmi, a ja podążam za nią z uśmiechem. Chodzimy po naszym małym parku w kółko, i wcale nam się nie nudzi. Tylko żałuję troszkę, że w tym roku nici z październikowych jeżyn... Na krzaczkach nie zostało już nic. Pocieszam się gruszkami, jabłkami i dynią, które sprawiają, że moja kuchnia pachnie cudownie! Odrobina cynamonu, kardamonu i imbiru, trochę wanilii i skórki otartej z cytryny, i już nie chce mi się nigdzie wychodzić. Cała zanurzam się w tym oszałamiającym aromacie przypraw jesienno-zimowych, którym nie potrafię się oprzeć. Niedługo przyjdzie czas na przyprawę do piernika...

Póki co jednak - dynia. Królowa jesieni. W intensywnych odcieniach pomarańczu, stonowanej zieleni, delikatnym, jakby morelowym kolorze, lub niemal czarna. Każda zachwycająca na swój sposób. Te maleńkie stanowią wspaniałą ozdobę, dorodne smakują wyśmienicie. Uwielbiam dynie, nie wyobrażam już sobie mojej kuchni bez porządnej porcji dyniowego musu, który zmienia się w najróżniejsze pyszności.
W tym roku mam plan; mam nadzieję, że wszystko się uda i starczy mi czasu na realizację przepisów, które sobie upatrzyłam.
Dzisiaj mam dla Was syrop dyniowy, w którym, gwarantuję, zakochacie się bez pamięci.

Rok temu zaprzyjaźniłam się z kawą dyniową. Pachnie fenomenalnie, smakuje jeszcze lepiej. Taka kawa-deser, z górą bitej śmietany. Delikatna dyniowa nuta, mnóstwo rozgrzewających przypraw. Idealna po długim spacerze, gdy za oknem ciemno i zimno.
Problem jednak był z nią prosty - każdorazowe przygotowanie całości zabierało mi za dużo czasu; nie zawsze też miałam odrobinę musu z dyni w lodówce. Gdy więc znalazłam przepis na dyniowy syrop u Madlene, nie wahałam się ani chwili. Pachnie bajecznie, a już jego odrobina wystarcza, aby kawa nabrała cudownego aromatu. Nieco pokombinowałam z proporcjami i przyprawami; tak, żeby smak był idealnie dopasowany do moich oczekiwań. Dlatego też mój syrop jest bardzo intensywny w smaku; jeśli lubicie bardzo słodką kawę, możliwe, że trzeba będzie dodać nieco cukru. Dla mnie 2 łyżeczki syropu są optymalne - kawa jest aromatyczna, lekko słodka, ze spienionym mlekiem smakuje wyśmienicie. 

Syrop korzenno-dyniowy

Składniki:
(na 320 ml syropu)
  • 200 ml wody
  • 170 g cukru
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 90 g musu z dyni

Wodę zagotować z cukrem, aż do rozpuszczenia cukru. Dodać przyprawy i mus z dyni, gotować jeszcze przez około 10 minut, aż syrop wyraźnie zgęstnieje.
Przelać przez sitko, ostudzić.
Przechowywać w szczelnie zamkniętej butelce lub słoiku w lodówce.

Smacznego!

A teraz idę się uczyć. Trzymajcie kciuki.

sobota, 22 lutego 2014

Happy birthday to You...

Moja Siostro kochana!
Moja malutka Siostrzyczka (raptem dziesięć centymetrów wyższa ode mnie, a w obcasach to już w ogóle z góry na mnie zerka) ma dzisiaj urodziny. I choć tak daleko jestem, to pamiętam. I upiekłabym Ci najśliczniejszy tort, jaki byś sobie wymyśliła, ale kto by go potem zjadł... Więc z najlepszymi życzeniami mam w prezencie coś, co każdy może sobie zrobić, niekoniecznie na urodziny, ale tak po prostu, z czystej ochoty na coś pysznie chrupiącego... A że Młoda jest na wiecznej diecie, odkąd skończyła szesnaście lat, to takie chrupaczki będą dla niej idealne.

Takie chipsy jabłkowe zazwyczaj kupowałam sobie w sklepie. Niezbyt często, bo są dość drogie - a tylko te ekologiczne, bez dodatku cukru mnie interesowały. Aż w końcu odkryłam, że zrobienie ich w domu jest banalnie proste, choć niezbyt szybkie. Muszą się bowiem suszyć w piekarniku przez kilka godzin. Nie szkodzi - efekt jest boski! Są chrupkie, jabłkowe - oczywiście, moje w dodatku lekko cynamonowo-kardamonowe. Ale można dać, co się tylko chce - z wanilią też są pyszne...
Po pierwszym razie robię je dość często, bo są pyszne, i zdrowe. I ciągle przymierzam się do innych - marchewkowych, buraczanych - ale jabłkowe są tak dobre, że zawsze wygrywają...

Chipsy jabłkowe

Składniki:
(na 2 blachy z piekarnika)
  • 4 duże jabłka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka kardamonu

Jabłka umyć, wytrzeć do sucha i pokroić w jak najcieńsze plastry. Ułożyć plastry ciasno jeden obok drugiego na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Skropić sokiem z cytryny, posypać przyprawami.

Suszyć w 80 st. C. przez 3-4 godziny.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

Młoda pewnie już teraz szykuje się na wieczorne wyjście, a ja idę oddać się weekendowym przyjemnościom... Książko, nadchodzę!

czwartek, 21 listopada 2013

Zapach piernika w butelce

Madame Edith ma czarującego bloga. Lubię na niego zaglądać dla apetycznych zdjęć i smakowitych przepisów (a może odwrotnie...?), dla recenzji restauracji, które skrzętnie notuję na wypadek wizyty w stolicy. Przeglądając jej wpisy niemal czuję zapach unoszący się z ekranu delikatną smużką... A jeśli go nie ma, to tym bardziej ją podziwiam.
Ostatnio oczarowała mnie piernikowym syropem - wiedziałam, że go zrobię. Nie czekałam nawet zbyt długo. 

Za radą Ani dokonałam jednej zmiany - zamiast cynamonu i imbiru dodałam trzy łyżeczki domowej przyprawy do piernika. Efekt zwalił mnie z nóg - syrop jest oczywiście okrutnie wręcz słodki, ale przy tym niesamowicie aromatyczny. Jedna czy dwie łyżeczki sprawią, że kawa czy herbata staną się zupełnie wyjątkowe. Wychodzi go niewiele - zawartość słoiczka znika błyskawicznie. 

I chyba Świętami pachnie coraz bardziej...

Syrop pierniczkowy

Składniki:
(na ok. 300 ml syropu)
Wodę, cukier i przyprawę do piernika zagotować. Gotować na średnim ogniu (uwaga: mocno się pieni) przez 10-15 minut, aż syrop odparuje i zgęstnieje. Zdjąć z palnika, dodać ekstrakt, wymieszać, ostudzić.
Syrop przelać do butelki lub słoika.

Przechowywać w lodówce do 2 miesięcy.

Smacznego!

Obudziłam się dzisiaj chwilę po dziewiątej. Wyjrzałam przez okno, i zobaczyłam cieniutką warstwę bieli otulającą niema wszystko - chodniki, trawniki, dachy, nieliczne liście niezerwane przez jesienne wiatry.
I choć w tej chwili po tej bieli nie został nawet ślad, liczę na to, że jutro zobaczę jej nieco grubszą warstwę. Znudziły mi się już jesienne szarości...

środa, 20 listopada 2013

Przedzapach świąteczny - domowa przyprawa do piernika

Zarzekałam się, że poczekam na pierwszy śnieg z przygotowaniami do Świąt. Przeglądając jednak zaprzyjaźnione blogi, nie potrafiłam oprzeć się tej przedświątecznej aurze - oczywiście ciasto na piernik staropolski, ale też szybkie pierniki i pierniczki, lub delikatny tylko powiew - muffinki o zapachu piernika, cynamonowe drożdżówki, pełne aromatu napoje. I oczywiście domowa przyprawa do piernika - każdy szanujący się bloger ma taką u siebie. Mieszanki są najróżniejsze - z wanilią, ze skórkami cytrusowymi, z dodatkiem lub bez anyżu, kardamonu czy kopru włoskiego... Czytając te wpisy jeden za drugim, zdecydowałam się przygotować swoją własną przyprawę - z tym, co lubię, z tym, co chcę w niej mieć. Świadomie zrezygnowałam z cytrynowych skórek i anyżu. Dałam sporo kardamonu, bo go uwielbiam; trochę pieprzu, żeby było ostro. Dałam też wanilię, żeby całość nieco złagodzić.

Mieszanka wyszła obłędnie aromatyczna - w czasie ucierania jej w moździerzu kichałam raz po raz. Można użyć już zmielonych przypraw, albo zmielić czy utrzeć je samemu. Nie ma to większego znaczenia - przechowywane w szczelnych pojemniczkach przyprawy w proszku mają bardzo silny zapach i smak. W odróżnieniu od kupnej przyprawy, tu nie ma mąki ani kakao, które stanowią wypełniacz dla tych ze sklepu. Taka przyprawa jest więc zdecydowanie mocniejsza, dawkujcie ją więc z głową.

Domowa przyprawa do piernika


Składniki:
(na 80 g przyprawy)
  • 25 g cynamonu
  • 15 g kardamonu
  • 10 g mielonego imbiru
  • 5 g czarnego pieprzu
  • 5 g goździków
  • 5 g gałki muszkatołowej
  • 5 g ziaren kolendry
  • 5 g ziarenek wanilii
  • 3 g ziela angielskiego
  • 2 g kopru włoskiego
Przyprawy utłuc w moździerzu bądź zmielić w młynku do kawy na pył. Dokładnie wymieszać, przesiać przez sitko. Przesypać do szczelnego słoiczka.

Smacznego!

Pierniczki będą dopiero w grudniu. Ale teraz podam przepisy na niesamowicie aromatyczne cuda, które godnie wprowadzą nas w przedświąteczny nastrój.

wtorek, 7 maja 2013

Wyjątkowe pomarańcze

O cieście Erica już Wam pisałam. W programie dekorował je kandyzowanymi plastrami cytryny, jednak wyciągnął je już gotowe z lodówki. Bardzo mi się spodobały, i też chciałam sobie takie zrobić. Nie byłam jednak pewna, jak... 
Kiedy w wyszukiwarkę wpisałam kandyzowane plastry cytryny, wyskoczyły mi... Tylko pomarańcze! Byłam tym nieco zaskoczona, ale stwierdziłam, że niedaleko pada cytryna od pomarańczy, i skoro sposób działa z jednymi cytrusami, to z innymi też da radę. Nie myliłam się. Problemem jednak okazał się nie do końca opracowany timing... Gotowałam je godzinę, i nic specjalnego się nie działo. Stwierdziłam więc, że spokojnie zdążę wziąć szybki prysznic. Hmpf... Nigdy, ale to nigdy nie kąpcie się, kiedy akurat kandyzujecie pomarańcze, a w sumie to cokolwiek. Jak wyszłam spod prysznica, całość była już dość mocno skarmelizowna. Heh... Smakowały dobrze i tak, ale to jednak nie było to...

Kiedy więc przyśniło mi się ciasto C., miało na wierzchu kandyzowane plasterki pomarańczy. Tym razem stałam nad nimi cały czas, i opłaciło się - wyszły idealne! Intensywny, niemal wibrujący kolor sprawił, że zakochałam się w nich od razu i momentalnie stały się moim ukochanym dodatkiem. Są takie śliczne, że aż szkoda je jeść...
Tak sobie myślę, że można do syropu dodać na przykład goździki, i uzyskać dodatkowy ciekawy smak i aromat. A może jeszcze coś innego... Macie jakieś pomysły?

Przepis znalazłam u Majany.

Kandyzowane plastry pomarańczy


Składniki:
(na 1 słoiczek)
  • 2 pomarańcze
  • 380 ml wody
  • 220 g cukru

Pomarańcze wyszorować, usunąć pestki, pokroić na plasterki grubośći 5 mm.
Wodę zagotować z cukrem. Kiedy cukier całkowicie się rozpuści, włożyć do garnka plasterki pomarańczy. Gotować na średnim ogniu 1-1,5 godziny, od czasu do czasu obracając plastry. Będą gotowe, kiedy staną się szkliste, a syrop mocno zgęstnieje.

Wyłożyć plasterki na papier do pieczenia, zostawić na noc do wysuszenia. Przechowywać szczelnie zamknięte w słoiku w lodówce.
Syrop zachować, przechowywać w lodówce w zamkniętej butelce.

Smacznego!

Nadal nie mogę piec (C. ma wolne i mnie pilnuje), ale mam jeszcze parę pyszności w zapasie, więc będę się nimi z Wami dzielić.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Słodka plastelina

Kilka dni cichutko było na blogu. Wszystko dlatego, że mieliśmy krótki urlop, który spędziliśmy w Polsce. Nie miałam w ogóle czasu żeby tutaj zaglądać - kiedy ma się tylko kilka dni, trzeba je wykorzystać na rzeczy, których kiedy indziej zrobić się nie da. Byłam więc z Ptysią u fryzjera - teraz jest śliczna, piękna i dużo mniej brudząca; zrobiłam zakupy z moją Siostrą, byliśmy w kinie, zorganizowaliśmy urodzinową imprezę dla Młodej, zjedliśmy z C. rocznicową kolację (w bardzo przyjemnym miejscu swoją drogą, o czym napiszę w jednym z kolejnych postów kilka słów więcej), nie daliśmy rady się wyspać, i wróciliśmy do Danii bardzo szczęśliwi, pełni wrażeń, choć niekoniecznie wypoczęci. Już się nie mogę doczekać kolejnych wakacji - tym razem nieco dłuższych, spokojniejszych.

Jeszcze przed wyjazdem przygotowałam masę plastyczną. Była niezwykle istotnym elementem pewnego projektu, który był ogromnym wyzwaniem i który sprawił, że duszę miałam na ramieniu, a serce w gardle. Ale o tym już jutro. Póki co - moje pierwsze podejście do masy cukrowej. Hmm... W zasadzie kiedyś już miałam z nią do czynienia, ale była to masa gotowa, kupiona w sklepie, nieco twardsza i jednak troszkę inna w obróbce niż domowa. Wydaje mi się, że tamta była sztywniejsza - ale może to moja wina, bo dałam za mało cukru...? Nie jestem pewna.

Przepis znalazłam u Rynn. Skorzystałam akurat z tego, gdyż był opatrzony bardzo długim i szczegółowym wstępem, który bardzo mi się przydał. Serdecznie polecam lekturę tego posta, jeśli też po raz pierwszy przymierzacie się do zrobienia masy plastycznej.
Moje obserwacje? Hmm... Po pierwsze - przygotowanie masy trochę trwa, a na ozdabianie trzeba zarezerwować sobie naprawdę sporo czasu. Trzeba wykazać się cierpliwością, i dobrze jest mieć spory zapas cukru pudru - może być tak, że 600 gram nie wystarczy, masa ciągle będzie lepka - wtedy stopniowo dosypujemy więcej. Masa powinna być plastyczna, bez problemu dawać się formować, jednak przy wałkowaniu sporo trzeba cukrem pudrem podsypywać. Później nadmiar wystarczy zdmuchnąć lub otrzepać pędzelkiem. Poszczególne części przyklejamy do siebie za pomocą odrobiny zimnej wody. Barwniki - najlepiej w proszku lub żelu. Ja miałam czerwony w płynie, i efekt był bladoróżowy. Pasował mi, choć wolałabym intensywniejszy kolor - następnym razem z pewnością wykorzystam co innego. 
Ciasto pod masę musi być idealnie gładkie - moje nie było, i w efekcie widać było każdy najdrobniejszy mankament. Może to też być wina tego, że zbyt cienko rozwałkowałam masę. Nie chciałam jednak, żeby jej warstwa była zbyt gruba - jest bowiem przeraźliwie słodka, i - nie oszukujmy się - specjalnie smaczna nie jest z pewnością. Wygląda jednak sympatycznie, a jeśli się ma talent i pewne doświadczenie - całość może być imponująca. Dobrze się przechowuje i przewozi - zastyga, jest sztywna i chroni ciasto przed uszkodzeniem. Ogólnie jest to niezły sposób na ozdobienie ciasta - co kto lubi oczywiście.

Jeszcze raz polecam wpis Rynn - tam o masie jest wszystko, po lekturze przygotowanie i ozdabianie pójdzie gładko. A teraz przepis.

Masa plastyczna


Składniki:
(na 700 g masy)
  • 600 g cukru pudru
  • 65 g glukozy w proszku
  • 45 ml zimnej wody
  • 4 listki żelatyny
  • 1,5 łyżeczki masła
  • 1/4 łyżeczki ekstraktu migdałowego

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie w małym garnuszku. Po pięciu minutach wstawić na mały palnik i podgrzewać, aż do rozpuszczenia. Wsypać glukozę, podgrzewać (ale nie gotować) aż się rozpuści. Dodać masło, wymieszać. Zdjąć z ognia, wlać ekstrakt, połączyć.
Przełożyć masę do dużej miski, partiami dodawać cukier puder. Ucierać najpierw łyżką, później zagniatać dłońmi aż do uzyskania plastycznej masy.

Z masy lepić dowolne ozdoby lub wałkować i wycinać kształty. Masę, której się akurat nie używa, należy przechowywać szczelnie zawiniętą w folię.

Z Polski przyjechały ze mną nowe książki (jej!) i moje cudne nagrody - książka o czekoladzie i urocza filiżanka. Teraz, kiedy już się wyspałam i jako tako ogarnęłam powycieczkowy bałagan, mam zamiar usiąść z kubkiem gorącej herbaty i oddać się lekturze. Mmm, idealny ostatni dzień urlopu.