Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matcha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matcha. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 stycznia 2018

Pogodowe zamieszanie i wiosenno-zimowy pudding chia

Że w macu jest jak w garncu, przekonałam się już dawno. Ale żeby już w styczniu pogoda serwowała nam danie wprost z kociołka, i to nie tylko na obiad, ale też na śniadanie, kolację i deser...? Muszę przyznać, że taki stan rzeczy nieco mnie rozstraja.
Gdy wstaję rano, chwilę przed ósmą, ciągle jest szaro, ponuro i nieprzyjemnie. Na śniadanie więc podgrzewam pasztet i smażę na chrupko kilka plastrów boczku - nic innego nie wchodzi w grę. No, może jeszcze jajka na miękko... Ale to byłaby rozpusta, na którą nie mamy czasu.
Po kilku godzinach świat się rozjaśnia; słońce ukazuje swe promienne oblicze, a ja, radosna niczym skowronek w pierwszy dzień wiosny, zapinam psy i zabieram je na dłuższy spacer. Co - rzecz jasna - okazuje się nie najlepszym z moich pomysłów; do domu wracamy bowiem w śnieżycy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie, białe płatki sprawiły, że świat otuliła nienaturalna wręcz cisza; wszystko powoli spowija biały puch sprawiając, że świat wydaje się na wpół martwy, a jednocześnie ani trochę na wpół żywy. Gdy już zza szyby obserwuję ten dziwny, niemalże zimowy świat, dociera do mnie, że to przecież styczeń, i śnieg zupełnie nie powinien mnie dziwić.
A jednak dziwi...

Po powrocie do pracy i codziennej rutyny, wróciłam też do dobrego zwyczaju przygotowywania sobie na śniadanie puddingów chia. Są szybkie, łatwe, a kombinacje smakowe - nieskończone. Tym razem sięgnęłam po orzeźwiającą miętę i kojącą czekoladę - idealne połączenie na poranek, który nastąpi dopiero kilka godzin po przebudzeniu.
Jeśli lubicie after eight, te słynne czekoladki, to coś zdecydowanie dla Was. Ja za nimi średnio przepadam, a i tak ta wersja puddingu mnie urzekła. Jednocześnie pobudza do życia i sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Połączenie mięty i czekolady w idealnych proporcjach.
Przede mną pracujący weekend, więc taka porcja energii z rana przyda mi się z pewnością.

Czekoladowo-miętowy pudding chia


Składniki:
(na 3-4 porcje)
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • 400 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka herbaty matcha
  • 1/2 łyżeczka chlorelli
  • 1 łyżeczka ekstraktu z mięty

dodatkowo:
  • listki mięty

Mleko wymieszać z mleczkiem kokosowym, rozdzielić na pół. Do jednej części dodać 1,5 łyżki nasion chia i kakao, dobrze wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki. Do drugiej części dodać matchę, chlorellę i ekstrakt, również wymieszać.
Schłodzić przez noc w lodówce.

Obie masy wlewać równocześnie do miseczki, udekorować listkiem mięty.

Smacznego!

Ciekawa jestem, kto pomyśli o odśnieżeniu dróg o wpół do drugiej nad ranem...

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Bez twarzy. I chrupiące semifreddo z matcha

Jeszcze nie tak dawno temu - w końcu doskonale pamiętam te czasy - nie było internetu. Hmm... Młodsi Czytelnicy z przerażeniem złapią się za głowy - jak to w ogóle możliwe? A gdy dodam, że lat mam ciągle mniej niż trzydzieści, z pewnością pomyślą, że zmyślam niczym najlepszy bajkopisarz.
Niemniej, wydaje mi się, życie było wtedy nieco prostsze. A może po prostu bardziej bezpośrednie? Nie można się było ukryć za kilometrami kabli i anonimowo deptać ludzi. Potrzeba było na to wystarczającej ilości odwagi cywilnej (lub głupoty); nie obyło się bez stanięcia twarzą w twarz. Owszem, można było wysłać list, ale przecież wtedy nikt by się, poza adresatem, o tym nie dowiedział. A co to za frajda zmieszać kogoś z błotem, gdy nikt nie widzi...?

Ktoś - anonim - zostawił nieprzyjemny komentarz na blogu. Jego treść pominę dla dobra ludzkości i czystości języka; sam w sobie mimo wszystko mną nie wstrząsnął. Przecież takie rzeczy zdarzają się ciągle! Spędziłam jednak trochę czasu przed snem, rozmyślając nad tym, jak bardzo ludzie czują się bezkarni w wirtualnym świecie, w którym spędzamy przecież mnóstwo czasu. Wystarczy usunąć podpis i można pisać, co się tylko chce. Bez konsekwencji. 
Ale czy na pewno...?

Mam wrażenie, że każdy powinien sobie zdawać sprawę z faktu, że anonimowość, nawet w sieci, nie istnieje. Są ścieżki, po których można wytropić każdego. Szczególnie zadufanego w sobie osobnika, który czuje się bezkarnie, siedząc przed komputerem w ciemnym pokoju, i który zdaje się nie pamiętać, że nie jest jedynym, który potrafi ten komputer obsługiwać.
Drogi Anonimie - co byś zrobił, gdybym zapukała do Twoich drzwi...? Tych zupełnie rzeczywistych, które zamykasz na klucz, aby odgrodzić się od świata...? Nadal byłbyś taki odważny i powiedział mi to samo prosto w twarz?

Zastanów się nad tym dobrze, zanim wypiszesz kolejne bzdury. Nikt nie jest bezkarny, nawet w internecie.

A teraz, na osłodę, lody. Czy może być coś lepszego w ciepły, czerwcowy dzień...?
U mnie co prawda od dzisiaj znów deszczowo, ale jeszcze niedawno słońce wyciskało ze mnie w pracy siódme poty. Na szczęście, w zamrażarce czekało na mnie bajeczne, zielone semifreddo.
Z racji przeprowadzki sorbetiera już dawno zmieniła adres; ja jednak się nie poddałam, i sięgnęłam po sprawdzony sposób. Ubite żółtka, białka i kremówka sprawiają, że semifreddo jest lekkie, puszyste i delikatne. To dodatkowo jest chrupiące za sprawą kruszonki z czarnego sezamu i orzeźwiające poprzez smak i aromat zielonej herbaty. Oryginalne i nietuzinkowe, z pewnością Was zaskoczy.

Przepis z bloga Spoontang kitchen.

Semifreddo z matcha i czarnym sezamem


Składniki:
(na keksówkę 28x11 cm)
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 jajka
  • 150 g cukru
  • 200 ml wody
  • 1 łyżka herbaty matcha

dodatkowo:
  • 60 g czarnego sezamu w całości
  • 60 g zmielonego czarnego sezamu
  • 1,5 łyżki ciemnego cukru muscovado
  • 25 g masła

Oba rodzaje sezamu wymieszać z cukrem. Masło rozpuścić, dodać do sezamu, wymieszać.
Odstawić.

Formę wyłożyć folią spożywczą tak, aby wystawała ponad brzegi.

Matchę rozpuścić w 1,5 łyżce wody.
Pozostałą wodę zagotować z cukrem. W tym czasie zacząć ubijać białka. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C.. powoli wlać go do biiałek, ubijając na najniższych obrotach miksera. Zwiększyć obroty i ubijać jeszcze 5 minut, aż beza ostygnie.
Żółtka ubić na puszystą, jasną masę. Dodać matchę, połączyć. Dodać do bezy, wymieszać.
Kremówkę ubić na pół sztywno. dodać do masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką.

Na dno formy wysypać 1/3 sezamu, wyłożyć połowę lodów. Posypać połową pozostałego sezamu, wyłożyć resztę lodów i resztę sezamu. 
Wystającą folią przykryć spód. 
Wstawić do zamrażalnika na minimum 4-5 godzin.

Podawać pokrojone w plastry.

Smacznego!

C. nie do końca był do smaku tych lodów przekonany; za masło letni - stwierdził.
Ostateczną ocenę jednak pozostawiam Wam.

sobota, 23 kwietnia 2016

Pożegnania. I zielona, wiosenna granola. Z jagodami

W czwartek pojechałam na kawę do Karoliny. Naszą ostatnią, babską, duńską kawę. 
W poniedziałek bowiem cały klan wyrusza w podróż powrotną do Polski. Do rodziny; do domu. To prawie jak pierwszy wyjazd za granicę: wielka niewiadoma. Mnóstwo pytań, niepewności o jutro. Ale chcą, a ja życzę im jak najlepiej.

Po ponad dziesięciu godzinach pracy już od progu oświadczyłam, że ja tylko na chwilkę. Siedziałyśmy trzy godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Później kolejne sześćdziesiąt minut stałyśmy w przedpokoju. Karola ściskała moją foremkę (którą zresztą od nie j dostałam), nie kwapiąc się jej oddać; a ja jakoś nie miała ochoty wyciągnąć po nią ręki.
W końcu nastąpiło przekazanie kluczowego dla sprawy obiektu, po czym przestąpiłam próg i dyskutowałyśmy zawzięcie jakieś pół godziny. 
Trzymałyśmy się dzielnie. Tylko dlatego, że w niedzielę muszę wpaść po farby i pędzle, które mąż Karoliny przywiezie dla mnie z Polski. Uściski i łzy zostawiłyśmy więc sobie na weekend, choć muszę przyznać, że obu nam już kąciki ust lekko drżały.

Jak słusznie zauważył C., Karolina przecież nie umiera. Ale nic nie poradzę na to, że naprawdę nie lubię pożegnań. 
I już tęsknię za naszymi kawkami...

Na osłodę - optymistyczna, zieloniutka granola. C. stwierdził, że to najlepsza, jaką przygotowałam, ale do końca mu nie ufam (za często to powtarza). Jednak ciężko się nie zgodzić: odpowiednio słodka, cudownie chrupiąca, pełna smaku jagód i zielonej herbaty. Do tego kawałeczki kasztanów, które nadają jej zupełnie wyjątkowego charakteru. Kolor też nie jest bez znaczenia; cudowny ocień zieleni wywołuje uśmiechy na twarzach konsumentów.

Inspirację zaczerpnęłam z dwóch blogów: She who eats oraz 40 aprons. Trochę pozmieniałam, dopasowałam do swojego smaku i zawartości szafek. Choć muszę przyznać, że czekolada matcha owładnęła moje myśli. Tylko gdzie ją zdobyć...?
A może zrobię sama...?

Granola z matcha, kasztanami i suszonymi jagodami


Składniki:
(na 2 l)
  • 200 g drobnych płatków owsianych
  • 100 g grubych płatków owsianych
  • 100 g płatków jaglanych
  • 40 g sezamu
  • 2 łyżki chia
  • 75 g orzechów włoskich
  • 150 g kandyzowanych kasztanów
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 1 łyżka zielonej herbaty matcha
  • 200 g suszonych jagód
Orzechy i kasztany grubo posiekać, wymieszać z płatkami.
Olej rozpuścić, dodać syrop klonowy, ekstrakt i herbatę, połączyć. Wlać mokre składniki do suchych, dokłądnie wymieszać.
Mieszankę wysypać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, rozprowadzić równomiernie.

Piec w 160 st. C. przez 25-30 minut, 2-3 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Blachę wyjąć z piekarnika, dodać jagody, wymieszać, ostudzić.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!


Słońce znów oszukuje. Świeci jak szalone, ale ciepła nie daje.
Nie podoba mi się to... Zupełnie.

piątek, 1 kwietnia 2016

Przesyt. I zielone ciasto z czerwonymi pomarańczami

Cudownie jest mieć hobby. Z czasem bywa, że zmieni się ono w prawdziwą pasję, której będziemy poświęcać każdą wolną chwilę. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli uda się nam być naprawdę dobrym w tym, co kochamy i jakimś cudem uczynimy z tego źródło naszego zarobku, nie przepracujemy ani jednego dnia. Kusząca perspektywa, nieprawdaż...? 
I choć nie dokładnie to było moją motywacją, właśnie taki cel postanowiłam osiągnąć. Robić w życiu to, co kocham. Czyli po prostu uszczęśliwiać ludzi ciastami. Czy może być coś przyjemniejszego...?

Okazuje się jednak, że stare powiedzenie, którego nie raz używała Babcia w stosunku do zjadanej przeze mnie ilości pączków, że co za dużo, to niezdrowo, i tutaj ma zastosowanie. Spędzając przynajmniej osiem godzin dziennie na przygotowywaniu słodyczy, tracę zapał do stania przy piekarniku w domu. Od kilku tygodni, skrzętnie to ukrywając, wróciłam do zaskakująco relaksującej aktywności z dzieciństwa: wyszywania. 

Niejeden z Was z pewnością uniósł w tym momencie brew w wyrazie zdziwienia. Już spieszę z wyjaśnieniami. 
Otóż, będąc kilkuletnią dziewczynką, z zapałem wyszywałam serwetki. Znacznie słów haft richelieu nie jest mi obce, a kolorowe muliny do dziś przyprawiają mnie o lekki zawrót głowy. Tak jak czytanie, tak i zainteresowanie haftem zawdzięczam Babci. Najpierw tylko przekalkowywałam dla niej wzory na materiał, później sama zabrałam się za proste serwetki. Każda udana wprawiała mnie w prawdziwą euforię! Później jakoś straciłam zapał... Aż do teraz. 
W końcu dorosłam do tego, żeby otworzyć się przed Wami. Zamiast ciast, na blogu będę pokazywała teraz to, co wychodzi spod mojej igły. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną; kto wie, może ktoś z Was odkryje w sobie chęć do haftowania...?

Na osłodzenie tych szokujących wieści mam dla Was jeszcze jedno ciasto. Zupełnie wyjątkowe, zielono-czerwone. Niesamowicie wilgotny biszkopt z herbatą matcha nie tylko wygląda wspaniale, ale tak też smakuje. Soczyste, krwiste pomarańcze na jego tle wyglądają niczym kwiaty na łące.
I tu muszę nadmienić, że pierwsze podejście mnie rozczarowało. Użyłam bowiem ciemnego cukru i zamiast zielonej, upstrzonej kwiatami łąki otrzymałam pole tuż po orce. Smak rewelacyjny, ale wygląd pozostawiał wiele do życzenia. Zmieniłam więc nieco sposób przygotowania, sięgnęłam po jasny cukier, i jest. Idealnie wiosenne ciasto. 
Przepis znalazłam u Ani, jednak zgodnie z sugestią z bloga Somewhere over the kitchen przygotowałam również sos. Lekko budyniowy, ale niezbyt gęsty, kremowy, słodki i mocno waniliowy, idealnie pasuje do wyrazistego smaku matchy. Całość smakuje obłędnie! 
Nie dajcie się prosić, też takie upieczcie.

Odwrócone ciasto z matcha i czerwonymi pomarańczami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)
  • 65 g mąki pszennej
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 4 łyżeczki zielonej herbaty matcha
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 120 ml oleju
  • sok z 1/2 cytryny
  • skórka otarta z 1 cytryny

dodatkowo:
  • 1,5 czerwonej pomarańczy
  • 2 łyżki cukru trzcinowego

sos:
  • 2 żółtka
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 ml mleka

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Dno posypać cukrem trzcinowym. Pomarańcze obrać, pokroić na plastry. Ułożyć na cukrze, odsatwić.

Mąki, herbatę i proszek przesiać, wymieszać. 
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać olej, cały czas ubijając. Partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać sok i skórkę z cytryny, połączyć.
Masę wylać na pomarańcze.

Piec w 160 st. C. przez 35-45 minut, do suchego patyczka.

Ciasto przestudzić 15-20 minut w formie, następnie wyłożyć na talerz do góry spodem. Zotawić do całkowitego wystudzenia.

Przygotować sos:
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać mąkę, wymieszać.
Kremówkę zagotować z mlekiem i wanilią. Powoli wlewać do żółtek, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż sos nieco zgęstnieje.

Ciasto podawać z ciepłym lub schłodzonym sosem.

Smacznego!

A Wam jak mija pierwszy dzień kwietnia...?

czwartek, 24 marca 2016

Be green, czyli wiosenno-zielony mazurek

Jak ten czas pędzi! Dopiero co łamaliśmy się opłatkiem, a tu już najwyższy czas dzielić się jajkami. Sama nie wiem, gdzie mi ten czas uciekł. Mam wrażenie, że poza pracą i spaniem robię aktualnie niewiele więcej... Ale nie narzekam. Przecież właśnie tego chciałam. Poza tym w każdej niemal chwili czuję celowość moich działań; jedno z marzeń już wkrótce - odpukać! - powinno przybrać bardzo realne kształty. Niesamowicie jestem podekscytowana.

Dzisiaj mam dla Was mazurek. Zupełnie wyjątkowy, bo w cudownie zielonym kolorze. Matcha znów poszła w ruch; bardzo przypadł mi do gustu jej herbaciany smak, a barwę, którą nadaje, można by jeść oczami. 
Tym razem skorzystałam z przepisu Jagody. Od dawna mi się marzył ten mazurek, właśnie z uwagi na ten piękny, wiosenny kolor. Jego przygotowanie nie jest trudne, nie zajmuje też wiele czasu. A smak... Moi drodzy, to ciasto rozpływa się w ustach! Kruchutki, delikatny spód i cudownie kremowa, idealnie gładka masa. Jej słodko-herbaciany smak świetnie przełamuje limonka. Do tego chrupiące beziki, i będziecie w niebie. Gwarantuję!

Już dzisiaj chciałabym złożyć Wam świąteczne życzenia. Żebyście ten czas spędzili w rodzinnym gronie, spokojnie i wesoło, zapominając o troskach codzienności.

Wesołych Świąt!

Mazurek z matcha


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 150 g mąki pszennej
  • 20 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g zimnego masła
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka jogurtu greckiego

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g białej czekolady
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1/2 limonki
  • 1 łyżeczka herbaty matcha

dodatkowo:
  • herbata matcha
  • kilka bez

Mąkę i cukier puder przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, dodać jogurt, zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na protokąt nieco większy od formy. Wyłożyć nim formę, formując brzeg. Schłodzić ponownie przez 30 minut.

Przed pieczeniem ciasto nakłuć widelcem. Przykryć papierem do pieczenia, a na ten wysypać fasolę lub kamyki do pieczenia.

Piec z obciążeniem przez 15 minut w 180 st. C.
Po tym czasie usunąć kamyki i papier.

Piec kolejnych 15 minut w 180 st. C.
Wystudzić.

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej. Ostudzić. 
Mascarpone zmiksować z czekoladą, następnie dodać skórkę i sok z limonki oraz herbatę. Zmiksować. 
Krem wyłożyć na całkowicie ostudzony spód. Schłodzić 1-2 godziny.

Przed podaniem oprószyć matchą i udekorować bezami.

Smacznego!


Poza sezonem możecie przygotować dokładnie takie samo ciasto, i nazwać je tartą.
Sprytnie, prawda...?

czwartek, 17 marca 2016

O tym, dlaczego mam fajnego Tatę. I sernik. Zielony

Byłam niedawno u psiapsiółki. Jak zwykle, przy kawie, próbowałyśmy naprawiać świat. W końcu zeszło na tematy związane z kulinariami, i Karolina dumnie wyciągnęła z szuflady gazetę z przepisami. A tam - same cuda! Kurczaczki, zajączki i tort z uszami. Ten ostatni zafascynował mnie do tego stopnia, że całym sercem zapragnęłam posiadać swój własny egzemplarz. Co robić...?
Pełna pomysłów wszelakich, szybciutko zrobiłam zdjęcia i wysłałam Tacie z podpisem: Kupisz mi...?

Następnego ranka dostałam odpowiedź: Kupiłem.

Czy muszę coś jeszcze tłumaczyć...? Taki Tata to skarb dla kulinarno-blogerowej maniaczki. 
Dziękuję.
I przy okazji składam najlepsze życzenia; dzisiaj bowiem Tatuś ma imieniny.
I brew pozorom, na chrzcie wcale mu Patryk nie dano...

Gdy zobaczyłam ten sernik na blogu Cake time niemal trzy lata temu, zaparło mi dech w piersiach. Jest piękny! I zielony! Czy można nie chcieć od razu biec do kuchni...?
Ja chciałam, ale niestety; mój zapał został szybko ostudzony. Tajemniczym składnikiem, nadającym barwę ciastu, jest zielona herbata matcha. Tutaj: nie do dostania. Ileż się naszukałam, ileż napytałam... I nic. Nie ma.
Zrezygnowana, na długie lata o serniku zapomniałam. Aż w końcu robiłam zakupy na Amazonie, i tam w oko mi wpadła niepozorna paczuszka. Cena przyprawiła mnie o lekką palpitację, ale co tam; raz się żyje. Kupiłam. I teraz nie mogę przestać się nią zachwycać!
Smakuje... No cóż, jak zielona herbata. Czyli dobrze. A do tego nadaje wypiekom obłędnie zielony kolor, który każdorazowo wprawia mnie w zachwyt. W końcu mogłam się więc za sernik zabrać...

Dekorację spapugowałam, bo podoba mi się ogromnie. Zmieniłam jednak nieco proporcje; mniej czekolady, mniej słodkiego mleka, mniej żelatyny. I spód z dwóch trzecich oryginalnej porcji.
Sernik nadal jest słodki, jednak smak czekolady doskonale przełamuje herbata i delikatna nuta cynamonu. Spód jest kruchutki, bardziej przypomina ciasteczkowy niż klasyczny kruchy. Masa serowa jest cudownie kremowa, delikatna, a jednocześnie ciężka. Coś wspaniałego!
Ja nie potrafię się oderwać...

Sernik z białą czekoladą i zieloną herbatą matcha (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 75 g mąki pszennej
  • 50 g mielonych migdałów
  • 1,2 łyżeczki cynamonu
  • 35 g cukru
  • 40 g zimnego masła
  • 1/4 łyżeczki soli
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 250 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki
  • 150 g słodzonego mleka skondensowanego
  • 2 listki żelatyny
  • 2 łyżki zielonej herbaty matcha (proszek)
dodatkowo:
  • maliny
  • płatki migdałowe
  • herbata matcha (proszek)
Mąkę przesiać, wymieszać z migdałami, cukrem, cynamonem i solą. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie zagnieść. Wysypać na spód tortownicy, dokładnie ugnieść.
Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Piec w 170 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Połowę kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać kremówką posiekaną czekoladą, wymieszać do jej rozpuszczenia.
W pozostałej kremówce rozpuścić herbatę.
Serek zmiksować z mlekiem, dodać czekoladę i herbatę. Zmiksować tylko do połączenia składników.

Masę wylać na całkowicie ostudzony spód.
Schłodzić w lodówce minimum 4 godziny, a najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem udekorować herbatą, malinami i płatkami migdałów.

Smacznego!


Przepis idealnie pasuje do zielonej akcji Pinkcake: