Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hibiskus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hibiskus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 lutego 2018

Makaroniki malinowe z hibiskusem (w wersji mini)

Obudził mnie C. przed wyjściem do pracy. Nie, żeby tak złośliwie; nawet zaproponował, żebym sobie jeszcze pospała, w końcu wcześnie jest... Jednak jutro muszę wstać o czwartej, i jako człowiek myślący perspektywicznie doszłam do wniosku, że lepiej wstać dziś trochę wcześniej, żebym wieczorem nie miała problemów z zasypianiem. Wyczołgałam się więc spod kołdry i udałam do łazienki. Z niejakim zdziwieniem zerknęłam przez dachowe okno... Nie było widać niemal nic. Z miną niezwykle podejrzliwą, upodabniającą mnie do inspektora Gadgeta, udałam się do salonu, żeby obiektywnie ocenić sytuację. Moim oczom ukazał się śnieg nie tylko okrywający puszystą kołdrą meble, krzewy i żywopłot, ale nadal padający zawzięcie. Wielkie płatki przypominające bardziej pierze niż śnieg wirowały w szaleńczym, wietrznym tańcu. Stałam tak i patrzyłam, z niezbyt mądrze rozdziawioną buzią, na ten krajobraz jak z bajki. Szczerze mówiąc nie myślałam, że przyjdzie jeszcze prawdziwa zima. Jest pięknie! 
Tyle, że jutrzejsza poranna podróż na Zelandię przyprawia mnie w tej chwili o dreszcze...

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo urocze makaroniki. Przygotowałam je już jakiś czas temu, w ramach smakołyków na ostatni dzień pracy przed wakacjami (jak okres szkolny określa mój szef). Oczywiście, idealnie nadadzą się na Walentynki - makaroniki mają w sobie coś romantycznego...
Te zebrały mnóstwo pochwał. Słodkie, chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku, wypełnione lekko kwaskowatym kremem z białej czekolady, malin i hibiskusa. Dzięki niemu nie są za słodkie i da się ich zjeść zdecydowanie więcej niż jeden czy dwa... Przygotowałam je w rozmiarze mini, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby upiec je nieco większe; wtedy wyjdzie około dwudziestu pięciu gotowych makaroników.

Makaroniki malinowe z hibiskusem


Składniki:
(na około 60 złożonych mini makaroników)
  • 125 g mielonych migdałów
  • 125 g cukru pudru
  • 30 ml wody
  • 125 g cukru
  • 100 g białek
  • różowy lub czerwony barwnik w paście
nadzienie:
  • 125 g białej czekolady
  • 65 g śmietany kremówki (38%)
  • 75 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
dodatkowo:
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
Migdały z cukrem pudrem zmielić w młynku do kawy, a następnie przesiać przez drobne sitko. 50 g białek ubić na sztywną pianę. W czasie ubijania z cukru i wody zagotować syrop. Gdy osiągnie temperaturę 115 st. C., zdjąć z ognia i wąskim strumieniem, powoli wlać do białek, cały czas ubijając. Miksować jeszcze przez 10 minut, aż beza całkowicie wystygnie.

Do migdałów z cukrem dodać pozostałe 50 g białek, wymieszać na gładką pastę. Dodać 1/3 bezy, wymieszać. Dodać resztę, delikatnie, ale dokładnie połączyć. Dodać barwnik, wymieszać. Masa nie powinna być zbyt lejąca, ale też nie całkiem sztywna. Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką 8 mm, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia koła tej samej wielkości. Połowę makaroników posypać zmielonym w młynku do kawy hibiskusem.
Odstawić na 1 godzinę, aby utworzyła się skorupka. 

Piec w 130 st. C. przez 15-20 minut.
Wystudzić, delikatnie zdjąć z blachy.

Maliny i hibiskus umieścić w garnuszku, podgrzać, aż maliny zaczną się rozpadać. Przetrzeć przez sitko.
Czekoladę ze śmietaną podgrzać w kąpieli wodnej, aż czekolada się rozpuści. Dodać puree z malin, dokładnie wymieszać. Przełożyć do rękawa cukierniczego, wstawić do lodówki.

Gdy makaroniki całkowicie ostygną, a nadzienie zgęstnieje, sklejać je po dwie połówki tak, żeby jedna z pary była posypana hibiskusem.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Wczoraj kopnęłam krzesło. Nie ze złości; ot tak, przez przypadek. Efekt - palec u lewej stopy w kolorze lila. Trochę się boję, że jet złamany, bo boli jak nie wiem co. 
I co ja mam teraz zrobić...?

wtorek, 30 stycznia 2018

Wiem, że nic nie wiem, czyli siódme urodziny bloga

Im więcej się uczę, tym mnie wiem - a przynajmniej takie mam wrażenie. Ogrom wiedzy, której nigdy nie opanuję, mnie przeraża.
Ale może zacznę od początku...

Swoją przygodę z pieczeniem, a później z blogowaniem, zaczęłam z przypadku. W nowym miejscu, sama jak palec, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą robić. Bo ile można czytać czy oglądać seriale...? Najpierw nieśmiało oglądałam inne blogi, piekłam jakieś plaskate cuda i byłam z nich nieziemsko dumna (mówię to ja - osoba, które w wieku lat dwudziestu potrafiła zrobić sobie herbatę i kanapkę. Szczytem inwencji było przyrządzenie zupy z proszku). Później, z jednym okiem zamkniętym z wrażenia, założyłam bloga i skakałam z radości przy każdym komentarzu. Ach, cóż to były za czasy...
Później (dużo później, jeśli mam być szczera), gdy zobaczyłam postępy, a pieczenie sprawiało mi coraz większą frajdę, zaczęłam szkołę cukierniczą. I wiecie co...? Te dwa lata otworzyły mi oczy i pokazały, jak niewiele wiem. Zauważyłam też, że są rzeczy, których człowiek, choćby nie wiem, jak się starał, w domu się nie nauczy. Dopiero praca w cukierni pokazała mi, co to naprawdę znaczy być cukiernikiem, a nie tylko się w cukiernika bawić. To ciężka praca - fizycznie, bo dwudziestopięciokilogramowe worki z cukrem same się nosić nie chcą, ale też umysłowo, bo, powiedzmy to sobie szczerze, klienci są różni, i nie zawsze jest to łatwa współpraca. Człowiek nieźle się musi nagłowić, żeby co niektórych zadowolić. Ale gdy później przychodzą z uśmiechem i podziękowaniami - bezcenne. Dla takich chwil warto się starać.

Już za cztery miesiące będę zdawać końcowe egzaminy. Strasznie się denerwuję, ale jednocześnie nie mogę się doczekać - bo znów zacznie się coś nowego. Jeszcze nie wiem co i jak, ale już się cieszę, bo z pewnością nudno nie będzie.
Tymczasem blog dryfuje sobie gdzieś obok mnie; nie mam dla niego tyle czasu, co kiedyś. Posty bywają zdecydowanie krótsze i piszę je rzadziej, ale staram się, jak mogę. Tym bardziej, że dziś Pożeraczka kończy siedem lat - warto więc chyba nad nią pracować, skoro mi ciągle chce się pisać, a Wam czytać.

Dziękuję, że nadal tu ze mną jesteście; bez Was już dawno bym się poddała. A jednak, mimo krótszych i dłuższych przerw, ciągle wracam. Bez motywacji, którą dla mnie jesteście, z pewnością by mi się nie udało.

Na te huczne urodziny mam... Tartę. Nie tort; niestety, ale nie miałam czasu na bardziej skomplikowane wypieki. Tarta jednak jest urocza i pyszna, więc w tym roku musi wystarczyć. Jeśli dotrwamy do urodzin dziesiątych, obiecuję tort prawdziwie wystrzałowy; no, ale do tego zostało jeszcze parę chwil.

Kruchy spód bez jajek jest niesamowicie kruchy i nie nasiąka wilgocią, co jest jego dużym plusem. Kisiel malinowo-hibiskusowy jest kwaskowy i wyrazisty, świetnie równoważy go delikatny i słodki krem z białej czekolady. Całość smakuje wybornie, połączenie smaków jest wyjątkowo harmonijne. Dekoracja to urocze mini makaroniki i świeże maliny - prosta, a jednocześnie efektowna.
Na C. zrobiła wrażenie; mam nadzieję, że i Wam się spodoba.

Tarta malinowo-hibiskusowa z kremem z białej czekolady


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
kisiel malinowo-hibiskusowy:
  • 185 g malin
  • 1 łyżka suszonych kwiatów hibiskusa
  • 35 g cukru
  • 75 ml wody
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
krem z białej czekolady:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 120 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Partiami dodawać wodę - ciasto powinno się ładnie połączyć, ale nie może się kleić.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3-4 mm, wyłożyć nim formę, formując brzeg o wysokości około 3 cm.
Nakłuć ciasto widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchą fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 190 st. C. przez 12 minut.
Po tym czasie zdjąć obciążenie i papier.

Piec kolejne 12-15 minut w 190 st. C.
Ostudzić.

Maliny, hibiskus, cukier i 40 ml wody przełożyć do rondelka, zagotować. Gdy maliny się rozpadną, a cukier rozpuści, przetrzeć przez sitko. Przelać z powrotem do rondelka, dodać mąkę rozpuszczoną w pozostałej wodzie, zagotować.
Gorący kisiel przelać na spód tarty, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, czekoladę drobno posiekać. 100 ml kremówki zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Dodać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do czekolady w 3 turach, delikatnie mieszając łyżką.
Wylać krem na kisiel, schłodzić w lodówce.

Przed podaniem udekorować malinami, makaronikami, bezikami i suszonymi kwiatami hibiskusa.

Smacznego!


A co byście powiedzieli na taką tartę z okazji Walentynek...? W końcu czternasty lutego już za chwilkę!

wtorek, 28 marca 2017

Ciasto na wiosnę. Różowe

W weekend mieliśmy gości. Jak zawsze w tego typu sytuacjach, po dwóch pięknych, słonecznych dniach, przyszła szarawa sobota i deszczowo-mglista niedziela. W planie był długi spacer, z którego, wbrew pogodowym przeciwnościom, nie zrezygnowaliśmy. W pewnym momencie co prawda utknęliśmy, i mimo szczerych chęci, próby off-roadu na nic się zdały. Ptysia, czarna jak święta ziemia, zaraz po powrocie wylądowała pod prysznicem. Pączusi się upiekło - krótkie futro ma jednak swoje zalety.

Zmęczeni i zdyszani, zasiedliśmy przy okrągłym stole kuchennym, popijając ciemne piwo i obserwując ciężko pracującego nad posiłkiem C. Żeby nie było - swój wkład w rzeczony posiłek miałam, w postaci domowych bułek do burgerów. C., poza kwintesencją, czyli mięsem, przygotował też sos grzybowy z porto, który zdetronizował wszystko inne. Był tak pyszny, że - jestem pewna - nie tylko mi śni się po nocach.
Później przenieśliśmy się na kanapę, i przy dźwiękach muzyki rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W międzyczasie raczyliśmy się zielonkawym sernikiem i gulaszem przygotowanym nad ogniskiem (smak nie do podrobienia), a spać poszliśmy późno... A raczej wcześnie. Zależy, z której strony spojrzeć.

Tymczasem z pracy dostałam zadanie domowe. Tak, tak, okazuje się, że uczeń ma się uczyć. Ha! To dopiero nowość...
Niemniej, miałam przygotować ciasto inspirowane wiosną. I przygotowałam.
Najpierw kombinowałam z czymś zielonym, ale gdy koleżanka wspomniała o herbatce z hibiskusa, którą niedawno piła i która bardzo jej smakowała, natchnęło mnie tak, że nie mogłam przejść obok rzeczonego natchnięcia obojętnie.

Spód to blondie, na nim sernik z białą czekoladą - a to wszystko dla zrównoważenia kwaskowatego, malinowo-hibiskusowego musu w bajecznym kolorze. Wierzch oblałam polewą lustrzaną - na drugim zdjęciu widać, jak się w niej wszystko pięknie odbija. Udekorowałam ciasto bezikami posypanymi liofilizowanymi malinami oraz świeżymi owocami. I choć oblewanie nie wyszło mi tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła, to i tak z ciasta zadowolona jestem. Uroczo różowe, tchnie optymizmem. Bardzo wiosenne - moim zdaniem.

Pamiętajcie, że przy oblewaniu ciast polewą lustrzaną macie tylko jedną szansę. Na zmrożonym cieście polewa zastyga błyskawicznie, a próby poprawek sprawią, że będzie tylko gorzej. Dlatego z podanego przepisu polewy Wam zostanie - dzięki temu jednak pole manewru jest szersze, łatwiej całą sprawę załatwić.

Do ciasta jak najbardziej można użyć malin mrożonych. A właśnie ciasto z mrożonymi owocami było tematem naszego wspólnego gotowania. Koniecznie więc zajrzyjcie do Ani i sprawdźcie, co ona upichciła.

Sernik z białą czekoladą, musem malinowo-hibiskusowym i malinową polewą lustrzaną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

blondie:
(na formę o średnicy 16 cm)
  • 1 żółtko
  • 10 g cukru
  • 30 g masła
  • 30 g białej czekolady
  • 30 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 150 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
mus malinowo-hibiskusowy:
  • 250 g malin
  • 2 łyżki suszonych kwiatów hibiskusa
  • 100 ml wody
  • 55 g cukru
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
polewa lustrzana:
  • 110 g cukru
  • 75 g glukozy w płynie
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g malin
  • 110 g białej czekolady
  • 4 listki żelatyny
  • różowy barwnik spożywczy
dodatkowo:
  • maliny świeże
  • maliny liofilizowane
  • beziki
Żółtko utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie podgrzać masło z czekoladą, aż czekolada się rozpuści. 
Mąkę przesiać z proszkiem.
Do ubitego żółtka dodać czekoladę, połączyć. Wsypać mąkę, wymieszać.

Ciasto wyłożyć do formy o średnicy 16 cm wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Przygotować masę serową:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
100 ml kremówki zagotować. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. 
Gorącą kremówką zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać serek, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do masy czekoladowo-serowej, delikatnie wymieszać.

Na spodzie tortownicy o średnicy 18 cm ułożyć spód, następnie wylać masę serową.
Zamrozić.

Maliny na mus umieścić w garnuszku z wodą i kwiatami hibiskusa. Zagotować, odstawić pod przykryciem, aż całkowicie ostygną.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Maliny przetrzeć przez sitko, przełożyć z powrotem do garnuszka. Dodać cukier, podgrzać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.

Kremówkę ubić, delikatnie połączyć z malinami. Wylać na masę serową, zamrozić.

Przygotować polewę:
Maliny przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier, glukozę, kremówkę i maliny podgrzać, aż wszystko się dobrze połączyć. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać masą posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ewentualnie dodać nieco barwnika.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Wyjąć zmrożone ciasto z zamrażarki, oddzielić obręcz ostrym nożem. Ułożyć ciasto na kratce. Polać polewą uważając, żeby dokładnie oblać boki. Zostawić na kilka minut do zastygnięcia, przełożyć na paterę. Udekorować malinami świeżymi i liofilizowanymi oraz bezami.

Smacznego!


A czy ciasto przypadnie do gustu nauczycielom, dowiem się już jutro.

wtorek, 2 czerwca 2015

Dżem truskawkowo-rabarbarowy z kwiatkiem

Pogoda nas nie rozpieszcza. Zaczął się czerwiec, a ja ciągle chodzę w kozakach (głównie dlatego, że to jedyne buty, poza kaloszami, które mi nie przemakają, a pada niemal ciągle). Dzisiaj, na przykład, deszczowe krople stukają o parapety odkąd tylko otworzyłam oczy (szósta trzydzieści; żeby nie było, że dopiero co postanowiłam wypełznąć z łóżka i już narzekam), i wcale nie zanosi się na to, żeby miały zamiar przestać. Taka pogoda zachęca tylko do jednego - zalegnięcia na kanapie i czytania. I w tym momencie rozpromieniam się radośnie, bo to przecież właśnie to, co Tygryski lubią najbardziej.

Z racji tego, że od wczoraj mamy truskawkowy miesiąc, mam dla Was przepis na jeden z najlepszych dżemów, jakie miałam okazję jeść. Słodko-kwaśne połączenie majowych łodyg rabarbaru i dorodnych, czerwcowych truskawek. Do garnka, za radą Bei, wpadły też suszone kwiaty hibiskusa, i tu właśnie zaczęła się magia. Ta trudna do sprecyzowania nuta nadaje dżemowi wyjątkowego charakteru i nie pozwala się wręcz oderwać od słoiczka. Zajadam go z przyjemnością na kanapkach, w naleśnikach, rewelacyjnie sprawdzi się jako dodatek do ciast, gdy truskawki będą już tylko wspomnieniem... Polecam Wam ogromnie!

Dżem truskawkowo-rabarbarowy z hibiskusem



Składniki:
(na 7 słoiczków)
  • 2 kg truskawek
  • 1,5 kg rabarbaru
  • 700 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 g suszonych kwiatów hibiskusa

Truskawki odszypułkować, rabarbar pokroić na kawałki. Włożyć do garnka, dodać cukier i sok z cytryny. Kwiaty hibiskusa pokruszyć, dodać do garnka.
Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

A skoro już o truskawkach mowa, to w sobotę udało mi się kupić pierwsze prawdziwe, smakujące truskawkami owoce. Pycha! Nie mogłam się od nich oderwać, i z C. nie spoczęliśmy, póki nie zjedliśmy wszystkiego. Mam nadzieję, że pogoda się poprawi, inaczej nawet w czerwcu o naprawdę pyszne pyszne truskawki może być trudno...