Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kokos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kokos. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 listopada 2017

Szczęście w nieszczęściu i duńskie ciasteczka z kardamonem

Wypadki chodzą parami - z pewnością znacie to powiedzenie. W gorszych czasach bywa, że i trójkami czy czwórkami. Mi tym razem zdarzył się pojedynczy; do dzisiaj czekam na ciąg dalszy, bo takie wypadki to się chyba nie zdarzają.

W zeszły czwartek, kiedy mentalnie już szykowałam się do pójścia do domu, próbowałam upchnąć ostatnie ciasta w zamrażarce. Przechowujemy je na wysokich wagonach; ten akurat miał miejsce na osiemnaście blach, wypełniony był roladami i spodami biszkoptowymi, które, choć pojedynczo lekkie, w takiej ilości w magiczny wręcz sposób nabierają zaskakującej wagi. W pewnym momencie kółka się zablokowały, ja pociągnęłam... I już. Więcej nie było trzeba. Wszystko poleciało prosto na mnie.
Jako zagorzały fan wszelkiej maści książek przygodowych, próbowałam zgrywać bohatera i uratować wszystko przed upadkiem. Kiedy dotarło do mnie, że nic z tego, spróbowałam się cofnąć; było już jednak za późno. Wagon wylądował prosto na mojej lewej stopie, a mnie aż tchu zabrakło z wrażenia. 

Koledzy natychmiast rzucili się na pomoc; uwolnili mnie spod ciężaru i odprowadzili do kantyny, gdzie padłam na krzesło ze łzami w oczach i z zagryzionymi niemal do krwi wargami. Zdjęłam but, potem skarpetkę, i ze zdziwieniem odkryłam, że stopa nie jest zupełnie płaska. Za to zrobiła się ogniście wręcz czerwona i puchła w zastraszającym tempie. Szybko dostałam worek z lodem, i tak siedziałam i się zastanawiałam, co teraz... 
Nie pozostawiono mi wyboru - Lisbeth szybciutko uporała się z pozostałą pracą i zawiozła mnie na pogotowie. A tam... No cóż, znów nastąpiło brutalne zderzenie z duńskim systemem służby zdrowia. Choć działa zdecydowanie lepiej niż w Polsce, to nadal nie jest idealny. Po odczekaniu w kolejce do rejestracji, dostałam numerek i miła pani poinformowała mnie, że gabinet jest na drugim końcu baaardzo długiego korytarza. Zanim zdołałam się doczłapać, lekarka wyszła na korytarz zaniepokojona faktem, że numer drugi wywołano pięć minut temu, a pacjenta jak nie było, tak nie ma. Gdy w końcu udało mi się do niej dotrzeć, obejrzała mi stopę i... Odesłała do rejestracji ze świstkiem kierującym mnie na prześwietlenie. Uwierzcie - ten korytarz znienawidziłam już na zawsze. Z kilkoma przystankami, dotarłam z powrotem do miłej pani, która wykonała telefon, nakrzyczała na kogoś po drugiej stronie, że czterdzieści minut oczekiwania w głowie się nie mieści, i odesłała na prześwietlenie. Oj, daleka to była droga... 
W końcu opadłam na kozetkę, pozwoliłam stopę obfotografować z każdej możliwej strony, żeby wrócić do poczekalni. Na szczęście tego dnia tłumów nie było, i już po kwadransie przyszła po mnie pielęgniarka. Zaprowadziła do gabinetu, gdzie po raz pierwszy zaproponowano mi środki przeciwbólowe. Przyjęłam je z wielką ulgą i tą odrobiną godności, która jeszcze mi została.
Po kilku minutach przyszła lekarka, która oświadczyła, że nic nie jest złamane, za tydzień się wygoi, i jeśli nie mam ochoty, mogę jutro nie iść do pracy. A w ogóle to po co zawracam głowę - boli, wiadomo, ale to nie powód, żeby zaraz w panikę wpadać. 
Popatrzyłam na nią z wyraźnym brakiem szacunku, podziękowałam za pomoc i pokuśtykałam do wyjścia. Na szczęście tabletki zaczynały powoli działać, i nie wyglądałam aż tak żałośnie, jak wcześniej...

Później tylko musiałam poczekać, aż C. po mnie przyjedzie i zabierze do domu, gdzie w końcu mogłam usadowić się na sofie, z wygodnie ułożoną stopą, i odetchnąć głęboko.
Uff, co za dzień...
Dzisiaj, niemal tydzień później, nadal utykam i nadal boli, a stópka w okolicach palców przybrała zadziwiająco intensywny odcień fioletu. Lekarzom jednak nie można wierzyć...

Korzystając z wolnej środy, upiekłam dzisiaj trzy rodzaje ciasteczek. Zamknęłam je w puszkach; część zabiorę ze sobą w niedzielę na Zelandię, żeby umilały mi czas z dala od domu, resztę zostawię C.; niech on też ma coś od życia.
Dzisiaj będzie o tych z kardamonem - skandynawski wypiek z tą właśnie przyprawą był bowiem tematem naszego wspólnego pieczenia. Fedtebrød to duński klasyk (w dosłownym tłumaczeniu oznacza tłuszczowy chlebek, co brzmi co najmniej dziwnie. Ważny jest tu sposób formowania ciastek - piecze się długie, spłaszczone ruloniki, które po upieczeniu i polukrowaniu kroi się na małe ciasteczka); tym razem jednak wybrałam przepis z magazynu Mad og venner, nr 158/2017, gdzie posunięto się nieco dalej w komponowaniu składników. Dodatek kardamonu i kokosa mnie zaintrygował, miałam na te ciasteczka ogromną ochotę.
Dzięki amoniakowi są niesamowicie chrupiące, a dodatek kardamonu sprawia, że niesamowicie kuszą zapachem. Kwaskowa, mocno cytrynowa glazura pasuje tutaj po prostu idealnie. Całość jest niesamowicie uzależniająca - tak naprawdę nie jestem pewna, czy doczekają do niedzieli... Nie wyszło ich bowiem wcale tak dużo.

Po inne skandynawskie smakołyki z kardamonem koniecznie zajrzyjcie do Ani Pierwszej, Ani Drugiej i Mirabelki.

Fedtebrød z kokosem i kardamonem


Składniki:
(na około 45 ciasteczek)
  • 150 g zimnego masła
  • 125 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ryżowej
  • 1/4 łyżeczki amoniaku
  • 80 g cukru
  • 80 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
glazura:
  • 150 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1-2 łyżki wrzącej wody
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
Masło, mąki pszenną i ryżowa, amoniak, cukier, wiórki kokosowe i kardamon zmiksować w malakserze do połączenia. Zagnieść z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie podzielić ciasto na 4 równe części, z każdej uformować wałeczek nieco krótszy niż blacha. 
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć na niej wałeczki z ciasta, następnie spłaszczyć dłonią.

Piec w 190 st. C. przez 12-15 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z kardamonem. Dodać sok z cytryny, a następnie po trochu wlewać wodę. Lukier powinien być średnio gęsty.
Posmarować lukrem paski ciasta, a następnie - jeszcze ciepłe - pokroić ostrym nożem po skosie na ciasteczka.7
Gdy lukier całkowicie zastygnie, przełożyć do szczelnej puszki.

Smacznego!

My tu gadu-gadu, a to najwyższy czas spać; za chwilę trzeba przecież jechać do pracy...

Tymczasem przepis, oczywiście, dodaję do akcji Ani:

wtorek, 21 lutego 2017

Afrykańskie pączki. Kokosowe!

Powoli popadam w nerwicę. Zbliżające się wielkimi krokami egzaminy przyprawiają mnie o ból głowy, niemożność zaśnięcia, a co za tym idzie - chroniczne niewyspanie. Przez to, że jestem zmęczona, jestem jeszcze bardziej nerwowa... I kółko się zamyka. Ale my, kobiety, już chyba tak po prostu mamy.

Dla przykładu, sytuacja z zeszłego tygodnia. 
Na zajęciach dźwięk w telefonie mam oczywiście wyłączony, gdy więc wychodzę z sali, zerkam kontrolnie na ekran, czy przypadkiem ktoś nie dzwonił. I tak jak zazwyczaj nie dzieje się zupełnie nic, tak pewnego dnia zobaczyłam dwa nieodebrane połączenia! W dodatku oddalone od siebie zaledwie o kilka minut; pierwsze od Karoliny, drugie od C. Od razu więc wymyśliłam, że na pewno coś się stało (i to z pewnością coś niedobrego; zauważyliście, że ludzie dużo szybciej dzielą się złymi wieściami niż dobrymi...?). Czym prędzej wykonałam więc telefony do obojga, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, cóż to za niesłychane wypadki sprawiły, że niemal jednocześnie próbowali się ze mną skontaktować.
Oczywiście okazało się, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego. C. akurat wracał z pracy, więc postanowił sprawdzić, czy mam chwilę na pogaduchy, a telefonem Karoliny bawił się jej syn i nieopatrznie wybrał mój numer. Ot, i cała tajemnica. Ja już tymczasem zdążyłam ułożyć teorie spiskowe, których sam Faber by się nie powstydził...

Tak więc, nerwowość i panika to aktualnie moja codzienność. I nic się w tej materii nie zmieni aż do przyszłego piątku, kiedy będzie po wszystkim i dowiem się, czy zaliczyłam. Na samą myśl trzęsą mi się ręce...

Tymczasem jednak zajmijmy się czymś przyjemniejszym. Już za dwa dni Tłusty Czwartek - ulubione święto C., które bardzo szybko postanowił zaszczepić na naszym domowym gruncie. Polega to na tym, że już w połowie stycznia zaczyna marudzić o pączki. Gdy dowiedział się, że w tym roku nic z tego nie będzie, bo nie tylko w sam najważniejszy w roku czwartek, ale też w jego okolicach w domu mnie nie będzie, popadł w odrętwienie. W weekend zakasałam więc rękawy, i zabrałam się za wyrabianie ciasta. Drożdżowe zawsze mnie uspokaja; postanowiłam i tym razem zawierzyć jego terapeutycznym możliwościom. 

Przepis z bloga Hello morning przypadł mi do gustu od pierwszego wejrzenia. Nietradycyjne, bo trójkątne, w dodatku pochodzące z dalekiej Afryki. Ciekawymi składnikami są tutaj mleczko i wiórki kokosowe, a także mąka ryżowa. Nie mogłam się oprzeć, musiałam spróbować.
Pączki okazały się wyśmienite! Lekkie i delikatne, a do tego chrupiące! Wydaje mi się, że to właśnie dzięki mące ryżowej zyskują chrupiącą skorupkę. Wnętrze pozostaje przy tym miękkie i puszyste, o idealnie zrównoważonym, kokosowym aromacie. Wstyd się przyznać, ale od razu zjedliśmy ponad połowę. Takie jeszcze ciepłe smakują przecież najlepiej!

Kokosowe mandazi - afrykańskie pączki


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 55 g cukru trzcinowego
  • 12 g świeżych drożdży
  • 165 ml letniej wody
  • 125 ml mleczka kokosowego
  • 300 g mąki pszennej
  • 120 g mąki ryżowej
  • 20 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 65 ml wody i 3 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 10-15 minut.
Do rozczynu dodać mleczko kokosowe i resztę wody, wymieszać. Następnie dodać przesiane mąki, pozostały cukier, wiórki kokosowe i kardamon. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 1 godzinę.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Podzielić na 4 równe części, każdą rozwałkować na okrąg o grubości 5 mm. Każdą część pokroić na 6 trójkątów, jak tort. Zostawić na oprószonym mąką blacie na 15 minut.

W dużym, szerokim garnku rozgrzać olej. Smażyć pączki z obu stron na jasnobrązowy kolor.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem wymieszanym z cynamonem.

Smacznego!

Szczerze mówiąc, są tak pyszne, że nawet nie brakowało mi nadzienia. Same w sobie są wystarczająco aromatyczne i pełne smaku. W dodatku robi się je naprawdę szybko i przyjemnie, i nawet to smażenie w głębokim oleju nie jest tak straszne, jak można by się spodziewać...

sobota, 4 lutego 2017

O lokalnym patriotyzmie mojego samochodu i zimowej granoli. Z białym makiem

Nie lubię dużych miast.
Owszem, właśnie w dużym mieście się urodziłam i wychowałam, i ciągle wracam do niego z przyjemnością i z sentymentem zaglądam w stare kąty, które za każdym razem zaskakują mnie ogromnymi zmianami (na szczęście, najczęściej na lepsze). Jednak gdy stanęłam przed wyborem miejsca, w którym zamieszkam na dłużej (być może już na zawsze), wybrałam małe miasteczko. Takie wiecie; z główną ulicą, którą da się przejść w dziesięć minut, z dwoma sklepami spożywczymi, parkiem, który płynnie przechodzi w przyjazny spacerowiczom las, i z rzeczką, nad którą dumnie rozłożył się zamek. Powstrzymajcie wyobraźnię; to w końcu żaden Malbork. Pałacyk raczej, dość skromny... Gdy po kilku tygodniach po przeprowadzce zapytałam C., czy możemy się wybrać na dłuższy spacer, żebym ten zamek mogła sobie w końcu obejrzeć, popatrzył na mnie dziwnie i sprowadził mnie na ziemię słowami: Przecież codziennie obok niego jeździsz...
Ale dość już o zamku, bo zaraz cały splendor tej mojej mieścinie odbiorę.

Jutro już znów jadę do szkoły. Na Zelandię. I choć szkołę lubię, to internat mnie zniesmacza, a wyspa nieco onieśmiela. Wydaje mi się, że wszystko tam dzieje się szybciej, a ludzie są bardziej zabiegani i mniej przyjaźni niż tutaj. Ale to tylko moje subiektywne zdanie, rzecz jasna...
W każdym razie w środę, wracając z pracy, znalazłam się w dość nieprzyjemnej sytuacji. Gdy tylko wyjechałam z autostrady na ostatnią prostą do domu, samochód nagle zrobił bum!, po czym zatrzymał się na środku skrzyżowania. Prawie pół godziny czekałam na pomoc drogową, kuląc się i próbując być niewidzialną, gdy inni kierowcy mnie mijali i na mnie trąbili. Na szczęście Pan Mechanik znów stanął na wysokości zadania, i uporał się z problemem w kilka godzin. Autko jest gotowe do naszej jutrzejszej podróży, i mam nadzieję, że oszczędzi mi psikusów.
Zabawne jednak jest to, że poprzednim razem, gdy miałam jechać do szkoły, samochód też się zepsuł. Kto by pomyślał, że jest takim lokalnym patriotą...

Dziś mam dal Was przepis na zimową granolę, który podpatrzyłam u Lo. Nie mogłam się oprzeć dodatkowi maku i suszonych fig. Robiłam ją dwa razy; za drugim razem zmniejszyłam ilości miodu i syropu klonowego o połowę. Mniej słodka smakuje nam zdecydowanie bardziej.
Zamiast fig możecie użyć suszonej żurawiny; będzie jeszcze bardziej zimowo. Ale ja te drobne, chrupiące pesteczki i super słodkie figi wprost uwielbiam, a tutaj pasują doskonale.

Zimowa granola z figami i syropem klonowym


Składniki:
(na 2 litrowy słoik)

  • 45 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 g miodu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 350 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g sezamu
  • 25 g białego maku
  • 100 g pestek dyni
  • 50g płatków migdałowych
  • 100 g suszonych fig
  • 50 g chipsów kokosowych

Miód podgrzać, żeby dodać syrop, olej i ekstrakt. Wymieszać.
Płatki wymieszać z sezamem, makiem, pestkami dyni i migdałami. Wlać mokre składniki, dobrze połączyć.
Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. 20 minut, w połowie pieczenia mieszając.
Wyjąć blachę z piekarnika, posypać granolę chipsami kokosowymi i pokrojonymi figami. Wstawić z powrotem do wyłączonego piekarnika. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Granolę przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!

I tak, wiem; zdjęcie zdecydowanie zimowe nie jest. Ale ja już tęsknię za latem...

środa, 11 maja 2016

Wielkie zakupy i tort na urodziny. Kokosowo-truskawkowy

W ostatni dzień kwietnia C. ma urodziny. W tym roku szczęście dopisało, i oboje mieliśmy wolne. Imprezy jednak, nawet najmniejszej, nie zaplanowaliśmy; w mieszkaniu po brzegi wypełnionym kartonami na różnym etapie pakowania nie ma miejsca na choćby kilku gości, o ogromnej rodzinie C. nie wspominając. Postanowiliśmy świętowanie odłożyć na pełnię lata, gdy już po przeprowadzce będziemy w miarę urządzeni i zadomowieni. Póki co, to właśnie urządzaniem się zajęliśmy.

W sobotę więc wstaliśmy względnie wcześnie, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na umówione spotkanie w sklepie meblowym umiejscowionym w starym kinie. Ilość stopni i dziwnie rozłożonych kondygnacji jest niesamowita; na początku ciężko mi się było skupić na właściwym celu naszej wyprawy, czyli meblach. W końcu jednak, przywołana do porządku zniecierpliwionymi mruknięciami C., zebrałam w sobie całą uwagę i... Zaczęłam wybrzydzać. A to za ciemne, a to za jasne, a to to w ogóle za czarne jest. Ten stół za wąski, ten za szeroki, a tamten za mało drewniany. Krzesła to prawdziwa droga przez mękę; biedny M. (znajomy znajomego męża siostry C.) ściągał egzemplarze z najwyższych półek, żebym mogła sobie na nich usiąść i powiedzieć: A to obok...? Jednak wygląda na wygodniejsze...
W końcu jednak i tego wyboru dokonaliśmy w miarę jednogłośnie (są czarne, ale niech już będzie... Przynajmniej sofa jest kremowa), i muszę przyznać, że jestem zachwycona. Nie mogę się doczekać, gdy wstawimy nowe meble do salonu i będę mogła sobie na nie patrzeć... Absolutnie zakochana jestem w nowym stole, z ukośnymi nogami i najpiękniejszym, rustykalnym, drewnianym blatem. Kocham jego krzywizny i już sobie wyobrażam, jakie piękne tło będzie stanowił dla tych wszystkich serników, które upiekę w mojej nowej kuchni...

Po zakupach, rozochoceni mimo rachunku, który przyprawił mnie o lekką palpitację, pojechaliśmy do rodziców C. podzielić się wrażeniami i nieco odsapnąć. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym w zanadrzu nie miała ciasta. Tym razem nie jakiegoś zwykłego placka, ale pełnoprawnego, choć niewielkiego tortu.

Długo się zastanawiałam, co by tu mu tym razem upiec. W końcu postawiłam na najprostsze rozwiązanie, czyli ulubione smaki C.: kokos i truskawki. Jest więc biszkopt z wiórkami, który niespodziewanie zyskał na wilgotności, najlepszy na świecie kokosowy krem, tak delikatny i lekki, że nie można mu się oprzeć, oraz kokosowa śmietanka zdobiąca dumnie wierzch tortu. Ja moją zebrałam z mleczka, bo nigdzie samej śmietanki znaleźć nie mogłam... Ubija się znakomicie, trzyma fason pierwszorzędnie, a przy tym jest bardzo lekka i niesamowicie intensywna w smaku. Z pewnością jeszcze z nią poeksperymentuję. 
Kokosową monotonię przełamałam dużą ilością świeżych truskawek i chrupiącymi ciasteczkami amaretti, które przypadkowo wpadły mi w ręce. Całość wyszła lekka, obłędnie kokosowa i idealnie letnia za sprawą truskawek. Idealny wakacyjny tort.

Smakował wszystkim. Nikt, ale to nikt nie kręcił nosem. Chyba nie ma lepszej rekomendacji.

Tort kokosowo-truskawkowy


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 60 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 25 g wiórków kokosowych

krem:
  • 130 ml mleka kokosowego
  • 100 g cukru
  • 4 żółtka
  • 2 listki żelatyny
  • 120 g miękkiego masła
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 70 g ciasteczek amaretti
  • 300 g truskawek

wierzch:
  • 175 g śmietanki kokosowej
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • truskawki
  • chipsy kokosowe

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier i cukier waniliowy. Po jednym dodać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera. Na końcu dodać wiórki kokosowe, połączyć.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Mleczko kokosowe zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorące mleko, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

Biszkopt przekroić na 3 blaty.
Truskawki pozbawić szypułek, pokroić na ćwiartki.
Amaretti pokruszyć.

Na paterze ułożyć blat biszkoptu, wyłożyć połowę kremu, posypać połową truskawek i ciasteczek. Przykryć drugim blatem, wyłożyć resztę kremu, truskawek i amaretti. Przykryć ostatnim blatem. Schłodzić.

Śmietankę kokosową ubić z cukrem pudrem. Wyłożyć na wierzch ciasta. Udekorować truskawkami i chipsami kokosowymi.

Smacznego!

A jeśli wydaje się Wam, że nie lubicie kokosowego smaku, zapewniam, że po tym cieście zmienicie zdanie. Ja się nim zajadałam, a przecież za kokosem nie przepadam.
Choć może jednak...?

wtorek, 26 kwietnia 2016

Materializm i ciasteczka. Cytrynowe z kokosem

Jak najlepiej pocieszyć kobietę, której najlepsza przyjaciółka właśnie wyprowadziła się tysiąc kilometrów na południowy wschód? Męska logika podpowiada najprostsze rozwiązanie: zakupy
Jasne, dlaczego nie. Nie wiadomo, czy pomogą, ale nie zaszkodzą z pewnością. Jedynie mogą nadszarpnąć domowy budżet, gdy wyżej wymieniona kobieta nie będzie się mogła powstrzymać przed zakupem trzeciej letniej sukienki z rzędu (co być może nie jest najrozsądniejszym posunięciem w dniu, gdy jeszcze rano padał śnieg, szczelnie przykrywając krzywe, sypialniane okno). Jeszcze tylko marynarka w najpiękniejszym odcieniu pudrowego różu, i kobieta zdecydowanie zyskała na humorze. Może nie jest idealnie i łza się w oku kręci na myśl o środzie bez kawy w najlepszym możliwym towarzystwie, ale jest lepiej.
A podobno pieniądze szczęścia nie dają...

Nie posądzajcie mnie zaraz o materializm i konsumpcjonizm. Jestem materialistką w pewnym stopniu, ale ciężko się przed tym uchronić w dzisiejszych czasach. Namiętnie kupuję książki i kuchenne gadżety, lubię ładne sukienki i niepraktyczne buty na wysokich obcasach (niekoniecznie od Manolo Blahnika), a o własnym domu marzyłam od dawna. Teraz niesamowitą frajdę sprawia mi kupowanie mebli i drobiazgów, które zamienią house w home (jakże brakuje mi polskich określeń na tę subtelną, a jakże istotną różnicę!). 
Co więcej - nie wstydzę się tej odrobiny materializmu, która towarzyszy mi w życiu. Dopóki mieć nie znaczy być, a ponad wszystko stawiam po prostu czas spędzony z najbliższymi, równowaga jest zachowana, a priorytety są na swoim miejscu. 

A Wy? W jakim stopniu jesteście materialistami?
Bo ci, którzy twierdzą, że nie są, najprawdopodobniej próbują oszukać innych.
Albo siebie.

Po tych głębokich rozważaniach czas na coś prostszego: ciasteczka. Przepis z bloga Bistro Patio sprawdził się, gdy miałam niewiele czasu. Nieco tylko zmieniłam ich prezencję: z bardziej eleganckich z polewą powstały proste ciasteczka z wytłoczonymi napisami (idealnie się do tego nadają, gdyż nie rosną podczas pieczenia). Lekko cytrynowe, trochę kokosowe, kruchutkie i uzależniające. Banalnie proste, niesamowicie urocze w formie mini ciasteczek; choć oczywiście można użyć większych foremek.
Prosta rzecz, a cieszy.
To też prawda, prawda...?

Ciasteczka cytrynowe z kokosem


Składniki:
(na około 100 malutkich ciasteczek)
  • 240 g mąki pszennej
  • 40 g mąki ziemniaczanej
  • 75 g cukru pudru
  • 35 g wiórków kokosowych
  • skórka otarta z 2 cytryn
  • 180 g zimnego masła
  • 1 żółtko

Mąki i cukier puder przesiać, wymieszać z wiórkami i skórką cytrynową. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na grubość 3-4 mm, wykrawać ciastka dowolnymi foremkami. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach (ciasteczka nie rosną).

Piec w 180 st. C. 10-12 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Chyba ostatnio za dużo filozofuję...

sobota, 5 marca 2016

Kokosowy pudding chia. Dla zabieganych

Zabiegana jestem okrutnie. Szczególnie rano brakuje mi czasu na cokolwiek. I jakoś nie mogę się zmusić, żeby wstawać jeszcze wcześniej i robić sobie śniadanie. Zazwyczaj zjadam jabłko lub, ostatnio, kiwi, czasem banana, i pędzę do pracy. A tam, po jakiejś godzince, dopada mnie głód. No dobra, mały głodek raptem... Niemniej, jak możecie sobie z pewnością wyobrazić, otoczona jestem przez ciasta, ciastka i ciasteczka, co tylko potęguje ssanie w żołądku. W końcu, skuszona smakołykami, sięgam po drożdżóweczkę, albo - czyste szaleństwo! - po kawałek ciasta z bitą śmietaną... 
W końcu jednak powiedziałam sobie: dość! Tak dalej być nie może. Nie chcę skończyć praktyk dwa razy grubsza i ani trochę wyższa, niż zaczęłam. Pierwszy krok - śniadanie w domu, które nasyci mnie na tyle, że będę mogła smarować biszkopty kremem, i nie podjadać. Kanapki są na drugie śniadanie, owsianka...? Za długo. Granola jest dobrym rozwiązaniem (koniecznie domowa!), ale od czasu do czasu potrzeba zmiany. Z czeluści szafki wygrzebałam więc zapomniane nasionka szałwii hiszpańskiej (która, wbrew pozorom, pochodzi z Meksyku i Gwatemali), i przygotowałam sobie pudding. Jest to genialna opcja z tego względu, że całą pracę (której jest, prawdę powiedziawszy, niewiele), należy wykonać wieczorem. Rano tylko dodać elementy chrupiące i owoce, i można wcinać.

Taki niepozorny pudding syci na długo i smakuje naprawdę dobrze. Małe, ciemne ziarenka, nawet po nocy moczenia się w mleku, nadal delikatnie chrupią. Ta wersja jest obłędnie kokosowa (jeśli pudding rano będzie zbyt gęsty, można dolać odrobinę mleka i wymieszać) i niezbyt słodka. Mi zasmakowała bardzo.
I na podwieczorek się nada, a nawet na zdrowy deser.
Czego chcieć więcej...?

Kokosowy pudding chia z jeżynami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 400 ml mleka kokosowego
  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
dodatkowo:
  • chipsy kokosowe
  • jeżyny
Mleko kokosowe, miód i chia dokładnie wymieszać. Przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia przełożyć do szklanek, udekorować chipsami kokosowymi i jeżynami.

Smacznego!


Chia jeszcze się z pewnością u mnie pojawi, bo coraz bardziej lubię te maleńkie kuleczki.
Może nawet w duecie z czerwonymi pomarańczami...?

czwartek, 14 stycznia 2016

Proste ciasto kokosowe. Z jabłkami i żurawiną

Ewidentnie brakuje mi energii. Ostatnio pisząc z Tatą, musiałam się bardzo mocno wysilić, żeby w połowie konwersacji głowa nie opadła mi na klawiaturę. Przeglądanie przepisów na ulubionych blogach to jedno z moich ulubionych zajęć w czasie wolnym; aktualnie dziesięć stron to maksimum. Później oczy zaczynają mi się kleić, literki robią się coraz mniejsze i nawet najapetyczniejszy sernik nie jest w stanie mnie pobudzić. Na czytanie książek staram się przeznaczać minimum pół godziny dziennie, plus nieco ponad godzina słuchania audiobooka w aucie. Mimo szczerych chęci, nie potrafię się skupić na tekście i następnego dnia nie pamiętam nic z tego, co przeczytałam. Trzeba zaczynać od początku... Na szczęście powieści z radia dają radę.

Za obecny stan rzeczy winię pogodę i pracę. Tą pierwszą z oczywistych względów: na zmianę deszcz ze śniegiem, plucha, a jednocześnie lód na drogach. Szaro, buro i ponuro. I choć dzień jest już dłuższy od tego najkrótszego w roku o niemal godzinę, świat nadal spowijają ciemności przez większość doby. Absolutny brak motywacji do jakichkolwiek działań.
Praca to zupełnie inna sprawa. Uwielbiam tam jeździć, spędzać dni na temperowaniu czekolady, robieniu ciast z kremem i - ostatnio - festelavnsboller (czyli bułeczek z ciasta duńskiego z kremem i bitą śmietaną, pieczonych właśnie w okresie karnawału). Nawet wałkowanie metrów kruchego ciasta nie sprawia mi już problemów. Ale przez te dziewięć-dziesięć godzin tak się wyeksploatuję, że w domu nie mam ochoty na nic innego niż ułożenie się na kanapie i wpatrywanie w sufit. I wiem, że muszę się wziąć za siebie, bo tak się przecież żyć nie da, ale... Czekam na jakiś znak. (Bo przecież nie napiszę, że się poddałam...)

W takich chwilach jedynym, na co jeszcze jestem w stanie wykrzesać z siebie chęci, jest ciasto muffinkowe. Suche składniki do jednej miski, mokre do drugiej, wymieszać, upiec i gotowe. Nie trzeba przy tym nawet myśleć! Tym razem upiekłam więc ciasto na jogurcie greckim, który ostatnio ciągle mam w lodówce (a C. się zastanawia, co ja z nim właściwie robię...), dodałam wiórków kokosowych i kokosowego cukru. Dzięki niemu ciasto ma cudownie karmelowy kolor i smak. Na wierzchu wylądowały jabłka i żurawiny, bo taki miałam kaprys. Okazało się, że całość smakuje wybornie. Ciasto jest dość ciężkie, konkretne, a jednocześnie puszyste. Wyborne z kwaskowatymi żurawinami.

Ciasto kokosowe z jabłkami i żurawiną


Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)
  • 225 g jogurtu greckiego
  • 3 jajka
  • 100 ml oleju
  • 250 g mąki pszennej
  • 110 g cukru kokosowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 30 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 2 jabłka
  • 100 g świeżej żurawiny

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z cukrem i wiórkami kokosowymi.
Jajka roztrzepać, wymieszać z jogurtem, olejem i ekstraktem. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do ich połączenia.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki, naciąć wierzch w kratkę. Ułożyć jabłka na cieście, pomiędzy nimi wcisnąć żurawinę.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

Jeśli nie macie cukru kokosowego, możecie zastąpić go ciemnym muscovado lub po prostu zwykłym, białym. Ale przy tym ostatnim wypiek straci swój kolor i posmak karmelu.

środa, 9 września 2015

Ciasteczka na każdą pogodę

Jak tam u Was z pogodą? Wczoraj rozmawiałam z Rodzicami i ze zdziwieniem patrzyłam na Mamę opatuloną w ciepły sweter. Podobno jest zimno i nieprzyjemnie, a po tropikalnych upałach nie ma nawet śladu. I choć w większości narzekaliśmy na te nieludzkie temperatury, to co niektórzy już zaczynają za nimi tęsknić...
Nie ja jednak. U nas bowiem pogoda jest wprost zachwycająca - słonecznie i ciepło, w okolicach dwudziestu stopni. Idealna pora na spacery, z czego wczoraj skwapliwie skorzystaliśmy. C. wrócił z pracy wyjątkowo wcześnie, szybko więc przebrał się w szorty i pojechaliśmy nad jezioro. Szum liści, ten charakterystyczny, trudny do opisania dźwięk fal uderzających o brzeg, i ostatnie jagody sprawiły, że spędziliśmy tam kilka fantastycznych godzin. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na ostatnie już chyba lody w plenerze; usiedliśmy na bulwarze i podziwialiśmy słońce chowające się za budynkami... Pięknie było.
Taką jesień to ja lubię.

Na tego typu wycieczki dobrze jest zabrać ze sobą jakąś drobną przekąskę. Ciasteczka na przykład. Owsiane sprawdzą się idealnie, dodadzą energii do dalszych spacerów.
Słynne, australijskie ciasteczka anzac będą wprost wymarzone. O ich powstaniu czytaliście już za pewnie nie raz, więc daruję Wam opowieści o cierpliwych matkach, żonach i córkach, piekących, pakujących i wysyłających ciasteczka na front do swoich dzielnych mężczyzn. Zamiast tego powiem Wam, że te ciasteczka są proste i szybkie w przygotowaniu, sycące i smakują naprawdę wyśmienicie. Dokładnie tak, jak ciasteczka owsiane smakować powinny.

A jeśli u Was pogoda już do spacerów nie nastraja - nie martwcie się, nic straconego. Można ciasteczka upiec i zapakować do puszki (doskonale się przechowują) i obdzielać nimi członków rodziny wracających z pracy, ze szkoły czy innych niezwykle ważnych i męczących wojaży. Nikt takiego ciasteczka nie odmówi. Gwarantuję.

Ciasteczka owsiane anzac

Składniki:
(na 25-30 ciasteczek)
  • 170 g płatków owsianych
  • 150 g mąki
  • 100 g cukru
  • 80 g wiórków kokosowych
  • 125 g masła
  • 2 łyżki złotego syropu
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżka wrzącej wody

Masło rozpuścić w garnuszku, dodać złoty syrop, dobrze wymieszać (nie gotować).
Sodę rozpuścić we wrzącej wodzie, dolać do masła, wymieszać.Mąkę przesiać, dodać płatki, cukier i wiórki kokosowe, wymieszać.Do mąki wlać masło, wymieszać na jednolitą masę. Będzie dość gęsta.

Układać porcje ciasta na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, spłaszczać - ciasteczka nie będą rozlewać się na boki prawie wcale podczas pieczenia.

Piec 10-15 minut w 180 st. C. na złoty kolor.

Ostudzić na blaszce - będą bardzo miękkie, stwardnieją w czasie stygnięcia.

Smacznego!

Nie wiem tylko, skąd mam przepis... Zapisany był na jakimś skrawku papieru, bez dodatkowych informacji. Receptura jednak jest bardzo popularna i wielokrotnie była zmieniana, ciężko więc będzie dokopać się do źródła...

środa, 2 września 2015

Zdrowy deser? To możliwe!

Dziś kolejny dzień wyzwania u Ani. O zdrowym deserze miało być. Muszę przyznać, że poczułam się zmotywowana. Kto tu zagląda, ten wie, że kalorii nie liczę, i to zdecydowanie smak gra pierwsze skrzypce w mojej kuchni. Prawda jest taka, że na obiad mogę zjeść brokuła popijając wodą, ale na deser muszę mieć coś dobrego i słodkiego. Dzień bez deseru dniem straconym, jak mawiają słynni cukiernicy (nie wiem, którzy konkretnie, nie pytajcie mnie zatem).

Od czasu do czasu sięgam jednak po coś zdrowszego - na deser miska owoców (w sezonie) albo domowy kisiel na jakimś porządnym soku lub przecierze. Pycha! Jakiś czas temu kupiłam również słynne już nasionka chia - w blogosferze jedzą je wszyscy. Mnie przerażała cena, ale w końcu znalazłam małą paczuszkę w przecenie i postanowiłam zaryzykować. Kupiłam, schowałam do szuflady, i na jakiś czas zupełnie o nich zapomniałam. Aż tu Ania ze zdrowym deserem wyskoczyła, a chwilę później na blogu u Angie zobaczyłam taką propozycję. Wygląda jak marzenie, jest mocno owocowa, w jej składzie chia, a nie ma cukru, kremówki i innych tego typu dobroci. Wygląda ładnie i zdrowo - trzeba więc było spróbować.

Robi się to cudo bardzo prosto i szybko, nie licząc oczywiście całonocnego oczekiwania. Ale wtedy się śpi, a nie czeka na deser, więc tak jakby się nie liczy. Potem wystarczy już wyżyć się na bananie, i deser gotowy. Albo śniadanie, podwieczorek, a nawet kolacja. Jak się komu podoba, bo pudding ten niezwykle jest uniwersalny. Ja go zjadłam jako przekąskę w ciągu dnia, na drugie śniadanie można by rzec. I muszę przyznać, że bardzo mi zasmakowało. Chia zrobiły się miękkie, z lekko kwaśnymi malinami i słodkim musem bananowym smakowały wyśmienicie. W dodatku miałam świadomość, że nie wrzucam w siebie pustych kalorii, co nawet mnie niejako ucieszyło. Najważniejsze jednak, że wyszło pysznie!
Spróbujecie...?

Malinowo-bananowy pudding chia

Składniki:
(na 1 solidną porcję)

  • 3 łyżki nasion chia
  • 2 łyżeczki miodu
  • 1 łyżka wiórków kokosowych
  • 250 ml mleka
  • 125 g malin
dodatkowo:

  • 1 banan
  • 2 łyżki mleka
Maliny rozgnieść widelcem (2-3 odłożyć do dekoracji), wymieszać z miodem, mlekiem, wiórkami i nasionami. Przykryć folią spożywczą, odstawić na noc do lodówki.
Przed podaniem obrać banana, odkroić 2-3 plastry do dekoracji, resztę rozgnieść widelcem, wymieszać z mlekiem.
Pudding przełożyć do szklanki lub słoika, na wierzch wyłożyć mus z banana. Wierzch udekorować odłożonymi owocami. 

Smacznego!

A jeśli ktoś ma czas, chęć i możliwości, to będę wielce zobowiązana za trzymanie kciuków jutro w okolicach ósmej rano. Ach, żeby tylko się udało!

wtorek, 19 maja 2015

Nie tylko dla dzieci

Dorośli - generalnie rzecz biorąc - lubią torty. Wiadomo, nie codziennie, bo po pierwsze zdrowy rozsądek, a po drugie nawet największy łasuch by wymiękł, jakby miał dzień w dzień pałaszować kawał ciacha z obłędnie słodkim kremem. Niemniej, od czasu do czasu, każdy z nas z przyjemnością sięga po kawałek tortu. Oczywiście, preferencje są różne - krem maślany, śmietanowy, a może mus czekoladowy lub owocowy? Lekki biszkopt lub jakaś cięższa baza, albo dla odmiany beza. Owoce, karmel, orzechy - możliwości dodatków są nieograniczone. Każdy, nawet największy wybredziuch, znajdzie coś dla siebie. 
Ale co z dziećmi? Nie dla nich nieporęczne trójkąty, wszystko brudzące i lepiące kremy. Zjedzą łyżeczkę, może dwie i grzecznie podziękują, albo po prostu uciekną się bawić. Czym więc zadowolić wybredne podniebienia małych smakoszy? Odpowiedź jest, wbrew pozorom, prosta: babeczkami. Najlepiej w wersji mini. Takimi, które da się łatwo złapać w biegu, które nie wybrudzą wszystkiego i wszystkich, a najlepiej, żeby jeszcze były kolorowe. Takie maleństwa znikają w małych brzuszkach zaskakująco szybko, a i starsi biesiadnicy z przyjemnością sięgają po takie słodkości.

Te babeczki przygotowałam już niemal miesiąc temu, ale znów - jakoś nie było okazji o nich napisać. Szkoda, żeby przepały w czeluściach dysku, bo są naprawdę urocze i pyszne. Intensywnie kokosowa babeczka z delikatnie truskawkowym, bezowym kremem, który smakuje jak ciepłe lody. Dzieciaki je uwielbiają, a dorośli z rozrzewnieniem wspominają dawne czasy. Spróbujecie?

Mini muffinki kokosowe z bezą truskawkową

Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 170 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 60 g cukru kokosowego
  • 3 łyżki wiórków kokosowych
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 45 ml oleju

beza truskawkowa:
  • 2 białka
  • 100 g truskawek
  • 220 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • kilka kropli czerwonego barwnika spożywczego w paście

dodatkowo:
  • 2 łyżki wiórków kokosowych

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, solą, cukrem i wiórkami kokosowymi. Jajko roztrzepać, wymieszać z maślanką i olejem. Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Truskawki zmiksować blenderem na gładką masę. Mus razem z cukrem i wodą umieścić w garnuszku, podgrzewać, aż syrop osiągnie temperaturę 115 st. C. 
Białka ubić prawie na sztywno, powoli wlewać gorący syrop. Ubijać kolejne 10 minut, aż masa całkowicie ostygnie. Ewentualnie dodać barwnik, jeśli kolor wyjdzie zbyt blady.

Bezę przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki. Wyciskać na muffinki, posypać wiórkami kokosowymi.

Smacznego!

Od razu przypomniałam sobie tamten kwietniowy dzień - znajomi, grill, słoneczko... Miło było.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Śniadanie idealnie chrupiące - granola

Ten tydzień, a szczególnie jego końcówka, wypadł bardzo pracowicie. Do środy jeszcze jakoś było, ale teraz to już sama nie wiem, za co się łapać. Rano szkoła, dzisiaj i jutro do pracy na całe popołudnie. W sobotę, teoretycznie, mogę trochę odespać, ale jednocześnie wisi nade mną widmo tortu na niedzielę. I to nie byle jakiego, bo na nieoficjalne drugie urodziny małej Natalki. Nieoficjalne - bo w teorii ma to być tylko przyjacielski grill. Ale skoro maluch ma urodziny, no to przecież aż głupio pojawić się bez tortu... Na szczęście plan jest - zobaczymy, jak mi pójdzie realizacja... Oby efekt był zadowalający - szczególnie, że taki tort mam zamiar zrobić po raz pierwszy...

W każdym razie, chodzi mi o to, że czasu mam jak na lekarstwo. Jeść nawet nie ma kiedy! Przygotowałam więc kolejny słój pełen granoli, tym razem takiej zdrowszej - bez cukru, za to z miodem, dużą ilością suszonych owoców i orzechów, z sokiem jabłkowym. Pomysł znalazłam u Leny, ale jak już wylądowałam w kuchni, to zaczęłam go radośnie rewolucjonizować. Wyszło coś niebiańsko pysznego - słodka, sycąca, chrupiąca - granola idealna (a bez czekolady!). 
Jeśli szukacie pomysłu na błyskawiczne i pożywne śniadania - to jest coś dla Was. W dodatku smakuje tak dobrze, że mogłabym śniadania jeść na obiad i kolację!

Granola lekko egzotyczna

Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g orzechów nerkowca
  • 40 g chipsów kokosowych
  • 50 g miodu
  • 200 ml soku jabłkowego bez cukru
  • 75 g suszonej żurawiny
  • 75 g suszonych moreli

Orzechy grubo posiekać, chipsy kokosowe lekko połamać. Wymieszać w dużej misce z płatkami owsianymi.
Sok jabłkowy lekko podgrzać z miodem, żeby składniki się połączyły. Zalać płatki, dokładnie wymieszać. Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 30 minut, 3-4 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Przestudzić, dodać żurawinę i posiekane morele, wymieszać.
Przechowywać z szczelnym słoiku do 2 tygodni.

Smacznego!

A na zdjęciu mój cudowny słój, który mnie w końcu zmotywował do upieczenia pierwszej granoli. Znalazłam go w Netto, i tak mi się spodobał, że nie mogłam mu się oprzeć. Gdy C. zapytał, co ja w takim wielkim słoju będę trzymać, odpowiedź nasunęła się sama...
Okazuje się jednak, że te dwa litry to zdecydowanie za mało - bo C. w granoli też zasmakował, i znika, nim zdążę się obejrzeć.

sobota, 20 grudnia 2014

Makowa panienka

Dzisiaj będzie krótko. Choć bardzo staram się, żeby nie dopadła mnie przedświąteczna gorączka, ostatnie dni mam po brzegi wypełnione przygotowaniami. Sprzątanie (niby niedawno wszystko wysprzątałam, ale jakoś przed Świętami potrafię znaleźć zakamarki, o których normalnie w ogólne nie myślę, i oczywiście dla spokoju ducha muszę je posprzątać), a dzisiaj jeszcze kupowanie ostatnich prezentów. Właściwie to jednego - dla taty C. No i mój mężczyzna kombinuje, jak mi coś kupić i ukryć, żebym nie wyniuchała. Nie wie, że jego paczuszka już grzecznie czeka w miejscu dostępnym tylko wtajemniczonym... 
W każdym razie - czasu na pisanie wiele nie mam, bo czuję się popędzana. I zmęczona - może przenoszenie i obracanie samej łóżka na wszystkie możliwe strony nie było takim dobrym pomysłem...? Ale dumna z siebie jestem - sypialnia lśni! Jutro jeszcze tylko łazienka i pokój z choinką, i mogę czekać na Święta.

Na osłodę mam wyjątkowo pyszne ciasto. Makową panienkę zobaczyłam u Pomidorowej Ani już dość dawno temu, i od razu zapisałam przepis do zrobienia. Ale jakoś tak... Święta minęły, a po nich do maku niekoniecznie mnie ciągnie... Przepis więc czekał i czekał, aż się doczekał. Przygotowanie ciasta nie jest skomplikowane - ubić białka z cukrem, dodać żółtka, a potem sypkie składniki, delikatnie wymieszać łyżką i upiec. Krem to typowy krem budyniowo-maślany - trzeba pamiętać, żeby i budyń, i masło, miały tę samą temperaturę, najlepiej pokojową. Wtedy wszystko ładnie się połączy na idealnie gładki krem. Który jest trochę nietypowy, bo mocno cytrynowy. Dla mnie mógłby być troszkę słodszy, ale innym bardzo smakowało właśnie takie połączenie: kwaskowaty krem i dość słodkie ciasto. Do tego polewa z białej czekolady i chrupiące płatki migdałowe - coś pysznego! W dodatku wygląda uroczo. Może spróbujecie takiego ciasta zamiast tradycyjnego, zwijanego makowca, który lubi robić psikusy...?

Makowa panienka

Składniki:
(na formę 32x40 cm)

ciasto makowe:
  • 115 g suchego maku
  • 100 g wiórków kokosowych
  • 100 g cukru
  • 100 g posiekanych migdałów bez skórki
  • 50 g mielonych migdałów
  • 8 białek
  • 4 żółtka

krem:
  • 2,5 opakowania budyniu waniliowego (po 40 g)
  • 375 ml mleka
  • 200 ml soku z cytryny
  • 80 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 4 żółtka
  • 200 g miękkiego masła

dodatkowo:
  • 150 g białej czekolady
  • 30 g płatków migdałowych

Mak wymieszać z wiórkami kokosowymi i migdałami.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami wsypując cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać suche składniki, delikatnie mieszając łyżką.
Ciasto wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, wyrównać.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mleko wymieszać z sokiem z cytryny. Odlać 100 ml do kubeczka, resztę zagotować. Do zimnego mleka dodać budyń, cukier i cukier waniliowy, dokładnie wymieszać. Powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Gotować na średnim ogniu, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć z palnika, dodać żółka, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Gdy budyń osiągnie temperaturę pokojową, po kawałku dodawać miękkie masło, ucierając na gładki krem.

Ostudzone ciasto przekroić na pół w pionie (tak, żeby otrzymać dwa kawałki o wymiarach 32x20 cm). Na paterze ułożyć jeden kawałek, wyłożyć krem, przykryć drugim blatem ciasta. Schłodzić w lodówce.

Płatki migdałowe podprażyć na suchej patelni. 
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, rozprowadzić na cieście. Posypać płatkami migdałów, odstawić do zastygnięcia.

Ciasto przechowywać w lodówce, ale podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

To ja pędzę - po prezent trzeba bowiem jechać aż do Aarhus. Nie ma jednak tego złego - przy okazji mam zamiar odwiedzić mój ulubiony targ; liczę na jakieś ciekawe zdobycze (czerwone pomarańcze może...?). 
Miłej soboty!

środa, 2 kwietnia 2014

Przedwielkanocna próba, czyli babeczki kokosowe

Wczoraj był Prima Aprilis - robiliście jakieś żarty? Udało Wam się kogoś nabrać?
Pamiętam, że gdy byłam mała, wpadałam w dziki wręcz zachwyt, kiedy udało mi się nabrać Babcię, że ma dziurę w pończosze. Właśnie takie żarty były u nas na topie - chwila niepokoju, a potem szeroki uśmiech. Za drugim czy trzecim razem Babcia była niemal pewna, że stroję sobie żarty, i tylko ukradkiem zerkała, żeby to sprawdzić. To były czasy...
W Danii nie ma tej tradycji, nie mam z kim dowcipkować. Szkoda...

Jak dobrze wiecie (albo i nie), boję się ciast ucieranych. Z pozoru proste, każdemu wychodzą bez problemów. Ja bardzo często wyciągam z piekarnika wspaniałe zakalce, które doprowadzają mnie do rozpaczy. Nie poddaję się jednak, i dzielnie próbuję od czasu od czasu.
Niedługo Wielkanoc, nie można więc nie myśleć o babce. Babcia robiła drożdżową, Mama kisielową, a ja...? Jeszcze nie wiem, nie zdecydowałam się. Może kiedyś uda mi się znaleźć przepis, który wszystkich oczaruje i zawsze będzie mi wychodził. Na razie szukam i próbuję.

Na blogu Happy vege znalazłam niedawno przepis na babkę intensywnie koksową. Miałam mleko kokosowe po serniku, i pomyślałam sobie, że to idealny pomysł. C. uwielbia wszystko, co kokosowe, więc byłam pewna, że zje z przyjemnością.
Babka rzeczywiście jest bardzo intensywna w smaku - wiórki i mleko robią swoje. Pachnie ślicznie. Jest sycąca i wilgotna, zjedzenie całej porcji na raz okazało się nie lada wyzwaniem.
Najpierw chciałam polać ją białą czekoladą, ale stwierdziłam, że będzie za słodko. Jeśli wolicie białą wersję, proponuję zmniejszyć ilość cukru w cieście. Wierzch udekorowałam truskawkami. Hmm... Te hiszpańskie, niestety, nie smakują najlepiej. Taką miałam ochotę, że nie mogłam się oprzeć, ale daleko im do prawdziwych, czerwcowych truskawek. Były jakby... Chrupiące. A co jak co, ale truskawki chrupiące być nie powinny. Wyglądały jednak prześlicznie na babeczkach.

Swoje ciasto upiekłam w małych foremkach na babeczki, ale można je upiec w dużej formie (taka na 1,5 l powinna wystarczyć), trzeba tylko pamiętać, żeby przytrzymać ją wtedy dłużej w piekarniku.

Babeczki intensywnie kokosowe

Składniki:
(na 5 sztuk)
  • 250 ml mleka kokosowego
  • 275 g mąki pszennej
  • 120 g cukru
  • 1,25 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 25 g budyniu śmietankowego (proszek)
  • 70 g wiórków kokosowych
  • 2 jajka
  • 75 ml oleju

dodatkowo:
  • 100 g ciemnej czekolady (50%)
  • 5 truskawek

Jajka dobrze ubić, partiami dodawać cukier. 
Mleko wymieszać z olejem, mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z budyniem i wiórkami kokosowymi. Do ubitych jajek na zmianę dodawać składniki płynne i suche, miksując na najniższych obrotach miksera. 
Foremki na mini babeczki posmarować masłem i wysypać mąką. Przelać masę do foremek.

Piec w 170 st. C. 30-35 minut.
Przestudzić 10-15 minut, wyjąć z formy i ostudzić całkowicie.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, oblać nią ostudzone babeczki. Każdą udekorować truskawką.

Smacznego!

Po zmianie czasu poranki stały się - znów - zaskakująco ciemne. Niezbyt to przyjemne, niestety...

Babki Wielkanocne 2015

poniedziałek, 24 marca 2014

Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty! I wiosenne serniczki

Pogoda dzisiaj już zupełnie wiosenna. W weekend głównie padało, choć udało nam się wykraść chwile bez deszczu na spacer z Ptysią. Za to dziś, od samego rana, słońce świeci mi w oczy. Białe obłoczki leniwie płyną po niebie, a wiatr zamiast je poganiać, ledwie delikatnie muska. Nie sposób oprzeć się wołaniu - koniecznie trzeba wyjść z domu. Bez zimowego płaszcza, z szalem niedbale zarzuconym na szyję. Nieużywane od pół roku trampki znów stały się potrzebne. 
Taką wiosnę to ja ja lubię... Mam nadzieję, że pogoda będzie już tylko lepsza (innej opcji po prostu nie przyjmuję do wiadomości). 

A na przywitanie wiosny mam wyjątkowy sernik. Pieczony, bo już bardzo dawno właśnie takiego u mnie nie było. Na samych białkach, które zostały po sosie, a które dodatkowo ubiłam; dlatego jest to najdelikatniejszy, najlżejszy sernik pieczony, jaki na blogu znajdziecie. Po prostu rozpływa się w ustach. Intensywnie kokosowy, pachnie zniewalająco. Bialutki, świetnie komponuje się z czerwienią truskawek. Dzięki ananasowym kwiatom prezentuje się wręcz widowiskowo.
Kwiaty nie są trudne do wykonania - trzeba jedynie pokroić ananasa w jak najcieńsze plasterki. Potem już tylko wystarczy ususzyć go w piekarniku - czas suszenia zależy od grubości plastrów. Najlepiej sprawdzać organoleptycznie - kiedy kwiaty będą suche i sztywne, są gotowe. Pomysł widziałam na wielu blogach, podobno wymyśliła je Martha Stewart. Nie wiem, nie doszukiwałam się źródła. Mi wystarczy, że efekt jest rewelacyjny.

Kokosowe mini serniczki z ananasowymi kwiatami

Składniki:
(na 10 sztuk)

spód:
  • 65 g ciastek digestive
  • 10 g wiórków kokosowych
  • 30 g masła

masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 150 ml mleka kokosowego
  • 60 g cukru
  • 2 białka

dodatkowo:
  • 250 ml śmietany kremówki
  • 100 g serka mascarpone
  • 10 truskawek
  • 5 łyżek chipsów kokosowych
  • 2,5 łyżeczki cukru kokosowego

kwiaty:
  • 1/2 świeżego ananasa

Przygotować kwiaty:
Ananasa obrać, pokroić na jak najcieńsze plastry: 2-3 mm grubości. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Suszyć w 100 st. C. przez 2 godziny, w połowie suszenia obrócić.

Jeszcze plastyczne plastry przełożyć do formy na muffiny, żeby uformować płatki.

Suszyć w 100 st. C. przez 30-60 minut, aż przestaną być miękkie.
Ostudzić w piekarniku.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce do 3 dni (potem mogą zacząć łapać wilgoć).

Ciastka pokruszyć, wymieszać z wiórkami i rozpuszczonym i przestudzonym masłem. 
Formę na muffiny dokładnie wysmarować masłem lub wyłożyć papilotkami. Równomiernie wyłożyć masę ciasteczkową, dobrze ugnieść na dnie. 
Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Serek zmiksować z mlekiem kokosowym i połową cukru. Białka ubić na sztywną pianę, po koniec partiami dodając pozostały cukier. Delikatnie wmieszać łyżką białka do masy serowej. Wyłożyć masę na wcześniej schłodzone spody, równo z formą.

Piec w 130 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić w zamkniętym piekarniku.
Ostudzone serniczki schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Kremówkę ubić na sztywno z mascarpone. Wyłożyć na serniczki, udekorować truskawkami, kwiatami z ananasa i chipsami kokosowymi, posypać cukrem kokosowym.
Podawać zaraz po udekorowaniu.

Smacznego!

A teraz pora zacząć upodabniać się do człowieka, bo za chwilę muszę wyjść z domu nieco dalej, niż do parku. W taką pogodę jednak to sama przyjemność.

Serniki dla Miksera - edycja 1.14

czwartek, 6 marca 2014

Flapjacks po raz pierwszy

Bardzo lubimy płatki owsiane. Na zimno z mlekiem i odrobiną cukru, lub w formie owsianki (najlepsza z jabłkami i odrobiną cynamonu, choć próbujemy różnych wariacji). Ciasteczka owsiane też nie są mi obce, choć bardzo rzadko je robię. Dlaczego? Dobre pytanie. Nie mam pojęcia - jakoś zawsze jest coś bardziej interesującego czy efektownego. Dlatego gdy w propozycjach wspólnego gotowania na marzec pojawiły się flapjacki, wiedziałam, że to będzie idealna okazja do przygotowania czegoś na bazie płatków. 

Nigdy nie robiłam flapjacks. Musiałam więc sobie troszkę poczytać - okazuje się, że to krajanka - pieczemy całość w formie, a potem kroimy w kwadraty lub prostokąty. Słodka, lepka, bardzo sycąca. Oj tak, to musiało być coś pysznego...
Okazało się też, że flapjcki są błyskawiczne w przygotowaniu - o ile nie trzeba iść w trakcie do sklepu, bo nagle okazało się, że w domu jest tylko sto osiemdziesiąt siedem gram płatków owsianych. Ale nawet wliczając ten mały wypad, przygotowania zamykają się trzydziestu minutach. Potem dwadzieścia na pieczenie, i dłużące się oczekiwanie, aż ciasto ostygnie i będzie je można pokroić. Ciepłe bowiem się pokruszy.

Moje flapjacki są kokosowe, słodkie, lepkie i lekko ciągnące. Z jagodami, które wręcz eksplodują między zębami, ożywiając całość. Wyszły pyszne i sycące, idealne na drugie śniadanie. Jeśli jeszcze nie próbowaliście - jak najszybciej naprawcie ten błąd.

Flapjacks miałam przyjemność przygotować wspólnie z Panną Malwinną oraz Siaśką, a inspirowałam się przepisem z bloga Frugalfeeding.

Kokosowe flapjacki z jagodami

Składniki:
(na formę 25x25 cm)
  • 300 g płatków owsianych
  • 150 g masła
  • 65 g cukru
  • 40 g cukru kokosowego
  • 3 łyżki złotego syropu
  • 40 g chipsów kokosowych
  • 125 g jagód (świeżych lub mrożonych)

Masło, oba cukry i syrop rozpuścić w garnuszku.
Płatki owsiane wymieszać z chipsami kokosowymi, wlać masło, dokładnie wymieszać. Dodać jagody, delikatnie wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia.
Przełożyć masę do formy, ugnieść łyżką lub dłonią uważając, żeby nie rozgnieść jagód.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut, aż brzegi się zezłocą.
Ostudzić.

Ciasto pokroić w kwadratu lub prostokąty, przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

Ostatnio nie ciągnie mnie do komputera - w szkole mnóstwo zadań wiąże się z siedzeniem przed monitorem; na szczęście skończyliśmy projekt, i mogę znów zapomnieć, jak działa Power Point. 
Ja jakaś nie z tej epoki jestem chyba...

czwartek, 20 lutego 2014

O nowej szkole słów kilka i bardzo duńskie ciasto. Z kokosem

Na początek może odpowiem na pytanie powtarzające się nieustannie - do szkoły poszłam jako uczennica, nie nauczycielka, choć może w moim wieku nie powinnam się do tego przyznawać... Z drugiej strony Dania ma to do siebie, że tu osoby nawet w okolicach sześćdziesiątki śmiało idą się uczyć, i nikogo to nie dziwi, i nikt na nich nie patrzy z politowaniem kątem oka. Cieszy mnie to ogromnie i utwierdza w przekonaniu, że szkoła językowa to jak najbardziej miejsce dla mnie.

Muszę przyznać, że pierwszy dzień nieco mnie rozczarował - dostałam ksero tekstu, który pozostali uczniowie mieli przeczytać przez zimowe wakacje, po piętnastu minutach dyskusji na temat zostaliśmy podzieleni na grupy, i przez kolejne dwa tygodnie w tychże grupach będziemy przygotowywali prezentację. Trafiło mi się dwóch dopiero co nie-studentów, i żeby zrozumieć ich poczucie humoru, musiałam cofnąć się mentalnie do liceum. Do tego trzeci pan, którego głównym zainteresowaniem jest aktualnie olimpiada, i o niczym innym nie mówi. Jest jeszcze dziewczyna z Indii - bardzo sympatyczna, ale pojawia się i znika w niezrozumiałym dla mnie systemie. 
Po ponad dwóch godzinach prób i błędów dojścia z nimi do ładu, trafiłam na kolejne zajęcia, które polegają na zajęciu się sobą. Dopóki siedzi się cicho i nie przeszkadza, można robić, co się chce. Teoretycznie mamy się w tym czasie uczyć, praktycznie szczęśliwcy, którzy załapią się na stanowisko przed komputerem spędzają dwie godziny na twarzoksiążce, reszta gra w scrable, nieliczni odrabiają zadania domowe. Sama usiadłam w kąciku, przeczytałam zadany tekst, a potem sięgnęłam po książkę.
Kolejne dwa dni wyglądały podobnie, z tym, że powoli przywykam do ludzi - a oni do mnie; znalazłam nawet jedną sympatyczną koleżankę, z którą od razu znalazłam wspólny język. Wszyscy solennie zapewniają, że wszystko się zmieni, jak skończymy projekt i wróci nasza nauczycielka, która aktualnie utknęła w Dubaju. Albo gdzie indziej, nauczyciel z zastępstwa nie był pewien.

Szkoła zapowiada się więc ciekawie, o postępach i ich braku będę informować na bieżąco.

Życie w takich chwilach najlepiej osłodzi pyszne, słodkie ciasto. Kokosowe? Dlaczego nie.
To ciasto to popisowy numer Taty C., wszyscy je uwielbiają i się nim zajadają. Włącznie ze mną. Choć dość słodkie, jest cudownie mięciutkie, a kokosowy wierzch to czysta poezja. Nie można mu się oprzeć, i chociaż przepis jest na dużą blachę, to znika zaskakująco szybko.
Moim zostało poczęstowanych kilku Duńczyków, i niezależnie stwierdzili, że smakuje dokładnie tak, jak smakować powinno drømmekage, które w całym kraju jest bardzo popularne. C. był zachwycony, więc jeśli chcecie zaimponować znajomemu Duńczykowi, albo po prostu zjeść kawałek pysznego ciacha - to będzie idealne.
Nie do końca wiedziałam, jak przetłumaczyć nazwę, po angielsku byłoby to dreamcake, czyli... Po prostu ciasto z marzeń. Polecam.

Kokosowe ciasto z marzeń

Składniki:
(na dużą blachę z piekarnika)

ciasto:
  • 600 g mąki pszennej
  • 100 g masła
  • 500 g cukru
  • 6 jajek
  • 400 ml mleka
  • 4 łyżeczki cukru waniliowego
  • 6 łyżeczek proszku do pieczenia

wierzch:
  • 250 g masła
  • 200 g wiórków kokosowych
  • 500 g ciemnego brązowego cukru
  • 300 ml mleka

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem waniliowym i proszkiem do pieczenia. Masło rozpuścić, wymieszać z mlekiem.
W dużej misce ubić jajka z cukrem na puszystą, jasną masę. Zmniejszyć obroty miksera, na zmianę dodawać mąkę z mlekiem. 

Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać ciasto, wyrównać powierzchnię.

Piec w 200 st. C. przez 20-25 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Cukier z masłem umieścić w garnku. Podgrzewać, aż masło i cukier się rozpuszczą. Dodać wiórki, wymieszać, wlać mleko, wymieszać. Chwilę podgrzewać, nie gotować.
Masę wyłożyć na ostudzone ciasto, wyrównać. Pozostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Oczywiście przeziębienie trzyma mnie mocno, wczoraj myślałam, że umrę, dzisiaj na szczęście jest już nieco lepiej. Jutro o dwunastej zaczynam weekend, i mam nadzieję, że w tym czasie uda mi się wyzdrowieć i przyszły tydzień zacznę z nową energią i optymizmem.

środa, 12 lutego 2014

Szybko, słodko, kokosowo... Trufelki

Zgubiliśmy się. W naszej wsi. Komedia jak nic.
Mieszkam w maleńkiej mieścinie, raptem trzy i pół tysiąca mieszkańców, małe centrum ze sklepami i mnóstwo, mnóstwo domków. Bardzo do siebie podobnych. A między domkami tajemnicze przejścia, które w dziennym świetle nieco na tajemniczości tracą. Po dwudziestej drugiej jednak nigdy nie wiadomo, gdzie się wyjdzie... 
Spacerowaliśmy sobie z Ptysią, zagadały nas dwie staruszki, raz skręciliśmy nie wiadomo gdzie, i nie potrafiliśmy się odnaleźć. Przez całe piętnaście minut! Szczególny niepokój wywołała w nas tabliczka z przekreśloną nazwą miejscowości... Na szczęście po kwadransie C. nas znalazł. Ja byłam przekonana, że wyjdziemy z zupełnie innej strony...
Wnioski - ekspedycje rozpoznawcze zostawić na godziny, kiedy nie jest jeszcze zupełnie ciemno. 

A teraz do meritum wpisu.
Trufle to fajna rzecz. Robi się je szybko (zasadniczo, można wybrać wersję urozmaiconą, która zajmie tyle samo czasu, co przygotowanie pokaźnego tortu), wyglądają niezwykle efektownie, i często obdarowani nie chcą wierzyć, że nie zostały kupione w sklepie. Lubię trufle, i w zasadzie nie mam pojęcia, dlaczego robię je tak rzadko. Szczególnie, że C. za takimi małymi słodkościami przepada.
Te akurat zrobiłam już jakiś czas temu, aby osłodzić C. pierwszy dzień w pracy. Podziałało. Robiąc zdjęcia pomyślałam, że to idealne rozwiązanie na Walentynki dla tych, którzy lubią kokos lub mają w domu kogoś, kto za nim przepada. Są szybkie i proste do zrobienia, można je przygotować na ostatnią chwilę, i nikt się nie zorientuje. Smakują dobrze - C. był zachwycony, dla mnie są za bardzo kokosowe... Ale ja fanką kokosa nie jestem, co zresztą nie jest tajemnicą. Konieczny dodatek alkoholu - inaczej są strasznie maślane, a to nie każdemu może odpowiadać.
Z porcji wychodzi sporo trufli, można nimi obdarować małe stadko Walentynek... Albo jedną, która naprawdę lubi kokos.

Przepis znalazłam u Ani.

Trufle kokosowe II

Składniki:
(na 30-35 sztuk)
  • 200 g wiórków kokosowych
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 70 g masła
  • 50 g cukru pudru
  • 2 łyżki ekstraktu z wanilii

Wiórki wymieszać z cukrem pudrem.
Masło z kremówką rozpuścić, przestudzić. Dodać ekstrakt. Wlać do wriórek, dokładnie wymieszać. Wstawić na 15-30 minut do lodówki.
Po tym czasie z masy formować kulki wielkości orzecha włoskiego, układać w papilotkach.
Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Podawać prosto z lodówki lub w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

No to idę wyspacerować Ptysię. Póki jasno...