Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzynki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

środa, 11 stycznia 2017

Gofry pachnące piernikiem

Mam wrażenie, że styczeń się nade mną znęca. Niemal ciągle jest ciemno, a jeśli uda mi się przebywać w domu w godzinach umownie przyjętych za dzienne, to świat opanowany jest przez wszechogarniające szarości. Chodniki, drzewa, opadłe liście i ścieżki w parku, niebo, chmury, a nawet ludzie - wszystko w całej gamie odcieni szarości. Monochromatyczność świata mnie przytłacza; wyjadam pozostałości pierniczków z niezliczonych puszek, parzę jeden dzbanek herbaty za drugim i szukam czegoś, co mnie z tej szarzyzny wyrwie chociaż na chwilę. 
Przyznam też z przykrością, że od Świąt, czyli przez prawie trzy tygodnie, jedyne, co upiekłam, to tort ślubny dla siostry C. I to nie dlatego, że odczułam palącą potrzebę ukręcenia czegoś słodkiego, ale dlatego, że obiecałam. Głupio byłoby się na weselu bez tak ważnego elementu pojawić...

W poniedziałek jednak zdobyłam się na nie lada wysiłek, i postanowiłam zaskoczyć C. Przygotowałam pierniczkowe gofry z przepisu Niki. Spodobał mi się dodatek bakalii, od których pękają mi kuchenne szuflady (zdecydowanie dałam się ponieść przed Świętami; macie więc może jakieś sprawdzone przepisy na ciasta z bakaliami...? Może Wy zmotywujecie mnie do działania...?). Do tej pory robiłam gofry z jednego, sprawdzonego przepisu, w końcu więc przyszła pora na odmianę. A że ciągle nie mogę się spod pierniczków wygrzebać stwierdziłam, że piernikowe gofry będą jak najbardziej na czasie.

Goferki wyszły chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, niezbyt słodkie, więc świetnie smakują z cukrem pudrem lub słodkim dżemem. A w wersji na podwieczorek, gdy nikt nie liczy kalorii, proponuję odrobinę bitej śmietany. Lepiej być po prostu nie może...

Gofry piernikowe z orzechami i rodzynkami


Składniki:
(na 5 gofrów)
  • 170 g mąki orkiszowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 30 g masła
  • 45 g miodu
  • 150 ml mleka
  • 1 jajko
  • 40 g orzechów włoskich
  • 40 g rodzynek

dodatkowo:
  • powidła śliwkowe

Mąkę przesiać z proszkiem, dodać przyprawę do piernika oraz sól, wymieszać.
Maśło rozpuścić z miodem, przestudzić. Jajko roztrzepać, dodać masło z miodem i mleko, wymieszać. Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie połączyć. Odstawić na 30-60 minut.
Po tym czasie smażyć gofry w gofrownicy według instrukcji urządzenia. Podawać gorące z powidłami.

Smacznego!


Tymczasem wróciłam do pracy po krótkim jakby urlopie. Muszę przyznać, że łatwo mi nie było wstać o wpół do czwartej nad ranem...

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Pierniczki mojej Babci

Miniony weekend dał mi się we znaki. Dwa tygodnie dobrego, i człowiek łatwo odzwyczaja się od wstawania krótko po północy. Mimo zmęczenia, wieczorami nie mogłam zasnąć, co sprawiało, że budziłam się cała dzika. Dni zaczynające się w ten sposób z góry skazane są na klęskę. A przynajmniej nie zapowiadają niczego dobrego.
Gdy więc wczoraj po południu wybraliśmy się do brata C. z kartonem po brzegi wypchanym pierniczkami, woreczkami pełnymi kolorowego lukru i wszystkimi cukrowymi posypkami, które udało mi się wygrzebać z czeluści kuchennych szuflad, nie miałam zupełnie nastroju na zabawę. Snułam się po domu niczym cień, podjadając mandarynki i wlewając w siebie zastraszające ilości kawy z mlekiem, żeby gdzieś po prostu nie paść. Na szczęście reszta rodziny, zupełnie niezrażona moim malkontenctwem, bawiła się wyśmienicie, lukrując pierniczki i ich okolice. Cóż, moje nadal czekają na natchnienie... I chwilę czasu, którego brakuje mi permanentnie. A Wigilia przecież tuż, tuż!

Od jakiegoś czasu męczyłam Tatę, żeby wyciągnął od Babci przepis na pierniczki. W końcu dopięłam swego, i dostałam skany rodzinnych receptur. Zachwycona, zabrałam się do pracy. Jakież było moje rozczarowanie, gdy pierniczki wyszły nie do końca takie, jak je zapamiętałam! Znów więc zaczęłam wiercić Tacie dziurę w brzuchu, i w końcu okazało się, że w przepisie Babcia zapomniała wspomnieć o cukrze...
Na tę wieść C. popatrzył na mnie znacząco i przypomniał obrazek, który widzieliśmy w internecie. Była na nim uśmiechnięta starsza pani z tacą ciasteczek, a pod nią napis: Moja babcia, rozdając przepisy, zawsze pomija jeden składnik. Twierdzi, że dzięki temu u niej zawsze smakuje najlepiej...

Oczywiście, oburzona, wyrzuciłam C., że moja Babcia nigdy by tak nie zrobiła! A tu proszę... 

Po konsultacjach przystąpiłam do pieczenia po raz drugi. I tym razem wszystko poszło jak należy. Pierniczki wyszły dokładnie takie, jak pamiętam: twarde jak kamienie. Dopiero po leżakowaniu nabierają wilgoci i miękną, żeby rozpływać się w ustach.

Proszę, oto smak mojego dzieciństwa. 
Bez pułapek.

Pierniczki z bakaliami Babci Leny


Składniki:
(na 40-45 sztuk)
  • 340 g mąki pszennej
  • 165 g cukru
  • 1 jajko
  • 70 g miękkiego masła
  • 150 g miodu
  • 1 łyżka przyprawy do piernika
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • rodzynki
  • orzechy laskowe
  • słupki migdałowe

Mąkę przesiać z sodą, po środku zrobić dołek. Wlać gorący miód, dodać masło, przyprawę do piernika, cukier i jajko. Zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto wałkować, podsypując mąką, na grubość 6 mm. Wykrawać foremkami dowolne kształty, układać pierniczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy.

Jajko roztrzepać z mlekiem, posmarować nim pierniczki. Udekorować je rodzynkami i orzechami, wciskając je dość mocno w ciasto.

Piec w 180 st. C. przez 10-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ja tymczasem rozważam powrót do łóżka. Popołudniowa drzemka wydaje się być zdecydowanie zbyt krótka...

wtorek, 13 grudnia 2016

Jak kupowaliśmy choinkę. I szafranowe drożdżowe supełki

Do Wigilii zostało raptem jedenaście dni. Ciężko w to uwierzyć, gdy patrzy się na listopadowy krajobraz za oknem i słucha bębnienia deszczu o dach. Zdegustowana pogodą, postanowiłam czym prędzej wprowadzić świąteczną atmosferę w domu. Wybraliśmy się więc z C. na poszukiwania choinki. Oczywiście, w tym roku musiała być zupełnie wyjątkowa. Przecież to nasze pierwsze Święta w nowym domu! I skoro w końcu mamy miejsce, postanowiliśmy wykorzystać ten fakt do maksimum.

Gdy wspomnieliśmy o naszym planie siostrze C., od razu wykazała zrozumienie i odpowiedni zapał. Poleciła nam znane sobie miejsce, gdzie podobno na przystankach między choinkami serwują grzańca i pierniczki. Już sobie wyobraziłam te połacie pełne drzewek czekających na swój nowy dom... Nie mogliśmy odpuścić, i czym prędzej wybraliśmy się pod wskazany adres. A tam, ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, prawdziwy las! Choinki wszelkiej maści i wielkości, a na samym środku urokliwa chatka, gdzie można poczęstować się specjałami przygotowanymi specjalnie dla gości. Wieczorny mrok rozpraszają porozstawiane wszędzie latarnie, spod krzaczków wychylają się krasnale i drewniane rzeźby zwierząt, a wszystko jest tak pełne uroku, że nie ma się ochoty tego miejsca opuszczać. Byłam szczerze zachwycona!
Popijając grzane wino i wyjadając z niego mocno już podchmielone rodzynki, krytycznym okiem lustrowałam kolejne drzewka, które prostu ustawiał przede mną C. W końcu wybraliśmy ideał, który został zapakowany w siatkę, i ruszyliśmy z nim do domu. Na miejscu, jak co roku zresztą, okazało się, że na wolnym powietrzu drzewko wydaje się zdecydowanie mniejsze, niż kiedy ustawi się je pod dachem. Tym razem jednak udało się je postawić bez wiercenia dziury w suficie, i nawet na gwiazdę miejsce zostało. 
Uradowani jak małe dzieci, zabraliśmy się do ubierania choinki. Zajęło nam to kilka cudownych godzin, których efekt podziwiam teraz z zachwytem za każdym razem, gdy zerkam w stronę naszego drzewka. Jest piękne! A kiedy ułoży się pod nim stos prezentów, nikt mu się nie oprze...

W dniu dzisiejszym, czyli trzynastego grudnia, skandynawska tradycja nakazuje przygotowanie szafranowych bułeczek na cześć świętej Łucji. Zazwyczaj zawija się je na kształt litery S, na jej końcach wciskając rodzynki. Ja tymczasem w magazynie Hjemmets bedste mad, nr 12/2016, znalazłam ich nieco inną wersję. Zwinięte w zgrabne supełki, prezentują się jeszcze bardziej uroczo. Wszystkie składniki akurat miałam w domu, wszystko poszło więc bardzo sprawnie. Opis wiązania supełków może wydawać się nieco skomplikowany, ale liczę w tej materii na Waszą kulinarną wyobraźnię.
Bułeczki wychodzą cudownie mięciutkie i delikatne, a cukier na wierzchu delikatnie chrupie między zębami. Jeszcze ciepłe zjadłam trzy (na swoje usprawiedliwienie powiem, że wychodzą naprawdę nieduże), a C... Cóż, nie będę nawet pisać. 
Są pyszne!

Supełki św. Łucji


Składniki:
(na 24 niewielkie bułeczki)

ciasto:
  • 1 g nitek szafranu
  • 250 ml wody
  • 75 g masła
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
  • 50 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 550 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 100 g surowego marcepanu
  • 75 g miękkiego masła
  • 50 g cukru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy

dodatkowo:
  • 25 g rodzynek
  • 50 g suszonych wiśni
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki cukru perłowego

Szafran zalać wodą, odstawić na 5 minut.
Masło rozpuścić, wymieszać z szafranem. Ewentualnie lekko podgrzać (płyn nie powinien mieć więcej niż 37 st. C.).
Do dużej miski wkruszyć drożdże, wlać kilka łyżek płynu, rozetrzeć. Dolać pozostały płyn, połączyć. Dodać jajko, cukier, kardamon i sól. Zmiksować. Na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto.
Miskę przykryć ściereczką, odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Marcepan zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Dodać masło, cukier i skórkę z pomarańczy. Zmiksować na gładką masę, odstawić.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 równe części. Jedną odłożyć, drugą rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować połową kremu, zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku. Pokroić ostrym nożem na 12 części. Każdy plasterek rozciągnąć, a następnie przeciąć wzdłuż, nie rozcinając do końca. Zapleść oba końce, następnie zlepić je ze sobą, formując supeł.
Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy.

Tak samo postąpić z drugim kawałkiem ciasta.

Odstawić do napuszenia na 20-25 minut.

Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem, posypać cukrem perłowym. Powciskać w nie rodzynki i wiśnie.

Piec w 215 st. C. przez 12-14 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Oczywiście, można je uformować tradycyjnie, pomijając wtedy marcepanowo-pomarańczowe nadzienie. Tylko po co, skoro jest tak pyszne...?

sobota, 10 grudnia 2016

Cynamonowa granola z jarzębiną

Oduczyłam się spać do południa. Kiedyś potrafiłam, i to bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Dziś budzę się najpóźniej o ósmej rześka i wypoczęta, z ochotą witając kolejny dzień. Taki luksus nie spotyka mnie bowiem codziennie. Miło, tak dla odmiany, wstać, gdy słońce już rozświetliło mroki nocy.

Opatulona szlafrokiem (wiecie, że to to samo co porannik?), w puchatych skarpetkach z reniferami, idę do kuchni i przez wielkie okna obserwuję skrzący się w promieniach porannego słońca świat. Warstwa szronu otuliła nagie gałęzie, dachy, chodniki i trawniki sprawiając, że wszystko wygląda jak wyciągnięte z baśni o Królowej Śniegu. Wszechobecną, spokojną ciszę przerywa tylko miarowe tykanie zegara.
Parzę więc herbatę i siadam przy stole, przy rozłożonych na nim gazetach i kartkach z przepisami. Wigilia już za dwa tygodnie! Trzeba więc wybrać ostatnie przepisy, upiec ostatnie pierniczki, ukręcić całe góry kolorowego lukru. Jestem podekscytowana jak małe dziecko, choć ta ekscytacja tyczy się już czegoś zupełnie innego niż za dawnych czasów. Nadal z radością czekam na moment rozdania prezentów, ale bardziej interesują mnie reakcje moich bliskich na to, co im sprawiłam, niż to, co sama dostanę. Nie mogę doczekać się kolacji, ale to dlatego, że w tym roku to my ją przygotowujemy i trochę się boję, że nie dorównamy niedoścignionym oryginałom. Chcę tańczyć wokół choinki, którą z C. pieczołowicie już niedługo przystroimy. Chcę siedzieć na kanapie, pić gløgg i cieszyć się świąteczną atmosferą. 
Jak ja kocham Boże Narodzenie!

Tymczasem jednak mam dla Was przepis na typowo jesienną granolę, który zapodział mi się między tymi wszystkimi pierniczkami i ciasteczkami. Zrobiłam ją już jakiś czas temu, i muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie swoim oryginalnym smakiem. Choć na wstępie pragnę Was ostrzec - to granola dla koneserów. Nie każdemu przypadnie do gustu.
Jarzębinę po raz pierwszy ususzyłam w zeszłym roku, i długo się zastanawiałam, co z nią zrobić. Jej lekko gorzkawy smak zniechęca bowiem do jedzenia jej solo. Świetnie jednak komponuje się z cynamonem, który nieco łagodzi jej krnąbrny charakterek. Do tego słodkie rodzynki, chrupiące orzechy, i kwintesencja jesiennej granoli gotowa. Mi smakuje bardzo, C. kręci na nią nosem.
A Wy...? Lubicie takie połączenia...?

Cynamonowa granola z jarzębiną


Składniki:
(na słój  pojemności 1 l)
  • 125 g płatków sojowych
  • 65 g płatków ryżowych
  • 175 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g grubych płatków owsianych
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g orzechów laskowych
  • 30 g ziaren słonecznika
  • 20 g nasion chia
  • 30 g złotego siemienia lnianego
  • 150 ml soku jabłkowego
  • 85 ml syropu z agawy
  • 50 ml oleju
  • 60 g suszonej jarzębiny
  • 60 g rodzynek
Wszystkie rodzaje płatków,cynamon, sól, orzechy, słonecznik, chia i siemię lniane wymieszać.
W drugiej misce połączyć sok jabłkowy, syrop z agawy oraz olej. Wlać płynne składniki do suchych, dobrze wymieszać.
Płatki równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 30-35 minut, 2-3 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Dodać jarzębinę i rodzynki, zostawić do ostudzenia. 
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Jeśli jarzębiny nie lubicie albo nie macie, zastąpcie ją żurawiną. Jest na tyle wyrazista w smaku, że świetnie się tutaj sprawdzi.
Mieszanka płatków jest zupełnie przypadkowa - wyłuskałam z kuchennych szafek wszystkie resztki, które kryły się po kątach. Równie dobrze możecie użyć tylko owsianych, lub po prostu Waszych ulubionych.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Granola - tylko dla dorosłych!

Wiem, wiem - blog leży odłogiem. Marzyciele i optymiści z pewnością zrzucają to na karb wakacji. Cóż - nic z tego. Gdy wszyscy dzielnie zdobywają wyższe lub niższe szczyty, wylegują się pod palmami lub za swojskimi parawanami na polskich plażach (koniecznie rozstawionych bladym świtem!), albo też zwiedzają wszelkiej maści zabytki, ja pracuję. Od rana do wieczora, po dziesięć, dwanaście godzin dziennie. A po powrocie do domu... Piekę ciasta. W sobotę (choć właściwie była to już niedziela) skończyłam dwupiętrowy tort na chrzest o piątej nad ranem, żeby o ósmej ruszyć z nim w drogę. Małej Astrid, myślę sobie, było zupełnie wszystko jedno, ale jej mama była zachwycona. W związku z tym ukontentowana wzięłam w ramiona małą sprawczynię całego zamieszania, która wtuliła mi nos w dekolt i tak sobie spała, od czasu do czasu tylko posapując... Mówię Wam, wprost rozpływałam się z rozkoszy.

O torcie jednak będzie innym razem, bo to straszliwie długi przepis, a ja zupełnie nie jestem w nastroju do wklepywania go w komputer. Będzie więc prosto, szybko i śniadaniowo - choć na deser też taką granolę można zjeść.
Przepis znalazłam u Patrycji, i kusił mnie już dawna. W końcu zabrałam się do rzeczy - przygotowanie granoli to bowiem raptem chwilka. Ta jest wyjątkowa - z rumowymi rodzynkami, słodkim marcepanem i wręcz wytrawną czekoladą, która świetnie tutaj pasuje, przełamując słodycz. Całość wyszła wybornie, i przyznam się Wam w tajemnicy, że dla C. niewiele zostało... 
Jeśli lubicie marcepan i rodzynki, to jestem pewna, że ta granola stanie się jednym z Waszych ulubionych śniadań.

Granola z rodzynkami w rumie i marcepanem


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g słupków migdałowych
  • 75 g pestek słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 50 ml oliwy
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 ml rumu
  • 75 g rodzynek
  • 80 g marcepanu
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Marcepan pokroić w kosteczkę.

Płatki, migdały, słonecznik, sezam, siemię i cynamon dokładnie wymieszać.
Syrop połączyć z oliwą, dodać do suchych składników. Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równomiernie rozprowadzić.

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, w połowie pieczenia mieszając.

Do gorącej granoli dodać rodzynki razem z rumem i marcepan, wymieszać. Wstawić blachę z powrotem do piekarnika, zamknąć drziwczki i zosatwić do wystudzenia.
Na końcu dodać czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego! 

Ja tymczasem uciekam na spacerek z psą - póki nie pada!

sobota, 4 czerwca 2016

Czasu brak i konfitura z rabarbaru z pijanymi rodzynkami

Czas nie biegnie; on pędzi z zawrotną szybkością, od której kręci mi się w głowie. Mam wrażenie, że tak niedawno C. marudził i smęcił, że do przeprowadzki jeszcze pół roku; leniwie odliczaliśmy wtedy tygodnie. Raptem, nie wiadomo kiedy, czas ten skrócił się do dwóch tygodni. Dwóch!
Dajecie wiarę, że już za dwa tygodnie będę spała w moim nowym łóżku, nowej sypialni; nowym domu...? Mi ciężko w to uwierzyć. Spełnia się jedno z moich wielkich marzeń; a ja, zapracowana, zabiegana, stoję jakby lekko z boku, obserwując tykające wskazówki zegara.

Nieubłagany czas ni z tego, ni z owego, wrzucił mnie w słoneczny, ciepły czerwiec. W pracy wszyscy wylewamy z siebie siódme poty, a praca i tak idzie jakoś wolniej. Wypijam litry świeżo wyciśniętych, owocowych soków, wody i mrożonej herbaty. Posiłki na ciepło, póki co, zupełnie sobie odpuściłam. Zjeść to może bym i zjadła, ale przygotować...? Nie ma mowy!

Przypominam Wam też, że sezon na rabarbar ma się ku końcowi. No dobrze, może i nie do końca tak się sprawy mają. Jeszcze nawet we wrześniu zeszłego roku widziałam w sklepach dorodne, różowo-zielone łodygi. Już jednak powoli wypierany przez krajowe, słodkie truskawki; niedługo dołączą do nich porzeczki, wiśnie, czereśnie, agrest, morele i brzoskwinie. Kto wtedy będzie miał czas zatrzymać się nad rabarbarem...?
Proponuję więc już dzisiaj przygotować bajecznie pyszną konfiturę, na którą przepis podpatrzyłam u Małgosi. Połączenie rabarbaru z rodzynkami i rumem zaintrygowało mnie od razu; gdy więc tylko zobaczyłam rabarbar w promocji, bez wahania kupiłam kilka kilogramów. Na przetwory, do ciasta, a odrobinę do zamrożenia, gdy nagle przyjdzie mi ochota na to kwaśne warzywo.

Wracając do meritum, czyli konfitury: przygotowuje się je prosto, a efekt... Moi drodzy, C. oszalał na punkcie tego dżemu! Naleśniki jadł tylko z nim, choć obok stały lody! To naprawdę niewyobrażalny wręcz komplement pod adresem konfitury.

Spróbujcie i Wy, póki czas jeszcze nie minął...

Konfitura rabarbarowa z rodzynkami macerowanymi w rumie


Składniki:
(na 6 słoików)
  • 2 kg rabarbaru
  • 800 g cukru
  • 400 ml wody
  • 300 g rodzynek
  • 400 ml białego rumu

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na 15 minut. Po tym czasie odcedzić, dobrze odcisnąć i zalać rumem. Przykryć, odstawić na noc.

Rabarbar pokroić na kawałki.
W szerokim garnku podgrzewać cukier z wodą aż do powstania syropu. Dodać rabarbar, gotować na małej mocy palnika, aż rabarbar się rozpadnie, a konfitura zgęstnieje. 
Rodzynki razem z rumem zmiksować blenderem na mus. Dodać do konfitury, wymieszać, gotować jeszcze kilka minut.

Gorącą konfiturę przełożyć do wyparzonych słoiczków, mocno zakręcić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

U mnie sezon rabarbarowy trwa, dopóki w sklepach można znaleźć te kwaśne łodygi. Spodziewajcie się więc kolejnych rabarbarowych inspiracji już niedługo!

piątek, 8 stycznia 2016

Ciasteczka owsiane z rodzynkami. I powrót do codzienności

Uff, nareszcie... Piątek, piąteczek, piątunio

Powrót do pracy i wstawanie o co najmniej dziwnych porach, po dwóch tygodniach świątecznego nieróbstwa, przeciągających się w nieskończoność wieczorach i późnych porankach wyznaczanych zegarem wewnętrznym, a nie dźwiękiem nieczułego budzika, nie był łatwy. Szczególnie, że (jak to zwykle bywa w takich sytuacjach) na nadmiar snu narzekać nie mogę. Poza moją najulubieńszą z prac musiałam jeszcze podjechać do urzędu to tu, to tam (a w poniedziałek czeka mnie kolejna wizyta, bo okazuje się, że moja sytuacja życiowa, z punktu prawnego, jest bardzo skomplikowana; fakt, że jestem przed trzydziestką - niezbyt już długo, ale jednak - wcale rzeczonej nie poprawia), odwiedzić najlepszą koleżankę Karolinę, której dzieci rzuciły się na mnie z nieoczekiwanym entuzjazmem, wciskając mi do rąk pociąg, Elsę oraz Annę i żądając układania wyjątkowo dużej ilości puzzli. Tu muszę pozwolić sobie na małą dygresję; nie narzekam, ale się tym delektuję. Uwielbiam te maluchy a zabawy z nimi to sama przyjemność. 
Dysponując więc średnio dwudziestoma świadomymi godzinami na dobę, miałam nadzieję znaleźć choć chwilę na napisanie posta. Figa! Życie wzięło górę nad potrzebą spędzenia czasu w wirtualnym świecie, i dopiero teraz znalazłam brakujące pół godziny.

Mam nadzieję, że już niedługo znów wpasuję się w ustalony przez ostatnie dwa miesiące rytm; do tego dni będą coraz dłuższe, światło coraz przyjemniejsze, i po grudniowej ospałości blog znów powróci do życia. 

Póki co mam dla Was ciasteczka, które upiekłam jeszcze w zeszłym roku. Przepis znalazłam w książce Småkager, kræs for slikmunde, i po prostu nie potrafiłam się oprzeć wypróbowaniu. Ciasteczka są proste w przygotowaniu, bez żadnych wymyślnych składników, a zaskakują swoim pysznym wnętrzem. Na pierwszy plan wysuwają się płatki owsiane i rodzynki - znakomity duet. Z wierzchu lekko chrupiące, w środku mięciutkie - pyszne! 
Jeśli nie macie dość ciasteczek po Świętach, ale piernikowe smaki lekko Wam się przejadły - oto przepis idealny!

Ciasteczka owsiane z rodzynkami


Składniki:
(na 30-35 sztuk)
  • 125 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 1 jajko
  • 70 g mąki pszennej
  • 125 g płatków owsianych
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 50 g rodzynek
Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, zmiksować. Płatki wymieszać z mąką i proszkiem, partiami dodawać do ciasta. Na końcu dodać dobrze odciśnięte rodzynki, wymieszać.
Ciasto będzie dość rzadkie. Przykryć miskę z ciastem, schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Po tym czasie z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, lekko spłaszczając.

Piec w 180 st. C. przez 12-15 minut, aż się zrumienią.
Ostudzić.

Smacznego!


Jeśli myślicie, że już zapomniałam o Świętach, to jesteście w błędzie! Choinka jeszcze stoi (choć w weekend najprawdopodobniej dokona żywota), krasnale uśmiechają się ze wszystkich kątów, a świeczki adwentowe... No cóż, ciągle umilają nam wieczory.
Mam też w zapasie świąteczne przepisy; częścią podzielę się już niedługo!

wtorek, 17 lutego 2015

Zapiekane naleśniki na Tłusty Wtorek

Dzisiaj, jakby ktoś nie wiedział (nie uważam, że taka niewiedza to coś, czego należy się wstydzić - sama do niedawna nie miałam o tym pojęcia), jest Dzień Naleśnika. W sumie, to się nie dziwię, że taki dzień istnieje - w końcu naleśniki wszelkiej maści to prawdziwy przysmak. Można je przygotować na tyle różnych sposób, że trafią w gusta chyba każdego. Są więc cieniutkie, francuskie crepes, pulchniutkie, angielskie pancakes, a także nasze polskie, duże, ale nieco grubsze od francuskich. Mogą być słodkie lub wytrawne, klasyczne, kakaowe czy szpinakowe. Możliwości jest bez liku - tak naprawdę można by jeść naleśniki przez okrągły rok, i się nimi nie znudzić. Nie szalejmy jednak - wystarczy, że sięgniecie po nie dzisiaj. 

Naleśnikowa tradycja pochodzi z Irlandii, jeszcze z XV wieku, gdy przed postem należało zużyć resztę niepostnych składników, czyli jajek i mleka. A gdzie wykorzystuje się te rzeczy w ilościach hurtowych? Oczywiście, w naleśnikach. Ostatni wtorek karnawału pachniał więc w Irlandii przepięknie. Dzisiaj mniejszą wagę przywiązuje się do postu, tradycja smażenia naleśników jednak pozostała. W tym roku razem z Justinką, Panną Malwinną, Martynusią, Mirabelką i Sianko postanowiłyśmy dzielnie w tym wydarzeniu uczestniczyć, przygotowując nasze ulubione naleśniki.

Tutaj musiałam się chwilę zastanowić. Bo które lubię najbardziej...? Sama nie wiem. Postanowiłam więc spróbować czegoś nowego, czyli naleśników zapiekanych na słodko. Inspirację znalazłam u Gosi, i według jej wskazówek usmażyłam naleśniki. Wyszły! Ach, jak mnie to ucieszyło... Dla niewtajemniczonych - naleśnikowym mistrzem jest w naszym domu C. Zawsze on przygotowuje te cuda, a ja się tylko delektuję, ewentualnie zmywam później talerze. Tym razem jednak postanowiłam przygotować mu niespodziankę, i z duszą na ramieniu zabrałam się do pracy. Na szczęście poszło gładko, i tylko jeden się porwał przy przewracaniu. Misja wykonana, może jeszcze kiedyś spróbuję, bo całkiem mi się to smażenie spodobało.

Wracając do sedna, czyli naleśników. Nadzienie przygotowałam z twarogu, który przywiozłam sobie z Polski, z dodatkiem rodzynek namoczonych w herbacie. Mmm... Jakie to dobre... Całość polałam sosem waniliowym - kremowym, delikatnym i słodkim. Wyszło obłędnie pysznie, choć słodko (można zredukować nieco ilość cukru). Niemniej z wielkim zapałem zjedliśmy całkiem spore ilości, jeszcze zanim C. poszedł do pracy. Polecam Wam ogromnie taką naleśnikową kombinację - może na weekend...? Bo do kolejnego Tłustego Wtorku naprawdę czekać nie warto...

Zapiekane naleśniki z twarogiem i rodzynkami

Składniki:
(na 13-15 naleśników)
  • 500 ml mleka
  • 2 jajka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 ml oleju

nadzienie:
  • 300 g twarogu, raz zmielonego
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 20 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

dodatkowo:
  • 100 g rodzynek
  • 200 ml mocnej, gorącej herbaty

sos:
  • 3 żółtka
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Naleśniki:
Jajka roztrzepać, dodać mleko i olej. Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem waniliowym i solą. Dodać do jajek, dokładnie połączyć, żeby nie było grudek.
Odstawić ciasto na 30 minut.

Po tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni smażyć cienkie naleśniki. Ostudzić.

Sos:
Kremówkę zagotować. Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać śmietanę, cały czas miksując. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać (nie gotować!), aż nieco zgęstnieje. Zdjąć z palnika, przetrzeć przez sitko, dodać ekstrakt, wymieszać. Ostudzić.

Rodzynki zalać gorącą herbatą, odstawić na 30 minut.

Nadzienie:
Twaróg utrzeć z kremówką, cukrem i cukrem waniliowym na gładką masę. 
Rodzynki dobrze odcisnąć, połowę dodać do nadzienia, wymieszać.

Naleśniki smarować nadzieniem, zwijać w ruloniki, układać ciasno w naczyniu do zapiekania wysmarowanym masłem. Wierzch posypać pozostałymi rodzynkami, polać całość sosem.

Piec w 200 st. C. przez 20 minut, aż wierzch się przyrumieni.

Podawać gorące.

Smacznego!

Koniecznie zajrzyjcie do dziewczyn - ja już się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, co przygotowały.

środa, 1 października 2014

Jesienne finansjerki z jabłkami

I mamy październik. Wrzesień minął sama nie wiem kiedy, zleciał w tym roku wyjątkowo szybko. Tyle rzeczy się wydarzyło, ale czas oczekiwania pomiędzy nimi zlał się w jedno. Czas pędzi nieubłaganie, zbliżając nas do nieuchronnych zmian. Niby jeszcze tyle czasu przede mną, ale co, jeśli minie tak szybko, jak wrzesień? Nawet się nie obejrzę, a będzie Halloween, zimny, ponury listopad, pierwszy śnieg, Mikołajki, kupowanie świątecznych krasnali, a wreszcie Święta i Nowy Rok. A potem już tylko malutki kroczek będzie dzielił mnie od rozpoczęcia nowego etapu w życiu... Czy jestem gotowa? Sama nie wiem. Trochę się boję, ale bardziej jestem podekscytowana. Bo to przecież będzie fantastyczna przygoda, prawda...? 
Mam nadzieję.

Niedawno był Dzień Jabłka, o którym dowiedziałam się z zaprzyjaźnionych blogów. Mam więc dla Was spóźnione (ale tak naprawdę na jabłka nigdy nie jest za późno, prawda...?), ale niezwykle pyszne finansjerki. Robiłam je już jakiś czas temu, z rabarbarem, białą czekoladą i migdałami. Smakowały niebiańsko! Każdy, kto ich spróbował, nie mógł się nachwalić. Postanowiłam więc je przerobić, na nieco bardziej pasujące do jesiennej aury. Są więc jabłka, orzechy i rodzynki (które można namoczyć w rumie - będzie jeszcze pyszniej!), zamknięte w mięciutkim, pachnącym cieście. Palone masło nadaje dodatkowej orzechowej nuty, i całość smakuje naprawdę bajecznie. Ciężko się od nich oderwać.

Można finansjerki przygotować w zwykłej formie na muffiny, powinno wtedy wyjść 10-12 sztuk.

Orzechowe finansjerki z jabłkami i rodzynkami

Składniki:
(na 6 sztuk)
  • 180 g masła
  • 100 g cukru
  • 155 g mąki pszennej
  • 60 g mielonych orzechów laskowych
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 jabłka
  • 6 białek
  • 50 g rodzynek

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić.
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne i pokroić w kostkę.
Mąkę przesiać, wymieszać z orzechami, proszkiem i solą.
Masło włożyć do garnuszka, podgrzewać na średnim ogniu, aż zbrązowieje i nabierze lekko orzechowego zapachu. Gorące wlać do mąki, dokładnie wymieszać.
Białka lekko ubić, partiami dodawać do ciasta, delikatnie mieszając.
Rodzynki odcisnąć, razem z jabłkami dodać do ciasta, delikatnie połączyć.

Formę na 6 finansjerek wysmarować masłem i wysypać mąką. Przełożyć do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez 25 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić w formie, a następnie wyjąć na kratkę i pozostawić do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!

Finansjerki przygotowujemy na samych białkach, więc jeśli znudziły się Wam bezy, albo po prostu nie macie na nie akurat ochoty, polecam Wam te urocze maleństwa. Obiecuję, że się nie zawiedziecie.

piątek, 30 maja 2014

Chleb na niedzielę. Choć i na sobotę się nada

Nie ma to jak długi weekend. U mnie to aż pięć dni pełnej swobody (nie licząc presji związanej z egzaminem w przyszłym tygodniu). Spacerujemy więc, korzystając z pogody, która w przyszłym tygodniu znowu ma się zepsuć. 
Rozważam też możliwość wybrania się na brunch jutro o dziesiątej - trochę ludzi z mojej szkoły, trochę studentów i ogólnie obcokrajowców szukających kontaktu. Musiałabym coś z tej okazji upiec... Cały czas się zastanawiam, czy mi się chce. Ale chyba tak. Nie mogę być ciągle taka aspołeczna.

Chleb, który chcę Wam dzisiaj pokazać, upiekłam w zeszłym tygodniu. Szukałam czegoś szybkiego i prostego, i wertując książkę Pieczenie chleba w domu Gertrud Weidenger oraz Marie-Theres Wiener wpadł mi w oko chleb na niedzielę. Tak się właśnie ładnie nazywa. Miód, rodzynki... Musiało wyjść dobrze. Ruszyłam więc pełna zapału do kuchni. I muszę powiedzieć, że poszło jak z płatka - robi się go szybko, a efekt jest naprawdę wspaniały. Chleb jest mięciutki, cudownie pachnie miodem. Dość słodki - do dżemu w sam raz. Ale mi na przykład z żółtym serem też bardzo smakował. A nawet z szynką nie jest zły. Jeśli więc nie macie nic przeciwko słodkawemu pieczywu - spróbujcie upiec sobie właśnie ten chleb na sobotnie śniadanie. Albo niedzielne - wedle odgórnych zaleceń.

Chleb z miodem i rodzynkami

Składniki:
(na 1 duży bochenek)
  • 250 g mąki pszennej
  • 250 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 3 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 150 g rodzynek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżką miodu, dodać 2 łyżki mleka, wymieszać. Wsypać 3-4 łyżki mąki, wymieszać na gładką pastę. Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.
Rodzynki zalać wrzątkiem.

Po tym czasie do zaczynu dodać resztę mleka i miodu, przesiane mąki, sól i jajko. Zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić i przestudzić, dodać do ciasta, wyrobić.
Na końcu dodać dobrze odsączone rodzynki, delikatnie wmieszać do ciasta.
Odstawić na 45 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie z ciasta uformować bochenek. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Piec w 200 st. C. przez 50 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!

Jeśli dacie nieco mniej miodu i pominiecie rodzynki, chleb będzie zupełnie neutralny w smaku. I z pewnością równie pyszny.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Dziwne zbiegi okoliczności i prawdziwie polski sernik

W Polsce bawiliśmy się świetnie - już nie mogę się doczekać kolejnych wakacji. Jedna rzecz tylko zadziwiła mnie niepomiernie - do tej pory ciężko mi uwierzyć w taki zbieg okoliczności.
Gdy wieczorem wróciliśmy do hotelu (niemal centrum Bydgoszczy), musieliśmy chwilę zaczekać na znalezienie miejsca parkingowego, obsługa bowiem straciła rachubę gości i okazało się, że jest więcej aut niż miejsc. Gdy ja rozmawiałam z recepcjonistką, C. znalazł sobie inne towarzystwo. Okazało się, że to Duńczycy. Nieco zaskakujące, ale akceptowalne. Gdy jednak okazało się, że mieszkają w tej samej miejscowości co my, raptem pięćset metrów dalej, szczęka mi opadła. Nie byłoby to tak zadziwiające, gdyby chodziło o Kopenhagę, w której mieszka niemal połowa Duńczyków. Nasza wieś to jednak niecałe dziewięć tysięcy mieszkańców - ilość niezbyt imponująca, musicie przyznać. Jakim więc cudem obcy ludzie znaleźli się w tym samych hotelu tysiąc kilometrów od domu? Pozostaje to dla mnie zagadką, a może zrządzeniem losu. Sympatyczni są, po powrocie do Danii rozmawialiśmy kilka razy, może kiedyś spotkamy się znowu. Planują bowiem kolejną wycieczkę do Polski, tym razem w góry - tak im się spodobało.

Cóż, niezbadane są wyroki losu. A teraz czas wrócić do rzeczywistości; i sernika.
Na urodzinki Natalki, na wyraźne życzenie jej mamy, przygotowałam też sernik. Z polskiego twarogu, z rodzynkami. Wyjątkowo udany.
Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 1/2013; zmieniłam spód z kruchego na ciasteczkowy, bo taki bardziej lubię, a rodzynki dodatkowo namoczyłam (normalnie byłby to rum, ale z uwagi na dzieci tym razem ograniczyłam się do gorącej wody). Wyszedł pyszny - typowo polski, nie bardzo ciężki, ale zdecydowanie nie lekki. Bardzo byłam z niego zadowolona, a i Karolinie smakował. Także polecam, nie tylko na pierwsze urodziny.

Sernik cytrynowy z rodzynkami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 60 g masła

masa serowa:
  • 3 jajka
  • 30 g masła
  • 500 g twarogu trzykrotnie mielonego
  • 100 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 50 g rodzynków
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na 1-2 godziny. 

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na dnie masę ciasteczkową, dokładnie dociskają dłońmi lub łyżką.
Schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Piec w 180 st. C. przez 10-15 minut.
Przestudzić.

Masło rozpuścić i ostudzić.
Twaróg utrzeć z żółtkami, cukrem, sokiem i skórką z cytryny. Dodać płynne masło, połączyć. Rodzynki dobrze odcisnąć, wymieszać z mąką. Dodać do masy serowej. Białka ubić na sztywną pianę, partiami wmieszać do masy.
Masę przełożyć na spód, powierzchnię wygładzić.

Piec w 160 st. C. przez 45-50 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku, schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

A już jutro C. ma urodziny. W planach mamy wychodne, choć nie jestem jeszcze pewna, dokąd dokładnie. Tort też będzie, ale dopiero za półtora tygodnia - dopiero wtedy bowiem odbędzie się urodzinowa impreza. Dla dwóch osób pieczenie tortu to nieporozumienie... Zamiast tego będzie jakiś dobry deser - już ja się o to postaram.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Pascha migdałowa - zupełnie wyjątkowa

Paschę przygotowuje się raz do roku, właśnie na Wielkanoc. Tradycja ta pochodzi zza wschodniej granicy, bardzo tam popularna, zdobyła też serca Polaków. U mnie w domu pasch się nie robiło, możliwe, że za bardzo na zachód mieszkamy, żeby i do nas tradycja ta dotarła. Wcześniej gdzieś coś na ten temat słyszałam, ale nie zawracałam sobie tym specjalnie głowy. Dopiero po założeniu bloga przyjrzałam się tematowi uważniej.

Pascha to rodzaj sernika na zimno, przygotowuje się ją na bazie twarogu. Można użyć takiego z kostki, albo zrobić samemu, co sprawia, że pascha będzie jeszcze bardziej tradycyjna.
Zrobienie twarogu w domu to wbrew pozorom rzecz niezwykle prosta. Najdłużej trwa zagotowanie dwóch litrów mleka - potem idzie z górki. Wymieszać jajka ze śmietaną, wlać do mleka i czekać, aż stanie się magia. Po zaledwie kilku minutach zaczynają tworzyć się grudki twarogu - najpierw malutkie, później coraz wyraźniejsze. Odcedzić, odstawić. I tutaj zaczyna się test naszej cierpliwości - twaróg bowiem musi przez noc odcieknąć, żeby nabrać właściwiej konsystencji. 
Następnie miksujemy twaróg z masłem i dowolnymi dodatkami, i znów na noc do lodówki. W tym czasie wszystko się zestali i nie grozi nam totalna rozsypka przy krojeniu. Pascha bowiem trzyma się dzięki masłu - bez dodatku żelatyny i innych utwardzaczy. Przy pierwszym podejściu byłam bardzo nerwowa. Przy drugim również - mimo pewnego (minimalnego, powiedzmy sobie szczerze) doświadczenia nie potrafiłam przestać myśleć o tym, czy wszystko się nie rozpadnie... 
Nie rozpadło. Wyszło pysznie, dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam.

Przejrzałam mnóstwo przepisów, aż w końcu zrobiłam po swojemu. Moja pascha ma mniej masła, za to zawiera białą czekoladę, która przyczyniła się do właściwej konsystencji. Są też migdały, rodzynki i amaretto, które stanowią wyjątkowo zgrane trio. W tle subtelna nuta wanilii. Pascha nie jest mdła; jest słodka i kremowa, bardzo delikatna, a jednocześnie sycąca. Nieco alkoholowa - zdecydowanie nie dla dzieci. Nasączone w alkoholu rodzynki smakują bajecznie, migdały cudownie chrupią, a całość jest po prostu wyborna.
Jeśli nigdy nie jedliście paschy - spróbujcie. Jestem pewna, że zachwycicie się jak ja.

Waniliowo-migdałowa pascha z białą czekoladą i rodzynkami

Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 6 jajek
  • 500 g kwaśnej śmietany (18%)
  • 1 laska wanilii
  • 150 g miękkiego masła
  • 40 g cukru pudru
  • 100 g białej czekolady
  • 50 g rodzynek
  • 50 ml amaretto
  • 40 g słupków migdałowych

dodatkowo:
  • 30 g blanszowanych migdałów

Laskę wanilii przekroić na pół, wyskrobać nasionka. Całość dodać do mleka, zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Rodzynki zalać rumem, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć; powinien być sypki.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.
Słupki migdałowe uprażyć na suchej patelni, ostudzić.
Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Wlać czekoladę, zmiksować. Rodzynki odcisnąć, do masy dodać alkohol, zmiksować.
Rodzynki i migdały dodać do masy, wymieszać łyżką.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu. Udekorować blanszowanymi migdałami.

Smacznego!

A ja już jestem w Polsce. Po nużącej podróży odpoczywam sobie i cieszę się towarzystwem Rodzinki. Jutro będzie jeszcze o jednej pysznej babce; mam pewne kulinarne plany, ale nie wiem, co z nich wyjdzie. I czy zdążę o nich napisać przed Świętami. Zobaczymy.
Tymczasem idę cieszyć się urlopem.

wtorek, 4 lutego 2014

Pierniczki? Ciasteczka miodowe

C. zawsze mnie budzi przed wyjściem do pracy. Nie, nie robi tego celowo - zachowuje się cichutko, nie zapala światła w pokoju, w którym śpię, daje mi tylko całusa w czubek głowy (bo zazwyczaj więcej spod kołdry nie wystaje), i wychodzi. A mi w momencie, kiedy on zamyka drzwi, oczy otwierają się szeroko, i tak sobie leżę. Wczoraj ze sobą walczyłam - kto to słyszał, żeby wstawać przed siódmą, kiedy człowiek nie musi...? Ułożyłam się wygodnie, pooglądałam sufit, poprzytulałam Ptysię, ale po pół godzinie mi się znudziło. Nie było rady - wstałam, zrobiłam sobie pachnącej imbirem herbaty, i rozpoczęłam bardzo przyjemny dzień. Słonko świeciło, wiatr zgubił się gdzieś w lesie, i nawet Ptysia dała się namówić na spacer dłuższy niż kilka metrów.
Dzisiaj odpuściłam wiercenie się w łóżku, i wstałam od razu. Niestety, świat jest zachmurzony i ponury, ale humoru mi to nie zepsuje. Plany na dzisiaj ambitne, zobaczymy, co z tego będzie. Póki co widzę wszystko w różowych barwach, mimo wszechobecnej szarości.

Jakiś czas temu pomagaliśmy się przeprowadzać mojej koleżance. Upiekłam ciasteczka dla jej synka - zawsze szybciutko zjada wszystkie słodkości, które im zanoszę, więc to sama przyjemność. Tym razem jednak nie do końca trafiłam - namiętnie bowiem wydłubywał z ciasteczek rodzynki. Na zarzut mamy, że przecież je lubi, rezolutnie odpowiedział: Nie, to ty lubisz rodzynki. I jak tu z tym dyskutować...?
Jeśli więc rodzynek nie lubicie, możecie je pominąć. Zamiast możecie dać więcej żurawiny, jakieś orzechy, albo smażoną skórkę pomarańczową, którą proponowano w oryginale, a którą wolałam pominąć, bo bałam się, że mały smakosz będzie kręcił nosem. Ciasteczka pomimo rodzynek zostały skonsumowane, więc wnioskuję, że musiały smakować. Dorośli wcinali, aż się okruszki sypały. Ciasteczka bowiem nie są zbyt słodkie, trochę chrupiące, w środku miękkie (po kilku dniach w puszce). Z lukrem wyglądają zachwycająco - jeśli ktoś ma chęci, można je jakoś ładniej udekorować. Ja postawiłam na prostotę.
I tak, celowo nie nazwałam ich pierniczkami, tylko dosłownie przetłumaczyłam nazwę z książki Småkager: kræs for slikmunde. Bo przecież początek lutego to nie czas na pierniczki... Ale stwierdziłam, że lepiej teraz niż na Wielkanoc. Więc są pyszne ciasteczka miodowe z bakaliami - może ktoś z Was skusi się jeszcze przed tegorocznym Bożym Narodzeniem...?

Miodowe ciasteczka z bakaliami i lukrem

Składniki:
(na 25-30 sztuk)
  • 150 g miodu
  • 50 g jasnego brązowego cukru
  • 50 g masła
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka kakao
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 75 g płatków migdałowych
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka mleka

lukier:
  • 200 g cukru pudru
  • 1 białko
  • 1 łyżeczka rumu

Miód, cukier i masło rozpuścić w garnuszku, ostudzić. Dodać żółtko, kakao, skórkę z cytryny i przyprawę do piernika, dokładnie wymieszać. 
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, orzechami laskowymi, migdałami, rodzynkami i żurawiną. Dodać do masy, zagnieść. W razie potrzeby dodać mleko.

Z masy uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i chłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto wałkować na grubość 5 mm, wycinać koła o średnicy 7-8 cm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 12-15 minut.
Wystudzić.

Cukier puder, białko i rum umieścić w misce. Miksować na najniższych obrotach miksera, aż masa będzie gładka i gęsta. Lukrować ostudzone ciastka, odłożyć do zastygnięcia lukru.

Przechowywać w szczelnej puszce lub słoiku.

Smacznego!

A tak w ogóle to chyba czas na śniadanie...

piątek, 20 grudnia 2013

Chleb przedświąteczny

Ciężko nie zaczynać każdego posta od pytania: i jak tam przygotowania do Świąt? To już naprawdę ostatnie dni, i mnóstwo rzeczy mamy na głowach. Listy zadań i zakupów są teraz ogromnie popularne - bez nich ciężko byłoby się w tym wszystkim nie zgubić... Mam jednak nadzieję, że wszystko robicie raczej z przyjemnością niż z obowiązku - bo inaczej magia Świąt pryska...

Tuż przed Świętami postanowiłam upiec nam bardzo świąteczny chleb. Nieco słodki, w sumie smakuje trochę jak chałka. Pełen suszonych owoców: u mnie śliwki, żurawina, jagody goi, rodzynki i daktyle. Żałuję bardzo, że nie miałam w domu moreli - ślicznie wyglądałyby takie jasne punkciki w upieczonym chlebie. Tak naprawdę możecie dodać, co tylko chcecie - suszone wiśnie czy jagody też będą pyszne. A może nawet orzechy, żeby całość przyjemnie chrupała. 
Chleb jest bardzo szybki w przygotowaniu - jak to chleby na drożdżach - wystarczy zagnieść, odstawić, znowu zagnieść, odstawić i upiec. I już można się cieszyć wyjątkowo pysznym i pachnącym bochenkiem na śniadanie czy kolację. Polecam Wam bardzo - to taki przedsmak Świąt, kiedy nie pozwalacie wyjadać pierniczków z puszek.

Przepis z Scandilicious baking Signe Johansen. Miałam na niego ochotę od bardzo dawna - w książce zdjęcie jest niesamowicie wręcz apetyczne. Zrezygnowałam jednak z lukru - tak słodki chleb nie nadawałby się na śniadanie. Spróbuję jednak przygotować go raz jeszcze, bardziej w formie strucli, z lukrem i zdecydowanie na słodko - wtedy będzie stanowił wyśmienity deser.

Chleb adwentowy z suszonymi owocami

Składniki:
(na 1 bochenek)
  • 250 ml mleka
  • 75 g masła
  • 500 g mąki pszennej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko

dodatkowo:
  • 50 ml czerwonego wina
  • 30 g suszonych śliwek
  • 30 g suszonych daktyli
  • 30 g rodzynek
  • 30 g suszonej żurawiny
  • 30 g suszonych jagód goji
  • 1 jajko

Mleko z masłem mocno podgrzać, zdjąć z palnika tuż przed zagotowaniem. Ostudzić.
Śliwki i daktyle pokroić na mniejsze kawałki, wymieszać z pozostałymi owocami. Zalać winem, dodać ciepłej wody tak, żeby przykrywała owoce. Odstawić.

Drożdże wymieszać z 1 łyżeczką cukru.
Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z pozostałym cukrem, solą i kardamonem. Zrobić wgłębienie, wlać drożdże i mleko z masłem, wbić jajko. Zagnieść ciasto - może się nieco lepić. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie dobrze odcisnąć owoce. Dodać do ciasta, jeszcze raz zagnieść. Gdy owoce będą już dokładnie rozprowadzone w cieście, uformować bochenek, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 
Odsatwić do wyrośnięcia na 40-60 minut.

Po tym czasie posmarować ciasto roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kiedy wstałam dzisiaj rano, świeciło bajeczne słonko i aż sobie pomyślałam, że takie Święta bez śniegu to nie największa tragedia... Teraz się zachmurzyło i zaczął padać deszcz - taka pogoda zdecydowanie daleka jest od tej wymarzonej, z hałdami śniegu i mrozem szczypiącym w policzki... Nie tracę jednak nadziei - któż wie, co przyniesie Mikołaj?

czwartek, 12 grudnia 2013

Lussekatter

Lussekatter, czyli koty Łucji, to szafranowe bułeczki tradycyjnie wypiekane w Szwecji 13.12. Od tego dnia można je dostać w każdej piekarni, a do tego szklankę kakao dla dzieci lub grzańca dla dorosłych. Nie sposób im się oprzeć - zachęcają cudownie żółciutkim kolorem, pięknie pachną szafranem, fantazyjnie zwinięte, z rodzynkami wciśniętymi w zawinięte końcówki.
Przepis zalazłam w Scandilicious baking Signe Johansen - jednej z moich ulubionych książek o skandynawskich wypiekach. Tradycyjny przepis został nieco zmodyfikowany - do ciasta dodajemy też odrobinę kardamonu, a zamiast rodzynek autorka proponuje suszone wiśnie. Niestety, takowych nie miałam, powróciłam więc do rodzynkowej tradycji.

Wyszły boskie - niesamowicie mięciutkie, delikatne, maślane. Z nutą szafranu, która bardzo mi do gustu przypadła - a było to moje pierwsze z nim w kuchni spotkanie. Gdzieś mam zapisany przepis na szafranowy sernik - koniecznie muszę go w końcu wypróbować...

Siankoo, Mirabelka, Siaśka i Maggie również postanowiły uczcić świętej Łucji w prawdziwie skandynawski sposób. Koniecznie obejrzyjcie ich lussekatter

Szafranowe bułeczki świętej Łucji

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 325 ml mleka
  • 1/4 łyżeczki nitek szafranu
  • 15 g świeżych drożdży
  • 50 g masła
  • 500 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
dodatkowo:
  • 24 rodzynki
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
Mleko zagotować z szafranem rozgniecionym na proszek w moździerzu, przestudzić - ma być letnie, nie gorące.
Masło rozpuścić i przestudzić.

Mąkę przesiać, wymieszać z kardamonem, cukrem i solą. 
Drożdże rozpuścić w mleku, wlać masło, wymieszać. Partiami wsypywać mąkę, a na końcu dodać roztrzepane jajko. Zagnieść ciasto - może się nieco lepić.
Odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić.

Po tym czasie ciasto podzielić na 12 równych część. Z każdej uformować wałeczek, a następnie zawinąć w kształt litery S. Ułożyć bułeczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie na końcach wcisnąć po dobrze odciśniętym rodzynku - dość mocno, żeby nie wyskoczyły w trakcie pieczenia.
Bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec 20 minut w 200 st. C.
Wstudzić na kratce.

Smacznego!

Nam tak przypadły do gustu, że z przepisu skorzystam z pewnością jeszcze nie raz - może w nieco mniej tradycyjnej formie, bo z mnóstwem rodzynek.

środa, 30 października 2013

Jesienne lody - dlaczego by nie...?

Święta w tym roku do Danii zawitały nieco wcześniej... Może tylko na naszą ulicę, nie mam pojęcia. W każdym razie w sklepach można już znaleźć: renifery, bałwanki, Mikołaje, czerwone fartuszki, świeczniki ze świątecznymi motywami, i tak dalej, i tym podobnie... Trochę mnie to przeraża - jeszcze się bowiem nawet październik nie skończył... (A w niektórych sklepach widziałam ozdoby choinkowe już na początku września!) Z drugiej strony, sytuacja ta ma jeden wielki plus. Otóż C. poczuł ducha Świąt (najwyraźniej, inaczej sobie tego wytłumaczyć nie umiem) i dokonał zakupu, którego miał dokonać dopiero za dwa miesiące - mianowicie zakupił sorbetierę do Wallego. Nie macie pojęcia, jak ogromnie byłam szczęśliwa! A właściwie to nadal jestem. Marzyłam o tym dniami i nocami - te wszystkie boskie lody, które teraz będę mogła przygotować... Na przekór więc jesieni kręcę lody - w najróżniejszych smakach. I te bardziej pasujące do pogody, czyli rozgrzewające, aromatyczne, pełne przypraw, ale też zupełnie szalenie letnie... Wszystkie są cudownie pyszne, i wiem, że na Święta zrobię piernikowe...

Pewnego dnia zajrzałam do Kamili. I kiedy zobaczyłam to semifreddo, nie potrafiłam się oprzeć. Cudowne, delikatne i leciutkie, pełne fig, z alkoholową nutą... Pycha! 
Nazajutrz dostałam sorbetierę. Tamten deser nie dawał mi jednak spokoju - więc postanowiłam połączyć dwa w jednym. Mam więc figi, mocno rumowe rodzynki (nie mam w domu brandy, nie lubię), są też chrupiące płatki migdałowe. Zamiast jednak semifreddo, mam tradycyjne lody na żółtkach, na kremie angielskim z przepisu Michela Roux z jego Ciast pikantnych i słodkich. Wyszły obłędne - uwielbiam lody z alkoholem. Są takie dorosłe i pyszne.
Jedyne ale - następnym razem jednak dodałabym do nich kremówki. Będą bardziej puszyste i delikatne. U mnie akurat wyszła, a było późno, więc wyjście do sklepu odpadało. Lody za to musiały być teraz, zaraz, natychmiast, więc... Są bez śmietany. I tak wyszły genialne.

Jeśli nie macie lub nie lubicie fig, po prostu je pomińcie. Lody i tak wyjdą wspaniałe (ach, te rumowe rodzynki...).

Lody waniliowo-rumowe ze świeżymi figami

Składniki:
(na około 1 l lodów)
  • 500 ml mleka
  • 6 żółtek
  • 100 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 70 ml rumu
  • 50 g płatków migdałowych
  • 50 g rodzynek
  • 4 świeże figi

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Mleko z wanilią zagototwać, powoli wlać do żółtek, cały czas miksując. Przelać masę do garnka, podgrzewać, cały czas miszając, aż zgęstnieje. Nie gotować.
Przelać płyn przez sitko, zostawić do całkowitego ostudzenia, a następnie schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po tym czasie odcisnąć rodzynki, wymieszać masę mleczno-jajeczną z rumem. Przelać do maszyny do lodów, 10 minut przed końcem mieszania dodać rodzynki, figi i uprażone na suchej patelni migdały.
Zamrozić.

Smacznego!

Uwielbiam lody na kremie angielskim. Jest z nimi tylko jeden problem - przeogromne ilości białek... Chyba zacznę kręcić sorbety (bo ile można piec bezy, prawda...?).