Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2017

O lokalnym patriotyzmie mojego samochodu i zimowej granoli. Z białym makiem

Nie lubię dużych miast.
Owszem, właśnie w dużym mieście się urodziłam i wychowałam, i ciągle wracam do niego z przyjemnością i z sentymentem zaglądam w stare kąty, które za każdym razem zaskakują mnie ogromnymi zmianami (na szczęście, najczęściej na lepsze). Jednak gdy stanęłam przed wyborem miejsca, w którym zamieszkam na dłużej (być może już na zawsze), wybrałam małe miasteczko. Takie wiecie; z główną ulicą, którą da się przejść w dziesięć minut, z dwoma sklepami spożywczymi, parkiem, który płynnie przechodzi w przyjazny spacerowiczom las, i z rzeczką, nad którą dumnie rozłożył się zamek. Powstrzymajcie wyobraźnię; to w końcu żaden Malbork. Pałacyk raczej, dość skromny... Gdy po kilku tygodniach po przeprowadzce zapytałam C., czy możemy się wybrać na dłuższy spacer, żebym ten zamek mogła sobie w końcu obejrzeć, popatrzył na mnie dziwnie i sprowadził mnie na ziemię słowami: Przecież codziennie obok niego jeździsz...
Ale dość już o zamku, bo zaraz cały splendor tej mojej mieścinie odbiorę.

Jutro już znów jadę do szkoły. Na Zelandię. I choć szkołę lubię, to internat mnie zniesmacza, a wyspa nieco onieśmiela. Wydaje mi się, że wszystko tam dzieje się szybciej, a ludzie są bardziej zabiegani i mniej przyjaźni niż tutaj. Ale to tylko moje subiektywne zdanie, rzecz jasna...
W każdym razie w środę, wracając z pracy, znalazłam się w dość nieprzyjemnej sytuacji. Gdy tylko wyjechałam z autostrady na ostatnią prostą do domu, samochód nagle zrobił bum!, po czym zatrzymał się na środku skrzyżowania. Prawie pół godziny czekałam na pomoc drogową, kuląc się i próbując być niewidzialną, gdy inni kierowcy mnie mijali i na mnie trąbili. Na szczęście Pan Mechanik znów stanął na wysokości zadania, i uporał się z problemem w kilka godzin. Autko jest gotowe do naszej jutrzejszej podróży, i mam nadzieję, że oszczędzi mi psikusów.
Zabawne jednak jest to, że poprzednim razem, gdy miałam jechać do szkoły, samochód też się zepsuł. Kto by pomyślał, że jest takim lokalnym patriotą...

Dziś mam dal Was przepis na zimową granolę, który podpatrzyłam u Lo. Nie mogłam się oprzeć dodatkowi maku i suszonych fig. Robiłam ją dwa razy; za drugim razem zmniejszyłam ilości miodu i syropu klonowego o połowę. Mniej słodka smakuje nam zdecydowanie bardziej.
Zamiast fig możecie użyć suszonej żurawiny; będzie jeszcze bardziej zimowo. Ale ja te drobne, chrupiące pesteczki i super słodkie figi wprost uwielbiam, a tutaj pasują doskonale.

Zimowa granola z figami i syropem klonowym


Składniki:
(na 2 litrowy słoik)

  • 45 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 g miodu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 350 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g sezamu
  • 25 g białego maku
  • 100 g pestek dyni
  • 50g płatków migdałowych
  • 100 g suszonych fig
  • 50 g chipsów kokosowych

Miód podgrzać, żeby dodać syrop, olej i ekstrakt. Wymieszać.
Płatki wymieszać z sezamem, makiem, pestkami dyni i migdałami. Wlać mokre składniki, dobrze połączyć.
Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. 20 minut, w połowie pieczenia mieszając.
Wyjąć blachę z piekarnika, posypać granolę chipsami kokosowymi i pokrojonymi figami. Wstawić z powrotem do wyłączonego piekarnika. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Granolę przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!

I tak, wiem; zdjęcie zdecydowanie zimowe nie jest. Ale ja już tęsknię za latem...

sobota, 3 października 2015

Ciastko... A nie! Bułka z dziurką

Kiedyś nie lubiłam ciszy. Czułam się nieswojo, siedząc sama w domu, słysząc każdy najcichszy nawet szelest. Wzdrygałam się, gdy wiatr hulał za oknem, wyjąc potępieńczo; bzyczenie komara urastało do rangi tragedii życiowej.
Lekarstwem było radio. Pierwsza rzecz po przebudzeniu, to wciśnięcie przycisku na magnetofonie. Oczywiście, o ile trzeba było go wciskać, często bowiem przy radiu zasypiałam. Cicha muzyka gdzieś daleko w tle lub całkiem głośna, zagłuszająca rzeczywistość. Obojętnie, czy byłam w domu sama, czy z kimś innym - pomruk radia towarzyszył mi nieprzerwanie.

Niepostrzeżenie, wszystko się zmieniło. Zamiast muzyki wolę ciszę. Brak działającego radia w aucie zupełnie mi nie przeszkadza, nawet, gdy mam do przejechania dużo kilometrów. W domu całe dnie spędzam w ciszy, towarzyszy mi tylko delikatny szum procesora. 
Jak to się stało? Nie wiem. Nie zauważyłam tej zmiany; zaszła stopniowo, nie pytając mnie o zdanie. Lubię ten dźwięk, gdy deszcz bębni o parapet, a gałęzie pobliskiego drzewa pukają w okno. Lubię delikatne tykanie zegara; lubię słyszeć, gdy Ptysia stuka pazurkami o podłogę. 
I tylko bzyczenie komara nadal doprowadza mnie do pasji...

Bajgle. Znacie? Lubicie?
Ja, szczerze mówiąc, bajgli nie jadłam całe wieki. Gdy więc znalazłam przypadkiem przepis u Kornika, od razu zabrałam się do rzeczy. To znaczy, do czytania przepisu. Potem kilka dni zwlekałam, bo to przedsięwzięcie trzeba sobie dobrze logistycznie rozplanować. Zmieniłam nieco czas i sposób wyrastania, żeby lepiej pasował do mojego porządku dnia. Tak czy inaczej jednak, prace należy rozpocząć dzień wcześniej. I to najlepiej całkiem rano, żeby się odpowiednio ze wszystkim ogarnąć. Osiemnaście godzin wyrastania to bowiem nie przelewki...

Za naszą cierpliwość bajgle odwdzięczą się charakterystyczną skórką i zwartym, sycącym miąższem. Są pyszne! Idealne do kanapek na śniadanie, lunch czy kolację. A może nawet na obiad...?

Bajgle


Składniki:
(na 18 sztuk)

zaczyn:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml letniej wody
  • 3 g świeżych drożdży

ciasto właściwe:
  • 700 g mąki pszennej
  • 350 ml letniej wody
  • 2 łyżki miodu
  • 1 łyżka soli
  • 15 g świeżych drożdży

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 25 g białego maku
  • 25 g czarnego sezamu

do gotowania:
  • 3 l wody
  • 1 łyżka miodu

Drożdże na zaczyn rozpuścić w wodzie, dodać mąkę, dokładnie wymieszać. Odstawić w ciepłe miejsce na 8 godzin, żeby zaczyn wyrósł.

Po tym czasie do dużej mąki przesiać mąkę, dodać pozostałe drożdże rozpuszczone w wodzie, miód i cały zaczyn. Zagnieść, dodać sól, wyrabiać jeszcze przez 5 minut.
Ciasto przykryć, odstawić do lodówki do wyrośnięcia na 10 godzin.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 18 równych części. Za każdej uformować kulę. Ułożyć je na blacie obsypanym mąką, przykryć ściereczką i zostawić na 20 minut.

Po tym czasie w każdej bułeczce palcem zrobić dziurkę, kręcić dłonią, aby ją odpowiednio powiększyć. Odłożyć do wyrośnięcia na 40 minut.

W tym czasie zagotować wodę z miodem. Partiami gotować bułeczki, po 1 minucie z każdej strony. Odłożyć na kratkę do obcieknięcia.

Bajgle ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wierzch posmarować mlekiem i obsypać makiem i sezamem.

Piec w 200 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Do moich bajgli użyłam białego maku i czarnego sezamu - taki miałam kaprys. Zresztą, smak białego maku po prostu uwielbiam! Można użyć tych posypek w bardziej tradycyjnych odcieniach; można też je pominąć lub postawić na coś zupełnie innego. 
Najważniejsze, żeby Wam smakowało.

sobota, 20 grudnia 2014

Makowa panienka

Dzisiaj będzie krótko. Choć bardzo staram się, żeby nie dopadła mnie przedświąteczna gorączka, ostatnie dni mam po brzegi wypełnione przygotowaniami. Sprzątanie (niby niedawno wszystko wysprzątałam, ale jakoś przed Świętami potrafię znaleźć zakamarki, o których normalnie w ogólne nie myślę, i oczywiście dla spokoju ducha muszę je posprzątać), a dzisiaj jeszcze kupowanie ostatnich prezentów. Właściwie to jednego - dla taty C. No i mój mężczyzna kombinuje, jak mi coś kupić i ukryć, żebym nie wyniuchała. Nie wie, że jego paczuszka już grzecznie czeka w miejscu dostępnym tylko wtajemniczonym... 
W każdym razie - czasu na pisanie wiele nie mam, bo czuję się popędzana. I zmęczona - może przenoszenie i obracanie samej łóżka na wszystkie możliwe strony nie było takim dobrym pomysłem...? Ale dumna z siebie jestem - sypialnia lśni! Jutro jeszcze tylko łazienka i pokój z choinką, i mogę czekać na Święta.

Na osłodę mam wyjątkowo pyszne ciasto. Makową panienkę zobaczyłam u Pomidorowej Ani już dość dawno temu, i od razu zapisałam przepis do zrobienia. Ale jakoś tak... Święta minęły, a po nich do maku niekoniecznie mnie ciągnie... Przepis więc czekał i czekał, aż się doczekał. Przygotowanie ciasta nie jest skomplikowane - ubić białka z cukrem, dodać żółtka, a potem sypkie składniki, delikatnie wymieszać łyżką i upiec. Krem to typowy krem budyniowo-maślany - trzeba pamiętać, żeby i budyń, i masło, miały tę samą temperaturę, najlepiej pokojową. Wtedy wszystko ładnie się połączy na idealnie gładki krem. Który jest trochę nietypowy, bo mocno cytrynowy. Dla mnie mógłby być troszkę słodszy, ale innym bardzo smakowało właśnie takie połączenie: kwaskowaty krem i dość słodkie ciasto. Do tego polewa z białej czekolady i chrupiące płatki migdałowe - coś pysznego! W dodatku wygląda uroczo. Może spróbujecie takiego ciasta zamiast tradycyjnego, zwijanego makowca, który lubi robić psikusy...?

Makowa panienka

Składniki:
(na formę 32x40 cm)

ciasto makowe:
  • 115 g suchego maku
  • 100 g wiórków kokosowych
  • 100 g cukru
  • 100 g posiekanych migdałów bez skórki
  • 50 g mielonych migdałów
  • 8 białek
  • 4 żółtka

krem:
  • 2,5 opakowania budyniu waniliowego (po 40 g)
  • 375 ml mleka
  • 200 ml soku z cytryny
  • 80 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 4 żółtka
  • 200 g miękkiego masła

dodatkowo:
  • 150 g białej czekolady
  • 30 g płatków migdałowych

Mak wymieszać z wiórkami kokosowymi i migdałami.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami wsypując cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać suche składniki, delikatnie mieszając łyżką.
Ciasto wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, wyrównać.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Mleko wymieszać z sokiem z cytryny. Odlać 100 ml do kubeczka, resztę zagotować. Do zimnego mleka dodać budyń, cukier i cukier waniliowy, dokładnie wymieszać. Powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Gotować na średnim ogniu, aż budyń zgęstnieje. Zdjąć z palnika, dodać żółka, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Gdy budyń osiągnie temperaturę pokojową, po kawałku dodawać miękkie masło, ucierając na gładki krem.

Ostudzone ciasto przekroić na pół w pionie (tak, żeby otrzymać dwa kawałki o wymiarach 32x20 cm). Na paterze ułożyć jeden kawałek, wyłożyć krem, przykryć drugim blatem ciasta. Schłodzić w lodówce.

Płatki migdałowe podprażyć na suchej patelni. 
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, rozprowadzić na cieście. Posypać płatkami migdałów, odstawić do zastygnięcia.

Ciasto przechowywać w lodówce, ale podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

To ja pędzę - po prezent trzeba bowiem jechać aż do Aarhus. Nie ma jednak tego złego - przy okazji mam zamiar odwiedzić mój ulubiony targ; liczę na jakieś ciekawe zdobycze (czerwone pomarańcze może...?). 
Miłej soboty!

piątek, 4 lipca 2014

Zakręcony chleb od Lorraine

Ten chleb zrobiłam już jakiś czas temu. Siedziałam sobie z C. na kanapie, on grał, ja skakałam po kanałach. Ot, taki leniwy, piątkowy wieczór, gdy po całym tygodniu pracy człowiek nie ma siły ani ochoty na nic bardziej wyszukanego. W pewnym momencie trafiłam na nowy program Lorraine Pascale, którą bardzo lubię. Pyszności, które wyciąga z piekarnika zawsze działają intensywnie na moją kulinarną wyobraźnię, po cichu marzę sobie o jej książce o wypiekach (urodziny już za dwa miesiące, więc kto wie). Tym razem piekła chleb - szybki, prosty, a wyglądający niesamowicie efektownie. Szybki rzut oka na listę składników - wszystko jest. Czym prędzej więc udałam się do kuchni, żeby przygotować sobie to cudo.

Oczywiście, nie pomyślałam o zapisaniu proporcji w trakcie programu, troszkę więc improwizowałam. Później znalazłam przepis na stronie BBC Food. Niezamierzenie wprowadziłam drobne zmiany, niemniej chlebek wyszedł boski - chrupiące skórka i mak, który choć wchodzi między zęby, to smakuje tak dobrze i wygląda tak uroczo, że nie warto z niego rezygnować. Miąższ jest miękki i puszysty, a chleb zachowuje świeżość nawet do trzech dni. Polecam Wam bardzo.

Zakręcony chleb z makiem

Składniki:
(na 1 duży bochenek)
  • 550 g mąki pszennej
  • 100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 350 ml letniej wody
  • 2 łyżki miodu
  • 24 g świeżych drożdży
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 30 g masła
  • 35 g maku

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka
  • 10 g maku

Mąki przesiać do miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Dodać 1 łyżkę miody i 100 ml wody, odstawić.
Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i miodu, wyrobić gładkie ciasto. 
Odstawić na 45-60 minut do wyrośnięcia.

Masło rozpuścić, przestudzić.
Wyrośnięte ciasto krótko zagnieść, rozwałkować na prostokąt o grubości 3-5 mm. Posmarować masłem, posypać makiem. Pokroić wzdłuż na 6 pasków. Każdy z pasków skręcić, następnie skręcić wszystkie razem. Uformować wieniec, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięty chleb posmarować mlekiem, posypać pozostałym makiem. 

Piec w 200 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Tydzień wakacji minął błyskawicznie. Jak zawsze zresztą - wszystko, co dobre, szybko się kończy, itd, itp... Ale korzystamy jak możemy, uśmiecham się od rana do wieczora - tak właśnie wyglądają wakacje idealne!
O szczegółach będę pisać, jak wrócimy do Danii; teraz szkoda mi czasu na długie wpisy...

niedziela, 8 czerwca 2014

Koncert życia. I chałka

Koncert był oszałamiający! Serio. Niesamowite doświadczenie.
Przed koncertem miałam lekkie obawy (głośna muzyka, mnóstwo ludzi i taka mała, zagubiona ja gdzieś po środku), ale okazało się, że były one kompletnie nieuzasadnione.
Przyjechaliśmy już po pierwszym zespole. Później były jeszcze trzy - troszkę przerażające, bardzo, bardzo głośne. Poza tym kiedy ktoś krzyczy do mikrofonu, a ja w głowę zachodzę, w jakim języku próbuje się ze mną porozumieć, to znaczy, że to nie do końca mój typ.
W przerwie wyszliśmy odpocząć. Gdy wróciliśmy po piętnastu minutach, nie było gdzie szpilki wsunąć. Takich tłumów dawno nie widziałam. Szok! Cudem więc jakimś udało nam się przecisnąć w pobliże sceny; znaleźliśmy, muszę przyznać, bardzo dogodną pozycję. 
Gdy na scenę wyszła Metallica... Tego huku nie da się po prostu opisać. Ci wszyscy ludzie, tak od siebie różni, zgodnie klaskali i śpiewali. Muzyka była fantastyczna - koncert jest częścią trasy Metallica by request, co oznacza, że kawałki został wybrane przez publiczność. Same najlepsze: One, Enter sandman, Nothing else matters, The unforgiven, Whiskey in the jar, St. Anger... Całe ciało wibrowało mi w rytm muzyki. Niesamowite przeżycie, ogromnie się cieszę, że udało nam się kupić bilety. Zdecydowanie warte były swojej ceny.

Miniony tydzień miałam bardzo zajęty; koncert, egzamin, jeszcze kilka pomniejszych spraw do załatwienia... Teraz tylko jeszcze w środę muszę stanąć na wysokości zadania, i znów będę mogła spędzać w kuchni więcej czasu. Uff... Dlatego dzisiaj mam dla Was coś dostosowanego do mojego tempa: szybkiego. Przepis znalazłam w Brød: 100 lækre opskrifter i od razu wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Chałka jest mięciutka i puchata, cudownie chrupie mak między zębami. Lekko słodka za sprawą glazury, ale nada się też do wędliny. Trzeba tylko uważać, żeby się za mocno nie przypiekła - miejcie ją na oku. Jeśli tak jak ja nie macie zbyt dużo czasu - koniecznie wypróbujcie ten przepis.

Szybka chałka z makiem

Składniki:
(na 1 niewielką chałkę)
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki mleka w proszku
  • 1,25 łyżki cukru
  • 15 g świeżych drożdży
  • 175 ml wody
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki suchego maku

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka mleka
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1 łyżka suchego maku

Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z solą i mlekiem w proszku. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem. Wlać 1/3 wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody i olej, zagnieść gładkie ciasto.
Odstawić na 2 minuty, dodać mak, dokładnie wgnieść w ciasto.

Ciasto podzielić na 3 równe części, z każdej uformować wałeczek długości 25-30 cm. Zapleść chałkę. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Żółtko roztrzepać z mlekiem, dodać cukier puder, wymieszać. Glazurą posmarować chałkę, posypać makiem.

Piec w 200 st. C. przez 30 minut.
Jeśli chałka za szybko zbrązowieje, przykryć folią.

Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A teraz już będę musiała się w sobie zebrać - zaraz jedziemy do rodziców C. W Danii Dzień Ojca obchodzi się nieco wcześniej, bo piątego czerwca, i właśnie dzisiaj spotykamy się z tej okazji. Będzie miło.

piątek, 28 marca 2014

Ślimaczki z makiem, cudownie maślane

Te bułeczki upiekłam już jakiś czas temu, ale nadal pamiętam ich cudowny, maślany smak.
Pamiętam, że miałam ochotę na mięciutkie, pachnące bułeczki. Koniecznie z makiem chrupiącym między zębami. O wyjątkowym kształcie.

Poszłam więc do kuchni, i zabrałam się za pieczenie. Ciasto jest proste, bez żadnych wymyślnych składników. Jeśli piekliście kiedyś bułki, te nie będą stanowić wyzwania. Jeśli nie mieliście jeszcze szansy przygotować domowego pieczywa, te będą idealne na pierwszy raz, są bowiem wyjątkowo łatwe, a efekt zachwyci każdego. Pozwijane na kształt ślimaczków wyglądają wyjątkowo efektownie w koszyku na pieczywo. U mnie do zdjęcia ocalały raptem dwie sztuki, reszta bowiem została bardzo szybko zjedzona. Jeszcze ciepłe, pachnące masłem, smakują wybornie. Nie można im się oprzeć.

Maślane ślimaczki z makiem

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 100 g masła
  • 150 ml mleka
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
  • 500 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka
  • 15 g maku

Mleko podgrzać z masłem - powinno być letnie, nie gorące. 
Drożdże pokruszyć, zalać mlekiem, dokładnie rozmieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę, wymieszać z solą i cukrem. Dodać rozpuszczone w mleku drożdże, wbić jajko. Zagnieść gładkie ciasto - może się odrobinę lepić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 10 części. Z każdej uformować dość długi wałeczek, zawinąć w ślimaka, podwijając końcówkę pod spód. Ułożyć bułeczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki posmarować mlekiem, posypać makiem.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A dzisiaj już piąteczek, długi weekend czas zacząć. Ponoć cały ma być słoneczny i cieplutki, może więc uda się wcielić w życie plany z poprzedniego tygodnia...? Zobaczymy.

niedziela, 17 listopada 2013

Bułeczki od Tatter

Pisałam już o tym, że piekę ostatnio zawrotne wręcz ilości pieczywa. Wszystko dlatego, że teraz codziennie jemy razem śniadania (i, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będziemy je jeść przynajmniej do końca listopada). Owszem, bywają na śniadanie placuszki, jadamy owsiankę, albo najzwyklejsze płatki kukurydziane z mlekiem. Pieczywo jednak jest niezwykle mile widziane. Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłam chleb... I bardzo mi z tym dobrze. Domowy jest stokroć smaczniejszy, można sobie nawymyślać, co się chce, powkładać różne ciekawe składniki, i delektować się tymi smakołykami. Poza tym zapach wydobywający się z piekarnika w trakcie pieczenia - nie do zastąpienia... Nie narzekam więc, tylko szukam coraz to nowych to przepisów. Ostatnio zawędrowałam na bloga Tatter - jednego z najlepszych dotyczących domowego pieczywa. Tam znalazłam prześliczne bułeczki z makiem, i w związku z tym, że w porównaniu do na przykład dziewięć godzin wyrastającego chleba są niemal błyskawiczne, a w składzie miały akurat tyle drożdży, ile czekało na mnie w kuchni, od razu się za nie zabrałam. 

Bułeczki są lekko chrupiące z wierzchu (choć nie aż tak, jak sobie wyobrażałam. Ale może za krótko trzymałam je w piekarniku i nie zdążyły się odpowiednio przyrumienić), mięciutkie w środku, z makiem wciskającym się między zęby. Pyszne!

Chrupiące bułeczki z makiem

Składniki:
(na 12 bułeczek)
  • 625 g mąki pszennej
  • 400 ml letniej wody
  • 12 g świeżych drożdży
  • 2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka wody
  • 15 g maku

200 g mąki, wodę, drożdże i cukier dokładnie razem wymieszać. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dosypać resztę mąki i sól, zagnieść gładkie ciasto (może się nieco lepić). Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia. 
Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść, odstawić na kolejną 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto podzielić na 12 części, ułożyć na blacie obsypanym mąką, i zostawić na 15 minut. Następnie uformować z każdej części okrągłą bułeczkę, ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować jajkiem roztrzepanym z wodą, posypać makiem. Każdą naciąć ostrym nożem.

Piec w 220 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Połowa listopada... Czy to źle, że powoli zaczynam myśleć o świątecznych łakociach...?

piątek, 4 października 2013

Słoneczne bułeczki

Też tak czasami macie, że idziecie do kuchni bez żadnego pomysłu? Ot tak - wiecie, że coś zrobić trzeba, ale co i jak konkretnie, to już nie bardzo? Ja ostatnio ruszyłam z zamiarem upieczenia bułek. Drożdże już dawno na mnie czekały, poza tym perspektywa pachnących bułeczek na śniadanie wywołuje błyski w oczach C., które bardzo lubię. Nie chciało mi się szukać przepisów, więc zaczęłam wszystko mieszać, tak jak zwykle. Było już ciemno, o szyby dudnił deszcz. I nagle zatęskniłam za słońcem, najlepiej tym najcieplejszym - włoskim. Sięgnęłam więc po kurkumę, która nadała bułeczkom ślicznego, żółtego koloru. A potem w oczy wpadł mi mak, i pomyślałam o cytrynowych muffinach z makiem, które wyglądają tak uroczo. Niewiele więc myśląc, dosypałam dwie łyżki do ciasta. I tak powstały moje słoneczne bułeczki - idealne na szare, deszczowe poranki.

Słoneczne bułeczki z kurkumą i makiem

Składniki:
(na 10 bułek)
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 2 łyżki maku

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z cukrem i 2 łyżkami wody. Dodać 2 łyżki mąki, dokładnie wymieszać. Odstawić zaczyn na 10-15 minut.
Po tym czasie do przesianej mąki dodać zaczyn, resztę wody, sól i jajko, zagnieść ciasto. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie, nielepiące się ciasto.
Odstawić na 60 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 10 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A co u Was? Deszcz płacze w ciemnościach za oknem, czy może raczej złote i czerwone liście szeleszczą Wam jesienne historie podczas spacerów? 

czwartek, 18 lipca 2013

Do trzech razy sztuka, czyli ucieraniec dla wytrwałych

Kiedy Maggie mówi, że znalazła smakowite ciasto, pierwsza podnoszę rękę do wspólnego pieczenia. Kiedy Maggie mówi, że zrobiła pyszne ciasto, wierzę jej bez zastrzeżeń. Mamy bowiem zbliżony gust w kwestii kulinariów, i w 99% to, czym ona się zachwyca, smakuje i mi. Nie inaczej było tym razem, choć muszę przyznać, że był moment zwątpienia...

Kiedy podrzuciła mi przepis z Channel 4, z miejsca się zainteresowałam. Pomarańcza i rozmaryn to intrygujące połączenie, a polenta to wyzwanie, bowiem do tej pory nie miałam z nią w kuchni styczności. Niewiele wcześniej kupiłam opakowanie z myślą o jej wypróbowaniu, a to ciacho wydawało się do tego idealne. Niestety, z powodu pewnych wydarzeń w życiu osobisto-zawodowym nie miałam czasu przygotować ciasta razem z Maggie. Usłyszałam za to zapewnienia, że jak tylko znajdę czas, to powinnam je zrobić, bo jest pyszne. Kiedy więc wszystko zaczęło powoli wracać do normy (albo może raczej kiedy zaczęliśmy nowe normy ustalać) i miałam ochotę wrócić do kuchni, na pierwszy ogień poszło ciasto z polentą. 
Moje bezgraniczne rozczarowanie objawiło się łzami w oczach, gdy po przekrojeniu ciasta ujrzałam perfekcyjny zakalec. Największa lebiega by się takiego nie powstydziła. Ech... Co zrobiłam źle...? Ponieważ ciasta ucierane nie są moją mocną stroną, stwierdziłam, że to z pewnością moja wina. Mając w głowie rekomendacje Maggie, przystąpiłam do drugiej tury, nieco zmieniając przepis. Efekt? Kolejny zakalec, choć już nie taki spektakularny. Tylko pół ciasta się zapadło... Stwierdziłam więc, że do trzech razy sztuka - pozmieniałam jeszcze więcej, wstawiłam formę do piekarnika i usiadłam na kanapie z mocnym postanowieniem, że jak tym razem nie wyjdzie, to się poddaję. Wystudziłam, rozkroiłam - i odetchnęłam z ulgą. Ciasto wyszło dokładnie takie, jak powinno - dość ciężkie, ale bez śladu zakalca, wilgotne, intensywnie pachnące pomarańczą, o uroczym kolorze, z pstrykającymi między zębami kropeczkami maku. Syrop intensyfikuje doznania - ciasto jest słodsze i bardziej pomarańczowe, a delikatna nuta rozmarynu nadaje mu intrygujące charakteru. Całość naprawdę bardzo smaczna i warta zachodu.

Jeśli nie boicie się ucierańców - spróbujcie. Ciacho bowiem naprawdę smakuje wyjątkowo. Czy skorzystacie z mojego przepisu z pewnymi zmianami, czy z oryginalnego - wybór pozostawiam Wam. Koniecznie jednak dajcie znać, jak wyszło - mam nadzieję, że nikt nie będzie miał z nim takich problemów, jak ja.

Pomarańczowe ciasto z polentą i syropem pomarańczowo-rozmarynowym

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 100 g polenty
  • 150 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki maku
  • 150 g jasnego brązowego cukru
  • 3 jajka
  • 125 ml oleju
  • 250 g jogurtu naturalnego
  • skórka otarta z 1 pomarańczy

syrop:
  • 125 g cukru
  • 180 ml soku z pomarańczy
  • 3 gałązki świeżego rozmarynu

dodatkowo:
  • gałązki świeżego rozmarynu

Polentę, mąkę i proszek przesiać do miski, wymieszać z makiem i skórką pomarańczową. 
Jajka z i cukrem ubić na puszystą masę. Powoli wlewać olej, cały czas miksując. Następnie na zmianę, partiami, dodawać jogurt i mąkę tak, żeby ostatnią partię stanowiła mąka.
Masę przełożyć do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, do suchego patyczka.
Przestudzić 10 minut, wyjąć z formy i ostudzić na kratce.

Sok, rozmaryn i cukier umieścić w rondelku. Zagotować i trzymać na średnim ogniu przez 5-10 minut, aż syrop zgęstnieje.

Ostudzone ciasto podawać z ciepłym syropem, udekorowane gałązkami rozmarynu.

Smacznego!

Jak Maggie o zrobiła, że wyszło jej od pierwszego podejścia...? Nie mam pojęcia. Ale to pewnie dlatego, że ja do ucierańców nie mam szczęścia...

piątek, 5 lipca 2013

Duńskie bułeczki z makiem

Chwilowa cisza na blogu spowodowana jest... Hmm... Brakiem zaangażowania. Nie mam ostatnio głowy i serca do spędzania czasu w kuchni. I choć mam kilka zaległych przepisów, trzy książki i całą masę mniej istotnych dla bloga rzeczy do opowiedzenia, na pisanie też nie mam ochoty. Mały zawrót w życiu osobisto-zawodowym sprawił, że siedzimy z C. zastanawiając się, jak wszystko poukładać. Gdyby zabrzmiało to nazbyt dramatycznie, uspokajam wszystkich, którzy chcieliby się o nas martwić - nie jest źle. Po prostu zostaliśmy postawieni w sytuacji, w której trzeba podjąć pewne decyzje, i mogą one mieć kolosalne znaczenie dla naszej przyszłości. Można by się wstrzymać i poprzestać na drobnych zmianach, ale skoro i tak coś trzeba zrobić, to dlaczego by nie od razu na większą skalę...? Bo skoro już zdarzyło się coś, co zmusza nas do zmian, to może należy to wykorzystać i iść na całość...?

Sama jeszcze nie wiem, jak będzie i co się nam przydarzy; do czego dojdziemy. Decyzje trzeba podjąć, ale nie chcemy tego robić nierozważnie, a skoro mamy czas, chcemy go dobrze wykorzystać. Postaram się dodawać przepisy (mam jeszcze kilka propozycji na wykorzystanie rabarbaru, i wiem, że muszę się pospieszyć, żebyście jeszcze zdążyli z nich skorzystać) w miarę możliwości, ale naprawdę - póki co nie mam natchnienia na pisanie, bo zbyt zaabsorbowana jestem sprawami, które z kuchnią i blogiem wspólnego mają niewiele. Mam nadzieję, że mi wybaczycie.

Póki co, ponieważ dziś piątek, zaproponuję Wam coś pysznego na sobotnie śniadanie. Wszyscy wiedzą, że domowe pieczywo to bajka i czysta poezja. W książce Brød: fra bagels til knækbrød Görana Söderina i Georga Strachala znalazłam przepis na cudowne, bardzo duńskie bułki. Można je dostać w każdej piekarni, jednak wiadomo - nic nie zastąpi zapachu wydobywającego się z piekarnika z samego rana... Ich przygotowanie nie zajmuje wiele czasu, ale można je upiec wieczór wcześniej - na śniadanie nadal będą pyszne, chrupiące z wierzchu i mięciutkie w środku. Cudownie maślane, ślicznie prezentują się pokryte makowymi kropeczkami (birkes to mak, więc wręcz nie wypada przygotowywać ich z niczym innym), a charakterystyczny kształt tylko dodaje im uroku. Gwarantuję, że zachwycą każdego. 

Tebirkes

Składniki:
(na 10-12 bułeczek)

zaczyn:
  • 20 g świeżych drożdży
  • 400 ml letniego mleka
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżka cukru

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 50 g masła

dodatkowo:
  • 75 g masła
  • 2 łyżki wody
  • 15 g maku

Drożdże rozmieszać w mleku, dodać cukier i mąkę. Dobrze wymieszać - najlepiej miksować kilka minut mikserem z hakami. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po tym czasie dodać sól i partiami wsypywać mąkę aż do otrzymania odpowiedniej konsystencji - ciasto powinno być nielepiące, miękkie i sprężyste. Wlać rozpuszczone i ostudzone masło, dobrze wyrobić. Odstawić na 10-15 minut.

Dodatkowe masło rozpuścić i przestudzić.

Ciasto rozwałkować na prostokąt 30x40 cm. Posmarować masłem, złożyć wzdłuż dłuższego boku na trzy (jak przy składaniu ciasta francuskiego). Przełożyć tak, żeby złączenie znajdowało się pod spodem. Pokroić ciasto na trójkąty ze ściętym czubkiem. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki posmarować wodą i posypać makiem.

Piekarnik nagrzać do 250 st. C. Włożyć blachę do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec bułeczki przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A póki co, zajadam się truskawkami ze śmietaną. Choć wiem, że powinnam już sięgać po inne owoce sezonowe, nie mogę nacieszyć się tymi czerwonymi pysznościami... Ach, dlaczego sezon truskawkowy jest tak krótki...?

środa, 17 kwietnia 2013

Trzy po trzy, czyli cytrynowe gotowanie

Kiedy w propozycjach gotowania na kwiecień przeczytałam o nowej zabawie, aż zaświeciły mi się się oczka. Maggie wymyśliła, żeby każdego miesiąca podawać trzy składniki, z udziałem których będziemy musieli coś ugotować lub upiec. Takie zadania poruszają kulinarną wyobraźnię, zmuszają do pewnej kreatywności - i mi się to ogromnie podoba!
Gdy zobaczyłam, że w tym miesiącu obowiązkowymi składnikami są jajka, cytryny i mak, przed oczami zaczęły mi przelatywać obrazy pełne cytrynowych pyszności.
Najpierw klasyczne cytrynowe muffinki z makiem - piekł je chyba każdy, nikt nie potrafi im się oprzeć - pięknie pachną, są delikatne i urocze z ciemnymi kropeczkami. Hmpf... To jednak nie to, co mi się marzy.
Później pomyślałam o krajance cytrynowej, na makowym spodzie. To już bardziej oryginalne, ciekawsze. I w sumie bliska byłam wykonania takiego ciasta, ale... Padło jednak na coś zupełnie innego.

Kwiecień w tym roku jest dziwny, taki zimowo-wiosenny (póki co z przewagą zimy, ale miejmy nadzieję, że druga połowa będzie zdecydowanie cieplejsza), więc i moje ciasto łączy w sobie te dwie pory roku. Jest cytrynowo świeże, pachnie obłędnie cytrusami; i jest na drożdżach, a wyrabianie ciasta drożdżowego, czekanie, aż urośnie, a później jego pieczenie, kojarzy mi się zdecydowanie z długimi, ciemnymi wieczorami. Znalazłam przepis na chałkę w Scandilicious baking Signe Johansen, i już dawno chciałam ją przygotować. Dodałam skórkę z cytryny i sok cytrynowy do glazury, całość posypałam makiem - idealnie dopasowała się do wymagań jej postawionych. Wyszła pyszna - puszysta, aromatyczna, z przyjemnie chrupiącym między zębami makiem. Zajadaliśmy się nią w weekendowe śniadanie - pycha!

Wyzwanie podjęli również: MaggieMirabelkaWieraPatisonSiankoo oraz Wojciech. Ogromnie jestem ciekawa, co przygotowały dziewczyny, koniecznie do nich zajrzyjcie!

Cytrynowa chałka z makiem


Składniki:
(na 1 sporą chałkę)
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • skórka otarta z 1 cytryny

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • sok z 1/2 cytryny
  • 10 g maku

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą. Zrobić po środku wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, zalać połową mleka i odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu wlać resztę mleka, dodać pozostały cukier, wbić jajko i zagnieść ciasto. Dodać rozpuszczone i przestudzone masło oraz skórkę otartą z cytryny, wyrobić gładkie ciasto (może się delikatnie lepić - w razie potrzeby lekko podsypać mąką w czasie wyrabiania).
Z ciasta uformować kulę, umieścić w lekko natłuszczonej misce i odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na trzy równe części. Z każdej uformować wałek o średnicy 3-5 cm. Zapleść warkocz, końce podwijając pod spód. Chałkę ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośniętą chałkę posmarować żółtkiem roztrzepanym z sokiem z cytryny, posypać makiem.

Piec w 200 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 180 st. C. i piec 30-35 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Jeśli upieczecie są tę chałkę (albo jakąkolwiek inną) i jakimś cudem nie uda Wam się jej całej pochłonąć, póki jest świeża i pyszna, zajrzyjcie do mnie koniecznie jutro - pokażę Wam, jak dać chałce drugie życie. Bardzo smakowite życie...

piątek, 14 grudnia 2012

Mak, powidła, biała czekolada...

Kiedy zobaczyłam te gwiazdki w Småkager. Kræs for slikmunde wiedziałam, że muszę je przygotować. Urocze maleństwa w czarne kropeczki, w dodatku przełożone powidłami śliwkowymi - mniam. Na zdjęciach udekorowane były mleczną czekoladą i lukrem, mi jednak bardziej pasowała tutaj biała. Ciasteczka same w sobie nie są zbyt słodkie, jednak w połączeniu z powidłami i odrobiną białej czekolady smakują wyśmienicie. W dodatku prezentują się naprawdę świątecznie. Nie trudne do wykonania, choć nieco czasochłonne. Mi ciasto, mimo usilnych starań, nie dawało się zagnieść - jednak po dodaniu śmietany wszystko poszło gładko. Wszystko zależy od wielkości jajka - dlatego warto najpierw spróbować połączyć wszystko bez dodatku śmietany, a dolać ją dopiero, jeśli pojawią się problemy.

Dziś udało mi się skorzystać z dziennego światłą, żeby zrobić zdjęcia - od razu widać różnicę. Niestety nie mogę sobie na ten luksus pozwalać częściej - zazwyczaj, kiedy jeszcze jest jasno, jestem w pracy. A po czternastej światło nie nadaje się już do niczego, niestety... I nawet moje skośne okno nie pomaga. Cóż, do lata przecież coraz bliżej...

Makowe gwiazdki z powidłami śliwkowymi


Składniki:
(na 30-35 złożonych ciasteczek)
  • 200 g mąki pszennej
  • 75 g zimnego masła
  • 25 g cukru
  • 1 jajko
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 100 g suchego maku
  • 2 łyżki śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 80 g białej czekolady
  • 130 g gęstych powideł śliwkowych

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem, makiem i skórką z cytryny. Dodać masło, całość posiekać. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Jeśli nie będzie chciało się skleić - dodać śmietanę.

Z ciasta uformować kulę, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, wyciąć gwiazdki lub inne kształty. Ułożyć ciasteczka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 175 st. C. przez 10 minut.
Ostudzić.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Przełożyć do woreczka cukierniczego z okrągłą końcówką, wycisnąć paseczki na połowę ciastek. Odstawić do zastygnięcia.

Na ciasteczka bez czekolady wykładać po pół łyżeczki (lub więcej, w zależności od wielkości ciastek) powideł, przykrywać gwiazdkami z czekoladą, lekko dociskając. 

Smacznego!


Wiecie, że już tylko dziesięć dni do Wigilii...? Odliczacie, czekacie? Prezenty już kupione? Menu ułożone? Czy w codziennym zabieganiu jeszcze nie do końca zdajecie sobie sprawę, że to prawie już...?

środa, 9 lutego 2011

Na pomarańczowo i bezwietrznie

W końcu cisza. Nie, nie taka grobowa. Ale po dwóch nocach szaleńczych wiatrów (niewiele brakowało, żeby sztorm przeszedł w huragan), wybitych szyb u sąsiadów, połamanych gałęzi i podrapanych samochodów - cisza. Przestało. Uspokoiło się. Znów mogę wyjść z psem na spacer bez obaw, że ją wiatr porwie (sześć kilo to waga raczej piórkowa). 
Minusem jest fakt, że wraz z brakiem wiatru chmury przestały wędrować. I jest to o tyle nieprzyjemne, że nie ma już słonecznych minut. Bo kiedy obłoki szaleńczo pędziły po niebie, w jednej chwili padał deszcz, żeby zaraz zamienić się w prawdziwie wiosenne słońce. A dziś - szaro, buto, nieprzyjemnie... Więc żeby przypomnieć sobie słoneczne ciepło, upiekłam słoneczne ciasteczka. Na Durszlaku polecono mi ciasteczka z Kuchennych zapisków. Przepis nieskomplikowany, bez wałkowania, na które nie bardzo mam miejsce (i chęci), w oryginale z cudnymi czarnymi piegami, których nie mogłam sobie odpuścić. 
Moje maleństwa są konkretnych rozmiarów, bo mi się ciasto grubiej pocięło. Poza tym były dla mnie wielkim zaskoczeniem - spodziewałam się kruchych, a jeszcze ciepłe bardziej przypominały biszkopciki - mięciutkie i aromatyczne. W czasie stygnięcia kruszeją, ale i tak są przepyszne! Chyba się zakochałam... Przed Walentynkami jak najbardziej wskazane, nieprawdaż?

Piegowate ciasteczka pomarańczowe




Składniki:
(na około 35-40 sztuk)
  • 280 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 200 g cukru
  • 140 g miękkiego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka ekstraktu pomarańczowego
  • skórka otarta z 2 pomarańczy
  • 1,5 łyżki maku

Mąkę przeisać z proszkiem. Wymieszać z makiem i solą. 
Cukier wymieszać ze skórką pomarańczową, tworząc cukier pomarańczowy. 

Masło utrzeć na puszystą masę, dodać cukier cytrusowy, ubijać nadal. Wbić jajko, żółtko, utrzeć dokładnie. Wlać ekstrakt i wymieszać.
Zwolnić obroty miksera i partiami dodawać mąkę. 
Z gotowego ciasta uformować wałek o średnicy 5 cm, zawinąć w folię spożywczą i schować do lowdówki na 2 godziny.

Po tym czasie ciasto wyjąć, pokroić na 5milimetrowe plastry i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w sporych odstępach - ciasteczka mocno rosną.

Piec w 180 st. C. 10-12 minut do lekkiego zrumienienia.

Zaraz po upieczeniu są bardzo miękkie, ale w czasie stygnięcia stwardnieją.

Smacznego!



Teraz idę oglądać film. Wiem, wiem, późno już, ale jak się człowiek leni na zwolnieniu, to może poszaleć. 
A jak mi się spodoba, to Wam o nim opowiem.