Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żurawina suszona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żurawina suszona. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

sobota, 15 kwietnia 2017

Zielona pascha. Pistacjowa

Wielkanoc w tym roku ucieka mi między palcami. Owszem, na gałązce w kuchni powiesiłam kolorowe jajka, a w wazonie stoją, lekko już przywiędłe, żonkile. W lodówce czeka kilka kawałków zielonej paschy, a ja mam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Od środy pracuję, jeżdżę i śpię. Ach, no i od czasu do czasu coś przegryzę, bo inaczej padłabym gdzieś po drodze. Końca Świąt wyczekuję niczym urodzinowych prezentów; jestem zmęczona i bardzo, ale to bardzo chciałabym się wyspać.

Ten nieco depresyjny wstęp ma być moim usprawiedliwieniem. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, żeby życzyć Wam wspaniałych, rodzinnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Żeby jutrzejsze śniadanie było wyjątkowe i niezakłócone troskami i nieprzyjemnościami. I żeby baby, mazurki i serniki smakowały Wam jak nigdy.

Wesołych Świąt!

Ja tymczasem przekazuję Wam przepis na zieloną paschę.
Odkąd odkryłam, że w lokalnym markecie mają pastę pistacjową, kupuję namiętnie słoiczek za słoiczkiem i wtykam ją, gdzie tylko się da. A że paschę po raz ostatni robiłam trzy lata temu stwierdziłam, że będzie to doskonałe połączenie.
Przepisu na pistacjową paschę nie mogłam znaleźć, wróciłam więc do sprawdzonego już w minionych latach. Delikatnie zmieniłam proporcje, dodałam pistacje i wyrazisty sos żurawinowy. 
Wyszło znakomicie! Pascha jest kremowa, słodka i rozpływa się w ustach, a sos nadaje jej charakteru. Poza tym pięknie komponuje się kolorystycznie.

Wiem, że w tym roku już za późno, ale może przepis przyda Wam się przy okazji kolejnej Wielkiej Nocy...?

Pascha pistacjowa z sosem żurawinowym


Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 500 g kwaśnej śmietany
  • 6 jajek
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru pudru
  • 200 g kremu pistacjowego
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
  • 25 g niesolonych pistacji bez łupinek

sos żurawinowy:
  • 150 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 50 g cukru
  • 30 ml amaretto
  • 100 ml wody
  • 2 łyżeczki kisielu żurawinowego

Mleko zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Żurawinę zalać amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć. Powinien być sypki.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Dodać pastę krem pistacjowy, połączyć. Dodać odciśniętą żurawinę i posiekane pistacje, wymieszać.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu.

Żurawinę, cukier, amaretto (również to pozostałe z moczenia suszonej żurawiny) oraz 75 ml wody umieścić w garnuszku. Zagotować.
Kisiel rozmieszać w pozostałej wodzie, wlać do żurawiny, wymieszać i gotować jeszcze chwilę.
Przestudzić.

Pachę podawać z ciepłym lub zimnym sosem żurawinowym.

Smacznego!


Zamiast żurawin, można i w samym cieście, i w sosie użyć wiśni. Efekt będzie równie doskonały.

środa, 22 marca 2017

Wiosna... I bananowa granola - odsłona pierwsza

Tak jak już Wam pisałam - wystarczy odrobina słonka, i od razu wszystkim zielono w głowach. Dzisiaj słońca pod dostatkiem, a termometr pokazuje całe jedenaście kresek! Takie wspaniałości można uczcić tylko w jeden sposób - szeroko otwartymi drzwiami do ogrodu. Poniekąd, zostałam do tego zmuszona. Ptysia po krótkim wyjściu na siusiu stanowczo odmówiła powrotu, a ja machnęłam ręką - bo co innego miałabym zrobić...? Pączusia, i tak pełna energii, zaczęła biegać, skakać i szaleć, aż jej z wrażenia lewe ucho stanęło. Patrzę więc sobie na te moje psy, i uśmiecham się od ucha do ucha.
Wiosna idzie.

W związku z tym, nie będę dziś tracić tych bezcennych, słonecznych chwil na przydługie wstępy, i od razu przejdę do meritum, czyli granoli.
Miałam kilka bananów, na które nikt już nie miał chęci, bo pociemniały. Znalazłam więc trzy przepisy na bananowe granole: oto pierwszy z nich. Banany i czekolada - to nie mogło się nie udać.
Przepis znalazłam u Pauliny, i trochę go zmieniłam, żeby nie był aż tak zdrowy. Moja granola wyszła lekko słodka, z wyraźnym posmakiem bananów i obłędnie pysznymi kawałki ciemnej czekolady. Z samego rana wywołuje uśmiech i dodaje energii na ładnych kilka godzin, więc zadanie zostało spełnione.
Spróbujcie, zanim banany odejdą w zapomnienie na długie, letnie miesiące...

Bananowa granola z czekoladą


Składniki:
(na słój o pojemności 2 l)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków ryżowych
  • 70 g pestek dyni
  • 30 g sezamu
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 banany
  • 75 g suszonej żurawiny
  • 80 g ciemnej czekolady (70%)

Płatki, pestki, sezam i grubo posiekane orzechy wymieszać.
W drugiej misce połączyć olej z syropem. Banany rozgnieść, dodać do oleju, wymieszać. Wlać do suchych składników, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równo rozprowadzić.

Piec w 160 st. C. przez 30-60 minut, mieszając co 10 minut, żeby granola równo się przypiekła.

Ostudzić, dodać żurawinę i posiekaną czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

Słonko świeci, ptaszki śpiewają, a ja zaraz muszę iść spać... To jednak trochę dołujące, mimo całej wiosennej radości.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zimowe babeczki

Nigdy bym nie pomyślała, że powiem kiedyś na głos: Jak miło było wstać tak późno w wolny dzień! o godzinie... Siódmej rano! Tak, tak, chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać do pobudek o nieludzkich porach. gdy jedyne, co słychać, to przeraźliwy szum wiatru.
A dzisiaj, gdy zaczęłam mój spóźniony weekend, pogoda postanowiła nas porozpieszczać. Po trzech dniach niemal huraganów, gdy ogromna choinka w centrum przeleciała kilkadziesiąt metrów, z dachów spadły niezliczone dachówki, a wielkie drzewa straciły kilka ciężkich konarów, wiatr ustał, słońce, choć nieco zamglone, świeci niestrudzenie, a temperatura oscyluje w okolicach dziesięciu stopni. Spacer z Ptysią był prawdziwą przyjemnością; choć w parku wszystko podmokło, a gigantyczne kałuże grożą utopieniem nieostrożnym, małym pieskom, jest przyjemnie i ciężko uwierzyć, że wczoraj minęła już druga adwentowa niedziela.
Jednocześnie świętowaliśmy wczoraj Mikołajki, ulubiony dzień wszystkich grzecznych dzieci. W butach, skarpetkach i na parapetach można było znaleźć drobne upominki zostawione przez pomocników Świętego.

A Wy? Byliście w tym roku grzeczni...?

W Danii nie ma Mikołajek; jest za to inny radosny zwyczaj: podarunkami należy się obdarowywać w każdą adwentową niedzielę. Materialiści z pewnością teraz lekko pozazdroszczą. My w tym roku zrobiliśmy sobie jeden duży, adwentowy prezent: dwa komplety szklanek z podwójnymi ściankami, o których marzyłam od dawna, a które i C. bardzo się zawsze podobały. Teraz zastanawiam się, co by tutaj przygotować, żeby w nich ładnie wyglądało... Szczerze mówiąc, mam już kilka pomysłów, ale na razie ciii...

Dzisiaj mam dla Was urocze małe babeczki w zimowej wersji. Z dużą ilością suszonej żurawiny, pachnące masłem, miodem i cynamonem, z bajecznie pyszną, czekoladowo-miodową polewą. Ona nadaje im rewelacyjnego smaku, nie rezygnujcie z niej więc!
Oczywiście, zamiast małych babeczek, można upiec jedną większą. 

Przepis od niezawodnej Doroty.

Zimowe babeczki z miodem i żurawiną


Składniki:
(na 6 średniej wielkości babeczek)
  • 150 g miękkiego masła
  • 55 g jasnego brązowego cukru
  • 3 jajka
  • 90 g płynnego miodu
  • 65 g melasy
  • 65 ml mleka
  • 255 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżezka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 g suszonej żurawiny

polewa:
  • 1 łyżka wody
  • 65 g miodu
  • 60 g ciemnej czekolady (75%)

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać miód i melasę, cały czas miksując.
Mąkę przesiać, wymieszać z cynamonem, proszkiem i sodą. Partiami dodawać do ciasta na zmianę z mlekiem, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników. Na koniec dodać żurawinę, wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy na babeczki.

Piec w 160 st. C. przez 25-35 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Czekoladę posiekać. Miód z wodą zagotować, zalać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Polewę przestudzić, gęstniejącą polać babeczki.
Odstawić do zastygnięcia polewy.

Smacznego!

Ja tymczasem zakasuję rękawy, i zabieram się za pieczenie pierniczków. Ostatnio nie mogę na nic znaleźć czasu, a wałkowanie i wykrawanie, choć szalenie relaksujące i przyjemne, jest też dość czasochłonne... Wolny dzień jest więc idealny na nadrobienie zaległości!

poniedziałek, 30 listopada 2015

Smak Danii: lukrecja

Nie wiem, jak sprawa wygląda w innych krajach skandynawskich, ale w Danii lukrecja stoi na najwyższym piedestale. Kochają ją wszyscy rdzenni Duńczycy, których ulubionym zajęciem jest podsuwanie jej niczego nieświadomym obcokrajowcom i obserwowanie ich reakcji. A są one różne: od polubienia i zaciekawienia nowym smakiem, poprzez grzecznościowe przełknięcie z mniej lub bardziej zbolałą miną, aż po natychmiastowe wyplucie bez zważania na otoczenie. Lukrecja bowiem to bardzo charakterystyczna rzecz; kocha się ją albo nienawidzi. Nie ma nic pomiędzy.

Odmian lukrecji jest całe mnóstwo: od delikatnych i słodkich, aż po niesamowicie intensywne i ostre. Bardzo charakterystyczne są lukrecjowe cukierki obtoczone w soli; czasem nawet najwięksi fani lukrecji nie dają im rady. 
Ja rozróżniam dwa rodzaje: ten, który samym zapachem sprawia, że robi mi się słabo i drugi, który dam radę przełknąć z miną tylko troszkę kwaśniejszą od cytryny. Choć mieszkam tu już całkiem długo, nie potrafię się do lukrecji przekonać. Od czasu do czasu robię próby (smak ponoć zmienia się co siedem lat), ale póki co - bezowocne. To znaczy: nadal jej nie cierpię.

W domu jednak mam zapas. Szalona, pomyślicie. Nic z tych rzeczy! Po prostu C., jako rasowy Duńczyk, za lukrecją przepada, tak jak i reszta jego rodziny. Od czasu do czasu robię więc im przyjemność, i przygotowuję jakieś lukrecjowe smakołyki (dla mnie to nadal oksymoron). Sama też próbuję; kończy się na malutkim gryzku i wypiciu duszkiem kubka herbaty,

Tym razem zainspirowały mnie ciasteczka, które pieczemy w pracy. Całymi godzinami wkładam zgrabne ruloniki do specjalnej maszyny, która tnie je na cieniutkie plasterki. Następnie układam je na blasze, żeby później z piekarnika mógł wydobyć się całkiem przyjemny zapach. Zachęcona, postanowiłam spróbować w domu.
Przepis znalazłam na blogu Rikke i od razu mi się spodobał, bo efekt końcowy przypomina to, co otrzymuję w pracy. Zabrałam się do pieczenia, delikatnie tylko zmieniając proporcje. No i wałeczek uturlałam troszkę za gruby; moje ciasteczka wyszły dość spore. Okazało się jednak, że dla fanów lukrecji to nie problem. Znikały szybciutko, jedno po drugim, a z gardeł dobiegały odgłosy zadowolenia. 

Ciasteczka mają śliczny, karmelowy kolor, a smak lukrecji jest raczej stonowany. Wspaniale komponują się tu słodko-kwaśne żurawiny; w dodatku pięknie wyglądają. To opinia jedzących; ja ugryzłam kęsik, przełknęłam i stwierdziłam, że do tej puszki zaglądać nie będę.

Jeśli nie lubicie lukrecji, zamieńcie ją na cukier waniliowy (w mniejszej ilości, rzecz jasna).
Albo po prostu upieczcie inne ciasteczka...

Ciasteczka lukrecjowe z żurawiną


Składniki:
(na 40-45 sztuk)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżki lukrecji w proszku
  • 65 g suszonej żurawiny
  • 185 g zimnego masła
  • 200 g cukru trzcinowego
  • 1 jajko
Mąkę przesiać, wymieszać z lukrecją i cukrem. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, szybko zagnieść ciasto. Na końcu dodać żurawinę, połączyć.

Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 3-4 cm, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę (można przez noc).

Schłodzone ciasto odwinąć z folii, pokroić na plastry grubości 3-4 mm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 8-10 minut.

Smacznego!

Przepis, rzutem na taśmę, dorzucam do akcji Mopsika. Bo czy może być coś bardziej skandynawskiego, niż lukrecja...?

Kuchnia skandynawska 2015

piątek, 23 października 2015

Granola z dynią

Tak, tak, to już dziś! Rozpoczynamy Festiwal Dyni u Bei! Czekałam na niego niecierpliwie, bo za dyniami wręcz szaleję. Ich naturalnie słodkawy, może nieco mdły smak stanowi idealną bazę do eksperymentów wszelakich. Dynia nadaje się do dań wytrawnych i słodkich, można ją piec, gotować i smażyć. Właściwie nie jestem pewna, czy jest coś, czego z dyni zrobić się nie da...
Osobiście najbardziej lubię przetworzyć większą jej ilość na puree, które wykorzystuję na bieżąco lub zamrażam na później. To chyba najłatwiejszy sposób na dynię; kiedy już mamy gotowy mus, reszta przepisu zazwyczaj nie nastręcza trudności. W tym roku zaopatrzyłam się w niemal pięciokilogramowego giganta z Samsø, zwanej Græskarøen, czyli Wyspą Dyń.  Jest to niewielka wyspa leżąca między Jutlandią, Fionią i Zelandią, gdzie podobno można znaleźć dynie na każdym kroku. Wybrałabym się tam z największą przyjemnością w dyniowym sezonie; może kiedyś się uda.

W każdym razie, na rozpoczęcie Festiwalu mam dla Was coś zdrowszego, czego być może byście się po mnie nie spodziewali. Do domowej granoli zapałałam żywym uczuciem jakoś na początku tego roku, i nie mogę odmówić sobie uzupełniania mojego pięknego słoja (który tylko w tym celu zakupiłam) coraz to nowymi mieszankami. Tym razem, oczywiście, postawiłam na dynię. Płatki owsiane wymieszałam z dyniowymi pestkami i orzechami włoskimi, a do musu z dyni dodałam aromatyczne przyprawy i nieco syropu klonowego (w końcu granola musi być choć trochę słodka). Do tego suszone śliwki i żurawina, i mamy cudownie chrupiącą, niezwykle aromatyczną i optymistycznie pomarańczową granolę. Z C. zakochaliśmy się w niej w momencie, gdy z piekarnika zaczął dobywać się niebiański zapach korzennych przypraw...
Musicie tego spróbować!

Dyniowa granola


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 400 g płatków owsianych
  • 75 g ziaren dyni
  • 100 g orzechów włoskich
  • 40 g złotego siemienia lnianego
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 80 g suszonej żurawiny
  • 65 g suszonych śliwek
Orzechy grubo posiekać, wymieszać z płatkami owsianymi, ziarnami dyni i siemieniem. Mus z dyni wymieszać z syropem klonowym, olejem i przyprawami na jednolitą masę. Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie połączyć.

Masę wyłożyć równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 35-40 minut, 3-4 razy w trakcie pieczenia mieszając.

Śliwki pokroić na mniejsze kawałki, razem z żurawiną dodać do upieczonej i przestudzonej granoli. Wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

A ja tymczasem uciekam do kuchni - trzeba przygotować kolejny dyniowy deser...

poniedziałek, 11 maja 2015

Uzależnienie - granola z ziarenkami

O tym, że oszalałam na punkcie domowej granoli, wiedzą już chyba wszyscy. Jak tylko jedna się skończy, zaraz biegnę do kuchni piec kolejną. Zużycie płatków owsianych w naszym domu zdecydowanie wzrosło - owszem, lubię owsianki, ale często nie chce mi się ich gotować. A granolę wystarczy upiec raz, najczęściej wieczorem, żeby przez cały tydzień móc się cieszyć pysznymi śniadaniami. Czy może być coś lepszego...?

Tym razem poszłam w zdrową stroną - ziarenka, suszone owoce i miód, zero cukru. Można jeść bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Choć przyznać się, że mimo, że smakuje fenomenalnie, na dokładkę się jeszcze nie skusiłam - taka granola syci bowiem niesamowicie! I potem mogę biegać po kuchni przez pół dnia (szkolnej kuchni; w domowej ciężko jest się choćby obrócić), bo energii mam w sobie mnóstwo! (Stąd te wszystkie wykrzykniki.)

Jeśli jeszcze nie robiliście domowej granoli - spróbujcie koniecznie. Uzależnienie gwarantowane.

Pomarańczowa granola z ziarenkami

Składniki:
(na 2 l słój)
  • 400 g płatków owsianych
  • 35 g siemienia lnianego
  • 70 g ziaren dyni
  • 70 g ziaren słonecznika
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 g miodu
  • 2 łyżki oleju
  • 75 g suszonych moreli
  • 75 g suszonej żurawiny

Płatki, siemię i ziarenka wymieszać w dużej misce. 
Skórkę i sok pomarańczowy lekko podgrzać z miodem i olejem, aż całość dobrze się połączy. Wlać do płatków, dokładnie wymieszać.

Całość rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, 3-4 razy w tym czasie mieszając.
Przestudzić.

Morele posiekać, dodać do płatków razem z żurawiną, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

A ja już obmyślam kolejne połączenie smaków, bo w słoju zaczynam widzieć dno...

czwartek, 16 kwietnia 2015

Śniadanie idealnie chrupiące - granola

Ten tydzień, a szczególnie jego końcówka, wypadł bardzo pracowicie. Do środy jeszcze jakoś było, ale teraz to już sama nie wiem, za co się łapać. Rano szkoła, dzisiaj i jutro do pracy na całe popołudnie. W sobotę, teoretycznie, mogę trochę odespać, ale jednocześnie wisi nade mną widmo tortu na niedzielę. I to nie byle jakiego, bo na nieoficjalne drugie urodziny małej Natalki. Nieoficjalne - bo w teorii ma to być tylko przyjacielski grill. Ale skoro maluch ma urodziny, no to przecież aż głupio pojawić się bez tortu... Na szczęście plan jest - zobaczymy, jak mi pójdzie realizacja... Oby efekt był zadowalający - szczególnie, że taki tort mam zamiar zrobić po raz pierwszy...

W każdym razie, chodzi mi o to, że czasu mam jak na lekarstwo. Jeść nawet nie ma kiedy! Przygotowałam więc kolejny słój pełen granoli, tym razem takiej zdrowszej - bez cukru, za to z miodem, dużą ilością suszonych owoców i orzechów, z sokiem jabłkowym. Pomysł znalazłam u Leny, ale jak już wylądowałam w kuchni, to zaczęłam go radośnie rewolucjonizować. Wyszło coś niebiańsko pysznego - słodka, sycąca, chrupiąca - granola idealna (a bez czekolady!). 
Jeśli szukacie pomysłu na błyskawiczne i pożywne śniadania - to jest coś dla Was. W dodatku smakuje tak dobrze, że mogłabym śniadania jeść na obiad i kolację!

Granola lekko egzotyczna

Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g orzechów nerkowca
  • 40 g chipsów kokosowych
  • 50 g miodu
  • 200 ml soku jabłkowego bez cukru
  • 75 g suszonej żurawiny
  • 75 g suszonych moreli

Orzechy grubo posiekać, chipsy kokosowe lekko połamać. Wymieszać w dużej misce z płatkami owsianymi.
Sok jabłkowy lekko podgrzać z miodem, żeby składniki się połączyły. Zalać płatki, dokładnie wymieszać. Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 30 minut, 3-4 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Przestudzić, dodać żurawinę i posiekane morele, wymieszać.
Przechowywać z szczelnym słoiku do 2 tygodni.

Smacznego!

A na zdjęciu mój cudowny słój, który mnie w końcu zmotywował do upieczenia pierwszej granoli. Znalazłam go w Netto, i tak mi się spodobał, że nie mogłam mu się oprzeć. Gdy C. zapytał, co ja w takim wielkim słoju będę trzymać, odpowiedź nasunęła się sama...
Okazuje się jednak, że te dwa litry to zdecydowanie za mało - bo C. w granoli też zasmakował, i znika, nim zdążę się obejrzeć.

sobota, 8 marca 2014

Słodka sobota, czyli trufle dla Mamy

Dzisiejszy dzień w całym kraju jest dniem niezwykle ważnym. W kwiaciarniach i cukierniach ruch jak w Walentynki, panowie zaopatrzeni w bukiety, czekoladki czy też nieco bardziej ekstrawaganckie upominki wędrują dumnie do domów, a panie dzisiaj tylko . Śliczne i pachnące, celebrują swoje święto.
W Danii - niestety - nie jest ono tak znane, i tego dnia nie mam co liczyć na szczególne traktowanie. Na szczęście ciągle jeszcze mogę się cieszyć prezentami z okazji rocznicy oraz rocznicy i czterech dni (ciekawe, czy w przyszłym roku też będziemy takową celebrować...?), więc wcale nie narzekam. 
W naszej Rodzinie jednak, poza Dniem Kobiet, obchodzimy również urodziny mojej Mamuni. Kwiatki od Taty, wiadomo, od nas kiedyś dziecięce laurki, później inne samodzielnie zrobione drobiazgi. Dzisiaj, niestety, sprawa nie wygląda tak różowo...
Zwróciłam się ostatnio do mojej Rodzicielki z jakże stosownym pytaniem: Co byś chciała na urodziny?
Nic. Ja wszystko mam.
No cudownie, kobiecy ideał. Jedyna taka na świecie, co ma wszystko.
Drążyłam jednak dalej, bo uparte ze mnie stworzenie. Udało mi się uzyskać nie do końca satysfakcjonującą mnie odpowiedź: Nowy kocyk dla Klusi (pies) i garnitur dla Zbyszka (Tato). 
Odetchnęłam głęboko. Mamuś, ale coś dla ciebie...
A wiesz co? Taki krem do twarzy. Ale tylko ja umiem kupić dobry...

Bądź tu mądry i pisz wiersze, jakby powiedziała Babcia.

Prezent wymyśliłam. Sama. Jak się Mamie nie spodoba, to jej go zabiorę, bo mi odpowiada. 
Jedyna opcja, która nie przyprawia mnie o ból głowy...

Za to jestem całkowicie pewna, że Mamie zasmakowałyby te trufle. Ja się w nich zakochałam, i naprawdę ciężko mi się było od nich oderwać.
Mascarpone z czekoladą i marcepanem, a do tego żurawinowe wnętrze z lekką nutą amaretto, które świetnie tutaj pasuje. Całość obtoczona w kakao, które wspaniale podkreśla słodko-delikatne wnętrze. Całość smakuje wybornie, i naprawdę - nie można im się oprzeć. Trzeba jednak przechowywać je w lodówce, w temperaturze pokojowej bowiem szybko robią się miękkie. Nadal pyszne, ale nieco kłopotliwe w jedzeniu.

Przepis znalazłam na blogu Sto kolorów kuchni, od siebie dodałam żurawinę namoczoną w alkoholu, która mi bardzo tutaj pasowała.

Jeśli nie macie pod ręką urodzinowej Mamy, śmiało możecie przygotować takie z okazji Dnia Kobiet. Albo z jakiejkolwiek innej. Albo zupełnie bez okazji - takie są pyszne, że zawsze znikną szybciutko.

Trufle czekoladowo-marcepanowe z żurawiną

Składniki:
(na 30-35 sztuk)
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g mlecznej czekolady (35%)
  • 100 g marcepanu
  • 30 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
dodatkowo:
  • 15 g kakao
Mascarpone lekko zmiksować, dodać pokruszony marcepan, połączyć.
Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej, przestudzić, dodać do masy śmietankowo-marcepanowej. Dokładnie wymieszać, wstawić na noc do lodówki.
Żurawinę namoczyć w amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia żurawinę dobrze odcisnąć.
Z masy formować kulki wielkości orzecha włoskiego, w środek każdej wciskając 2-3 żurawiny. Trufelki obtaczać w kakao - jeśli byłyby zbyt miękkie, wstawić na 15 minut do lodówki.

Przechowywać w lodówce, podawać schłodzone.

Smacznego!

A przed nami cudownie leniwy weekend. Ostatni spędziliśmy dość aktywnie, dużo czasu poza domem. Teraz należy nam się odpoczynek...

wtorek, 4 lutego 2014

Pierniczki? Ciasteczka miodowe

C. zawsze mnie budzi przed wyjściem do pracy. Nie, nie robi tego celowo - zachowuje się cichutko, nie zapala światła w pokoju, w którym śpię, daje mi tylko całusa w czubek głowy (bo zazwyczaj więcej spod kołdry nie wystaje), i wychodzi. A mi w momencie, kiedy on zamyka drzwi, oczy otwierają się szeroko, i tak sobie leżę. Wczoraj ze sobą walczyłam - kto to słyszał, żeby wstawać przed siódmą, kiedy człowiek nie musi...? Ułożyłam się wygodnie, pooglądałam sufit, poprzytulałam Ptysię, ale po pół godzinie mi się znudziło. Nie było rady - wstałam, zrobiłam sobie pachnącej imbirem herbaty, i rozpoczęłam bardzo przyjemny dzień. Słonko świeciło, wiatr zgubił się gdzieś w lesie, i nawet Ptysia dała się namówić na spacer dłuższy niż kilka metrów.
Dzisiaj odpuściłam wiercenie się w łóżku, i wstałam od razu. Niestety, świat jest zachmurzony i ponury, ale humoru mi to nie zepsuje. Plany na dzisiaj ambitne, zobaczymy, co z tego będzie. Póki co widzę wszystko w różowych barwach, mimo wszechobecnej szarości.

Jakiś czas temu pomagaliśmy się przeprowadzać mojej koleżance. Upiekłam ciasteczka dla jej synka - zawsze szybciutko zjada wszystkie słodkości, które im zanoszę, więc to sama przyjemność. Tym razem jednak nie do końca trafiłam - namiętnie bowiem wydłubywał z ciasteczek rodzynki. Na zarzut mamy, że przecież je lubi, rezolutnie odpowiedział: Nie, to ty lubisz rodzynki. I jak tu z tym dyskutować...?
Jeśli więc rodzynek nie lubicie, możecie je pominąć. Zamiast możecie dać więcej żurawiny, jakieś orzechy, albo smażoną skórkę pomarańczową, którą proponowano w oryginale, a którą wolałam pominąć, bo bałam się, że mały smakosz będzie kręcił nosem. Ciasteczka pomimo rodzynek zostały skonsumowane, więc wnioskuję, że musiały smakować. Dorośli wcinali, aż się okruszki sypały. Ciasteczka bowiem nie są zbyt słodkie, trochę chrupiące, w środku miękkie (po kilku dniach w puszce). Z lukrem wyglądają zachwycająco - jeśli ktoś ma chęci, można je jakoś ładniej udekorować. Ja postawiłam na prostotę.
I tak, celowo nie nazwałam ich pierniczkami, tylko dosłownie przetłumaczyłam nazwę z książki Småkager: kræs for slikmunde. Bo przecież początek lutego to nie czas na pierniczki... Ale stwierdziłam, że lepiej teraz niż na Wielkanoc. Więc są pyszne ciasteczka miodowe z bakaliami - może ktoś z Was skusi się jeszcze przed tegorocznym Bożym Narodzeniem...?

Miodowe ciasteczka z bakaliami i lukrem

Składniki:
(na 25-30 sztuk)
  • 150 g miodu
  • 50 g jasnego brązowego cukru
  • 50 g masła
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka kakao
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 75 g płatków migdałowych
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka mleka

lukier:
  • 200 g cukru pudru
  • 1 białko
  • 1 łyżeczka rumu

Miód, cukier i masło rozpuścić w garnuszku, ostudzić. Dodać żółtko, kakao, skórkę z cytryny i przyprawę do piernika, dokładnie wymieszać. 
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, orzechami laskowymi, migdałami, rodzynkami i żurawiną. Dodać do masy, zagnieść. W razie potrzeby dodać mleko.

Z masy uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i chłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto wałkować na grubość 5 mm, wycinać koła o średnicy 7-8 cm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 12-15 minut.
Wystudzić.

Cukier puder, białko i rum umieścić w misce. Miksować na najniższych obrotach miksera, aż masa będzie gładka i gęsta. Lukrować ostudzone ciastka, odłożyć do zastygnięcia lukru.

Przechowywać w szczelnej puszce lub słoiku.

Smacznego!

A tak w ogóle to chyba czas na śniadanie...

piątek, 20 grudnia 2013

Chleb przedświąteczny

Ciężko nie zaczynać każdego posta od pytania: i jak tam przygotowania do Świąt? To już naprawdę ostatnie dni, i mnóstwo rzeczy mamy na głowach. Listy zadań i zakupów są teraz ogromnie popularne - bez nich ciężko byłoby się w tym wszystkim nie zgubić... Mam jednak nadzieję, że wszystko robicie raczej z przyjemnością niż z obowiązku - bo inaczej magia Świąt pryska...

Tuż przed Świętami postanowiłam upiec nam bardzo świąteczny chleb. Nieco słodki, w sumie smakuje trochę jak chałka. Pełen suszonych owoców: u mnie śliwki, żurawina, jagody goi, rodzynki i daktyle. Żałuję bardzo, że nie miałam w domu moreli - ślicznie wyglądałyby takie jasne punkciki w upieczonym chlebie. Tak naprawdę możecie dodać, co tylko chcecie - suszone wiśnie czy jagody też będą pyszne. A może nawet orzechy, żeby całość przyjemnie chrupała. 
Chleb jest bardzo szybki w przygotowaniu - jak to chleby na drożdżach - wystarczy zagnieść, odstawić, znowu zagnieść, odstawić i upiec. I już można się cieszyć wyjątkowo pysznym i pachnącym bochenkiem na śniadanie czy kolację. Polecam Wam bardzo - to taki przedsmak Świąt, kiedy nie pozwalacie wyjadać pierniczków z puszek.

Przepis z Scandilicious baking Signe Johansen. Miałam na niego ochotę od bardzo dawna - w książce zdjęcie jest niesamowicie wręcz apetyczne. Zrezygnowałam jednak z lukru - tak słodki chleb nie nadawałby się na śniadanie. Spróbuję jednak przygotować go raz jeszcze, bardziej w formie strucli, z lukrem i zdecydowanie na słodko - wtedy będzie stanowił wyśmienity deser.

Chleb adwentowy z suszonymi owocami

Składniki:
(na 1 bochenek)
  • 250 ml mleka
  • 75 g masła
  • 500 g mąki pszennej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko

dodatkowo:
  • 50 ml czerwonego wina
  • 30 g suszonych śliwek
  • 30 g suszonych daktyli
  • 30 g rodzynek
  • 30 g suszonej żurawiny
  • 30 g suszonych jagód goji
  • 1 jajko

Mleko z masłem mocno podgrzać, zdjąć z palnika tuż przed zagotowaniem. Ostudzić.
Śliwki i daktyle pokroić na mniejsze kawałki, wymieszać z pozostałymi owocami. Zalać winem, dodać ciepłej wody tak, żeby przykrywała owoce. Odstawić.

Drożdże wymieszać z 1 łyżeczką cukru.
Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z pozostałym cukrem, solą i kardamonem. Zrobić wgłębienie, wlać drożdże i mleko z masłem, wbić jajko. Zagnieść ciasto - może się nieco lepić. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie dobrze odcisnąć owoce. Dodać do ciasta, jeszcze raz zagnieść. Gdy owoce będą już dokładnie rozprowadzone w cieście, uformować bochenek, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 
Odsatwić do wyrośnięcia na 40-60 minut.

Po tym czasie posmarować ciasto roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kiedy wstałam dzisiaj rano, świeciło bajeczne słonko i aż sobie pomyślałam, że takie Święta bez śniegu to nie największa tragedia... Teraz się zachmurzyło i zaczął padać deszcz - taka pogoda zdecydowanie daleka jest od tej wymarzonej, z hałdami śniegu i mrozem szczypiącym w policzki... Nie tracę jednak nadziei - któż wie, co przyniesie Mikołaj?

środa, 11 grudnia 2013

Świąteczne ciasteczka, czyli pieczenie na cztery ręce

Maggie wie, co dobre. Nie wiem, jakim cudem udaje jej się znaleźć te wszystkie pyszności w przepastnym internecie. Wiem za to, że jeśli proponuje wspólne pieczenie, nie ma się nad czym zastanawiać. Efekt zawsze będzie znakomity.
Tym razem podrzuciła mi przepis na ciasteczka z BBC Good Food. Banalnie proste w przygotowaniu, z niewyszukanych składników. Każdy ma w domu mąkę, cukier, odrobinę wanilii. Ja musiałam kupić suszoną żurawinę i pistacje - i już miałam wszystkie potrzebne składniki. Nie spodziewałam się aż tak smakowitego efektu. Ciasteczka są piaskowe, rozsypują się w buzi, ale nie kruszą w dłoniach. Cudownie maślano-waniliowe, z chrupiącymi pistacjami i słodko-kwaśną żurawiną. Wyglądają uroczo i są przepyszne.

Następnym razem dam nieco mniej cukru i poleję je białą czekoladą - będą się prezentować jeszcze bardziej świątecznie. A następny raz będzie z pewnością, bo już ich prawie nie ma...

Ciasteczka waniliowe z pistacjami i żurawiną

Składniki:
(na 25 sztuk)
  • 175 g miękkiego masła
  • 85 g jasnego brązowego cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 225 g mąki pszennej
  • 75 g niesolonych pistacji
  • 75 g suszonej żurawiny

Masło utrzeć z cukrem i ekstraktem. Partiami wsypywać przesianą mąkę, zagnieść gładkie ciasto. Wsypać z grubsza posiekane pistacje i żurawinę, dokładnie połączyć.
Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 4-5 cm, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto pokroić na plastry grubości 1 cm, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12-15 minut.
Wystudzić na blasze.

Smacznego!

Ciasteczka wczoraj pojechały ze mną do koleżanki - jej starsza pociecha wyjadała je niemal bez opamiętania. I to jest chyba najlepsza rekomendacja - koniecznie musicie je mieć w świątecznej puszce!

poniedziałek, 4 marca 2013

Pieczenie dla dzieci - ciasteczka. I dylematy śpiocha

Mam problem. Poważny. Ostatnio skala problemu rośnie dramatycznie, żeby nie rzec - wręcz drastycznie... Otóż, jestem postawiona pod ścianą, i mam dwie opcje - żyć, czy spać...? Oto jest pytanie! Że niby ździebko zbyt enigmatyczne...? No, już tłumaczę przecież...
Pracuję średnio dużo (w porównaniu do polskich standardów raczej mniej niż więcej), czasem naprawdę ciężko, nie obijam się prawie wcale. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że cztery - pięć razy w tygodniu muszę wstawać przed piątą, bladym świtem... Choć właściwie to już się nie mogę doczekać, kiedy będę mogła bladym świtem wstawać, bo póki co witają mnie nieprzeniknione ciemności, mróz i skrobanie szyb w aucie. Kiedy po ośmiu wyczerpujących godzinach wracam do domu, najczęściej nie chce mi się nic. A nawet jeśli mi się chce, to szybko podcina mi skrzydła świadomość pobudki dnia następnego. I właśnie tu pojawia się dylemat: spać, czy żyć...? Bo jeśli już wkulam się do ciepłego łóżeczka, przytulę do Ptysi, to mogę zapomnieć o zrobieniu nie tylko czegokolwiek pożytecznego, ale również przyjemnego - nie posprzątam, nie zrobię prania, nie umyję naczyń, ale też nie obejrzę trzech zaległych odcinków ulubionego serialu, nie upiekę ciasta, ciasteczek ani nawet nie przygotuję banalnego budyniu, nie poczytam... A wreszcie ominie mnie tych kilka chwil, które mogę spędzić z C. inaczej, niż śpiąc. Z drugiej strony wiem, że jeśli się zawezmę, i jednak coś zrobię, to mimo, że będę miała frajdę i satysfakcję, kolejną przeczytaną powieść na koncie albo pączuszka do kawki, to następnego dnia będę śpiąca, a więc irytować mnie będzie absolutnie wszystko, łącznie z tymi osobami i rzeczami, które normalnie działają na mnie bardzo pozytywnie. No i powiedzcie mi - co mam robić...? Tak źle, i tak niedobrze. Doby nie rozciągnę, jedyne, co mi pozostaje, to spać szybciej, jak nakazuje Tatuś. Umiecie? Podzielcie się tajemną wiedzą, proszę...

Wywnętrzenia powyższe spowodowane zostały wydarzeniami sobotnimi i niedzielnymi. Otóż w sobotę, po pracy, udałam się do koleżanki w celu upiększenia (misja zakończona powodzeniem - nowy kolor włosów odjął mi pięć lat); przy okazji pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, dziecię średnie przykleiło mi się do nogi, jak chciałam wychodzić, i chyba obie uznałyśmy popołudnie za bardzo udane. Wróciłam do domu, wzięłam prysznic, wyspacerowałam psę, poczytałam godzinkę i pojechałam po C. do pracy (w sobotę autobusy jeżdżą co dwie i pół godziny - no przecież nikt nie ma takich zasobów cierpliwości!). W rezultacie w łóżku wylądowałam w okolicach wpół do pierwszej, co, przy sprzyjających wiatrach, oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko lekko ponad cztery godziny spania przed kolejnym pracowitym, ciężkim dniem. W niedzielę więc warczałam na Bogu ducha winną Zuzkę, prychałam i posyłałam mordercze spojrzenia bez konkretnych przyczyn. Nie lubię taka być. Ale nie potrafiłam nad tym zapanować! 
Widzicie więc - jestem w potrzebie. Macie sposoby na dokonywanie właściwego wyboru lub neutralizowanie skutków decyzji podjętych źle...? 

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie chciałabym się z Wami podzielić przepisem na ciasteczka, żeby osłodzić nieco te moje narzekania. Jadąc do Agi zawsze zabieram ze sobą jakieś domowe łakocie - jej dzieci naprawdę to doceniają. A mi aż serce rośnie! Tym razem ciasteczka rozeszły się błyskawicznie, jeszcze zanim zdążyłam wyjść. Musiały być dobre.
Przepis znalazłam w duńskiej książce Småkager. Kræs for slikmunde. I tu zaczęły się schody... Jednym ze składników bowiem był tajemniczy sukat. Hmm... Pierwsza pomoc w postaci Google Translate nic nie dała, w dodatku poddała w wątpliwość kompetencje autorów - bo czyż normalnym jest, aby do słodkich ciasteczek dodawać skarpetki...? No chyba nie... Nic to. Udałam się do instancji wyższej, czyli słownika. Tu również zero wsparcia - szukane słowo nie istnieje... Napisałam smsa do C. Ten udał się do Pana K., który radośnie obwieścił, że nie potrafi powiedzieć dokładnie, co to, ale dodaje się to do ciast i ciasteczek! Hmpf... Dodałam suszoną żurawinę. Dopiero dwa dni później, po żmudnych poszukiwaniach dowiedziałam się, że to kandyzowana skórka cytrusowa... I tak nie miałam.

Zmieniłam więc odrobinę skład bakalii, ale tak naprawdę można dodać wszystko, co się lubi, lecz nie w większych ilościach, niż w przepisie, bo ciasteczka będą się rozpadać (coś o tym wiem, niestety...). Wychodzą malutkie - w sam raz na raz. Idealne dla dzieci. W słodkim cukrze pudrze, z lekko wyczuwalną cynamonową nutą. Podczas pieczenia idealnie zachowują kształt, nie rozjeżdżają się na boki, trzeba je więc sporo spłaszczyć - inaczej będziemy mieli kuleczki. Nie rumienią się zbytnio, ale już taki ich urok. Pyszne są. I śliczne. I w ogóle bardzo z nich dumna jestem. Mówię Wam - spróbujcie koniecznie!
I nie myślcie, że 45 sztuk do dużo - znikną, zanim się obejrzycie!

Cynamonowe ciasteczka z bakaliami


Składniki:
(na 45 sztuk)
  • 100 g miękkiego masła
  • 60 g cukru
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 50 ml mleka
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonych moreli
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 g płatków migdałowych

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wsypać cynamon, zmiksować. Na zmianę dodawać przesianą mąkę i wlewać mleko, przy czym ostatnią partię powinna stanowić mąka. Na końcu wsypać bakalie, dokładnie wymieszać łyżką.

Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny. 
Po tym czasie z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, dość mocno spłaszczać i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Przed podaniem posypać ciasteczka przesianym cukrem pudrem.

Smacznego!

Jak już napisałam tego długaśnego (nawet jak na mnie) posta, od razu jakoś lepiej mi się zrobiło. Jutro wolne, więc dylematów brak, a do następnych może już znajdę jakieś rozwiązanie...?

wtorek, 18 grudnia 2012

Ulubione ciasteczka mojego chłopaka

Zdecydowanie. 
To te wygrały konkurs na najlepsze świąteczne łakocie. Musiałam pochować je na dnie puszek, żeby nie wyjadł od razu wszystkich. Co jest ogromnym komplementem, bo C. słodycze lubi, ale za nimi nie szaleje. Dlatego dumna z nich jestem niesłychanie i polecam Wam upiec przed Świętami - choć wyglądają niepozornie, smakują rewelacyjnie. Po prostu nie można się w nich nie zakochać, i już.

Przepis to modyfikacja tego na czekoladowo-pomarańczowe ciasteczka. Patrząc na nie zastanawiałam się, jak by smakowały z białą czekoladą... Chyba zaczynam mieć na jej punkcie lekkiego hopla, bo pojawia się niemal w każdym przepisie. Ale jakoś tak ostatnio pasuje mi... Do wszystkiego.

Poza czekoladą dokonałam jeszcze paru zmian, żeby wszystko dobrze się ze sobą komponowało. Zmniejszyłam ilość cukru i zamiast białego dałam jasny brązowy - podkreśla lekko karmelowy smak białej czekolady, która jest też słodsza od gorzkiej. Dorzuciłam suszoną żurawinę - bo, jak już wszyscy wiedzą, zakochałam się w tym połączeniu bez pamięci. Nie dawałam kardamonu, bo co za dużo, to niezdrowo (choć biała czekolada z kardamonem też smakuje świetnie, i takie połączenie też niedługo u mnie zagości). Wyszły obłędnie smacznie. W dodatku robi się je błyskawicznie. I choć nie wyglądają imponująco, warto się na nie skusić, bo zaskakują swoim smakiem. 

Białoczekoladowo-pomarańczowe ciasteczka z żurawiną


Składniki:
(na 30-35 sztuk)
  • 125 g białej czekolady
  • 100 g masła
  • 70 g jasnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 245 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku dopieczenia
  • skórka otarta z 2 pomarańczy
  • 50 g suszonej żurawiny

Czekoladę rozpuścić na parze z masłem i ostudzić. Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać ze skórką pomarańczową.

Do ubitego z cukrem jajka wlać czekoladę, wymieszać łyżką. Partiami dodawać mąkę, połączyć. Wsypać żurawinę, dokładnie wymieszać łyżką. Masa powinna być zwarta, ale delikatnie lepka.

Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce 1-2 godziny.

Schłodzone ciasto odwinąć z folii, formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego, lekko spłaszczać. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w odstępach - ciasteczka sporo rosną. Piec 12-15 minut w 180 st. C.
Przestudzić na kratce.

Smacznego!

Dziś kupujemy ostatnie prezenty, C. nuci pod nosem świąteczne melodie, i nawet psa w jakimś takim jakby bardziej podniosłym nastroju (pewnie planuje, co nam powiedzieć w Wigilię). Sama czuję niecierpliwe łaskotanie w żołądku - to już naprawdę za chwilę!

niedziela, 15 maja 2011

Tort urodzinowy dla D.

Wczoraj D. miał urodziny. Stary już jest, co zrobić... Ale żeby mu tak zupełnie smutno nie było, postanowiliśmy przygotować niespodziankę. Właśnie powoli schodzą się goście, będziemy grillować, śmiać się i dobrze bawić. W końcu urodziny są tylko raz w roku, a każdy powód jest dobry, żeby się spotkać i spędzić miło czas.

D. - po prostu, wszystkiego najlepszego!

Oczywiście - będzie też tort. Przygotowany w ścisłej tajemnicy, czeka na swoją wielką chwilę w lodówce u NS. Nie jest specjalnie pracochłonny - musiałam zdążyć przygotować go tak, żeby D. się nie zorientował. Poza tym torty to jednak nie moja działka - za dużo stresu i potencjalnych niewiadomych. Dlatego wybrałam absolutnie niezawodny przepis Doroty - biszkopt zawsze wychodzi puchaty, mięciutki, delikatny, nie kruszy się bardzo, pięknie wyrasta i jest wyjątkowo przewidywalny - udaje się bez względu na stopień wtajemniczenia piekącego. Problem stanowiła cała reszta... Szukałam jakiejś inspiracji, ale, szczerze mówiąc, nie za dobrze mi szło. W związku z tym resztę wymyśliłam sama - nic odkrywczego, ale mam nadzieję, że będzie smakować gościom.
Mus rabarbarowy jest prosty, smaczny, lekko kwaskowy. Świetnie się uzupełnia ze słodkim ciastem i śmietaną. Całość jest lekka i delikatna, niezapychająca. Myślę, że całkiem nieźle udało mi się z zagadnienia tortowego wybrnąć.

A teraz muszę Was przeprosić - czas zająć się gośćmi.

Tort z rabarbarem i bitą śmietaną



Składniki:
(tortownica o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 5 jajek
  • 200 g cukru
  • 115 g mąki pszennej
  • 45 g mąki ziemniaczanej

mus rabarbarowy:
  • 150 g cukru
  • 3 łyżki zagęszczonego soku żurawinowego
  • 700 g rabarbaru
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 2 łyżeczki żelatyny
  • 80 ml gorącej wody

poncz:
  • sok z 1 cytryny
  • 3 łyżki wódki karmelowej
  • 2 łyżki wody

wierzch:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 2 listki żelatyny
  • 3 łyżki gorącej wody

dodatkowo:
  • 30 g wiórków kokosowych
  • czekoladowe literki i cyferki

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać cukier, nie przerywając miksowania. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami wsypywać przesianą mąkę, miksując na najniższych obrotach.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia lub folią aluminiową. 
Masę wylać do formy.

Piec w 160 st. C. 50-60 minut, do tzw. suchego patyczka.
Upieczony biszkopt zrzucić na ziemię (w formie) z wysokości 60 cm, po czym wystudzić w uchylonym piekarniku.

Mus rabarbarowy:
Cukier z sokiem skarmelizować. Wrzucić pokrojony rabarbar, gotować, aż się rozpadnie, a większa część płynu wyparuje. W międzyczasie dodać żurawinę.
Całość zmiksować blenderem na gładką masę. 
Żelatynę namoczyć w minimalnej ilości zimnej wody, po czym rozpuścić w gorącej. Wlać do musu, dokładnie wymieszaći odstawić do zupełnego ostygnięcia.

Poncz:
Sok, wódkę i wodę wymieszać.

Biszkopt przeciąć w poziomie na trzy części.
Każdą skropić ponczem.
Na talerzu ułożyć pierwszy placek, wyłożyć połowę musu, przykryć drugim plackiem, rozsmarować resztę musu, przykryć ostatnim kawałkiem ciasta.

Kremówkę ubić na sztywno z dodatkiem cukru pudru i waniliowego. 
Żelatynę rozpuścić w gorącej wodzie, wymieszać ze śmietaną.
Masą obłożyć tort.

Wiórki kokosowe uprażyć na suchej patelni. Obsypać nimi boki tortu.
Wierzch udekorować dowolnie (tutaj wiórki kokosowe i czekoladowe literki i cyferki).

Smacznego!

Pogoda może nie jest wymarzona, ale kto by się tym martwił? Najważniejsze jest przecież towarzystwo, o to jest na medal.

Serdecznie dziękuję Wam wszystkim za przyjście, mam nadzieję, że bawicie się tak samo dobrze jak ja.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Wielkanocnie

W moim domu nigdy nie było tradycji pieczenia mazurków. Dlatego pierwszego w życiu, prawdziwego mazurka jadłam rok temu, kiedy Ryba przyniósł Mamie Dużego wytwory swojej Babci. Ależ mi to smakowało! Kruchutkie ciasto oblane słodkimi masami - czekoladową i kawową. Wiedziałam, że muszę nauczyć się też taki robić. To kolejne już podejście do tego ciasta - udane, ale nie zachwycające.
Kruche ciasto owszem, smaczne. Masa smakuje jak mleko skondensowane z puszki, dlatego zupełnie nie przeszkadza, że tylko cieniutka warstwa pokrywa spód - całość i tak jest mocno słodka. Wiem, że taki urok mazurków, ale jednak... To jeszcze nie jest ideał. Ale nie poddam się! Ciąg dalszy prób nastąpi z pewnością (jak nie w tym roku, to w przyszłym).

Cóż... Jeśli chodzi o zdobienie - nigdy nie byłam w tym dobra. Mam dwie lewe ręce do wszelakich prac manualnych - nie umiem rysować, malować, lepić z plasteliny. W gimnazjum byłam prawdziwym utrapieniem dla Pani Plastyczki (która była artystką duchem i usposobieniem). Dlatego mój mazurek specjalnie piękny nie jest. Można mu ulepić ozdobną krawędź, stworzyć cuda na polewie z czego tylko macie ochotę - ja chciałam, żeby wyglądał w miarę apetycznie. Mam nadzieję, że chociaż to się krzywusowi udało.

Przepis znalazłam w Ciastach domowych, nr 5/08.

Mazurek z mleczną polewą



Składniki:
(forma 27x35 cm)

kruchy spód:
  • 300 g mąki pszennej
  • 100 g cukru
  • 200 g zimnego masła
  • 1 żółtko

masa:
  • 200 g cukru
  • 200 ml mleka
  • 5 łyżek mleka w proszku
  • 100 g miękkiego masła

dekoracja:
  • płatki migdałowe
  • suszona żurawina
  • cukrowe perełki

Mąkę przesiać. Posiekać z zimnym masłem. Wsypać cukier, wbić żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Zimnym ciastem wyłożyć blachę, formując krawędź. Gęsto ponakłuwać widelcem.

Piec 20-25 minut w 180 st. C. na złoty kolor. 
Wystudzić.

Cukier zagotować z mlekiem. Gotować 15-20 minut, cały czas mieszając, aż masa nieco zgęstnieje. Zdjąć z oknia, przesiać mleko w proszku i dokładnie wymieszać, żeby nie było grudek. Dodać miękkie masło i zmiksować na gładką masę.
Jeszcze ciepłą polewę wylać na kruchy spód, rozprowadzić.
Ozdobić wedle uznania.

Smacznego!

Abstrahując od jedzenia - jak myślicie, kiedy jest już za późno, żeby uratować Przyjaźń? Taką przez wielkie P, która gdzieś się jednak po drodze zapodziała... 
Bardzo chcę wierzyć, że zawsze jest jeszcze czas. 

środa, 2 marca 2011

Chlebem dziś u mnie zapachniało

Wiedziałam, że dziś upiekę chleb. Planowałam to od kilku dni - dziś wreszcie mogłam się za niego zabrać. Wiadomo - drożdżowe (zakwasowe póki co jest poza moim zasięgiem) bywa wymagające. Żeby wyszło, trzeba być spokojnym i cierpliwym, a mi ostatnio brakło jednego i drugiego. Teraz na szczęście już wszystko w porządku, i mogłam się za pieczenie chleba zabrać.
Właściwie miałam upatrzony zupełnie inny bochenek (co się odwlecze, i tak dalej), ale kiedy zobaczyłam ten u Kuby wiedziałam, że to właśnie nim dziś u mnie zapachnie. Słodko-ostro, oryginalnie. Intrygująco. Cóż, przeszkodą nie może być coś tak błahego, jak brak kluczowego składnika! Zamiast fig użyłam namoczonych w gorącej wodzie suszonych żurawin, które napęczniały i stały się mięciutkie, a pieprz czarny zamieniłam na różowy, który od dawna kusił z kartonu z przyprawami.Oryginał z pewnością jest pyszny, ale muszę powiedzieć, że mojemu też nic nie brakuje. Nawet D.- zdecydowany zwolennik ciemnego pieczywa - powiedział, że jest smaczny i zjadł na kolację cztery kromki (a kromki małe nie są).
Mały kłopot sprawił mi fakt, że pieczywo było lekko lepkie, przez co ciężko się formowało. Nieco rozlało się na blasze, ale w piekarniku cudnie urosło w górę, i kształt w rezultacie miało całkiem przyzwoity (jak na pierwszy chleb pieczony bez keksówki jestem naprawdę zadowolona).
Smak? Tradycyjny chleb, o miękkim, zwartym miąższu i chrupiącej skórce, ze słodkimi niespodziankami w postaci żurawiny, zaskakuje delikatnym aromatem i smakiem pieprzu. Różowy jest łagodniejszy od czarnego, ale i tak można wyczuć go bez problemu. Naprawdę, niezwykle interesujące połączenie.

Chleb z żurawiną i różowym pieprzem



Składniki:
(na 1 spory bochenek)
  • 550 g mąki pszennej
  • 100 g mąki żytniej
  • 2 łyżeczki różowego pieprzu
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy
  • 450 ml ciepłej wody
  • 150 g suszonej żurawiny

Do dużej miski przesiać mąki. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier i zalać 100 ml wody. Odstawić na 15 minut,żeby drożdże ruszyły.
Po tym czasie wlać resztę wody, dodać zmielony pieprz, sól i oliwę, wyrobić gładkie ciasto (może się nieco lepić). Odstawićw ciepłe na około 1 godzinę do podwojenia objętości.
Żurawinę namoczyć w gorącej wodzie na kilkanaście minut.
Wyrośnięte ciasto jeszcze raz delikatnie wyrobić, dodając odciśniętą żurawinę.
Uformować owalny bochenek, ułożyć na blasze oprószonej mąką, odstawić na 10-15 minut.

Piec w 200 st. C. 40-50 minut.
Wystudziń na kratce.
Upieczony chleb popukany od spodu będzie wydawał głuchy odgłos.

Smacznego!

Najwyższa pora zająć pozycję horyzontalną z głową na ulubionym jaśku ze słoniem. Trzeba się wyspać przed jutrzejszym pączkowaniem. Tym razem pączków ma starczyć tylko dla nas i Najlepszych Sąsiadów, więc bez szaleństw. Mam już przygotowany przepis Babciowo-Mamowy. Efekt zawsze jest powalający - mam nadzieję, że tym razem również mnie nie zawiedzie.