Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezam. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 stycznia 2018

O tym, jak prawie zostałam feministką. I różowe bułeczki z buraczkami

W sobotę C. był w pracy cały dzień (nie zmyślam; bite trzynaście godzin), a ja po zrobieniu wszystkiego, czego nie musiałam, ale co przyszło mi do głowy, w końcu zasiadłam na kanapie z książką, kawą i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I kiedy tak siedziałam sobie zupełnie spokojnie, w końcu zaczęło mi się robić chłodno. Sięgnęłam po koc - ale to nie to. Zamarzył mi się ogień na kominku!

I tutaj mała dygresja - jestem jedną z tych staromodnych kobiet, które lubią, gdy otwiera się im drzwi, pomaga nieść ciężkie torby z zakupami, odsuwa krzesło w restauracji i... Rozpala się dla nich w kominku. C. doskonale to rozumie (albo może lepiej będzie powiedzieć, że pogodził się z zaistniałym stanem rzeczy) i robi dla mnie to wszystko, a nawet jeszcze więcej. Kominek więc stanowi dla mnie prawdziwą tajemnicę - C. coś tam przy nim pomajstruje, a potem pojawia się ogień i robi się ciepło. Proste, prawda? 
Ha! Nie do końca.
Włożyłam do kominka szczapę, kawałek wymiętoszonej gazety, podpaliłam i czekałam na cud, który się nie zdarzył. Papier spłonął błyskawicznie... I tyle. Ponowiłam próbę - z tym samym, niestety, rezultatem. Podrapałam się w głowę, dołożyłam drewna i gazet, spróbowałam znowu. 
Powoli, najpierw nieśmiało, później nawet dziko, na kominku zaczął buzować ogień. 

Dumna byłam z siebie niesłychanie! Na co mi mężczyźni, skoro potrafię rozwikłać takie tajemnice, i to w zaledwie pół godziny? Krzesło też umiem sama odsunąć, a ciężkie zakupy zawsze można wnieść na dwa razy. Ostatnio nawet zupełnie sama dolałam płynu do spryskiwaczy w aucie, i to do właściwego pojemnika!
Dołożyłam do ognia raz, drugi... I skończyły mi się polana. Uniosłam brew i kategorycznie oznajmiłam moim psom, że ja w te pająki to na pewno nie pójdę!
Porzuciłam więc ideę zostania feministką i pokornie poczekałam na C., żeby ocalił swą damę z opresji (groźba zamarznięcia może nie była realna, ale... W baśniach zawsze się dramatyzuje bez potrzeby). 

Dzisiaj mam dla Was przepis na wyjątkowe bułeczki - idealnie poprawiające humor już samą swoją barwą. W magazynie Bage og sylte, nr 1/2017 zdjęcie bułeczek było zrobione przed ich upieczeniem - kolor jest niesamowicie intensywny! W piekarniku nieco blednie; staje się głębszy i ciemniejszy, ale nadal robi odpowiednie wrażenie. Wszystko za sprawą startych buraczków - sprawiają, że zwykłe pieczywo nie tylko staje się niezwykle przyjemne dla oka, ale jest wilgotne i naprawdę długo zachowuje świeżość. Dzięki dodatkowi ziaren bułeczki są jeszcze bardziej treściwe; świetnie nadają się do wytrawnych, ale też słodkich dodatków.

Po inne smakołyki z pieczonymi buraczkami koniecznie zajrzyjcie do Patrycji.

Bułki z buraczkami


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 100 g mieszanki 5 ziaren
  • 200 g buraków
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml letniej wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 225 g mąki pszennej
dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
Mieszankę ziaren zalać wrzątkiem.
Buraki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Drożdże rozmieszać w kilku łyżkach wody, następnie wlać pozostałą wodę, dodać odciśnięte ziarna, syrop i buraki. Wymieszać.
Do dużej miski przesiać mąkę orkiszową, dodać płynne składniki, zagnieść. Dodać sól, połączyć. Na końcu partiami dodawać mąkę pszenną.
Dobrze wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Po tym czasie jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 części, z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując duże odstępy.
Odstawić na 25-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


U mnie mieszanka pięciu ziaren to ziarna jęczmienia i żyta, słonecznik, sezam i siemię lniane. Nie wiem, czy w Polsce można kupić taką gotową; jeśli nie, można je kupić osobno i wymieszać samemu w dowolnych proporcjach. 
Mleka użyłam tylko do posmarowania bułeczek; zamiast tego można spryskać je wodą, i będą idealne dla alergików. 

czwartek, 9 listopada 2017

O tym, dlaczego nie mogę czytać wzruszających książek i zupa krem z brukselki

Uwielbiam czytać książki; to chyba jedyne zajęcie, w którym potrafię całkowicie się zatracić. Jeszcze gdy mieszkałam z Rodzicami, Mama dostawała szału, gdy po kilkukrotnym wołaniu musiała pofatygować się do mojego pokoju, wyjąć mi książkę z rąk, odczekać chwilę, żebym wróciła do rzeczywistości, i po raz dziesiąty powtórzyć, żebym wyniosła śmieci/ wyprowadziła psa/ nakryła do stołu, etc. Wiem, że niektórzy nie potrafią się skupić na czytaniu, inni lubią mieć zajęte ręce. Ja odpływam w inny świat wraz z bohaterami; razem z nimi się zakochuję, pokonuję przeciwności losu, zwyciężam na starcie przegrane walki i... Wzruszam się do łez. 
Często się zdarza, że ukradkiem ocieram oczy, gdy jakiś bohater umiera (czy choćby jest tego bliski) lub też dokonuje heroicznych czynów, ratujących świat przed zagładą (a przynajmniej jego część, czasem ograniczającą się do jego własnego podwórka). C. się wtedy trochę ze mnie podśmiechuje, za to psy traktują sprawę bardzo poważnie i próbują ratować sytuację tak, jak najlepiej potrafią, czyli rzucając się na mnie i liżąc mi twarz bez opamiętania. Jest to jednocześnie urocze, wzruszające i straszliwie irytujące, szczególnie w momencie, gdy nie jestem pewna, czy ten bohater w końcu umarł, czy jednak po raz kolejny wyślizgnął się z zimnego uścisku śmierci. 

Tak więc wzruszające książki staram się czytać w ukryciu, co nie jest łatwe... Ale czego nie robi się dla przyjemności czytania...?

Dzisiaj mam dla Was przepis na boską zupę z brukselki. Jakoś wcześniej nie pomyślałam, że można z brukselki przygotować krem; a przecież to nic nadzwyczajnego. Miksuje się ją dokładnie tak samo, jak wszystkie inne warzywa. Przepis znalazłam na blogu Kuchenne zapiski Edyty, zmieniłam w nim w sumie niewiele - ot, wrzuciłam to, co miałam pod ręką, pomijając nieosiągalne składniki, jak choćby seler (teoretycznie mogłam iść do sklepu i zakupić smakowitą kulę, ale... Mi się nie chciało). 
Muszę przyznać, że zupka wyszła zaskakująco pyszna, kremowa i treściwa. Wprost genialnie smakuje w towarzystwie suszonych pomidorów; jestem pewna, że to połączenie wykorzystam jeszcze nie raz. 
Krem idealny na te chłodne, listopadowe popołudnia - szybki, sycący i rozgrzewający. Czego chcieć więcej...?

A po inne dania obiadowe z dodatkiem brukselki zajrzyjcie koniecznie do Mopsika, Malwiny, Marty i Pati.

Zupa krem z brukselki


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 400 g brukselki
  • 150 g ziemniaków
  • 1 marchewka
  • 1 pasternak
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łyżka masła
  • 1 liść laurowy
  • 800 ml bulionu
  • sól
  • pieprz
  • sok z 1/2 cytryny
dodatkowo:
  • czarny sezam
  • suszone pomidory w oliwie
Brukselkę umyć, oczyścić, odciąc twarde końcówki i przekroić na połówki.
Ziemniaki, marchewkę i pasternak obrać, pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.

Na maśle zeszklić cebulę. Dodać ziemniaki, marchewkę i pasternak, podsmażać, aż warzywa chłoną tłuszcz. Dodać brukselkę, zalać wszystko bulionem, dodać liść laurowy i gotować pod przykryciem przez 30-40 minut, aż warzywa będą miękkie.
Wyjąć liść laurowy, zupę zmiksować blenderem na gładki krem, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny.

Podawać posypaną czarnym sezamem, z dodatkiem suszonych pomidorów.

Smacznego!


Ja tymczasem wracam do aktualnej lektury - obiecałam sobie, że skończę w tym tygodniu. A tu już przecież czwartek się kończy!

piątek, 21 kwietnia 2017

Powrót do codzienności. Pobudzająca granola z kawą

W środę miałam okazję uczestniczyć w kursie organizowanym przez Engelhardt. Muszę przyznać, że było naprawdę ciekawie. Po krótkim wprowadzeniu przeszliśmy do historii czekolady, żeby czym prędzej zabrać się za to, na co wszyscy czekali - czyli praktykę. Lars Petersen pokazał nam kilka rodzajów polew lustrzanych, między innymi taką opartą na wodzie, która w połączeniu z klasyczną, czekoladową, daje naprawdę świetne efekty. Udało mi się nawet umorusać w nich paluszki, więc zabawa była przednia. Rozmawialiśmy też o temperowaniu i właściwym traktowaniu czekolady - tutaj wiele nowego się nie dowiedziałam, ale pewne rzeczy warto sobie od czasu do czasu odświeżyć.
Później pałeczkę przejął Henrik Olsen, który opowiadał o chlebach na zakwasie. Jak obchodzić się z zakwasem, jak go wyhodować, jak prawidłowo przechowywać i jak się nim opiekować - myślę, że niejeden amator domowego wypieku pieczywa byłby jego wykładem zachwycony. Szczególnie, że towarzyszyła mu degustacja, a chleby były naprawdę interesujące. Z chilli, z różą, z płatkami owsianymi - to tylko niektóre przykłady. Jasne, ciemne, delikatne i wyraziste - oj, porządnie się najadłam.

Z kursu wyszłam obładowana przepisami, deserami i chlebami, z uśmiechem od ucha do ucha i próbując złapać oddech po niedźwiedzim uścisku Larsa. Uwielbiam takie rzeczy! I już się nie mogę doczekać wycieczki do fabryki marcepanu w Odense w czerwcu...

Tymczasem najwyższy czas wrócić do rzeczywistości po świątecznym lenistwie/nawale pracy (zależy, co komu przypadło w udziale). Dzień powszedni czy też leniwą sobotę dobrze zacząć od czegoś, co pobudzi do działania i doda energii do pracy lub zabawy. U mnie uniwersalnym posiłkiem jest granola. Tym razem kawowa, podpatrzona u Angie. Zaskakuje dodatkiem białka, dzięki któremu zbija się w charakterystyczne grudki i staje się ekstra chrupiąca. Smakuje wybornie - słodko-kawowa, daje kopa i sprawia, że chce się chcieć. Trzeba tylko uważać, żeby jej nie przepiec, bo będzie gorzka. A to już nie to samo...

Granola kawowa


Składniki:
(na 1,8 l słój)
  • 300 g płatków owsianych
  • 3 łyżki mocnej kawy
  • 100 g miodu
  • 65 g pestek dyni
  • 70 g orzechów laskowych
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 łyżka sezamu
  • 1 białko

Płatki wymieszać z pestkami dyni, grubo posiekanymi orzechami, siemieniem i sezamem. Kawę wymieszać z miodem, dodać do suchych składników, połączyć. Na końcu dodać białko, wymieszać.

Granolę równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
następnie zmniejszyć temperaturę do 160 st. C. i piec jeszcze 20-30 minut, mieszając w tym czasie dwa razy.
Ostudzić, przełożyć do szczelnego pojemnika.

Smacznego!

Ja tymczasem weekend zaczynam ciastem czekoladowo-truskawkowym na zamówienie. Zabawne, jak życie potrafi się ułożyć...

środa, 22 marca 2017

Wiosna... I bananowa granola - odsłona pierwsza

Tak jak już Wam pisałam - wystarczy odrobina słonka, i od razu wszystkim zielono w głowach. Dzisiaj słońca pod dostatkiem, a termometr pokazuje całe jedenaście kresek! Takie wspaniałości można uczcić tylko w jeden sposób - szeroko otwartymi drzwiami do ogrodu. Poniekąd, zostałam do tego zmuszona. Ptysia po krótkim wyjściu na siusiu stanowczo odmówiła powrotu, a ja machnęłam ręką - bo co innego miałabym zrobić...? Pączusia, i tak pełna energii, zaczęła biegać, skakać i szaleć, aż jej z wrażenia lewe ucho stanęło. Patrzę więc sobie na te moje psy, i uśmiecham się od ucha do ucha.
Wiosna idzie.

W związku z tym, nie będę dziś tracić tych bezcennych, słonecznych chwil na przydługie wstępy, i od razu przejdę do meritum, czyli granoli.
Miałam kilka bananów, na które nikt już nie miał chęci, bo pociemniały. Znalazłam więc trzy przepisy na bananowe granole: oto pierwszy z nich. Banany i czekolada - to nie mogło się nie udać.
Przepis znalazłam u Pauliny, i trochę go zmieniłam, żeby nie był aż tak zdrowy. Moja granola wyszła lekko słodka, z wyraźnym posmakiem bananów i obłędnie pysznymi kawałki ciemnej czekolady. Z samego rana wywołuje uśmiech i dodaje energii na ładnych kilka godzin, więc zadanie zostało spełnione.
Spróbujcie, zanim banany odejdą w zapomnienie na długie, letnie miesiące...

Bananowa granola z czekoladą


Składniki:
(na słój o pojemności 2 l)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków ryżowych
  • 70 g pestek dyni
  • 30 g sezamu
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 banany
  • 75 g suszonej żurawiny
  • 80 g ciemnej czekolady (70%)

Płatki, pestki, sezam i grubo posiekane orzechy wymieszać.
W drugiej misce połączyć olej z syropem. Banany rozgnieść, dodać do oleju, wymieszać. Wlać do suchych składników, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równo rozprowadzić.

Piec w 160 st. C. przez 30-60 minut, mieszając co 10 minut, żeby granola równo się przypiekła.

Ostudzić, dodać żurawinę i posiekaną czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

Słonko świeci, ptaszki śpiewają, a ja zaraz muszę iść spać... To jednak trochę dołujące, mimo całej wiosennej radości.

sobota, 25 lutego 2017

Super foods - super granola

Nerwica powoli przeradza się w panikę. Do egzaminów raptem kilka dni, a ja mam wrażenie, że umiem mniej, niż kiedy zabierałam się do nauki. Do testów praktycznych przećwiczyłam już prawie wszystko (została mi wieżyczka z ciasta marcepanowego, ale z pełnym rozmysłem zostawiłam ją sobie na poniedziałek - w końcu przez te dwa dni, przeznaczone właśnie na ćwiczenia, też muszę mieć coś do roboty). Mimo wszystko ciągle mam to dziwne odczucie w dołku, że coś pójdzie nie tak. Makaroniki wyjdą mi plaskate. Wieżyczka będzie przypominała tą w Pizie. Musy wypłyną z foremek. Albo, co gorsza, zrobią się w nich grudki. Beza się nie ubije...
Oj, mogłabym tak długo. Ale - moja wina; trzeba było wybrać coś prostszego i pewniejszego. Tylko co ja poradzę na to, że z takimi rzeczami mi nie po drodze...?

Tymczasem, skoro weekend się już zaczął, i tak naprawdę za chwilkę się skończy (wybaczcie powiew pesymizmu, ale sami rozumiecie - taka aura), mam dla Was propozycję śniadania na nadchodzące, zabiegane dni. Co powiecie na granolę pełną zdrowia...? Są w niej płatki owsiane i jaglane, nasiona chia i konopii (nie bójcie się, odurzenie Wam nie grozi), a także słynne jagody goji, których spróbowałam po raz pierwszy. Szczerze mówiąc, suszona żurawina czy wiśnia smakuje mi dużo bardziej, ale wiadomo - o gustach się nie dyskutuje
Do tego dorzuciłam orzechy włoskie i słodkie, słoneczne mango. Granolę przygotowałam z dodatkiem oliwy - dzięki temu jest niewiarygodnie chrupiąca! 
Spróbujecie...?

Granola z oliwą, mango i jagodami goji


Składniki:
(na 1 l słoik granoli)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków jaglanych
  • 2 łyżki nasion chia
  • 2 łyżki nasion konopii
  • 2 łyżki złotego siemienia lnianego
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 g sezamu
  • 125 ml oliwy
  • 125 ml syropu klonowego
  • 80 g suszonego mango
  • 50 g suszonych jagód goji
Płatki owsiane i jaglane, nasiona chia i konopii, sezam, siemię i grubo posiekane orzechy dokładnie wymieszać.
Oliwę wymieszać z syropem klonowym. Dodać do suchych składników, dokładnie połączyć. Mieszankę wysypać równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. 30-40 minut, dwa razy mieszając.
Ostudzić.

Do ostudzonych płatków dodać jagody goji i grubo pokrojone mango. Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Przez pracę i egzaminy nie mam czasu na nic. Mam więc nadzieję, że wybaczycie, jeśli w przyszłym tygodniu na blogu będzie cicho...

sobota, 4 lutego 2017

O lokalnym patriotyzmie mojego samochodu i zimowej granoli. Z białym makiem

Nie lubię dużych miast.
Owszem, właśnie w dużym mieście się urodziłam i wychowałam, i ciągle wracam do niego z przyjemnością i z sentymentem zaglądam w stare kąty, które za każdym razem zaskakują mnie ogromnymi zmianami (na szczęście, najczęściej na lepsze). Jednak gdy stanęłam przed wyborem miejsca, w którym zamieszkam na dłużej (być może już na zawsze), wybrałam małe miasteczko. Takie wiecie; z główną ulicą, którą da się przejść w dziesięć minut, z dwoma sklepami spożywczymi, parkiem, który płynnie przechodzi w przyjazny spacerowiczom las, i z rzeczką, nad którą dumnie rozłożył się zamek. Powstrzymajcie wyobraźnię; to w końcu żaden Malbork. Pałacyk raczej, dość skromny... Gdy po kilku tygodniach po przeprowadzce zapytałam C., czy możemy się wybrać na dłuższy spacer, żebym ten zamek mogła sobie w końcu obejrzeć, popatrzył na mnie dziwnie i sprowadził mnie na ziemię słowami: Przecież codziennie obok niego jeździsz...
Ale dość już o zamku, bo zaraz cały splendor tej mojej mieścinie odbiorę.

Jutro już znów jadę do szkoły. Na Zelandię. I choć szkołę lubię, to internat mnie zniesmacza, a wyspa nieco onieśmiela. Wydaje mi się, że wszystko tam dzieje się szybciej, a ludzie są bardziej zabiegani i mniej przyjaźni niż tutaj. Ale to tylko moje subiektywne zdanie, rzecz jasna...
W każdym razie w środę, wracając z pracy, znalazłam się w dość nieprzyjemnej sytuacji. Gdy tylko wyjechałam z autostrady na ostatnią prostą do domu, samochód nagle zrobił bum!, po czym zatrzymał się na środku skrzyżowania. Prawie pół godziny czekałam na pomoc drogową, kuląc się i próbując być niewidzialną, gdy inni kierowcy mnie mijali i na mnie trąbili. Na szczęście Pan Mechanik znów stanął na wysokości zadania, i uporał się z problemem w kilka godzin. Autko jest gotowe do naszej jutrzejszej podróży, i mam nadzieję, że oszczędzi mi psikusów.
Zabawne jednak jest to, że poprzednim razem, gdy miałam jechać do szkoły, samochód też się zepsuł. Kto by pomyślał, że jest takim lokalnym patriotą...

Dziś mam dal Was przepis na zimową granolę, który podpatrzyłam u Lo. Nie mogłam się oprzeć dodatkowi maku i suszonych fig. Robiłam ją dwa razy; za drugim razem zmniejszyłam ilości miodu i syropu klonowego o połowę. Mniej słodka smakuje nam zdecydowanie bardziej.
Zamiast fig możecie użyć suszonej żurawiny; będzie jeszcze bardziej zimowo. Ale ja te drobne, chrupiące pesteczki i super słodkie figi wprost uwielbiam, a tutaj pasują doskonale.

Zimowa granola z figami i syropem klonowym


Składniki:
(na 2 litrowy słoik)

  • 45 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 g miodu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 350 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g sezamu
  • 25 g białego maku
  • 100 g pestek dyni
  • 50g płatków migdałowych
  • 100 g suszonych fig
  • 50 g chipsów kokosowych

Miód podgrzać, żeby dodać syrop, olej i ekstrakt. Wymieszać.
Płatki wymieszać z sezamem, makiem, pestkami dyni i migdałami. Wlać mokre składniki, dobrze połączyć.
Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. 20 minut, w połowie pieczenia mieszając.
Wyjąć blachę z piekarnika, posypać granolę chipsami kokosowymi i pokrojonymi figami. Wstawić z powrotem do wyłączonego piekarnika. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Granolę przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!

I tak, wiem; zdjęcie zdecydowanie zimowe nie jest. Ale ja już tęsknię za latem...

piątek, 4 listopada 2016

Krem z kalafiora z ostrym dodatkiem

Wczoraj C. wyszedł do pracy ostentacyjnie oświadczając, że nie ma pojęcia, kiedy wróci, ale jak już wróci, nie pogardziłby obiadem. No dobrze - myślę sobie. I tak nie mam nic ciekawego w planach poza absolutnym nicnierobieniem (w końcu przed pracującym weekendem i poprzedzającymi go trzema zwariowanymi dniami muszę naładować akumulatory), to coś tam mogę ugotować. Tylko co...?
Najpierw pomyślałam o tarcie, ale jakoś nie mogłam znaleźć żadnego przepisu. Przeglądając magazyny, w oko wpadł mi w Hjemmets bedste mad, nr 10/2016, krem z kalafiora. Po przeanalizowaniu listy składników, okazało się, że niemal nic nie ma w domu. Ubrałam się więc niczym na Syberię (ostatnio rozpoczął się sezon słynnych, duńskich wiatrów, które po tylu latach mieszkania tutaj nadal prowadzą mnie prosto na dno czarnej rozpaczy), i poszłam do sklepu. A tam byłam świadkiem absolutnie komicznej sceny. 
Otóż zaraz za mną weszła mama z siedmio-, może ośmioletnią córką. Oczywiście wejście zapełnione jest już wszelkiej maści świątecznymi drobiazgami; mama zatrzymała się przed wystawą, wzięła do ręki świeczkę w kształcie krasnala, i pokazując córce z niekłamanym zachwytem powiedziała: O, spójrz; jakie ładne! Na to dziecko, z miną lekko zniecierpliwioną, a lekko pobłażliwą, odparło: Tak, tak, widzę. A teraz już chodź.
Mama, lekko zmieszana, odstawiła świeczuszkę na miejsce i podreptała za córką. A ja się poczułam, jakbym nagle trafiła do równoległego świata, w którym to dzieci pełnią role dorosłych.
Czy wszystko już staje na głowie, czy jeszcze coś z naszego prostego, dawnego świata zostało na swoim miejscu...?

Nieco rozkojarzona, zrobiłam zakupy (na szczęście zabrałam listę; bez niej pewnie wróciłabym do domu bez kalafiora). Po drodze zmokłam jak nieszczęście, ale za to widziałam piękną, jaskrawą tęczę. W listopadzie to już chyba widok na wagę złota, więc zamiast smęcić, z uśmiechem zabrałam się do pichcenia.

Sezon na gorące, rozgrzewające kremy zaczął się u nas w tym roku wyjątkowo późno. Wszystko przez to, że jeszcze do połowy października pogoda była na tyle ładna, że od czasu do czasu przygotowywaliśmy posiłki na zewnątrz. Listopad jednak dmuchnął nam w twarze zimnym wiatrem, i zagonił z powrotem do kuchni. A tutaj swojskie, korzeniowe warzywa z ochotą wskakują do garnka, by zamienić się w zupy właśnie.

Krem z kalafiora jest prosty i szybki w przygotowaniu, bez wyszukanych składników. Wielkim atutem jest sezamowa posypka - wyrazista w smaku, chrupiąca i aromatyczna. Zmienia delikatny krem w prawdziwe pyszne doznanie.
Pogoda zdecydowanie zachęca do sięgania po właśnie takie przepisy, więc może skusicie się i Wy...?

Krem z kalafiora z pikantnymi ziarenkami


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 800 g kalafiora (różyczki)
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 1,5 l bulionu
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki nasion słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 2 łyżki oliwy

Cebulę pokroić w kosteczkę, czosnek przetrzeć przez praskę.
W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać kmin i kolendrę, podgrzewać przez 30-60 sekund, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę i czosnek, smażyć 3-4 minuty, aż cebula stanie się szklista. Dodać różyczki kalafiora podzielone na mniejsze części, zalać bulionem i gotować przez 20-30 minut, aż kalafior będzie miękki.

W tym czasie na patelni rozgrzać oliwę, dodać przyprawy, czosnek, słonecznik i sezam. Prażyć około 1 minuty, aż nasiona nabiorą ładnego koloru. Przełożyć do miseczki.

Zupę zmiksować na gładki krem z dodatkiem śmietany, doprawić do smaku solą i pieprzem.
Podawać gorącą z posypką z nasionek.

Smacznego!


Nie nazwałabym kremu z kalafiora duńską zupą narodową (w przeciwieństwie do jakby rosołu z klopsikami i kluskami; kiedyś Wam może taki pokażę), jednak z racji znalezienia przepisu w duńskiej gazecie i idealnego wpisania się tego dania w duńską aurę, dodaję tę propozycję do akcji Mopsika.

wtorek, 11 października 2016

Dwudziestolatki kontra ja. I domowa granola z miechunką

O tym, że dwudziesty pierwszy wiek jest kompletnie odarty z romantyzmu, już kiedyś pisałam. Cóż, cztery tygodnie spędzone z ludźmi ode mnie młodszymi o mniej więcej dekadę sprawiły, że utwierdziłam się w tym przekonaniu. Dzisiaj młodzi ludzie nie marzą o wielkiej miłości, nie szukają tego jedynego, którego będą mogli kochać już na zawsze. Owszem, idea miłości nie jest im obca, ale na to przecież będzie jeszcze czas. Teraz liczy się dobra zabawa, a one night stands (zostałam uświadomiona z błyskiem politowania w oku, że tak to się właśnie nazywa) to wśród dwudziestolatków norma. Któż by chciał wzdychać do nieosiągalnej ukochanej, układać liryczne poematy i zadowalać się nieśmiałym uśmiechem? Kto w ogóle ma czas na takie bzdury...? O kupowaniu kwiatów czy całowaniu kobiet w rękę nawet nie będę wspominać. Powoli te staromodne zwyczaje odchodzą do lamusa, i choć jest mi szkoda, to w sekrecie się Wam przyznam, że całowana w rękę nigdy być nie lubiłam; zawsze mnie to peszy i krępuje. 
Gdy więc w końcu zamknęłam się w swoim pokoju, zupełnie sama, odetchnęłam z ulgą. Jakoś tak zaczęłam się cieszyć z tych moich trzydziestu lat i faktu, że mogę nie spędzać całego dnia wpatrzona w ekran mojego smartfona, mogę za to tęsknie wzdychać za ukochanym, gdy nie widzę go przez cały tydzień. A tenże ukochany poniesie moją ciężką walizkę i otworzy przede mną drzwi bez patrzenia na mnie spod zmarszczonych brwi i wytykania, że przecież w dzisiejszych czasach obowiązuje równouprawnienie. 

W tym wszystkim czuję się taka cudownie staroświecka...

Spędzanie długich godzin na przygotowywaniu obiadu dla męża i dzieci też jest passe (nikt nie chce być przecież kurą domową), jednak slow food jest aktualnie w pełnym rozkwicie. Oznacza to, że domową granolę przygotowuje każdy, kto chce być trendy. Ja też piekę blaszkę tego cuda przynajmniej raz w tygodniu; nie dlatego, że pędzę za modą, ale dlatego, że smak domowej granoli jest nieporównywalnie lepszy od tej kupnej. W dodatku można przyrządzać takie mieszanki, o jakich  dyrektorom koncernów się nawet nie śniło.

Tym razem miałam w domu miechunkę; miałam tez ogromną ochotę na jej zużycie. Na blogu Truskawkowej Ani znalazłam idealny przepis, i szybciutko zabrałam się do rzeczy.
Jak każda granola, ta również jest bajecznie prosta w przygotowaniu. Delikatny smak i zapach korzennych przypraw nadaje jej jesiennego charakteru, a słodko-kwaśne miechunki i wiśnie niepowtarzalnego smaku. Całość jest tak pyszna, że nawet, gdy śniadanie trzeba jeść o pierwszej nad ranem sprawia, że nadchodzący dzień widzi się w odcieniach pudrowego różu.

Domowe granole przygotowała też dzisiaj Chantel.

Granola z migdałami, suszoną miechunką i wiśniami


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g drobnych płatków owsianych
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g migdałów w skórkach
  • 100 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 150 ml soku jabłkowego
  • 85 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 60 g suszonej miechunki
  • 75 g suszonych wiśni
Płatki wymieszać z cynamonem, kardamonem i solą. Dodać grubo posiekane migdały, słonecznik i sezam. Wymieszać.
Sok jabłkowy, syrop klonowy i olej połączyć. Wlać do suchych składników, wymieszać.
Granolę rozłożyć równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Przemieszać.

Piec kolejne 15 minut w 160 st. C.
Wymieszać.

Dopiekać jeszcze 10-15 minut w 160 st. C.
Ostudzić.

Wymieszać granolę z owocami.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Czy zdajecie sobie sprawę, że już za chwilę będziemy mieć Halloween...? 
Ależ ten czas pędzi...

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Granola - tylko dla dorosłych!

Wiem, wiem - blog leży odłogiem. Marzyciele i optymiści z pewnością zrzucają to na karb wakacji. Cóż - nic z tego. Gdy wszyscy dzielnie zdobywają wyższe lub niższe szczyty, wylegują się pod palmami lub za swojskimi parawanami na polskich plażach (koniecznie rozstawionych bladym świtem!), albo też zwiedzają wszelkiej maści zabytki, ja pracuję. Od rana do wieczora, po dziesięć, dwanaście godzin dziennie. A po powrocie do domu... Piekę ciasta. W sobotę (choć właściwie była to już niedziela) skończyłam dwupiętrowy tort na chrzest o piątej nad ranem, żeby o ósmej ruszyć z nim w drogę. Małej Astrid, myślę sobie, było zupełnie wszystko jedno, ale jej mama była zachwycona. W związku z tym ukontentowana wzięłam w ramiona małą sprawczynię całego zamieszania, która wtuliła mi nos w dekolt i tak sobie spała, od czasu do czasu tylko posapując... Mówię Wam, wprost rozpływałam się z rozkoszy.

O torcie jednak będzie innym razem, bo to straszliwie długi przepis, a ja zupełnie nie jestem w nastroju do wklepywania go w komputer. Będzie więc prosto, szybko i śniadaniowo - choć na deser też taką granolę można zjeść.
Przepis znalazłam u Patrycji, i kusił mnie już dawna. W końcu zabrałam się do rzeczy - przygotowanie granoli to bowiem raptem chwilka. Ta jest wyjątkowa - z rumowymi rodzynkami, słodkim marcepanem i wręcz wytrawną czekoladą, która świetnie tutaj pasuje, przełamując słodycz. Całość wyszła wybornie, i przyznam się Wam w tajemnicy, że dla C. niewiele zostało... 
Jeśli lubicie marcepan i rodzynki, to jestem pewna, że ta granola stanie się jednym z Waszych ulubionych śniadań.

Granola z rodzynkami w rumie i marcepanem


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g słupków migdałowych
  • 75 g pestek słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 50 ml oliwy
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 ml rumu
  • 75 g rodzynek
  • 80 g marcepanu
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Marcepan pokroić w kosteczkę.

Płatki, migdały, słonecznik, sezam, siemię i cynamon dokładnie wymieszać.
Syrop połączyć z oliwą, dodać do suchych składników. Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równomiernie rozprowadzić.

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, w połowie pieczenia mieszając.

Do gorącej granoli dodać rodzynki razem z rumem i marcepan, wymieszać. Wstawić blachę z powrotem do piekarnika, zamknąć drziwczki i zosatwić do wystudzenia.
Na końcu dodać czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego! 

Ja tymczasem uciekam na spacerek z psą - póki nie pada!

piątek, 17 czerwca 2016

Chrupiąca granola na pożegnanie

Dzieje się, oj dzieje... 
Dzisiaj ostatnia noc w starym mieszkaniu; już jutro ostateczna przeprowadzka. Niemal puste pokoje; kilka kartonów, kanapa, blat stołu i pralka wyczekują naszych pomocników. Reszta dobytku, złożona w równe stosy, czeka na nas na miejscu. 
Jestem niesamowicie podekscytowana, a jednak przebija się przez te wszystkie radosne uczucia delikatna nuta nostalgii. Mieszkaliśmy tutaj ponad cztery lata, spędziliśmy mnóstwo szczęśliwych chwil, znamy chyba wszystkie zakamarki naszego miasteczka. I choć nowe i nieznane jest niesamowicie podniecające, to mam wrażenie, że czasem jednak będę tęsknić za starym...

Też tak macie? Nawet, jeśli dobrze wiecie, że zmiany są na lepsze i cieszycie się nimi, to jednak to, co zostaje za Wami, wydaje się być nieco lepsze niż naprawdę było? Chyba tak właśnie działa ludzka pamięć - wyolbrzymia to, co chcemy, a zaciera drobiazgi, na które nie ma miejsca w naszych wspomnieniach. 

Dzisiaj mam dla Was granolę, którą znalazłam w najnowszej książce Nigelli Lawson, Simply Nigella. Prosta, bezproblemowa w przygotowaniu, a jednak zupełnie wyjątkowa za sprawą oliwy. Jej smak jest lekko wyczuwalny w tle, jednak największą zaletą jej dodatku jest niesamowita chrupkość gotowej granoli. Coś niesamowitego! Szybkie śniadanie staje się prawdziwą ucztą.
C. stwierdził bez zająknięcia, że od teraz to jego ulubiona granola. Ja też zajadam się nią z niekłamaną przyjemnością.

To zdecydowanie coś, czego musicie spróbować.

Migdałowa granola z oliwą Nigelli


Składniki:
(na 1,5 l słoik)
  • 300 g grubych płatków owsianych
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka soli morskiej
  • 100 g migdałów w skórkach
  • 125 g ziaren słonecznika
  • 50 g siemienia lnianego
  • 25 g ziaren sezamu
  • 125 ml oliwy
  • 125 ml syropu klonowego

Płatki, imbir, cynamon i sól dokładnie wymieszać. Dodać grubo posiekane migdały, słonecznik, siemię i sezam, ponownie wymieszać.
Oliwę połączyć z syropem klonowym. Wlać do płatków, dokłądnie wymieszać, aby płyn pokrył płatki.

Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.
W połowie pieczenia przemieszać.
Ostudzić.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!


Jestem ostatnimi czasy naprawdę zajęta; dodatkowo nasz internet okazał się nieprzeprowadzalny. Nie wiem więc kiedy pojawią się na Pożeraczce kolejne posty; może za tydzień, może za dwa, a może dopiero za miesiąc...
Poczekacie...?

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Bez twarzy. I chrupiące semifreddo z matcha

Jeszcze nie tak dawno temu - w końcu doskonale pamiętam te czasy - nie było internetu. Hmm... Młodsi Czytelnicy z przerażeniem złapią się za głowy - jak to w ogóle możliwe? A gdy dodam, że lat mam ciągle mniej niż trzydzieści, z pewnością pomyślą, że zmyślam niczym najlepszy bajkopisarz.
Niemniej, wydaje mi się, życie było wtedy nieco prostsze. A może po prostu bardziej bezpośrednie? Nie można się było ukryć za kilometrami kabli i anonimowo deptać ludzi. Potrzeba było na to wystarczającej ilości odwagi cywilnej (lub głupoty); nie obyło się bez stanięcia twarzą w twarz. Owszem, można było wysłać list, ale przecież wtedy nikt by się, poza adresatem, o tym nie dowiedział. A co to za frajda zmieszać kogoś z błotem, gdy nikt nie widzi...?

Ktoś - anonim - zostawił nieprzyjemny komentarz na blogu. Jego treść pominę dla dobra ludzkości i czystości języka; sam w sobie mimo wszystko mną nie wstrząsnął. Przecież takie rzeczy zdarzają się ciągle! Spędziłam jednak trochę czasu przed snem, rozmyślając nad tym, jak bardzo ludzie czują się bezkarni w wirtualnym świecie, w którym spędzamy przecież mnóstwo czasu. Wystarczy usunąć podpis i można pisać, co się tylko chce. Bez konsekwencji. 
Ale czy na pewno...?

Mam wrażenie, że każdy powinien sobie zdawać sprawę z faktu, że anonimowość, nawet w sieci, nie istnieje. Są ścieżki, po których można wytropić każdego. Szczególnie zadufanego w sobie osobnika, który czuje się bezkarnie, siedząc przed komputerem w ciemnym pokoju, i który zdaje się nie pamiętać, że nie jest jedynym, który potrafi ten komputer obsługiwać.
Drogi Anonimie - co byś zrobił, gdybym zapukała do Twoich drzwi...? Tych zupełnie rzeczywistych, które zamykasz na klucz, aby odgrodzić się od świata...? Nadal byłbyś taki odważny i powiedział mi to samo prosto w twarz?

Zastanów się nad tym dobrze, zanim wypiszesz kolejne bzdury. Nikt nie jest bezkarny, nawet w internecie.

A teraz, na osłodę, lody. Czy może być coś lepszego w ciepły, czerwcowy dzień...?
U mnie co prawda od dzisiaj znów deszczowo, ale jeszcze niedawno słońce wyciskało ze mnie w pracy siódme poty. Na szczęście, w zamrażarce czekało na mnie bajeczne, zielone semifreddo.
Z racji przeprowadzki sorbetiera już dawno zmieniła adres; ja jednak się nie poddałam, i sięgnęłam po sprawdzony sposób. Ubite żółtka, białka i kremówka sprawiają, że semifreddo jest lekkie, puszyste i delikatne. To dodatkowo jest chrupiące za sprawą kruszonki z czarnego sezamu i orzeźwiające poprzez smak i aromat zielonej herbaty. Oryginalne i nietuzinkowe, z pewnością Was zaskoczy.

Przepis z bloga Spoontang kitchen.

Semifreddo z matcha i czarnym sezamem


Składniki:
(na keksówkę 28x11 cm)
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 jajka
  • 150 g cukru
  • 200 ml wody
  • 1 łyżka herbaty matcha

dodatkowo:
  • 60 g czarnego sezamu w całości
  • 60 g zmielonego czarnego sezamu
  • 1,5 łyżki ciemnego cukru muscovado
  • 25 g masła

Oba rodzaje sezamu wymieszać z cukrem. Masło rozpuścić, dodać do sezamu, wymieszać.
Odstawić.

Formę wyłożyć folią spożywczą tak, aby wystawała ponad brzegi.

Matchę rozpuścić w 1,5 łyżce wody.
Pozostałą wodę zagotować z cukrem. W tym czasie zacząć ubijać białka. Gdy syrop osiągnie temperaturę 117 st. C.. powoli wlać go do biiałek, ubijając na najniższych obrotach miksera. Zwiększyć obroty i ubijać jeszcze 5 minut, aż beza ostygnie.
Żółtka ubić na puszystą, jasną masę. Dodać matchę, połączyć. Dodać do bezy, wymieszać.
Kremówkę ubić na pół sztywno. dodać do masy jajecznej, delikatnie wymieszać łyżką.

Na dno formy wysypać 1/3 sezamu, wyłożyć połowę lodów. Posypać połową pozostałego sezamu, wyłożyć resztę lodów i resztę sezamu. 
Wystającą folią przykryć spód. 
Wstawić do zamrażalnika na minimum 4-5 godzin.

Podawać pokrojone w plastry.

Smacznego!

C. nie do końca był do smaku tych lodów przekonany; za masło letni - stwierdził.
Ostateczną ocenę jednak pozostawiam Wam.

sobota, 23 kwietnia 2016

Pożegnania. I zielona, wiosenna granola. Z jagodami

W czwartek pojechałam na kawę do Karoliny. Naszą ostatnią, babską, duńską kawę. 
W poniedziałek bowiem cały klan wyrusza w podróż powrotną do Polski. Do rodziny; do domu. To prawie jak pierwszy wyjazd za granicę: wielka niewiadoma. Mnóstwo pytań, niepewności o jutro. Ale chcą, a ja życzę im jak najlepiej.

Po ponad dziesięciu godzinach pracy już od progu oświadczyłam, że ja tylko na chwilkę. Siedziałyśmy trzy godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Później kolejne sześćdziesiąt minut stałyśmy w przedpokoju. Karola ściskała moją foremkę (którą zresztą od nie j dostałam), nie kwapiąc się jej oddać; a ja jakoś nie miała ochoty wyciągnąć po nią ręki.
W końcu nastąpiło przekazanie kluczowego dla sprawy obiektu, po czym przestąpiłam próg i dyskutowałyśmy zawzięcie jakieś pół godziny. 
Trzymałyśmy się dzielnie. Tylko dlatego, że w niedzielę muszę wpaść po farby i pędzle, które mąż Karoliny przywiezie dla mnie z Polski. Uściski i łzy zostawiłyśmy więc sobie na weekend, choć muszę przyznać, że obu nam już kąciki ust lekko drżały.

Jak słusznie zauważył C., Karolina przecież nie umiera. Ale nic nie poradzę na to, że naprawdę nie lubię pożegnań. 
I już tęsknię za naszymi kawkami...

Na osłodę - optymistyczna, zieloniutka granola. C. stwierdził, że to najlepsza, jaką przygotowałam, ale do końca mu nie ufam (za często to powtarza). Jednak ciężko się nie zgodzić: odpowiednio słodka, cudownie chrupiąca, pełna smaku jagód i zielonej herbaty. Do tego kawałeczki kasztanów, które nadają jej zupełnie wyjątkowego charakteru. Kolor też nie jest bez znaczenia; cudowny ocień zieleni wywołuje uśmiechy na twarzach konsumentów.

Inspirację zaczerpnęłam z dwóch blogów: She who eats oraz 40 aprons. Trochę pozmieniałam, dopasowałam do swojego smaku i zawartości szafek. Choć muszę przyznać, że czekolada matcha owładnęła moje myśli. Tylko gdzie ją zdobyć...?
A może zrobię sama...?

Granola z matcha, kasztanami i suszonymi jagodami


Składniki:
(na 2 l)
  • 200 g drobnych płatków owsianych
  • 100 g grubych płatków owsianych
  • 100 g płatków jaglanych
  • 40 g sezamu
  • 2 łyżki chia
  • 75 g orzechów włoskich
  • 150 g kandyzowanych kasztanów
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 1 łyżka zielonej herbaty matcha
  • 200 g suszonych jagód
Orzechy i kasztany grubo posiekać, wymieszać z płatkami.
Olej rozpuścić, dodać syrop klonowy, ekstrakt i herbatę, połączyć. Wlać mokre składniki do suchych, dokłądnie wymieszać.
Mieszankę wysypać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, rozprowadzić równomiernie.

Piec w 160 st. C. przez 25-30 minut, 2-3 razy mieszając w trakcie pieczenia.

Blachę wyjąć z piekarnika, dodać jagody, wymieszać, ostudzić.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!


Słońce znów oszukuje. Świeci jak szalone, ale ciepła nie daje.
Nie podoba mi się to... Zupełnie.

wtorek, 29 marca 2016

Zdrowe ciastka. Dla każdego

Uff... Nareszcie po Świętach. 
Nie, nie, proszę sobie nie myśleć, że jestem emocjonalnym ekshibicjonistą, który ma zamiar wygłosić tyradę na temat ciekawskich ciotek, czepiających się wujków, nieznośnej rodziny bliższej i dalszej. Nic z tych rzeczy. Do tego kontrowersyjnego stwierdzenia skłonił mnie fakt, że pracowałam sobotę, niedzielę oraz poniedziałek, zaczynając dzień o godzinie drugiej lub pierwszej z uwagi na tą ogólnie nielubianą zmianę czasu (na następną niektórzy nawet czekają; dodatkowa godzina snu to czasami prawdziwy luksus). Dlatego wczoraj po południu odetchnęłam głęboko z wyraźną ulgą i zaczęłam się zastanawiać, czy wypada mi upiec jeszcze jedną babkę. Mam bowiem pomysł i bardzo nie chcę z nim czekać do kolejnej Wielkanocy...

Dzisiaj natomiast mam coś zaskakującego; nawet dla mnie. Ale jestem pewna, że po świątecznych smakołykach (tu jajeczko, tam sałatka, babki, mazurki i serniczki wpadają na talerze nie wiadomo kiedy; wszyscy to znamy. Wszyscy się wstydzimy, ale rozumiemy) przyda się przepis na coś, co będzie można jeść bez wyrzutów sumienia. Najmniejszych! 
Bez jajek, bez nabiału, bez tłuszczu, bez mąki, bez cukru... Bez wszystkiego - powie niejeden sceptyk. Cóż, prawie... Troszkę ziarenek i orzechów, woda i najgrzeszniejszy w tym towarzystwie element - miód (łyżka raptem!). Z tej mieszanki wychodzą zaskakująco pyszne i wciągające, chrupiące ciasteczka. W oryginalnym przepisie, który znalazłam na stronie Vegabutik, są to wytrawne krakersy. Ja przerobiłam je na słodkawe, ale w zasadzie dość neutralne w smaku ciasteczka. Idealne do herbaty, na śniadanie (pierwsze albo drugie), na deser. Dla alergików, dla tych na diecie i dla tych, którzy chcą spróbować czegoś nowego. Jednym słowem - dla każdego!

Skusicie się...?

Orzechowe ciastka z chia


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 100 g chia
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 75 g ziaren sezamu
  • 50 g mielonych orzechów laskowych
  • 250 ml ciepłej wody
  • 1 łyżka miodu

Wszystkie ziarna i orzechy wymieszać. Miód rozpuścić w wodzie, zalać nim mieszankę. Odstawić na 10-15 minut, aż chia wchłoną wodę i masa zgęstnieje.
Wyłożyć masę na blachę z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia. Równomiernie rozprowadzić dłońmi, mocno dociskając.

Piec w 160 st. C. przez 20 minut.

Wyjąć blachę z piekarnika, pokroić ciasto ostrym nożem na kwadraty.

Piec kolejnych 40 minut w 160 st. C.
Ostudzić, a następnie połamać na kawałki wzdłuż linii.

Smacznego!


Ja już zastanawiam się nad kolejnymi wariacjami tego przepisu, ma bowiem - moim zdaniem - naprawdę duży potencjał.

czwartek, 18 lutego 2016

Bułki. Na obiad

Wielkimi krokami zbliża się weekend. Nawet dla mnie, co cieszy mnie niezmiernie. Poprzedni, teoretycznie wolny, spędziłam kursując między łóżkiem a kanapą, czując się przy tym raczej licho. Teraz, w pełni sił, z optymistycznymi prognozami pogody, mam nadzieję na cudowne dwa dni. Może nawet nie tak zupełnie leniwe...?

Oczywiście, wolny weekend wiąże się z gotowaniem. Duuuużą ilością gotowania. W planie jest ciasto i ciasteczka, może nawet więcej niż jeden rodzaj, ale główną atrakcją będzie sobotni obiad (na niedzielę jesteśmy zaproszeni; już się doczekać nie mogę). Staramy się z C. takie dni celebrować; wspólne spędzanie czasu w kuchni daje nam dużo frajdy. Można się pośmiać, popłakać przy krojeniu cebuli; nawet zmywanie, gdy nie trzeba tego robić samemu, nie jest takie straszne.

Burgery uchodzą za jeden z najpopularniejszych fast foodów; ostatnimi czasy jednak wdarły się na salony. No, może trochę przesadzam... Ale ich finezyjne, wyszukane wersje można znaleźć w najlepszych restauracjach. 
A co powiecie na domową wersję...?

Jeśli sami zabierzecie się za przygotowywanie bułek, zrobi się z tego zdecydowany slow food. Ale warto. Takie bułeczki są cudownie chrupiące z zewnątrz i mięciutkie w środku; świetnie absorbują soki z mięsa i warzyw, tworząc z nimi zgraną i naprawdę pyszną całość. Warto poświęcić trochę czasu, znaleźć dobry przepis na sos i sięgnąć po ulubione dodatki, żeby później delektować się... Zupełnie niezwykłym burgerem.

Bułki hamburgerowe z sezamem


Składniki:
(na 8 bułek)
  • 500 g mąki pszennej
  • 300 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 50 g masła

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 20 g sezamu

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier, wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać pozostałe mleko i sól, zagnieść gładkie ciasto. Dodać masło, wyrobić.
Odstawić na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 8 równych części, z każdej uformować okrągła bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, mocno spłaszczyć; odstawić na 20 minut.

Wyrośnięte bułeczki spryskać mlekiem, posypać sezamem.

Piec w 200 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ja tymczasem idę planować weekendowe desery...

sobota, 3 października 2015

Ciastko... A nie! Bułka z dziurką

Kiedyś nie lubiłam ciszy. Czułam się nieswojo, siedząc sama w domu, słysząc każdy najcichszy nawet szelest. Wzdrygałam się, gdy wiatr hulał za oknem, wyjąc potępieńczo; bzyczenie komara urastało do rangi tragedii życiowej.
Lekarstwem było radio. Pierwsza rzecz po przebudzeniu, to wciśnięcie przycisku na magnetofonie. Oczywiście, o ile trzeba było go wciskać, często bowiem przy radiu zasypiałam. Cicha muzyka gdzieś daleko w tle lub całkiem głośna, zagłuszająca rzeczywistość. Obojętnie, czy byłam w domu sama, czy z kimś innym - pomruk radia towarzyszył mi nieprzerwanie.

Niepostrzeżenie, wszystko się zmieniło. Zamiast muzyki wolę ciszę. Brak działającego radia w aucie zupełnie mi nie przeszkadza, nawet, gdy mam do przejechania dużo kilometrów. W domu całe dnie spędzam w ciszy, towarzyszy mi tylko delikatny szum procesora. 
Jak to się stało? Nie wiem. Nie zauważyłam tej zmiany; zaszła stopniowo, nie pytając mnie o zdanie. Lubię ten dźwięk, gdy deszcz bębni o parapet, a gałęzie pobliskiego drzewa pukają w okno. Lubię delikatne tykanie zegara; lubię słyszeć, gdy Ptysia stuka pazurkami o podłogę. 
I tylko bzyczenie komara nadal doprowadza mnie do pasji...

Bajgle. Znacie? Lubicie?
Ja, szczerze mówiąc, bajgli nie jadłam całe wieki. Gdy więc znalazłam przypadkiem przepis u Kornika, od razu zabrałam się do rzeczy. To znaczy, do czytania przepisu. Potem kilka dni zwlekałam, bo to przedsięwzięcie trzeba sobie dobrze logistycznie rozplanować. Zmieniłam nieco czas i sposób wyrastania, żeby lepiej pasował do mojego porządku dnia. Tak czy inaczej jednak, prace należy rozpocząć dzień wcześniej. I to najlepiej całkiem rano, żeby się odpowiednio ze wszystkim ogarnąć. Osiemnaście godzin wyrastania to bowiem nie przelewki...

Za naszą cierpliwość bajgle odwdzięczą się charakterystyczną skórką i zwartym, sycącym miąższem. Są pyszne! Idealne do kanapek na śniadanie, lunch czy kolację. A może nawet na obiad...?

Bajgle


Składniki:
(na 18 sztuk)

zaczyn:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml letniej wody
  • 3 g świeżych drożdży

ciasto właściwe:
  • 700 g mąki pszennej
  • 350 ml letniej wody
  • 2 łyżki miodu
  • 1 łyżka soli
  • 15 g świeżych drożdży

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 25 g białego maku
  • 25 g czarnego sezamu

do gotowania:
  • 3 l wody
  • 1 łyżka miodu

Drożdże na zaczyn rozpuścić w wodzie, dodać mąkę, dokładnie wymieszać. Odstawić w ciepłe miejsce na 8 godzin, żeby zaczyn wyrósł.

Po tym czasie do dużej mąki przesiać mąkę, dodać pozostałe drożdże rozpuszczone w wodzie, miód i cały zaczyn. Zagnieść, dodać sól, wyrabiać jeszcze przez 5 minut.
Ciasto przykryć, odstawić do lodówki do wyrośnięcia na 10 godzin.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 18 równych części. Za każdej uformować kulę. Ułożyć je na blacie obsypanym mąką, przykryć ściereczką i zostawić na 20 minut.

Po tym czasie w każdej bułeczce palcem zrobić dziurkę, kręcić dłonią, aby ją odpowiednio powiększyć. Odłożyć do wyrośnięcia na 40 minut.

W tym czasie zagotować wodę z miodem. Partiami gotować bułeczki, po 1 minucie z każdej strony. Odłożyć na kratkę do obcieknięcia.

Bajgle ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wierzch posmarować mlekiem i obsypać makiem i sezamem.

Piec w 200 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Do moich bajgli użyłam białego maku i czarnego sezamu - taki miałam kaprys. Zresztą, smak białego maku po prostu uwielbiam! Można użyć tych posypek w bardziej tradycyjnych odcieniach; można też je pominąć lub postawić na coś zupełnie innego. 
Najważniejsze, żeby Wam smakowało.

sobota, 14 marca 2015

Marcowe przeziębienie i ślimaczki z serkiem

Marcowa pogoda powoli zaczynać zbierać żniwo. Niby ładnie, słonecznie, a jak człowiek wyjdzie na dwór, to go przeszywa lodowaty wiatr. Z jednej strony słonko bardzo przyjemnie przygrzewa, z drugiej - naprawdę ciężko rozstać się z czapką. I choć jeszcze nie podjęłam trudnej decyzji o zmianie płaszcza i szczelnie opatulam się szalem, to i tak kicham i prycham, a nos mam tak zatkany, że nie czuję zupełnie nic. Chyba będzie trzeba uzupełnić zapas czosnku, i się nim ratować. Bo choć tabletki łykam trzy razy dziennie, poprawy jakoś nie widać... Przypominam więc sobie zasadę, którą często powtarza mój Tato: katar leczony trwa tydzień, a nieleczony siedem dni. W związku z tym nastawiam się optymistycznie - za pięć dni mój nos wróci do stanu pierwotnego, a ja z pewnością poczuję się lepiej. Póki co, skoro mamy weekend, zakopię się pod kołdrą i oddam nowej lekturze. Wczoraj zaczęłam Grę o tron - siedemset stron powinno zapewnić mi rozrywkę na nieco dłużej.

Tymczasem domowa produkcja pieczywa stanęła zupełnie. Ale sami powiedzcie - po co niby mam piec chleb, skoro znoszę do domu takie ilości, że i tak musimy rozdawać? W czwartek zaopatrzyłam nas w ciemny żytni chleb - C. jest zachwycony, a ja stwierdzam, że jak się przerzucimy w szkole na co innego, to będę musiała spróbować taki zrobić w domu. Bo tam poszło bardzo szybko, a efekt nawet mnie zachwycił (a zdecydowanie wolę białe pieczywo). 
Niemniej, na dysku znalazłam zdjęcia bułeczek, które zrobiłam w sierpniu zeszłego roku. Tak! Tak dawno. Aż mi wstyd... Nie mam pojęcia, jak one się tam zakamuflowały, w każdym razie zdecydowałam, że najwyższa już pora, aby ujrzały światło dzienne. Były bowiem naprawdę pyszne - skoro nadal pamiętam ich smak, to zdecydowanie dobrze o nich świadczy.

Tak naprawdę powstały przypadkiem - kupiłam serka kremowego na sernik, i kiedy go w domu otworzyłam, moim oczom ukazały się zielone farfocle... Nie, serek nie był zepsuty - z wielkim zdziwieniem zauważyłam informację na opakowaniu, że serek jest ze szczypiorkiem... Ech. Tak to jest, jak człowiek, skuszony promocją, bierze większą ilość i nie ogląda dokładnie każdego opakowania... Serek odłożyłam do lodówki, wyjęłam zwykły, upiekłam sernik i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić z tą niespodzianką. Jakoś nie miałam na niego apetytu ot tak, na chlebie. Postanowiłam go więc w chleb zawinąć - upiekłam ślimaczki z serkiem kremowym. Wyszły pyszne - takie od razu gotowe kanapki. 
Skusicie się?

Ślimaczki z serkiem kremowym

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g mąki pszennej graham
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 50 g masła
nadzienie:
  • 300 g serka kremowego ze szczypiorkiem
  • 1/4 pęczka natki pietruszki
  • 1 jajko
dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
  • 15 g sezamu
Mąki przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 1/3 wody, odstawić na 15 minut.
Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i jajko, zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić i przestudzić. Dodać do ciasta, dobrze wyrobić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Pietruszkę drobno posiekać, utrzeć z serkiem i jajkiem na gładką masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na kwadrat o boku 40 cm. Posmarować nadzieniem, zwinąć w ciasny rulon, pokroić na 10 równych kawałków.
Bułeczki ułożyć płasko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Jajko roztrzepać z mlekiem. Posmarować wyrośnięte bułeczki, posypać sezamem.

Piec w 180 st. C. przez 25 minut, aż się ładnie zrumienią.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kiedy będzie następny przepis na pieczywo? Nie ma pojęcia. Aktualnie z uporem maniaka piekę babki - chyba nadchodząca Wielkanoc rzuciła na mnie jakiś czar, bo co chwilę wymyślam nowe kombinacje, którym nie umiem się oprzeć...

piątek, 3 stycznia 2014

Powrót do codzienności - chleb na poolish

Po świątecznym jedzeniu (trochę duńskim, trochę polskim) i sylwestrowych pysznościach, powoli wracam do normalności. Pisałam, że planuję wyhodować zakwas, to jednak zajmie mi nieco czasu, póki co piekę więc nieco mniej magiczny chleb, bo na drożdżach. Na bardzo małej ich ilości, bo na pół kilograma używam raptem sześciu gram. 
W chlebach na poolish zakochałam się od pierwszej próby - są po postu przepyszne i wyjątkowe! Nie tak trudne jak na zakwasie, dostępne zwykłym śmiertelnikom. Wystarczy odrobina cierpliwości - ciasto potrzebuje duuużo czasu - i wyciągniemy z piekarnika cudnie pachnący bochenek z niesamowicie chrupiącą skórką i zwartym, sycącym miąższem. W takim chlebie dziury wyglądają niemal jak w zakwasowcach. Gwarantuję - jeśli raz spróbujecie, przepadniecie. 
Ten chleb smakuje wyjątkowo za sprawą chrupiących ziaren dyni i słonecznika, sezamu i siemienia lnianego. Ma rewelacyjną strukturę, i smakuje wyśmienicie z samym masłem, ale także z wytrawnymi czy słodkimi dodatkami. Spróbujcie koniecznie - dajcie szansę chlebom na poolish

Chleb z ziarnami na poolish

Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 3 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniej wody
  • 150 g mąki pszennej

ciasto:
  • 3 g świeżych drożdży
  • 300 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 150 ml letniej wody
  • 2 łyżki ziaren słonecznika
  • 2 łyżki pestek dyni
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 2 łyżki sezamu

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić na 5-6 godzin.

Pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Mąkę wymieszać z solą, dodać wodę z drożdżami i cały poolish. Zagnieść. Dodać ziarna, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejne 40 minut.
Uformować z ciasta podłużny bochenek, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Chleb naciąć po skosie w trzech miejscach, skropić wodą. Razem z chlebem na blasze ustawić małe naczynie z wodą.

Piec w 250 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 35-40 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Uwielbiam zapach chleba. Jego pieczenie sprawia mi ogromną radość, i już sobie nie wyobrażam śniadań bez własnej roboty pieczywa. Co to będzie, jak uda mi się wyhodować zakwas...?

niedziela, 14 kwietnia 2013

Level up w kwestii domowego pieczywa

Zapomniałam o Dniu Czekolady! Ja! Jak to możliwe...? Nie wiem... Ale jest mi wstyd i mam ogromne wyrzuty sumienia... Nic to, nadrobię jeszcze dziś.

Póki co - mój mały prywatny sukces, czyli level up w kwestii pieczywa. 
Na piątek zaplanowaliśmy wspólne, leniwe śniadanie, które nie zdarzają się tak często, jakbym sobie tego życzyła. W związku z tym postanowiłam przygotować coś specjalnego - domowe bułeczki. C. je uwielbia, więc wiedziałam, że sprawię mu przyjemność. Chciałam użyć prażonej cebulki, której mamy w domu spory zapas (jest to spowodowane tym, że w Danii hot-dogi bez prażonej cebulki po prostu nie istnieją. Raczej nie jadamy kupnych, ale od czasu do czasu przygotowujemy domowe - cebulka musi więc być). Dodatkowo zauważyłam mąkę żytnią, i ją również postanowiłam wykorzystać. I wiecie co? Po prostu zmieszałam drożdże, mąki, mleko i wodę, sól i cebulkę, i zrobiłam bułki. Bez przepisu! Bez zastanawiania się na proporcjami. Po prostu wiedziałam, co i jak, i jestem z tego niebywale dumna. Taki mały, prywatny sukces. Level up.

Bułeczki wyszły naprawdę smaczne - nieco cięższe za sprawą mąki żytniej, sycące. Z aromatem cebulki wydobywającym się z piekarnika. Pachną obłędnie. 
A C. i tak jadł je z Nutellą.

Bułki pszenno-żytnie z prażoną cebulką


Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 400 g mąki pszennej
  • 100 g mąki żytniej
  • 1 łyżeczka soli
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 125 ml letniego mleka
  • 125 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 50 g prażonej cebulki

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 15 g sezamu

Do dużej miski przesiać obie mąki, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i zalać połową mleka wymieszanego z wodą. Odstawić w ciepłe miejsce na 15 minut.

Do zaczynu dodać resztę płynów, wbić jajko i zagnieść ciasto. Dodać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto (może się nieco lepić). Wsypać cebulkę, dokładnie rozprowadzić w cieście. Uformować kulę, umieścić w dużej misce i odstawić na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto szybko zagnieść, podzielić na 10 równych części. Z każdej uformować okrągłą bułeczkę, ułożyć w odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać sezamem.

Piec w 190 st. C. przez 25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Nie chcę pisać o nadchodzącej wiośnie, bo jutro znów obudzi mnie śnieg... Napiszę więc tylko, że Ptysia w parku biegała jak szalona, a do domu wróciła ubłocona jak nieboskie stworzenie, bo śnieg topniejąc sprawia, że błotka mamy pod dostatkiem. Nie pamiętam, żebym się tak cieszyła z wycierania psich łap i brzuszka!