Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmel. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 grudnia 2017

O prawdziwej maszynie do lodów. I nugatowo-karmelowe semifreddo

Miniony tydzień stał pod znakiem lodów. W środę, kiedy przyszło do próbowania tych wszystkich pyszności, które przygotowaliśmy, choć byłam pełniutka niczym butelka szampana, nie mogłam się powstrzymać przed spróbowaniem każdego rodzaju deseru. A było w czym wybierać, oj było... Sorbety: truskawkowy, malinowy, bananowy, kokosowy i z czarnej porzeczki; klasyczne lody z maszyny: czekoladowe, cytrynowe, lukrecjowe, miętowe z czekoladą i truskawkowe; do tego waniliowe parfait i pieczona Alaska, czyli wyżej wymienione smaki w przeróżnych kombinacjach pod zapiekaną bezą włoską. Smakowaliśmy i smakowaliśmy, póki nam się łyżeczki nie skończyły. Aj, jakie to było dobre!

W międzyczasie ambitnie pracuję nad moim deserem; jest to swego rodzaju test na zakończenie tego okresu szkoły. Każdy z nas musi przygotować dwa identyczne talerze z deserem, gdzie wystąpią elementy: słodki, słony, kwaśny, ciepły, zimny, kremowy oraz chrupiący. Wierzcie lub nie, ale nie jest to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Szczególnie, że to akurat jest moja słaba strona; w pracy nie przygotowujemy deserów tego typu, w domu też gościom serwuję ciasta, a nam desery zdecydowanie prostsze w konstrukcji. Poza tym kompozycja na talerzu to dla mnie troszkę czarna magia; rzadko (choć chyba nawet to określenie jest sporym nadużyciem) się tak bawię. Najczęściej podaję deser w naczyniu zbiorczym, i każdy nakłada sobie to, na co ma ochotę i w proporcjach, jakie mu odpowiadają, a nie jakie będą dobrze wyglądały.
Plan już mam; po kolei wypróbowuję poszczególne elementy, choć idzie mi trochę jak po grudzie. Głównie dlatego, że ciągle mi czegoś brakuje; ale to akurat moja wina, mogłam wymyślić coś bardziej oczywistego niż połączenie buraków z kozim serem... Bo akurat to nie jest stałym elementem zasobów cukierniczej lodówki. 

Skoro już narobiłam Wam apetytu na lody, wypadałoby podać też jakiś przepis. Mam dla Was lody, które przygotowałam jeszcze chyba w październiku; inspiracją były lodowe batoniki Mars, które są C. i moją wielką słabością. To chyba jedyne lody, jakie kupuję, nie będąc na wakacjach. Po prostu nie potrafię się im oprzeć!
Moje to dość luźna wariacja na ten temat. Jest więc gęste i kremowe nugatowe semifreddo, delikatnie słony, dość ciemny karmel i chrupiące kawałki czekolady. Całość wyszła obłędna! Oczywiście, nie jest to to samo, ale odważę się napisać, że efekt końcowy jest równie udany. Wszystkie smaki doskonale się ze sobą komponują, i wprost nie można oderwać się od miseczki...
Spróbujecie...?

Nugatowe semifreddo z solonym karmelem i czekoladą


Składniki:
(na 1,3 l lodów)
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 jajka
  • 15 g cukru pudru
  • 75 g nugatu
  • 75 g ciemnej czekolady (70%)

karmel:
  • 45 g cukru
  • 15 g masła
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

Najpierw przygotować karmel:
W garnuszku skarmelizować cukier. Gdy stanie się złoto-brązowy, dodać masło, wymieszać. Następnie wlać kremówkę, gotować jeszcze chwilę, aż całość zacznie bulgotać. Zdjąć z palnika, przelać do miski, całkowicie ostudzić.

Czekoladę posiekać.
Nugat lekko podgrzać, aby stał się płynny.
Kremówkę ubić na pół sztywno.
Białka ubić na sztywną pianę.
Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Dodać nugat, zmiksować. W dwóch porcjach dodać bitą śmietanę, delikatnie wymieszać łyżką. Następnie dodać ubite białka, delikatnie połączyć. Na końcu wmieszać czekoladę.

Do pojemnika wylać połowę lodów, polać sosem karmelowym, następnie wyłożyć pozostałą masę lodową, polać pozostałym karmelem.
Zamrozić.

Smacznego!


Najbardziej w tym tygodniu podobało mi się, że mogłam skorzystać z prawdziwych maszyn do lodów. Takie, które kręcą na raz siedem litrów, a lody z nich wychodzą tak kremowe i puszyste, że aż się płakać chce z zazdrości, że w domu takie nie wychodzą (choć mojej sorbetierze nic przecież zarzucić nie można). 
Poza tym odkryłam, że profesjonalne lody przygotowuje się dokładnie tak samo, jak domowe; jedyna różnica to dodatek stabilizatora. Jest to substancja, która zapobiega uciekaniu powietrza z lodów, przez co pozostają puszyste i kremowe przez dłuższy czas. Mądra rzecz, ale w przypadku lodów domowych - nieistotna. Takie smakołyki znikają bowiem dużo szybciej niż te ze sklepowych półek...
Co do zamarzania - okazuje się, że tajemnicą jest nie jakiś wymyślny, niezdrowy składnik, ale... Cukier, i jego odpowiednie proporcje i zamienniki używane zgodnie z przeznaczeniem. Z pewnością wykorzystam nowo nabytą wiedzę przy okazji kręcenia kolejnych lodów; zobaczymy, jak wyjdzie w warunkach domowych.

środa, 11 października 2017

Odcienie fioletu - sernik z czarnym bzem i figami

Jestem uzależniona od pogody.
Nie mogę się przez to ogarnąć; kto by pomyślał, że kilka promyków może wprawić mnie w stan bliski euforii...?

Pogoda jest, jaka jest. Nikt nie ma na nią wpływu, za to ona ma wpływ na nas. Kiedy pada i wieje, jest szaro i ponuro, zaparzam cały seledynowy dzbanek gorącej, aromatycznej herbaty, zawijam się w koce i siedzę na kanapie z książką na kolanach. Mimowolnie wędruję wzrokiem do okien; a tam ciemności i fruwające po ogrodzie, bure liście. W dach bębni deszcz, a ja czuję, że niechęć do świata pęcznieje mi w żołądku.
Wystarczy jednak, że zaświeci słońce, a wstępują we mnie ilości energii, o które bym się nie podejrzewała. Odkurzę, zrobię pranie, wyjdę na długi spacer z psami, z którego wrócę z kieszeniami pełnymi kasztanów i żołędzi. Zrobię ciasto, ugotuję rozgrzewającą zupę-krem, którą zjemy w kuchni w promieniach zachodzącego słońca. Mogę góry przenosić!
Bo zaświeciło słońce...
Też tak macie? Czy ja już zupełnie zwariowałam...?

Dzisiaj mam dla Was kolejny z figowych przepisów. Zupełnie zawróciły mi w tym roku w głowie; po prostu nie mogę się od nich opędzić! Kupuję kolejne pudełeczka, zanim jeszcze wykorzystam zawartość tych czekających cierpliwie w lodówce. Sezon na figi zawsze kończy się za szybko, chcę więc nacieszyć się na zapas.

Tym razem przygotowałam sernik, na który przepis znalazłam na stronie Cakes and coffee. Niedawno przygotowałam parę buteleczek syropu z czarnego bzu, był to więc niemal oczywisty wybór.
Sernik wyszedł boski! Spód jest lekko chrupiący i kleisty; taki inny od zwykłych ciasteczkowych, które zazwyczaj przygotowuję. Masa serowa ma wyraźny smak owoców czarnego bzu; dałam zdecydowanie więcej syropu niż zakłada oryginalny przepis, zupełnie za to pominęłam dodatek cukru. Karmelizowane figi na wierzchu to czysta rozpusta; całość smakuje obłędnie! I wygląda pięknie. Ale mi wszystko, co z figami, podoba się wręcz szalenie...

Sernik z czarnego bzu z karmelizowanymi figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 50 g ciastek digestive
  • 10 g kakao
  • 40 g migdałów
  • 20 g orzechów włoskich
  • 90 g suszonych fig
masa serowa:
dodatkowo:
  • 5 fig
  • 2 łyżki cukru
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
Ciasteczka, kakao, migdały, orzechy włoskie i figi zmiksować w malakserze na grudkowatą, lepką masę. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać do formy masę, ugnieść dłońmi, schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić.
Syrop podgrzać, dodać do niego odciśniętą żelatynę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Mascarpone zmiksować z serkiem kremowym, dodać żelatynę z syropem, połączyć. Dodać ubita kremówkę, selikatnie wymieszać łyżką.
Przelać masę na schłodzony spód, wyrównać. Schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić na połówki lub ćwiartki.
Na patelni skarmelizować cukier, dodać śmietanę, podgrzewać jeszcze chwilę aż do połączenia składników. Na patelnię włożyć figi, smażyć kilka minut - owoce powinny lekko zmięknąć, ale nie mogą się rozpadać.

Ostudzone figi wyłożyć na sernik, polać powstałym sosem.

Smacznego!


Moje myśli powoli wędrują ku Halloween; przecież to już najwyższy czas, żeby wymyślić jakieś straszne słodkości!

środa, 8 marca 2017

Egzamin, urodziny i sernik kasztanowy w polewie lustrzanej

Egzamin na wypiekacza (nie mam pojęcia, jak to przetłumaczyć, żeby nie brzmiało śmiesznie. Chodzi o pierwszy stopień nauki na cukiernika lub piekarza; właśnie po tych egzaminach wybiera się konkretną specjalność, a jeśli po jednej przyjdzie delikwentowi ochota na drugą, zaczyna właśnie od tego punktu) to nie przelewki. Sześć identycznych chlebów razowych na zakwasie bez dodatku mąki pszennej, sześć identycznych chlebów specjalnych na zakwasie lub starterze, dwa razy po dziesięć ciast z dwoma rodzajami musu lub musem i galaretką, udekorowanych polewą lustrzaną lub spryskanych czekoladą, dwa razy po dziesięć suchych ciast, czyli dowolnych wypieków, które poza lodówką mogą stać do pięciu dni, nic nie tracąc ze swojej świetności, oraz przynajmniej pięćset gramowa konstrukcja z ciasta marcepanowego. Chleb żytni przygotowuje się dnia poprzedniego, tak samo starter na chleb jasny. Jego pieczenie i cała reszta w dzień egzaminu, a na to wszystko raptem pięć godzin! Wydaje się dosyć...? Uwierzcie - nie jest! Czas pędzi jak szalony, a ostatnia godzina to czysta panika, trzęsące się ręce i uczucie, że jeszcze tyyyyle brakuje.

Nie było lekko. I oczywiście - nie zdążyłam ze wszystkim. Na szczęście błędy okazały się drobne, a połączenia smakowe, na które się zdecydowałam, z uwagi na ich oryginalność (szczególnie mus cynamonowy z wsadem z jarzębiny), zrobiły wrażenie na cenzorach. Z sali egzaminacyjnej wyszłam nie do końca usatysfakcjonowana, ale za to dużo mądrzejsza. Aż ciężko uwierzyć, ile można się dowiedzieć o sobie i ciastach w ciągu zaledwie pięciu godzin!

Tymczasem dziś w Polsce mamy święto nie tylko wszystkich kobiet (moim kochanym Czytelniczkom składam najlepsze życzenia!), ale też urodziny mojej Mamy. Dlatego pomyślałam, że ciasto, które udało mi się na egzaminie chyba najlepiej, będzie z tej okazji idealne. 

Mamy tutaj spód brownie z dodatkiem mlecznej czekolady dla złagodzenia intensywnego, czekoladowego smaku (z samą ciemną czekoladą nieco przytłaczał pozostałe elementy) oraz delikatny sernik kasztanowy pod pierzynką z musu karmelowego. Przepis na ten ostatni podpatrzyłam u Sosny, ale delikatnie zmieniłam proporcje - oryginalny miał troszkę zbyt ciągnącą konsystencję (rozumiecie, co mam na myśli...? - że pozwolę sobie zacytować ulubione zdanie mojego nauczyciela). Wierzch to karmelowa polewa lustrzana, która sprawia, że deser staje się po prostu wyjątkowy. Drobna dekoracja z karmelu zaś wynosi go na wyżyny - musicie przyznać, że prezentuje się absolutnie wspaniale. Sama jestem zachwycona i smakiem, i wyglądem. 

Z informacji praktycznych: polewy zostanie, ale żeby ładnie oblać wszystkie porcje, potrzebny jest zapas. Można też przygotować ciasto w tortownicy  o średnicy 26-28 cm i polać je całe, a dopiero później kroić na kawałki. Pamiętajcie: ogranicza Was tylko wyobraźnia... (I pory roku; próba zdobycia jarzębiny w marcu to jak szukanie igły w stogu siana...)

Sernik kasztanowy na zimno z musem karmelowym i karmelową polewą lustrzaną


Składniki:
(na formę 30x20 cm)

spód brownie:
  • 2 jajka
  • 70 g cukru
  • 10 g mąki pszennej
  • 90 g ciemnej czekolady (57%)
  • 90 g mlecznej czekolady
  • 80 g masła

sernik kasztanowy:
  • 300 g serka kremowego
  • 150 g słodzonego puree z kasztanów
  • 200 g śmietany kremówki (38%)
  • 4 listki żelatyny

mus karmelowy:
  • 2 żółtka
  • 195 g cukru
  • 30 g masła
  • 4 listki żelatyny
  • 225 g śmietany kremówki (38%)

polewa lustrzana:
  • 220 g cukru
  • 150 g glukozy w płynie
  • 230 g śmietany kremówki (38%)
  • 220 g czekolady karmelowej
  • 4 listki żelatyny

dodatkowo:
  • 100 g płatków orzechów laskowych
  • 150 g cukru

Najpierw przygotować spód:
Jajko ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. W tym czasie rozpuścić masło i posiekaną czekoladę ciemną i mleczną. Do jajek wsypać mąkę, wymieszać. Wlać masło z czekoladą, zmiksować tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 175 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Żelatynę do sernika namoczyć w zimnej wodzie.
Serek i puree zmiksować na gładki krem. 150 g kremówki ubić.
Pozostałą kremówkę zagotować, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Powoli wlwać żelatynę do masy kasztanowej, cały czas miksując. Na końcu dodać ubitą śmietanę, delikatnie połączyć łyżką.

Spód ułożyć w szczelnie zamkniętej formie lub obręczy. Wyłożyć sernik, wyrównać powierzchnię. Zamrozić.

Przygotować mus karmelowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Żółtka i 45 g cukru ubić na puszystą, jasną masę. 
Pozostały cukier skarmelizować. Gdy nabierze dość głębokiego, brązowego koloru, dodać masło, wymieszać. Zdjąć garnuszek z palnika. Dodać żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Na końcu powoli wlewać żółtka, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić, delikatnie wymieszać z musem.

Mus wyłożyć na sernik, zamrozić.

Przygotować polewę lustrzaną:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Cukier, glukozę i kremówkę podgrzać. Gdy cukier całkowicie się rozpuści, zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Gorącym płynem zalać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Ewentualnie zmiksować blenderem uważając, żeby nie napowietrzyć masy.
Ostudzić do temperatury 35 st. C.

Zamrożone ciasto pokroić na 20 równych części. Ułożyć je na kratce z blachą pod spodem, polać polewą. Przełożyć na talerz, boki udekorować uprażonymi na suchej patelni orzechami.

Z pozostałego cukru ugotować karmel. Wlewać go cienkim strumieniem do lodowatozimnej wody, Natychmiast wyjmować na ręcznik kuchenny, delikatnie osuszać. Dekorować karmelem tuż przed podaniem.

Smacznego!


Mojej kochanej Mamusi składam najlepsze życzenia; oby codzienność jawiła Ci się w nieco jaśniejszych barwach, a wszystkie problemy rozwiązały się jak najszybciej (i najlepiej same, choć w takie cuda to już chyba żadna z nas nie wierzy...).

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Poświąteczne pierniczki dla mających czas

Witajcie! 
Czy Wam ten świąteczny czas też tak szybko minął? Przygotowania w tym roku zaczęłam wyjątkowo wcześnie, bo już na początku listopada, a i tak nie zdążyłam ze wszystkim. Wigilia przyszła zdecydowanie zbyt wcześnie, żeby minąć niemal niepostrzeżenie. Niemniej, spędziłam te chwile bardzo przyjemnie.
W tym roku po raz pierwszy to my byliśmy gospodarzami w tym magicznym dniu. Wiąże się to z niemałym stresem: czy aby na pewno sprostamy wysoko ustawionej poprzeczce? Na szczęście, jedzenia nie zabrakło, a wszystko udało się wyśmienicie. Podczas tradycyjnych duńskich tańców wokół choinki drzewko się nie przewróciło, a migdał został znaleziony w wielkiej misce puddingu. Jednym słowem, wszystko poszło gładko, a goście byli zadowoleni, co udowodnili opuszczając nas o trzeciej nad ranem. 

Gdy w po wigilijną niedzielę wygrzebałam się w końcu spod kołdry, z lekkim smutkiem spojrzałam na choinkę. Niedługo trzeba ją będzie rozebrać. A taka jest przecież śliczna! 
Póki co - ciągle stoi. Nie mam serca zabrać się za ściąganie dekoracji. Wmawiam sobie i C., że tradycja nakazuje trzymać drzewko przynajmniej do szóstego stycznia. Niech i tak się stanie...

Okazało się też, że w minionym roku byłam wyjątkowo grzeczna. Mikołaj bowiem wręcz obsypał mnie prezentami! Poczynając od koszyka do wyrastania chleba i trzepaczki z termometrem, o której marzyłam, odkąd pierwszy raz ją zobaczyłam, poprzez książki kucharskie Clausa Meyera, który zyskuje coraz większą popularność nawet w Polsce, aż po ciepłe swetry, biżuterię i perfumy Diora, w których od razu się zakochałam. Mikołajowi dziękuję i obiecuję, że w nadchodzącym roku również nie dam mu powodów do zmarszczenia czoła. 

Tymczasem, ciągle jeszcze otulona zapachem korzennych przypraw, mam dla Was jeszcze jeden przepis na pierniczki. Znalazłam go na blogu Z cukrem pudrem, a skusił mnie obietnicą karmelowego posmaku. Musze przyznać, że pierniczki wyszły pyszne - pulchne, mięciutkie, choć nieco zbyt mało korzenne w smaku, jak na mój gust. Jednak proces ich przygotowania wydaje mi się zdecydowanie zbyt skomplikowany. Zazwyczaj bowiem rozpuszczam tylko masło z miodem lub melasą, dodaję do reszty składników, mieszam - i gotowe. Tu trzeba wszystko osobno ubijać, dodawać w odpowiedniej kolejności i uważać, żeby żadnego składnika nie pominąć. Moim zdaniem trochę za dużo zachodu... Niemniej, jeśli ktoś ma ochotę poświęcić im nieco więcej czasu, wprawiając się w świąteczny nastrój, warto po przepis sięgnąć.

Jeszcze jedna uwaga: autorce przepisu wyszło pierniczków ponad dwieście, mi - raptem osiemdziesiąt. Nie wiem, czym jest spowodowana ta różnica, bo foremek użyłam standardowych, niezbyt dużych. Miejcie jednak na uwadze, że ilość ciastek jest w tym przypadku bardzo orientacyjna.

Pulchne pierniczki z karmelem


Składniki:
(na 80 sztuk)
  • 800 g mąki pszennej
  • 3 jajka
  • 110 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 180 g miodu
  • 125 g masła
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 200 g kwaśnej śmietany
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 25 g przyprawy do piernika
karmel:
  • 45 g cukru
  • 2 łyżki wody
Miód z masłem rozpuścić, dodać przyprawę do piernika, wymieszać.
Cukier i wodę doprowadzić do wrzenia, a następnie skarmelizować. Gdy nabierze głębokiego, złoto-brązowego koloru, szybko przelać do miodu z masłem i dokładnie wymieszać. Masę przestudzić, co jakiś czas mieszając.

Mąkę przesiać z sodą i proszkiem, wymieszać z solą.
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę.
Białka ubić na sztywno.

Do mąki dodać miód z karmelem oraz ubite żółtka, na końcu dodać pianę z białek. Zagnieść gładkie ciasto. 
uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce od 12 do 48 godzin.

Ciasto wyjąć z lodówki 2-3 godziny przed wałkowaniem.
Ciasto wałkować na grubość 6 mm podsypując mąką, wycinać dowolne kształty. Układać pierniczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy (ciasteczka urosną).

Piec w 180 st. C. 10 minut.
Ostudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!

A Wam jak minęły Święta?

środa, 23 listopada 2016

Brændte mandler, czyli duńskie smakołyki świąteczne

Odkąd mieszkam w Danii, miewam od czasu do czasu napady tęsknoty za Polską. Za Mamą i Tatą, za językiem, który rozumiem mimochodem, zupełnie się nad nim nie zastanawiając, i oczywiście za jedzeniem. Brakuje mi kiszonych ogórków i kapusty, twarogu, pierogów i gołąbków. Szczególnie jednak braki odczuwam w okresie przedświątecznym, bo wiem, że nie zjem karpia (no dobra, akurat karp nigdy nie był moim ulubieńcem; ale, o dziwo, skoro go mieć nie mogę, to właśnie na niego mam chrapkę), słonych śledzi czy uszek, że nie popiję tego wszystkiego barszczem i nie zagryzę drożdżowym makowcem mojej Babci. 
Oczywiście, co roku stawiam sobie nowe wyzwania: lepię pierogi, robię piernik staropolski (to już ostatni moment, żeby nastawić ciasto!) i gotuję zupy z buraków. Na szczęście Duńczycy nie są zupełnie bez serca, i przyszli mi z pomocą. Już pierwszego roku w grudniu odkryłam rzecz, która nie ma sobie równych. Jeśli nie przekonują Was wysokie zarobki, trzydziesto-siedmio godzinny tydzień pracy i fakt, że Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie, jest jeszcze inny powód, dla którego warto się tu przeprowadzić; albo chociaż spędzić czas od listopada aż do Wigilii. Jaki? 
Brændte mandler, czyli palone migdały. Cóż to takiego? Absolutna rozkosz na języku. Migdały obsmażone w karmelu.
Tak, tak, wiem; nie brzmi to zbyt imponująco. Tak właściwie to tylko trzy składniki: migdały, cukier i woda, i, jak się wczoraj okazało, zaledwie dziesięć minut roboty. Ale uwierzcie; czasem najprostsze znaczy najlepsze. Tak właśnie jest w tym wypadku.

Już od początku listopada na deptakach przechodniów kusi głęboki zapach karmelu. Pakowane w papierowe rożki migdały, ciągle jeszcze ciepłe, rozgrzewają nie tylko zmarznięte dłonie, ale też przytłoczone listopadową szarugą dusze. Słodkie, chrupiące; idealne.
Co roku wydaję na nie mały majątek, bo po prostu nie umiem się im oprzeć. Tym razem jednak stwierdziłam, że to przecież nie może być aż tak trudne, i zaczęłam szukać przepisu w internecie. Jest ich całe mnóstwo, różnią się nieznacząco proporcjami. Wybrałam ten ze strony Dan Sukker, bo wydawało mi się, że przez stosunkowo niewielki dodatek wody szybciej będą gotowe.

Przygotowanie zajęło mi dosłownie dziesięć minut; są to jednak minuty intensywne, bo na karmel cały czas trzeba mieć oko. Łatwo się przypala, a migdały dosłownie spalone wcale takie dobre nie są.
Oczywiście, wariacji jest mnóstwo: z kakao, cynamonem, pomarańczą... Ja zaczęłam od najprostszej, klasycznej wersji, jaką można kupić na ulicach. Moim zdaniem - jest po prostu najlepsza.

Skusicie się na taką świąteczną przekąskę? Gwarantuję, że zaskoczycie swoich gości.

Palone migdały


Składniki:
(na 1 słoik)

  • 250 g migdałów w skórkach
  • 250 g cukru
  • 75 ml wody
Cukier, wodę i migdały przełożyć na patelnię. Podgrzewać na największej mocy palnika, od czasu do czasu mieszając. Gdy cukier nabierze złoto-brązowej barwy, zmniejszyć płomień i podgrzewać nadal, cały czas mieszając, aż cukier oblepi migdały. 
Przełożyć migdały na papier do pieczenia. Gdy ostygną, rozdzielić.

Smacznego!

Przepis oczywiście dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 26 września 2016

Dzień pełen przygód i otwarcie sezonu dyniowego. Dynia kandyzowana

Plany planami, a życie - swoje. Tak to już jakoś jest. Rzeczy, które przyjmujemy za pewnik, nagle się zmieniają, stawiając nas w nieoczekiwanych sytuacjach. Na przykład na poboczu ruchliwej drogi (ale nie w weekendy), po środku niczego. 

Zaczęło się od tego, że autko zaczęło mi się jakby krztusić, wypuszczając z rury wydechowej chmury gęstego, szarawego dymu, przy okazji tracąc moc. Czyli ja pedał gazu do podłogi, a ono więcej niż osiemdziesiąt kilometrów na godzinę jechać i tak nie chciało. Jakoś dotoczyłam się w piątek do domu, a w sobotę rano do pracy (po drodze zatrzymana przez panów policjantów, którym wyłożyłam sprawę bardzo szczegółowo moim łamanym duńskim; puścili mnie bez mandatu, surowo nakazując oddać auto do mechanika). Przez cały długi dzień, czyli dwanaście godzin pracy, modliłam się w duchu, żeby jakoś dowiozło mnie do domu. Gdy zapaliło bez problemów, w radosnym nastroju ruszyłam żwawo do domu. Nie ujechałam jednak daleko - po kilku kilometrach samochód zastrajkował; i to na dobre. Zniechęcona, zmęczona i z coraz gorszym nastawieniem do świata, zadzwoniłam do C., żądając pomocy. Najlepiej natychmiastowej. Oddzwonił po kilku minutach informując, że pomoc drogowa zjawi się... Za godzinę. 

Najpierw miałam ochotę kogoś udusić, ewentualnie zacząć rzucać czymś ciężkim w niewdzięczne auto, które ostatnio wypucowałam na wysoki połysk, tracąc na to pół dnia z i tak niedługiego urlopu. Później wzięłam trzy (no dobrze, może siedem) głębokie wdechy i powiedziałam sobie, że czas zaakceptować to, czego zmienić nie mogę. Wysiadłam więc z samochodu, usadowiłam się na barierce, wystawiłam twarz do słońca i oddałam się kontemplacji. Wyrwał mnie z niej już po dwudziestu minutach młody, uśmiechnięty od ucha do ucha człowiek, który stwierdziwszy, że naprawdę fantastyczne miejsce sobie na postój wybrałam (jakbym sama nie wiedziała), załadował auto na lawetę, mnie do swojego pojazdu, i ruszyliśmy w drogę. Okazało się jednak, że po drodze do domu czeka mnie przesiadka; przeładowano mój samochodzik razem ze mną, i tym razem zostałam odstawiona niemal pod drzwi. Po drodze od obu panów dowiedziałam się co nieco o ich pracy, zgodziliśmy się w kwestii starych samochodów (są cudowne, dopóki nie zaczną się psuć), rozdałam całe pieczywo, które miało umilić C. nadchodzący tydzień i już o godzinie siedemnastej trzydzieści byłam w domu. 
Tak zaczęłam mój weekend. O tym, jak go skończyłam, opowiem innym razem, bo to też długa historia...

Tymczasem jesień powoli się rozgaszcza. W ciągu dnia nadal raczy nas cudowną pogodą, która kusi do wyciągania z szafy ciągle jeszcze letnich sukienek (co robię bez zastanowienia, bo kto wie, kiedy to się skończy), wieczory jednak są coraz dłuższe i coraz chłodniejsze. Nic to! Swetry też przecież są super!
Najwyższy jednak czas zabrać się za jesienne smakołyki. Dynia to jedno z moich ukochanych warzyw; co roku rozprawiam się w kuchni z kilkoma egzemplarzami, kilka kolejnych C. przeistacza w halloweenowe lampiony. 

Ten sezon zaczniemy od dyni kandyzowanej. Tak naprawdę przygotowałam ją w zeszłym roku z myślą o pewnym cieście, ale... Została zjedzona jako nadzienie do naleśników. Jest boska!
Przepis znalazłam na blogu Every cake you bake, i wzięłam go w ciemno. Nie zawiodłam się! Banalnie prosta w przygotowaniu, wychodzi karmelowo-słodka i mięciutka. W dodatku wygląda naprawdę ślicznie! W tym roku mam zamiar przepis powtórzyć; prawdopodobnie w większej ilości, żeby jednak starczyło do ciasta...

Kandyzowana dynia


Składniki:
(na 2 małe słoiczki)
  • 350 g dyni (waga bez skóry i pestek)
  • 110 g cukru
  • 1 łyżka masła

Dynię pokroić w małą kosteczkę.
W garnku podgrzewać cukier, aż nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Dodać masło i dynię, gotować 3-5 minut, aż stanie się szklista. Gorącą przełożyć do słoiczków, zalać syropem, dobrze zamknąć.

Smacznego!

Tymczasem znów jestem w internacie, daleko od mojej kuchni... W głowie więc układam listy zakupów i wypieków na kolejny weekend. Oby udało mi się przygotować choć połowę!

czwartek, 22 września 2016

Jesienny sernik z figami

Pierwszy dzień jesieni. W tym roku kalendarzowa wyjątkowo zgrała się z tą rzeczywistą, którą niepewnie obserwuję przez szyby zasnute cienkimi nitkami pajęczyn. Kaledarz nie kłamie; od dzisiaj nie możemy obrażać się na mgły, deszcze, chłodne poranki i wieczory. Pogodziłam się z tym w tym roku wyjątkowo bezboleśnie; wrzesień rozpieszczał nas słońcem i letnią pogodą; cudownie było ciągle móc nosić sandały i letnie sukienki. Jednocześnie zdążyłam się już stęsknić za ciepłymi swetrami i puchatymi skarpetkami w paski i gwiazdki; zakładam je z prawdziwą przyjemnością, wtulam się w ich kojące ciepło i miękkość. 

Atrybutów jesieni jest wiele - liście zmieniające barwy, a później ścielące się pod nogami kolorowym, szeleszczącym dywanem; coraz krótsze dni i długie wieczory zachęcajce do umoszczenia się w wygodnym fotelu pod ulubionym kocem, a także gruntowne zmiany na straganach. Ostatnie późne odmiany malin, jeżyny i morele ustępują miejsca dyniom, gruszkom, jabłkom, śliwkom i, oczywiście, figom. Te ostatnie, ciągle jeszcze dość drogie, stają się coraz bardziej popularne w naszym kraju. Dla mnie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia; początkowo figi wydały mi się mdłe, irytujące z tą niezliczoną ilością drobniutkich pesteczek uporczywie wchodzących między zęby, choć jednocześnie zachwycające niecodziennym kształtem i pięknym, intensywnym kolorem. Chyba właśnie dlatego nie poddałam się, ale dałam im jeszcze jedną szansę. Skarmelizowane na patelni z lodami waniliowymi podbiły moje serce. Dzisiaj nie wyobrażam sobie jesieni bez fig; czekam na nie niemal tak samo tęsknie jak na dynie. W tym roku puściłam wodze fantazji, i nie bacząc na zawartość portfela, namiętnie kupowałam te fioletowe kule. Był jeden dżem, potem drugi; jeden sernik, i następny. A także ucierane ciasto i obłędnie pyszna tarta. Od czego mam więc zacząć...?

Od sernika, oczywiście. 

Ten jest rezultatem mojej radosnej twórczości; chciałam w nim połączyć smaki bliskowschodnie tak, żeby znalazły uznanie także w europejskich podniebieniach. Jest więc kardamon i konfitura z róży, które z figami komponują się wybornie.
Sernik wyszedł niesamowicie kremowy i delikatny, po prostu rozpływa się na języku. Pięknie pachnie i delikatnie smakuje kardamonem. Do tego kwiatowa nuta, i oczywiście figi w karmelu. Jest uroczy i obłędnie pyszny. 
Spróbujecie...?

Sernik kardamonowy z różą i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 500 g serka kremowego
  • 250 g serka mascarpone
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 4 jajka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 100 g konfitury różanej

wierzch:
  • 400 g świeżych fig
  • 50 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)

Ciastka dokładnie pokruszyć. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciastka, dokładnie ugnieść. Schłodzić w lodówce 15 minut.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, cukier, kardamon, jajka i śmietanę zmiksować tylko do połączenia składników.
Na podpieczonym spodzie rozsmarować konfiturę, na wierzch wyło¿yć masę serową.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut. 
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec około 1 godziny, aż wierzch sernika będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku.

Figi pokroić w plastry grubości 4 mm. 
Na patelni skarmelizować cukier. Na karmelu ułożyć figi, zalać wodą. Podgrzewać z każdej strony przez około 1/2 minuty - owoce mają być miękkie, ale nie mogą się rozpadać. Ułożyć figi na serniku.
Do gorącego sosu dodać kremówkę, wymieszać, podgrzewać jeszcze chwilę. Sos przelać do garnuszka, polewać nim kawałki ciasta na talerzykach.

Smacznego!

Ostatnio w ogóle stawiam na serniki (nie tylko z figami). Uwielbiam je jeść, a jeszcze bardziej piec - możliwości wariacji smakowych przyprawiają o zawrót glowy! A wychodzą... Zawsze. Nie wierzcie tym, którzy przekonują Was, że serniki piecze się trudno. Owszem, wymagają naszej uwagi i wyczucia odpowiedniego momentu na wyjęcie z piekarnika; i choć pieką się długo, to pracy właściwej przy nich niewiele. 
Upieczcie sobie sernik, koniecznie!

piątek, 26 lutego 2016

Czyste szaleństwo, czyli jedenaste urodziny

Gdy pisałam w środę, świeciło słonko, niebo było błękitne i tylko niespokojnie poruszające się na wietrze nagie gałęzie drzew przypominały, że to nadal zima. Godzinę później zrobiło się ciemno; niebo zasnuły ołowianoszare chmury, z których posypały się drobne płatki. Usiadłam w głębokim fotelu przy oknie, i z zapartym tchem obserwowałam ten spektakl. Gdy pojedyncze śnieżynki lądują na szybie, zawsze myślę o tym, że każda z nich jest unikatowa; jedna jedyna. 
A tak szybko topnieją...

Urodziny nie moje, jakby się ktoś zastanawiał. Nie bloga, bo ten maluszek dopiero co skończył pięć lat. Jedenastolecie istnienia obchodzi właśnie dzisiaj piekarnia, w której pracuję. Dla nas oznacza to mnóstwo pracy i całą górę nadgodzin; dla klientów - darmowe ciacha i chleby. W centrum zainteresowania znajdzie się tort z wiewiórkami, który ma, tak na moje oko, półtora na cztery metry. I wysoki też jest całkiem. Jednym słowem: robi wrażenie. 
I choć zmęczona jestem okrutnie (a weekend ciągle przede mną), to jednocześnie świetnie się bawię (choć rozwałkowanie półtora tysiąca marcepanowych pasków było nieco nużące...). 
Cieszę się, że właśnie tutaj trafiłam.

Z zakamarków na laptopkowym dysku wyciągnęłam na światło dziennie takie oto ciasto. Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 4/2015; od razu zaintrygował mnie karmel z chilli. I do tego gruszki...? Tego jeszcze nie jadłam! 
Przygotowanie nie jest trudne, choć trzeba uważać przy karmelu, żeby się nie poparzyć. Samo ciasto to klasyczny ucieraniec o intensywnie czekoladowym smaku. Wspaniale komponuje się z miękkimi, soczystymi gruszkami i pikantnym karmelem. O ostrości decydujecie sami: można dodać papryczkę z lub bez pestek, można też ją wyjąć wcześniej. U nas było w wersji na ostro - lubimy, gdy szczypie w język.

Odwrócone ciasto z gruszkami i karmelem


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 2 jajka
  • 90 g cukru
  • 50 g ciemnej czekolady (70%)
  • 75 g masła
  • 90 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

gruszki w karmelu:
  • 1 kg gruszek
  • 1 papryczka chilli
  • 150 g cukru
  • 60 g masła
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)

Gruszki obrać, wykroić gniazda nasienne, pokroić w plasterki.
Papryczkę przekroić na pół, usunąć pestki. Cukier wsypać do garnka, dodać papryczkę. Gdy nabierze złoto-brązowego koloru, dodać masło, wymieszać, aż masło się roztopi i powstanie gładki karmel. Dodać gruszki, gotować 1-2 minuty. Wyjąć papryczkę. 

Owoce wyłożyć na dno formy wyłożonej papierem do pieczenia. Odlać 250 ml sosu, resztę wylać na gruszki. Odstawić.

Czekoladę posiekać, umieścić w garnuszku z masłem, rozpuścić. Przestudzić.
Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać czekoladę, cały czas miksując. Dodać przesianą mąkę z proszkiem, wymieszać.

Masę czekoladową wylać na gruszki.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.

W tym czasie przygotować sos karmelowy. 
Pozostały sos przelać z powrotem do garnuszka, zagotować. Dodać kremówkę; podgrzewać, aż sos odpowiednio zgęstnieje.

Upieczone ciasto pozostawić do wystygnięcia w formie na 15 minut. Po tym czasie wyłożyć na talerz, do góry spodem.

Podawać z ciepłym lub ostudzonym sosem karmelowym.

Smacznego!

Tak, ostatnio wielkim uczuciem darzę ciasta odwracane. Choć niby nie są takie ładne, jak zwykłe, dla mnie mają swój niepowtarzalny urok. Nie umiem się im oprzeć, i już!

środa, 20 maja 2015

Lody z solonym karmelem

Ja wiem, że pogoda nie zachęca do jedzenia lodów. Wręcz przeciwnie - u nas jest duże zapotrzebowanie na litry gorącej herbaty, a przez głowę przemknęła mi myśl, żeby upiec pachnącą cynamonem szarlotkę... Zimny, wietrzny, deszczowy - taki właśnie jest duński maj. Nie ma co marzyć o spacerze w lesie, bo nawet, gdy troszkę się wypogadza, droga to i tak jedno wielkie błocko. Zaczynam się bać, że czerwcowe truskawki będą w cenach co najmniej zawrotnych, a ja mam przecież tyle planów z nimi związanych. 
Nic to. Pogody przecież nie zmienię, zacznę więc cieszyć się długimi popołudniami pod kocem, bo przynajmniej mogę czytać bez wyrzutów sumienia, że powinnam czas spędzać na świeżym powietrzu (niech żyje optymizm! Tudzież każda wymówka na zatopienie się w lekturze jest dobra...). 

Niemniej, chciałabym Wam zaproponować lody. Obłędne! U nas zrobiły furorę - podałam je na urodzinach C., i to właśnie tych najwięcej zjedzono (a było pięć smaków do wyboru). Kilkukrotnie jadłam takie w lodziarniach, w końcu postanowiłam przygotować je w domu. Przepis od Doroty, nic w nim nie zmieniałam, bo jest idealny. Głęboki, lekko dymny smak karmelu podbity solą morską - ideał. Dla obawiających się tego połączenia - lody nie są słone, sól kontrastuje tylko, a jednocześnie uwypukla słodki smak. Dzięki niej lody zdobywają serca wszystkich - tradycjonalistów i tych żądnych nowych wrażeń. Nikt się im nie oprze, a wielu poprosi o dokładkę. Jeśli zaserwujecie je na deser nawet po sutym obiedzie, gwarantuję, że nikt nie zostawi resztek na talerzu. Czysta rozkosz! 
Nie wierzycie...?
Sprawdźcie koniecznie.

Lody karmelowe z solą morską

Składniki:
(na 1 l lodów)
  • 200 g cukru
  • 500 ml mleka
  • 1/2 łyżeczki soli morskiej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 5 żółtek

Cukier wsypać do garnka o grubym dnie i podgrzewać, aż nabierze ciemnozłotej barwy (kolor powinien być głęboki, ale należy uważać, żeby karmel się nie przypalił), mieszając od czasu do czasu. Wlać mleko, podgrzewać, aż karmel się rozpuści. 
Żółtka ubić na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać karmelowe mleko, cały czas mieszając. Przelać masę z powrotem do garnuszka, podgrzewać, cały czas mieszając, aż nieco sgętsnieje (nie gotować!). Posolić, ostudzić. 

Ostudzononą masę karmelową wymieszać z kremówką, schłodzić.
Przelać do maszyny do lodów, a gdy ta skończy pracę, do pojemnika na lody. Zamrozić.

Smacznego!

Ogólnie rzecz biorąc, mimo niesprzyjającej aury, nie mogę się powstrzymać przed kręceniem coraz to nowych lodów. Jest tyle możliwości, które kuszą mnie ogromnie. Najchętniej robiłabym co dzień inne, ale moja talia... No cóż, nie miałabym z nią więcej problemów, bo zaginęłaby bez wieści...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

O zielonych pomarańczach i cieście z ich udziałem

Pomarańcze. Dla osób urodzonych w latach osiemdziesiątych lub wcześniej to niemal symbol Bożego Narodzenia. Były dostępne w sklepach tylko w tym okresie, często znajdowały się w paczkach od Świętego Mikołaja, razem z mandarynkami zresztą. Pamiętam, jak męczyłam Mamę o obieranie coraz to nowych sztuk, bo pochłaniałam je szybciej, niż ona dawała radę pozbawiać je skórki. Intensywnie pomarańczowe, pachniały nieziemsko, a sok ściekał po palcach. Prawdziwy rarytas.

Dzisiaj pomarańcze można kupić przez cały rok, choć z pewnością to właśnie te zimowe mają w sobie najwięcej smaku i aromatu. Mi już zawsze będą się kojarzyły ze Świętami; nie wyobrażam sobie tego okresu bez chociażby jednego z nimi ciasta. W tym roku w grudniu jakoś nam było nie po drodze (za to szaleńczo zajadałam się mandarynkami, których nie potrafię sobie odmówić); tym bardziej więc ucieszyłam się, gdy na styczniowe wspólne gotowanie zaproponowano właśnie deser lub ciasto z pomarańczami. Miałam nadzieję, że uda mi się dostać czerwone, które są naprawdę zupełnie wyjątkowe i które szczerze uwielbiam, jednak na bazarze nie mogłam ich znaleźć. Kupiłam więc zielone, których nigdy wcześniej nie próbowałam, a które poważnie mnie zaintrygowały.
Pierwszy raz się z takim cudem spotkałam. Nie mogłam się oprzeć, i kupiłam trzy sztuki. Dwie wylądowały w cieście, ostatnią zjedliśmy ot tak, żeby sprawdzić, jak smakuje. Moim zdaniem miała w sobie coś z grejpfruta, była jakby lekko gorzkawa... Ale to tylko delikatnie wyczuwalna nuta w tle, generalnie smakowała... No cóż, pomarańczowo.

Przepis na ciasto znalazłam u Oli, i nie potrafiłam się mu oprzeć. Karmel, na to cieniutkie plasterki pomarańczy, które podczas pieczenia cudownie się karmelizują. Jeśli nie lubicie kandyzowanej skórki pomarańczy, tej lekkiej goryczki, lepiej owoce obierzcie przed ułożeniem w tortownicy. Mi ten smak odpowiada, C. jednak zostawiał plasterki pomarańczy na talerzu.
Co ciekawe, podczas pieczenia skórka zmieniła kolor z zielonego na pomarańczowawo-żółty. Winna jest temu wysoka temperatura, która zabija chlorofil i pozwala na uwydatnienie się ukrytego w głębszych warstwach koloru.

Zamiast wanilii jako smaku uzupełniającego użyłam tonki, i muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry pomysł. Jej delikatny, subtelny smak świetnie się zgrał z pomarańczami. Oczywiście, jeśli tonki nie macie, wanilia sprawdzi się znakomicie. 
Całość wyszła lekka, dość słodka, wilgotna. Taka jeszcze trochę, moim zdaniem, świąteczna. Spróbujecie...?

Ciasta i desery z pomarańczą przygotowały również Justinka, Mirabelka i Mopsik. Koniecznie sprawdźcie, co za pyszności goszczą dzisiaj na ich stołach.

Odwracane ciasto z zielonymi pomarańczami i tonką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

karmel:
  • 45 g masła
  • 160 g cukru
  • 1 łyżka glukozy w płynie
dodatkowo:
  • 1 zielona pomarańcza
ciasto:
  • 190 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki mielonej tonki
  • skórka otarta z 1 zielonej pomarańczy
  • 3 jajka
  • 100 g cukru
  • 125 ml soku z zielonych pomarańczy
  • 125 ml oleju
Masło, cukier i glukozę umieścić w garnuszku. Podgrzewać, aż cukier zacznie się karmelizować, a wszystkie składniki połączą się w jednolitą masę. Przelać karmel do formy, której dno wyłożone jest papierem do pieczenia. Formę dodatkowo można zabezpieczyć folią aluminiową, żeby podczas pieczenia karmel nie wypłynął.
Pomarańczę pokroić w cienkie plastry, ułożyć na karmelu, odstawić.

Mąkę przesieać, wymieszać z proszkiem, tonką i skórką z pomarańczy. 
Biała ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Następnie po jednym wbić żółtka, miksując dokładnie po każdym dodaniu. Następnie na zmianę dodawać suche składniki i olej wymieszany z sokiem, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto przełożyć na pomarańcze, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.

Ciasto wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie 10 minut. Następnie wyłożyć na paterę lub talerz, odwracając je do góry spodem.
Zostawić do ostudzenia.

Smacznego!

Ciasto można przygotować ze zwykłymi, pomarańczowymi pomarańczami, jak również z ich czerwoną odmianą. Wszystko zależy od tego, jakie akurat uda Wam się znaleźć.

sobota, 27 września 2014

Mój tort urodzinowy. I tortowa refleksja

Jak sobota, to i tort...
Jakoś tak torty kojarzą mi się (jak pewnie również większości z Was) z ważnymi uroczystościami. Urodziny, imieniny, przyjęcia, okrągłe rocznice, wesela, chrzciny i mnóstwo innych. Tort to ciasto wyjątkowe, luksusowe, niecodzienne. Z dzieciństwa pamiętam przytłaczające słodyczą torty, z ciężkim kremem maślanym, gdzie po zjedzeniu niewielkiego kawałka człowiek nie miał siły nawet na dopicie kawy (dzieci, w tym ja - łasuch nad łasuchami - zawsze zadowalały się małym kawałkiem, który nie mógł zaburzyć mnóstwa energii, której poziom gwałtownie wzrastał wraz z pojawieniem się na stole najlepszej zastawy).
Gdy byłam trochę starsza, Mama zaczęła zamawiać dla nas torty u Sowy - jest to bez dwóch zdań najlepsza bydgoska cukiernia. A może była...? Nie wiem, bo tortu od Sowy nie jadłam już chyba z sześć lat...
W każdym razie - te torty, choć nadal piekielnie słodkie, były pyszne. Szwarcwaldzki, czy mój ukochany królewski, pojawiały się na naszym stole najczęściej. Wszyscy za nimi szaleliśmy, i choć wypełniały szybko, nie potrafiłam sobie odmówić. A może nie chciałam...?

Dużo, dużo później zabrałam się za upieczenie pierwszego tortu. Było to nie lada wyzwanie, duszę miałam na ramieniu, a serce w gardle. W sumie niepotrzebnie - ciasto wyszło jak malowanie. I - jakież było moje zaskoczenie - nie było przesadnie słodkie, za to mocno cytrynowe, i zaskakująco lekkie. Delikatny biszkopt, przełożony kremem cytrynowym na bazie mascarpone - i gotowe. Bez żadnych cudów. Nie wyglądał jak z cukierni, za to smakował wszystkim gościom, a mnie duma rozpierała.
Od tego czasu zrobiłam sporo różnych tortów, brzydszych i ładniejszych, mniej czy bardziej tradycyjnych - ale wszystkie były pyszne. Słodkie, kremowe, rozpływające się w ustach... Zdecydowanie na wyjątkowe okazje - bo mnóstwo w nich kalorii, bo zajmują nieco więcej czasu.
I choć staram się walczyć z sobą samą, i czasem przygotowuję torty bez okazji, to jednak najczęściej są zarezerwowane na wyjątkowe uroczystości. Obiecuję sobie, że będę piekła je częściej, żeby próbować nowych kombinacji, żeby opanować sztukę dekoracji - i nic z tego nie wychodzi... Cóż, już widocznie taka tortów natura.

Ten upiekłam na urodziny, musiał przejechać ze mną sto pięćdziesiąt kilometrów. Dlatego nie ma obłożonych boków - bałam się, że w takiej formie nie przetrwa podróży. I choć zdecydowanie nie jest to najpiękniejszy przykład, to wyszedł tak pyszny, że muszę się z Wami podzielić przepisem.

Biszkopt jest na mące orkiszowej, z małym dodatkiem orzechów - nie chciałam, żeby ich smak był przytłaczający, chciałam osiągnąć efekt delikatnej nuty smakowej, co mi się zdecydowanie udało. Do tego gruszki gotowane w białym winie, które nadało im bardzo wykwintnego smaku. Krem na bazie domowego karmelu, na który przepis znalazłam u Zuzi. U mnie był raczej ciemny, bo chciałam osiągnąć tę subtelną, dymną nutę - taki karmel tuż na granicy... Wyszło idealnie! Całość słodka, ale nie przesłodzona, z cudownie soczystymi gruszkami i delikatnym, lekkim kremem...
Wyszło pysznie, tort zebrał sporo komplementów, i tak ja napisałam wyżej - choć nie był piękny, zdecydowanie nadrabiał smakiem.

Tort orzechowo-karmelowy z gruszkami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 8 jajek
  • 300 g cukru
  • 55 g mąki ziemniaczanej
  • 100 g mąki orkiszowej
  • 100 g zmielonych orzechów laskowych

gruszki w syropie:
  • 13 gruszek
  • 200 g cukru
  • 600 ml białego wina
  • 90 g miodu

nasączenie:
  • 100 ml syropu z gotowania gruszek
  • sok z 1 cytryny

krem karmelowy:
  • 950 ml śmietany kremówki (38%)
  • 155 g cukru
  • 1 łyżka wody
  • 1 łyżka masła
  • 400 g serka kremowego
  • 3 listki żelatyny

na wierzch:
  • 150 ml śmietany kremówki
  • 15 g płatków z orzechów laskowych

Najpierw przygotować biszkopt:
Białka oddzielić od żółtek. Mąki przesiać, wymieszać z orzechami.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę z orzechami, delikatnie mieszając.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać masę, wyrównać wierzch.

Piec w 170 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w zamkniętym piekarniku.

Gruszki obrać, przekroić na pół, wyciąć gniazda nasienne.
Wino zagotować z cukrem i miodem, aż wszystko się rozpuści i połączy. Zmniejszyć płomień, dodać gruszki. Dusić pod przykryciem na niewielkim ogniu przez 25-30 minut, aż gruszki będą miękkie, ale nie będą się rozpadać.
Wyjąć gruszki z syropu, ostudzić.

Przygotować krem karmelowy:
250 ml kremówki i 110 g cukru umieścić w szerokim rondlu, dobrze wymieszać. Gotować na średniej mocy palnika przez około 20 minut, aż masa będzie nabierze intensywnie żółtego koloru.
W drugim garnuszku umieścić resztę cukru, zalać wodą. Zagotować i podgrzewać na dość mocnym ogniu, aż karmel nabierze głębokiego złoto-brązowego koloru. Dolać do niego masę śmietanową, dobrze wymieszać. Dodać masło, wymieszać, gotować jeszcze 1-2 minuty, aż wszystko się dobrze połączy.
Przelać do miski, ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie rozpuścić na parze i ostudzić.
Serek lekko ubić, zmiksować z kremem karmelowym. Dodać ostudzoną żelatynę, połączyć. Wstawić na 15 minut do lodówki.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do tężejącej masy karmelowej, delikatnie mieszając.
Wstawić do lodówki do czasu użycia.

Na nasączenie wymieszać syrop z sokiem z cytryny.

Biszkopt przekroić na trzy części w poziomie.
Na paterze ułożyć pierwszy blat ciasta, otoczyć obręczą tortownicy, nasączyć. Rozsmarować cienką warstwę kremu karmelowego, na tym ułożyć połówki gruszek. Przykryć kremem, następnie ułożyć drugi blat biszkoptu, nasączyć, wyłożyć nieco kremu, gruszki (jedną zachować do dekoracji), przykryć pozostałym kremem. Na wierzchu ułożyć ostatni blat ciasta, skropić pozostałym ponczem. Wstawić do lodówki do stężenia.

Ciasto wyjąć z lodówki, zdjąć obręcz tortownicy.
Ubić pozostałą kremówkę, rozsmarować na wierzchu i ewentualnie bokach. Udekorować ostatnią gruszką i płatkami orzechowymi.

Smacznego!

Przepis jest dość długi, całość dość czasochłonna, ale nie trudna. Efekt zdecydowanie wart jest każdej poświęconej mu minuty...

Ja robiłam go bez laktozy - i wszystko udało się bez problemu, nawet karmel, choć bardzo się tym denerwowałam. A jak już wszystko miałam zaplanowane, biszkopt upieczony, krem w lodówce, a gruszki ugotowane, okazało się, że siostra C. nie może jeść też gruszek... Uwierzcie (lub nie), ale miałam niemal łzy w oczach... Cóż, człowiek uczy się całe życie...

wtorek, 2 września 2014

Pudding z solonym karmelem - niebo w buzi

Wstyd się przyznać, ale zupełnie wyleciało mi z głowy znaczenie pierwszego dnia września. Trochę się ostatnio u mnie dzieje, planuję kilka różnych rzeczy, lub powierzając planowanie innym, zajmuję się tylko przyjemną stroną zagadnienia, czyli przygotowywaniem słodyczy. W ferworze pieczenia tych wszystkich przeszłych, przyszłych i obecnych ciast, zapomniałam, że wczoraj był pierwszy dzień szkoły. Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że szkołę jako taką, czyli liceum, ukończyłam szczęśliwie dziewięć lat temu, i wszystkie moje późniejsze uczelnie rozpoczynały zajęcia w innym terminie: w październiku, gdy studiowałam w Polsce, a już w sierpniu, odkąd rozpoczęłam edukację w Danii (tak, tak biedne duńskie dzieci mają tylko pięć tygodni letnich wakacji!). Od dawna więc wrzesień nie oznacza dla mnie powrotu do szkoły. Są to urodziny Babci i moje, rocznica ślubu Rodziców, a w tym roku również wesele siostry C. Wydarzenia zdecydowanie radośniejsze od powrotu w szkolne mury (choć ja, muszę przyznać, po dwóch miesiącach wakacji zazwyczaj już za tym tęskniłam. Po pierwszej kartkówce za to wyrzucałam sobie, jak mogłam być tak głupia).
A u Was jak tam ze stosunkiem do tego, bądź co bądź, wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju dnia? Czekacie, tęsknicie, czy wręcz przeciwnie - macie nadzieję, że nigdy nie nadejdzie? Czy tak jak ja, zapomnieliście, jak specjalna to data? A może macie już na tyle duże pociechy, że to one przypominają Wam o nadchodzącym pierwszym września...?

Dla mnie wrzesień to, generalnie, początek jesieni. Choć do tej kalendarzowej jeszcze niemal trzy tygodnie, to jedna ta za oknami przekonuje, że to już czas. Liście tracą soczysty, zielony kolor na rzecz intensywnego złota lub ciemnej czerwieni, z czasem przechodzących w ponure brązy. Wiatry i straszące deszczem chmury przekonują, że lato już za nami. I choć zdarzają się naprawdę ciepłe, słoneczne dni, to to ciepło jest jakieś inne - łagodniejsze, stonowane, lekko zamglone... Jesienne, jednym słowem.

Na osłodzenie tych szaro-burych dni mam dla Was coś szczególnego.
Deser ten przygotowałam już naprawdę dawno, a przepis podrzuciła mi Maggie. Zaproponowała wtedy wspólne przygotowanie puddingu; po przeczytaniu przepisu na Justa taste nie wahałam się ani chwili. Tak naprawdę nie wiem, czy Maggie kiedykolwiek go spróbowała - zamknęła bloga, zanim zdążyłyśmy wspólnie opublikować przepis. I tak zdjęcie czekało zapomniane w folderze, aż do dzisiaj. Bo uznałam, że to idealny deser na teraz - słodki, sycący, wyjątkowy za sprawą solonego karmelu, którego połączenie ze słodkim bananem i kremową, rozpływającą się w buzi masą, gwarantuje cudowne doznania. Temu deserowi nie można się oprzeć, i choć ma sporo kalorii, to smakuje tak dobrze, że można zapomnieć o wyrzutach sumienia.

Do solonego karmelu jeszcze wrócę - ten smak jest naprawdę absolutnie wyjątkowy. Trzeba tylko uważać, żeby posolić go w sam raz - wystarczająco, żeby było czuć delikatny smak soli, która wspaniale podbija słodycz; a jednocześnie nie za dużo, bo taki słony będzie wykrzywiał buzie zamiast wywoływać wyraz rozkoszy. Najlepiej więc dodawajcie sól po odrobinie i smakujcie, czy to już.

Waniliowy pudding z bananami i solonym karmelem

Składniki:
(na 4 porcje)

karmel:
  • 80 g cukru
  • 2 łyżki wody
  • 30 g masła
  • 40 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1/2 łyżeczki soli

pudding:
  • 315 ml mleka
  • 75 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 75 g serka kremowego
  • 140 ml słodzonego mleka skondensowanego
  • 70 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 1 banan

Karmel:
Cukier z wodą umieścić w garnku o grubym dnie. Podgrzewać na niewielkim ogniu (nie mieszać), aż nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Zdjąć garnek z ognia, dodać pokrojone w kostkę masło i wymieszać. Powoli wlewać śmietanę, cały czas mieszając (może pryskać). Na końcu dodać sól, wymieszać.
Przełożyć sos do szklanego naczynia, ostudzić.
Do chwili podania przechowywać w lodówce.

Mleko wymieszać z budyniem, zagotować, cały czas mieszając. Zdjąć z ognia i ostudzić.
Serek dokładnie wymieszać z mlekiem skondensowanym, żeby nie było grudek.
Kremówkę ubić na sztywno. Dodać do serka, połączyć. Partiami dodawać masę do ostudzonego budyniu, dokładnie wymieszać.
Masę przełożyć do szklanek, przechowywać w lodówce do chwili podania.

Przed podaniem na pudding wyłożyć pokrojonego w plastry banana i całość polać sosem karmelowym.

Smacznego!

A ja tymczasem, jak na porządnego ucznia przystało, idę się chłonąć wiedzę na temat jeży oraz zagrożeń spowodowanych coraz większym spożyciem alkoholu wśród duńskiej młodzieży. (Nie, nie zrobiłam błędu. Jeży.)