Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O tym, jak kupiliśmy dom. I różowy sernik pomarańczowy

Nosiliśmy się z tym zamiarem od kilkunastu miesięcy. Szukaliśmy, oglądaliśmy, zastanawialiśmy się i wydziwialiśmy. Pytaliśmy i słuchaliśmy, a potem i tak robiliśmy swoje. W końcu jednak nadszedł ten długo wyczekiwany dzień: znaleźliśmy dom idealny. Ma wszystko, czego potrzebujemy i o czym marzyliśmy. Spełnia wszystkie wymagania, i kryje w sobie niejedną niespodziankę. 
Lista życzeń była długa: minimum dwie łazienki, wanna, kominek, duża kuchnia, duży salon, jadalnia, w której zmieści się ogromny stół (C. ma naprawdę dużą rodzinę); jasny, przestronny, zbudowany na prostym i logicznym planie (co w Danii wcale nie jest oczywistością). 

Zakochaliśmy się już w zdjęciach; pierwsze odwiedziny były niesamowicie emocjonujące. Gdy pan z banku powiedział magiczne tak, powstrzymywałam się całą siłą woli, żeby nie zacząć mu skakać po biurze. A gdy podpisywaliśmy dokumenty w zeszły wtorek, adrenalina podskoczyła mi, jakbym właśnie pierwszy raz skoczyła ze spadochronem. Nie wiem, ilu z Was ma to za sobą, ale kupno pierwszego domu to jest naprawdę coś. I choć kredyt na trzydzieści lat ciągle mnie przeraża, to radość i satysfakcja zdecydowanie przewyższają to lekkie uczucie niepewności. 
I czuję się teraz taka dorosła!

Z tej okazji przygotowałam wariację na temat ulubionego ciasta C., czyli sernika na zimno. Tym razem smakuje pomarańczami, ale kolor ma... Różowy! Jak to zrobiłam? Bardzo prosto - użyłam czerwonych pomarańczy. Nadały ciastu śliczną, pastelową barwę, która świetnie skomponowała się z rubinowymi ziarenkami granatu i głęboko czekoladową granolą. 
Spód chrupie, tak jak i małe niespodzianki w postaci granatu; masa serowa jest kremowa i delikatna, a plasterki pomarańczy na wierzchu cudownie soczyste. Całość nie tylko pięknie wygląda, ale też doskonale smakuje. Idealny deser na tak wyjątkową okazję.

Sernik z czerwonymi pomarańczami i granatem na spodzie z granoli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 225 ml soku z czerwonych pomarańczy (4-5 owoców)
  • 5 listków żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g słodzonego mleka skondensowanego
  • ziarenka z 3/4 granatu

dodatkowo:

Masło rozpuścić, wymieszać z granolą. Wyłożyć na dno tortownicy, przyciskając.
Wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml soku zagotować, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać pozostały sok, wymieszać, ostudzić.
Serek zmiksować z mlekiem, powoli wlewać ostudzony sok, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić, dodać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką. Na końcu dodać 3/4 ziarenek z granatu, połączyć.
Masę wylać na spód, schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.

Przed podaniem udekorować pozostałymi ziarenkami granatu, plasterkami pomarańczy i granolą.

Smacznego!


Przeprowadzka już/dopiero pod koniec czerwca. A ja już ustawiam wirtualne meble w moim wymarzonym domu...

sobota, 13 lutego 2016

Panna cotta. Na Walentynki

Kilka miesięcy temu kupiłam piękne granaty. Rzadko kupuję te owoce, bo mam mało pomysłów na ich wykorzystanie. Ich charakterystyczne pesteczki nie do wszystkiego się nadają i ciężko nimi po prostu zastąpić coś innego. Tym razem jednak skusiły mnie intensywną barwą skórki.
Już w drodze do domu przyszedł mi do głowy prosty, aczkolwiek interesujący pomysł. Wtedy nie udało mi się wcielić go w życie, a granaty wylądowały w sałatce z kuskusem. Zbliżające się Walentynki przypomniały mi o tamtej idei, kupiłam więc ponownie dorodny owoc granatu i zabrałam się do rzeczy.

W czasie przygotowań pomysł nieco ewoluował. Najpierw przygotowałam galaretkę owocową: tylko sok i żelatyna. Sama w sobie kwaskowata, idealnie komponuje się ze słodką, kremową panną cottą. A ta jest zupełnie wyjątkowa: nie tylko mocno waniliowa, ale też intensywnie jogurtowa w smaku. Gdy mój wzrok padł na jogurt naturalny, stwierdziłam, że muszę spróbować dodać właśnie jego zamiast klasycznego mleka. Dzięki temu deser zyskał bardzo ciekawą nutą; panna cotta wydaje się nieco lżejsza. Całość nie tylko świetnie smakuje, ale też naprawdę znakomicie prezentuje się na talerzu.

I to już ostatni pomysł na Walentynki w tym roku. Podoba się Wam...?

Jogurtowa panna cotta z galaretką z granatu


Składniki:
(na 6 porcji)

galaretka:
  • 1 granat
  • 1 listek żelatyny

panna cotta:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 laska wanilii
  • 50 g cukru
  • 5 listków żelatyny
  • 250 ml jogurtu naturalnego

Wyłuskać pestki granatu. Zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Sok podgrzać; zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Przelać do foremek, schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Laskę wanilii przeciąć wzdłuż na pół, wyskrobać ziarenka. Laskę i ziarenka dodać do kremówki, zagotować. Odstawić na 30-60 minut.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Do kremówki dodać cukier, zagotować. Gdy cukier się rozpuści, zdjąć garnuszek z palnika, wyjąć laskę wanilii i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać, ostudzić do temperatury pokojowej. 
Kremówkę wymieszać z jogurtem. Przelać do foremek na zastygniętą galaretkę.

Schłodzić przez noc w lodówce.

Przed podaniem wyjąć na talerzyki, odwracając do góry spodem.

Smacznego!


Jak już wspominałam, weekend w znakomitej części spędzam w pracy; czas wolny poświęcam na spanie, bo na nic innego nie mam siły. Może w niedzielę się bardziej postaram, gdy w perspektywie będzie poniedziałkowy luksus spania do czwartej...

sobota, 30 stycznia 2016

Słodko-kwaśno. Piąte urodziny bloga

O tym, że czas pędzi nieubłaganie, pisałam niedawno. W zasadzie jest to przygnębiające, ale bywa, że na drodze stają nam rzeczy niezwykle przyjemne. Takie rocznice chociażby. W Polsce po osiemnastce urodzin niemal nie wypada obchodzić (szczególnie paniom), ale z racji tego, że od dawna mieszkam w zupełnie innym kraju, do urodzin podchodzę niezwykle pozytywnie. Każda okazja, żeby się bawić jest dobra, a jak jeszcze przynoszą człowiekowi prezenty... No nie sposób urodzin nie lubić!
Do moich jeszcze trochę czasu zostało; dzisiaj natomiast świętujemy urodziny bloga!

To już pięć lat, odkąd nieśmiało wystukałam na klawiaturze pierwszy post. Nie byłam wtedy pewna, czy ktokolwiek tutaj zajrzy; okazało się jednak, że Czytelników przybywa wraz z rozwojem bloga. Przez te pięć lat przeszłam długą drogę; nie tylko blogowo, ale też prywatnie. Choć oba te aspekty w pewien sposób się zazębiają... To dzięki blogowi i wspaniałym ludziom, których poznałam postanowiłam spełnić swoje marzenie; blogowanie i wierni Czytelnicy dodali mi odwagi, i to dzięki nim wstąpiłam na nową drogę. Wasze komentarze utwierdzają mnie w przekonaniu, że postąpiłam słusznie; bardzo ważne jest, aby w życiu się spełniać, nie tylko wirtualnie, ale też w rzeczywistym świecie. Większość czasu spędzamy w pracy; jeśli jej nie lubimy, staje się dla nas zmorą. Od trzech miesięcy, mimo permanentnego zmęczenia i braku czucia w koniuszkach palców, jestem szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Pracuję w cukierni, gdzie towarzystwo jest zacne, a praca... Cóż, czasem to nie praca, a sama przyjemność. Czy mogłabym prosić o coś więcej...?

Oczywiście, o blogu nie zapominam. Staram się publikować jak najczęściej, szukam też nowych, ciekawych zagadnień. W planach mam wpisy na temat spotkań, w których miałam okazję uczestniczyć, pokazać Wam zawartość mojej biblioteczki (podoba mi się ta idea i wstyd mi ogromnie, że projekt porzucony czeka w kącie już tak długo), a także opowiedzieć więcej o pracy w cukierni. Może ktoś z Was dzięki temu również odnajdzie swoją drogę...?

Dziękuję Wam więc ogromnie, że jesteście ze mną już pięć lat. To szmat czasu, a Wy ciągle mnie dopingujecie i sprawiacie, że nawet jak mi się nie chce, to jednak mi się chce (nie jestem pewna, czy zabrzmiało to filozoficznie, czy po prostu głupio; w tym drugim wypadku uznajmy, że jestem już po urodzinowym szampanie). 
Mam nadzieję, że kolejne pięć lat będzie równie owocne.

Z tej, jakże podniosłej, okazji, mam dla Was tort. Torcik właściwie... Bo malutki, raptem osiemnaście centymetrów średnicy. Ale to dlatego, że dla dwóch osób większych porcji robić się nie opłaca.
Nie jest to klasyczny, warstwowy tort biszkoptowy, choć jest biszkopt; są i warstwy.
Na spodzie mamy więc cieniutki blat biszkoptowy, a na nim nieziemsko cytrynowy krem od Doroty. Według mnie, smakuje dobrze, ale jeśli wolicie słodsze słodkości, polecam połowę soku z cytryny zastąpić wodą. 
Na krem pokruszyłam chrupiące amaretti; jest to patent, który podpatrzyłam w pracy. z czasem oczywiście ciasteczka namiękną, ale zostawiają swój delikatnie migdałowy posmak, dodają też ciastu tekstury.
Kolejna warstwa to słodziutki mus na bazie czekolady karmelowej i kremówki. Lekki, delikatny i puszysty, świetnie równoważy kwaśny krem cytrynowy. 
Na wierzchu galaretka z rokitnika; ma oszałamiający kolor i bardzo ciekawy, również kwaśny smak. Torcik udekorowałam kandyzowanymi kumkwatami (przygotowałam je jak pomarańcze, ale pokroiłam na cieńsze plasterki i gotowałam zaledwie czterdzieści pięć minut), ziarenkami granatu (kontrast kolorystyczny mile widziany) i chrupiącymi okruszkami ciasteczek. 

Torcik wydaje się być pracochłonny, ale tak naprawdę poszczególne warstwy przygotowuje się szybko; najdłużej trwa tężenie całości. Smakował nam bardzo - niezbyt słodki, nieco kwaskowy nawet, delikatny i lekki. Ciężko mu się oprzeć, naprawdę...

Torcik cytrynowo-karmelowy z rokitnikiem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 1 jajko
  • 35 g cukru
  • 30 g mąki pszennej
  • 10 g mąki ziemniaczanej
mus cytrynowy:
  • 65 ml soku z cytryny
  • 110 g cukru
  • 2 żółtka
  • 60 g miękkiego masła
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
  • 50 g ciasteczek amaretti
mus czekoladowy:
  • 90 g czekolady karmelowej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
galaretka:
dekoracja:
Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć na blachę, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 10-15 minut w 160 st. C.
Wystudzić.

Mus cytrynowy:
Sok z cytryny zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorący sok, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. 
Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

W formie ułożyć biszkopt, zapiąć obręcz. Wylać krem cytrynowy, posypać pokruszonymi amaretti. Schłodzić w lodówce.

50 ml kremówki zagotować. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do czekolady, delikatnie mieszając łyżką. Wyłożyć na mus cytrynowy, wyrównać wierzch. Schłodzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Konfiturę mocno podgrzać, zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać. Wylać na mus czekoladowy, odstawić na noc do lodówki.

Tort przed podaniem udekorować ziarenkami granatu, kandyzowanymi kumkwatami i pokruszonymi amaretti.

Smacznego!


Taką piękną różę dostałam od C. Bez okazji; ot, tak sobie
Bardzo było mi miło.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Mus czekoladowy z granatem

Wstawać o czwartej nie jest łatwo. Cały świat jeszcze śpi; i słusznie! Nic bowiem się o tej porze nie dzieje, a za oknami hula wiatr...
Okazało się jednak, że wstawianie o pierwszej bije procedurę z dni poprzednich na głowę! C. jeszcze nie zdążył się nawet położyć, kiedy rozczochrana wychynęłam spod kołdry, i udałam się do łazienki myć zęby. Tego, co zjadłam, nie można nawet nazwać śniadaniem, i to nie z powodu jakości posiłku. I co się mówi po przyjeździe do pracy? Dzień dobry...? Przecież to środek (dosłownie) nocy...
A kiedy już wydawało mi się, że pracuję i pracuję, wyszłam na dwór i zobaczyłam, że nadal jest ciemno, tak troszeczkę tylko, w głębi serca, zachciało mi się płakać... 
I spać. Chyba nawet bardziej...

No dobrze, ja tu narzekam, a tak naprawdę przecież bardzo jestem zadowolona. Muszę się tylko przyzwyczaić...

W kuchni nie mam czasu i chęci stać, bo bolą mnie stopy. Dlatego mam dla Was super szybki i jeszcze super smaczniejszy mus czekoladowy.
Czekolada karmelowa zauroczyła mnie w Polsce; przywiozłam sobie kilka tabliczek do Danii. Jedna wylądowała w musie, w duecie ze swoją mleczną kuzynką. Jest słodko, delikatnie i pysznie. Granat nadaje deserowi lekko kwaśnej nuty, orzeźwia całość i pięknie wygląda. 
Czy można mu się oprzeć...? Nie sądzę...

Dwukolorowy mus czekoladowy z granatem


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 75 g czekolady karmelowej
  • 75 g czekolady mlecznej
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 białka

dodatkowo:
  • 1 owoc granatu

Czekolady posiekać, każdą wsypać do osobnej miseczki.
100 ml kremówki zagotować, wlać po 50 ml do każdej z czekolad. Odstawić na 5 minut, po tym czasie dokładnie wymieszać. Odstawić na 20-30 minut, aż masa całkowicie ostygnie i zacznie gęstnieć.

Ubić pozostała kremówkę, podzielić na pół, delikatnie wmieszać do rozpuszczonych czekolad.
Ubić białka, podzielić na pół, wmieszać do czekolad delikatnie, żeby nie zaburzyć struktury.

Do szklanek lub miseczek przełożyć najpierw mus z mlecznej czekolady, na wierzch delikatnie wyłożyć mus karmelowy.
Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny, żeby mus stężał.

Przed podaniem posypać ziarenkami granatu.

Smacznego!


A teraz szybciutko dzwonię do Taty, bo przyszła paczka, na którą długo czekałam i muszę wirtualnie pomóc w rozpakowywaniu.

piątek, 3 kwietnia 2015

Wesołych Świąt! I tort z galaretką z cydru

Czas pędzi nieubłaganie. Dopiero co pochowałam ozdoby choinkowe do pudeł i schowałam je na dnie szafy, a tu już trzeba wyciągać zajączki i jajeczka. Jedyne, co nie bardzo się zmieniło, to pogoda - w Boże Narodzenie było szaro, zimno i pochmurno; wyglądając za okno w tej chwili, moim oczom ukazuje się widok niezwykle podobny. Ale - kto by się przejmował pogodą? Najważniejsze to, że mamy chwilę wolnego, gdzie można zwolnić i odsapnąć, spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, posiedzieć przy stole zastawionym pysznościami i po prostu razem pobyć. W tym roku Wielkanoc spędzam w Danii; w niedzielę udamy się na świąteczny brunch (jak to modnie brzmi!) do siostry C., gdzie mam zamiar zaserwować kilka niecodziennych słodkości. Intensywna produkcja rozpoczęła się już dzisiaj, ale na blogu przepisy pojawią się dopiero po Świętach (może komuś przydadzą się w przyszłym roku). 

Zresztą, na moim stole już od paru tygodni królują typowo wielkanocne wypieki - babki, mazurki, serniki. Tylko na paschę czasu zabrakło, niestety...
Dzisiaj mam dla Was coś wyjątkowego, trochę innego, nietradycyjnego. Zaczęło się od tego, że C. z szerokim uśmiechem wyręczył mi dwa granaty i stwierdził, że na pewno przygotuję z nich coś pysznego. Jasne, tylko co...? Granatów nie używam zbyt często (błąd - pyszne są przecież!), bo są owocem nieco problematycznym... Trzeba do nich wymyślać specjalne ciasta i desery, bo ani za jabłka, ani za truskawki uchodzić nie mogą. Wymyśliłam więc sobie, że ich smak doskonale skomponuje się ze słodyczą białej czekolady. Moja wyobraźnia pogalopowała dalej, zahaczając o świeże, pyszne mango. Biszkopt był wyborem oczywistym, a galaretka na wierzchu chyba mi się przyśniła... Niemniej, wyszedł z tego całkiem zgrabny torcik, a owoce zatopione w przezroczystej galaretce wyglądają zjawiskowo. Połączenie niemal krwistej, rubinowej czerwieni granatów z intensywną żółcią mango zachwyci chyba każdego. Smakowo całość wypadła również bardzo dobrze - słodszy krem, lekko kwaśny granat, wszystko miękkie, delikatne i rozpływające się w ustach. Może zdecydujecie się na taki niecodzienny wypiek? A jeśli nie na Święta - to może na najbliższe urodziny...?

Tort z białą czekoladą, granatem i cydrową galaretką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej

nasączenie:
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki cydru bzowego

krem:
  • 500 ml śmietany kremówki
  • 150 g białej czekolady
  • ziarenka z 1 granatu

galaretka:
  • 500 ml cydru
  • 5 łyżeczek żelatyny
  • 3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • ziarenka z 1/2 granatu
  • 1 mango

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 25-35 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić. Brzegi odkroić ostrym nożem, kiedy ciasto będzie już zupełnie ostudzone.
Przekroić na pół.

Sok z limonki wymieszać z cydrem. Nasączyć oba blaty.

Czekoladę posiekać, rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, powoli wlewać całkowicie ostudzoną czekoladę, cały czas miksując. Odłożyć 3-4 łyżki kremu, resztę wymieszać z nasionkami granatu.

Ułożyć blat ciasta na paterze, zapiąć obręcz tortownicy. Równomiernie wyłożyć krem z granatem, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Wierzch posmarować pozostałym kremem. Ułożyć pokrojone w plasterki mango, posypać ziarenkami granatu. Schłodzić w lodówce.

W tym czasie przygotować galaretkę.
Żelatynę zalać wodą. Cydr mocno podgrzać, zdjąć z palnika. Dodać żelatynę, wymieszać aż do jej całkowitego rozpuszczenia. Ostudzić.

Tężejącą galaretkę wylać na ciasto, schłodzić, aż zupełnie zastygnie.

Smacznego!

Ponieważ to już ostatni wpis przed Świętami, chciałabym życzyć Wam cudownej Wielkiej Nocy, spędzonej z rodzinami. Zapomnijcie o idealnie wysprzątanym mieszkaniu, o jajkach jak spod igły, skupcie się na celebrowaniu i zapamiętywaniu tych wspaniałych chwil.

Wesołych Świąt!

niedziela, 30 marca 2014

Sernik czekoladowy z granatem

W poprzednim poście pisałam, że czas zacząć myśleć o Wielkanocy. Nie wiem jeszcze, jak to dokładnie z nami będzie. Tydzień wcześniej bowiem jedziemy do Polski, i już rozmawiałam z Mamą na temat pieczenia. Co prawda stwierdziła, że paschy nie dam rady zrobić, bo twarogu z polskiego mleka się przygotować nie da. Hmm... Ja nie dam rady...? 
No dobra, w sumie to nie wiem, czy dam. Ale się postaram. Bo pasch się u nas nie jadało, tak samo jak mazurków zresztą. Były babki wszelakie i serniki pieczone, z rodzynkami. Później Mama robiła boski sernik na zimno - najlepszy, jaki w życiu jadłam. Będę się musiała uśmiechnąć o przepis - sernik był pełen bakalii, z polewą czekoladową... Czysta rozkosz. Na samą myśl głodna się robię.
Wracając jednak do meritum - pasch się u nas ani nie robiło, ani nie jadło. Dlatego dopiero rok temu zrobiłam swoją pierwsza, i przepadłam. Jest tak dobra, że na samą myśl cieknie mi ślinka. Przed wyjazdem z pewnością jakąś nam zrobię, a i w Polsce postaram się ją przygotować - bo naprawdę warto. Mniam!
Co do mazurków, to jeszcze się nie zdecydowałam. Jakoś nie do końca mnie do siebie przekonują - jadłam pyszne, ale też przesłodzone i mdłe, na twardym, a nie kruchym cieście... Robiłam raz czy dwa, wyszły niezłe, ale strasznie słodkie, i niby chciałam spróbować znowu, ale jakoś tak... Nie wyszło... Widziałam jednak mnóstwo przepisów na niestandardowe czy też nietradycyjne mazurki, i może pójdę w tym kierunku...? Nie wiem jeszcze, zobaczymy.

Dzisiaj jednak chciałabym podzielić się z Wami przepisem na sernik, którego żaden świąteczny stół się nie powstydzi. Jest obłędny, cudownie intensywny, jeden kawałek zabiera nas w cudowną podróż pełną czekolady... 
Jest kruchutki, kakaowy spód, a na tym niesamowicie czekoladowa masa serowa. Niezbyt słodka, bardzo intensywna. Sernik, mimo ubijania jajek, nie jest puszysty, ale zwarty i konkretny. Dwieście gram czekolady w końcu robi swoje! Na to mus z białej czekolady, który dla zachowania równowagi jest słodki, lekki i delikatny. Warstwy te komponują się ze sobą znakomicie, każdy kęs to czysta rozkosz. A żeby całość nieco ożywić, wierzch udekorowałam pestkami granatu. Słodko-kwaśne i soczyste, wspaniale uzupełniają czekoladowość ciasta. W dodatku ich czerwień świetnie komponuje się z całością wizualnie. Koniecznie musicie spróbować - ten sernik bowiem to czysta rozkosz dla podniebienia.

Generalnie przygotowałam go z głowy, tylko przepis na mus wzięłam z Deserów Pierre'a Herme. Od siebie dodałam żelatynę, żeby był bardziej stabilny.

Sernik czekoladowy z musem z białej czekolady i granatem

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:

  • 120 g ciastek digestive
  • 2 łyżki kakao
  • 60 g masła
masa serowa:

  • 500 g twarogu 3krotnie zmielonego
  • 3 jajka
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 80 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 łyżki budyniu czekoladowego (proszek)
mus z białej czekolady:

  • 80 g białej czekolady
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 listek żelatyny
dodatkowo:

  • 1 owoc granatu
Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło rozpuścić, wymieszać z ciasteczkami.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Ugnieść na dnie masę ciasteczkową, schłodzić w lodówce 20-30 minut.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Czekoladę rozpuścić a kąpieli wodnej, przestudzić.
Jajka utrzeć z cukrem na puszystą masę, partiami dodawać twaróg. Dodać czekoladę, zmiskować. Dodać ekstrakt i budyń, połączyć.
Masę przelać na podpieczony spód.

Piec w 140 st. C. przez 40 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku, następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
30 ml śmietanki zagotować, zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Zalać śmietanką posiekaną czekoladę, wymieszać aż do rozpuszczenia.

Pozostałą kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do masy czekoladowej, mieszając delikatnie, ale dokładnie.
Masę przełożyć na sernik, schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Z granatu wyjąć pestki, udekorować nimi sernik.

Smacznego!

Tym sernikiem otwieram sezon na Wielkanocne wypieki. Sama jeszcze nie do końca wiem, co to będzie, ale mam ogromną ochotę na babkę... Co Wy na to?

Serniki dla Miksera - edycja 1.14