Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziarna dyni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziarna dyni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 listopada 2017

Listopadowe zadziwienie i ciasto dyniowe z mandarynkowym syropem

C. obudził mnie chwilę przed ósmą. Zbuntowałam się jednak; w końcu to mój wolny poniedziałek, ostatni w tym roku! Budzik nastawiłam na ósmą, nie ma więc absolutnie najmniejszego usprawiedliwienia dla wyciągania mnie z łóżka wcześniej, niż to sobie zaplanowałam.
Gdy wróciłam z łazienki, okazało się, że Ptysia zdążyła się już wygodnie ułożyć na mojej poduszce. Nie bacząc na protesty, wygospodarowałam dla siebie kawałek, po czym zawinęłam się w kołdrę na wzór naleśnika. Tu do akcji wkroczyła Pączusia; położyła się w miejscu, gdzie plecy me tracą swą szlachetną nazwę, uprzednio odpowiednio uklepawszy podłoże.
W takim oto położeniu spędziłam kolejne dwadzieścia minut, planując następne godziny tego jakże obiecującego dnia.

Za mną śniadanie, pierwsza gorąca herbatka i poranny spacer z potworami; ten ostatni wprowadził mnie w stan lekkiego zdumienia i niedowierzania. Bo czy mogłam się spodziewać, że trawnik za płotem, a także sam płot, będzie okryty migoczącymi w słońcu kryształkami szronu...? Owszem, autko ostrzegało mnie już kilka razy przed możliwością lodu na drodze, ale nadal pokazywało minimum trzy stopnie powyżej zera. Czyżby sytuacja ta miała niedługo ulec zmianie...? 
Spojrzenie w kalendarz potwierdza moje obawy; mamy listopad. Mgliście pamiętam, że rok temu o tej porze nosiłam już czerwony, zimowy płaszcz. Cóż, jeszcze kilka dni wytrzymam bez niego; w końcu muszę się choć odrobinę z tą myślą oswoić...

Dzisiaj mam dla Was obłędnie pyszne ciasto, które rozjaśni nawet najciemniejsze listopadowe popołudnie. Przepis znalazłam w magazynie Bage og sylte, nr 1/2017, i od razu się w nim zakochałam. Dyniowe, wilgotne, a w dodatku z mandarynkami zamiast tak popularnych w tego typu wypiekach pomarańczy. Nie mogłam się oprzeć, szczególnie, że i dyniowe puree, i mandarynki, czekały na wykorzystanie.
Ciasto smakuje obłędnie na ciepło, podane z lodami, choć wydaje się wtedy nieco zakalcowate. Gdy pozwolicie mu całkowicie wystygnąć, nadal będzie niesamowicie wilgotne, ale wrażenie zakalca znika. Dzięki polaniu mandarynkowym syropem długo zachowuje świeżość i nawet po czterech - pięciu dniach smakuje wybornie. Chrupiące orzechy i pestki dyni tylko dodają mu uroku, a przewijające się w tle korzenne i miodowe nuty sprawiają, że rozgrzewa nie tylko ciało, ale i duszę.
Sami powiedzcie - czy temu można się oprzeć...?

Korzenne ciasto dyniowe z syropem mandarynkowym


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 30x11 cm)

  • 250 g puree z dyni
  • 3 jajka
  • 50 g ciemnego cukru muscovado
  • 100 g jasnego cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 20 g miodu
  • 100 g masła
  • 100 ml soku z mandarynek
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka zielonych nasion anyżu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:

  • 15 g pestek dyni
syrop: 

  • 20 g miodu
  • 100 ml soku z mandarynek
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ubić jajka z cukrem trzicnowym i muscvado na puszystą, jasną masę. Dodać ekstrakt z wanilii i miód, połączyć. Dodać przestudzone masło, zmiksować. Wlać sok z mandarynek, cynamon, kardamon i zmielone w młynku do kawy ziarna anyżu, połaczyć. Mąkę przesiać z proszkiem, dodać do ciasta. Na końcu dodać puree z dyni i posiekane orzechy, zmiksować. 
Masę przelać do formy wyłożónej papierem do pieczenia.
Wierzch posypać pestkami dyni.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut, do suchego patyczka.

W małym garnuszku zagotować sok z mandarynek z miodem, gotować przez 5 minut.

Gorące ciasto nakłuć wykałaczką, polać gorącym syropem. 
Przestudzić. Podawać letnie.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

piątek, 21 kwietnia 2017

Powrót do codzienności. Pobudzająca granola z kawą

W środę miałam okazję uczestniczyć w kursie organizowanym przez Engelhardt. Muszę przyznać, że było naprawdę ciekawie. Po krótkim wprowadzeniu przeszliśmy do historii czekolady, żeby czym prędzej zabrać się za to, na co wszyscy czekali - czyli praktykę. Lars Petersen pokazał nam kilka rodzajów polew lustrzanych, między innymi taką opartą na wodzie, która w połączeniu z klasyczną, czekoladową, daje naprawdę świetne efekty. Udało mi się nawet umorusać w nich paluszki, więc zabawa była przednia. Rozmawialiśmy też o temperowaniu i właściwym traktowaniu czekolady - tutaj wiele nowego się nie dowiedziałam, ale pewne rzeczy warto sobie od czasu do czasu odświeżyć.
Później pałeczkę przejął Henrik Olsen, który opowiadał o chlebach na zakwasie. Jak obchodzić się z zakwasem, jak go wyhodować, jak prawidłowo przechowywać i jak się nim opiekować - myślę, że niejeden amator domowego wypieku pieczywa byłby jego wykładem zachwycony. Szczególnie, że towarzyszyła mu degustacja, a chleby były naprawdę interesujące. Z chilli, z różą, z płatkami owsianymi - to tylko niektóre przykłady. Jasne, ciemne, delikatne i wyraziste - oj, porządnie się najadłam.

Z kursu wyszłam obładowana przepisami, deserami i chlebami, z uśmiechem od ucha do ucha i próbując złapać oddech po niedźwiedzim uścisku Larsa. Uwielbiam takie rzeczy! I już się nie mogę doczekać wycieczki do fabryki marcepanu w Odense w czerwcu...

Tymczasem najwyższy czas wrócić do rzeczywistości po świątecznym lenistwie/nawale pracy (zależy, co komu przypadło w udziale). Dzień powszedni czy też leniwą sobotę dobrze zacząć od czegoś, co pobudzi do działania i doda energii do pracy lub zabawy. U mnie uniwersalnym posiłkiem jest granola. Tym razem kawowa, podpatrzona u Angie. Zaskakuje dodatkiem białka, dzięki któremu zbija się w charakterystyczne grudki i staje się ekstra chrupiąca. Smakuje wybornie - słodko-kawowa, daje kopa i sprawia, że chce się chcieć. Trzeba tylko uważać, żeby jej nie przepiec, bo będzie gorzka. A to już nie to samo...

Granola kawowa


Składniki:
(na 1,8 l słój)
  • 300 g płatków owsianych
  • 3 łyżki mocnej kawy
  • 100 g miodu
  • 65 g pestek dyni
  • 70 g orzechów laskowych
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 łyżka sezamu
  • 1 białko

Płatki wymieszać z pestkami dyni, grubo posiekanymi orzechami, siemieniem i sezamem. Kawę wymieszać z miodem, dodać do suchych składników, połączyć. Na końcu dodać białko, wymieszać.

Granolę równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
następnie zmniejszyć temperaturę do 160 st. C. i piec jeszcze 20-30 minut, mieszając w tym czasie dwa razy.
Ostudzić, przełożyć do szczelnego pojemnika.

Smacznego!

Ja tymczasem weekend zaczynam ciastem czekoladowo-truskawkowym na zamówienie. Zabawne, jak życie potrafi się ułożyć...

środa, 22 marca 2017

Wiosna... I bananowa granola - odsłona pierwsza

Tak jak już Wam pisałam - wystarczy odrobina słonka, i od razu wszystkim zielono w głowach. Dzisiaj słońca pod dostatkiem, a termometr pokazuje całe jedenaście kresek! Takie wspaniałości można uczcić tylko w jeden sposób - szeroko otwartymi drzwiami do ogrodu. Poniekąd, zostałam do tego zmuszona. Ptysia po krótkim wyjściu na siusiu stanowczo odmówiła powrotu, a ja machnęłam ręką - bo co innego miałabym zrobić...? Pączusia, i tak pełna energii, zaczęła biegać, skakać i szaleć, aż jej z wrażenia lewe ucho stanęło. Patrzę więc sobie na te moje psy, i uśmiecham się od ucha do ucha.
Wiosna idzie.

W związku z tym, nie będę dziś tracić tych bezcennych, słonecznych chwil na przydługie wstępy, i od razu przejdę do meritum, czyli granoli.
Miałam kilka bananów, na które nikt już nie miał chęci, bo pociemniały. Znalazłam więc trzy przepisy na bananowe granole: oto pierwszy z nich. Banany i czekolada - to nie mogło się nie udać.
Przepis znalazłam u Pauliny, i trochę go zmieniłam, żeby nie był aż tak zdrowy. Moja granola wyszła lekko słodka, z wyraźnym posmakiem bananów i obłędnie pysznymi kawałki ciemnej czekolady. Z samego rana wywołuje uśmiech i dodaje energii na ładnych kilka godzin, więc zadanie zostało spełnione.
Spróbujcie, zanim banany odejdą w zapomnienie na długie, letnie miesiące...

Bananowa granola z czekoladą


Składniki:
(na słój o pojemności 2 l)
  • 350 g płatków owsianych
  • 100 g płatków ryżowych
  • 70 g pestek dyni
  • 30 g sezamu
  • 75 g orzechów włoskich
  • 60 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 2 banany
  • 75 g suszonej żurawiny
  • 80 g ciemnej czekolady (70%)

Płatki, pestki, sezam i grubo posiekane orzechy wymieszać.
W drugiej misce połączyć olej z syropem. Banany rozgnieść, dodać do oleju, wymieszać. Wlać do suchych składników, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równo rozprowadzić.

Piec w 160 st. C. przez 30-60 minut, mieszając co 10 minut, żeby granola równo się przypiekła.

Ostudzić, dodać żurawinę i posiekaną czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

Słonko świeci, ptaszki śpiewają, a ja zaraz muszę iść spać... To jednak trochę dołujące, mimo całej wiosennej radości.

piątek, 10 marca 2017

Chleb dyniowy na poolish. Po raz drugi

Tak jak Wam ostatnio pisałam, na egzamin musiałam przygotować dwa rodzaje pieczywa: jasne i ciemne. Oba na zakwasie, albo przynajmniej na jakimś starterze. I muszę przyznać, że zadanie to spędzało mi sen z powiek. Ciasta bowiem to mój żywioł: uwielbiam obmyślać połączenia smaków, dekoracje i wszelkie możliwe detale, zmieniając koncepcję kilkanaście nawet razy, o ile czas pozwala. Z chlebem to zupełnie inna sprawa... Owszem, lubię od czasu do czasu pobawić się w domową piekarnię, przygotować na śniadanie pachnące bułeczki, ale... Taki poważny chleb to już dla mnie wyzwanie. Ciągle jeszcze nie dorobiłam się własnego zakwasu, od czasu do czasu przygotowuję jakieś tam zaczyny, ale bardziej na oko niż na poważnie. 
Co robić...?

W desperacji, czując się jak tygrys w klatce, wyszłam na spacer. Ciągle jeszcze leżał śnieg, choć słoneczna pogoda zupełnie przeczyła powrotowi zimy. Szłam wzdłuż strumienia, obserwując refleksy na wodzie i biegającego za ptakami psa na pobliskim polu. Wzięłam kilka głębokich oddechów, pozwoliłam myślom błądzić nieskrępowanie, nie licząc już nawet na cud. I kiedy zamiast frustracji poczułam w końcu radosną pustkę, nagle pojawił się zbawienny pomysł. Był nim ten chleb dyniowy, który już Wam na blogu prezentowałam trzy i pół roku temu. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat o nim pomyślałam, ale stwierdziłam, że będzie to doskonały przepis. Zaraz potem wymyśliłam temat: jesień. A potem poszło już gładko: kasztany, karmel, jarzębina, czekolada... Nie musiałam się nawet wysilać; zanim wróciłam do internatu, miałam już cały plan, wszytko pasowało do siebie idealnie. Oczywiście, przed egzaminem jeszcze kilka razy delikatnie koncepcję zmieniłam, to dodałam, tamto odjęłam, ale właśnie to popołudnie było decydujące. Ukierunkowało tok mich myśli; powiedziałabym nawet, że zdecydowało za mnie. I dobrze, bo egzamin w końcu zdałam. A chleb wywołał prawdziwą furorę! Już kiedy piekłam go po raz pierwszy, tydzień przed egzaminem, żeby przetestować przepis (przez ponad trzy lata zdążyłam już co nieco zapomnieć), trzy bochenki rozeszły się błyskawicznie, a prośby o recepturę, zadawane  początku nieśmiało, nie pozwoliły o sobie zapomnieć.
Cenzorzy również byli ukontentowani - ten kolor naprawdę robi wrażenie. Szczególnie, jeśli użyjecie dyni Hokkaido o intensywnie pomarańczowym miąższu, efekt będzie wyjątkowo widowiskowy.

Skoro przepis już się na blogu pojawił, po co dodaję go po raz kolejny...? Bo nieco go zmieniłam (lubię sobie powtarzać, że udoskonaliłam), szczególnie sposób pieczenia. Poza tym zamiast w formie, upiekłam go na blasze, dzięki czemu zyskał obłędnie chrupiącą skórkę i bardziej profesjonalny wygląd. Jeszcze jedną zaletą jest fakt, że naprawdę długo pozostaje świeży - po trzech dniach nadal był miękki i wilgotny.

Muszę przekonywać Was dalej, czy już daliście się skusić...?
A może zaserwujecie taki bochenek najbliższym na wielkanocne śniadanie...?

Chleb dyniowy na poolish II


Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml wody
  • 3 g drożdży

ciasto:
  • 3 g drożdży
  • 100 ml letniej wody
  • 350 g mąki pszennej
  • 3 łyżeczki soli
  • 200 g puree z dyni
  • 45 g pestek dyni

dodatkowo:
  • mąka pszenna

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić w ciepłe miejsce na 4-5 godzin.

Po tym czasie pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Dodać cały poolish i puree z dyni, na końcu wsypać mąkę. Wyrabiać przez około 6 minut na wolnych obrotach miksera, następnie zwiększyć prędkość i wyrabiać kolejne 6 minut. 3 minuty przed koniec dodać sól i pestki dyni.

Ciasto przełożyć do naoliwionej, plastikowej miski i zostawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejną godzinę.

Podłużny koszyk dokładnie obsypać mąką. 
Wyrośnięte ciasto przełożyć na oprószony mąką blat, delikatnie uformować bochenek, nie wybijając z ciasta zbyt dużo powietrza. Przełożyć ciasto do koszyka, złączeniem do góry.
Wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia wyjąć chleb z lodówki na 30 minut przed pieczeniem.

Piekarnik z blachą rozgrzać do temperatury 275 st. C. Wyjąć blachę, wyłożyć na nią chleb, odwracając koszyk i pozwalając ciastu swobodnie wypaść. Naciąć po skosie ostry nożem.

Chleb włożyć do piekarnika rozgrzanego do 275 st. C., natychmiast zmniejszyć temperaturę do 215 st. C. Parować przez 10 sekund lub wrzucić na dno piekarnika kilka kostek lodu.
Chleb piec 35-40 minut, po 20 minutach otworzyć piekarnik, wypuszczając parę.

Chleb wyłożyć na kratkę do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!


Zostawiłam go też do wyrastania na noc w lodówce; wydaje mi się że dzięki temu ma jeszcze pełniejszy smak. Poza tym w ten sposób łatwo można go upiec na śniadanie - gwarantuję, że ten zapach największego śpiocha w mig z łóżka wyciągnie!

sobota, 4 lutego 2017

O lokalnym patriotyzmie mojego samochodu i zimowej granoli. Z białym makiem

Nie lubię dużych miast.
Owszem, właśnie w dużym mieście się urodziłam i wychowałam, i ciągle wracam do niego z przyjemnością i z sentymentem zaglądam w stare kąty, które za każdym razem zaskakują mnie ogromnymi zmianami (na szczęście, najczęściej na lepsze). Jednak gdy stanęłam przed wyborem miejsca, w którym zamieszkam na dłużej (być może już na zawsze), wybrałam małe miasteczko. Takie wiecie; z główną ulicą, którą da się przejść w dziesięć minut, z dwoma sklepami spożywczymi, parkiem, który płynnie przechodzi w przyjazny spacerowiczom las, i z rzeczką, nad którą dumnie rozłożył się zamek. Powstrzymajcie wyobraźnię; to w końcu żaden Malbork. Pałacyk raczej, dość skromny... Gdy po kilku tygodniach po przeprowadzce zapytałam C., czy możemy się wybrać na dłuższy spacer, żebym ten zamek mogła sobie w końcu obejrzeć, popatrzył na mnie dziwnie i sprowadził mnie na ziemię słowami: Przecież codziennie obok niego jeździsz...
Ale dość już o zamku, bo zaraz cały splendor tej mojej mieścinie odbiorę.

Jutro już znów jadę do szkoły. Na Zelandię. I choć szkołę lubię, to internat mnie zniesmacza, a wyspa nieco onieśmiela. Wydaje mi się, że wszystko tam dzieje się szybciej, a ludzie są bardziej zabiegani i mniej przyjaźni niż tutaj. Ale to tylko moje subiektywne zdanie, rzecz jasna...
W każdym razie w środę, wracając z pracy, znalazłam się w dość nieprzyjemnej sytuacji. Gdy tylko wyjechałam z autostrady na ostatnią prostą do domu, samochód nagle zrobił bum!, po czym zatrzymał się na środku skrzyżowania. Prawie pół godziny czekałam na pomoc drogową, kuląc się i próbując być niewidzialną, gdy inni kierowcy mnie mijali i na mnie trąbili. Na szczęście Pan Mechanik znów stanął na wysokości zadania, i uporał się z problemem w kilka godzin. Autko jest gotowe do naszej jutrzejszej podróży, i mam nadzieję, że oszczędzi mi psikusów.
Zabawne jednak jest to, że poprzednim razem, gdy miałam jechać do szkoły, samochód też się zepsuł. Kto by pomyślał, że jest takim lokalnym patriotą...

Dziś mam dal Was przepis na zimową granolę, który podpatrzyłam u Lo. Nie mogłam się oprzeć dodatkowi maku i suszonych fig. Robiłam ją dwa razy; za drugim razem zmniejszyłam ilości miodu i syropu klonowego o połowę. Mniej słodka smakuje nam zdecydowanie bardziej.
Zamiast fig możecie użyć suszonej żurawiny; będzie jeszcze bardziej zimowo. Ale ja te drobne, chrupiące pesteczki i super słodkie figi wprost uwielbiam, a tutaj pasują doskonale.

Zimowa granola z figami i syropem klonowym


Składniki:
(na 2 litrowy słoik)

  • 45 ml oleju
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 g miodu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 350 g drobnych płatków owsianych
  • 50 g sezamu
  • 25 g białego maku
  • 100 g pestek dyni
  • 50g płatków migdałowych
  • 100 g suszonych fig
  • 50 g chipsów kokosowych

Miód podgrzać, żeby dodać syrop, olej i ekstrakt. Wymieszać.
Płatki wymieszać z sezamem, makiem, pestkami dyni i migdałami. Wlać mokre składniki, dobrze połączyć.
Równomiernie rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 160 st. C. 20 minut, w połowie pieczenia mieszając.
Wyjąć blachę z piekarnika, posypać granolę chipsami kokosowymi i pokrojonymi figami. Wstawić z powrotem do wyłączonego piekarnika. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Granolę przechowywać w szczelnie zamkniętym słoju.

Smacznego!

I tak, wiem; zdjęcie zdecydowanie zimowe nie jest. Ale ja już tęsknię za latem...

czwartek, 17 listopada 2016

O bąbelkach słów kilka. I krem dyniowo-jabłkowy

Będąc piekarzem, trzeba się liczyć z możliwością oparzeń. Niestety - tam, gdzie są gorące piece, nie da się uniknąć drobnych, ale też bardziej poważnych wypadków. Każdy, prędzej czy później, zetknie się z rozgrzaną częścią piekarnika lub jego wyposażenia, żeby później móc opowiadać barwne historie, w których oparzenie było trzy razy większe, niż naprawdę, a on dzielny niczym bohater renesansowego romansu.

Mi się mały wypadek zdarzył w zeszłym tygodniu, i od razu, żeby nie było wątpliwości, przyznam się, że dzielna nie byłam zupełnie. Wsadziłam oparzoną dłoń pod strumień chłodnej wody, a łzy kapały mi ciurkiem po brodzie. Nie dlatego, żeby oparzenie było jakoś specjalnie poważne czy rozległe; piekło za to niemiłosiernie. Do dzisiaj obnoszę się zresztą z dwoma nieapetycznie prezentującymi się bąblami.
Co się stało? Otóż chciałam przesunąć stikvogn (proszę się ze mnie nie śmiać ani nie kiwać potępiająco głowami; naprawdę nie mam pojęcia, jak ten stelaż na blachy nazywa się po polsku) kantem dłoni, co robiłam już nie raz i nie dwa, próbując się dostać przez labirynt wszelkich możliwych sprzętów na kółkach do zlewu. Nie przewidziałam tylko, że z dala od piekarników może się znajdować jeden rozgrzany do temperatury dwustu trzydziestu stopni! Gdy go dotknęłam, aż pisnęłam. A później to już wiadomo - zimna woda i łzy.
Bohaterem raczej nie zostanę, choć obiecałam sobie solennie, że następnym razem będę twardsza.

Po tych wszystkich przygodach w domu czekał na mnie garnek zawczasu przygotowanej zupy.
Bo zupy to idealne danie na zabiegany środek tygodnia, gdy nikomu się nie tylko nie chce, ale też ciężko znaleźć czas na pichcenie, a coś ciepłego po powrocie do domu by się zjadło. 
Koniecznie musiałam wykorzystać przynajmniej część dyniowego puree, które ostatnio przygotowałam, bo w kolejce stoją przecież kolejne dynie czekające na przerobienie.
W magazynie Spis bedre, nr 10/2016 znalazłam prosty i niezwykle kuszący krem z dodatkiem jabłek i rozgrzewającego imbiru.
Zupa wyszła słodko-kwaśna, cudownie rozgrzewająca; nie taka zupełnie łagodna, ale też nie ostra. Gęsta i kremowa, wybornie smakowała ze świeżą bagietką. 
Pięknie pachnie, świetnie smakuje, syci i rozgrzewa. Idealna na ten pochmurny listopad.

Krem dyniowo-jabłkowy z imbirem i kolendrą


Składniki:
(na 6 porcji)

  • 800 g puree z dyni
  • 1,5 łyżeczki mielonej kolendry
  • 500 g kwaśnych jabłek
  • 2 cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 l bulionu
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 2 łyżki oleju
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:

  • ziarna dyni
  • creme fraiche (18%)
  • świeża kolendra
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek i imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

W dużym garnku rozgrzać olej. Dodać kolendrę, podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać cebulę, zeszklić. Dodać czosnek i imbir, następnie jabłka i jeszcze chwilę smażyć. Dodać dynię, zalać bulionem i gotować przez 15-20 minut, aż jabłka będą zupełnie miękkie.
Zdjąć garnek z palnika, dodać do zupy śmietanę, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni.
Zupę podawać z kleksem śmietany, ziarnami dyni i świeżą kolendrą.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

czwartek, 12 maja 2016

Czekoladą malowane. I chlebek na proszku

Ostatnio w pracy jesteśmy bardzo zajęci. Ciągle coś: a to Dzień Matki, a to przecena na Othello, a to ktoś zachorował, i cały misternie utkany plan zakładający, że wszyscy pójdą do domu na czas, bierze w łeb. Potem człowiek pracuje po dziesięć, jedenaście godzin i czasami zdarza mu się zapomnieć, jak się nazywa... Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, gdy czynnie zostaje okazane uznanie za człowieka pracę...?

Wszystko zaczęło się od niesamowicie zakręconego dnia, gdy wszyscy biegali jak szaleni i nikt na nic nie miał czasu. Mój szef, do którego należą wszystkie czekoladowe malowidła, przyniósł mi kartkę z logo firmy murarskiej i zapytał, czy potrafiłabym takie namalować na cieście. Hmm... Nigdy nie próbowałam, więc pewnie nie - pomyślałam. Ale zamiast tego głośno rzekłam: Pewnie! I namalowałam, wywołując zdziwienie i akceptację. Od tamtego dnia moje życie ucznia zmieniło się nie do poznania. Owszem, nadal robię te nudne rzeczy, jak maczanie kilkuset ciastek w czekoladzie, ale też dostaję większość tych fajnych, ciekawych zleceń. Ostatnio namalowałam Olafa, mistrza Yodę z Gwiezdnych wojen, a dzisiaj nawet głowę konia. Po drodze trafił się też pies; zamówienie było niesprecyzowane, więc wybrałam poczciwego Reksia. Następnego dnia Henryk woła do mnie przez pół piekarni, że pies był nie taki, jak trzeba. Ze zwieszoną głową wędruję wysłuchać reprymendy, a ten bezczelnie wypycha mnie do sklepu. No pewnie, niech się na mnie niezadowolony klient wyżyje. A tam stoi sobie starszy, uśmiechnięty od ucha do ucha pan i mówi, że jego wnuczka była zachwycona, i on mi bardzo dziękuje. 
Szefowi dałam kuksańca w bok za niewybredne żarty, po czym rozpromieniłam się niczym majowe słońce. To się nazywa udany dzień!

Dzisiaj deseru nie będzie. Zresztą, komu się w takie upały chce jeść słodkie... Zamiast tego lepiej sobie wieczorem upiec chlebek; będzie idealny na śniadanie. Zwłaszcza drugie, bo dzięki smakowitym dodatkom, nie trzeba nawet robić kanapek.
Pomysł podpatrzyłam u Angie, ale zmieniłam dodatki i przygotowałam swoją wersję. Wyszedł żółciutki i mięciutki, a ciągnące się kawałki mozzarelli sprawiły, że zakochałam się w nim bez pamięci. Do tego botwinka, którą udało mi się kupić jeden jedyny raz. A w dodatku chlebek jest na proszku, więc jego przygotowanie to po prostu igraszka. 
A jaka pyszna!

Chlebek z botwinką i mozzarellą


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 22x8 cm)
  • 100 g mąki kukurydzianej
  • 150 g mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 100 ml oleju
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 30 g ziaren dyni
  • 125 g mozzarelli
  • 50 g liści botwinki
Mozzarellę pokroić w koskę, botwinkę posiekać.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, sodą, ziołami, solą i pieprzem. 
Jajka roztrzepać, wymieszać z mlekiem i olejem. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Dodać ser, botwinkę i pestki dyni, połączyć.
Masę przelać do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 35-45 minut, do suchego patyczka.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Aktualnie sezon na szparagi w pełni, więc myślę sobie, że trzeba by pokusić się również o wykonanie oryginalnej wersji...

wtorek, 2 lutego 2016

Granola. Na dobry początek tygodnia

Kto powiedział, że nie lubi poniedziałków i sprawił, że stało się to hasłem przewodnim rodzaju ludzkiego...? Nie pamiętam. Ale szczerze mogę stwierdzić, że palnął totalną głupotę. Albo nigdy nie pracował w piekarni...
Ja kocham poniedziałki! Są ciche, spokojne, nikt się nie spieszy, nie biega jak w ukropie (a przecież nawet pięciolatki wiedzą, że w piekarni biegać nie wolno!), nie krzyczy i nie popędza. Spokojnie uzupełnia się nadszarpnięte w weekendowym ferworze zapasy; a to tarty się zrobi, a to czekoladowe dekoracje, a rano jest mnóstwo czasu na przygotowanie raptem stu dwudziestu festelavnsboller. No bajka, mówię Wam!

Poza tym wtorki mam wolne; taki przedsmak weekendu, chwila oddechu. Dzisiaj jednak chyba tylko zwinę się pod kołdrą; szczytem możliwości wydaje się dotarcie na kanapę. Głowa boli, stawy bolą, gardło boli... No, jednym słowem: boli. A już jutro od nowa trzeba ruszać do pracy! Przecież uczniom cukierniczym nie wypada wręcz chorować...

Gdy jestem w takim stanie, na śniadanie najlepiej sprawdza się ciepła owsianka. Nie podrażnia gardełka, przyjemnie rozgrzewa i sprawia, że świat staje się przyjemniejszy. A jeśli nie mam siły nawet na to (tudzież C. jest poza domem w porze śniadania), sięgam do słoika z domową granolą.
Stoi sobie taki na blacie w kuchni, zawsze pełny. Odkąd spróbowałam po raz pierwszy, nie mogę się oprzeć coraz to nowym kombinacjom. Na początku skrupulatnie stosowałam się do przepisów; teraz po prostu mieszam to, na co aktualnie mam ochotę. I tak właśnie powstała ta dyniowo-pomarańczowa granola. Zamiast cukru - suszone figi i syrop klonowy. Do tego porcja płatków, ziarenek i orzechów w połączeniu z lekką nutą cynamonu i wyraźniejszą pomarańczy. Niebo w buzi! 
Spróbujecie...?

Granola dyniowo-pomarańczowa


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 300 g płatków owsianych
  • 100 g płatków jęczmiennych
  • 25 g pestek dyni
  • 75 g ziaren słonecznika
  • 50 g orzechów pekan
  • 40 g ziaren lnu
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 180 g suszonych fig

Płatki, dynię, słonecznik, len i grubo posiekane orzechy wymieszać w dużej misce.
Dynię, syrop klonowy, cynamon, ekstrakt z wanilii, skórkę i sok z pomarańczy dokładnie wymieszać. Dodać do suchych składników, połączyć.
Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut, kilka razy mieszając w trakcie pieczenia.

Do przestudzonej granoli dodać pokrojone w kostkę figi. Wystudzić całkowicie. Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

I tak, wiem, powinnam smażyć pączki. Ale stanie nad garem pełnym gorącego oleju zupełnie mi teraz nie w głowie... 

piątek, 23 października 2015

Granola z dynią

Tak, tak, to już dziś! Rozpoczynamy Festiwal Dyni u Bei! Czekałam na niego niecierpliwie, bo za dyniami wręcz szaleję. Ich naturalnie słodkawy, może nieco mdły smak stanowi idealną bazę do eksperymentów wszelakich. Dynia nadaje się do dań wytrawnych i słodkich, można ją piec, gotować i smażyć. Właściwie nie jestem pewna, czy jest coś, czego z dyni zrobić się nie da...
Osobiście najbardziej lubię przetworzyć większą jej ilość na puree, które wykorzystuję na bieżąco lub zamrażam na później. To chyba najłatwiejszy sposób na dynię; kiedy już mamy gotowy mus, reszta przepisu zazwyczaj nie nastręcza trudności. W tym roku zaopatrzyłam się w niemal pięciokilogramowego giganta z Samsø, zwanej Græskarøen, czyli Wyspą Dyń.  Jest to niewielka wyspa leżąca między Jutlandią, Fionią i Zelandią, gdzie podobno można znaleźć dynie na każdym kroku. Wybrałabym się tam z największą przyjemnością w dyniowym sezonie; może kiedyś się uda.

W każdym razie, na rozpoczęcie Festiwalu mam dla Was coś zdrowszego, czego być może byście się po mnie nie spodziewali. Do domowej granoli zapałałam żywym uczuciem jakoś na początku tego roku, i nie mogę odmówić sobie uzupełniania mojego pięknego słoja (który tylko w tym celu zakupiłam) coraz to nowymi mieszankami. Tym razem, oczywiście, postawiłam na dynię. Płatki owsiane wymieszałam z dyniowymi pestkami i orzechami włoskimi, a do musu z dyni dodałam aromatyczne przyprawy i nieco syropu klonowego (w końcu granola musi być choć trochę słodka). Do tego suszone śliwki i żurawina, i mamy cudownie chrupiącą, niezwykle aromatyczną i optymistycznie pomarańczową granolę. Z C. zakochaliśmy się w niej w momencie, gdy z piekarnika zaczął dobywać się niebiański zapach korzennych przypraw...
Musicie tego spróbować!

Dyniowa granola


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 400 g płatków owsianych
  • 75 g ziaren dyni
  • 100 g orzechów włoskich
  • 40 g złotego siemienia lnianego
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 80 g suszonej żurawiny
  • 65 g suszonych śliwek
Orzechy grubo posiekać, wymieszać z płatkami owsianymi, ziarnami dyni i siemieniem. Mus z dyni wymieszać z syropem klonowym, olejem i przyprawami na jednolitą masę. Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie połączyć.

Masę wyłożyć równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 35-40 minut, 3-4 razy w trakcie pieczenia mieszając.

Śliwki pokroić na mniejsze kawałki, razem z żurawiną dodać do upieczonej i przestudzonej granoli. Wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

A ja tymczasem uciekam do kuchni - trzeba przygotować kolejny dyniowy deser...

piątek, 16 października 2015

Chlebek z dynią na Światowy Dzień Chleba

Wiedzieliście, że dzisiaj mamy Światowy Dzień Chleba? Nie? Nic nie szkodzi. Ja, szczerze mówiąc, też do niedawna nie wiedziałam. Aż tu nagle pojawiła się propozycja wspólnego pieczenia; nie mogłam sobie tej przyjemności odmówić. Szczególnie, że ostatnio mocno na bakier jestem z domowym wypiekiem pieczywa; szkoła mnie pod tym względem mocno rozleniwiła, i jakoś nie mogę się zebrać do stanu sprzed. Cóż... Może w końcu się uda. Póki co jednak prym na śniadanie wiodą u mnie owsianki, domowa granola, naleśniki i wszelkiej maści placuszki. Takie typowo jesienne śniadanka. Chleb zszedł na dalszy plan, i muszę przyznać, że nawet specjalnie mi go nie brakuje. Ale skoro trafiła się okazja (i to nie byle jaka!), zakasałam rękawy i zabrałam się do dzieła.

Jako, że sezon dyniowy w pełni, nie byłabym sobą, gdybym dyni nie wykorzystała. U Doroty znalazłam wypiek, który świetnie się nadawał: prosty i stosunkowo szybki (a przynajmniej nie zajmuje więcej czasu niż inne chleby pieczone na drożdżach), w dodatku prezentuje się bardzo efektownie. Lubię chlebki odrywane nie tylko za ich uroczy wygląd, ale też za łatwość jedzenia - świetnie nadają się jako dodatek do zup, gdzie każdy może sobie oderwać kawałek. A potem jeszcze jeden, nawet, gdy miska już pusta. Tak niezobowiązująco.

Tym razem delikatny smak dyni został doprawiony czosnkiem i sporą ilością ziół; w połączeniu ze słonawym kozim serkiem i mięciutkim ciastem całość po prostu zachwyca. Oczywiście, zamiast mąki orkiszowej można użyć pszennej, a dobór ziół pozostawiam Waszym indywidualnym gustom.

Chleby piekły dzisiaj również Mopsik, Mirabelka, LejdiEmilia i Martynosia.

Orkiszowy chlebek do odrywania z dynią i kozim serem


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 30x11 cm)
  • 500 g mąki orkiszowej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 50 g masła
nadzienie:
  • 250 g musu z dyni
  • 35 g masła
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczki suszonej bazylii
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g koziego sera
  • 3 łyżki świeżych ziół (bazylia, oregano, melisa, szałwia, tymianek)
dodatkowo:
  • 10 g ziaren dyni
  • 20 g ziaren słonecznika
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 100 ml wody i odstawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i sól, zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, włożyć do miski i odstawić przykryte ściereczką na 1 godzinę.

W tym czasie masło na nadzienie rozpuścić i przestudzić. Wymieszać z musem z dyni, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, solą i suszonymi ziołami.
Serek pokroić w kosteczkę, świeże zioła porwać na mniejsze kawałki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x50 cm. Posmarować musem dyniowym, posypać kozim serem i ziołami. Przeciąć wzdłuż na 3 paski, ułożyć jeden na drugim. Złożone ciasto pokroić na 5 kawałków.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Złożone kawałki ciasta układać pionowo w formie. Wierzch posypać ziarnami dyni i słonecznika.
Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Piec w 180 st. C. przez 45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A Wy? Upiekliście dzisiaj chleb...?

World Bread Day 2015 (October 16)

poniedziałek, 11 maja 2015

Uzależnienie - granola z ziarenkami

O tym, że oszalałam na punkcie domowej granoli, wiedzą już chyba wszyscy. Jak tylko jedna się skończy, zaraz biegnę do kuchni piec kolejną. Zużycie płatków owsianych w naszym domu zdecydowanie wzrosło - owszem, lubię owsianki, ale często nie chce mi się ich gotować. A granolę wystarczy upiec raz, najczęściej wieczorem, żeby przez cały tydzień móc się cieszyć pysznymi śniadaniami. Czy może być coś lepszego...?

Tym razem poszłam w zdrową stroną - ziarenka, suszone owoce i miód, zero cukru. Można jeść bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Choć przyznać się, że mimo, że smakuje fenomenalnie, na dokładkę się jeszcze nie skusiłam - taka granola syci bowiem niesamowicie! I potem mogę biegać po kuchni przez pół dnia (szkolnej kuchni; w domowej ciężko jest się choćby obrócić), bo energii mam w sobie mnóstwo! (Stąd te wszystkie wykrzykniki.)

Jeśli jeszcze nie robiliście domowej granoli - spróbujcie koniecznie. Uzależnienie gwarantowane.

Pomarańczowa granola z ziarenkami

Składniki:
(na 2 l słój)
  • 400 g płatków owsianych
  • 35 g siemienia lnianego
  • 70 g ziaren dyni
  • 70 g ziaren słonecznika
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 pomarańczy
  • 100 g miodu
  • 2 łyżki oleju
  • 75 g suszonych moreli
  • 75 g suszonej żurawiny

Płatki, siemię i ziarenka wymieszać w dużej misce. 
Skórkę i sok pomarańczowy lekko podgrzać z miodem i olejem, aż całość dobrze się połączy. Wlać do płatków, dokładnie wymieszać.

Całość rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, 3-4 razy w tym czasie mieszając.
Przestudzić.

Morele posiekać, dodać do płatków razem z żurawiną, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

A ja już obmyślam kolejne połączenie smaków, bo w słoju zaczynam widzieć dno...

sobota, 22 listopada 2014

Jak topinambur zmienił się w pietruszkę. I zupa krem

Od jakiegoś czasu niesamowicie kusi mnie topinambur. Do niedawna nie widziałam nawet, że takie coś istnieje! Ale zaczął się dość często pojawiać na blogach, a i w jednym z programów kulinarnych widziałam, jak kucharz, którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć, gotował go w maśle. Bardzo dużej ilości masła... I tak, gotował, nie smażył.
Nieistotne. Ważne, że zachciało mi się topinambura, i poprosiłam C., żeby mi przy okazji kupił. Jakież było moje zdziwienie, gdy do domu wrócił z pietruszką! Na pytanie, co to jest, stwierdził, że to jedyne, co wyglądało na topinambur. A wiem, że go widział, bo kiedyś razem na niego patrzyliśmy. Nie ma wytłumaczenia... Za to wniosek jest taki, że jeśli coś chcesz, to idź i sobie kup. Na męskie wsparcie nie ma co liczyć...

Skoro już dostałam ponad pół kilo pietruszki, stwierdziłam, że zanim się w topinambur sama zaopatrzę, wypadałoby najpierw nią się zająć. Inaczej leżałaby razem z cebulą, aż wszyscy by o niej zapomnieli... Żadne z nas bowiem nie jest wielkim fanem pietruszki samej w sobie - ma jakiś taki trochę specyficzny, charakterystyczny smak, który nie do końca mi pasuje. Zaczęłam jednak szukać przepisów na zupy, aż trafiłam na ten na blogu Stoliczku nakryj się. Spodobało mi się połączenie pietruszki z jabłkiem, i postanowiłam spróbować. Z dużym zaskoczeniem stwierdziłam, że zupa wyszła znakomita, a i C. zajadał się z apetytem, choć normalnie nie jest największym fanem kremów.
Tutaj słodko-winne jabłko wspaniale uzupełnia smak pietruszki, który przestaje być taki... Pietruszkowy. Odrobina curry zaostrza zupę, a grillowane, soczyste plasterki jabłek cudnie zgrywają się z chrupiącymi pestkami dyni. Muszę powiedzieć, że od teraz będzie to jedna z moich ulubionych zup - idealnie rozgrzewająca, z charakterem.

Zupa krem z pietruszki z jabłkiem

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 łyżki masła
  • 1/2 dużej cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • 650 g pietruszki
  • 1 jabłko
  • 1 l bulionu
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 1 jabłko
  • 2 łyżeczki curry w proszku
  • 20 g pestek z dyni

Cebulę obrać, pokroić w kostkę. Czosnek obrać, przecisnąć przez praskę.
Pietruszkę i jabłko obrać, pokroić w kostkę.

Na maśle zeszklić cebulę, dodać czosnek, chwilę smażyć. Dodać pietruszkę i jabłko, smażyć, aż wchłoną tłuszcz. Zalać warzywa bulionem, gotować na średnim ogniu 30 minut, aż pietruszka będzie zupełnie miękka. Zmiksować blenderem na gładki krem, doprawić solą i pieprzem do smaku.

Jabłko umyć, pokroić w plastry o grubości 3-4 mm. Usmażyć na patelni grillowej z obu stron, aż na jabłkach pojawią się brązowe paseczki.

Zupę podawać gorącą z grillowanymi plastrami jabłek, podprażonymi na suchej patelni pestkami dyni i posypaną curry.

Smacznego!

Sobota. Miło, prawda...?

piątek, 3 stycznia 2014

Powrót do codzienności - chleb na poolish

Po świątecznym jedzeniu (trochę duńskim, trochę polskim) i sylwestrowych pysznościach, powoli wracam do normalności. Pisałam, że planuję wyhodować zakwas, to jednak zajmie mi nieco czasu, póki co piekę więc nieco mniej magiczny chleb, bo na drożdżach. Na bardzo małej ich ilości, bo na pół kilograma używam raptem sześciu gram. 
W chlebach na poolish zakochałam się od pierwszej próby - są po postu przepyszne i wyjątkowe! Nie tak trudne jak na zakwasie, dostępne zwykłym śmiertelnikom. Wystarczy odrobina cierpliwości - ciasto potrzebuje duuużo czasu - i wyciągniemy z piekarnika cudnie pachnący bochenek z niesamowicie chrupiącą skórką i zwartym, sycącym miąższem. W takim chlebie dziury wyglądają niemal jak w zakwasowcach. Gwarantuję - jeśli raz spróbujecie, przepadniecie. 
Ten chleb smakuje wyjątkowo za sprawą chrupiących ziaren dyni i słonecznika, sezamu i siemienia lnianego. Ma rewelacyjną strukturę, i smakuje wyśmienicie z samym masłem, ale także z wytrawnymi czy słodkimi dodatkami. Spróbujcie koniecznie - dajcie szansę chlebom na poolish

Chleb z ziarnami na poolish

Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 3 g świeżych drożdży
  • 150 ml letniej wody
  • 150 g mąki pszennej

ciasto:
  • 3 g świeżych drożdży
  • 300 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 150 ml letniej wody
  • 2 łyżki ziaren słonecznika
  • 2 łyżki pestek dyni
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 2 łyżki sezamu

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić na 5-6 godzin.

Pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Mąkę wymieszać z solą, dodać wodę z drożdżami i cały poolish. Zagnieść. Dodać ziarna, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejne 40 minut.
Uformować z ciasta podłużny bochenek, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Chleb naciąć po skosie w trzech miejscach, skropić wodą. Razem z chlebem na blasze ustawić małe naczynie z wodą.

Piec w 250 st. C. przez 15 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. i piec jeszcze 35-40 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Uwielbiam zapach chleba. Jego pieczenie sprawia mi ogromną radość, i już sobie nie wyobrażam śniadań bez własnej roboty pieczywa. Co to będzie, jak uda mi się wyhodować zakwas...?

piątek, 15 listopada 2013

Najsmaczniejszy chleb dyniowy

Tak, moi drodzy. To zdecydowanie najsmaczniejszy chleb, jaki do tej pory upiekłam. Fakt, że zawiera dynię, jest tu drugorzędny. C. stanowczo zażądał powtórki, a i piekłabym go trzeci raz z rzędu gdyby nie to, że mi się puree z dyni zaczęło kończyć, a jeszcze tyle mam z nim planów... 

Chleb jest rewelacyjny. Pachnie bosko, ma cudowny, żółciutki kolor. Jest mięciutki i ma przyjemnie chrupiącą skórkę. Pestki dyni sprawiają, że ma ciekawszą strukturę, no i te cudowne dziury... Mogłabym na niego patrzeć i patrzeć.

Jedyna wada, to czas oczekiwania. Najpierw poolish strasznie długo rośnie, a potem wyrobione ciasto niemal drugie tyle. Cóż, czasem trzeba się poświęcić... Moim zdaniem jak najbardziej warto - efekt jest bardziej niż zadowalający. Jako bazę użyłam przepisu na chleb na poolish z bloga Co do jedzenia - zasmakował mi bowiem bardzo, i stwierdziłam, że idealnie nadaje się do eksperymentów. Ten zaliczam do jak najbardziej udanych.

Dyniowy chleb na poolish

Składniki:
(na keksówkę 22x11 cm)

poolish:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml wody
  • 3 g drożdży

ciasto:
  • 3 g drożdży
  • 100 ml letniej wody
  • 350 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki soli
  • 250 g puree z dyni
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 45 g pestek dyni

dodatkowo:
  • 2 łyżki wody

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić w ciepłe miejsce na 5-6 godzin.

W dużej misce wymieszać mąkę z kurkumą i solą. Drożdże rozpuścić w wodzie, wlać do mąki. Dodać cały poolish i dyniowe puree. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto. Dodać pestki, dobrze zagnieść. 
Odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejne 40 minut.

Formę wysmarować masłem. Przełożyć do niej ciasto, odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Posmarować wierzch ciasta wodą.

Piec w 225 st. C. przez 15 minut. Następnie zmniejszyć temperaturę do 200 st. C. piec jeszcze 35 minut.
Przestudzić w formie 10-15 minut, następnie wyjąć na kratkę i pozostawić do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!

Ciasto wyszło stosunkowo rzadkie - myślałam o podsypaniu mąką, ale zrezygnowałam z tego pomysłu i po prostu upiekłam go w keksówce. Dzięki temu jest niesamowicie wilgotny i naprawdę pyszny.

środa, 6 lutego 2013

Brzydale, czyli rzecz o rozpuszczaniu

Moi drodzy, przyznaję się - rozpuściłam C. Rozpuściłam go straszliwie, zupełnie niechcący. On nic sobie z tego faktu nie robi, a i ja się troszkę cieszę. Brzmi dziwnie? Ależ absolutnie! Rozpuszczenie to bowiem jest potwierdzeniem smaczności tworów wychodzących z mojego piekarnika, co bardzo mile łaskocze moje piekarnicze ego. 
No dobrze, już wyjaśniam, o co mi właściwie chodzi. Otóż, kilka dni temu, tuż przed wyjściem do pracy C. spojrzał na mnie maślanymi oczkami (a, wierzcie lub nie, jest naprawdę utalentowany w kwestii maślanienia oczu) i zapytał: A zrobisz bułki na jutrzejsze śniadanie...? Popatrzyłam lekko zdziwiona - wiem, że zajada domowe pieczywo z przyjemnością, ale nie myślałam, że aż taką. A tu proszę bardzo - on pragnie moich bułeczek! Jakkolwiek by to nie brzmiało...

W związku z tym, zaraz po jego wyjściu, radośnie zaczęłam przeglądać książki i gazety na temat. W gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2009 znalazłam bardzo ciekawy przepis na bułeczki z dodatkiem płatków owsianych. Spodobał mi się o tyle, że zdaję sobie sprawę z uwielbienia C. dla rzeczonych. Nie zastanawiając się długo, ruszyłam do sklepu w celu zakupienia mąki żytniej, która figurowała na liście składników. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że na stanie takowej brak! Nic to, myślę sobie, zastąpię pszenną. W domu jednak okazało się, że pszenna prawie wyszła... Zmieniłam więc znacząco proporcje, i muszę przyznać, że nie jest źle. Jedynym problemem może być fakt, że bułeczki nieco się kruszą. Są też raczej ciężkie niż delikatne i puchate, ale niekoniecznie jest to wadą. Pestki dyni cudownie chrupią, a płatki nadają im niepowtarzalnego, innego smaku. Muszę też zauważyć, że są nieco zdrowsze niż pozostałe, znajdujące się na blogu. Bez jajek i mleka (ja moje posmarowałam mlekiem, ale można zastąpić je wodą). Smakowały nam bardzo mimo, że zbyt urodziwe to one nie są...

Bułki owsiane z pestkami dyni


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 200 g mąki pszennej
  • 200 g płatków owsianych
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 ml letniej wody
  • 35 g masła
  • 60 g pestek dyni

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 10 g płatków owsianych

Płatki do ciasta dokładnie zmielić. Wymieszać z przesianą mąką. Zrobić dołek, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać 50 ml wody. Odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce.

Do zaczynu wlać resztę wody, zagnieść ciasto. Dodać pestki, wlać masło, wyrobić gładkie, nielepiące ciasto.
Z ciasta uformować kulę, umieścić w dużej misce, odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 równych części, uformować okrągłe bułeczki. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Bułeczki posmarować mlekiem, naciąć na krzyż, obsypać pozostałymi płatkami. 

Piec w 200 st. C. 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Dziękuję ogromnie za wszystkie słowa otuchy, jakie napisaliście w komentarzach - nadal mam lekkiego doła, ale... Staram się myśleć o wyjeździe do domu, i to na nim się skupić. Reszta jakoś się ułoży - święcie w to wierzę. Tak czy inaczej - będzie dobrze.

czwartek, 10 stycznia 2013

Pomarańczowe bułeczki. Ale bez pomarańczy

Tak, jak wspomniałam wczoraj - dzisiaj przepis na naprawdę niesamowite bułeczki. Co jest w nich wyjątkowego? Przede wszystkim kolor, ale też składnik, który tej niesamowitej barwy nadaje. Zerknijcie na zdjęcie - wiecie, co tam dodałam? 
Podpowiedzi: nie jest to pomarańcza (bułeczki są wytrawne), ani barwnik spożywczy (na śniadanie...?), nie jest to dynia, choć już cieplej...

W związku z tym, że dynia jest warzywem sezonowym, zamroziłam sobie trochę musu. Piekąc z nią jednak zastanawiałam się nad godnym substytutem - wypieki z dodatkiem dyni bowiem bardzo nam smakują, no i wiadomo - ten kolor... Najbardziej do dyni podobna wydaje mi się marchewka, a że dziwnym trafem miałam kilka w domu, postanowiłam przetestować swoją teorię. Upiekłam bułeczki z musem z marchewki, i wiecie co...? Wynik jest zaskakująco dobry. Pieczywo wyszło bardzo delikatne i puszyste, neutralne w smaku (pasuje i do dżemiku, i do szyneczki), z tą lekko wyczuwalną nutą w tle, której nadają nietypowe dodatki. Jednak posmarowane masłem i z plastrem sera i pomidora smakuje jak zwykłe bułki. 

Tym razem zostawiłam je na noc do wyrośnięcia w lodówce - chciałam mieć świeżutkie, cieplutkie bułeczki na śniadanie. Można je jednak odstawić na drugie wyrastanie na 20-30 minut w temperaturze pokojowej, i wtedy upiec. Będą równie smaczne.
I ten kolor... Nigdy nie widziałam tak intensywnie pomarańczowych bułeczek! Ogromnie mi się podobają. 

Luźną inspiracją był przepis z bloga Cook yourself, jednak pozmieniałam bardzo dużo. Zamiast płynów - jest marchewka. Ciasto jest bardzo delikatne, lekko lepkie, ale nie należy podsypywać mąką - bułeczki będą bardziej puszyste. Idealnie nadaje się do wyrabiania nawet słabszym mikserem - pójdzie szybciej niż rękoma. Polecam serdecznie - na każdym śniadaniu zrobią furorę.

Nocne bułeczki marchewkowe z ziarnami dyni


Składniki:
(na 10 bułeczek)
  • 430 g mąki pszennej
  • 11 g suchych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 370 g marchewek
  • 1 żółtko
  • 30 g masła

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka
  • 25 g pestek dyni

Marchewki obrać, pokroić w kostkę, ugotować do miękkości w wodzie z 1/2 łyżeczki cukru i soli. Dokładnie odcedzić, zmiksować blenderem na gładką masę. Ostudzić.

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, solą, cukrem i kurkumą. Dodać puree z marchewki i żółtko, zagnieść ciasto. 
Masło rozpuścić i przestudzić, dodać do masy. Wyrobić gładkie ciasto. 
Odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę, do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 10 równych części. Z każdej uformować okrągłą bułeczkę.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Odstawić do lodówki na 10-12 godzin do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki wyjąć z lodówki 30-40 minut przed pieczeniem. Posmarować roztrzepanym z mlekiem żółtkiem, posypać ziarnami dyni.

Piec w 200 st. C. przez 18-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A palce pachną mi limonką. Dlaczego? Odpowiedź w kolejnym poście.

czwartek, 18 października 2012

Domowe bułeczki - najlepsze przecież

We wrześniu pisałam, że na blogu cicho, ale w porównaniu z październikiem to ruch był jak na sobotnim targu. Wybaczcie, ale wszystko dlatego, że naprawdę jestem zajęta. Odkąd odkryłam, że stopa mnie nie boli, jak się trochę poruszam, staram się regularnie uczęszczać na zajęcia, co zabiera mi dużo czasu. C. ma teraz więcej porannych zmian, więc popołudnia przeznaczamy na wszelkiego rodzaju wspólne aktywności, bo nie wiadomo, kiedy dobre się skończy. Poza tym teraz prawie codziennie zaczynam pracę od szóstej - do czego jakoś nie mogę się przyzwyczaić - więc popołudniami odsypiam. A nawet jak nie śpię, jestem jakaś taka przymulona jak śnięta ryba, i nawet jak coś upiekę, to nie mam siły o tym napisać. A wiecie, że pisać lubię, więc dwa zdania bez składu i ładu w grę nie wchodzą. 

Tak właśnie było z tymi ślimaczkami - miałam tak ogromną ochotę na domowe bułeczki, że mimo, że oczy mi się niemal zamykały, zmusiłam się do ich upieczenia. Efekt? Naprawdę genialny. Bułeczki są lekko chrupiące z wierzchu i mięciutkie w środku, w dodatku bardzo aromatyczne. Koperek uwielbiam, więc kiedy tylko zobaczyłam ich zdjęcie w Bag brød wiedziałam, że to jest właśnie to. W oryginale była oliwa cytrynowa - nie mam takiej, dałam więc skórkę z cytryny. Nie radzę pomijać tego dodatku, bo nadaje bardzo ciekawej nuty smakowej i świetnie się z koperkiem komponuje. Kiełbasę można pominąć lub zastąpić inną - ja akurat taką dostałam w sklepie, a chciałam, żeby bułeczki nadawały się do jedzenia samodzielnie. Wierzch posypałam ziarnami dyni, bo ten dodatek po prostu uwielbiamy - do wszystkiego niemal.
Najlepsze oczywiście w dniu pieczenia, jednak następnego jedliśmy je stostowane z żółtym serem - też bardzo smaczne.

I choć są już tylko pysznym wspomnieniem, wcześniej jakoś nie miałam kiedy o nich napisać. A - uwierzcie mi na słowo - są tego warte.

Ślimaczki z koperkiem i pepperoni


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 450 g mąki pszennej
  • 11 g suszonych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml wody
  • 25 g masła

nadzienie:
  • 1 mały pęczek koperku
  • 100 g kiełbasy pepperoni
  • 50 g masła
  • 1 łyżeczka oliwy
  • skórka otarta z 1/2 cytryny

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 15 g ziaren dyni

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z solą i drożdżami. Wlać wodę, zagnieść ciasto. 
Masło rozpuścić i przestudzić, dodać do ciasta; wyrobić. Ciasto powinno być gładkie, może się delikatnie lepić.
Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 1 godzinę.

Pepperoni pokroić w niedużą kostkę, podsmażyć na suchej patelni, odsączyć z tłuszczu, wystudzić.
Masło rozpuścić, wymieszać ze skórką cytrynową i oliwą. Ostudzić.
Koperek posiekać.

Wyrośnięte ciasto szybko zagnieść, a następnie rozwałkować na prostokąt wielkości 30x50 cm. Powierzchnię posmarować cytrynowym masłem, następnie równomiernie rozłożyć pepperoni i posypać koperkiem.
Ciasto ciasno zwinąć wzdłuż dłuższego boku. Pokroić na 12 równych części.
Bułeczki układać płasko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać ziarnami dyni.

Piec w 200 st. C. 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Cisza potrwa do odwołania, jednak od czasu do czasu coś skrobnę - bo przecież tak bardzo lubię to robić.

piątek, 3 sierpnia 2012

Bułki - giganty

Ostatnio z C. zdarzyło nam się jeść brunch (lub, jak kto woli, drugie śniadanie, które jednak było pierwszym) na mieście. Oddaliśmy autko do mechanika, a że w domu niespecjalnie było co jeść stwierdziliśmy, że spróbujemy coś znaleźć. Po kilku próbach w końcu wylądowaliśmy w niewielkiej, aczkolwiek bardzo sympatycznej Cafe Kindkys (co na polski przetłumaczymy jako Całus w Policzek, hmm...). Mają tam mnóstwo przeróżnych gier, którymi można zająć się czekając na posiłek, kącik dla dzieci i ogólnie przyjazny wystrój wnętrza (bardzo wygodne fotele). Zjadłam sobie gigantyczną kanapkę z kurczakiem, popiłam colą i czułam się wyjątkowo zadowolona. 
Co to ma wspólnego z moimi bułkami? Otóż wczoraj, po powrocie z pracy, musiałam wykombinować coś do jedzenia. Nie miałam ochoty na tosty (mój standardowy zapychacz, kiedy jestem sama w domu), nie chciało mi się też wznosić na wyżyny moich kulinarnych zdolności. I właśnie wtedy przypomniałam sobie o kanapkach z Cafe Kindkys - takich dużych, sycących, w pysznych, chrupiących bułeczkach. Weszłam więc do sklepu po ziarna dyni, bo - nie wiedzieć dlaczego - zapragnęłam je mieć na wierzchu mojego pieczywka. Wróciłam do domu, zagniotłam ciasto, pozwoliłam mu urosnąć, uformowałam bułki - i już, gotowe. Wyszły pyszne! Z wierzchu chrupiące, w środku mięciutkie, zniewalająco pachnące cebulką. Cudnie przypieczone, idealnie nadawały się do piętrowych kanapek. 

Moje bułki w zasadzie są bułami - jedna starcza za śniadanie lub obiad czy też kolację. Odpowiednio nafaszerowana dodatkami - pomidorkiem, ogórkiem, świeżymi liśćmi szpinaku i remoladą (tak, zaczęłam ją jeść, frytek z ketchupem już sobie nie wyobrażam) - smakuje po prostu bosko. Szczególnie taka jeszcze cieplutka...
Oczywiście możecie przygotować osiem mniejszych, co absolutnie nie wpłynie na walory smakowe.

Ogólnie to szukałam bułeczek z dodatkiem dymki, ale jakoś nie mogłam trafić na odpowiedni przepis. Ten to mocno zmodyfikowana receptura z książki Pieczenie chleba w domu Gertrud Weidenger i Marie-Theres Wiener. Tak właściwie to jest niezwykle luźna inspiracja, bo pozmieniałam dodatki, proporcje, a nawet czas pieczenia. Oryginalne też kiedyś wypróbuję - na zdjęciu prezentują się wyjątkowo apetycznie.

Bułki z dymką i ziarnami dyni


Składniki:
(na 4 duże bułki)
  • 300 g mąki pszennej
  • 7 g suszonych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g masła
  • 2 cebule dymki

dodatkowo:
  • 2 łyżki mleka
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g ziaren dyni

Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, solą i cukrem. Wlać mleko, połączyć składniki. Dodać masło, zagnieść gładkie, nielepiące się ciasto.
Dymkę pokroić razem ze szczypiorem, dodać do ciasto. Wyrobić, żeby równomiernie rozprowadzić cebulę w cieście.
Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagnieść, podzielić na cztery równe części. Uformować akrągłe bułeczki, odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować mlekiem wymieszanym z solą, posypać ziarnami dyni.

Piec w 200 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


A teraz... Teraz chyba pójdę się zdrzemnąć. Dziwna duńska pogoda doprowadza mnie do pasji - rano chłodno, za godzinę pada, deszcz przechodzi w burzę, żeby po chwili znów świeciło słońce. Ciśnienie skacze jak szalone i sprawia, że nie chce mi się nic - a powinnam chociaż troszkę posprzątać (jutro już mam wolne, więc rano się wyśpię i postaram się zrobić coś pożytecznego). Mam nadzieję, że przyszły tydzień będzie udany - a przynajmniej nie zupełnie paskudny...