Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza manna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza manna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2013

Na smutki - kaszka manna z czekoladą

Ostatnio miałam taki dzień... Z serii tych, które chce się zapomnieć jak najszybciej. Nie miałam ochoty na nic, siedziałam i gapiłam się w monitor, tak naprawdę nawet nie widząc, co jest na ekranie. Nie chciało mi się przeglądać blogów ani książek kulinarnych, nie chciało mi się piec, nie miałam też ochoty czytać. Bolała mnie głowa i czułam się taka jakby pusta w środku... Może dlatego, że byłam chora, miałam gorączkę i nawet picie herbaty sprawiało mi ból. Może dlatego, że zanim C. wyszedł do pracy mieliśmy ostrzejszą wymianę zdań, a ja wcale nie chciałam się przecież kłócić. Wreszcie przyczyną może być to, że straszliwe już tęsknię za wiosną; te długie, ciemne popołudnia doprowadzają mnie niemal do szaleństwa i odbierają całą energię. Potrzebuję słońca, ciepła, letniej sukienki owijanej przez wiatr wokół łydek. A może wszystko to razem...? 
Siedziałam i kompletnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nawet spać nie mogłam... Poszłam więc na przekór wszystkiemu do kuchni, i przygotowałam sobie rozpustną kaszkę mannę z czekoladą. Na zdjęciu wygląda, jak wygląda, i zdaję sobie sprawę, że widok może nie być aż tak apetyczny. Jednak wierzcie mi - ten smak... Gęsta, cieplutka, nie sprawiła, że nagle mi się zachciało, ale lampa nagle zaczęła świecić troszkę cieplejszym światłem... Mimo niechęci do jakichkolwiek działań wybiegających poza wiercenie się w pościeli wyszłam do sklepu, wyprowadziłam Ptysię na spacer i uśmiechnęłam się pierwszy raz tego dnia. Nie przypisuję temu deserowi żadnych magicznych właściwości, ale dzięki niemu się ruszyłam, i uratowałam choć część wieczoru. Potem było już tylko lepiej, a kiedy C. wrócił z pracy obejrzeliśmy najnowszy film Tima Burtona Frankenweenie, i choć łzy pociekły mi przy kilku scenach, bawiłam się świetnie. I teraz jest już dobrze, i planuję coś niesamowitego - tort podróżny. Mam nadzieję, że się uda!

A teraz już zapraszam Was na kaszkę - czekoladową, słodką, gęstą, na poprawienie humoru, na samotny wieczór, na uśmiech.

Czekoladowa kaszka manna


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 500 ml mleka
  • 30 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 50 g kaszy manny
  • 1 łyżka kakao
  • 40 g ciemnej czekolady (60%)

Mleko zagotować z cukrem, cukrem waniliowym i kakao. Powoli wsypywać kaszę manną, cały czas mieszając. Gotować na średnim ogniu do osiągnięcia konsystencji budyniu.
Zdjąć z ognia, dodać drobno posiekaną czekoladę, wymieszać.
Przełożyć do szklaneczek, podawać na ciepło lub po ostudzeniu.

Smacznego!

Jeszcze tylko trzy dni, ach, nie mogę się już doczekać!

czwartek, 31 stycznia 2013

Kaszka manna w nowej odsłonie

We wtorek zachciało mi się słodkiego. Tarty już dawno nie było (zjedliśmy ją w poprzedni weekend), cebulowe bułeczki jednak deseru nie przypominają. Problem tkwił w fakcie, że do sklepu to mi się iść nie chciało... Przypomniałam sobie o kremówce kryjącej się w zakamarkach lodówki. Niemal zdecydowana zrobić pannę cottę, wyciągnęłam z lodówki, co potrzebne. I w tym momencie Wiera mnie natchnęła, wspominając kaszkę manną... O tak, to jest to! Nie jestem bowiem wielką fanką panny cotty - nieco mdława, wymaga wyrazistych dodatków. A mi się tak bardzo nie chciało kombinować... 

Zazwyczaj kaszkę gotowałam na mleku, czasem dodawałam kakao czy inne dodatki, ale nie wpadłam na to, żeby część mleka zastąpić kremówką... Pomysł okazał się trafiony w dziesiątkę - kaszka wyszła gęsta i cudownie kremowa. Dodatek cukru muscovado nadał jej karmelowego koloru i smaku, poza tym wyczuwałam w niej lekki posmak jakby orzechów... Pyszna!
Dwie porcje zjedliśmy na ciepło, dwie na zimno - obie wersje są fantastyczne, choć ja jednak troszkę bardziej lubię na ciepło...
I muszę przyznać, że dawno nie miałam takiej frajdy, totalnie bowiem zaskoczyłam C. Wyobrażacie sobie, że dorosły facet pierwszy raz w życiu jadł kaszkę manną...?
Smakowała.

Zwykły, prosty deser, po minimalnych zmianach, zyskał zupełnie nowego charakteru.
Moim zdaniem idealnie nadałby się również na słodkie śniadanie, gdyż jest gęsta i sycąca - porcje, choć wydają się małe, gwarantują pełną satysfakcję.

Kaszka manna ze śmietaną


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 ml mleka (3%)
  • 30 g ciemnego brązowego cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 50 g kaszy manny

dodatkowo:
  • 4 łyżeczki dżemu truskawkowego

Kremówkę, mleko i cukry umieścić w garnku, zagotować. Do gotującego się płynu powoli wsypywać kaszkę, cały czas mieszając. Gotować kilka minut, aż do zgęstnienia. Zdjąć ognia, przełożyć do kokilek.

Podawać na ciepło lub zimno, z łyżeczką dżemu truskawkowego.

Smacznego!

Dzisiaj tylko tak szybciutko - spać mi się chce... I ciągle jestem zła o zmianę planu, którą zafundowała mi szefowa, a która oznacza, że o wspólnym weekendzie z C. mogę zapomnieć na długie tygodnie. Ech... 

środa, 26 września 2012

Kaszka manna na niepogodę

Jesień w Danii rozgościła się na dobre. Jeszcze nie ma ósmej, a za oknem ciemno i zimno. Wiatr świszczy za niedomkniętym oknem, a deszcz tłucze o szyby z całą jesienną stanowczością. Ulubiona lampa oświetla pokój delikatnym, mlecznym światłem, na stoliku w kącie pali się świeczka, podgrzewając olejek o zapachu jabłka z cynamonem. Siedzę na kanapie w powyciąganym, ciepłym swetrze w paski, zawinięta w słonikowy koc, w tej chwili z laptopem na kolanach, ale już za chwilę jego miejsce zajmie książka, która wciągnęła mnie praktycznie od pierwszego rozdziału, więc już niedługo Wam o niej opowiem.

Poza gorącą herbatą w taki wieczór jako pocieszacz świetnie sprawdzi się coś słodkiego. W zasadzie nie potrzebuję pocieszania, bo mimo wszystko nie jest mi smutno - mimo paskudnej pogody mam swój ciepły kącik, w którym jest mi dobrze jak nigdy. Jeśli jednak ktoś z Was czuje skradającą się gdzieś w kącie jesienną depresję, proponuję deserek, który podpatrzyłam u Ever. Niby zwykła kaszka manna (która sama w sobie jest najprostszą pysznością na świecie), jednak z dodatkiem niewielkiej ilości proszku do pieczenia nabiera nowego charakteru. Po zmiksowaniu staje się puszysta i dużo delikatniejsza, niż zwykle. Polecam wypróbować taki patent - nowa twarz starej, dobrej kaszki.

Ever napisała, że kaszka przygotowana z 300 ml mleka starcza na trzy porcje. Zmniejszyłam więc ilość o 1/3, żeby wyszły mi dwie. Jak się okazało, pochłonęłam wszystko sama - C. dostanie inny razem. Także w sumie to nie jestem pewna, na ile porcji to wystarczy - wszystko chyba zależy od tego, co jedliście wcześniej (ja nic...).

Puchata kakaowa kaszka manna


Składniki:
(na 1 sporą porcję)
  • 200 ml mleka (3,2%)
  • 20 g kaszy manny
  • 2 łyżki cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

dodatkowo:
  • kostka czekolady

Mleko zagotować z cukrem i kakao. Wsypać kaszkę, pogotwać kilka minut do lekkiego zgęstnienia, często mieszając. Zdjąć z palnika, odstawić na 5 minut.
Po tym czasie dodać proszek do pieczenia, miksować na najwyższych obrotach przez 3 minuty.

Kaszkę przełożyć do miseczki, udekorować czekoladą.
Podawać ciepłe lub schłodzone.

Smacznego!

Tak w ogóle to chciałam dzisiaj upiec coś czekoladowego (na przykład muffinki albo babeczki, bo ostatnio mam je w głowie bez przerwy - to chyba ta wszechobecna szarość moje myśli ku słodkim drobiazgom kieruje), jednak okazało się, że w domu mąki brak, a do sklepu naprawdę, ale to naprawdę nie chciało mi się iść (wstałam dziś o piątej, czuję się rozgrzeszona). W związku z tym przygotowałam sobie takie coś, a pieczenie odłożyłam na piątek.

wtorek, 31 lipca 2012

Prosto, owocowo. Pysznie

Dziś przepis banalnie wręcz prosty, bez absolutnie żadnego odkrywczego elementu. Ale właśnie na coś takiego miałam ochotę - bez udziwnień, tradycyjna receptura, która w pełni uwydatni walory smakowe rabarbaru. Bo, moi drodzy, właśnie rabarbar kupiłam ostatnio, kiedy wybrałam się do sklepu po agrest. Zielonych kuleczek nie było, za to na ich miejscu pyszniły się różowe łodygi. Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności! Kupiłam opakowanie i z uśmiechem od ucha do ucha powędrowałam na autobus, a z torebki wystawały mi łodyżki, pod koniec lipca prawie już nieosiągalne. 

Rano oddaliśmy autko do mechanika, a później C. pojechał zawieźć Juliusa na ostry dyżur, bo biedak tak nieszczęśliwie zeskoczył z regału, że uszkodził sobie stopę. Na szczęście nic nie złamał. W każdym razie w związku z tym, że zostałam sama w domu, postanowiłam zrobić użytek z rabarbaru (czas najwyższy!). Miałam w głowie tartaletki, jednak z czystego lenistwa zrobiłam jednak jedną większą tartę. Nie jakąś ogromną - po pierwsze rabarbaru nie miałam aż tak wiele, po drugie blaszka o średnicy 28 cm jest dla nas za duża. Porcja z 20centymetrowej sprawdzi się na naszą dwójkę zdecydowanie lepiej.

Inspiracji szukałam w Ciastach wydanych przez Świat Książki, jednak tak naprawdę nic tam nie znalazłam. Niby przepis na kruche ciasto, ale tak pozmieniałam proporcje, że z oryginałem nie ma już nic wspólnego. Reszta to już w ogóle inwencja twórcza własna, bo tarty z rabarbarem takiej jak chciałam nie było ani w tej książce, ani w żadnej innej, w której szukałam. Zadziałałam więc tak jak mi instynkt podpowiadał - i wyszły pyszności! Spód jest niesamowicie kruchy i ani trochę nie rozmiękł (dzięki białku, które odizolowało sok z rabarbaru i kaszce, która część tegoż soku wchłonęła), nadzienie jest kwaśno-słodkie i soczyste, choć kawałki rabarbaru zachowały swój kształt, zamiast się rozpaść. Wygląda, jak wygląda - kratka nie jest idealna, brzegi mi się troszkę pokruszyły, ale co z tego, skoro smakuje wybornie...?
Pochwała prostoty.

Tarta rabarbarowa z kratką



Składniki: 
(na formę do tarty o średnicy 20 cm)

kruche ciasto:
  • 130 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 25 g cukru
  • 85 g zimnego masła
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 350 g rabarbaru
  • 25 g cukru
  • 1 łyżka kaszy manny

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 1 łyżka cukru perłowego

Mąki przesiać do miski, wymieszać z cukrem. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, zagnieść szybko gładkie ciasto.
Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, wyłożyć do formy wysmarowanej masłem. Resztę włożyć do lodówki.

Spód podpiec w 200 st. C. przez 10 minut.
Wyjąć z piekarnika, posmarować roztrzepanym białkiem, przestudzić.

Rabarbar umyć, odkroić końcówki, pokroić w 1-1,5 cm kawałki. Wymieszać z cukrem i kaszą manną. Wyłożyć na przestudzony spód.

Resztę ciasta rozwałkować na prostokąt o grubości 2-3 mm, pociąć na paski grubości 1 cm. Ułożyć na wierzchu ciasta kratkę, dociskając ciasto do brzegów.
Wierzch posmarować żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. C. 30 minut.
Ostudzić.
Posypać cukrem perłowym.

Smacznego!


Jeśli nie macie rabarbaru - taka tarta sprawdzi się z każdymi owocami - śliwkami, malinami, jabłkami, morelami... Z czym tylko chcecie. Na wierzchu zamiast kratki może być kruszonka albo beza. Taka tarta, gdzie mamy praktycznie tylko kruche ciasto i owoce, doskonale uwydatnia ich smak i... Tak, to jest smak lata. I dzieciństwa, kiedy to takie właśnie proste smaki królowały w kuchni Babci. Najpyszniejsze. Polecam!

niedziela, 22 lipca 2012

Do agrestu podejście drugie

Dzisiejszy post będzie długi. Jeśli nie chcecie więc czytać moich wywodów na tematy wszelakie, od razu przejdźcie do przepisu, tudzież ostatniego akapitu, bo tam właśnie nad wspaniałością prezentowanych tartaletek będę się rozwodzić. 

Będzie długo głównie dlatego, że dawno nie pisałam, i po prostu muszę się wygadać. 
A nie pisałam, bo po pierwsze - nie piekłam, a po drugie - nie miałam kiedy. W pracy mamy szał ciał - sama już momentami nie wiem, jak się nazywam. Nie dość, że gości pełen hotel, większość z tego to rodziny z małymi dziećmi (dlaczego pokoje, w których mieszkają małe dzieci, zawsze pachną kupką, a rodzice nigdy nie wietrzą...?), to mamy co chwilę jakichś nowych ludzi, którzy nie zawsze się sprawdzają. Między innymi jeden z kolegów, który do szału doprowadził mnie w tydzień. K. stwierdziła, że coś musi być na rzeczy, skoro zawsze uśmiechniętą i przyjemną mnie zamienił w potwora. Nabijają się ze mnie ile wlezie, ale przynajmniej można się trochę pośmiać - a przy takim nawale pracy to ważne. 
W środę z C. pojechaliśmy na trzecie urodzinki synka jego brata - czułam się, jakbym w ogóle nie wyszła z hotelu - wszędzie biegające i krzyczące dzieci. Trochę to straszne. Ale chyba po prostu nie byłam w nastroju.
Dziś, w ramach drugiego dnia wolnego po ośmiu dniach w pracy byłam... W pracy. A jakże. Na szczęście tylko na trzy godziny, więc szybko zeszło. Poza tym, że skrzywdziłam sobie stopę, bo przejechałam po niej wagonem z pościelą (ciężkie takie wagony jak nie powiem co), nawet się bardzo nie zdążyłam zmęczyć. Po powrocie do domu miałam więc siłę, żeby przygotować zaplanowane od paru dni tartaletki.

W czwartek po pracy wybrałam się na pocztę. Na miejscu odkryłam, że nie wzięłam ze sobą listu, zamiast więc kupić znaczek, poszłam na autobus... Tak, wiem, praca poważnie mnie upośledza. Mniejsza z tym. Po drodze weszłam do sklepu, a tam - piękny, zieloniutki agrest. Nie mogłam mu się oprzeć. Kupiłam pół kilo i zaczęłam się zastanawiać, co by tu z nim przygotować. W zeszłym roku jedyne agrestowe podejście skończyło się spektakularną klęską w postaci zakalca, tym razem więc postanowiłam wybrać coś bezpieczniejszego. Coś, co musi się udać. A więc kruche ciasto. A jak agrest, to musi być beza na wierzchu - to przecież połączenie idealne. Ostatnio nęcą mnie maleństwa wszelakie, zamiast więc jednej dużej tarty, upiekłam sześć mniejszych. C. spróbuje dopiero, jak wróci z pracy, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że będzie mu smakowało. Wyszły wyborne! Słodko kwaśne, bardzo agrestowe, idealne. Tym razem agrestowa próba zaliczona na piątkę z plusem.

Ponieważ nigdzie nie mogłam znaleźć przepisu na takie ciasto, skorzystałam z proporcji na kruche ciasto i bezę z Cheesecakes baked and chilled wydawnictwa The Australian women's weekly.

Tartaletki z agrestem i bezą


Składniki:
(na 6 sztuk)

ciasto:
  • 225 g mąki pszennej
  • 40 g cukru
  • 125 g zimnego masła
  • 2 żółtka
  • 2-3 łyżki kwaśnej śmietany (18%)

dodatkowo:
  • 15 g kaszy manny

wypełnienie:
  • 400 g agrestu
  • 25 g cukru

beza:
  • 2 białka
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem. Dodać zimne masło, posiekać. Wbić żółtka, połączyć. Dodać śmietany do otrzymania gładkiej konsystencji.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić 1 godzinę w lodówce.

Schłodzone ciasto podzielić na 6 części, każdą rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica foremek. Formę wysmarować masłem, dokładnie wylepić ciastem.

Podpiec w 200 st. C. przez 10 minut.
Przestudzić.

Agrest umyć, obrać, wymieszać z cukrem.

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Na koniec wsypać mąkę i wlać ekstrakt, połączyć.

Na dnie tartaletek równomiernie wysypać kaszę, na to wyłożyć agrest - jedną warstwę, owoce powinny ciasno do siebie przylegać. Na wierzch wyłożyć pianę z białek.

Piec w 140 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić.
Podawać schłodzone.

Smacznego!


W czwartek, kiedy wróciłam do domu, rozebrałam się i poszłam do łóżka. Nie byłam w stanie kiwnąć nawet małym palcem od stopy (a jeszcze nie był poważnie skrzywdzony przecież). Obudził mnie C. o wpół do dwunastej w nocy, kiedy wrócił do domu. Stwierdziwszy, że jestem głodna, wsadziłam do piekarnika udka kurczęce z poprzedniego obiadu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po godzinie były nadal zimne! Ale tak właśnie się dzieje, kiedy człowiek nie ustawi temperatury... 
W piątek, żeby nieco sobie humor poprawić, czekając na autobus weszłam do sklepu. Udało mi się kupić śliczne, jasno brązowe szpilki, które marzyły mi się od dawna. Do tego spódnica z podwyższonym stanem i dwie pary spodni - wszystko to, co miałam kupić sobie w Polsce, a czego nie mogłam znaleźć. Niech żyją przeceny!

piątek, 25 maja 2012

Mała rzecz, a cieszy

Poza jednym jedynym tortem (archiwalnym zresztą) blog przepisów nie widział przez dobre pięć miesięcy. Jak na blog kulinarny to całkiem sporo, nieprawdaż...? Dzisiaj też nie będzie niczego powalającego na kolana, ot, zaspokojenie nagłego apetytu, który dopadł mnie znienacka. 
Co się stało, że blog powoli będzie wracał do pierwotnej funkcji, czyli prezentowania przepisów? Otóż, drogą kupna, nabyłam w końcu aparat. Mistrzowie fotografii pokręcą głowami z dezaprobatą, ale na moje minimalne potrzeby totalnego amatora wystarczy zupełnie. Samsung ST77, w gustownie różowym kolorze, od dwóch dni mieszka w szufladzie koło łóżka i dostarcza mi mnóstwo radości nie tylko samą obecnością, ale też zdjęciami, które nim robię. Bardzo podoba mi się funkcja stabilizacji obrazu - dzięki temu moje trzęsące się łapki nie psują ostatecznych efektów jak w przypadku starego aparatu. Poza tym jest malutki, zgrabniutki, i ogólnie wszystko jest z nim jak trzeba. Oczywiście potrzebuję trochę czasu, żeby opanować obsługę, ale mam nadzieję, że zdjęcia będą troszkę lepszej jakości, a więc że blog zyska na apetyczności
Trzymajcie kciuki za powodzenie misji.

Wracając do meritum, a więc nagłego apetytu. Popołudnie spędzam sama, w lodówce jeszcze po ostatnim weekendzie głównie piwa (i trochę pepsi), nawet chleb tostowy wziął się i skończył, niedobry. Do sklepu nie chciało mi się ruszać po niemalże dwugodzinnym spacerze, który sobie z C. i Ptysią urządziliśmy wczesnym popołudniem. A zjadłoby się coś dobrego, oj zjadło... Nic nie poradzę na to, że nawet w takie ciepło chce mi się słodkiego. A najlepiej z rabarbarem, bo kilka lasek czeka grzecznie na wielką chwilę. I nie wiem, jakim cudem właściwie, ale naszła mnie chęć na kaszę mannę. Nie mam seledynowego pojęcia, skąd mi się to nagle wzięło. Jakoś tak w mojej głowie pojawiła się miseczka z taką a nie inną zawartością. Cóż robić...? Trzeba działać. Roboty przy tym nie ma prawie wcale, a efekt...? Mmm... 
Przepis na kaszkę wzięłam od Witaminki. Tak, tak, wiem: każdy wie jak ugotować kaszkę. Ja zasadniczo też wiem, ale że nie robiłam tego tysiąc lat, wolałam więc sprawdzić proporcje, co by nie dostać zupy albo innego klocka zamiast tak pożądanej przeze mnie kaszki o konsystencji idealnej. Wspomogłam się więc cudzą wiedzą, po czym całość ukoronowałam rabarbarem, na który taką miałam ochotę. Tym razem użyłam tylko odrobiny cukru, karmelu nie ma więc zbyt dużo, ale dzięki temu całość jest idealnie słodka. Porcja jest - moim zdaniem - bardzo akuratna - bardziej śniadaniowo-podwieczorkowa niż deserowa. Ale właśnie tego było mi trzeba. Czuję się usatysfakcjonowana. Teraz muszę się jeszcze dowiedzieć, co C. myśli na temat kaszki na mleku...

Kasza manna z karmelizowanym rabarbarem


Składniki:
(na 1 sporą porcję)
  • 250 ml mleka
  • 10 g masła
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka cukru
  • 3 łyżki kaszy manny

dodatkowo:
  • 100 g rabarbaru
  • 20 g cukru
  • 1 łyżka wody

Rabarbar obrać, odciąć końcówki, pokroić na około 1cm wielkości kawałki. Na patelni podgrzewać na średnim ogniu cukier z wodą aż do uzyskania bursztynowego koloru. Dodać rabarbar, smażyć, aż rabarbar zmięknie, ale nie będzie się rozpadał. 
Przestudzić.

Mleko zagotować z masłem, solą i cukrem. Wsypać kaszę, gotować 3-4 minuty, mieszając, aż do uzyskania dość gęstej konsystencji. 

Kaszę przełożyć do szklanki lub miseczki, na wierzch wyłożyć rabarbar.
Podawać na ciepło lub schłodzone.

Smacznego!

W związku z maniem aparatu, mam ambitne plany na najbliższy czas - coś bardziej fotogenicznego i mniej jednoporcjowego. Coś z twarogiem w roli głównej, którego mam sporo, a który stanowczo domaga się zużycia. Coś, co - mam nadzieję - przypadnie też do gustu C. Inaczej znów będzie trzeba zaprosić gości...

czwartek, 5 maja 2011

Rrrabarrbarrr

Tak, tak, tak! Kupiłam. Pierwszy w tym roku. Zielony niestety... Ale jaki pyszny! Mocno kwaśny, bardzo, bardzo rabarbarowy... Pycha!
Uwielbiam to niepozorne (choć w ogródku potrafi rozrosnąć się imponująco) warzywo. Przez długie lata niedocenione, w końcu doczekało się mojej miłości. Teraz z utęsknieniem czekam na sezon. Kiedy planowaliśmy ogródek, rabarbar był drugim (zaraz po malinach), a czym powiedziałam, że musi tam być. Kompoty, drożdżowe, muffiny, tarty, na spodzie kruchym i francuskim... Zawsze smakuje świetnie, z tą swoją kwaskową nutą idealnie wkomponowuje się w słodkie ciasto. Tym razem czekałam z myślą o jednym - serniku! W zeszłym roku upiekłam taki, i nie mogłam się go znowu doczekać. Idealny - kremowy, ciężki, nico mazisty; słodki ser i kwaśny mus. Połączenie idealne. Dlatego kiedy w sobotę zobaczyłam rabarbar wiedziałam, że będziemy jeść ten sernik właśnie.
Przepis zmieniłam w jednym tylko aspekcie - mam całe mnóstwo polskiego twarogu, więc użyłam go zamiast serka kremowego. Czy wyszło lepiej? Nie wiem. Troszkę inaczej, też pysznie. Sernik jest syty, jeden kawałek zabiera mnie do nieba. Naprawdę! 

Że niby przesadzam z tym zachwalaniem? Nic nie poradzę, że aż tak mi zasmakował. Z pewnością w tym sezonie upiekę go jeszcze nie raz.

Sernik z musem rabarbarowym



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 175 g ciastek digestive
  • 70 g masła

mus rabarbarowy:
  • 800 g rabarbaru
  • 80 g cukru
  • 60 ml gęstego soku (koncentratu) z żurawin

masa serowa:
  • 800 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 5 jajek
  • 3 płaskie łyżki kaszy manny
  • 200 g białej czekolady

wierzch:
  • 500 g kwaśnej śmietany (18%)
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 1,5 łyżki cukru pudru

Rabarbar umyć, odciąć końcówki, pokroić na nieduże kawałki. Zagotować z cukrem i sokiem 650 g. Potrzymać na ogniu, aż zmięknie, około 10-15 minut. 2-3 minuty przed końcem gotowania wrzucić resztę. 
Ostudzić.

Masło roztopić i przestudzić.
Ciasteczka na spód dokładnie pokruszyć. Wymieszać z masłem i wyłożyć dno tortownicy wyłożonej folią aluminiową, dobrze dociskając.
Schłodzić w lodówce podczas przygotowywania masy serowej.

Czekoladę rozpuścić na parze i przestudzić.
Twaróg zmiksować. Wbijać po jednym jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Następnie wsypać kaszę mannę, dodać czekoladę. Wszystko razem wymieszać na gładką masę.

Na wcześniej przygotowany ciasteczkowy spód wyłożyć 1/2 masy serowej. Na to 2/3 musu. Następnie resztę sera. Na wierzchu ułożyć resztę musu (nie trzeba go dokładnie rozsmarowywać).

Piec 75 minut w 150 st. C.

Śmietanę wymieszać łyżką z ekstraktem i cukrem pudrem. Dokładnie, ale delikatnie, żeby nie napowterzyć masy.

Sernik wyjąć z piekarnika, wyłożyć na wierzch śmietanę. Dokładnie rozsmarować.
Z powortem umieścić w piekarniku.

Podpiekać 10 minut w 150 st. C.

Wyjąć ciasto z piekarnika. Brzegi odzielić od tortownicy ostrym nożem.
Pozostawić do ostudzenia w temperaturze pokojowej, następnie schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.

Smacznego!



Przygotowując ten sernik należy pamiętać, żeby ilość cukru zmienić według własnego uznania. Rabarbar rabarbarowi nierówny - jeden słodszy, inny mniej. Ja uwielbiam to połączenie słodkie-kwaśne, ale trzeba uważać, żeby nie było zbyt ekstremalne. Wystarczy posmakować mus i dosłodzić wedle uznania. A całość z pewnością przypadnie do gustu nie tylko zakochanym w rabarbarze...
I jeszcze jedno - moim zdaniem ładniej prezentuje się z różowym musem. Ale zielony też smakuje świetnie. Może następnym razem uda mi się kupić rabarbar malinowy...