Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 marca 2018

Mała rzecz, a cieszy, czyli nie tylko o granoli słów kilka

Nie jestem szalenie uważną obserwatorką otaczającej mnie rzeczywistości; pewnie dlatego, że zdecydowanie bardziej interesują mnie nowości cukiernicze niż ludzkie zachowania. Niemniej, od czasu do czasu zdarza mi się zaobserwować sytuacje, które na długo zapadają mi w pamięć.

Gdy byłam w szkole poprzednim razem, odbywały się egzaminy końcowe. Jest to wielkie wydarzenie, kończące się przemowami i kolacją, w której uczestniczą bliscy i znajomi egzaminowanych, specjalnie z tej okazji zaproszeni. 
Jeszcze przed oficjalnym końcem egzaminu, wszyscy goście czekają w holu, z napięciem i zainteresowaniem obserwując ostatnie chwile, rozmawiając i wypełniając gwarem zazwyczaj ciche już o tej porze korytarze. Też poszłam sprawdzić, jak poszło mojej współlokatorce, i gdy tylko weszłam między ludzi, nad tłumem rozległo się głośne: Hej, śliczna! Jak na komendę wszystkie damskie głowy obróciły się w stronę wołającego, zdecydowanie męskiego głosu. Aż przystanęłam z wrażenia, z zaciekawieniem obserwując tę falę odwracających się kobiet. Mężczyźni tymczasem pozostali zupełnie niewzruszeni (tutaj mała dygresja: w języku duńskim śliczna/śliczny to smukke, niezależnie od płci, okrzyk więc był pod tym względem zupełnie neutralny). Podejrzewam jednak, że gdyby wołała kobieta, sprawy przybrałyby zupełnie inny obrót...

Ile to mówi o nas, kobietach? Znajdujemy się w zupełnie obcym miejscu, gdzie nie znamy nikogo poza najbliżej stojącymi osobami, ale jeśli jakiś mężczyzna wyrazi uznanie, od razu mamy nadzieję, że było skierowane w naszą stronę. Próżność...? A może tak po prostu jest, i nie należy się w tym dopatrywać niczego nadzwyczajnego? W końcu każda z nas chce być uważana za śliczną...

Na marginesie dodam (nie, żeby się chwalić czy coś), że wołanie było skierowane do mnie; a śliczną jeden z kucharzy nazywa mnie tylko dlatego, że nie może zapamiętać mojego imienia. Nie obrastam więc w piórka; ale i tak mi przyjemniej, niż jakby wołał: Ej, ty!

Tymczasem mam dla Was przepis na wyjątkowo smakowitą granolę.
Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że już dawno żadnej nie pokazywałam; wspięłam się więc na wyżyny twórcze, i skomponowałam mieszankę z płatków owsianych, czekolady i fistaszków.

Wyszło bosko! Jest chrupiąca, trochę słodka, z lekko słonawą nutą (zamiast dodatku soli, można użyć orzeszków solonych, ale wtedy trudniej kontrolować proporcje słodkiego do słonego). Mi bardzo przypadła do gustu, a i C. zajadał się nią z wielkim zapałem.
Mała rzecz, a cieszy.

Granola z masłem orzechowym, fistaszkami i czekoladą


Składniki:
(na 2 l słój)
  • 350 g płatków owsianych
  • 80 g orzeszków ziemnych niesolonych
  • 2 łyżki złotego siemienia lnianego
  • 2 łyżki nasion chia
  • 100 g miodu
  • 85 g masła orzechowego
  • 50 ml oleju
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 100 g ciemniej czekolady (70%)

Płatki owsiane, orzeszki, siemię lniane i chia wymieszać w dużej misce.
Miód, masło orzechowe i sól podgrzać, aż wszystko się ładnie połączy. Zdjąć z palnika, dodać olej, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładni wymieszać. Wysypać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 165 st. C. przez 25-30 minut, 2 razy w tym czasie mieszając.

Wyjąć blachę z piekarnika, lekko przestudzić. Do jeszcze ciepłej granoli dodać posiekaną czekoladę, wymieszać.
Ostudzić, przełożyć do szczelnego pojemnika.

Smacznego!

Tymczasem pierwszy tydzień szkoły już niemal za mną.
Ależ ten czas leci!

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Gorąca czekolada i Pączusia - pływak wyborowy

W zeszłym tygodniu, gdy pogoda nie przerażała, a termometr nonszalancko wskazywał kilka stopni powyżej zera, wybraliśmy się z psami na spacer. I to nie byle jaki, bo przez park przeszliśmy do lasu, a później wybraliśmy dłuższą ścieżkę, wokół jeziorka. Latem jest to bardzo przyjemna trasa; tego dnia sprawę nieco utrudniało paskudne błocko. Ale i Pączusia, i Ptysia, merdały ogonami z takim zapałem, że doszliśmy do wniosku, że warto poświęcić te kilka dodatkowych minut na wycieranie łapek i czyszczenie butów po powrocie do domu.
My szliśmy spokojnie, rozmawiając o wszystkim i o niczym - idealnie niezobowiązujący temat na leniwy spacer, a Pączusia szalała dziko, jak to ma w zwyczaju. Gdy weszliśmy na groblę, gdzie po jednej stronie z zawrotną teraz szybkością przelewa się woda niewielkiego potoku, a z drugiej wiatr szumi w nadjeziornych szuwarach, zwróciłam uwagę C. na to, że może powinniśmy nieco bardziej uważać na Pączusię, bo jeszcze chwila, a wyląduje w wodzie. C. spojrzał na mnie z pewnym swego. typowym uśmiechem samca i stwierdził: Przecież nic jej... - Plusk! - nie będzie...
Po chwili z szuwarów wyskoczyłam Pączusia - morka od stóp do głów, z kompletnie ogłupiałą miną. 

Do domu na szczęście było już blisko, psia sierść wysycha szybko, a słońce akurat łaskawie wyjrzało zza chmur. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że po pierwszym przestrachu, Pączusia zimowe kąpiele uznała chyba za doskonałą zabawę, po teraz ciągle musimy mieć ją na oku, inaczej podchodzi niebezpiecznie blisko brzegu...
Ach, z psami! 

Tymczasem pogoda ciągle nie może się zdecydować, czy jeszcze chce sypać śniegiem, czy już pozwolić na nieśmiałe rozwijanie pączków. I kiedy jest głównie szaro i błotniście, polecam Waszej uwadze tę gorącą czekoladę. Przepis znalazłam u Sosny; on ratował się nią w październiku, ja stwierdziłam, że na taki podły styczeń również nada się w sam raz. Przepis nieco zmieniłam - moja czekolada nie jest aż tak gęsta (ale moim zdaniem wystarczająco), dałam też mniej masła orzechowego, a i tak jego smak jest doskonale wyczuwalny na tle delikatnego karmelu. Moim zdaniem wyszła obłędna - nie da jej się wypić zbyt dużo, ale już taka niewielka porcja znakomicie poprawia humor. No i zdecydowanie zniechęca do sięgnięcia po deser, będzie więc idealna na noworoczne diety!

Gorąca czekolada karmelowo-orzechowa


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 ml mleka
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 90 g karmelowej czekolady
  • 1 łyżka masła orzechowego

dodatkowo:
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • odrobina cynamonu

Mleko z cynamonem zagotować. Zdjąć garnuszek z palnika, dodać drobno posiekaną czekoladę i masło orzechowe, wymieszać do rozpuszczenia. Przelać do szklanki.
Kremówkę ubić, wyłożyć na wierzch, oprószyć cynamonem.

Smacznego!


Ja użyłam gotowej czekolady karmelowej od Wedla - uwielbiam ją! A właśnie wypiłam ostatnią tabliczkę...
Jak żyć...?

czwartek, 21 września 2017

Psie historie. I zdrowe śniadanie figowo-orzechowe

Psa pierwsza ma bzika na punkcie swoich łapek. Nikt nie może ich dotykać, nawet C. A musicie wiedzieć, że C. to dla niej bóstwo nad bóstwami, najlepszy, najcudowniejszy i jedyny pan. I choć jest moja, i moja była, zanim w ogóle go jeszcze poznałam, zdradziła mnie bez mrugnięcia okiem, wesoło merdając ogonkiem. Wzięła mnie z zaskoczenia; normalnie bowiem dłuższą chwilę zajmuje jej zaznajomienie się z nowymi ludźmi. Nie ma tak, że od razu buźki i daj łapkę, nie nie... Najpierw powarkiwanie, później obszczekiwanie, następnie niepewne obchodzenie wielkim łukiem, a na końcu ewentualnie zgoda na miźnięcie. Jedno. Może dwa, jeśli osobnik wyjątkowo przypadnie jej do gustu.
C. tylko zobaczyła, obwąchała, po czym bez jakiegokolwiek przymusu wskoczyła mu na kolana. Jest w niego wpatrzona jak w obrazek, a mnie niechybnie za pięć groszy by sprzedała.

Ale łapek nawet jemu nie pozwala dotykać.
Kiedy więc znów podjęliśmy się karkołomnego wyzwania, jakim jest strzyżenie Ptysi, zaczęliśmy od grzbietu. Poszło zadziwiająco łatwo. Później główka i pyszczek - kilka podejść, ale obeszło się bez dantejskich scen. Przycięcia ogona nawet nie zauważyła, zostały już tylko łapki... I tak, tu własnie zaczęły się schody. Do tylnych kilka podejść, na raty, myląc tropy - ale w końcu się udało. Przednie - jak puchate były, tak puchate są.
Wyobraźcie więc sobie Ptysię w aktualnym stanie: przycięta trochę krzywo, ale z gracją, króciutko, żeby nie trzeba było za chwilę całej procedury powtarzać, mała główka, małe ciałko, i dwie wielkie, włochate łapki...
Myślę, że żaden pudel by się nie powstydził.

Tematem kolejnego wspólnego gotowania było śniadanie z dodatkiem fig. Tym razem troszkę się spóźniłam ze względu na wakacje, ale odmówić sobie przecież nie mogłam. Figi, moje ukochane... To je pierwsze włożyłam do koszyka przy okazji pierwszej wizyty po powrocie. nie umiem oprzeć się ich kuszącej, fioletowej barwie... Działają na mnie jak narkotyk; po prostu muszę je mieć!
Zaczęłam od skarmelizowania ich w miodzie i podania z domowymi lodami; ale o tym innym razem. Gdy za oknem cztery stopnie, takie śniadania w grę nie wchodzą.

U Pomidorowej Ani znalazłam jednak przepis na pudding chia. Z dodatkiem kakao. I fig. Czy można się oprzeć takiemu połączeniu...? Szczególnie zaintrygował mnie syrop daktylowo-orzechowy; nie jestem wielką fanką klasycznego masła orzechowego z fistaszków, ale od czasu do czasu miewam na nie chrapkę. Tak ja teraz.
Okazuje się, że rzeczony syrop bardziej przypomina dość gęsty krem. Smakuje... No cóż, daktylami i masłem orzechowym (w końcu tak naprawdę to tylko te dwa składniki). Najpierw zdecydowanie czuć smak orzeszków, później dochodzi słodycz daktyli. Po pierwszej łyżeczce stwierdziłam, że to chyba jednak nie mój smak. Po drugiej, że chyba jednak coś w nim jest. Po trzeciej, że właściwie to nawet mi smakuje. Po czwartej, że połączenie daktyli i masła orzechowego to naprawdę dobry pomysł. Po piątej... Że muszę przestać jeść, bo do puddingu nie starczy!
Myślę, że fani masła orzechowego będą zachwyceni. Ja myślę tymczasem o nieco delikatniejszym połączeniu daktyli z masłem migdałowym... Ale póki co - tylko myślę.
Pudding zrobiłam po swojemu, na maślance, przez co nie jest specjalnie słodki. Ale nie martwcie się - syrop nadrabia. Całość smakuje wyśmienicie ze świeżymi figami, ale inne sezonowe owoce też się sprawdzą (gruszki, mmm...).

Jeśli jednak macie apetyt na figi właśnie, koniecznie sprawdźcie śniadaniowe propozycje Mirabelki i Ani.

Kakaowo-maślankowy pudding chia z syropem daktylowo-orzechowym i figami


Składniki:
(na 2 porcje)
  • 300 ml maślanki
  • 100 ml mleka
  • 3 łyżki nasion chia
  • 3 łyżki kakao
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2-3 łyżki syropu z agawy
dodatkowo:
  • 2 figi
syrop:
(na ok 500 g)
  • 200 g suszonych daktyli (bez pestek)
  • 200 ml wrzątku
  • 75 g masła orzechowego
Przygotować syrop:
Daktyle zalać wrzątkiem, przykryć, odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać masło orzechowe, zmiksować blenderem na gładki krem. W razie potrzeby dolać nieco wody.
Schłodzić.

Maślankę, mleko i chia dobrze wymieszać (najlepiej trzepaczką), odstawić na 15 minut. Po tym czasie dodać kakao, sól i syrop, dobrze połączyć. Odstawić na noc do lodówki.

Rano pudding przełożyć do szklanek, polać syropem. Podawać z ćwiartakami fig.

Smacznego!


Syropu wychodzi więcej, niż potrzeba. Ale nie martwcie się; następnym razem powiem Wam, co zrobić z resztą (o ile po prostu nie wyjecie jej łyżeczką...).

sobota, 18 kwietnia 2015

Sernik z nutellą i masłem orzechowym

Padam. Za dużo rzeczy chcę robić na raz, w dodatku wszystkie chcę robić przynajmniej dobrze. Cierpi na tym moje nieogarnięte mieszkanie (już niedługo - w przyszłym tygodniu wielkie porządki z okazji urodzin C.), cierpię ja. Nie pamiętam, kiedy się ostatnio wyspałam, i chyba jeszcze przez czas jakiś sobie nie przypomnę... Z drugiej strony - część z rzeczy, które zrobić muszę, robić lubię. Bawię się przy tym całkiem nieźle, i tylko gdy o szóstej trzydzieści budzik znów dzwoni, mam ochotę schować głowę pod poduszkę i udawać, że mnie nie ma...

Plan na dziś - skończyć tort, upiec bułki czosnkowe (czy może być coś lepiej pasującego do grilla?) i może taki jeden cudaczny chlebek, który znalazłam w czeluściach internetu... I babeczki. Albo ciasteczka. A najlepiej to jedno i drugie - dzieci będzie pięć sztuk, a i te większe, i mniejsze, wolą małe słodkości niż tort, jak piękny i dobry by nie był (jeszcze nie wiem, czy będzie piękny i dobry, ale nadzieja umiera ostatnia).

Tymczasem mam dla Was przepis na ciacho, które przygotowałam już jakiś czas temu. C. naopowiadał w nowej pracy, jakimi to dobrociami go karmię, i w końcu zebrał się na odwagę, żeby poprosić o jakiś smakołyk do pracy. W sumie, wyraził się bardzo konkretnie: bezglutenowy. I sernik. Na zimno najlepiej. Ok, niech będzie i tak...
Myślałam długo, czym by tych jego współpracowników uraczyć. Najpierw wpadła mi do głowy nutella, później orzechy. Ale jak tu zrobić warstwę orzechową, żeby była kremowa i pyszna? Trzeba by je zmielić... A wtedy wyjdzie co? Masło orzechowe przecież! Połączyłam więc to wszystko w jedno, i wyszedł mi całkiem zgrabny serniczek. Jak smakowała całość - nie wiem, ale poszczególne warstwy wyszły mniamniuśne. Szczególnie ta z nutellą, mmm...
Następnego dnia blaszka wróciła do domu pusta, wnioskuję więc, że i konsumenci byli zadowoleni.

Jeśli więc szukacie czegoś dla miłośników nutelli i masła orzechowego; czegoś, przy czym się nie napracujecie i czegoś, co nie może się nie udać - ta dam! Zróbcie ten sernik.

Sernik z nutellą i masłem orzechowym (na zimno)

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 150 g mielonych orzechów laskowych
  • 50 g mąki gryczanej
  • 80 g zimnego masła

masa z nutellą:
  • 300 g serka kremowego
  • 115 g nutelli
  • 45 g cukru pudru
  • 1 łyżka żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

masa z masłem orzechowym:
  • 300 g serka kremowego
  • 115 g masła orzechowego gładkiego
  • 125 g cukru pudru
  • 1 łyżka żelatyny
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 200 ml śmietany kremówki

dodatkowo:
  • 10 g krokantu

Orzechy wymieszać z mąką, zagnieść z masłem na jednolitą masę. Wyłożyć nią dno formy wyłożonej papierem do pieczenia. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Spód podpiec w 200 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić.

Masa z nutellą:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki podgrzać, rozpuścić w niej żelatynę. Ostudzić.
Serek zmiksować z nutellą i cukrem, powoli wlać żelatynę, cały czas miksując. Resztę śmietany ubić, partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.

Masę wyłożyć na całkowicie ostudzony spód, schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Masa z masłem orzechowym:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki podgrzać, rozpuścić w niej żelatynę. Ostudzić.
Serek zmiksować z masłem orzechowym i cukrem, powoli wlać żelatynę, cały czas miksując. Resztę śmietany ubić, partiami dodawać do masy serowej, delikatnie mieszając łyżką.

Masę wyłożyć na schłodzoną masę z nutellą.
Sernik wstawić do lodówki na 3-4 godziny.
Przed podaniem posypać krokantem.

Smacznego!

Sernik był lekki, delikatny i puszysty; nie zbity. Ja takie lubię najbardziej.

piątek, 6 marca 2015

Idealne masło orzechowe

Chyba mnie w tym tygodniu dopadło wiosenne przesilenie (jest w ogóle coś takiego?). Ile bym nie spałam, ciągle ziewam. Po powrocie do domu z ulgą zwijam się na kanapie, zaczynam czytać książkę i odpływam sama nie wiem kiedy, o ile jakaś siła mnie przed tym nie powstrzyma (na przykład psa intensywnie domagająca się spaceru). Macie jakieś sprawdzone sposoby na taki stan ducha (i ciała zresztą też)? 
W każdym razie, mam nadzieję, że po długim weekendzie (długim dlatego, że już nie pamiętam, kiedy ostatnio oboje mieliśmy wolne od piątku popołudnia aż do niedzieli wieczorem) w końcu odzyskam nadwątlone siły. W planie jest porządnie się wyspać, jeśli pogoda dopisze - udać się na spacer, a także upiec pierwszy z serników na Wielkanoc. Od przyszłego tygodnia bowiem mam zamiar wkroczyć w iście wielkanocny nastrój, sprawdzić, jak się mają moje jajka (porcelanowe), może kupić jakiegoś nowego kurczaczka...? No i napiec całe mnóstwo ciast w temacie. Będą przynajmniej dwie babki, mazurek, serniki i pascha. Chyba. Bo nie wiem, czy czasu mi starczy, i czy będzie komu jeść. Ostatnio sporo smakołyków przynoszę też ze szkoły, i choć robię C. duże paczki do pracy, ku uciesze jego kolegów, to i tak mamy więcej, niż dajemy radę zjeść. Nie wypada więc piec czegoś więcej...

A dzisiaj, w temacie jeszcze z Wielkanocą niezwiązanym, mam dla Was przepis na idealne masło orzechowe.
Na początku muszę zaznaczyć, że wielką miłośniczką masła orzechowego nie jestem. Owszem, od czasu do czasu mogę zjeść, ale raczej nie kupuję. Jakoś tak... Nie rozumiem, za co tak wielu ludzi je kocha. W każdym razie ostatnio okazało się niezbędnym składnikiem zupy, a w sklepie, jak na złość, akurat nie było. Stwierdziłam więc, że zrobię je sama - w końcu to żadna filozofia, prawda? Wystarczy wszystko wrzucić do blendera i poczekać, aż stanie się magia. Nie wiedziałam, czy lepiej użyć orzeszków solonych czy nie, więc kupiłam oba rodzaje. W efekcie głębokich przemyśleń i dogłębnej lektury wrzuciłam je do miski pół na pół, i muszę powiedzieć, że to było bardzo dobre posunięcie. Masło bowiem wyszło idealne - cudownie kremowe, delikatne, z perfekcyjnie wyważonym dodatkiem soli. Nawet C. zajadał z nim kanapki na śniadanie, a on już w ogóle masła orzechowego nie lubi. Polecam więc Wam ogromnie - kilka minut roboty, a efekt zbija z nóg.

Masło orzechowe

Składniki:
(na 250 g)
  • 125 g niesolonych orzeszków ziemnych
  • 125 g solonych orzeszków ziemnych

Orzechy wsypać do malaksera, miksować przez 5-10 minut, aż do otrzymania gładkiej, jednolitej masy. 

Przechowywać w zamkniętym słoiczku w lodówce do miesiąca.

Smacznego!

W ten sam sposób można przygotować masło z dowolnych orzechów. Można też pokusić się o różne dodatki - odrobina miodu, posiekane orzeszki, żeby przyjemnie chrupało, jakieś przyprawy... Tylko wyobraźnia Was ogranicza.

czwartek, 26 lutego 2015

Cudownie kremowa zupa z batatów i Duńczyk, któremu chilli niestraszne

W każdy czwarty czwartek lutego obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Chilli. Wiedzieliście o tym? Ja nie, aż do dzisiaj, kiedy prezenter miłym głosem zaczął o nim opowiadać w radiu. Mowa była o słynnym Klausie, który różnorodne papryczki zjada bez zająknięcia, a w dodatku zmusza (nie wierzę, żeby jakakolwiek inna metoda perswazji była możliwa) do tego znanych ludzi. Ostatnio między innymi jakimś magicznym sposobem sprawił, że cała orkiestra zagrała Tango Jalousie po spożyciu chilli... Tutaj możecie zobaczyć, jak im poszło.

Była też mowa o liczbach, odmianach i innych ciekawostkach, niestety zawijanie ciasteczek w ilościach hurtowych skutecznie rozpraszało moją uwagę. Niemniej, w pamięci sobie zanotowałam, że coś z chilli trzeba zjeść - w końcu oboje z C. jesteśmy wielkimi fanami tych niepozornych papryczek, które największego giganta potrafią - dosłownie - zwalić z nóg. Ponieważ nie za bardzo miałam czas i energię na pieczenie (gdybym zaplanowała to sobie wcześniej, jak nic upiekłabym ciastka czekoladowe z chilli, którymi zdobyłam serce C., a których jakimś dziwnym sposobem ciągle na blogu brakuje), a trzeba było zrobić obiad, stwierdziłam, że właśnie w tym daniu przemycę diabelską papryczkę. Miałam bataty, które kupiłam w bardzo przystępnej cenie, marchewki i masło orzechowe, które do zamierzonej zupy specjalnie sama ukręciłam (bo w sklepie niespodziewanie wyszło... Jeden jedyny raz chciałam je kupić, więc, oczywiście, akurat tego dnia musiało zabraknąć). Dodałam do tego rzeczone chilli, i wyszła zupa idealna - słodko-ostra, z lekką orzechową nutą i cudownie kremową konsystencją. Nada się na każdy chłodniejszy dzień, gdy potrzebne Wam będzie coś rozgrzewającego, prostego i szybkiego. Idealna do jedzenia pod kocem, najlepiej w miłym towarzystwie (ale i bez niego smakuje doskonale). Polecam!

Krem z batatów z masłem orzechowym i chilli

Składniki:
(na 2-3 porcje)
  • 450 g batatów
  • 250 g marchewki
  • 1 cebula
  • 1/2 papryczki chilli
  • 65 g masła orzechowego
  • 1 l bulionu
  • 2 łyżki masła
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • solone orzeszki ziemne
  • grzanki

Bataty i marchewki obrać, pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.
Chilli posiekać.

Na maśle zeszklić cebulę. Dodać chilli, bataty i marchewki, podsmażyć, aż warzywa wchłoną cały tłuszcz. Zalać bulionem i gotować, aż warzywa zmiękną, 30-40 minut.

Zupę zmiksować blenderem na gładki krem, dodać masło orzechowe, sól i pieprz do smaku. Podawać gorącą z grzankami i orzeszkami.

Smacznego!

Jutro ostatni już dzień praktyk. Z jednej strony się cieszę, bo w końcu porządnie się wyśpię i odpocznę, może nawet trafi się jakiś masaż moich obolałych pleców; z drugiej wiem, że będzie mi tego brakowało. Można się bardzo dużo nauczyć, a przy okazji naprawdę dobrze bawić. Przyjemne z pożytecznym - no czego tutaj nie lubić...?