Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amoniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amoniak. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 listopada 2017

Szczęście w nieszczęściu i duńskie ciasteczka z kardamonem

Wypadki chodzą parami - z pewnością znacie to powiedzenie. W gorszych czasach bywa, że i trójkami czy czwórkami. Mi tym razem zdarzył się pojedynczy; do dzisiaj czekam na ciąg dalszy, bo takie wypadki to się chyba nie zdarzają.

W zeszły czwartek, kiedy mentalnie już szykowałam się do pójścia do domu, próbowałam upchnąć ostatnie ciasta w zamrażarce. Przechowujemy je na wysokich wagonach; ten akurat miał miejsce na osiemnaście blach, wypełniony był roladami i spodami biszkoptowymi, które, choć pojedynczo lekkie, w takiej ilości w magiczny wręcz sposób nabierają zaskakującej wagi. W pewnym momencie kółka się zablokowały, ja pociągnęłam... I już. Więcej nie było trzeba. Wszystko poleciało prosto na mnie.
Jako zagorzały fan wszelkiej maści książek przygodowych, próbowałam zgrywać bohatera i uratować wszystko przed upadkiem. Kiedy dotarło do mnie, że nic z tego, spróbowałam się cofnąć; było już jednak za późno. Wagon wylądował prosto na mojej lewej stopie, a mnie aż tchu zabrakło z wrażenia. 

Koledzy natychmiast rzucili się na pomoc; uwolnili mnie spod ciężaru i odprowadzili do kantyny, gdzie padłam na krzesło ze łzami w oczach i z zagryzionymi niemal do krwi wargami. Zdjęłam but, potem skarpetkę, i ze zdziwieniem odkryłam, że stopa nie jest zupełnie płaska. Za to zrobiła się ogniście wręcz czerwona i puchła w zastraszającym tempie. Szybko dostałam worek z lodem, i tak siedziałam i się zastanawiałam, co teraz... 
Nie pozostawiono mi wyboru - Lisbeth szybciutko uporała się z pozostałą pracą i zawiozła mnie na pogotowie. A tam... No cóż, znów nastąpiło brutalne zderzenie z duńskim systemem służby zdrowia. Choć działa zdecydowanie lepiej niż w Polsce, to nadal nie jest idealny. Po odczekaniu w kolejce do rejestracji, dostałam numerek i miła pani poinformowała mnie, że gabinet jest na drugim końcu baaardzo długiego korytarza. Zanim zdołałam się doczłapać, lekarka wyszła na korytarz zaniepokojona faktem, że numer drugi wywołano pięć minut temu, a pacjenta jak nie było, tak nie ma. Gdy w końcu udało mi się do niej dotrzeć, obejrzała mi stopę i... Odesłała do rejestracji ze świstkiem kierującym mnie na prześwietlenie. Uwierzcie - ten korytarz znienawidziłam już na zawsze. Z kilkoma przystankami, dotarłam z powrotem do miłej pani, która wykonała telefon, nakrzyczała na kogoś po drugiej stronie, że czterdzieści minut oczekiwania w głowie się nie mieści, i odesłała na prześwietlenie. Oj, daleka to była droga... 
W końcu opadłam na kozetkę, pozwoliłam stopę obfotografować z każdej możliwej strony, żeby wrócić do poczekalni. Na szczęście tego dnia tłumów nie było, i już po kwadransie przyszła po mnie pielęgniarka. Zaprowadziła do gabinetu, gdzie po raz pierwszy zaproponowano mi środki przeciwbólowe. Przyjęłam je z wielką ulgą i tą odrobiną godności, która jeszcze mi została.
Po kilku minutach przyszła lekarka, która oświadczyła, że nic nie jest złamane, za tydzień się wygoi, i jeśli nie mam ochoty, mogę jutro nie iść do pracy. A w ogóle to po co zawracam głowę - boli, wiadomo, ale to nie powód, żeby zaraz w panikę wpadać. 
Popatrzyłam na nią z wyraźnym brakiem szacunku, podziękowałam za pomoc i pokuśtykałam do wyjścia. Na szczęście tabletki zaczynały powoli działać, i nie wyglądałam aż tak żałośnie, jak wcześniej...

Później tylko musiałam poczekać, aż C. po mnie przyjedzie i zabierze do domu, gdzie w końcu mogłam usadowić się na sofie, z wygodnie ułożoną stopą, i odetchnąć głęboko.
Uff, co za dzień...
Dzisiaj, niemal tydzień później, nadal utykam i nadal boli, a stópka w okolicach palców przybrała zadziwiająco intensywny odcień fioletu. Lekarzom jednak nie można wierzyć...

Korzystając z wolnej środy, upiekłam dzisiaj trzy rodzaje ciasteczek. Zamknęłam je w puszkach; część zabiorę ze sobą w niedzielę na Zelandię, żeby umilały mi czas z dala od domu, resztę zostawię C.; niech on też ma coś od życia.
Dzisiaj będzie o tych z kardamonem - skandynawski wypiek z tą właśnie przyprawą był bowiem tematem naszego wspólnego pieczenia. Fedtebrød to duński klasyk (w dosłownym tłumaczeniu oznacza tłuszczowy chlebek, co brzmi co najmniej dziwnie. Ważny jest tu sposób formowania ciastek - piecze się długie, spłaszczone ruloniki, które po upieczeniu i polukrowaniu kroi się na małe ciasteczka); tym razem jednak wybrałam przepis z magazynu Mad og venner, nr 158/2017, gdzie posunięto się nieco dalej w komponowaniu składników. Dodatek kardamonu i kokosa mnie zaintrygował, miałam na te ciasteczka ogromną ochotę.
Dzięki amoniakowi są niesamowicie chrupiące, a dodatek kardamonu sprawia, że niesamowicie kuszą zapachem. Kwaskowa, mocno cytrynowa glazura pasuje tutaj po prostu idealnie. Całość jest niesamowicie uzależniająca - tak naprawdę nie jestem pewna, czy doczekają do niedzieli... Nie wyszło ich bowiem wcale tak dużo.

Po inne skandynawskie smakołyki z kardamonem koniecznie zajrzyjcie do Ani Pierwszej, Ani Drugiej i Mirabelki.

Fedtebrød z kokosem i kardamonem


Składniki:
(na około 45 ciasteczek)
  • 150 g zimnego masła
  • 125 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ryżowej
  • 1/4 łyżeczki amoniaku
  • 80 g cukru
  • 80 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
glazura:
  • 150 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1-2 łyżki wrzącej wody
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
Masło, mąki pszenną i ryżowa, amoniak, cukier, wiórki kokosowe i kardamon zmiksować w malakserze do połączenia. Zagnieść z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie podzielić ciasto na 4 równe części, z każdej uformować wałeczek nieco krótszy niż blacha. 
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć na niej wałeczki z ciasta, następnie spłaszczyć dłonią.

Piec w 190 st. C. przez 12-15 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z kardamonem. Dodać sok z cytryny, a następnie po trochu wlewać wodę. Lukier powinien być średnio gęsty.
Posmarować lukrem paski ciasta, a następnie - jeszcze ciepłe - pokroić ostrym nożem po skosie na ciasteczka.7
Gdy lukier całkowicie zastygnie, przełożyć do szczelnej puszki.

Smacznego!

My tu gadu-gadu, a to najwyższy czas spać; za chwilę trzeba przecież jechać do pracy...

Tymczasem przepis, oczywiście, dodaję do akcji Ani:

środa, 20 stycznia 2016

Poświąteczne zaległości: duńskie orzeszki z pieprzem w wersji de luxe

Gdy wracałam do domu ostre, zimowe słońce świeciło mi prosto w oczy, a ośnieżone pola skrzyły się, niczym obsypane tysiącami najdrobniejszych diamentów. Dachy przykryte równą warstwą białego puchu, drzewa i krzewy zawinięte w zimowy całun. Zmrożony świat emanuje chłodnym pięknem, któremu nie potrafię się oprzeć. Zabrałam więc Ptysię na spacer, żeby nacieszyć się nim z bliska. Nasze oddechy zamieniały się w obłoczki pary, a jej łapki zostawiały małe ślady w świeżym śniegu. Gdy wróciłyśmy, było już niemal ciemno. 
Gdy brakuje słonecznego blasku, mroźny świat wydaje się być zdecydowanie mniej przyjazny...

W związku z tym, że pogoda iście bożonarodzeniowa, uznałam, że to odpowiedni moment na podzielenie się z Wami ostatnim świątecznym przepisem. 
Tradycyjne pebernødder już Wam pokazywałam; C. jednak domagał się ich uparcie, postanowiłam więc znaleźć nowy przepis. Akurat kupiłam najnowszy, grudniowy numer Hjemmets bedste mad, a tam orzeszki w zupełnie nowej odsłonie. Powiedziałabym, że to wersja de luxe: z cytrusowymi skórkami i pistacjami. Najbardziej mnie jednak wśród składników zaskoczył amoniak. Jeszcze się z tym nie spotkałam. Podchodziłam do tego pomysłu jak do przysłowiowego jeża; zapach amoniaku znam doskonale (piekarze uważają za doskonały dowcip podsuwanie pudełka pełnego tego cuda prosto pod nosy niczego nie spodziewających się praktykantów), i muszę przyznać, zupełnie mnie do niego nie ciągnie. Z drugiej strony, uwielbiam wszelkie eksperymenty w kuchni; amoniak podobno nadaje wypiekom charakterystyczną, chrupiącą skórkę i krucho-chrupiącą strukturę; jednym słowem: jest nie do zastąpienia. Zaryzykowałam więc.

Podczas pieczenia nie było źle. Do momentu otwarcia piekarnika. Wtedy w nos uderza bardzo intensywny i średnio przyjemny zapach (czego w zasadzie nikt nie chce, prawda...?). Wciągałam więc powietrze niczym przed nurkowaniem i starałam się jak najdłużej wstrzymywać oddech. Obiecywałam też sobie, że już nigdy więcej takiej głupoty nie zrobię, a w głębi serca bałam się straszliwie, że moje orzeszki będą smakować... No, wiadomo czym
Okazało się jednak, że warto było się poświęcić, nie trzeba było za to martwić się na zapas. Smak i zapach amoniaku ulatniają się całkowicie, a ciasteczka są mega chrupiące i pyszne. Na pierwszy plan wysuwa się smak i aromat cytrusów, a pistacje nadają niepowtarzalnego uroku. Może więc skusicie się na takie ciasteczka w karnawale...?

Oczywiście, zamiast amoniaku możecie użyć sody; z jej dodatkiem robiłam je poprzednim razem - też są pyszne!

Cytrusowe orzeszki z pieprzem i pistacjami


Składniki:
(na 200 sztuk)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka amoniaku
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1 łyżeczka mielonego białego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 75 g zimnego masła
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g niesolonych pistacji
  • 125 g cukru
  • 2 jajka
Mąkę przesiać, wymieszać z amoniakiem i przyprawami. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć między palcami. Dodać skórki cytrusów, pistacje i cukier, połączyć. Wbić jajka, zagnieść ciasto. 
Zawinąć ciasto w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto podzielić na 4 równe części. Z każdej uformować wałeczek grubości małego palca, a następnie pokroić na kawałki długości 1 cm. Z każdego kawałeczka uformować kuleczkę.
Kulki ciasta ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 200 st. C. 8-10 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Muszę się Wam do czegoś przyznać... W poniedziałek zaliczyłam wpadkę: ugotowałam absolutnie niejadalną zupę. Pierwszy raz w życiu! Niby krem, a jednak grudkowaty; z dziwnym posmakiem zostającym na podniebieniu i paskudnymi chipsami. Uch... Bardzo byłam nieszczęśliwa.

Macie więc może jakieś sprawdzone przepisy na zimowe zupy...? Takie, żebym po ich ugotowaniu poczuła się ze sobą lepiej...?